Arkadia. Stigma. Tom 2 - Erin Doom - ebook + książka

Arkadia. Stigma. Tom 2 ebook

Doom Erin

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść autorki bestsellerowego „Rzeźbiarza łez”

ODKRYJ DALSZE LOSY ANDRASA I MIREI

W jej oczach był raj, w jej uśmiechu – piekło.

Mireya i Andras nie wierzą w szczęśliwe zakończenia. Zbyt wiele razy los udowodnił im, że miłość potrafi ranić równie dotkliwie jak strata. On – upadły anioł naznaczony traumami z przeszłości, przekonany, że nie zasługuje na nic więcej niż ból. Ona –dziewczyna walcząca o cud, który mógłby ocalić jej matkę i pozwolić jej samej jeszcze raz uwierzyć w jutro.

A jednak, wbrew przeznaczeniu, mimo dawnej miłości Andrasa, rodzi się między nimi uczucie, którego nie potrafią zatrzymać. Jak kwiat przebijający się przez spękaną ziemię wdziera się w szczeliny ich poranionych serc, zmuszając ich do konfrontacji z lękami, których nigdy nie chcieli nazwać.

Nadszedł czas, by przekonać się, czy miłość potrafi uleczyć rany…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 572

Data ważności licencji: 11/27/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginałuARCADIA. Stigma 2 by Erin Doom

Copyright © 2024 Adriano Salani Editore s.u.r.l.Gruppo editoriale Mauri Spagnol

Copyright © for the translation by Marta Magdalena Borkowska

Projekt okładki: © A C Graphics

Adaptacja okładki: Maria Gromek

Projekt asterysków: Aleksandra Kosman

Redaktorka nabywająca: Aleksandra Ptasznik

Redaktorka prowadząca: Katarzyna Homoncik-Gajda

Adiustacja: Natalia Hipnarowicz-Kostyrka

Korekta: Kinga Kosiba

Opieka promocyjna: Aleksandra Kosman

ISBN 978-83-8427-723-2

Znajdź nas na:

TikToku @flow.books

Instagramie @flow_books

Flow Booksul. Kościuszki 37, 30-105 Krakówe-mail: [email protected]

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569

e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla wiecznych statystów,którzy nigdy nie grają głównych róli ściskając w ręce scenariusz,czekają za kulisami,zachodząc w głowę, dlaczego ich czasnie nadchodzi.To Wam dedykuję tę opowieść, w każdym miejscu i w każdej chwili.

Prolog

Padał śnieg.

Miasto za szybą było rozmytą plamą, zimną i mokrą. Dziwnie było patrzeć na nie z podgrzewanego siedzenia samochodu.

– Powiedział, że zamierza kupić klub. Miejsce, w którym ludzie będą się dobrze bawić.

Zora wygładziła spódnicę szkolnego mundurka.

– Tata pozwolił mi wybrać nazwę.

– Tobie? Nazwę?

– A czemu nie? – spytała podejrzliwie.

– Swojemu pluszowemu kogutowi dałaś na imię Jajecznica.

Zmarszczyła usta i spojrzała na mnie z urazą.

– I co w związku z tym?

Nie odpowiedziałem, wiedząc, że tylko bardziej bym ją zdenerwował. Dalej patrzyła na mnie z tym samym grymasem co w szkole, podczas gdy inne dziewczyny zerkały w moją stronę z wypiekami na twarzy i wysyłały mi anonimowe liściki pełne okrągłych serduszek.

– Cóż, ciekawe, co ty byś lepszego wymyślił…

Czuła się dorosła tylko dlatego, że miała dwanaście lat – o dwa więcej ode mnie – i była ode mnie wyższa. Nie znosiłem jej, ale byłem zmuszony spędzać z nią większość czasu. Gdyby tylko nasi ojcowie nie byli tak dobrymi przyjaciółmi…

Nagle samochód przystanął.

Koła zapiszczały, a Zora zaskrzeczała jak kura. Gdyby nie pasy bezpieczeństwa, uderzyłbym się w głowę.

– Co, do cholery…! – Z wściekłością poprawiła fryzurę. – Jak hamujesz?

Nasz szofer, łysol o imieniu Siergiej, wyrzucił z siebie jedno z tych obcojęzycznych przekleństw, które rozumiał tylko on. Gwałtownie odpiął pas i otworzył drzwi.

– Wariatka! – warknął, wychylając się.

Wyjrzałem, żeby zobaczyć, co się stało.

Na ziemi, tuż obok naszego samochodu, coś się poruszyło.

To była kobieta.

Wyglądała na bardzo smutną. Wręcz przerażoną. Uniosła głowę i spojrzała na niego spomiędzy padających płatków śniegu. Oczy miała spuchnięte, zaczerwienione.

– Przepraszam. Nie zauważyłam pana… Moja córka… ona… – Schowała twarz w dłoniach i wybuchła płaczem.

– Lauren! – Do zrozpaczonej kobiety podbiegł jakiś mężczyzna, schylił się i pomógł jej wstać. Spojrzałem na schody za nim i zdałem sobie sprawę, że przyszedł z podziemnego zejścia.

– Zgubiłam ją – szlochała nieznajoma. – Straciłam ją z oczu i to moja wina…

Siergiej mruknął coś w odpowiedzi. Mężczyzna, tuląc kobietę, wyjaśnił, że jechali metrem, ale był taki tłok, że jadąca z nimi dziewczynka nie zdążyła wysiąść na przystanku.

Szukali jej na następnych. Ale nigdzie jej nie było.

Przyszło mi do głowy, że zjadły ją szczury.

Tata mawiał, że metro jest dla biedaków i służących. Było brudne i śmierdzące, bo mieszkali tam włóczędzy. Żeby akurat tam się zgubić… Głupia dziewucha…

– Przykro mi – skomentowała Zora, wzruszając ramieniem. – Ale to nie nasz problem.

Najwyraźniej czekała, aż Siergiej wróci do auta, podkręci ogrzewanie i odwiezie nas do domu, ale on tego nie zrobił. Wciąż rozmawiał z niezna­jomymi, a przez otwarte drzwi wpadał ziąb.

– Jedziemy czy nie? – zrzędziła Zora. – Po co on tam stoi?

– Nie dojechała na przystanek końcowy – kontynuował mężczyzna. – Pytaliśmy ludzi, ale nikt nie widział żadnej dziewczynki. Myśleliśmy, że zostanie tam, gdzie była.

– Ma tylko sześć lat – załkała kobieta. – Wie, że jeśli się zgubi, to musi znaleźć policjanta…

Co za nonsens. Raczej powinni byli jej powiedzieć, żeby nie ruszała się z miejsca.

Siergiej słuchał ich w milczeniu. Na twarzy miał ten sam wyraz skupienia co wczoraj, gdy obserwował, jak jego mała córeczka bawi się w naszym ogrodzie.

– Posterunek policji. Spring Garden – mruknął po chwili.

Ciężko było go zrozumieć, zawsze miałem wrażenie, że mówi z pełnymi ustami, ale kobieta od razu się odwróciła.

– Spring Garden? Ma pan na myśli stację?

Siergiej skinął głową. Wyjaśnił, że tam zawsze kręcą się policjanci. Jeśli dziewczynka poprosiła ich o pomoc, to może zabrali ją właśnie tam.

– Zadzwonię po taksówkę. – Mężczyzna wyciągnął telefon i pośpiesznie wybrał numer, tymczasem kobieta patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem, zasłaniając palcami drżące wargi, a na jej włosach osiadało coraz więcej białych płatków. Z jej oczu wyzierały strach, ból i jak najgorsze przeczucia. Mrok tak gęsty i niespokojny jak woda w rzece zimą. Czekała, aż mężczyzna z kimś porozmawia, ale po dłuższym czasie bez odpowiedzi w końcu się rozłączył.

– Nic z tego, linie są zajęte. W taką pogodę pewnie szybciej dojedziemy metrem.

– Spring Garden jest dość daleko.

Pozwoliła mu wziąć się za rękę, ale ten gest nie stłumił jej niepokoju.

– Jest objazd, to nam zajmie mnóstwo czasu.

– Będę tamtędy przejeżdżał.

– Żarty sobie robi?

Zora spojrzała na Siergieja, jakby oszalał.

I miała rację. Co on wyprawiał?

Czy właśnie zaprosił ich do… naszego auta?

– Znam skrót.

– Mówi pan… mówi pan serio? – Nieznajoma spojrzała na niego z nadzieją, po czym odwróciła się do nas. Siergiej pokiwał wielką łysą glacą, a ja pomyślałem, że przypomina teraz brzydkiego robota. Spytali, czy jest pewien, czy to nie za duży kłopot, ale on tylko mruknął:

– Wsiadajcie.

Gdy wsiadali do Bentleya taty, Zora zachowywała się jeszcze bardziej antypatycznie niż zazwyczaj. Nie miała zwyczaju się uśmiechać, ale teraz naprężyła plecy i patrzyła na nich z odrazą, jakby mieli jakąś dziwną chorobę.

Mężczyzna usiadł z przodu, kobieta z tyłu, obok mnie.

– Dzień dobry – powiedziała, gdy na nią spojrzałem, po czym odwróciła się w stronę okna. Zora skrzyżowała ręce. Zirytowało ją to, ponieważ nie dość, że usiadła z nami z tyłu, to jeszcze miała czelność nas ignorować.

Dotarliśmy do Spring Garden w mgnieniu oka, unikając korków. Gdy tylko się zatrzymaliśmy przed budynkiem policji, kobieta otworzyła drzwi i wbiegła do środka.

Dziewczynka tam była.

Policjant zobaczył ją samą na przystanku i zabrał ze sobą. Nic jej się nie stało. Była cała i zdrowa.

Nieco później, spod parasola, który wielką łapą trzymał Siergiej, wpatrywaliśmy się z Zorą w kobietę stojącą przed naszym samochodem. Nie była już smutna ani przestraszona.

Patrzyła na nas z wdzięcznością.

Przyjrzawszy się jej, doszedłem do wniosku, że jest bardzo piękna.

– Dziękuję – powiedziała, a jej błyszczące oczy wypełniły się łzami. Kilka metrów dalej mężczyzna pochylał się nad małą dziewczynką i coś jej tłumaczył, ona zaś patrzyła na niego, jakby nie znała go zbyt dobrze.

– Dziękuję za wszystko, co dla nas zrobiliście. Mój ojciec powiedziałby, że byliście jego milagro.

– Milagro? – spytała Zora.

– Jego cudem.

Serce mi zadrżało, w piersiach poczułem nagły dreszcz. Przez jedną głupią, krótką chwilę zobaczyłem przed sobą mamę. Uśmiechała się, obejmując rękami duży brzuch.

Cofnąłem się, zdezorientowany, wpatrując się w kobietę podejrzliwie i oskarżycielsko. Co ona może wiedzieć o cudach?

– A ty w to wierzysz? – spytałem nieco niegrzecznie, przyciągając jej uwagę. Spojrzała mi prosto w oczy, potem zerknęła na mój szkolny mundurek, a na koniec się uśmiechnęła.

– Oczywiście. Te wierzenia są żywe w mojej rodzinie od pokoleń. Nawet moja córka nosi imię związane z naszą tradycją. Została nazwana na cześć legendarnej władczyni, starożytnej Królowej Cudów.

Królowa Cudów.

Odwróciłem się, żeby spojrzeć na dziewczynkę, a kobieta jeszcze raz nam podziękowała. Pożegnała się z nami i wśród wirujących płatków pobiegła do córeczki.

Mała nie miała ładnego płaszczyka, schludnie zaplecionych warkoczyków ani próżnej miny. Prawdę mówiąc, nie przypominała dziewczynek, do których byłem przyzwyczajony.

Miała pucołowatą twarzyczkę, gęste rzęsy i długie, czarne rozpuszczone włosy. Jej policzki były okrągłe, a intensywnie czerwone usta sprawiały, że wyglądała na bledszą niż w rzeczywistości. Wcale nie przypominała królowej z bajki, ale kiedy matka wzięła ją w ramiona i zaczęła nią obracać, nagle…

Roześmiała się.

Rozchyliła usta i jej spojrzenie uległo przemianie: oczy rozbłysły jasnym, niemalże magicznym blaskiem, a twarz rozświetlił szeroki uśmiech, tak piękny i promienny, że jej oczy zwęziły się w zachwycie, a ona sama jaśniała jak gwiazda.

Miała dołeczki w policzkach. Jej śmiech, tak jasny i szczery, dotknął mojego serca. Przeszył je jak strzała.

Stałem nieruchomo, a ona zmrużyła powieki i wtuliła się w matkę.

Nawet mnie nie zauważyła.

Nie podniosła głowy.

A potem odeszła, zabierając ze sobą tę ulotną magię.

– Milagro – powtórzyła Zora. – Zobaczmy, czy wymyślisz coś lepszego.

Nie słuchałem jej. Nic nie odpowiedziałem.

Serce waliło mi jak oszalałe. Robiło taki raban, że zacząłem się bać, że coś się w nim zepsuło.

Tego dnia odkryłem istnienie starego wierzenia.

A może… może moja mama też je znała?

Może o nim słyszała?

I dlatego mnie uratowała.

Pewnego dnia będę mógł jej powiedzieć: ja ją widziałem, tę Królową Cudów.

Słyszałem, jak się śmieje.

I odtąd nie mogłem o niej zapomnieć.

1

Bez zakończenia

Moja panno, tak oszukują bajki:wmawiają królowej, że jest tylko księżniczką.

Orson Welles twierdził, że szczęśliwe zakończenie zależy od tego, w jakim momencie przerwiemy historię.

A te zawsze kończą się w odpowiedniej chwili. Tej wiecznej, kiedy księżniczka i rycerz obiecują sobie miłość.

Mówią, że to kwestia przeznaczenia. Losu, predestynacji.

Może sobie istnieć tysiąc szczęśliwych zakończeń, lecz jeśli jeszcze raz przewrócisz stronę, zrozumiesz, że nie ma żadnego „I żyli długo i szczęśliwie”.

Widziałam już taką historię.

Przemknęła mi przed oczami jak zwodnicza bestia, omamiła mnie fałszy­wym zakończeniem, szepcząc: „Jesteś tylko tą drugą”.

„To jest jej bajka.

Tej dziewczyny, która tak bardzo cię przypomina.

I jest wszystkim, czym ty nigdy nie będziesz”.

– Czy ty w ogóle wiesz, co to jest miłość? Taka prawdziwa, która kruszy kości? Ja tak.

Wstrzymałam oddech, zdrętwiały mi nogi, serce rozpaczliwie obijało się o żebra. Świat odpłynął daleko, stał się niemy, jakby przytłumiony.

Cofnęłam się. Andras patrzył na mnie z progu swojego mieszkania, na ustach wciąż miał to jedno słowo: „miłość”.

Poczułam, jak wsącza mi się w żyły i chwyta mnie za duszę. Nachyla się nad nią jak kat i rozdziera mocnym szarpnięciem.

Odrzuciłam to uczucie ze wszystkich sił, każdą cząsteczką ciała i całym swoim rozumem.

Odrzuciłam je tak bardzo, że pulsowały mi skronie i łzy napłynęły mi do oczu.

Znienawidziłam go jeszcze bardziej za to, co mi zrobił, za tę toksynę, którą wstrzyknął mi w żyły swoimi słowami, uśmiechami, głębokimi spojrzeniami.

Złamał mi serce, zniszczył je, rozerwał na strzępy, zniewolił. Zgasił na nim pety i wytarł swoje brudne buciory o moją nadzieję. Pragnęłam ściągnąć z siebie jego duszę, zerwać ją i odrzucić gdzieś daleko. Tyle że jej nigdy przy mnie nie było.

Nie. Zawsze była z inną kobietą.

– Wydrążyła mnie w środku, zjadła kawałek po kawałku. Aż nic nie zostało.

Nie mogłam zrobić nic innego, jak po prostu odwrócić się i uciec.

Nigdy nie uciekałam – przed niczym ani przed nikim – ale w tamtej chwili nie byłam sobą.

Świat rozmazywał mi się przed oczami, zaciskałam zęby, nie mogąc znieść rozdzierającego bólu. Dopadłam do drzwi swojego mieszkania i zatrzasnęłam je za sobą. Chroniąc się w ciemności, przylgnęłam plecami do drewnianej powierzchni tak mocno, że zadrżały mi mięśnie i zakręciło mi się w głowie.

Próbowałam odciąć się od wszystkiego: od naszych wspólnych chwil, spojrzeń, zapachu jego skóry. Od pocałunków, westchnień, złamanych uśmiechów, od tego wymownego wzroku, który czułam na sobie od pierwszej chwili, gdy się spotkaliśmy. Wyrzuciłam na śmietnik swoje marzenia, pragnienia, wszystkie te momenty, w których rozmawialiśmy, odrzucaliśmy się i zarażaliśmy nawzajem.

On nie przeżywał tego wszystkiego tak bardzo jak ja.

Te chwile nic dla niego nie znaczyły. Dla niego były niczym.

I nic nie było takie jak wcześniej, kiedy zwykła piosenka potrafiła wprawić mój kręgosłup w wibracje, a dreszcz – doprowadzić do ekstazy.

Pełzła we mnie nieznośna pustka, niszcząc wszystko na swojej drodze.

Czy on widział ją we mnie?

Czy przypominałam mu Coraline?

– Nie – jęknęłam przez łzy. Jednak myśl, że tak właśnie było, wciąż rozdzierała mi serce. Nawet Olly pokochała mnie w przeświadczeniu, że jestem kimś innym.

Pomyślałam, że powinnam była to przewidzieć, sama do tego dojść. Życie zawsze łamało mi żebra, wyrywało skrzydła i rzucało mnie na kolana; głupie bajki nie były dla takich jak ja. Nigdy nie byłam tą słodką i delikatną osóbką, której los zapisano w gwiazdach.

Byłam tą, która przemierzała ulice, żebrząc o złudzenia, i w końcu umarła z wycieńczenia, jesienią, w jeżynowym zagajniku. Tą, która zakochała się w Bestii, ale on miał różę i misternie zdobioną szklaną szkatułkę – miłość tak niedostępną, że potrafiła łamać klątwy.

Zdezorientowana, z duszą pogrążoną w zamęcie, niemal instynktownie sięgnęłam po telefon. Szybko przeszukałam kontakty i mimo że było Boże Narodzenie i wszyscy spędzali czas z rodzinami, natychmiast wybrałam połączenie.

– Halo?

Ten głos wypełnił pustkę w moim mieszkaniu. Zacisnęłam zęby, gardło miałam wyschnięte, klatka piersiowa pulsowała jak otwarta rana.

– Mireya? Halo?

– Muszę… się z tobą zobaczyć – wyjąkałam łamiącym się głosem. Nie przywitałam się z nim, nie powiedziałam nawet „cześć”, tylko ścisnęłam telefon tak mocno, że zabolała mnie ręka. – Proszę.

– Co się stało? Wszystko w porządku?

Nie, miałam ochotę krzyknąć. Coś we mnie właśnie umierało z jeszcze bardziej ogłuszającym wrzaskiem. Przełknęłam gorzką grudę, cierpką i lepką.

Nie mogłam wprost uwierzyć, że płaczę.

Nigdy przez nic nie płakałam, jedynie przez mamę.

Jak mógł mnie doprowadzić do takiego stanu?

– Mireyo… odpowiedz. Wszystko dobrze? Mam przyjść?

– Nie – wyszeptałam z przerywanym świstem.

Musiałam stamtąd uciec, wyrwać się z tego budynku i gdzieś schronić, jak najdalej od niego. Nie mogłam znieść myśli, że jest tak blisko, praktycznie tuż za ścianą. Nie mogłam tam zostać, miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. Rozpaczliwa potrzeba ucieczki odbierała mi spokój, pustoszyła duszę i sprawiała, że brakowało mi słów.

– Ja… jestem w domu – powiedział z wahaniem, a chwyciłam się tego jak ostatniej deski ratunku. – Chcesz wpaść?

Zadzwoniłam dzwonkiem.

W drzwiach przywitały mnie jego orzechowe oczy.

– Hej… – powiedział James. Był w kapciach, miał na sobie dżinsy i niebieski sweter. Przyjrzał się mojej twarzy i mruknął z troską: – Wchodź.

Weszłam ze spuszczoną głową, unikając jego dotyku.

Znalazłam się w niewielkim mieszkanku, gdzie dominowały odcienie drewna, a miękkie, pomarańczowe światło lampy subtelnie otulało wnętrze. Skośne sufity i widoczne drewniane belki nadawały mu przytulny charakter. Na środku salonu leżał piękny okrąg­ły biały dywan, który harmonijnie współgrał z rdzawą sofą i szklanym stolikiem kawowym, nad którym wisiał telewizor z płaskim ekranem. Nie wiedzieć czemu, ta niemal domowa atmosfera tylko dobitniej uwypukliła pustkę, która ściskała mnie za krtań.

Bez słowa zdjęłam wierzchnie ubrania i rzuciłam je na podłogę. Potem skuliłam się na sofie i oparłam głowę na rękach skrzyżowanych na kolanach.

James o nic nie pytał.

Spojrzał na porozrzucane na ziemi kurtkę, szalik i buty, które tworzyły krętą, chaotyczną ścieżkę prowadzącą prosto do mnie, a potem cichutko zamknął drzwi. Nie wydały żadnego dźwięku.

Nawet nie skrzypnęły.

Być może tak właśnie brzmi nicość – zapomniane serce przebite jeżynowym kolcem.

Kurtyna też nie opadła.

Nie czekało mnie żadne przeznaczenie.

2

Sny o przeznaczeniu

Koszmary to wszystko to,o czym nie mamy odwagi śnić.

Andras

Była przede mną.

Rzeczywistość przypominała rozmazany szkic. Świat miał rozmyte kontury.

Jedyną wyraźną rzeczą była ona.

Miała białą sukienkę. Biegła, a jej czarne włosy falowały z każdym krokiem.

Czekałem, aż się odwróci. Gdy to zrobiła, jej szlachetne rysy rozjaśniły się delikatnym światłem, a zielone oczy, miękkie jak pieszczota, odnalazły moje.

Coraline podeszła i objęła mnie w pasie.

Pulsowała jak kometa. Żywa, jasna i ciepła. Wpatrywała się we mnie takim wzrokiem, jakby czytała w mojej duszy, a moje ciało zareagowało mrowieniem.

Przytuliłem ją, czując ten słodkawy zapach, którego nigdy nie lubiłem. Pocałowałem ją w szyję i w piersi, po czym gwałtownie chwyciłem ją za ramiona i przyciągnąłem do siebie.

Lecz kiedy to zrobiłem…

Jej twarz zaczęła się zmieniać. Kości policzkowe stały się dumne i wyraziste, wargi – mięsiste i pełne. W kąciku ust pojawił się mały pieprzyk, oczy zamieniły w gwieździste czarne kałuże.

Teraz miałem przed sobą brunetkę o twarzy anioła. Wpatrywała się we mnie głębokim spojrzeniem, obejmując mnie ciasno ramionami.

A potem…

Uśmiechnęła się do mnie.

Otworzyła szeroko oczy, jej policzki eksplodowały zachwytem.

Ciemne tęczówki rozbłysły niczym galaktyki.

Z włosami wokół twarzy i ustami rozświetlonymi cudownym blaskiem oparła swój podbródek na moim sercu i zaśmiała się cudownie.

Pomyślałem, że świat mógłby się teraz skończyć.

I przez jedną głupią, szaloną chwilę znów poczułem się jak dziecko…

Otworzyłem oczy.

Sen odszedł, rzucając mnie z powrotem w mrok.

Byłem sam w swoim pokoju.

Zdenerwowany, podniosłem się i usiadłem. Koc zsunął mi się z nagiej klatki piersiowej. Wziąłem głęboki oddech i przyłożyłem dłoń do głowy.

Co to, kurwa, było?

Złapałem się za włosy. Zacisnąłem szczękę, nie mogąc uwierzyć, że to mi się przyśniło.

Znowu.

Od Bożego Narodzenia minęły zaledwie trzy doby, trzy pieprzone noce, podczas których myśl o niej tkwiła w szczelinach mojej czaszki jak jadowita drzazga.

Jej dziecięca twarz. Krwawa czerwień ust.

Spojrzenie zaraźliwe jak wirus i włosy tak czarne, że wtapiały się w moje koszmary.

I ten uśmiech…

Coś drgnęło mi w podbrzuszu, ale teraz nie mogłem go sobie przypomnieć.

Próbowałem na nowo przywołać to wspomnienie, ujrzeć je tak samo żywe jak we śnie.

Ale nie byłem w stanie.

Bo od pierwszego spotkania wrzeszczała, obrażała mnie, drapała pazurami, ale nigdy się do mnie nie uśmiechnęła.

Ani razu.

Nie wiedziałem nawet, jaki ma uśmiech, czy odbija się w jej oczach, czy ta intrygująca istotka potrafi robić z ustami cokolwiek poza gryzieniem i wzdychaniem.

Nerwowo położyłem dłoń na kroczu. Poranna erekcja pulsowała w spodniach od piżamy, ale wątpiłem, że to przypadek. Chwyciłem penisa w pięść i mocno zacisnąłem, próbując stłumić narastające podniecenie. Ścięgna mi się napięły, mięśnie miednicy zesztywniały od pępka do kości łonowej. Zaciskałem dłoń, dopóki nie zazgrzytałem zębami z bólu. Moja najbardziej chora strona odnalazła w tym cierpieniu ponurą satysfakcję.

Z niskim pomrukiem zrzuciłem z siebie koc i wstałem.

Carmen już wyszła, zabierając ze sobą Olly, więc byłem sam. Wziąłem lodowaty prysznic, wytarłem włosy i skierowałem się do salonu.

Drzewko wciąż tam było.

Choinka stała dumnie w świetle dnia. Ciemna, z pogaszonymi lampkami, wyglądała jak sen, który należy wyrzucić na złom.

Nigdy nie obchodziłem świąt ani niczego podobnego.

Nawet się z nimi nie identyfikowałem.

A jednak fakt, że drzewko wciąż tam było, świadczył o mojej głębokiej niespójności, o tym, że usilnie próbowałem przekonać samego siebie do pewnych rzeczy.

Dziecko, którym kiedyś byłem, podziwiałoby choinkę z bijącym sercem i szeroko otwartymi oczami.

Ale jako dorosły mężczyzna…

Przełknąłem ślinę i zacisnąłem pięści. Frustracja oplatała mi nerwy jak zardzewiałe druty, gdy podniosłem rękę i ściągnąłem z czubka niewielką różę wiatrów. Pierścień wokół jej ramion lekko lśnił. Spojrzałem na tę małą czarną gwiazdę i w jej odbiciu znów ujrzałem ją.

Jej bose stopy, gęste włosy sięgające do krągłych bioder.

Zsunięta szelka ogrodniczek i ta żądza w jej dzikim spojrzeniu, która była jak modlitwa, a zarazem potępienie.

Musiałem się tego wszystkiego pozbyć.

Ścisnąwszy zawieszkę w dłoni, otworzyłem okno. Lodowate powietrze smagnęło moje nagie obojczyki i końcówki mokrych włosów. Bez wahania wystawiłem rękę, gotowy cisnąć przedmiot na ulicę, w kratkę ściekową lub pod koła samochodu.

Z dala od wszystkiego, co mnie dotyczy.

„Mówiłeś, że u was w domu nie było takich rzeczy. Pomyślałam, że trzeba to nadrobić”.

Jeszcze mocniej zacisnąłem dłoń. Kolce wbiły się w skórę, knykcie mi pobielały. W głowie wciąż słyszałem jej słowa, odbijały się echem w mojej czaszce. Wpatrywałem się w zamkniętą dłoń zimnymi oczami i z okrutną obojętnością kogoś, kto nauczył się brutalnie wydrapywać sobie z duszy wszelkie szkodliwe przyzwyczajenia.

Otworzyłem palce i wypuściłem różę.

Wara od moich koszmarów, dziewczyno.

I od moich snów.

Tego wieczoru w lokalu wrzało jak w ulu.

Zbliżał się sylwester, a stopień histerii Zory był jak barometr znaczenia imprezy – im ważniejsze wydarzenie, w tym większy emocjonalny tajfun się zmieniała.

Skrzyżowałem ręce i nogi i z opuszczonym podbródkiem stanąłem przy ścianie w szatni. Zgromadzili się tam wszyscy ochroniarze; niektórzy siedzieli na krzesłach, inni stali wsparci o metalowy stół.

Jako szef ochrony miałem za zadanie koordynować wydarzenie i obowiązki każdego członka personelu, tak aby reputacja klubu nie została nadszarpnięta; każdy musiał znać schemat imprezy, swój obszar odpowiedzialności i procedury awaryjne.

– Ochroniarze przy wejściu zajmą się selekcją. Tu nie ma miejsca na jakiekolwiek wpadki.

Zadania zostały już przydzielone, więc ograniczyłem się do ostatecznych ustaleń.

– Ci w sali będą krążyć dwójkami. Macie trzymać gęby na kłódkę, monitorować sytuację z daleka i zawsze interweniować przed faktem. Fizyczna konfrontacja na terenie sali zostanie uznana za porażkę. Do tych na korytarzach: pilnujcie, żeby nikt się nie kręcił po strefach dla personelu. Pod żadnym pozorem. Czy to jasne? Pozostańcie na swoich miejscach i trzymajcie się programu. Kto porządnie wykona swoją robotę, w nagrodę nie zostanie zwolniony.

Niektórzy patrzyli na mnie z nienawiścią, ale nikt nie śmiał się odezwać. Byliśmy jednym z najbardziej elitarnych klubów w mieście, z oszałamiającymi obrotami i prestiżem równym tylko najlepszym lokalom nocnym ze sceną taneczną w Filadelfii. Jeśli komuś nie odpowiadały warunki, zawsze mógł odejść i stemplować dzieciakom nadgarstki w jakiejś dyskotece lub skończyć jako ochroniarz w markecie.

– A co z imprezą? – spytał jeden z siedzących, chłopak o imieniu Lowen. Zwykle nie zachowywał się jak kretyn, ale to pytanie mnie zaniepokoiło.

– Jaką imprezą? – spytał inny.

– No tą, którą organizują co roku. Tylko dla personelu. Odbędzie się pod koniec wieczoru?

Siedzący obok niego chłopak szturchnął go łokciem w żebra.

– A co, wpadła ci w oko któraś tancerka?

Lowen uśmiechnął się wymownie. Rozmasował miejsce, w które uderzył go ten drugi, po czym wymienili między sobą spojrzenia jak banda napalonych nastolatków na filmie dla dorosłych.

Niecierpliwie wypatrywali momentu, gdy wreszcie będą mogli podejść do tancerek, porozmawiać z nimi, poflirtować. Co noc kusiły ich ze sceny, błyszcząc świetle reflektorów jak cukrowe lalki, i zaliczenie którejś w klubowej toalecie najwidoczniej było szczytem ich aspiracji. Poza tym to było spotkanie po godzinach, na którym Zora wciskała te swoje bzdury o wielkiej rodzinie i takie tam.

Tam nie musieli się trzymać swojej roli.

Mężczyźni pogrążyli się w rozmowie, przekrzykując się nawzajem, a ja zerknąłem na zegar wiszący na ścianie.

Godzina jasno wskazywała, że zebranie dobiegło końca.

– Impreza jest dla pracowników. Po pracy możecie wziąć w niej udział. A teraz idźcie.

Ruszyłem przed siebie, jak zwykle bezkompromisowy, a oni ucichli i podnieśli na mnie wzrok.

Nie odwróciłem się, tylko otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz.

Wiedziałem, co o mnie myślą. Z tym czy z owym pozwalałem sobie na pewną zażyłość, ale żadnego nie dopuszczałem zbyt blisko. Istniała między nami bariera, której pod żadnym pozorem nie wolno im było przekroczyć, choć była w tym pewna ironia, ponieważ sam byłem osobą, dla której naruszanie granic to chleb powszedni.

Byłem tam najmniej lubianym pracownikiem, ale – wierzcie lub nie – pogarda to skuteczniejsze narzędzie niż podziw czy szacunek.

Wyjąłem z kieszeni paczkę papierosów i kciukiem przeliczyłem, ile sztuk zostało. Szedłem powoli korytarzem, włosy opadały mi na oczy; zastanawiałem się, czy w drodze powrotnej zatrzymać się przed sklepem i kupić sobie nową paczkę.

Gdy dotarłem do sali, było już prawie pusto.

Światła były przygaszone, w tle snuła się uwodzicielska nuta saksofonu; przy niewielkich stoliczkach ustawionych dyskretnie przy ścianie siedzieli już tylko najbardziej lojalni klienci.

Przez cały wieczór trzymałem się z daleka, ale gdy stanąłem w progu i podniosłem wzrok, jakaś niewidzialna dłoń chwyciła mnie za brodę i zmusiła do spojrzenia w bok.

W głębi ujrzałem ją.

Poruszała się w przyćmionym świetle, z włosami zaczesanymi w wysoki kucyk i tym spojrzeniem, które siało spustoszenie.

Gardło wypełniło mi dziwne uczucie, coś w połowie drogi między irytacją a rozleniwieniem. Poczułem potrzebę zabicia go czymś żrącym, palącym, rozerwania na strzępy i rozpuszczenia w alkoholu.

Cmoknąłem językiem, żeby się go pozbyć, ale po chwili doszedłem do wniosku, że tu pomoże tylko mocny shot, który spłynie mi ogniem po gardle i spopieli nawet myśli krążące w głowie. Do końca zmiany została jeszcze godzina. Rzadko piłem, ale w tym momencie myśl o pozostaniu trzeźwym była dla mnie nie do zniesienia. Wsunąłem ręce do kieszeni i z niechęcią ruszyłem w stronę baru.

Stanąłem przed kontuarem, a ten cały James, barman, natychmiast spojrzał na mnie pytająco.

– Zrób mi B­-52.

Położyłem rękę na barze, on zaś skinął głową i zaczął szykować zamówienie. W ciszy zabębniłem palcami po blacie i przesunąłem wzrok na postać u jego boku.

Stała odwrócona do mnie plecami, miała na sobie czarną koszulkę. Mechanicznie wycierała szklankę szmatką i nawet nie raczyła na mnie spojrzeć.

Nachyliłem się, oparłem łokciami o blat i splotłem palce, żeby jeszcze bardziej zaznaczyć swoją obecność. Ale nawet wtedy się nie odwróciła.

– Proszę.

Przed oczami wyrósł mi mały kieliszek. Na podniebieniu czułem jakiś dziwny smak. Odwróciłem od niej wzrok i ująłem płonącego drinka – ogień uwięziony w krysztale.

Skąd ta nagła irytacja?

Zmarszczyłem brwi. James coś do niej mówił, a ona słuchała go, jakby mnie tam nie było. Zacisnąłem szczękę, zdmuchnąłem płomień i wlałem całą zawartość do ust.

– W każdym razie postaraj się nie zrujnować mi chaty…

Zacząłem się dławić. Gardło mi się zacisnęło i musiałem zmusić się do przełknięcia alkoholu, inaczej zacząłbym kaszleć jak jakiś imbecyl. Zabulgotało mi w przełyku i zesztywniałem, z wargami mokrymi od trunku spojrzałem w górę. Patrzyła na barmana rozgniewanym wzrokiem.

Zawsze miała taką minę. Tę cholerną nadąsaną minę, która sprawiała, że wyglądała jak krnąbrna dziewczynka. Spojrzenie eleganckiej dzikuski.

– Jeszcze nie skończyłem – syknąłem nienawistnie.

James zamarł, a ona dopiero wtedy podniosła na mnie wzrok.

Zatopiła w moich oczach swoje ciemne tęczówki.

Moje nerwy napięły się jak struny, serce zamiast krwi zaczęło tłoczyć w żyły coś bardziej trującego niż pogarda, co zastygało mi w sercu i paliło mnie od środka. Chwilę później odwróciła wzrok i wróciła do swoich zajęć.

Poczułem, że kiełkuje we mnie coś nieokreślonego. Fakt, że rozdzielał nas kontuar, sprawił, że moje dłonie w skórzanych rękawiczkach dziwnie się napięły, ale tak naprawdę nie rozumiałem, jaki – u licha – mam problem.

Wyszedłem, zanim zrobiłbym coś głupiego.

Wymaszerowałem z sali z zaciśniętą szczęką i skwierczącym w trzewiach zamętem. Minąłem inżyniera dźwięku, faceta z siwymi wąsami i tupecikiem, który spokojnie palił papierosa. Miał na imię Vin i pracował w tym miejscu długo przed tym, zanim się tu pojawiłem, ale i tak wyrwałem mu papierosa z ust, rzuciłem na ziemię i zgniotłem podeszwą.

– Tu nie wolno palić.

– Sam tu ciągle palisz!

– Robię, co mi się, kurwa, podoba – warknąłem, on zaś spojrzał na mnie z oburzeniem.

Oboje doskonale wiedzieliśmy, że to kompletna bzdura, że praktycznie nigdy nie paliłem w klubie, natomiast zawsze pozwalałem na to jemu. Po prostu byłem wściekły, dlatego zachowywałem się bardziej impulsywnie i złośliwie niż zazwyczaj. Vin pokręcił głową i poprawił beret. Odchodząc, kątem oka zauważyłem, że zapalił kolejnego papierosa.

Nie jestem humorzasty. Przynajmniej nie na co dzień. A jednak z jakiegoś powodu ta mała dzikuska zawsze wiedziała, jak pozbawić mnie resztek samokontroli.

Wlazła mi z buciorami do sypialni, włamała mi się do komputera. Siłą zabrała mi część prywatności, a potem rozsiadła się w najlepsze i z szeroko otwartymi oczami i źrenicami matowymi niczym brudne lustra jak zahipnotyzowana wsłuchiwała się w głos, który był dla mnie jednocześnie zaklęciem i wyrokiem.

Wstręt rozlał się po mnie jak ogień. Serce wpompowało w moje żyły kolejną porcję trucizny i nagle w pełni poczułem cały ten gniew, całą tę surową i wypaczoną nienawiść, jaką czułem do siebie samego. A zarazem do niej – tej małej, złamanej, wspaniałej istoty, bardziej niebezpiecznej niż całe to morze bólu. Dopadłem do niej jednym susem, a ona spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.

To przez nią – oskarżycielsko syknął głos w mojej głowie. To przez nią. To był głos mojego ojca, pełen pogardy. Zdawało mi się, że widzę jego zimne oczy. A ja nie mogłem wyrazić nic innego niż to, czego mnie od zawsze uczono, co mi aplikowano i czym mnie karmiono, odkąd byłem małym dzieckiem.

– Andrasie…

Odwróciłem się.

Za mną stała bileterka. Miała złożone ręce i patrzyła na mnie intensywnie, nieśmiało, a zarazem drażniąco natarczywie. Była trochę dziwna. Pozowała na wielką nonkonformistkę, ale w rzeczywistości desperacko szukała aprobaty, zwłaszcza osób, które były od niej wyżej w hierarchii.

– Zora pyta, czy jutro możesz przyjść trochę wcześniej… Wydrukowałam też program imprezy dla każdego członka ochrony, pomyślałam, że może się przydać.

Wyciągnęła do mnie rękę z papierami; spojrzałem na nie, ale ich nie wziąłem. Przez ułamek sekundy zatrzymała wzrok na moich wargach.

– Zostaw je na biurku przy wejściu. Wezmą, gdy będą wychodzić.

Kristine zabrała rękę i skinęła głową. Przygryzła wargę, a ja zdałem sobie sprawę, że w myślach nieświadomie wypowiedziałem jej imię.

Dlaczego tak łatwo było mi zwracać się do innych po imieniu? Do wszystkich poza nią?

Jeśli chodzi o nią, wszystko zawsze było takie… problematyczne? Dlaczego?

Zacisnąłem szczękę. Musiałem coś przeżuć, zmiażdżyć zębami, aż rozbolą mnie dziąsła. Doskonale znałem odpowiedź, ale jednocześnie zbyt dobrze znałem siebie, by wiedzieć, że problemy zawsze witam z otwartymi ramionami i drwiącym uśmieszkiem na ustach.

Że nigdy nie lubiłem rzeczy czystych, łatwych, zrobionych, jak należy. Żywiłem się padliną, tym, co świat zdążył już zepsuć. I absolutnie nic nie stymulowało mnie mocniej niż świeżo odkryte piekło, w którym mogłem płonąć.

Oddaliłem się, nie czekając, aż Kristine cokolwiek doda. Zacząłem szukać papierosów; znalazłszy paczkę, wyjąłem jednego i zapaliłem. Kopniakiem otworzyłem drzwi dla personelu i zaciskając zęby, wyszedłem na dwór. Zaciągnąłem się mocno nikotyną, aż zapiekło mnie w przełyku, a potem zatrzymałem dym w płucach, tonąc we własnym szaleństwie. W końcu wypuściłem ciepły dym przez nos i zamknąłem oczy.

„Imiona są ważne. Kiedy decydujesz się nazwać coś po imieniu, dajesz temu moc, by wkroczyło w twoje życie”.

Albo je zrujnowało…

Te słowa same do mnie przyszły. Stojąc przy ścianie z odchyloną głową, wciągnąłem je razem z nikotyną.

Paliłem powoli. Mocno się zaciągałem. Nie byłem uzależniony od nikotyny bardziej niż od innych złych przyzwyczajeń, ale papierosy łagodziły moje napięcie w ten najlepszy, brudny sposób. Doszedłem już do filtra, ale i tak połknąłem dym, chcąc w pełni poczuć palący ból. Wypełnione trującą chmurą płuca mocno zapiekły. Środkowym palcem zgniotłem niedopałek, po czym odrzuciłem go gniewnym gestem.

Nienawidziłem słabości.

Nienawidziłem własnych wrażliwych punktów.

Wszystko, co miałem do stracenia, to mały piegowaty wróbelek, który jeszcze nie umiał wymawiać mojego imienia. Dlatego trzymałem ją z dala od wszystkich i nie chciałem, żeby ktoś o niej wiedział…

A co z tym, co włożyłeś na szyję?

Z mojego gardła wydobył się poirytowany syk. Dotknąłem wewnętrznej kieszeni kurtki, jakby była czubkiem ostrza. Kwadratowy kształt nadal tam tkwił, przypominając mi, że byłem nie tylko hipokrytą, ale także pieprzonym kłamcą.

A najgorsze bzdury wmawiałem sam sobie.

Wróciłem do środka dopiero, gdy zgaszono światła, a goście już się rozeszli. Szukałem jej wszędzie, tak jak się szuka bolesnego siniaka.

Znalazłem ją w szatni dla personelu, odwróconą plecami i już przebraną. Właśnie wkładała do torby swój uniform baristy.

Z jakiegoś głupiego powodu zatrzymałem się, żeby na nią popatrzeć.

Jej biała szyja była odsłonięta, zza miękkiego konturu policzka wystawały końcówki czarnych rzęs. Nadal miała związane włosy, ale nie rozumiała, że ani wysoki kucyk, ani męski ubiór nie są w stanie ukryć jej dzikiego piękna.

Włożyłem rękę do kieszeni kurtki i zatrzymałem się kilka kroków od niej.

– Zapomniałaś o tym ostatnio.

Rzuciłem coś na stół. Jej dziennik. Zostawiła go, uciekając, i choć wciąż byłem na nią tak samo wkurzony, zatrzymanie go dla siebie byłoby przesadą, nawet dla mnie.

Czekałem, aż go weźmie i coś powie, ale nic.

Nie zareagowała.

Nawet się nie odwróciła.

Znów poczułem to niewytłumaczalne mrowienie w podbrzuszu. Szalone pragnienie, by wyciągnąć rękę, złapać ją za włosy, przyciągnąć i zmusić, żeby na mnie spojrzała. Zobaczyć, jak z jej czarnych oczu bucha gorączkowa furia i zalewa mnie wściekłością.

W tym momencie przypomniałem sobie, że o niej śniłem.

Zacisnąłem zęby i zrobiłem krok naprzód.

– Mówię do ciebie.

– Ani kroku dalej.

Prawie nie rozpoznałem jej głosu. Zamarłem, a ona w końcu się odwróciła: jej oczy krzyczały jaskrawą nienawiścią. Uderzyła we mnie całą sobą, całą chropowatą i nieprzejednaną mocą swoich dziewiętnastu lat. Chęć, by ją złapać i zanurzyć się w jej dzikim zapachu, stała się nie do zniesienia.

Chciało mi się pieprzyć.

Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, w mojej krwi budziło się pożądanie.

– Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj.

– Ty mówisz mnie… żebym się nie zbliżał?

To chyba jakiś żart. Zdecydowanie próbowała być zabawna, bo pomysł, że te słowa wyszły z jej ust, był dosłownie szokujący.

Ja mam się do niej nie zbliżać?

Ja?

To ona zainfekowała mi krew, sprawiła, że wszystko nasiąkło jej zapachem – ona, która z jakiegoś cholernego powodu uśmiechała się do mnie ze snów.

Spała moim snem, śniła moje sny i jeszcze miała czelność mówić mi, że mam trzymać się od niej z daleka?

– Dobrze słyszałeś – powtórzyła. – Muszę cię oglądać, pracować z tobą… może nawet serwować ci drinki, ale dla mnie nie istniejesz.

Rzuciła mi spojrzenie pełne złości, odrazy, bólu, wyrzutów za to wszystko, co jej zrobiłem.

– Dla mnie jesteś niczym. I nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.

Wytrzymałem jej spojrzenie w milczeniu, mój wzrok był zimny, niewzruszony. Mogłem powiedzieć wiele rzeczy, ale z jakiegoś powodu tylko ta jedna opuściła moje usta.

– Wreszcie załapałaś.

Zacisnęła powieki. Wzięła swój dziennik z obrzydzeniem, jakbym go czymś zaraził, i zanim odwróciła się do mnie plecami i poderwała z miejsca, rzuciła na odchodne:

– Spadam. Timmy na mnie czeka.

– Timmy? A kto to niby jest?

– Nie twoja sprawa. Jest kolczasty i skryty, ogólnie straszny z niego dupek – syknęła z goryczą. – Szczerze mówiąc, jesteście całkiem podobni.

Zanim jej słowa w pełni do mnie dotarły, rzuciła mi spojrzenie, w którym malowała się czysta nienawiść, i przeszła obok, smagając mnie dumnym biczem włosów. Pomaszerowała do drzwi, jakby uciekała przed samą sobą, ale przed progiem przystanęła.

Zebrała się w sobie i mocno zacisnęła palce na rączkach torby. W tamtej długiej chwili słyszałem tylko jej niski, powolny głos, w którym pobrzmiewała ostateczność.

– Kazałeś mi zniknąć z twojego życia, więc pewnie się ucieszysz, bo ciebie już w moim nie ma.

Powiedziawszy to, odeszła. Nawet na mnie nie patrząc.

Zostałem sam.

Wpatrywałem się w puste drzwi, żyłka na mojej szyi pulsowała z napięcia, nozdrza drażnił jej nieokiełznany zapach, a w umyśle kotłowała się jedna przeklęta myśl.

Kim, u licha, jest Timmy?

3

Jeden łyk

Nienawiść to po prostu miłość,która straciła nadzieję.

Od zawsze nienawidziłam sylwestra.

Boże Narodzenie kojarzyło mi się z ciepłą matczyną miłością, ale ostatni dzień roku nieodmiennie przypominał mi, że oprócz mamy nie miałam nikogo.

Jedyną osobą, z którą go spędzałam, była Nova, ale w końcu i jej zabrakło.

Ciekawe, co dziś robi mama?

Może zorganizowano coś w ośrodku? Jakąś uroczystość?

I… w ogóle jak się miewa? Czy będę mogła się z nią zobaczyć?

– Nie chcę ci przeszkadzać w głębokich rozmyślaniach – usłyszałam, gdy kroiłam owoce. – Ale dąsasz się od wielu godzin, jesteś powolna i masakrujesz moje śliczne truskawki. W dodatku Zora cię obserwuje.

Podniosłam wzrok. Z antresoli patrzyła na mnie wysoka postać w ciemnym garniturze.

Tego wieczoru, we wspaniałych brokatach w kolorze północnego nieba i kaskadach lśniących pereł, Zora wyglądała jak mroczna królowa. Siedziała na półpiętrze, na ostatniej sofie, z ramieniem przewieszonym przez oparcie. Na rękach miała rękawiczki w barwie kości słoniowej, które sięgały jej powyżej łokci, zaś wibrująca w powietrzu muzyka zdawała się przedłużeniem jej perfum, dodatkowo podkreślając hipnotyzującą i tajem­niczą głębię jej spojrzenia.

– Rób tak dalej, a przyjdzie i cię ochrzani.

– O co ci chodzi? Nie robię nic złego.

– Nie? Zrobiłaś tu rzeźnię rodem z Quentina Tarantino! A to, co to ma niby być? – James podniósł skórkę pomarańczy, którą próbowałam pokroić w spiralę. – Wygląda jak dzieło przedszkolaka!

– To tylko dekoracja.

– Nie tylko. Aż – odparował mój kolega, podwijając rękawy. Oboje mieliśmy na sobie czarne kamizelki i białe koszule ze złotym łańcuszkiem tworzącym łuk przy kieszeniach. – Jeśli chcesz w pełni opanować sztukę miksologii, musisz zwracać uwagę na każdy element tworzenia koktajli. To nie są tylko dekoracje czy jakieś tam estetyczne detale.

Zaczął mi pokazywać, jak się to robi, a ja słuchałam go uważnie. Obiecał mi kiedyś, że przestanie popijać w pracy, weźmie się do roboty i zostanie profesjonalistą, jakim chciał się stać.

Nie rozumiałam dlaczego, ale cieszyło mnie to, że z powodzeniem realizował swój plan.

Może dlatego, że była to pierwsza złożona mi obietnica, której ktoś dotrzymał…

– Do końca roku zostały trzy dni, a czuję się jak w wieczór otwarcia.

Ruby przetarła czoło dłonią. Nie do końca wiedziałam, jak się przy niej zachować. Odkąd na nią nakrzyczałam, a potem chlusnęłam jej facetowi drinkiem w twarz, panowała między nami niezręczna atmosfera, niepewność pomieszana z zakłopotaniem.

James uniósł kącik ust, ukazując lekko zaostrzone przednie zęby.

– Niezła impreza, co?

– Tak… cudowna. Przynajmniej napiwki podtrzymują morale. A właśnie… przychodzicie później? – rzuciła Ruby i zerknęła na mnie nieśmiało.

– A co będzie później? – spytałam.

– Przyjęcie dla pracowników. Organizują je co roku na koniec zmiany, w lokalu niedaleko stąd – wtrącił James. – W ostatni dzień roku nie będziemy mogli świętować, a ponieważ jutro pracujemy, lepiej oszczędzać siły na sylwestra.

– Będzie cały personel. Dźwiękowcy, scenografowie, nawet ta jędza Kristine – dodała Ruby.

– Cudownie – skomentowałam, a ona się roześmiała. Patrzyłam, jak podnosi dłoń do ust, być może po to, by zakryć przerwę między jedynkami. Podejrzewałam, że ten drobny defekt ją krępuje, podczas gdy w rzeczywistości dodawał jej uroku.

– Będzie fajnie. I chociaż raz nie trzeba zakładać strojów służbowych. – James puścił mi oczko. – Żadnych zasad, zakazów, zero myślenia.

Mówił zachęcającym tonem i domyślałam się, co miał na myśli.

James zaakceptował moje milczące cierpienie i bez żadnych pytań pozwolił mi u siebie zostać. Nie wiedział, co się właściwie stało, ale był zdania, że wolny wieczór może podnieść mnie na duchu.

Mój nastrój miał jednak zgoła odmienne zdanie.

– Chodź z nami, Mireyo – namawiał. – Czasem trzeba się wyluzować, nabrać dystansu i po prostu pożyć. Nie samą pracą człowiek żyje. To nie jest dla ciebie dobre. Jesteś młoda, jeszcze przed dwudziestką, nie sądzisz, że chociaż przez jedną noc mogłabyś się zabawić?

– Jeśli chcecie się odświeżyć przed wyjściem, możecie to zrobić u mnie. – Ruby z zakłopotaniem skuliła głowę w ramionach. – James wie, że mieszkam niedaleko… moglibyśmy wpaść do mnie, a potem razem pójść na imprezę.

Spojrzeli na mnie, czekając, aż coś powiem. Miałam ochotę zasłonić twarz włosami i znaleźć jakąś dziurę, w której mogłabym się schować. Gorączkowo szukałam w myślach jakiejkolwiek wymówki. To nie było dla mnie, i tak nie miałam czego świętować; poza tym dałabym głowę, że będzie tam Andras, a jego zdecydowanie nie chciałam widzieć. Wykluczone. Na samą myśl o oddychaniu tym samym powietrzem co on zaciskał mi się żołądek.

– Zobaczysz, że odmówi – skomentował James. – Dobrze ją znam.

Spojrzałam na niego z urazą.

– Nie znasz.

– Doprawdy?

– Jest… ktoś, kogo nie chciałabym spotkać.

– Chyba nie chodzi o jedno z nas, prawda?

Ruby wzdrygnęła się i spojrzała na mnie z rezygnacją. Zrozumiałam, że myśli, że to ona jest problemem, więc szybko szturchnęłam Jamesa łokciem.

– Nie przesadzaj, proszę!

– Więc z powodu jakiejś tam osoby rezygnujesz z miłego wieczoru z przyjaciółmi? To do ciebie niepodobne.

– To… nie o to chodzi – odparłam, ale język zaczął mi się plątać. Przyjaciółmi? – Po prostu nie jestem w nastroju, to wszystko.

– Tym bardziej nie powinnaś siedzieć w domu i użalać się nad sobą, nie sądzisz? Poza tym będziemy tam z tobą. – Czekał na jakiś znak świadczący o tym, że dałam się przekonać, ale kiedy nic takiego nie nastąpiło, westchnął. – Przynajmniej dołącz do nas dziś wieczorem. Idziemy do klubu na drinka, bez okazji, po prostu żeby sobie razem posiedzieć. Zawsze możesz wyjść po pięciu minutach.

W oczach Ruby zobaczyłam tę samą zachętę. Było jasne, że tak łatwo mi nie odpuszczą. Z drugiej strony… co może się stać przez pięć marnych minut?

– Dobra – poddałam się, a ich twarze się rozjaśniły.

– Nie pożałujesz. Zobaczysz, wszyscy tam będą!

Właśnie z tego powodu będę tego żałować.

– Co się stało z twoją wycieraczką w kształcie jeża? – zapytał James.

Ruby zachichotała. Znajdowaliśmy się w budynku w stylu industrialnym z odsłoniętymi cegłami, oplecionym pajęczyną schodów przeciwpożarowych prowadzących na ulicę. Być może nie było to najlepsze miejsce na nocne eskapady, ale blok wydawał się spokojny, w sam raz dla samotnej dziewczyny.

– Wywaliłam ją. Była… no wiesz. Kupiliśmy ją z Owenem.

– Och.

– Byłeś tu wcześniej? – spytałam go, gdy Ruby znalazła się w środku.

– Raz. Rozmawialiśmy do późna i odwiozłem ją do domu. Pamiętam, że jej chłopak się wkurzył.

Wzruszył ramionami. Ruby w międzyczasie zdjęła botki i zostawiła je przy drzwiach. Miała na sobie bardzo ładne rajstopy, kremowe, ze wzorem małych marchewek. Żeby tylko się nie okazało, że mam dziurę w skarpetce, pomyślałam.

– Czujcie się jak u siebie.

Podczas gdy z Jamesem z szacunku podążyliśmy jej śladem, trochę się rozejrzałam.

Loft był niewielki, zewsząd zwisały kępy zielonych roślin, w powietrzu unosił się zapach cedru. Jedynym stołem w kuchni był blat z dwoma stołkami. Nad nami rozciągała się antresola z łóżkiem służąca jednocześnie za uchwyt dla rozmaitych pojemników, lampek, fotografii i łapaczy snów. Po prawej stronie znajdował się mały salonik, a na końcu łazienka.

– Mogę zadzwonić? – spytał James, wyciągając telefon komórkowy.

– Jasne. Mireyo, jeśli chcesz pierwsza pójść do łazienki…

Przytaknęłam i ruszyłam przed siebie. Idąc korytarzem, czułam się jak w kolorowej galerii z uśmiechniętymi portretami: ściany zapełniały liczne ramki ze zdjęciami, okrągłe, owalne i w kształcie rombu, każda z mosiężną tabliczką ze specjalnym grawerunkiem. Zwolniłam kroku, chcąc lepiej się im przyjrzeć.

– To moja rodzina. – Ruby podeszła do mnie ostrożnie, jakby chciała dać mi czas na zaakceptowanie bliskości. Poczułam jej delikatne perfumy, gdy zatrzymała się obok mnie i wskazała palcem małą prostokątną fotografię z napisem: „Pierwszy dzień Lindy”. – To moje siostry: Trina, Bettany i Lindy. I bracia: Gregory i Junior.

Lindy w stroju stewardessy uśmiechała się promiennie; wyglądała jak ucieleśnienie spełnionych marzeń. Jej karnacja, o odcień ciemniejsza od skóry Ruby, prezentowała się zjawiskowo w połączeniu z czarnym garniturem i lekkim karminowym szalem.

– Jestem druga po Juniorze. On jest najmłodszy. Ale nie myśl sobie, to prawdziwy diabeł tasmański. Oto on.

„Zwycięstwo w playoffach, Eagle Eye High School”. Chłopak na zdjęciu stoi z piłką do kosza pod pachą i chytrym uśmiechem na twarzy.

– Jest w przedostatniej klasie i wciąż trafia na dywanik, ale stwierdził, że nie dba o oceny, ponieważ przyszłość wiąże z koszem. Ileż to razy dostał za to od mamy po uszach. – Jej głos zabarwił się troskliwą słodyczą.

Byli tam wujkowie, kuzyni i siostrzeńcy celebrujący Święta Dziękczynienia przy długich stołach. Uśmiechnięci, zjednoczeni i szczęśliwi, roztaczali wkoło kojącą, słodką aurę, przywodzącą na myśl świeżo upieczone ciasto.

– Wyglądacie na bardzo… – z trudem szukałam odpowiednich słów – zżytych.

Ruby przełknęła ślinę i spojrzała na mnie. Spojrzeniem niemo prosiła mnie o przyzwolenie i domyśliłam się, o co chciałaby zapytać.

A ty?

Dwa stuknięcia odbiły się echem w ciszy mojego serca, cichutki głosik spytał, czy go wpuszczę.

Obiecał nie hałasować i tylko się rozejrzeć, niczego nie dotykając. Nie chciał ukraść nic cennego, tylko znaleźć miejsce do powieszenia kolejnej ramki.

A jednak… drzwi pozostały zamknięte.

Nie byłam gotowa. Nie umiałabym się przed nią otworzyć.

Opowiedzieć o sobie.

Wpuścić ją w mój świat pełen smętnych widm.

W tę ciemną czeluść, w której roiło się od traum, szklanych wspomnień, zakamarków, w których przycupnęły lęki. Było tam za dużo rzeczy, które mogły ją zranić, a ona… była zbyt podobna do Novy, żebym się nie bała, że historia się powtórzy…

Odwróciłam się i poszłam do łazienki. Zostawiwszy ją na korytarzu, zamknęłam drzwi i z westchnieniem oparłam się o umywalkę. Opłukałam twarz, rozebrałam się i nie myśląc wiele, wzięłam krótki, gorący prysznic. Właśnie tego potrzebowałam.

Wytarłam stopy w dywanik, a gdy zobaczyłam dwa czyste ręczniki na stołku przy drzwiach, domyśliłam się, że zostawiła je Ruby.

– Pewnego dnia przedstawię ci młodego, ale uprzedzam, to prawdziwy demon…

Gdy czysta i rozgrzana wyszłam z łazienki, oboje stali roześmiani pod ścianą. Ona z szerokim uśmiechem, on z przygarbionymi ramionami i rękami w kieszeniach spodni. Kiedy James zobaczył, że zwolniłam łazienkę, zajął moje miejsce.

– Pożyczę ci coś – zaproponowała Ruby, nie przestając się uśmiechać. Teraz wydała mi się bardziej rozluźniona i pogodna.

– Co masz na myśli?

Popatrzyła na mnie uważnie i wybuchnęła śmiechem. Wyciągnęła do mnie rękę, ale widząc moje zmarszczone brwi, przypomniała sobie, że nie odwzajemnię uścisku, więc zacisnęła usta i gestem poprosiła, żebym poszła za nią.

– Chodź.

Weszłam za nią po spiralnych schodach prowadzących na antresolę. Obok łóżka znajdowała się szafa, a w przeciwległym rogu metalowy wieszak pełen ciuchów i mnóstwo pudeł. Poprowadziła mnie do niego i przejechała dłonią po ubraniach jak po płatkach wielobarwnego kwiatu.

– Nie pasuję do twoich ciuchów.

– Te nie są moje! Moja kuzynka pracuje w branży modowej, a ponieważ niedaleko stąd ma biuro, większość trzyma u mnie. To są modele, które jej podarowano, i chociaż są w jej rozmiarze, ona ich nie nosi. – Uśmiechnęła się i przebierając w gąszczu sukien, chwyciła jedną z trzepoczącego materiału.

– Co powiesz na tę?

Przyjrzałam się cienkiej tkaninie. Była niebieska, złożona z kilku warstw, które tworzyły na piersiach i skórze wysublimowany wzór; myśl, że moja blizna mogłaby choć trochę się pod nią odznaczać, sprawiła, że natychmiast potrząsnęłam głową.

– Okej… a ta?

Pokazała mi następną, ale jeden rzut oka wystarczył, bym wiedziała, że srebrny gorset był zdecydowanie za ciasny na mój biust. Nie rozumiałam, po co marnuje czas, ale pozwoliłam jej grzebać w szmatkach, aż coś przykuło moją uwagę: ukryty pośród innych rąbek miękkiego materiału.

Instynktownie wyciągnęłam rękę, by dotknąć sukni. Była… piękna. Ramiączka zmysłowo opadały na ramiona, tworząc szeroki, harmonijny dekolt w kształcie serca; czarna tkanina otulała piersi i biodra niczym druga skóra, wiernie odwzorowując ich formę, a ozdobne akcenty gorsetu wyznaczały ramę podkreślającą linię ramion.

– Ach, ta jest cudowna! – westchnęła zachwycona Ruby, wyciągając ją z trzepotem. – Musiałam o nią walczyć. To prawdziwa perełka! Podoba ci się? Chcesz…?

– Nie – mruknęłam, natychmiast się cofając. – Nie, jest za droga.

– Trochę kosztuje, to fakt… ale mogę ci ją pożyczyć, jak będziesz chciała. Naprawdę dobrze ci w czerni. – Odwiesiła suknię i zaczęła grzebać w pudełkach. – Mam tu coś w sam raz dla ciebie.

Wyciągnęła parę czarnych spodni i srebrny top na cienkich ramiączkach z delikatnym dekoltem. Znalazła też botki na obcasie. Co prawda były na mnie o pół rozmiaru za duże, ale, jak stwierdziła, w rzeczywistości powinny być mniejsze.

– Śmiało, przymierzaj. Poczekam na ciebie.

– Czy to naprawdę konieczne? Myślałam, że po prostu idziemy na drinka.

– Tak, ale to wyjątkowa impreza… – stwierdziła, patrząc na nijakie ubrania, w jakich na co dzień chodziłam do pracy. Miałam nadzieję, że James nic jej nie powiedział, bo sprawiała wrażenie, jakby naprawdę jej zależało, żebym poczuła się piękna.

Westchnęłam, gdy popchnęła mnie w stronę garderoby. Postanowiłam jej posłuchać i przebrałam się bez dalszego marudzenia.

Rozebrałam się i włożyłam, co mi dała. Zanim zapięłam spodnie, pokręciłam trochę tyłkiem – moje pośladki prezentowały się w nich naprawdę dobrze. Moja zmarszczona twarz była pierwszą rzeczą, którą ujrzała Ruby, gdy zajrzała do środka.

– Idealnie! – Klasnęła w dłonie, podziwiając swoje dzieło. – Wiedziałam, że będą leżeć jak ulał.

– Nie wiem, chyba są trochę ciasne…

– Wyglądasz świetnie – zapewniła mnie. – I jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, to prawdziwa zbrodnia ukrywać taki tyłek.

Zdjęła gumkę z mojej rozczochranej kitki, a włosy miękkimi falami opadły mi na plecy. Uśmiechnęła się, podziwiając moje rysy, a ja z zażenowania dąsałam się i rumieniłam jednocześnie.

– Jesteś piękna, Mireyo.

Zapiekła mnie twarz i cofnęłam się niezauważalnie, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Zadowolona Ruby poszła się ubrać; wybrała bardzo krótką plisowaną spódniczkę, sweter z kołnierzykiem i buty Mary Jane na wysokim obcasie. Lekko podtapirowała loki, chwyciła torebkę i mrugnąwszy do mnie, zeszła za mną po schodach.

Niedługo potem staliśmy w tłumie przed wejściem do pubu; ściany w środku usiane były dziesiątkami błyszczących neonów, a wśród nich znajdowały się ironiczne zwroty, cytaty, mantry, świecące strzałki i migające logo. Lokal nie był duży, muzyka grała głośno i wszędzie tańczyli rozbawieni ludzie. Sam bar miał formę lustrzanej sceny, na którą można było się wdrapać i tonąc w tej migotliwej ciemności, na jeden wieczór zapomnieć o zahamowaniach.

– Mireyo!

W tłumie rozpoznałam znajomą twarz: to była Sabin. Tancerka miała na sobie lśniącą szmaragdowozieloną suknię w łuski, w której wyglądała jak wodna wróżka. Spojrzała na mnie z miłym zaskoczeniem.

– Nie wiedziałam, że też tu jesteś! Super, że honorujesz tradycję. – Obejrzała mnie od stóp do głów, jakby nie zwykła oglądać mnie w czymś innym niż w stroju służbowym, i się uśmiechnęła. – Cześć wam. Nie obrazicie się, jak wam ją ukradnę?

– Ani trochę… – odpowiedział James z nutą złośliwości i puścił jej oczko. Jego źrenice w kolorze orzecha laskowego nabrały głębokiego, miękkiego odcienia, nieco uwodzicielskiego. Zachichotała.

Ona ma chłopaka, kretynie.

– Dzięki! – Sabin chwyciła mnie za nadgarstek i zanim zdążyłam zaprotestować, pociągnęła ze sobą. Włosy podskakiwały mi na plecach, gdy z trudem próbowałam za nią nadążyć, jednocześnie starając się nie wywalić na wysokich obcasach.

– Dziewczyny są przy barze. Chodźmy!

– Dziewczyny? – spytałam niepewnym głosem, podczas gdy lawirowałyśmy wśród tumu ocierających się o siebie ciał. Zmusiłam się, żeby jej się nie wyrwać: jej dłoń była jedynym punktem zaczepienia, który chronił mnie przed upadkiem w tłum.

Dotarłyśmy do baru, przy którym były wszystkie pozostałe tancerki. Nie wiedzieć czemu, stale trzymały się w swoim gronie… Była tam również Janine, bardzo wysoka i nieco kąśliwa dziewczyna, która w noc Moonlight Velvet dała mi nieźle popalić. Jej niepokorna aura przyciągała uwagę jak magnes – dlatego to ona najczęściej stawała na scenie w pierwszym rzędzie, zastępując inne dziewczęta.

– Daj spokój, Fabián. Przecież dobrze wiesz, że wszystkie jesteśmy pełnoletnie – usłyszałam, jak mówi. Wsparta łokciem o bar, kłóciła się z barmanem o dokument, którego nie chciała mu pokazać.

– Mówisz tak za każdym razem…

– Właśnie. Więc nie zawracaj dupy.

Barman o imieniu Fabián zrobił rozbawioną minę. Rzucił dziewczynom wymowne spojrzenie, które odwzajemniły, jakby byli starymi znajomymi, i bez dalszych ceregieli zaczął spełniać ich prośbę.

Gdy przygotowywał koktajle, Sabin skorzystała z okazji, by przyciągnąć ich uwagę.

– Widziałyście, kto tu jest?

Patrząc im w oczy z moją zwyczajową nieadekwatną i nieco wrogą miną, zastanawiałam się, czy to konieczne. Więc one naprawdę mnie kojarzą?

– Cześć – wymamrotałam wstydliwie, bo byłam kiepska w nawiązywaniu przyjaźni. Nie bardzo rozumiałam, po co Sabin mnie tu zaciągnęła. Wątpiłam, żeby mnie lubiły.

– Czego się napijesz?

Poczułam na sobie wzrok barmana. Powoli lustrował mnie od stóp do głów, a ja zastanawiałam się, czy naprawdę mówi do mnie.

– Och, lepiej na nią uważaj – zauważyła Janine.

– Czemu? Gryzie?

– Jest barmanką. – Nachyliła się do niego z uśmiechem na ustach. – Nie da się nabrać na twoje rozwodnione siki z lodem, mój drogi.

Fabián uniósł brew i krzyżując ręce na blacie, rzucił mi zaciekawione spojrzenie.

– Koleżanka po fachu?

Przytaknęłam.

– W takim razie przygotuję ci coś dla prawdziwych koneserów…

Uśmiechnął się do mnie szarmancko i z wnęki pod ladą wyciągnął nieodkorkowaną butelkę. Moje oczy natychmiast rozpoznały drogie zdobienia, etykietę świadczącą o najwyższej klasie i kołyszący się w środku lśniący trunek w barwie palisandru.

– Nie… – zaczęłam oponować.

…mogę.

Nie jestem pełnoletnia.

Jednak słowa zamarły mi na ustach, bo dotarło do mnie, że trzymana przez niego butelka zawiera ni mniej, ni więcej, tylko jedną z najszlachetniejszych odmian kolekcjonerskiej whisky, jakiej zakosztowało ludzkie podniebienie.

Milczałam, wpatrując się w butelkę i tym razem cienka nitka powściąg­liwości zasznurowała mi usta.

– Edycja Special Release, jedna z najbardziej cenionych na świecie. Leżakowana w nowiutkich beczkach przez dwadzieścia sześć lat. Absolutnie obowiązkowa pozycja dla prawdziwego konesera.

Z lekkim uśmieszkiem podał mi zaokrągloną szklaneczkę wypełnioną ambrozją, a ja wpatrywałam się w bursztynowy płyn z niemal nabożnym szacunkiem. Każdy profesjonalista wręcz marzy o tym, żeby choć raz zanurzyć wargi w tym lśniącym płynnym złocie z rubinowymi refleksami. Czy naprawdę mogę…?

– Powiedz, co o nim myślisz.

Uniosłam szklankę i z namaszczeniem przybliżyłam ją do nosa.

Moje nozdrza wypełnił zapach gęsty, pełny, intrygujący.

Przyprawiający o zawrót głowy aromat cedru, zwierzęcej skóry i suszonych owoców, wszystko przyprawione nutą tytoniu. Natychmiast wyobraziłam sobie ten intensywny smak, oleistą konsystencję, przyprawy pieszczące podniebienie i wprawiające język w ekstazę…

Pieprzyć to.

Kiedy znów nadarzy się taka okazja?

Kiedy znów będę miała szansę skosztować takiego rarytasu?

Chodziło o trunek za pięć tysięcy dolarów za butelkę, taka gratka prędko się nie trafi. A degustacja to wręcz mój zawodowy obowiązek.

Poza tym tylko go spróbuję.

Wezmę tylko jeden łyk.

Przecież nic się nie stanie.

Zupełnie nic…

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Prolog

1. Bez zakończenia

2. Sny o przeznaczeniu

3. Jeden łyk

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji