Bella Donna. Nowe śledztwa Klary Schulz - Nadia Szagdaj - ebook
Opis

Rok 1914. Podczas wernisażu wystawy znanego malarza Adolfa Ludemanna w Breslau dochodzi do mrożącego krew w żyłach incydentu. Zamiast najnowszego obrazu mistrza oczom publiczności ukazuje się makabryczny widok – pomalowane krwią płótno, do którego ktoś przymocował fragmenty ludzkiego ciała…

Klara Schulz, która wyjechała do nadmorskiego miasteczka Leba, by ukoić ból po stracie męża, odnajduje na plaży okrutnie okaleczone zwłoki. Okazuje się, że brakujące części ciała znalazły się na obrazie w Breslau, a ofiara to sam Ludemann. Kobieta od razu angażuje się w śledztwo. Sprawy nie ułatwia jej niespodziewanie uczucie do młodszego mężczyzny…

Piąty tom serii o detektyw Klarze Schulz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I

Heinrich Krencke zasapał się na ośnieżonych schodach. Nie dość, że musiał się na nie wdrapywać, to jeszcze uważał, by się nie pośliznąć, co kosztowało go dwa razy tyle energii. Powinien zrezygnować z ciężkich śniadań, ale gosposia jego córki gotowała wyśmienicie. Po prostu nie mógł się oprzeć. Od tragicznej śmierci zięcia Heinrich częściej przebywał w Leerbeuthel2 niż u siebie, w Carlowitz3. Gertrude znów poczuła, że dom ma odpowiedzialnego i rozsądnego pana, o którego należy dbać. Czasem, zalewając się łzami z tęsknoty za najlepszym pracodawcą, jakiego można było sobie wyobrazić, w napadzie żalu gotowała o wiele za dużo. Heinz natomiast, podzielając smutek, topił go w jajkach na maśle, tłustych kiełbasach i zupach rodem z Bawarii, skąd pochodziła gosposia. Jadł za dwóch, a nawet za trzech, gdyż reszta w ogóle straciła apetyt. A przecież jedzenie nie powinno się marnować. A przynajmniej tak to sobie tłumaczył. Teraz, nie pierwszy raz zresztą, żałował, że dał się ponieść „melancholii”.

– Dziadku? – zapytał złotowłosy chłopiec, trzymający za rączkę małą dziewczynkę, której wcale nie podobało się, że musi iść tam, gdzie chcą więksi od niej.

– W porządku, Fritz – odparł Heinrich. – Gdy będziesz w moim wieku, też cię czasem złapie zadyszka – odparł, wciąż ciężko zipiąc.

– Spóźnimy się – powiedział poważnie Fritz.

– Ależ skąd – zaprzeczył Heinz, konstatując, że jego wnuk bardzo spoważniał, od kiedy… został głową rodziny. – Mamy jeszcze chwilkę – dodał, wyjmując z kieszeni elegancki zegarek na łańcuszku, tak mały, że czasem zapominał, iż go ma. Cuda współczesnej techniki… – Spójrz. Cały kwadrans.

– Niecały, dziadku. A poza tym, z Marie nie wystarczą nam nawet dwa kwadranse, by dotrzeć na wystawę – odparł Fritz.

– O nią się nie martw. – Heinrich uśmiechnął się z przymusem, gdy pomyślał, że za chwilę przyjdzie mu dźwigać słodki ciężar, ale zebrał się w sobie i wziął Marie na ręce. – A teraz biegiem, na drugie piętro – zarządził.

Wdrapując się po majestatycznych schodach Schlesisches Museum für bildende Künste4, jednej z kulturalnych i architektonicznych pereł Breslau5, można było odnieść wrażenie, że idzie się nie na wernisaż, ale na wystawny bal. Im dłużej Heinz o tym myślał, tym większą miał ochotę na kufel korzennego piwa przy ciepłym kominku. Tymczasem na górze czekała go jedynie nieciekawa wystawa obrazów jakiegoś malarza, ponoć słynnego − to było wszystko, co o nim wiedział. Zaproszenie otrzymała jego córka, której jednak nie było w mieście. Ponieważ zaś sama szkicowała, a osoby parające się sztuką (szczególnie wdowy, utrzymujące się z półprofesjonalnej hodowli psów), powinny dbać o kontakty w świecie artystycznym, Heinrich postanowił pójść na wystawę z dziećmi i przypomnieć o istnieniu Klary. Może uda się zdobyć dla niej potencjalne zamówienia na portrety? Albo też… imię i nazwisko kandydata na nowego męża. W końcu on, ojciec, wiecznie żyć nie będzie.

Znów dopadły go mroczne myśli. Bardzo się martwił. Za każdym razem, gdy patrzył na wnuki, ściskało go w piersi. Ich matka nie mogła poradzić sobie z żałobą i zdecydowała się opuścić rodzinę. Tak naprawdę niczego takiego nie zrobiła, lecz on, Heinrich, tak to właśnie widział. Nie było jej już ponad miesiąc. A przecież nie tylko ona cierpiała. Fritz przeżywał śmierć ojca tak bardzo, że całkiem się zmienił. Radosny chłopiec stał się cichy i zamknięty w sobie, nie miał już ochoty na rozmowy i zabawy. Marie mogła nawet nie pamiętać Bernarda. Była przecież malutka. Wnuczka jednak, choćby przez nadane jej imię, ożywiała w pamięci Heinza obraz jego zamordowanej żony, matki Klary. Gdy to tak wszystko roztrząsał, dochodził do wniosku, że za rodziną Krencke ciągnęły się tragedie. Jej losy porównywał do domku z kart, w którym zawsze jeden z elementów zawodził i wszystko sypało się, gdy tylko budowla zaczynała rosnąć. Nigdy nie wzniosła się na taki poziom, by problemy przestały wyglądać jak demony, czające się za każdym rogiem. Szedł po schodach, które zdawały się nie mieć końca, a z sali z kopiami antycznych rzeźb wyłaniały się niepokojące kształty, bezrękie i półnagie. Wzdrygnął się i − mimo zmęczenia − przyśpieszył kroku.

Zazwyczaj przestronne wnętrza drugiego piętra w ten lutowy wieczór były zatłoczone jak nigdy. A przynajmniej Heinz nie pamiętał takich tłumów, choć czasem przecież odwiedzał muzeum. Bohaterem wystawy, na którą zaproszona została jego córka (o zgrozo, państwo Schulz z dziećmi, jak głosiła treść zaproszenia, które wypisał ktoś niezorientowany w obecnej sytuacji pani Schulz), był niejaki…

– Adolf Ludemann – przeczytał na głos Heinrich, przykładając do oka stary monokl, który dawno już wyszedł z mody, i przyciągając pobłażliwe spojrzenia ubranych odświętnie gości. Szybko się zorientowawszy, spojrzał na Fri­t­za, jakby to wnuczek zapytał o nazwisko artysty.

– Umiem czytać, dziadku – odparł chłopak, ściszając jednak głos, by nie pogrążać Heinza jeszcze bardziej. Złapał dziadka za rękaw i wciągnął w morze ludzi zalewające salę wystawową. Przyglądając się tajemniczym obrazom Ludemanna, goście podziwiali głośno ich mroczną kolorystykę i specyficzną „kreskę”. Heinz nie mógł się jednak dopatrzyć wmawianej owej sztuce magii. Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś na ząb, bo poczuł ssanie w żołądku – to na pewno przez tę wspinaczkę. Zauważył kelnera snującego się bez celu po drugiej, niemal pustej sali.

– Fritz, proponuję zająć miejsce z dala od hałasu – zasugerował wnuczkowi, przyglądającemu się małemu widoczkowi. Obraz ukazywał zachód słońca w Leba6, rodzinnym miasteczku artysty.

– Dziadku, co to jest? – zapytał Fritz. Heinz rzucił okiem na obrazek, ale nie zauważył niczego, co należałoby rozpatrywać w jakiś szczególny czy też metaforyczny sposób.

– Nie wiem. Muszelka? – odparł, myśląc już tylko o tym, by wydostać się z tłumu.

– Ale tutaj, spójrz – nalegał Fritz.

Marie zaczęła wierzgać nogami i postękiwać.

– Chodź, proszę. – Heinz ścisnął ją mocniej, by nie wyrwała mu się w tłumie. – Fritz?

– Zostanę jeszcze – powiedział, nawet nie patrząc na dziadka.

– Nie zgub się – odparł zrezygnowany Heinz. Może syn Klary odziedziczył po niej miłość do sztuki? Nie chciał go rozpraszać.

– Poradzę sobie. – Chłopiec nadal wpatrywał się w obraz.

Heinrich przepchnął się przez fałdy grubych sukien. Ludzie zaczynali go drażnić nie tylko rozmowami, które w tym specyficznym miejscu stopiły się w bezkształtny hałas, ale i wonią, którą wydzielali. Zaraz po śnieżycy chwycił mróz, na dworze było zimno i bardzo wilgotno. Z kolei tutaj – bardzo, bardzo ciepło. Ubrania, włosy i skóra parowały. Zapach stawał się coraz trudniejszy do zniesienia.

Gdy tylko wydostał się z zatłoczonego pomieszczenia i wylądował w niemal pustej sali, postawił Marie na posadzce. Natychmiast zatańczyła zwycięsko i zaczęła kręcić się wokół własnej osi, jak zwierzątko wypuszczone z ciasnej klatki. Kilku innych uciekinierów już raczyło się śliwkami w boczku i grzanym piwem.

Mógł odetchnąć. Chwycił podetkniętą przez kelnera szklanicę i od razu upił kilka dużych łyków. Ciepły napój przyjemnie załaskotał go w gardło. Otarł wierzchem dłoni pot z czoła i pociągnął kolejny łyk.

– Spóźnia się – rzucił stojący nieopodal starszy jegomość.

– Kto? – zapytał Heinz zupełnie zdezorientowany.

– Adolf Ludemann. Miał być godzinę temu.

– Ach, no tak – speszył się Heinz. – Z Leba daleka droga. Może pociąg utknął w zaspie? W zimie łatwo o wypadek – powiedział i od razu przywołał w myślach to, co stało się z jego zięciem, Bernardem. Piwo przestało mu smakować.

– Na pewno brał to pod uwagę – perorował dalej jegomość. – Ludemann nigdy się nie spóźnia. – To powiedziawszy, odszedł w stronę stołu, na którym piętrzyły się rozmaite frykasy. Heinz sam już nie wiedział, czy ma ochotę coś zjeść, czy nie. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk dzwonka, który nagle rozległ się w sali wypełnionej obrazami spóźnialskiego artysty.

– Szanowne panie, szanowni panowie, proszę o uwagę – jakaś kobieta starała się uciszyć towarzystwo.

Heinz rozejrzał się za Marie. Odstawił szklankę na tacę kelnera, który akurat przechodził, i ruszył za wnuczką. Właśnie sięgała po ciasteczko, które wyraźnie komuś nie zasmakowało, bo leżało nadgryzione na talerzyku na brzegu stołu. Heinrich w ostatniej chwili chwycił ją za rączkę, przy okazji ratując talerzyk przed upadkiem, i mimo protestów znów podniósł dziewczynkę do góry.

– Wyszedłem z wprawy – powiedział do siebie, ignorując skróconą biografię Ludemanna, przedstawianą monotonnym kobiecym głosem. Usiłował sobie przy­pomnieć, czy Klara była grzeczniejszym dzieckiem, czy to może on był młodszy i bardziej zaradny.

Najciszej jak umiał, wszedł do drugiej sali. Marie, na szczęście, zainteresowała się jedną z pań, która ubrała na tę wyjątkową okazję kapelusz z ogromnym rondem, zapewniający jej sporo osobistej przestrzeni. Imponujące ozdoby nakrycia głowy przyciągnęły wzrok ciekawskiej trzylatki.

– Co to? – zapytała cicho.

– Kapelusz – odpowiedział Heinz, tym razem spotykając się z samymi przychylnymi spojrzeniami, szczególnie kobiet w średnim wieku. Zapewne wdów… A więc Klara miała sporą konkurencję.

– …filantropijnej i oczywiście artystycznej. Wspiera swoje miasto rodzinne, Leba… – kontynuowała kobieta, a jej głos działał jak tykanie zegara w Carlowitz. Bez względu na pogodę, porę roku, dnia czy czytaną książkę, jeśli Heinz zasiadł w ulubionym fotelu w salonie, tykanie zegara zawsze go usypiało.

Poczuł szarpnięcie za rękaw. To Fritz wypatrzył go w tłumie. Heinrich pogłaskał wnuka po głowie, by zorientować się za moment, że Marie wyciąga rączkę w stronę kapelusza wytwornej pani. Złapał małą piąstkę i pocałował wnuczkę w pulchny policzek.

– Proszę państwa. – Prowadząca wernisaż kobieta oddała stojącemu obok młodemu mężczyźnie kartki, którymi wspierała swoje wystąpienie. – Profesor Adolf Ludemann spóźnia się dziś chyba pierwszy raz w życiu – zaśmiała się perliście, wymuszając sztuczny śmiech u bardziej snobistycznych gości. – Ale jak to zajęci ludzie, którzy i takie sytuacje potrafią przewidzieć, dał nam instrukcje dotyczące jego najnowszego obrazu.

Wzięła od asystenta kopertę i przeczytała na głos wybrany fragment listu.

– „Z uwagi na porę roku i wyjątkowo ciężką zimę zalecam, abyście państwo dokonali uroczystego odsłonięcia obrazu w dniu wernisażu o godzinie piętnastej piętnaście, gdybym się do tej pory nie pojawił”. – Skinęła dłonią i do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn, niosąc sztalugę z obrazem przykrytym białym płótnem, związanym grubymi linami.

– Prosto z paczki, w nienaruszonym stanie, odpakowany po ciemku – ogłosiła uradowana, po raz pierwszy okazując prawdziwe, a nie udawane emocje.

Po sali przeszedł szmer zachwytu. Każdy chyba poczuł magię doświadczenia czegoś wyjątkowego, bycia „tym pierwszym”. Heinz natomiast, pogrążony we własnych myślach, doszedł do wniosku, że ciężki materiał i liny ważyły pewnie drugie tyle, co samo dzieło, które, sądząc po wymiarach, idealnie zagospodarowałoby przestrzeń nad niewielkim kominkiem w jakimś prostym, wiejskim domu. Mężczyźni postawili konstrukcję na środku, zsunęli liny, a płótno rozlało się po posadzce. Wszystko przebiegało sprawnie, jak według wiele razy przećwiczonego scenariusza.

– Szanowni goście, przed wami najnowszy obraz naszego dzisiejszego bohatera, któremu, mam nadzieję, uda się dotrzeć przed uroczystą kolacją wydaną na jego cześć. Oto Skarby Ostsee7 – zaanonsowała nudna pani, a mężczyźni pochwycili ciężkie płótno. Wśród oklasków jęli powoli zsuwać je z obrazu.

– Co to za zapach? – zapytał nagle Fritz, a Heinz poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Gwałtownie odwrócił się do wnuka.

– Fritz, weź siostrę i idź z nią do tej pustej sali za nami. Stań za drzwiami i się stamtąd nie ruszaj – wyszeptał pośpiesznie.

– Nie rozumiem – powiedział młody Schulz, zupełnie zdezorientowany.

– Czego nie zrozumiałeś, Frycku? – Zdenerwowany Heinz mówił przez zaciśnięte zęby, nerwowo spoglądając na obraz i ludzi, którzy także wyczuli przykrą woń. Wcisnął dłoń Marie w rękę Fritza. – Idź. Zjedz… ciastko. Widziałem ich tam mnóstwo.

– Ale ja chcę zobaczyć obraz – chłopak podniósł głos.

Mężczyźni, którzy już prawie odsłonili dzieło, spojrzeli nerwowo na swoją pracodawczynię. Ta zdawała się niczego nie czuć. Ponagliła ich kolejnym, dyskretnym gestem.

Heinz jednak, choć na emeryturze, w głębi duszy nigdy nie przestał być policjantem. Znał ten smród. Bardzo chciał się mylić, ale taki odór wydzielała tylko jedna materia na świecie. Nie miał pojęcia, co znajduje się pod płótnem. Artyści bywali nieprzewidywalni, szczególnie gdy dopadała ich twórcza dekadencja. Ale jeśli ów obraz przedstawiał skarby Ostsee, to z pewnością były to martwe skarby. Bez względu na to, co autor dzieła miał na myśli, Heinz nie chciał, by jego wnuki na to patrzyły.

– Wierz mi, Fritz. Nie chcesz zobaczyć tego obrazu – wyszeptał śmiertelnie poważnie wprost do jego ucha.

Tym razem podziałało. Chłopiec posłusznie ujął rączkę siostry i ruszył w stronę opustoszałej sali. Heinz natomiast obrał kierunek zgoła inny.

– Przepraszam – starał się być kulturalny, lecz i tak patrzono na niego jak na chama, próbującego znaleźć się jak najbliżej obrazu.

– Wszyscy chcemy zobaczyć – powiedział ktoś nerwowo.

– Być może… – bąknął i znów przepchnął się do przodu.

Byłby szedł dalej, gdyby nie histeryczny krzyk, który przebiegł po tłumie gości. Heinz stanął, a mówczyni, odwrócona do obrazu plecami, uśmiechnęła się szeroko − nie spodziewała się tak żywej reakcji. Nie wiedziała jednak, na co patrzą zgromadzeni w sali koneserzy sztuki.

Jakaś pani stojąca blisko sztalugi zemdlała. W jej ślady poszły jeszcze dwie niewiasty, ściśnięte wychodzącymi już z mody gorsetami. Heinz ruszył w stronę malowidła. Choć ostatnio coraz częściej musiał używać monokla, z daleka widział aż nadto.

– Proszę się rozejść – krzyczał na całą salę, widząc rosnący popłoch, grożący katastrofą. Pani od nudnej przemowy w końcu się obejrzała. Wydała zdławiony okrzyk i dołączyła do grona omdlałych. – Jestem policjantem! Przepychał się, nie bacząc już na to, czy dał komuś kuksańca, czy nie. Jak dotąd wypatrzył co najmniej trzy części ludzkiego ciała wklejone w pomalowane – domniemywał, że krwią – płótno, oprawione w ciężką ramę. Gorączkowo parł przed siebie, odpychając najgorszą z myśli, jaka nurtowała go kiedykolwiek w życiu. Obraz przyjechał z Leba, gdzie od niemal dwóch miesięcy przebywała jego córka.

 

Klara siedziała na białym pniaku wyrzuconym przez sztorm na plażę. Patrzyła w spokoju na swoje nowe znalezisko. Do tej pory zbierała głównie muszle. Raz udało się jej wypatrzyć malutki bursztyn. Obiecała sobie, że oprawi go w srebro i będzie nosić na pamiątkę dawnych małych uciech, które ostatnimi czasy jakoś się jej nie przytrafiały. Jej najnowsze odkrycie nie było jednak ani małą, ani dużą uciechą. Zastanawiała się, czym tak naprawdę jest.

Wyjechała z Breslau przed paroma tygodniami. W rok po śmierci męża wciąż nie była w stanie radzić sobie z żałobą w domu. Uznała, że musi się z nim w końcu pożegnać. Postanowiła przyjechać tu. Już pierwszego dnia udała się na przejazd kolejowy, gdzie rok wcześniej utknął automobil Bernarda. Postawiła nieopodal kupioną na tę okazję lampę naftową, ale to nie przyniosło jej ulgi. Przychodziła więc tam co tydzień, dolewała nafty i zapalała na nowo knot, dorzucając wokół znalezione na plaży muszle. Dziś po raz pierwszy tego nie zrobiła. Na razie jednak w ogóle o tym nie myślała.

W oddali usłyszała głosy.

– Halo?! – krzyczał jakiś mężczyzna, starając się przebić przez szum morza.

Pozwoliła mu krzyknąć jeszcze dwa razy, zanim wstała i odpowiedziała.

– Tutaj! – Zamachała rękami, by dostrzegł ją we mgle.

Zza mlecznej kurtyny wyłoniło się dwóch policjantów zmierzających w jej stronę. Usiadła z powrotem.

– Kim jesteś? – zapytała leżącego na plaży mężczyznę, którego chwilę wcześniej wyciągnęła z lodowatej wody na brzeg.

Ale jej nie odpowiedział. Był martwy. Z jednego z pustych oczodołów wyszedł mały krab i skierował się ku morzu.

Przypisy

1„Dobry malarz musi odtworzyć przede wszystkim dwie kwestie: pierwszą jest sam człowiek, a drugą stan jego umysłu”. Cyt. za: Leonardo da Vinci, Trattato della pittura, Rzym 1817 [tłum. aut.].

2Dzisiaj Wrocław, Zalesie.

3Dzisiaj Wrocław, Karłowice.

4Śląskie Muzeum Sztuk Pięknych, nieistniejący budynek przy dzisiejszym placu Muzealnym we Wrocławiu.

5Wrocław.

6Łeba.

7Bałtyk.