Wydawca: Wydawnictwo NieZwykłe Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 449 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bang - E.K. Blair

Mówią, że ten, kto mści się na drugiej osobie, traci część swojej niewinności. 
Ale ja nie jestem niewinna. 
Już od dawna. 
Zostałam okradziona z niewinności. Odebrano mi los, który był mi pisany. Duszę, z którą przyszłam na świat. Rubinowe serce osadzone w życiu pełnym nadziei i marzeń.

To wszystko odeszło.
Przepadło.

Nigdy nawet nie miałam wyboru. 
Opłakuję tamto życie. Rozpaczam nad każdym „co by było, gdyby...”. 
Ale z tym już koniec. 
Jestem gotowa odebrać to, co zawsze mi się należało.

Jednak każdy plan ma jakiś słaby punkt. Czasem jest nim serce.


Recenzje

„Długo moglibyśmy opowiadać o tym, jak niepokojąca, fascynująca i porywająca jest ta historia. Ryzykowna koncepcja fabuły i postaci wymagała odwagi, jednak [E.K.] udało się stworzyć dzieło szokujące i trzymające w napięciu. Od Bang nie dało się oderwać, a efekt końcowy był po prostu znakomity! Owacja na stojąco!”. 
Totally Booked

E.K. Blair stworzyła złożoną łamigłówkę. Utkana przez nią tajemnica wciągała mnie coraz głębiej w mroczną sieć zemsty, pełną postaci o tak wielu różnych obliczach, że trudno jest odróżnić prawdę od fałszu”. 
Pepper Winters, autorka bestsellerów New York Timesa

Bang to mroczna, pokręcona opowieść, która wstrząśnie wami i sprawi, że będzie błagać o więcej. E.K. Blair powołała do życia grono intrygujących postaci, które już na zawsze pozostaną w zakamarkach waszych myśli. Wciąż było mi mało. Podniecająca i niepokojąca lektura – tej mrocznej opowieści łączącej thriller z trzymającym w napięciu romansem nie można przegapić!”. 
Aleatha Romig, autorka bestsellerów New York Timesa

„Jak do tej pory najśmielsza, najodważniejsza książka E.K. Blair. Pokręcona i absolutnie genialna. Jeśli sięgniecie po tę porywającą i intrygującą opowieść, czeka was ostra jazda. Znajdziecie tu napięcie i zmysłowość, rozpacz i nadzieję, romans i nienawiść. To po prostu piekielnie dobra książka”. 
Vilma Gonzalez, USA Today 

„Blair zapuściła się w rejony, w które wielu pisarzy nie chce albo nie może dotrzeć, i muszę wam powiedzieć, że wyszło jej to fan-tas-tycz-nie! To zdecydowanie moja ulubiona mroczna lektura na rok 2014. Do diabła, prawdę mówiąc znalazłaby się piątce najlepszych mrocznych książek, jakie kiedykolwiek czytałam”. 
Seductive Romance Reviews

„To na tę chwilę jedna z moich ulubionych książek. Nie widziałam jeszcze, żeby jakikolwiek pisarz zmierzył się z ryzykiem, jakie podjęła E.K. Znalazła ona sposób, żeby wpasować kwadratowy klocek w okrągły otwór. Bang to powieść seksowna, zmysłowa i przewrotna. Absolutnie wspaniała. Absolutnie niewiarygodna!”. 
Denise Tung, Flirty and Dirty Book Blog

Opinie o ebooku Bang - E.K. Blair

Fragment ebooka Bang - E.K. Blair

zakupiono w sklepie:

Sklep Testowy

identyfikator transakcji:

1611306912610162

e-mail nabywcy:

test@virtualo.pl

znak wodny:

Mówią, że ten, kto mści się na drugiej osobie, traci część swojej niewinności.

Ale ja nie jestem niewinna.

Już od dawna.

Zostałam okradziona z niewinności. Odebrano mi los, który był mi pisany. Duszę, z którą przyszłam na świat. Rubinowe serce osadzone w życiu pełnym nadziei i marzeń.

To wszystko odeszło.

Przepadło.

Nigdy nawet nie miałam wyboru.

Opłakuję tamto życie. Rozpaczam nad każdym „co by było, gdyby...”.

Ale z tym już koniec.

Jestem gotowa odebrać to, co zawsze mi się należało.

Jednak każdy plan ma jakiś słaby punkt. Czasem jest nim serce.

Seria

Czarny Lotos

Tytuł oryginału

Bang

Copyright © 2014 by E.K. Blair

All rights reserved

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2018

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Marta Słońska

Redakcja:

Barbara Marszałek

Korekta:

Dariusz Marszałek

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN: 978-83-7889-716-3

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Dla Cathy

Ponieważ życie to nie bajka, ale każdy z nas potrzebuje tej

szczególnej osoby, dzięki której marzenia trwają.

Ty jesteś taką osobą dla mnie.

„Niestety, nie mogę się wytłumaczyć.

Bo widzisz, nie jestem sobą”.

– Lewis Carroll

Przedmowa

Mówią, że ten, kto mści się na drugiej osobie, traci część swojej niewinności. Ale ja nie jestem niewinna. Już od dawna. Zostałam okradziona z niewinności. Odebrano mi los, który był mi pisany. Duszę, z którą przyszłam na świat. Rubinowe serce gotowe na życie pełne nadziei i marzeń. To wszystko odeszło. Przepadło. Nigdy nawet nie miałam wyboru. Opłakuję tamto życie. Rozpaczam nad każdym: „co by było, gdyby…”. Ale z tym już koniec. Jestem gotowa odebrać to, co zawsze mi się należało, a co zostało mi tak brutalnie wydarte. Dlatego szukam zemsty. Zatem, co teraz? Teraz wymyślam intrygę i przejmuję kontrolę. Oto nakładam koronę nienawiści.

Rozdział pierwszy

(Teraźniejszość)

– Skarbie, kończysz się już szykować? – dobiega mnie z drugiego pokoju głos męża.

Zakładając perłowe kolczyki, spoglądam w lustro i szepczę sama do siebie:

– Tak.

Prostuję się, wygładzam jedwabistą sukienkę i przeczesuję palcami długie, rude włosy. Rozpuszczone, niczym karminowa narzuta opadają mi falami na odsłonięte ramiona. Chłodny, granatowy jedwab przylega do delikatnych krągłości mojej drobnej sylwetki. Oto dobra, spokojna żona, bez reszty zapatrzona w swojego męża – a przynajmniej tak się wydaje.

– Olśniewająca.

Przebiegam wzrokiem po powierzchni lustra, odnajdując w odbiciu Bennetta, który właśnie wolnym krokiem wchodzi do garderoby i zmierza w stronę toaletki, przy której stoję. Przerzuca moje włosy na bok, odsłaniając szyję, aby złożyć na niej pocałunek.

– Mmm – mruczę w odpowiedzi na jego dotyk, po czym odwracam się, aby poprawić mu muszkę.

Kiedy patrzę na jego szyję, on nie spuszcza ze mnie oczu, a gdy podnoszę wzrok w górę, posyła mi łagodny uśmiech, który odwzajemniam. To niesamowicie atrakcyjny mężczyzna; ma wyraziste rysy, kwadratową szczękę i kasztanowe włosy, gdzieniegdzie delikatnie przyprószone siwizną – świadectwo przeżytych trzydziestu czterech lat oraz jego wpływowej pozycji. Potentat. Właściciel największej na świecie firmy produkującej stal. On jest potęgą, a ja z tego korzystam.

– Baldwin już na nas czeka w samochodzie – mówi, całując mnie w czoło.

Biorę torebkę, a Bennett pomaga mi założyć płaszcz. Zjeżdżamy windą na dół. Kiedy przechodzimy przez lobby wieżowca The Legacy, który od trzech lat nazywam domem. Bennett trzyma dłoń na moich plecach, wyprowadzając w kąsający mróz zimowej nocy.

– Panie Vanderwal. – Baldwin, nasz szofer i wieloletni przyjaciel męża, wita go skinieniem, po czym przenosi uwagę na mnie. – Proszę pani.

– Dobry wieczór – mówię, chwytając jego dłoń, a on pomaga mi wejść na tylne siedzenie Land Rovera.

Bennett wślizguje się za mną, bierze moją rękę i kładzie ją sobie na kolanie, podczas gdy Baldwin zamyka drzwi i wskakuje na przednie siedzenie. Metamorphosis Glassa, ulubiony utwór Bennetta, pochłania panującą w samochodzie ciszę. Unoszę wolną dłoń i przykładam ją do zimnej szyby okna, czując, jak wilgoć i chłód przenikają przez moją skórę.

– Uwielbiam śnieg – mruczę, bardziej do siebie niż do męża, ale on i tak odpowiada.

– Powtarzasz to każdej zimy.

Odwracam się i spoglądam na niego, a potem na nasze splecione dłonie. Bennett poprawia się na miejscu i mówi:

– Wiesz, Richard opowiadał, że zatrzymał się ostatnio w tym hotelu, i wspominał, że nadawałby się na tegoroczne przyjęcie sylwestrowe.

– Jak się nazywa?

– Lotos.

– Ciekawe – zauważam, po czym pytam: – To nowy hotel McKinnona, zgadza się?

– Właściwie to jego syna. Jeszcze nie miałem okazji go poznać.

– Hmm.

– Co to za spojrzenie? – pyta, ściskając lekko moją dłoń.

– McKinnon potrafi być, no wiesz…

– Dupkiem?

Uśmiecham się i przytakuję.

– Tak. Po prostu nie miałam pojęcia, że ma dzieci.

Po przedarciu się przez ruch uliczny panujący w sobotni wieczór w centrum Chicago, w końcu podjeżdżamy pod ekskluzywny hotel wybudowany niedawno z myślą o miejskich elitach. Tak często zdarza nam się uczestniczyć w podobnych imprezach, że staje się to nużące. Pozycja Bennetta, nie tylko w mieście, ale na całym świecie, sprawia, że jego obecność jest bardzo pożądana – zarówno dla rozgłosu, jak i z innych powodów. Jednak przez ostatnie lata Bennett wielokrotnie prowadził interesy z Calumem McKinnonem, toteż dzisiejszego wydarzenia nie mogliśmy opuścić.

Baldwin otwiera drzwi i pomaga mi wyjść. Wychodzę z samochodu, poprawiam długą sukienkę, po czym zostaję wprowadzona przez szklane drzwi do lobby Lotosu. Kiedy Bennett oddala się na chwilę, żeby oddać płaszcze do szatni, obiegam wzrokiem zgromadzone wokół eleganckie towarzystwo i od środka przygryzam sobie policzek. Wiem, że jestem tu z najbogatszym mężczyzną spośród zaproszonych gości, ale trudno mi zapanować nad nerwami i zastanawiam się, czy oni wszyscy mnie nie przejrzeli.

Dostaję powitalny kieliszek szampana i napotykam wzrokiem spojrzenie kilku kobiet działających w instytucjach charytatywnych, w zarządzie których zasiadam.

– Gotowa, skarbie?

Obejmując mnie ramieniem, mąż kładzie mi dłoń na biodrze i prowadzi w stronę pierwszej z wielu osób, z którymi będziemy musieli zamienić parę słów. Uśmiecham się, unoszę podbródek i wchodzę w swoją rolę. Rolę, którą gram, odkąd poznałam Bennetta.

Jest i zawsze był kochającym mężem. W interesach stanowczy, ze mną obchodzi się jednak niezwykle delikatnie, jakbym była ze szkła. Kiedyś może faktycznie byłam krucha, ale to stare dzieje. Teraz jestem silna jak diabli. Słabość pochodzi z duszy, a większość ludzi takową posiada, co daje kobiecie takiej jak ja przewagę. Mogę manipulować ludźmi wedle własnego uznania, więc właśnie to robię.

– Nina! – słyszę swoje imię wywołane przez jedną z moich przyjaciółek.

– Jacqueline, wyglądasz cudownie – mówię, kiedy pochyla się, żeby ucałować mnie w policzek.

– Z tobą nie mogę się nawet równać. Przepiękna jak zawsze – odpowiada, po czym przenosi uwagę na Bennetta i wita go z rumieńcem na twarzy. Jestem pewna, że ma też mokro w majtkach. To rozpaczliwa flirciara. Jej mąż to żałosne indywiduum, ale jest partnerem biznesowym Bennetta, więc znoszę jego durny szowinizm i współczuję idiotce, z którą się ożenił. Jacqueline próbuje się dobrać do mojego męża, odkąd ją poznałam. Nigdy tego nie skomentowałam, bo Bennetta nie pociąga desperacja.

Podczas gdy Jacqueline flirtuje z moim mężem, ja rozglądam się po pomieszczeniu. Wszyscy mają na sobie eleganckie stroje, popijają drinki i rozmawiają o niczym. Odwracam się od tych bezmyślnych ludzi i podziwiam wspaniały, nowoczesny wystrój hotelu. Jest urządzony minimalistycznie, ale bez wątpienia włożono w niego mnóstwo pieniędzy. Błądząc wzrokiem po sali, napotykam parę oczu wpatrzonych we mnie. To spojrzenie wzbudza moją ciekawość. Mężczyzna stoi w otoczeniu kilku osób, ale na żadną z nich nie zwraca uwagi. Jest niesamowicie atrakcyjny i… obserwuje mnie. Nawet kiedy spoglądam na niego z drugiego końca sali, nie odwraca wzroku; unosi tylko kąciki ust w uśmiechu, po czym pociąga łyk koktajlu. Szczupła blondynka gładzi go po ramieniu i nasz kontakt wzrokowy urywa się. Mężczyzna, nienagannie ubrany w szyty na miarę garnitur, roztacza wokół siebie nieznaczną aurę obojętności. Ma niedbale ułożone włosy, jak gdyby tylko przeczesał dłońmi gęste loki i stwierdził; „pieprzyć to”, a jego mocno zarysowaną szczękę pokrywa jednodniowy zarost. Ale ten garnitur… tak, zdecydowanie kryje się pod nim zadbane ciało. Dopasowany krój przylega do sylwetki, podkreślając szerokie ramiona, zwężające się w dół ku szczupłym biodrom.

– Skarbie?

Oderwana od tej mimowolnej obserwacji, odwracam się i napotykam zaciekawione spojrzenie męża. Zauważam, że Jacqueline nie ma już u jego boku.

– Na co się tak zapatrzyłaś? – pyta Bennett.

– Och. W zasadzie to na wszystko. Niesamowite miejsce, co?

– Pytałem o przyjęcie, ale chyba byłaś myślami gdzie indziej. No więc, co o tym sądzisz?

– Tak, zgadzam się. To byłaby świetna lokalizacja, no i miła odmiana. – Właśnie kiedy to mówię, zauważam zbliżającego się do nas pana „pieprzyć to”. Idzie lekkim krokiem, i pozostałe kobiety na sali też to dostrzegają.

– Pan Bennett, jak mniemam – mówi z jedwabistym szkockim akcentem, takim samym, jak u jego ojca, wyciągając rękę w stronę mojego męża. – Jestem Declan McKinnon. Ojciec bardzo dobrze się o panu wyraża.

– Miło cię wreszcie poznać, Declan. Nie widziałem tu dziś Cala. – Bennett ściska dłoń pana „pieprzyć to”, który teraz ma imię.

– Nie ma go tu. Musiał polecieć do Miami zająć się jakimiś sprawami.

– Ten stary drań ani chwili nie usiedzi w miejscu, co? – Bennett śmieje się, a Declan mu wtóruje, potrząsając głową.

– Sześćdziesiąt lat na karku i wciąż rozkazuje każdemu, kto zechce go słuchać. A w sumie nawet tym, którzy nie zechcą.

Kiedy Declan przenosi wzrok na mnie, mąż przeprasza i mówi:

– Declan, poznaj moją żonę, Ninę.

Podaję mu rękę, a on ujmując ją nachyla się i całuje mnie w policzek, po czym odsuwa się, prawiąc komplement.

– Miło mi panią poznać. Już wcześniej zwróciłem na panią uwagę. – Spoglądając na Bennetta, dodaje: – Szczęściarz z pana.

– Codziennie jej to mówię.

Uśmiecham się, jak na dobrą żonę przystało. Robię tak od lat, nieczuła na niedorzeczne komplementy, którymi mężczyźni szastają w marnych próbach wyjścia na dżentelmenów. Widzę jednak, że Declan wcale się nie stara. Ma rozluźnione ramiona. Jest odprężony.

– To miejsce naprawdę robi wrażenie. Moje gratulacje. – Bennett ma zachwycony ton głosu.

– Dziękuję. Kosztowało mnie to tylko kilka lat życia, ale – odpowiada, rozglądając się wokoło – wszystko jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. – Z powrotem kieruje spojrzenie na mnie.

Jawnie ze mną flirtuje i jestem zaskoczona, że mąż, nie zwracając na to uwagi, kontynuuje rozmowę.

– Mówiłem właśnie Ninie, że ten hotel doskonale nadawałby się na przyjęcie, które organizujemy dla przyjaciół na koniec roku.

Wtrącam się z uśmieszkiem na twarzy.

– To doroczna impreza, z okazji której mój mąż popuszcza wodze i pozwala mi zorganizować wydarzenie podkreślające jego finansową potęgę, ot, żeby przypomnieć wszystkim, kto tu rządzi. Takie przedłużenie penisa, można powiedzieć, i zbliża się jego coroczne celebrowanie. – Droczę się z kobiecą czułością, która sprawia, że obaj śmieją się, rozbawieni moją cierpką uwagą. Wtóruję im, mrugając zalotnie do męża.

– Jaka słodka – stwierdza Declan.

– Nawet nie wiesz jak bardzo – odpowiada Bennett, spoglądając na mnie z szerokim uśmiechem. – Ale chociaż tak mówi, uwielbia to coroczne planowanie, a ja z przyjemnością patrzę, jak wydaje wszystkie moje ciężko zarobione pieniądze. Tylko że teraz jesteśmy w kropce, bo lokal, który wybraliśmy kilka miesięcy temu jest akurat w remoncie i nie będzie gotowy na czas.

– Na kiedy właściwie planujecie tę imprezę?

– To bal sylwestrowy.

– Chyba dałoby się zrobić – stwierdza Declan. Wyjmuje z marynarki wizytówkę i zamiast Bennettowi, wręcza ją mnie, mówiąc: – Wygląda na to, że będę pani podległym, więc tutaj są moje numery kontaktowe.

Wyciągając wizytówkę spomiędzy jego palców, patrzę, jak odwraca się w kierunku mojego męża.

– Będę doglądał planów i zadbam, żeby Nina dostała wszystko, czego sobie zażyczy.

– Wygląda na to, że w tym roku będę musiał wypisać spory czek – żartuje mój mąż. – No dobrze, Declan, wspaniale było wreszcie spotkać się twarzą w twarz, ale teraz wybacz, chciałbym pochwalić się swoją żoną, tańcząc z nią.

Kiedy Bennett prowadzi mnie na parkiet i bierze w ramiona, korzystam z okazji, aby zerknąć ponad jego ramię na Declana, który wpatruje się we mnie z uwagą, ani trochę nie kryjąc zainteresowania. Wstrząsa mną spazm uniesienia, podczas gdy mąż powoli i bez wysiłku prowadzi mnie w tańcu.

Resztę wieczoru spędzamy na rozmowach i spotkaniach z przyjaciółmi i wspólnikami, aż w końcu opuszczamy przyjęcie i wracamy do The Legacy. Wychodzimy z windy do penthausu, który był własnością Bennetta jeszcze zanim poznałam go cztery lata temu, i przechodzimy przez pogrążony w ciemności salon. Jedynym źródłem światła jest księżycowa poświata przebijająca się przez zimowe chmury skłębione za oknami, które ciągną się od podłogi aż do sufitu. Wchodzę za Bennettem do wielkiej sypialni. Wysuwając stopy ze szpilek, unoszę wzrok i widzę, że mąż rozwiązał już muszkę, zwisającą teraz luźno wokół kołnierza białej koszuli, której guziki właśnie rozpina.

Jego oczy z zachwytem podziwiają moje ciało. Stoję tam, podczas gdy on zbliża się powoli, a potem kładzie dłonie na moich biodrach i zjeżdża nimi w dół ciała, aż znajduje się przede mną na kolanach. Wsuwając dłonie przez rozcięcie w sukience przebiega nimi w górę po nogach, a gdy tylko jego palce dotykają majtek, wyłączam wszystko.

Stalowa klatka otacza moje serce i zanim zdążą ogarnąć mnie mdłości, zamykam się w sobie.

Odrętwiała.

Nieobecna.

Bennett gwałtownym ruchem ściąga moje majtki w dół, a ja wyjmuje z nich nogi, po czym czuję ciepło jego języka prześlizgującego się wzdłuż mojej pochwy, ale odpycham od siebie wszelką chęć do zbliżenia. Sypiam z mężem od kilku lat, lecz konsekwentnie odmawiam sobie przyjemności, którą widzę w jego oczach.

Dlaczego?

Powiem wam, dlaczego.

Ponieważ go nienawidzę.

On w tej chwili sądzi, że się kochamy. Leżę pod nim, a jego członek powoli wciska się we mnie. Splatam ramiona wokół jego szyi i rozchylam szeroko nogi, zachęcając go do wejścia głębiej, podczas gdy on liże i ssie moje cycki. Wierzy we wszystko, w co chcę, aby wierzył. Zawsze. Ale dla mnie to tylko gra, a on naiwnie wpadł w moje sidła. Nigdy nie poddaje w wątpliwość mojej miłości do niego. Teraz wiję się pod nim i jęczę, udając rozkosz, a on wbija się we mnie głębiej, po czym szczytuje. Mówi, jak bardzo mnie kocha, a ja odpowiadam tymi samymi słowami.

– O Boże, Bennett, tak strasznie cię kocham – dyszę.

Bennett z głową przytuloną do mojej szyi próbuje uspokoić oddech, a kiedy się podnosi, przeczesuję palcami jego włosy.

Spogląda mi w oczy.

– Wyglądasz oszałamiająco, kiedy taka jesteś.

– Jaka? – pytam łagodnie.

– Zaspokojona.

Idiota.

Rozdział drugi

(Teraźniejszość)

Odwracam się w łóżku i widzę, że obok mnie nikogo nie ma. Nic nowego. W powietrzu wciąż unosi się zapach wody po goleniu Bennetta. Idę się odświeżyć, a gdy wchodzę do salonu, zastaję męża siedzącego przy barze w kuchni. Przegląda jakieś dokumenty, popijając kawę. Zawiązuję w talii pasek jedwabnego szlafroka, podchodzę do niego od tyłu i oplatając rękami jego ramiona daję mu całusa.

– Dzień dobry – mówi, uśmiechając się na mój widok.

– Wcześnie wstałeś – odpowiadam, zauważając, że ma na sobie trzyczęściowy garnitur.

Odkłada papiery, odwraca się i wciąga mnie sobie między nogi.

– Wyjeżdżam do Dubaju, nie pamiętasz?

– Oczywiście, że pamiętam. Ale to dopiero za kilka godzin. – Opuszczam głowę, dodając z udawanym smutkiem. – Wolałabym, żebyś nie jechał.

Całuje mnie w usta, po czym odsuwa się i gładzi palcami moje długie włosy, zaczesując je do tyłu.

– To tylko kilka dni. Zresztą będziesz miała zajęcie.

– Zajęcie?

– Musisz zacząć przygotowania do imprezy. Zostało już niewiele ponad miesiąc, niedługo trzeba rozesłać zaproszenia. Richard ze mną nie jedzie, więc będziesz go miała pod ręką przez ten tydzień, gdybyś czegoś potrzebowała.

Richard to mąż Jacqueline i wspólnik Bennetta. Zawsze działał mi na nerwy, ale ze względu na Bennetta udaję, że go lubię.

On nosi fular, na litość boską.

– W porządku. W takim razie dzisiaj popracuję trochę z domu, a potem zadzwonię do hotelu, żeby umówić spotkanie.

Idę zaparzyć filiżankę herbaty, a Bennett wraca do pracy, dopóki nie przyjdzie pora, żeby jechać na lotnisko. Po jakimś czasie Baldwin znosi jego bagaż do samochodu, dając nam chwilę, żeby się pożegnać.

– Będę tęsknić – mruczę, na co mąż odpowiada:

– Skarbie, zawsze tak mówisz.

Ocierając się o niego, przykrywam jego usta moimi.

– Bo zawsze tęsknię.

Uśmiecha się.

Ja też.

– Zadzwoń do mnie jak tylko wylądujesz, żebym wiedziała, że wszystko w porządku.

– Kocham cię.

Odprowadzam go do windy i całuję na pożegnanie, po czym przechodzę do gabinetu i siadam do laptopa. Siadam wygodnie w fotelu i wpisuję w wyszukiwarce: Declan McKinnon. Ekran zalewa się linkami. Klikam na jeden z nich i czytam:

Declan Alexander McKinnon

Urodzony w Edynburgu w Szkocji

Wiek: 31 lat

Syn Caluma McKinnona i śp. Lillian McKinnon

Ukończył studia magisterskie na Uniwersytecie w St. Andrews w Szkocji

Przez jakiś czas czytam o jego najróżniejszych osiągnięciach akademickich i zawodowych. Miałam parę razy okazję spotkać jego ojca i wiem, że nazwisko McKinnon cieszy się wielkim szacunkiem, toteż wyobrażam sobie, jaką musiano na niego wywierać presję, aby tego szacunku nie nadszarpnął.

Kliknięciem przechodzę do wyszukiwania obrazków i ekran wypełnia się setkami zdjęć Declana w towarzystwie rozmaitych kobiet. Mężczyzna wyraźnie cieszy się stanem kawalerskim, ale wygląda na to, że w Chicago jest od niedawna.

Nie myśląc o nim zbyt wiele, otwieram książkę adresową Bennetta i biorę się do pracy. Ze względu na otaczający mojego męża rozgłos, nasza coroczna ekstrawagancka impreza jest dla gości okazją do zaspokojenia swojego ego. Już choćby z tego powodu bezpieczeństwo i prywatność są sprawą najwyższej wagi.

Pomimo niechęci, jaką czuję do męża, muszę docenić, że do wszystkiego doszedł sam. Zbudował wartą miliardy dolarów firmę od zera i sprawił, że nazwisko Vanderwal wzbudza powszechny podziw. Nazwisko, które przybrałam po tym, jak moje dawne zostało zbrukane.

Kiedy mam już wstępną listę gości, przesyłam ją e-mailem Bennettowi do przejrzenia. Wychodząc z gabinetu zauważam Clarę, zajętą w kuchni wypakowywaniem zakupów.

– Nie słyszałam, jak wchodzisz – mówię do niej.

– Witam, pani Vanderwal – odpowiada słodkim głosem. – Pani mąż nalegał, żebym dzisiaj przyszła, skoro on wyjechał w interesach. Jest tu jeszcze?

– Nie, minęliście się. – Dołączam do niej i podchodzę, żeby pomóc z odkładaniem jedzenia na miejsce.

– Proszę to zostawić – karci mnie żartobliwie, a ja uśmiecham się do niej, dając się wygonić z kuchni.

Nigdy nie miałam mamy, a Clara, choć tylko dla nas pracuje, wypełnia dom ciepłem, na jakie stać tylko kobietę obdarzoną silnym instynktem macierzyńskim.

– Zaparzyć pani filiżankę herbaty?

– Nie, dziękuję. Już piłam.

Kiedy siadam przy barze, Clara pyta:

– Głodna?

Potrząsam głową.

– Chyba zostanę dziś tutaj. Bennett chce, żebym zaczęła pracować nad balem, więc planuję polenić się w domu, serfując po Internecie i szukając pomysłów.

– To już ten czas?

– Mmm.

– Jak szybko lecą te lata. Kiedy będzie pani w moim wieku, proszę nawet nie mrugać. Nigdy. – Uśmiecha się łagodnie, wyciągając z szafki patelnie i biorąc się do gotowania.

Podchodzę do okien i patrzę, jak śnieg opada na miasto. Tutaj, na wysokości siedemdziesiątego pierwszego piętra, czuję się jak królowa. Przez chwilę napawam się widokiem, po czym wracam do pracy, a tymczasem Clara krząta się w kuchni, szykując posiłki na kilka następnych dni. Czas szybko ucieka i zanim się obejrzę niebo już ciemnieje, a Clara żegna się i wychodzi.

***

Następnego ranka po wstaniu z łóżka szykuję się bez pośpiechu. Podchodzę do okien i, popijając herbatę, obserwuję ulice centrum, na których w ten poniedziałkowy poranek panuje spory ruch. Kiedy tak stoję, dzwoni telefon. Widzę, że to Bennett, i odbieram.

– Hej, skarbie – mówię, podchodząc do kanapy, żeby usiąść.

– Cześć. Próbowałem się dodzwonić wczoraj po lądowaniu.

– Przepraszam. Wcześnie się położyłam.

– Aż taki męczący dzień, hm? – żartuje, śmiejąc się lekko.

– Taaak, coś w tym rodzaju. To chyba przez ten stale sypiący śnieg. Strasznie mnie rozleniwia. A jak tam twoje sprawy?

– Dobrze. Właśnie spotkałem się z nowym klientem i zjadłem późny lunch. Teraz wracam do hotelu wziąć prysznic, a wieczorem będę musiał zafundować tym sukinsynom wystawny obiad, ale chciałem jeszcze cię złapać, skoro nie udało mi się usłyszeć twojego głosu zeszłej nocy.

– Brakowało ci mojego głosu, tak?

– Nie tylko głosu – kokietuje.

Wzdycham głęboko.

– Mnie brakuje cię w łóżku. Zawsze czuję się samotna, kiedy cię nie ma. Jest za pusto i za cicho.

– Czy Clara nie wpadła wczoraj?

– Wpadła, wpadła. Nie musisz się tak ze mną ceregielić, wiesz. Jestem dużą dziewczynką.

– Ale ja lubię… jak to określiłaś? Ceregielić się? – Kiedy to mówi, słyszę w jego głosie rozbawienie i odpowiadam w podobnym tonie.

– Tak. Ceregielić. Jak na takiego światowca, przydałoby ci się poszerzyć słownictwo.

– Ach, tak? Może jak już wrócę powinienem ci pokazać, jak rozległe jest moje słownictwo.

Śmieję się. Świntuszenie zdecydowanie nie jest mocną stroną Bennetta, ale odpowiadam zalotnie:

– Hmm… może powinieneś wrócić wcześniej.

– Chciałbym. Chociaż muszę przyznać, że na temperaturę nie narzekam. Słonecznie tu i cieplutko.

– Jeśli myślisz, że będę ci zazdrościć, to nic z tego. Wiesz, że uwielbiam, kiedy jest zimno i szaro. Mam wtedy powód, żeby co noc grzać się w twoich objęciach.

– A jak się grzałaś w nocy?

– Objadłam się zapiekanym ziti Clary, a potem zagrzebałam się w stertę koców.

– Nic się nie martw, skarbie, niedługo wrócę i cię ogrzeję – zapewnia mnie łagodnym głosem, po czym pyta: – To jakie masz plany na dzisiaj?

– Zamierzałam przedzwonić do hotelu i zobaczyć, czy uda mi się umówić na spotkanie, żeby jeszcze raz rozejrzeć się na miejscu.

– Dopiero co tam byliśmy.

– Tak, ale teraz chcę zobaczyć, jak tam wygląda, kiedy po sali nie kręci się cała śmietanka towarzyska Chicago.

Śmieje się.

– Kochanie, nie zapominaj, że sama jesteś na samym szczycie tej śmietanki.

– A to wszystko tylko dzięki tobie, mój drogi – droczę się. – A tak na poważnie, chcę zobaczyć, jak sala wygląda pusta, i pomówić z dyrekcją, żeby dowiedzieć się, czy mają jakieś nowe namiary na dostawców. Chciałabym wyjść poza to, czego trzymaliśmy się przez ostatnie lata.

– Jeśli tylko ty przyłożysz do tego rękę, na pewno uda się znakomicie. Wszystko, czego dotkniesz, zmienia się w ideał. Wystarczy spojrzeć na mnie.

– Ideał, co? Cóż, ciężko mi się sprzeczać. Niczego bym w tobie nie zmieniła.

– Ani ja w tobie – prawi mi komplement, po czym informuje: – Samochód właśnie podjechał pod hotel. Muszę kończyć.

– Dobrze. Nie pracuj zbyt ciężko. Tęsknię.

– Ja też, kochana. Miłego dnia.

Po skończonej rozmowie oddycham głęboko. Z początku trudno mi było tak do niego mówić, ale teraz przychodzi mi to równie naturalnie, jak chęć starcia z buta psiego gówna.

Idę do garderoby po portmonetkę, którą miałam ze sobą na przyjęciu. Otwieram ją i wyciągam wizytówkę, którą dał mi Declan, po czym wracam do salonu, żeby zatelefonować.

– Lotos – mruczy w słuchawce kobiecy głos.

– Czy zastałam Declana McKinnona?

– A kto dzwoni?

– Nina Vanderwal.

Zostawia mnie na chwilę na linii, a kiedy wraca, mówi:

– Pan McKinnon jest jeszcze na spotkaniu. Czy mam przekazać wiadomość?

– Nie chciałabym wtrącać się w jego plany, ale będę urządzać dużą imprezę. Chciałabym przyjechać obejrzeć główną salę balową i omówić kwestię dostawców.

– Oczywiście. Przełączę panią do kierownika – oznajmia, po czym przekierowuje połączenie.

Po krótkiej rozmowie umawiam się z kierownikiem hotelu na spotkanie za godzinę. Rozłączam się i dzwonię po Baldwina, prosząc, żeby przygotował samochód i odwiózł mnie na miejsce. Kiedy się zjawia, jestem już gotowa do wyjścia. Baldwin pomaga mi założyć płaszcz na jedwabną bluzkę w kolorze kości słoniowej, wsuniętą w dopasowane spodnie z czarnej wełny.

– Jest pani gotowa? – pyta. Potwierdzam, chwytając torebkę.

Zjeżdżamy na dół windą. Przechodząc przez lobby widzę, że samochód czeka już przed wejściem.

– Proszę iść ostrożnie – radzi Baldwin, kiedy w butach na obcasie manewruję wokół oblodzonych fragmentów chodnika.

Po dotarciu do Lotosu zostaję powitana przez oczekującego mnie kierownika. Podążam za nim do sali balowej, rozglądając się po otoczeniu. Jest tu dość dużo miejsc siedzących, aby zaspokoić nasze potrzeby, a obok znajduje się bar oferujący rozmaite cygara i alkohole, wystawione na pokaz w wyłożonym ciemnym mahoniem wnętrzu. Lada barowa jest szeroka, a jej drewno imponująco wykończone. Szkoda, że na wielkim otwarciu wszystko to znikło z widoku, przesłonięte morzem ludzi. Pomimo ogromu pomieszczenia, panuje tu kameralna atmosfera. Na parkiet taneczny prowadzą w dół krótkie schody, oddzielając go od części jadalnej i nadając miejscu nieco spokojniejszy charakter.

Kiedy tak krążę po sali i zapisuję spostrzeżenia w notatniku, niespodziewanie dobiega mnie znajomy głos.

– Jak wygląda? – Szkocki akcent rozbrzmiewa po całej sali. Odwracam się i podchwytuję jego spojrzenie.

– Słucham?

Rozgląda się dookoła.

– To wnętrze – precyzuje. – Inaczej wygląda, kiedy jest puste, prawda?

Odwracam głowę, żeby obejrzeć wystrój.

– Owszem. Myślałam właśnie, jak wielu detali nie zauważyłam tamtej nocy, kiedy było tu pełno ludzi.

Podchodzi do mnie. Wygląda nienagannie w prostych spodniach i koszuli, bez marynarki i krawata. Z lekkim uśmiechem na twarzy wyciąga ku mnie rękę i w końcu wita się.

– Miło znów cię widzieć, Nino.

Moje imię wypowiedziane z jego akcentem brzmi bez dwóch zdań piekielnie seksownie.

Kiedy muska wargami moje palce, jego lekki zarost ociera się o moją miękką skórę. Nie odpowiadam, ale kiedy odrobinę za długo nie puszcza mojej dłoni, wyrywam ją z uścisku. Uśmiech Declana pozostaje niezmieniony, jakby bawiła go moja reakcja.

Swobodnie odwraca się do mężczyzny, który mnie oprowadzał, i odsyła go. Zwracając się z powrotem do mnie, wpycha ręce do kieszeni spodni i pyta:

– No i co myślisz?

– Myślę, że mój mąż miał rację. To idealne miejsce na przyjęcie.

– Świetnie. Potrzebujesz się jeszcze rozejrzeć?

– Chyba na razie mi wystarczy.

Wydaje się czymś rozbawiony – może mną. Wyciąga ręce z kieszeni i jedną kładzie mi na plecach, wyprowadzając mnie z sali.

– Chodźmy do mnie omówić szczegóły.

Docieramy do jego biura, gdzie staję na środku przesadnie dużego pomieszczenia, podczas gdy on pewnym siebie, rozluźnionym krokiem podchodzi do biurka i bierze z niego laptopa. Skinieniem głowy wskazuje mi skórzaną kanapę.

– Usiądź, proszę.

Usadawiam się i otwieram terminarz. Przerzucam kartki w poszukiwaniu kalendarza, czując na sobie jego spojrzenie.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – pytam, podnosząc wzrok z udaną irytacją.

– Gdzie w ogóle jeszcze sprzedają papierowe terminarze? – droczy się.

– W wielu miejscach.

– Od lat żadnego nie widziałem. Wiesz, że teraz robią coś takiego jak tablety?

Uśmiecham się w odpowiedzi na jego kpiące uwagi.

– Tak. Od czasu go czasu udaje mi się wypełznąć z mojej jamy i zorientować w rozwoju nowoczesnej technologii, ale dziękuję za troskę.

Ze śmiechem potrząsa głową. Patrzę, jak jego uśmiech praktycznie dociera do zielonych oczu, a w kącikach pojawiają się zmarszczki.

– A masz taki chociaż? – pyta, wciąż uśmiechnięty.

– Nie.

Nie odpowiada, ale jego niewzruszone spojrzenie wydobywa ze mnie odpowiedź na niewypowiedziane „dlaczego?”.

– Cenię sobie prywatność, a technologia ją zakłóca. Papier mogę spalić i wyrzucić popiół, jakby nigdy nie istniał. Nie do wyśledzenia. – Odwzajemniając jego chytry uśmieszek, dodaję: – A ty? Nie sądzisz, że to głupota tak się wystawiać na widok? Tak się obnażać?

– Czy to zagadka?

Śmieję się. Ignorując pytanie, przerzucam kartki kalendarza i potwierdzam:

– Jesteście otwarci 31 grudnia, zgadza się?

Z westchnieniem obraca się i spogląda na ekran laptopa.

– Tak.

– Świetnie. Bennett woli, żeby było nie za dużo osób, tak około dwustu. Ważne jest dla niego bezpieczeństwo…

– Dla ciebie też? – przerywa. Przyjmuję łagodniejszy wyraz twarzy i uśmiecham się.

– Tak, dla mnie też. Goście będą musieli się zameldować przy wejściu. Czy personel hotelowy się tym zajmie?

– Czego tylko sobie życzysz.

Następną godzinę spędzamy, omawiając pomysły na organizację przyjęcia i planując na kilka następnych tygodni spotkania z paroma dostawcami, zanim w końcu dzwonię po Baldwina, aby mnie odebrał. Doskonałe maniery Declana ustępują miejsca lubieżności, kiedy całuje mnie na pożegnanie; chwyta moje ramiona i przeciąga wargami po policzku, a następnie przyciska mi je do ucha, szepcząc:

– Do następnego razu.

Rozdział trzeci

(Teraźniejszość)

Declan zadzwonił dwa dni temu, żeby potwierdzić moje spotkanie z kwiaciarzem. Polecił mi firmę z Andersonville, która dostarcza mu kwiaty do hotelowego lobby, więc się zgodziłam. Tego ranka omówiłam z Bennettem pomysł, żeby urządzić przyjęcie w konwencji balu maskowego, i ku mojemu zadowoleniu dał mi zielone światło. Po naszej rozmowie dało się poznać, że za mną tęskni – nie kwapił się, aby odłożyć słuchawkę – ale ma wrócić z Dubaju jutro wieczorem. Pomimo uczucia osamotnienia cieszył się, że udało mu się przejąć zakłady produkcyjne, które zamierzał odkupić od bliskiej bankructwa lokalnej firmy.

Padający śnieg sprawia, że jazda samochodem do Andersonville trwa dłużej niż zwykle. Zima jak zawsze brutalnie obchodzi się z Chicago, ale jest to brutalność, która mi się podoba. Z tylnego siedzenia obserwuję, jak białe płatki uderzają w okno i powoli topnieją zmieniając się w krople spływające po szkle.

Po dotarciu do kwiaciarni Marguerite Gardens wchodzę do rustykalnego wnętrza. Ściany z cegły, wytarte drewniane podłogi, ekstrawaganckie kompozycje kwiatowe porozstawiane na prostych, wiejskich stołach, i on. Stoi tam w ciemnografitowych spodniach i jasnoniebieskiej koszuli, a kiedy podchodzę bliżej, odwraca się od kobiety, z którą właśnie rozmawia i posyła mi uśmiech.

– Co ty tu robisz? – pytam poirytowana.

– O, dotarłaś – stwierdza cicho, jakby z rozdrażnieniem, po czym ujmuje moją dłoń i składa na niej krótki pocałunek.

– Nie wiedziałam, że też tutaj będziesz.

– Obiecałem twojemu mężowi, że będę wszystkiego doglądał i zadbam, żebyś dostała dokładnie to, czego sobie życzysz. No więc jestem – oznajmia, po czym zniża głos – upewniając się, że właśnie to dostaniesz.

– Dlaczego to robisz?

– Co masz na myśli?

– To – odpowiadam. – Mam na myśl ten prostacki flirt.

– Czy to cię krępuje?

– O to ci chodzi? Żebym czuła się skrępowana?

Kompletnie ignorując pytanie, odwraca się i woła:

– Betty, pokaż nam, co macie.

Kobieta, z którą rozmawiał, kiedy weszłam, siedzi teraz za jednym ze stołów.

Declan odsuwa dla mnie krzesło, a kiedy siadam, Betty wita mnie i mówi:

– Powiedziano mi, że planujemy przyjęcie sylwestrowe. Wie pani już, czego pani szuka?

– Sądzę, że będziemy się trzymać konwencji maskarady. Skłaniałbym się ku odcieniom bieli i ciemnej pomarańczy.

Betty i ja przeglądamy kilka katalogów, robiąc notatki na temat kwiatów i stylów aranżacji, a tymczasem Declan siedzi w milczeniu obok mnie. Nim spotkanie dobiega końca, decydujemy się na rozmaite kompozycje z rdzawopomarańczowych dalii, miętowych i żółtych róż, hortensji, jaskrów i aspidistrów.

Kiedy Betty przeprasza i zostawia nas samych, wyjmuję telefon, żeby wezwać samochód, ale zanim zaczynam pisać SMS-a, Declan wyrywa mi komórkę z dłoni.

– Umieram z głodu – mówi.

– Dobrze wiedzieć – prycham ze złością i próbuję chwycić telefon, ale on odsuwa go tak, żebym nie mogła dosięgnąć. – Oddaj mi komórkę.

– Zjedz ze mną lunch.

– Nie, dziękuję – odpowiadam z kpiącą uprzejmością.

Wstając, bierze mnie za rękę i podnosi z krzesła.

– To nie była prośba.

Mówi urywanymi słowami, niemal ze złością, więc nie protestuję, kiedy bierze mój płaszcz i pomaga mi go założyć. Nie wiem, co myśleć o tej zmianie. Zwykle zachowuje się beztrosko i zalotnie, ale dzisiaj jest milczący i surowy.

Czując ukłucia lodowatego wiatru na policzkach wychodzę z Declanem i podążam za nim do czarnego sportowego Mercedesa. Oczywiście, że ktoś taki jak on jeździ luksusowym autem. Pasuje do jego tajemniczego, seksownego stylu bycia. Wślizguję się na chłodne, skórzane siedzenie, patrząc jak Declan obchodzi samochód od przodu, otwiera drzwi kierowcy i wsiada.

– Dokąd jedziemy? – pytam.

– Nie powiem – stwierdza, wyjeżdżając z parkingu. Z jego mowy ciała nie da się nic wyczytać.

– Dlaczego?

– Bo za bardzo się wykłócasz.

Mówi to takim tonem, jakby beształ małe dziecko, i korci mnie, żeby mu się sprzeciwić, tylko po to, żeby go wkurzyć. Zamiast tego jednak postanawiam grać w jego grę. Będę współpracować, tak jak sobie tego życzy.

Pora zacząć badać grunt.

Jedziemy przez chwilę w milczeniu, po czym ku mojemu zaskoczeniu skręcamy na parking przy Over Easy Café. Declan zatrzymuje auto, a ja nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu na myśl, jak bardzo luksusowy samochód kontrastuje ze skromną restauracyjką.

– Coś w tym śmiesznego? – pyta, gasząc silnik.

Rzucam mu ostre spojrzenie.

– Twój nastrój naprawdę zaczyna mi działać na nerwy. Nie wiem, dlaczego jesteś taki wkurzony, ale może daj sobie na wstrzymanie. – Wysiadam z samochodu i ruszam w stronę budynku. Kiedy oglądam się do tyłu, widzę, że Declan stoi, uśmiechając się niemal z dumą. Co do cholery? Nie mogę rozgryźć, czego ten facet chce – tupetu czy posłuszeństwa.

W restauracji panuje żywa atmosfera; pomocnicy kelnerów sprzątają ze stolików, a goście rozmawiają podniesionymi głosami. Szybko dostajemy zamówioną kawę, a kiedy sięgam po menu, Declan wreszcie się odzywa.

– Pomyślałem, że zabiorę cię do jakiegoś skromniejszego lokalu, bo pewnie dawno już nie jadłaś w takim miejscu. Nie martw się; jedzenie będzie ci smakować. Zamów naleśniki z musli z jagodami.

Kiedy to mówi, jego spojrzenie jest łagodne, podobnie jak głos, więc pytam:

– Dlaczego nagle zrobiłeś się taki miły?

– Daję sobie na wstrzymanie. Korzystaj, póki możesz, bo nie jestem facetem, który chętnie słucha rozkazów.

Teraz czytam w nim jak w otwartej księdze.

Z uśmiechem oferuję mu szczyptę posłuszeństwa, mówiąc:

– W takim razie wezmę te naleśniki.

Kelnerka podchodzi do stolika, żeby przyjąć od nas zamówienie i pofantazjować o ujeżdżaniu penisa Declana, po czym odchodzi, chichocząc.

– Często ci się to zdarza? – pytam. – No wiesz, okazja do nakarmienia ego widokiem kobiet rumieniących się w twojej obecności.

– Zawsze wszystko tak rozkładasz na czynniki pierwsze?

– Zawsze tak wymijająco odpowiadasz?

Opiera łokcie na stole.

– Nie częściej niż ty.

– Zauważyłeś, że kiedy tylko nie rozmawiamy o interesach, zaczynamy gadać w kółko to samo jak zdarta płyta?

– No dobrze. Żadnych zdartych płyt. Zadaj mi pytanie – zachęca, po czym pociąga łyk kawy i czeka. Widzę zaciekawienie w jego oczach; szmaragdowych, obramowanych ciemnymi rzęsami. Nie mogę winić kelnerki za jej reakcję. Ciekawe, ile kobiet po spotkaniu z nim wraca do domu, żeby zrobić sobie dobrze palcami albo wibratorem, zanim ich żałośni mężowie wrócą z pracy.

Oczyszczam myśli z tych wizji i zadaję najbardziej niewinne pytanie, jakie przychodzi mi do głowy, mimo że znam już odpowiedź.

– Skąd jesteś?

– To jest twoje pytanie? – Zaczyna się śmiać, ale pod moim ostrym spojrzeniem uspokaja się i odpowiada. – Z Edynburga.

– W Szkocji?

– A znasz jakiś inny?

Mądrala.

– Myślałam, że dajesz sobie na wstrzymanie i starasz się być miły. – Odchylam się na oparcie, sięgając po kubek z kawą.

– Tak mi się wymknęło. Moja kolej. Od jak dawna jesteś mężatką?

– Trochę ponad trzy lata.

– A od jak dawna jesteście razem?

– Cztery lata. To były dwa pytania – delikatnie mu wypominam.

– Nienajlepiej mi idzie przestrzeganie reguł – mówi i kontynuuje zanim zdążę się odezwać. – Szybko wylądowaliście przed ołtarzem.

– Cóż mogę powiedzieć? Kiedy Bennett czegoś chce, bierze to nie marnując czasu.

Kiedy wraca nasza kelnerka, obserwuję, jak nerwowo patrzy Declanowi w oczy, podając jedzenie. Śmieję się rozbawiona, na co on potrząsa głową.

– Widzisz, co mam na myśli? – pytam po odejściu kelnerki.

– Przeszkadza ci to?

– Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? – Chwytam widelec, żeby ukroić sobie kawałek naleśnika.

– To po co w ogóle o tym wspominasz?

– Zdarta płyta, Declan. Znowu to robimy. – Biorę kęs naleśnika, pod bacznym spojrzeniem mojego towarzysza.

– Dobra, żadnych płyt. Masz dzieci?

– Nie.

– A chciałabyś mieć?

– Nie mogę mieć dzieci, więc to, czego bym chciała, jest bez znaczenia.

Milknie na moment, zaskoczony moją odpowiedzią, po czym pyta:

– Dlaczego nie możesz mieć dzieci?

– To nie twoja sprawa – odpowiadam, pociągając kolejny łyk kawy.

– Kochasz go?

Głośno przełykając napój, upewniam się:

– Swojego męża?

– Tak.

Bierze kęs jajek, a ja prostuję się i spoglądam mu w oczy.

– Obraża mnie twoje przypuszczenie, że mogłaby istnieć więcej niż jedna odpowiedź na to pytanie.

Zauważam, że kąciki jego ust wyginają się lekko ku górze. Przez moment podtrzymuje spojrzenie, zanim znów się odzywa.

– Zabawne, że zrobiłaś unik, zamiast odpowiedzieć.

– Oczywiście, że go kocham.

Kłamstwo.

– Więc to on jest tym jedynym?

Okazuję wahanie, tak, żeby nie uszło to jego uwadze, a potem odpowiadam po prostu „Tak”, starając się, żeby głos lekko mi zadrżał.

On wychwytuje moje subtelne sygnały. Nie spuszcza ze mnie wzroku. Poprawiam się na miejscu, udając dyskomfort, a kiedy Declan zmienia temat, jestem pewna, że to kupił. Resztę posiłku spędzamy, gawędząc od niechcenia o niczym, a kiedy opuszczamy restaurację i idziemy w stronę samochodu, nagle tracę równowagę na śliskim lodzie. Dłonie Declana chwytają mnie szybko, podczas gdy ja szamoczę się i ląduję oparta plecami o jego wóz. Jest blisko. Nasze piersi stykają się, a każdy oddech zmienia się w obłoczek pary. Nic nie mówię ani nie zmieniam pozycji. Zastanawiam się, czy wykona ruch, bo wiem, że chodzi mu to po głowie. Ale, aby zamienić myśli w czyn trzeba mieć jaja; mam nadzieję, że jemu ich nie brakuje.

– Odepchnij mnie, Nino – nalega cichym głosem, jakby mnie sprawdzał.

Ale to ja sprawdzam jego, choć on jeszcze o tym nie wie. Dlatego odpowiadam:

– Dlaczego?

– Bo kochasz swojego męża.

Napierając na niego rękami, odpycham go od siebie i mówię ze złością:

– Naprawdę go kocham.

Declan otwiera mi drzwi, jakby ta wymiana zdań w ogóle nie miała miejsca.

– Gdzie mieszkasz? – pyta, kiedy wyjeżdżamy na główną ulicę.

– Dlaczego pytasz?

– Bo zamierzam cię odwieźć do domu – odpowiada, zwracając ku mnie głowę.

– W The Legacy.

Pomiędzy nami zapada niezręczne milczenie. Zastanawiam się, o czym myśli mój towarzysz, ale nie mam odwagi go o to zapytać. Declan włącza radio, odrywając mnie od tych rozmyślań. Skupia wzrok na drodze i nie mam wątpliwości, że muzyka ma mu pomóc oderwać się od obecnej sytuacji. Mnie nie jest dana chwila wytchnienia; wciąż zastanawiam się, jakie myśli przebiegają mu teraz przez głowę. Na to już jednak nie mam wpływu – nie zamierzam naciskać. Upadek musi nastąpić z jego własnej woli. Ja jestem tylko paliwem napędzającym jego pojazd; to on jest kierowcą, i od niego zależy cel podróży.

Kiedy podjeżdża pod The Legacy, zatrzymuje samochód i spogląda na mnie. Przez całą drogę nie powiedział ani słowa, a teraz w dalszym ciągu milczy. Pragnąc załagodzić jego ewentualne złe wrażenie, odchylam się na siedzeniu i wzdycham, obracając głowę w jego stronę.

Declan wciąż trzyma dłonie na kierownicy. Nasze oczy spotykają się i mówię łagodnym głosem, pozbawionym jakichkolwiek podtekstów:

– Dobrze się z tobą bawiłam.

Kiwa głową, nieprzekonany, więc przymilam się dalej:

– Nie mam zbyt wielu przyjaciół.

Kiedy to mówię, powoli opuszcza ręce na kolana i odwraca się lekko w moją stronę.

– A tych dwieście osób z listy gości na twoje przyjęcie to kto?

– Gdyby nie Bennett, nawet by na mnie nie spojrzeli. Zresztą i tak bym tego nie chciała.

– Dlaczego nie?

– Bo nic mnie z nimi nie łączy.

– Jak to?

Nie odpowiadam od razu. Opuszczam wzrok, skupiając go na swoich dłoniach.

– Powiedz mi, Nino.

Odwzajemniam jego spojrzenie i potrząsam nieznacznie głową.

– Chyba sama jeszcze nie jestem pewna.

– A twój mąż?

– O niczym nie wie. Myśli, że sprawiają mi przyjemność wypady na lunch z żonami wspólników, a tak naprawdę ich nie znoszę.

– To po co to robisz?

Oddycham głęboko.

– Bo chcę, żeby mój mąż był szczęśliwy.

Przysuwa się i pochyla nade mną, opierając ramię o deskę rozdzielczą.

– A co z tobą, Nino? Kto chce uszczęśliwić ciebie?

– Bennett mnie uszczęśliwia – oznajmiam. Jego oczy szukają w mojej twarzy oznak, że nie mówię szczerze, a ja upewniam się, że je znajdą. Na moment uciekam spojrzeniem w bok, intensywnie mrugając. Kiwam głową, jakbym próbowała przekonać samą siebie, po czym układam usta w nieznaczny uśmiech.

– Kłamczucha – mówi łagodnie, i wiem, że dał się nabrać.

Nie zaprzeczam jego oskarżeniom, tylko spuszczam głowę i kieruję wzrok na przednią szybę, utwierdzając go w przekonaniu, że ma rację.

– Powinnam już iść. – Rzucam mu spojrzenie, a on odpowiada skinieniem głowy. Otwieram drzwi i wysiadam z samochodu.

Kiedy zmierzam w stronę wejścia do lobby, słyszę, jak woła moje imię. Odwracam się i widzę, że opuścił szybę w oknie po stronie pasażera.

– Ja też dobrze się z tobą bawiłem – odpowiada mi słowami, które wcześniej użyłam.

Nagradzam go uśmiechem, po czym odchodzę.

Zaraz po wejściu do domu rzucam torebkę oraz płaszcz na stół w jadalni i dzwonię poinformować Baldwina, że Declan odwiózł mnie do domu i nie będę już tego wieczoru potrzebować jego usług. Następnie zaglądam do kuchni. W lodówce znajduję świeże owoce, których jeszcze rano nie było, co oznacza, że Clara zdążyła już przyjść i wyjść.

Wiem, że nikt więcej nie przyjdzie, toteż nie tracąc czasu zakładam płaszcz z powrotem i chwytam kluczyki od jednego z samochodów, po czym zabieram torebkę i wychodzę.

Po wyjeździe z garażu kieruję się na autostradę I-55, a potem na południe. Jadę do jedynej osoby, na którą zawsze mogłam liczyć. Minęło kilka tygodni odkąd ostatni raz widziałam Pike’a i tęsknię za nim. Dopuszczam do siebie podekscytowanie na myśl, że wreszcie się z nim zobaczę – z najlepszym przyjacielem, jakiego miałam, odkąd skończyłam osiem lat.

Zjeżdżam z drogi międzystanowej do miasteczka Justice, po czym skręcam w 79-tą ulicę i kieruję się na parking dla przyczep kempingowych. Parkuję auto przed jednym z domów na kółkach i wyciągam z torebki klucz ukryty w opakowaniu po szmince. Okna kołatają się od basów bijących z czyjegoś samochodowego radia. Kiedy otwieram drzwi i wchodzę do wnętrza, rozluźniam ramiona, wzdycham i wpadam prosto w objęcia Pike’a. Przytula mnie, a ja chłonę ciepło, poczucie otuchy i wszystko inne, co tylko on może mi dać.

– Tęskniłam – szepczę, oplatając go ciasno ramionami.

– To już prawie trzy tygodnie – odsuwa się, żeby na mnie spojrzeć, a wtedy widzę, że nie jest zadowolony. – Gdzie ty się do cholery podziewałaś, Elizabeth?

Rozdział czwarty

(Przeszłość)

– Elizabeth – woła tatuś zza drzwi mojej sypialni. – Potrzebujesz pomocy?

Męczę się z brokatową tkaniną stroju księżniczki, próbując trafić dłonią do rękawa.

– Nie, tatusiu – odkrzykuję. Oddychając ciężko, kręcę ramieniem, wyginam rękę i w końcu wkładam ją w rękaw.

– Jesteś gotowa?

Podchodzę do pudła z zabawkami i wyciągam różowe plastikowe buciki na obcasie, pasujące do błyszczącej sukienki. Zakładam je i idę otworzyć drzwi. Spoglądam w górę na tatusia, który trzyma w rękach bukiecik różowych stokrotek.

– Nigdy nie mam dość widoku tego pięknego uśmiechu – mówi, po czym ujmuje moją dłoń i składa na niej pocałunek. Następnie wręcza mi kwiatki. – Dla mojej księżniczki.

– Dzięki, ta... to znaczy, Książę.

– Czy wpuścisz mnie do swojego zamku? – pyta, a ja łapię go za rękę i wciągam do sypialni, która pełni tę rolę dzisiejszego popołudnia.

– Napijesz się herbaty? – pytam, kiedy podchodzimy do stolika przy oknie, na którym rozstawiłam serwis dla lalek.

– Z przyjemnością. Mam za sobą długą drogę z królestwa. – Patrzę, jak siada na malutkim krzesełku i chichoczę. Kolana sięgają mu do piersi.

Tatuś i ja często urządzamy sobie takie bajkowe podwieczorki. Nie mam mamusi ani żadnych braci czy sióstr, z którymi mogłabym się bawić, ale nic nie szkodzi, bo za to mam tatę tylko dla siebie. Ma prześliczne niebieskie oczy, ale twierdzi, że moje są jeszcze ładniejsze.

Odkładam kwiatki na bok, podnoszę imbryczek i udaję, że nalewam mu herbaty do filiżanki, podczas gdy on wpatruje się w plastikowe ciastka, wodząc nad nimi palcem i próbując zdecydować, na które ma ochotę.

– No wybierz już któreś, tatusiu.

Unosi brwi z entuzjazmem, kiedy jego dłoń opada na żółtą babeczkę z posypką.

– Ach, to wygląda przepysznie. – Udaje, że odgryza kęs, po czym oblizuje palce.

Marszczę nos i piszczę:

– Fuj. Książęta nie liżą palców.

– Nie?

– Nie. Wycierają je serwetką.

Rozgląda się, po czym stwierdza:

– No, ale ja nie mam serwetki, i nie chciałbym zmarnować lukru, który został mi na palcach.

Przybieram przesadnie zamyślony wyraz twarzy, stukając się palcem po policzku, po czym zgadzam się.

– Masz rację. No dobrze, możesz oblizać palce.

Siedzimy w przepełnionym słonecznym światłem pokoju i delektujemy się bajkowym podwieczorkiem, rozmawiając o fruwających koniach, na których polecimy do zaczarowanego lasu.

– Opowiadałem ci, jak spotkałem gąsienicę imieniem Carnegie? – pyta tatuś.

– Spotkałeś gąsienicę?

– Tak, kiedy ostatnio byłem ze swoim rumakiem w lesie. Pan gąsienica poczęstował mnie jagodami, a potem wyjawił mi sekret – mówi cicho, odstawiając filiżankę.

– Co?! – wykrzykuję z podekscytowaniem. – Spotkałeś mówiącą gąsienicę?

– Tak jest. Chcesz wiedzieć, co mi powiedział?

– Mmm, hmm – mruczę, energicznie kiwając głową.

– A zatem powiedział mi, że od lat mieszka w zaczarowanym lesie, ale dawniej był królewiczem.

– Naprawdę? A co się stało?

Tatuś oplata kolana ramionami, przyciągając je do piersi, i szepcze tajemniczo:

– Czarownik z królestwa rzucił na niego zaklęcie, zmieniając go w gąsienicę.

– O nie. Dlaczego? – pytam z przejęciem.

– Okazuje się, że król był niezadowolony, bo kazał Carnegiemu nie wymykać się już więcej nocą z pokoju, żeby podkradać soczki z lodówki, więc kazał czarownikowi użyć magii i zmienić go w gąsienicę.

– Tatusiu!

Tata uśmiecha się przekornie. Wiem, że się ze mną droczy, bo narzekał ostatnio na to, że budzę się w środku nocy i wypijam soczki w kartoniku. Wczoraj napędził mi strachu, kiedy zapalił światło w kuchni i przyłapał mnie na piciu soku jabłkowego.

– Ty nie rzucisz na mnie zaklęcia, prawda? Nie chcę być gąsienicą.

– Dlaczego nie? Przedstawiłbym was sobie.

– Ale tęskniłabym za tobą – dąsam się.

Wyciąga ku mnie ramiona.

– Chodź tutaj, laleczko. – Odwraca się na krzesełku, prostując nogi. Podciąga mnie na kolana i obejmuje ramionami; chichoczę, kiedy całuje mnie w czubek nosa. – Nigdy bym cię nie zaczarował ani nigdzie nie odesłał. Jesteś moją małą dziewczynką, wiesz?

– Myślałam, że jestem duża, skoro mam już pięć lat.

– Choćbyś nie wiem jak urosła, zawsze będziesz moją małą dziewczynką. Kocham cię najbardziej na świecie.

– Najbardziej? Nawet bardziej niż czekoladę?

Patrzę, jak się śmieje. Uśmiecha się szeroko, a w kącikach oczu robią mu się zmarszczki.

– Nawet bardziej niż czekoladę.

Kładę mu dłoń na szorstkim od zarostu policzku i mówię:

– Ja też kocham cię bardziej niż czekoladę.

Cmoka mnie w usta, po czym pyta:

– Chcesz wiedzieć, co jest słodsze niż czekolada?

– Aha.

Zanim zdążę zeskoczyć z jego kolan, atakuje dla zabawy moją szyję, łaskocząc mnie i wygłupiając się. Zsuwamy się z krzesełka, a ja turlam się po podłodze, śmiejąc się i piszcząc. Tata przestaje dopiero, kiedy ktoś dzwoni do drzwi. Podnosi się na kolana, podczas gdy ja wciąż próbuję złapać oddech.

– Wskakuj.

Wstaję z podłogi i wdrapuję mu się na plecy, a on niesie mnie na barana aż do drzwi frontowych.

Słyszeliście powiedzenie „uważaj – nigdy nie wiesz, co czyha po drugiej stronie”, prawda? Żadne z nas nie mogło się spodziewać, że kiedy tata otworzy drzwi, nasze życie zmieni się na zawsze. Zdarzało mi się pragnąć, aby ktoś rzucił na mnie urok i przemienił w gąsienicę. Mogłabym być szczęśliwa, żyjąc w zaczarowanym lesie razem z królewiczem Carnegie, spędzając całe dnie na poszukiwaniu jagód i pływaniu bez celu na liliach wodnych po stawie. Zamiast tego jednak przyszło mi w wieku pięciu lat odkryć bolesną prawdę o życiu. Prawdę, którą w dzieciństwie ukrywają przed tobą, pozwalając ci wierzyć, że bajki są prawdziwe… ale wcale nie są. Magia też nie.

– Policja – słyszę tylko, kiedy do domu wpadają jacyś ludzie.

Chaos. Chaos i zgiełk.

– Tatusiu! – krzyczę wystraszona, zaciskając ramiona wokół jego szyi niczym imadło, kiedy jeden z ludzi sięga po mnie. – TATUSIU!

– Wszystko dobrze, maleńka – mówi tata, w tym samym momencie, kiedy odzywa się inny mężczyzna.

– Jest pan aresztowany.

Nie wiem, co znaczą te słowa, ale zalewa mnie fala lodowatego strachu. Zaciskam pięści na koszuli tatusia, nie chcąc go puścić.

– Wszystko dobrze, dziecinko. Wszystko będzie dobrze – powtarza, ale ma zmieniony głos i wydaje mi się, że on też się boi.

– Musisz iść ze mną – mówi mężczyzna, który mnie złapał.

– Nie! Puszczaj!

Zaczynam wierzgać nogami w powietrzu, kiedy odrywa mnie od pleców taty. Naciągam tkaninę koszuli, którą wciąż z całej siły ściskam w dłoniach.

Tatuś odwraca się i spogląda na mnie swoimi błękitnymi oczami.

– Wszystko dobrze – mówi spokojnym głosem, ale ja mu nie wierzę. – Nie bój się. Wszystko jest w porządku.

– Nie, tatusiu! – krzyczę i zaczynam płakać. Trzymam się jego koszuli, dopóki nie zostaję odciągnięta tak daleko, że wyślizguje mi się z rąk.

Gdy tylko przestaję dotykać mężczyzny, który śpiewa mi kołysanki i zaplata warkoczyki, z którym tańczę, stojąc mu na stopach, natychmiast mnie od niego zabierają. Ponad ramieniem policjanta, który wynosi mnie z pokoju, widzę, jak mój książę upada na kolana.

– TATUSIU! – wrzeszczę, zdzierając sobie gardło, kiedy spinają mu czymś ręce za plecami. Nie spuszcza ze mnie wzroku, przez cały czas powtarzając:

– Kocham cię, maleńka. Tak bardzo cię kocham, dziecinko.

I po raz pierwszy w życiu widzę, jak mój tatuś płacze, po czym drzwi zamykają się i tracę go z oczu.

– Puść mnie! TATUSIU! NIE! – Choć szarpię się i wierzgam, nie mogę się wyrwać.

– Wszystko w porządku. Uspokój się, mała – mówi mężczyzna, ale ja nie słucham. Chcę do tatusia.

Tamten człowiek siada na łóżku ojca, wciąż trzymając mnie w ramionach. Próbuję się wyrwać. Stara się mnie uspokoić i udobruchać, ale ja wciąż krzyczę i rzucam się na wszystkie strony, aż w końcu opuszczają mnie siły i moje ciało osuwa się bezwładnie na jego pierś.

– Powiedz mi, jak się nazywasz? – pyta.

Milczę.

Mija chwila, zanim znów się odzywa.

– Jestem oficer Harp. Michael Harp. Jestem z policji. Wiesz, co to takiego, prawda?

Kiwam głową, nie odrywając jej od piersi mężczyzny.

– Powiesz mi, jak ty masz na imię?

Wciąż wystraszona, odpowiadam łamiącym się głosem:

– Elizabeth.

– Elizabeth. Ładne imię – stwierdza. – Moja córka ma na drugie imię Elizabeth. Ale ona jest dużo starsza od ciebie.

Wciąż do mnie mówi, ale nie zwracam uwagi na jego słowa. Jestem przerażona i chcę tylko mojego tatusia. Opuszczam powieki; wciąż mam go przed oczami, na kolanach, zalanego łzami. Bał się tak samo jak ja.

Po chwili drzwi otwierają się, a kiedy unoszę głowę, widzę, jak do pokoju wchodzi pulchna kobieta. Mam wrażenie, że już ją gdzieś widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie. Podchodzi bliżej i odzywa się do mnie:

– Masz takie piękne rude włosy. Czy ktoś już ci to mówił?

– Gdzie mój tatuś?

– O tym właśnie przyszłam z tobą porozmawiać – odpowiada. – Może przejdziemy do kuchni? Mogłybyśmy coś przekąsić albo czegoś się napić.

– Umm… Do-dobrze – mamroczę, kiedy policjant stawia mnie na podłogę. Wychodząc za nimi z sypialni i zmierzając do kuchni, spoglądam w stronę frontowych drzwi, ale nikogo już tam nie ma.

– Może usiądziemy? – Kobieta podchodzi do stołu i zajmuje jedno z krzeseł. – Napijesz się czegoś?

Przytakuję.

– A co byś chciała?

– Soczek w kartoniku.

Kobieta zerka na policjanta, a ten otwiera drzwi od spiżarni.

– Są w lodówce – wyjaśniam.

Podchodzi, wbija słomkę w kartonik, po czym stawia go przede mną i wychodzi z kuchni.

– Dziwny dzień, co? – Kobieta kładzie na stole splecione dłonie.

– Jak się nazywasz?

– Barbara – odpowiada, ale to nie pomaga mi przypomnieć sobie, skąd ją znam.

– Kiedy wróci tatuś?

Bierze głęboki oddech.

– O tym właśnie chciałabym z tobą pomówić. Twój ojciec był bardzo niegrzeczny. Co się zwykle dzieje, kiedy ty jesteś niegrzeczna?

– Mam kłopoty.

Kiwa głową.

– Teraz to twój ojciec ma kłopoty i na razie nie będzie mógł wrócić do domu.

– Co takiego zrobił?

– Nie jestem jeszcze pewna, ale na jakiś czas musisz iść ze mną. Pracuję dla opieki społecznej. To znaczy, że znajdę ci dom z miłą rodziną, u której zamieszkasz, dopóki twój ojciec jest w tarapatach i nie może się tobą zajmować, dobrze?

– Ale…, ale ja nie chcę stąd iść.

– Niestety, nie mogę cię tu zostawić samej. Ale możesz ze sobą zabrać trochę rzeczy. Co ty na to? – Uśmiecha się, ale mnie i tak żołądek podchodzi do gardła.

Po cichu ześlizguję się z krzesła i ruszam w stronę swojego pokoju. Podchodzę do serwisu rozstawionego na stole i podnoszę różowe stokrotki. Kwiaty dla księżniczki. Siadam na krzesełku, na którym on wcześniej siedział i oglądam się przez ramię na Barbarę wchodzącą do pokoju.

– Masz jakąś torbę?

Pokazuję palcem na szafę i patrzę, jak kobieta zaczyna wyjmować ubrania z komody i pakować je. Krząta się to tu, to tam, krążąc pomiędzy moją sypialnią a łazienką, podczas gdy ja siedzę, tuląc kwiaty do piersi.

– Możemy już jechać? – Wchodzi z powrotem do pokoju, ale ja nie patrzę na nią, bo nie chcę stąd odchodzić.

Spoglądając przez okno na błękitne niebo, pytam:

– Kiedy będę mogła wrócić?

– Nie jestem pewna – odpowiada. – Pewnie nieprędko.

Kącikiem oka widzę, jak przechodzi przez pokój i klęka przy mnie. Kiedy odwracam się, żeby na nią spojrzeć, mówi:

– Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. – Zerka na stokrotki. – Jakie ładne kwiatki. Chcesz je ze sobą zabrać?

Wychodzimy z domu i idziemy do jej samochodu. Wskakuję na tylne siedzenie. Kiedy wyglądam przez okno, widzę, jak policjant zamyka drzwi frontowe i zakłada na klamkę jakieś czarne pudełko.

– Co to? – pytam Barbarę, która siedzi z przodu.

– Co takiego, skarbie?

– To coś, co założył na drzwi.

Ogląda się, żeby zobaczyć, o czym mówię.

– To tylko zamek, bo nie mamy kluczy – odpowiada i odjeżdża, a ja ściskam mocno moje kwiatki.

Rozdział piąty

(Przeszłość)

Minęły trzy lata, odkąd zabrano mnie z domu i umieszczono w rodzinie zastępczej. Trzy lata, odkąd ostatni raz widziałam tatę. Powiedziano mi, że sprzedawał nielegalnie broń do Ameryki Południowej. Wciąż nie rozumiem wszystkiego, ale w końcu mam dopiero osiem lat. Pozostaję pod opieką stanu Illinois. To już trzy lata i nie było dnia, żebym nie tęskniła za tatą. Nikt mnie do niego nie zawiezie, bo jest ponad sześć godzin jazdy stąd, odsiadując dziewięcioletni wyrok w więzieniu Menard.

Siedzę w swoim pokoju i czekam na Barbarę z opieki społecznej, która ma mnie odebrać i zawieźć do nowego domu. To dopiero trzy lata, a ja opuszczam już piąte miejsce zamieszkania, aby przenieść się do szóstego. Na samym początku trafiłam do rodziny w Northbrook, tym samym mieście, w którym mieszkałam wcześniej, ale kiedy kilka razy przyłapali mnie w nocy na wymykaniu się przez okno z sypialni, stwierdzili, że nie dają sobie ze mną rady, więc zabrano mnie stamtąd. Ta sama historia powtarzała się w każdym domu, do którego trafiałam.

Z początku bardzo się bałam. Dużo płakałam. Tęskniłam za tatą i wciąż go wołałam, ale bez skutku. Wtedy nic nie rozumiałam, ale teraz już rozumiem. Nie zobaczę go, dopóki nie wyjdzie z więzienia. Będę wtedy miała czternaście lat. Czternastka to moja nowa szczęśliwa liczba. Ilekroć coś liczę, grupuję to po czternaście, jako przypomnienie, że przyjdzie czas, kiedy zobaczę tatę i będziemy mogli znowu zamieszkać razem w naszym ładnym domu w dobrej dzielnicy. Tęsknię za jego uśmiechem i zapachem. Trudno mi to wyjaśnić, ale pamiętam jak przez mgłę, że czasem w przedszkolu, kiedy za nim tęskniłam, unosiłam koszulkę i wdychałam jego zapach. Zapach mojego taty.

Otucha.

Dom.

Kiedy słyszę dźwięk dzwonka, wiem, że na mnie już pora. Zmieniałam miejsce zamieszkania kilka razy. Można by pomyśleć, że będę się bać, ale zdążyłam przywyknąć, więc zabieram swoje torby i ruszam w stronę drzwi wejściowych. Barbara stoi tam rozmawiając z Molly, zastępczą mamą, która nie chce się już mną zajmować. Obydwie odwracają się, kiedy podchodzę i mówię „cześć”.

– Gotowa, Elizabeth? – pyta Barbara.

Kiwając głową, mijam Molly, która kładzie mi dłoń na ramieniu i mówi:

– Zaczekaj.

Klęka, żeby mnie przytulić, ale nie odwzajemniam uścisku. Jest mi smutno, ale nie płaczę; po prostu chcę już wyjść, więc kiedy mnie puszcza, to właśnie robię.

Siedzę w fotelu pasażera, patrząc na mijane przez nas budynki, kiedy Barbara ścisza radio i zagaduje:

– Porozmawiaj ze mną, mała.

Nie znoszę, kiedy mnie tak nazywa, jakbym nie była dostatecznie ważna, żeby mówić mi po imieniu. Używa go tylko w obecności innych ludzi; kiedy zostajemy same, jestem po prostu mała.

– O co chodzi? – pytam.

– Znalazłam ci pięć dobrych domów, a tobie udało się stracić każdy z nich. Przysparzasz mi pracy, wiesz?

Nie jestem pewna, czy faktycznie oczekuje odpowiedzi, więc nie odzywam się, dopóki nie dodaje:

– Musisz skończyć z tym wymykaniem się. Co ty w ogóle do diabła robisz na ulicy w środku nocy?

– Nic – mamroczę, tylko po to, żeby coś powiedzieć. Tak naprawdę zaczęłam się wymykać w poszukiwaniu królewicza Carnegie. Teraz brzmi to głupio, ale kiedy miałam pięć lat naprawdę myślałam, że gdzieś tam jest, czekając, aż go znajdę. Dlatego właśnie wymykałam się i krążyłam po okolicy, w nadziei, że natknę się na zaczarowany las. Nigdy tak się nie stało, a teraz jestem już dość duża, żeby odróżniać bajki od rzeczywistości, ale i tak wciąż wymykam się i szukam tego lasu.

– Dobra, słuchaj, nie udało mi się znaleźć dla ciebie żadnego domu w pobliżu, więc przeniesiesz się do innego miasta. Nie będziesz mnie już widywać, bo tam nie mieszkam. Dalej będę zajmować się twoją sprawą, ale twoją osobą kontaktową będzie Lucia. Powinna cię odwiedzić za parę dni. Ale dam ci dobrą radę – przestań sprawiać problemy, albo następnym razem wylądujesz w domu dziecka.

– To znaczy, że już cię więcej nie zobaczę?

Spogląda na mnie.

– Raczej nie, mała.

Po blisko dwóch godzinach drogi w końcu zjeżdżamy z autostrady.

– Witamy w Posen – oznajmia Barbara i parę minut później docieramy do zaniedbanej dzielnicy.

Wzdłuż popękanych chodników ciągną się ogrodzenia z siatki. Budynki są małe i stare, zupełnie inne od dużego domu z cegły, w którym mieszkałam z tatą. Ze ścian większości z nich odchodzi płatami farba, a na zaniedbanych trawnikach są zaparkowane samochody. Widok tego wszystkiego sprawia, że do oczu napływają mi łzy, a żołądek zawiązuje się w supeł. Odwracam się do Barbary.

– Ja chyba nie chcę tutaj mieszkać, Barb.

– Trzeba było o tym pomyśleć, kiedy ci mówiłam, żebyś przestała się wymykać w nocy.

– Obiecuję, już więcej tego nie zrobię. Przeproszę Molly – błagam, a kiedy wjeżdżamy na podjazd starego, brudnego piętrowego domu, który wygląda, jakby lada chwila miał się zawalić, zaczynam płakać. – Proszę. Nie chcę tu mieszkać. Chcę do domu.

Gasi silnik i spogląda na mnie. Czuję, że zrobiłabym wszystko, aby ją przekonać, żeby zawróciła i zabrała mnie z powrotem do Northbrook.

– Nic nie poradzę. Masz osiem lat i kilka zmian domów za sobą, a ta rodzina bierze do siebie dzieci od lat. W tej chwili mają pod opieką chłopca o kilka lat starszego od ciebie – odpowiada. – Parę dni temu rozmawiałam z nimi. Będziesz miała swój pokój i chodziła do tej samej szkoły, co ich drugi wychowanek.

Słucham, nic nie mówiąc. Nie chcę tu być. Chcę uciec, po prostu otworzyć drzwi i pognać tak szybko, jak tylko zdołam. Ciekawe, czy dałaby radę mnie dogonić.

– Słuchasz? – pyta, z powrotem zwracając na siebie moją uwagę.

Kiwam głową.

– No już. Mam przed sobą długą drogę. – Wysiada z samochodu i otwiera tylne drzwi, żeby wyjąć moje torby.

Wychodzę z auta, po czym podążam za nią przez stary podjazd ku schodkom prowadzącym do drzwi frontowych. Zewnętrzne drzwi z zardzewiałej siatki skrzypią głośno, kiedy Barbara je otwiera i puka kilka razy. Stoję obok niej i skubię paznokcie, modląc się do Boga, żeby nikt nie otworzył. Żeby się okazało, że to wszystko jedna wielka pomyłka i że trafiłyśmy pod zły adres.

Ale to nie pomyłka, i ktoś otwiera – a konkretnie kobieta ubrana w brzydką, długą spódnicę z drelichu i jasnofioletowy sweter. Wpatruję się w nią, podczas gdy Barbara zaczyna mówić. Kobieta nie wygląda przerażająco, ale wciąż mam ochotę dać nogę. Opuszcza na mnie wzrok i łagodnie się uśmiecha. Jej długie, kręcone brązowe włosy są spięte w niechlujny kucyk.

Odsuwa się na bok i zaprasza nas do wnętrza przesiąkniętego stęchłym zapachem papierosowego dymu. Kiedy przez niewielki salon prowadzi nas do kuchni na tyłach domu, obydwie kobiety kontynuują rozmowę, a ja przyglądam się otoczeniu. Wyłożone boazerią ściany, brązowy dywan, niedopasowane meble, no i kaczki. Są wszędzie. Kaczki na poduszkach, kaczki z drewna, kaczki ceramiczne, kaczki szklane. Są porozstawiane na półkach z książkami i stołach, a kiedy podnoszę wzrok widzę, że stoją nawet na kuchennych szafkach.

– Elizabeth.

Mija chwila zanim dociera do mnie, że Barbara wymówiła moje imię. Kiedy kieruję na nią wzrok, rzuca mi jeden ze swoich nieszczerych uśmiechów i informuje:

– Pani Garrison mówi, że twój pokój jest na piętrze.

– Mam nadzieję, że lubisz fioletowy – zagaduje do mnie kobieta. Spoglądam na jej fioletowy sweter, a potem z powrotem na twarz, podczas gdy ona dodaje: – Jesteś naszą pierwszą dziewczynką, więc trochę mnie poniosło.

Barbara rzuca mi poirytowane spojrzenie, skinieniem głowy dając znak, żebym się odezwała.

– Tak – odpowiadam w końcu. – Fioletowy jest ładny.

Kobieta uśmiecha się i kładzie dłoń na mojej. Chcę się wyrwać, ale tego nie robię. Nie robię żadnej z rzeczy, których w tej chwili z wrzaskiem domaga się mój umysł.

– No, to może pomogę ci wnieść torby, zanim odjadę? – proponuje Barbara.

Wchodzimy całą trójką po trzeszczących schodach, wiodących do fioletowego pokoju. Kolor ścian pasuje do swetra pani Garrison, która właśnie pokazuje mi szafę oraz współdzieloną łazienkę łączącą mój pokój z sąsiednim.