Sprawa pechowca. Kroniki Klary Schulz - Nadia Szagdaj - ebook
Opis

Pierwszy tom serii kryminałów retro o przygodach Klary Schulz.

Rok 1910. Na scenie opery w Breslau ginie sławny baryton. Choć początkowo wydaje się, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, szybko wychodzi na jaw, że doszło do morderstwa – okrutnego i precyzyjnie zaplanowanego.

Na miejscu zbrodni zjawia się Klara Schulz, młoda kobieta, która marzy o karierze prywatnego detektywa. Nie wie jeszcze, że śpiewak nie jest jedyną ofiarą zabójcy. Nie wie też, ile to pierwsze śledztwo będzie kosztować ją samą...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta: Katarzyna Barcik

Opracowanie graficzne: Mariusz Kurkowski

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt okładki: Maciej Pieda

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com © Mayer George (front)

© Old City Productions (zdjęcie autorki)

Zdjęcia w środku: archiwum Małgorzaty Ulrich-Kornackiej

Wydanie I

© Copyright by Nadia Szagdaj

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała, 2019

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. Barlickiego 7

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-290-2

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49, 00-052 Warszawa

tel./faks 22 725 78 12

Oddział

ul. Legionowa 2, 01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy na: www.troy.net.pl

Znajdź nas na: www.facebook.com/TROY.DYSTRYBUCJA

Weil mich nichts zurücke hält,

Gute Nacht, du falsche Welt!1

Papageno, Czarodziejski flet

Wolfgang Amadeusz Mozart

I

Klara stała i obserwowała zwłoki delikatnie kołyszące się na linie. Oczy wisielca spoglądały w nicość z zastygłym na wieki wyrazem zdumienia, jakby wciąż wyrażały pytanie: „Dlaczego?”. Kobieta bez najmniejszego wzruszenia wpatrywała się w artystę, którego ostatnie słowa, jakie wypowiedział w życiu, brzmiały: „Gute Nacht, du falsche Welt”. Zimno oceniła ironię sytuacji, kontrolując, by nie ulec niewytłumaczalnemu w tym momencie napływowi czarnego humoru. Chwilę później jednak nie było jej już do śmiechu. Tak tragiczny wypadek nie wydarzył się dotąd w operze w Breslau, a może nawet w całych Niemczech.

Jeszcze dziesięć minut wcześniej śpiewak podskakiwał na scenie ubrany w kolorowe pióra. W ręce trzymał piszczałkę, w którą najpierw dął, potem odliczał: „jeden”, znów dął i liczył dalej, do trzech. W Czarodziejskim flecie Wolfganga Amadeusza Mozarta przypadła mu rola ptasznika Papagena – postaci komicznej w swym tragizmie, jak określiłaby to Klara. W tej scenie, gdy nikt nie odpowiadał na jego wołanie, osamotniony Papageno zakładał na szyję pętlę z zamiarem zakończenia swego smutnego żywota. Publiczność płakała wówczas… ze śmiechu i czekała na znane wszystkim wtargnięcie Trzech Chłopców, dzięki którym ptasznik zachowywał życie.

Tym razem jednak stało się inaczej. Po tym, jak baryton Emmanuel Heiss założył na szyję pętlę, a Chłopcy wyskoczyli zza kulis, akcja opery zmieniła kurs o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle coś tąpnęło. Potem straszliwy huk poderwał widzów z foteli. Tym razem nikt się nie śmiał, a po sali przeszedł szmer przerażenia. Śpiewaczki odgrywające role Chłopców poprzewracały się na siebie. Jedna z nich, ratując się przed upadkiem, objęła małą egipską kolumnę stanowiącą część dekoracji. Miała szczęście, czego nie można było powiedzieć o Emmanuelu, który jeszcze nie zdążył zdjąć z szyi wisielczej pętli. Koniec napiętej pod ciężarem jego ciała liny ginął pod deskami sceny. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że trudno było pozbierać myśli. Osłupiałych widzów otrzeźwił głos dyrygenta stojącego nad wyrwą w scenie.

– Czy jest na sali lekarz? – krzyczał, zaglądając w głąb czeluści. – Lekarza! Szybko!

Klara wpatrywała się w naciągniętą linę, lekko unosząc się na palcach. Nagle zorientowała się, że jej mąż, który jeszcze przed chwilą stał tuż koło niej, śpieszy teraz w kierunku sceny, zakasując rękawy białej koszuli. Jego marynarka wciąż wisiała na oparciu siedzenia obok.

– Ja jestem lekarzem! – wołał Bernard, przyśpieszając kroku. – Proszę mnie przepuścić!

– Tędy! – Dyrygent wskazał mu drogę i zanim obaj zniknęli za kulisami, krzyknął w stronę coraz bardziej rozsierdzonej gawiedzi: – Proszę pozostać na miejscach!

Klara, nie zastanawiając się, ruszyła za mężem. Gdy biegła, stawiając drobne kroczki w swej nowej modnej wąskiej sukience, ludzie mierzyli ją od stóp do głów. Im bardziej chciała być niewidoczna, tym większą uwagę przykuwała. (Przynajmniej tak jej się zdawało). Szczególnie kobiety patrzyły na nią nieprzyjaźnie, a ona starała się kwitować ich dezaprobatę niewinnym uśmiechem. Gdy odwracała głowę, uśmiech gasł, Klara zaś myślała tylko o tym, by nie runąć jak długa między siedzeniami widowni.

Dotarła w końcu do sceny. Zanim weszła za kulisy, by odnaleźć drogę pod scenę, odwróciła się w stronę osłupiałych widzów i uśmiechnęła głupkowato.

– Tak, tak… proszę zostać na miejscach – powtórzyła, podkreślając swą prośbę delikatnym, powstrzymującym gestem ręki, po czym odwróciła się naprędce i zniknęła za grubą kurtyną.

Ogarnął ją mrok. Chwilę później potknęła się o coś, co podstępnie wślizgnęło się pod jej nogi. Podejrzewała, że mogła to być gruba lina przytrzymująca kotary przy scenie. Porzuciła jednak myśl o sprawdzeniu, co chciało ją zabić, i złapawszy równowagę, ruszyła przed siebie. Chwyciła sukienkę i uniosła wysoko nad kolana, dzięki czemu mogła się sprawniej przemieszczać. Szła powoli, choć już nie tak niepewnie, gdyż stopniowo zaczęła przyzwyczajać się do wszechobecnych ciemności. W końcu dotarła do drewnianych schodów, spod których dochodziło nikłe światło. Rozejrzała się i dopiero teraz dostrzegła grubą warstwę kurzu pokrywającą te jakby zapomniane schody. Od samego widoku zaczęło ją drapać w gardle. Ruszyła w górę, zamiatając stopnie suknią. Skupiła się, by nie przypłacić ciekawości zdrowiem. Postanowiła poruszać się po śladach, które zapewne wydeptał tu sufler, chyba jedyna chodząca tędy osoba. Gdy dotarła pod scenę, stwierdziła, że po raz kolejny kobiecy instynkt (który wolała nazywać zmysłem śledczego) jej nie zawiódł. Na dole zastała suflera. Siedział skulony pod ścianą. Był blady i miał łzy w oczach. Drżały mu wargi. Popatrzył na nią wilkiem, ale nie wydał z siebie dźwięku. Wyciągnął rękę, pokazując kierunek, w którym miała się udać. Było w tym geście coś, co uczyniło go podobnym do samej śmierci.

– Dziękuję… – szepnęła, nie mogąc oderwać od niego wzroku.

Szła jeszcze kilka metrów. Światło stawało się coraz mocniejsze. Chwilę później usłyszała przytłumione głosy. W jednym z nich rozpoznała głos należący do męża.

– Na Boga, niechże pan w końcu się ogarnie i wezwie policję…! Ja tu już nic nie pomogę – ponaglał kogoś.

– Taka hańba… Jestem skończony – powtarzał ten drugi jak w gorączce.

– Panie Mahler, mówię panu po raz kolejny: to nie pańska wina. Podłoga jest wyraźnie podpiłowana. Uszkodzona, rozumie pan? Uszkodzona! Nie wiem, kogo i co złego miało spotkać dziś na tej scenie, ale sam pan widzi, co się stało. To sprawa dla policji. Jeśli jakaś śpiewaczka postanowiła zadbać o to, by Pamina złamała nogę, to przesadziła i będzie musiała odpowiedzieć za to przed wymiarem sprawiedliwości.

– Mogłem jeszcze raz sprawdzić. Dyrektor artystyczny wyrzuci mnie na zbity pysk. Jestem skończony. Taki ze mnie dyrektor techniczny, jak z suflera aktor. – Mężczyzna wpadł w histerię.

Klara wychyliła się zza drewnianej ścianki. Jej oczom ukazali się Bernard i jakiś gruby jegomość, który co chwila wycierał czoło. W pomieszczeniu panował zaduch i Klara odniosła wrażenie, że wszystko przesiąknięte jest zapachem potu. Między rozmówcami, około metra nad podłogą, na solidnej linie kołysały się zwłoki Heissa. Bernard uniósł głowę i kiwnął do żony, jakby dając jej do zrozumienia, że sprawa jest… delikatnie ujmując, beznadziejna. Widok Klary w tym miejscu w ogóle go nie zdziwił. Grubas zaś chyba jej nie zauważył. Ale ponieważ jej samej wydawało się, że jest bliski omdlenia, mąż traci cierpliwość, a denata nie ma nawet czym odciąć, postanowiła się wtrącić.

– Pan mi powie, panie…

– Mahler – odpowiedział za niego Bernard.

– Mahler. No tak. Prawie jak maestro Gustav Mahler, prawda? – Niestety, nikt nie miał nastroju do śmiechu. Klara zgasiła swój żart w zarodku. Chrząknęła. – Czy ta lina zawsze jest taka gruba? No, wie pan, to jakby… niebezpieczne. A pan tu odpowiada za bezpieczeństwo.

Nie chciała go przestraszyć, choć z początku wydawało jej się, że pogorszyła sytuację. Mahler podniósł nerwowo głowę i spojrzał na nią obłędnym wzrokiem. Teraz z pewnością uświadomił sobie jej obecność. Okazało się jednak, że Klara nie tyle go przestraszyła, ile przywołała do rzeczywistości.

– Ma pani rację. Tak, tak… Ona jest dzisiaj jakaś inna. – Widać było, że zmusza się do patrzenia na denata. – Tu dziś w ogóle nic się nie zgadza. Przecież sam to wszystko ustawiałem. A tu nic nie jest na miejscu!

– O czym dokładnie pan mówi? – pytała spokojnie.

– No choćby o tej linie. Jest… to znaczy powinna być zawieszona na gałęzi drzewa. Takim elemencie dekoracji scenicznej. Normalnie drzewo powinno zawalić się pod ciężarem pana Heis­sa. A ono wciąż stoi na swoim miejscu. Lina musi wisieć gdzieś wyżej. Ponad linią świateł, a może i kurtyny. No i sama lina, tak… – Znów przetarł czoło. Ręce trzęsły mu się jak po całonocnej popijawie. – Ona też jest jakaś dziwna – kontynuował. – Jakby grubsza, tak jak pani mówi. Nic tu się nie zgadza. Nic… Mogłem dwa razy sprawdzić. Jestem skończony. – Załamał mu się głos.

– Co pan robił przed spektaklem? – dociekała Klara.

Mahler znów przeszył ją spojrzeniem. Lecz tym razem, zanim zaczął mówić, wziął głęboki wdech i z drżeniem wypuścił powietrze.

– Nie mogę powiedzieć. To moja prywatna sprawa. – Opuścił wzrok i znów odetchnął.

Klara spojrzała wymownie na Bernarda.

– Panie Mahler… Tu dziś już nic nie będzie pańską prywatną sprawą. Proszę pomyśleć o tym, jaką cenę może pan zapłacić za to, co się stało – ostrzegła dobitnie. I tak wiedziała, że Mahler odpowie za niesubordynację, nawet jeśli przed spektaklem rozmawiał z samym cesarzem Niemiec.

Mężczyzna chwilę się zastanawiał, po czym z wysiłkiem przykucnął, aż strzeliły mu kości, i zakrył ręką oczy.

– Mam… – zaczął. Po raz kolejny odetchnął głęboko. – Mam romans. Z jedną ze śpiewaczek, Marie. Kiedy nie ma jej w obsadzie, przychodzi do mnie… do biura. Proszę zrozumieć. Mam żonę i dzieci… – Mahler całkiem się rozkleił. Zaczął spazmatycznie szlochać.

Klara podeszła bliżej, starając się dla dobra sprawy przyjąć łagodny ton.

– Panie dyrektorze, należy niezwłocznie powiadomić policję. Nie trzeba tęgiej głowy, by wywnioskować, że ktoś, kto tak bardzo postarał się przy hmm… zmianie dekoracji, kto podpiłował podłogę i w końcu, kto wiedział, że Marie nie ma w obsadzie i co to oznacza dla pana… – To był czas na pauzę generalną. Zaczerpnęła tchu, lecz Bernard przywłaszczył sobie prawo do kadencji.

– Ten ktoś – wtrącił także spokojnym tonem – skrupulatnie zaplanował morderstwo na konkretnej osobie – na panu Heissie. A to robota dla policji. Bezwzględnie. Prawda, Klaro? – Bernard zadał pytanie z pewnym naciskiem.

Klara popatrzyła na niego z wyrzutem.

– Oczywiście, kochanie. Chyba, że policja jest bezradna, co nierzadko się zdarza w tym mieście…

– Lecz nie zawsze! – przerwał jej Bernard.

Poczerwieniał. Wydawało się, że jego głowa lada chwila eksploduje.

– Choć w wielu wypadkach sprawy pozostają otwarte do śmierci prowadzących je śledczych – wtrąciła znów Klara. – Większość śledztw dotyczących morderstw jest wciąż nierozwiązana i chyba nie muszę ci przypominać, o które między innymi mi chodzi? – Klara również zaczęła podnosić głos.

Mahler przyglądał się im z rosnącym zainteresowaniem. Na chwilę nawet zapomniał, że ma poważne kłopoty.

– Jak zwykle rozdrapujesz ranę, która nie daje ci normalnie żyć, Klaro! Mnie zresztą też. Opamiętaj się… Nie można ciągle tkwić w przeszłości! – Bernard nerwowym gestem objął czoło, jakby chciał sprawdzić, czy nie ma gorączki.

– Przepraszam państwa najmocniej… Chyba jednak pójdę po policję. – Mahler wstał i wyszedł szybkim krokiem spod sceny, lekko się przy tym słaniając.

Klara i Bernard odprowadzili go wzrokiem do momentu, gdy zniknął za drewnianym przepierzeniem. Potem, wciąż patrząc w ciemność, odprowadzali go słuchem, aż jego kroki ucichły. Wtedy spojrzeli po sobie i bez słowa podeszli do wisielca. Klara patrzyła na niego bez emocji, choć gdy przypomniała sobie jego ostatnie słowa, przez moment miała wrażenie, że jego przypadek jest kwintesencją czarnego humoru. Powstrzymała uśmiech.

– Powinniśmy sprawdzić, pod co podczepiono linę – zwróciła się do męża. – Może znajdziemy tam jakieś ślady? – Odruchowo uniosła lewą brew.

– Może jednak powinniśmy poczekać na policję. – Bernard mówił już ciszej, choć nadal z naciskiem.

– Aha… czyli nie chcesz wiedzieć, co się przytrafiło Heissowi? Swoją drogą – spojrzała na twarz śpiewaka – świetny był z niego baryton. Szkoda… – Zasępiła się. – Tym bardziej powinniśmy to sprawdzić sami.

– Nie, Klaro. Jeśli chcesz jeszcze zrobić coś dla tego człowieka, poczekaj tu ze mną na policję i chodźmy do domu. Do Fritza. Pamiętasz? To twój syn! – Bernard krzyczał szeptem.

– Nie bądź sarkastyczny. Nie przedkładam tego – wskazała na wisielca – nad swoją rodzinę! Myślę jednak…

– Nie ma jednak! – Złapał żonę za ramiona. – Zrozum wreszcie, że to nie puchaty piesek, który zaginął małej Heidi. To – wskazał głową Heissa – jest trup… – Zrobiło mu się głupio, że potraktował tego człowieka jak przedmiot, i opuścił głowę. – Takie śledztwa zostaw zawodowcom.

Nagle usłyszeli kroki. Szurające, posuwiste, wolne. Spojrzeli w stronę drewnianej ścianki, zza której, na tle wszechobecnego gęstego mroku, wyłonił się blady sufler. Zerknął w stronę Heissa i niemal od razu odwrócił głowę, wykręcając ją jak sowa. Przeczesał nerwowo włosy i zwrócił się do Klary:

– On… – Wskazał w stronę wisielca, nie patrząc. – On był mi bardzo bliski. Bardziej niż bardzo, rozumie pani?

– Rozumiem. Chyba – odpowiedziała powoli, jakby badawczo.

– Czy pani jest… Nie wiem, jak to ująć… Detektywem? – zapytał drżącym głosem.

– Nieoficjalnie, panie…? – odpowiedział za nią Bernard.

– Skrocki. Henryk Skrocki.

– Nieoficjalnie, panie Skrocki. Żona czasem pomaga ludziom. Ma po prostu zmysł dedukcji, nic poza tym.

– Dziękuję ci serdecznie, Bernardzie. Zawsze mogę liczyć na twój talent do reklamy. – Klara zaplotła ręce na piersiach i spojrzała w ziemię.

– Jeśli… jeśli policja zaniecha swoich działań – kontynuował sufler, nie zważając na ciąg dalszy małżeńskiej wymiany ognia. – Jeżeli, wie pani, nie znajdą tego kogoś… Czy mogę liczyć na pani pomoc? – zapytał cicho. – Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem.

– Myślę, że policja nie zaniecha swoich działań, szanowny panie. Moja żona przesadza.

– Ale – wtrąciła Klara – gdyby okazało się, że nie przesadzam, proszę o mnie pamiętać.

Jakby w oddali dało się słyszeć narastające głosy, pełne strofującej nuty i typowej dla policji agresji. Klara nie chciała spotkać się z tymi typami, których od zwykłych bandziorów, jakich rzekomo ścigali, różniły tylko oficjalna nazwa i wydumane tytuły. I pomyśleć, że jej ojciec należał kiedyś do tej sfory, a ona marzyła, by także znaleźć się w tym, jak sądziła, elitarnym gronie. Ale od czasu, gdy mimo jej starań (i pomocy ojca) policja Bres­lau zamiast posady śledczego zaproponowała jej stanowisko kawiarki lub kurierki, Klara w mgnieniu oka straciła szacunek do tej instytucji. Trochę trwało, zanim pojęła, że musi działać na własną rękę i liczyć na to, że jej ojciec, emerytowany zastępca komendanta w Prezydium Policji, użyje swych kontaktów, by jej to ułatwić. I tak zaczęła swoją przygodę ze śledztwami. Najpierw dostawała zlecenia, które z początku ją bawiły: poszukiwanie zagubionych lalek, psów i kotów. Potem była sprawa zaginionego staruszka, który stracił pamięć w centrum Breslau. Klara odnalazła go dopiero w Trebnitz2, gdzie wałęsał się bez celu, nie wiedząc, gdzie jest. Zresztą starszy pan nigdy nie odkrył, jakim sposobem tam dotarł. Po tym śledztwie przyszły zlecenia większego kalibru: śledzenie niewiernych małżonków i rozwiązywanie sporów o rodzinne klejnoty, poszukiwanie testamentów i tajemnych skrytek w ścianach. Jednak te wszystkie sprawy, choć dobrze płatne, nie mogły równać się z tą, która zrodziła się na jej oczach. Ze sprawą wielkiego kalibru, mogącą przynieść jej rozgłos i sławę. Nareszcie przyszła pora na to, by udowodnić sforze psów z Breslau, że mają poważną konkurencję.

Klara z namaszczeniem wyciągnęła dłoń do Skrockiego i podała mu mały perfumowany kartonik.

– Będę czekać. Znam policję i jej metody. Dowiedzą się o panu i pańskim partnerze i jeszcze pana oskarżą. Proszę nic im o sobie… o was nie mówić i obserwować rozwój wydarzeń. Jeśli tylko coś się panu nie spodoba, proszę do mnie przyjść. I niech pan się trzyma, panie Skrocki.

Podeszła do niego i mocno ścisnęła za ramię, chcąc podkreślić swoją pozycję i doświadczenie w branży. Skrocki popatrzył za nią, gdy odwróciła się energicznie, wznosząc w powietrze tuman kurzu. Jej kasztanowe włosy zalśniły w słabym świetle lampy naftowej postawionej niemal pod samym wisielcem. Ujęła Bernarda za rękę.

– Ty będziesz rozmawiał z tymi pajacami – oznajmiła.

– Wyrażaj się, do licha! Nie zapominaj, kim jesteś. – Bernard wciąż był poruszony.

– Nie zapominam właśnie – odpowiedziała i uśmiechnęła się pod nosem.

Sufler spojrzał na kartonik i bezgłośnie poruszając wargami, odczytał: „Klara Schulz, pomoc w trudnych sprawach”.

II

Klara siedziała w jadalni. Choć była druga w nocy, nie mogła spać. Płomień lampy naftowej był ciepły i kojący. Mimo to po jej policzku płynęła łza. Drżącą ręką uniosła do ust szklankę z wodą. Upiła łyk. Pociągnęła nosem i otarła mokrego intruza, który z policzka przemieścił się na brodę. Nie była w stanie zapomnieć swojego snu. I nie chodziło w nim o Heissa, choć jego widok na pewno przyczynił się do treści koszmaru. W życiu widziała już o wiele gorsze rzeczy niż wisielec w operze. Ojciec, gdy jeszcze naiwnie myślał, że córka odziedziczy po nim fach, zabierał ją w różne miejsca, by oswoiła się z drastycznymi widokami. Szkolił ją i oswajał ze śmiercią. „Najważniejsze jest oddychanie – powtarzał. – Prawidłowe, bezszelestne. Jeśli chcesz wytropić złoczyńcę, musisz myśleć jak on, zachowywać się jak on, chodzić za nim, a gdy trzeba, mieć mniej skrupułów niż najgorszy bandzior”. Normalnie nigdy by się nie zdecydowała na podjęcie podobnej pracy. Przenigdy. Ale w jej życiu wydarzyło się coś takiego, co pchnęło ją o wiele dalej i wciąż, po wielu latach, powracając w koszmarach sennych, kazało podążać w tę stronę. Wydarzenie to odcisnęło piętno na jej życiorysie niczym rozgrzana do czerwoności żelazna pieczęć, którą wypala się sygnaturę właściciela na grubej skórze byka. W tym śnie znów była w tamtej szafie. W szafie ze skrzypiącymi drzwiami, między którymi zionęła szpara, zbyt szeroka, by ukryć widok zbrodni, i zbyt wąska, by zdradzić obecność dziewczyny, która ukryła się przed zbrodniarzami. Tam, w szafie, w pokoju swojej ukochanej matki, przez czeluść w drzwiach widziała, jak dwaj mężczyźni powalają kobietę na podłogę, gwałcą i podrzynają jej gardło. Jak bezczeszczą zwłoki, oddając mocz na jej twarz. Patrzyła na jej nieruchomiejące rysy, zastygające ciało. W ostatnich minutach życia matka odwróciła głowę w stronę tej cholernej szafy, jakby wiedziała, że tam jest jej córka. Jakby za wszelką cenę chciała powstrzymać ją od wyjścia z ukrycia.

Klara miała wtedy tylko trzynaście lat. Do tej pory zastanawia się, dlaczego bandyci jej nie znaleźli. Właściwie nawet nie szukali. Co prawda miało jej wtedy nie być w domu. Miała być u swego nauczyciela na lekcji kaligrafii. Ale w tym dniu dostała pierwszy w życiu okres i matka pozwoliła jej zostać. I przez to stała się świadkiem koszmaru, który prześladował ją przez wszystkie te lata, dzień po dniu, wracając w przeróżnych formach. Zapach starej szafy, ciemności, charczenie umierającej matki. Na samą myśl robiło jej się niedobrze. Minęło dwanaście lat. Dwanaście… a ci partacze z policji umorzyli śledztwo już po dwóch miesiącach. Klara z bólem przełknęła ślinę. Gardło ściskała jej bezsilność i wściekłość. Uznali, że sprawy nie da się rozwiązać. Mimo stanowiska ojca. Mimo jego próśb. Mimo jego prywatnego śledztwa. W końcu nie wytrzymał napięcia. Odszedł z policji po niespełna pięciu latach od śmierci Marie. I tak dziwiło ją, jak wiele zdołał wytrzymać. Przez tyle miesięcy, tygodni i dni patrzył w oczy swoim przyjaciołom, którzy tak bardzo go zawiedli. Klara w głębi serca czuła, że policja wie coś więcej. Sam ojciec także zdołał ustalić wiele szczegółów. Poza tym miał ją – córkę, która była naocznym świadkiem całego zdarzenia. Ale wkoło powtarzano mu, że córka jest w szoku, a jego śledztwo niczego nie wnosi. Zaniechali dochodzenia. Nigdy więcej do niego nie wrócili. Pozwolili jej matce umrzeć w poniżeniu, zaszlachtowanej jak zwierzę i sponiewieranej. Od tamtej pory Klara wiedziała, jaki ma w życiu cel. Wiedziała, że powinna się dowiedzieć prawdy, za wszelką cenę. Znaleźć oprawców i wymierzyć im sprawiedliwość. Albo chociaż zginąć za prawdę.

Teraz, siedząc nad szklanką wody, pokręciła głową. Od tamtego czasu sytuacja się zmieniła. „Zginąć za sprawiedliwość” szło w parze z „osierocić własne dziecko”. Potarła czoło, czując, jak jej mięśnie napinają się, rysując brzydkie zmarszczki, które odkrywała rano, stojąc przed lustrem w pokoju kąpielowym. Dopiła wodę i powoli wstała od stołu. Zasunęła krzesło, zacierając tym samym ślady swej nocnej obecności w jadalni. Cicho podreptała do pokoju Fritza. Odchyliła delikatnie drzwi, które co jakiś czas skrzypiały przeciągle. Zrobiły to i tym razem, lecz zatrzymała je stanowczo i wślizgnęła do pokoju. Chłopczyk spał. Jej bezbronny, kochany, pięcioletni synek. Jej całe życie. Postawiła lampę na małym stoliku nocnym obok łóżka i pogłaskała malucha po jasnych lokach. Ucałowała go w czoło.

– Kocham cię – wyszeptała. Okryła go troskliwie i wyszła z pokoju.

Przemknęła do sypialni i wślizgnęła się pod kołdrę. Bernard oddychał ciężko. Miała nadzieję, że śpi. Nie chciała go niepokoić. Miał odpowiedzialną, wymagającą skupienia pracę. Jednak z nawracającymi koszmarami nie potrafiła sobie poradzić. Zrobiłaby wszystko, by Bernard i Fritz tego nie odczuwali, ale bolesne wspomnienie uparcie powracało, przeradzając się w palący głód. Gasiła go szklanką wody podczas kolejnej nieprzespanej nocy obfitującej w mary z przeszłości, snujące się po jej umyśle niczym przywrócony do życia umarły, niespokojne i odbierające rozum. Zamknęła oczy. Po jakimś czasie usnęła.

Rankiem do pokoju zakradł się promień słońca. Przesuwał się powoli po sypialnianych sprzętach, badając je uważnie. Subtelnie, bezszelestnie pogładził parawan, za którym codziennie ubierała się pani tego domu. Przesuwał się po szklanych ramach, za którymi na żółtawych, ale eleganckich fotografiach widnieli Schulzowie, zastygli już na zawsze w ślubnych ubiorach. Od czasu do czasu błyskał wyraźniej, podkreślając niedoskonałości szklanej tafli. Badał załamania ścian, skomplikowany kształt ramy łóżka, potem przesunął się w stronę śpiących na nim ludzi. Dotknął ukradkiem piersi Klary, która rysowała się pod jedwabną koszulą nocną. Nie śpieszył się. Przesunął się na jej szyję, rozkoszując się gładkością skóry. Potem powoli i bezkompromisowo zmierzył w stronę jej oczu. Zatrzymał się na chwilę na przymkniętych powiekach, natarczywie napominając, że to już poranek. Otworzyła oczy i natychmiast zmrużyła. Przysłoniła twarz ręką, odwróciła się na drugi bok i przylgnęła do poduszki. Westchnęła. Chciała powrócić do tej krainy, w której była jeszcze przed chwilą; tej dobrej, spokojnej, gdzie się wypoczywa, szczególnie po tak trudnej pierwszej części nocy, jaką miała za sobą. Ale promień wykonał swój obowiązek. Niewzruszony podążał dalej wytyczoną drogą, nie zapomniawszy jeszcze pogładzić Klary po włosach. Ona zaś nie mogła już zasnąć. Rozdrażniona, podniosła się na rękach i usiadła na starym łożu małżeńskim. W tym samym momencie do pokoju wszedł Bernard.

– Dziewiąta, Klaro. Przyniosłem kawę. – Podszedł do niej i przygładził jej napuszone po nocy włosy. Postawił filiżankę na stoliku nocnym.

„Ja ciebie też, kochanie, tak doskonale mi się spało, trochę za krótko… Mogę jeszcze pospać? To świetnie” – pomyślała Klara. Ale z potoku przepływających przez jej głowę myśli wykrztusiła tylko jedno słowo:

– Dziękuję.

Uśmiechnęła się blado. Bolała ją głowa. Czuła się tak, jakby poprzedniego wieczoru wypiła morze alkoholu. Mimo że jej nie wypadało, Klara nie stroniła od mocniejszych trunków, choć zaczynała pić dopiero wtedy, gdy Bernard był już pod humorem. Umiała też, chociaż zdarzało jej się przeholować, zachować pozory trzeźwości. Ze względu na Bernarda. W końcu doktorowej nie wypadało.

Ale tym razem spędziła noc nad szklanką wody! A i tak czuła się jak po wypiciu pół butelki koniaku.

– Przyszedł telegram od panny Baumann. Prosi cię o spotkanie. Jeśli to nie problem, zajdzie koło dwunastej. – Bernard i jego lekarski spokój. I ten zimny, beznamiętny ton… W sumie, akurat ten ton lubiła. Był… podniecający? Tak, zdecydowanie tak.

– Nie pisze, o co chodzi? – Klara uniosła do ust filiżankę z gorącą kawą. Spojrzała zalotnie na męża. Zamrugał nerwowo. W końcu się śpieszył i nie miał czasu na takie spojrzenia.

– Pewnie chce zamówić szkic, jak zawsze.

– Tak, domyśliłam się. Miałam na myśli temat pracy.

– Nie podała w depeszy. Do dwunastej zostało niewiele czasu. Niebawem się dowiesz. Tylko doprowadź się do jakiegoś… porządku. Bo panna Baumann ucieknie, zanim wybierze obiekt twojej pracy. – Uśmiechnął się, ukazując równe białe zęby, kontrastujące z zadbanymi czarnymi wąsami. Był dumny z siebie za każdym razem, kiedy zdobył się na tak fantastyczny dowcip.

Klara uznała, że to dobry znak. Uklękła na łóżku i przysunęła się w stronę męża, delikatnie odsłaniając biust.

– Dobrze, panie doktorze – odparła, przygryzając dolną wargę.

– Klaro… – Bernard natychmiast spoważniał. Chciał wyjść z pokoju, lecz w ostatniej chwili zawrócił. Usiadł obok niej, wsunął dłoń w jej włosy i przyciągnął ją do siebie. Pocałował ją mocno, wywołując szeroki uśmiech na jej twarzy. – Wieczorem, Klaro. I tak jestem już spóźniony przez twoje nocne zajęcia. – Wstał i bez słowa pożegnania wyszedł z pokoju.

Klara usiadła na łóżku i wygładziła palcami zmarszczki na czole. Jednak słyszał, jak snuje się po nocy. No trudno…

Oboje nie mieli przecież pojęcia, że już niebawem noce Klary zdecydowanie się rozjaśnią i wydłużą, a dni przybiorą ciemniejszą barwę.

III

Panna Baumann była dość… starą panną. Jej specyficzne usposobienie i wygląd, o który nigdy nie starała się szczególnie dbać, sprawiły, że wszystkie ewentualne okazje przeszły jej koło nosa (delikatnie ujmując). Na całe szczęście panna Baumann była dobrym człowiekiem i całą tę dobroć postanowiła przelać na dzieci. Nie swoje, oczywiście, lecz dzieci z sierocińca Fundacji Ernsta i Heinricha Heimannów przy Gräbschener Straße3