Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wykładowca historii starożytnej i znawca antycznego sportu, doktor Łukasz Bielak, dostaje zaskakującą propozycję – na zlecenie francuskiego milionera i kolekcjonera rzadkich woluminów ma zbadać fragment rękopisu, którego nikt nie widział od niemal dwóch tysięcy lat. Ale fascynująca, intelektualna przygoda szybko zmienia się w pełną przemocy konfrontację. Piękne krajobrazy południa Francji, średniowieczne katedry i barokowa architektura Malty są tu tłem dla opowieści o bliskiej szaleństwu pasji posiadania książek, wielkich pieniądzach, zazdrości i o tym, że nie każdy ma swoją cenę. Antykwariusz z Montpellier to kryminał w starym stylu dla tych, którzy nie przepadają za przemocą, a szukają raczej zagadki i wątków historycznych.
„Antykwariusz z Montpellier” Jana M. Długosza to kryminał dla miłośników książek, tajemnic i historii ukrytych między starymi kartami. W świecie antykwariatów, zapomnianych druków i europejskich zaułków literatura staje się czymś więcej niż przedmiotem kolekcjonerskiej pasji: może prowadzić do odkryć, obsesji i pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi.
To książka dla czytelników, którzy lubią klimat dawnych księgozbiorów, zagadki związane z przeszłością i bohaterów podążających tropem sekretów zapisanych w papierze. Jan M. Długosz buduje atmosferę niepokoju i fascynacji, pokazując, że każda książka może mieć własną historię, a niektóre z nich moga stać się niebezpieczne.
„Antykwariusz z Montpellier” to propozycja dla fanów literackich tajemnic, opowieści z antykwarycznym tłem i prozy, w której miłość do książek łączy się z cieniem zagadki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 253
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jan M. Długosz
Sulejówek, 2026
Copyright © 2026 by Jan M. Długosz
Copyright © 2026 by Centryfuga
Copyright © 2025 for the cover by Tomasz Pawlak
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
KOREKTA
Agnieszka Bellon
PRZYGOTOWANIE EBOOKA
Igor Banaszczyk
OKŁADKA
Tomasz Pawlak
SERIA
Dzienniki zbrodni, Tom 1
WYDAWCA
Centryfuga ul. Spacerowa 10, 05-071 Sulejówek
email: [email protected]
www.centryfuga.com
ISBN
978-83-977694-6-5
1.
Straszny był ten lipiec, upalny i parny, nie dało się przed nim schować. Tego dnia wieczorem, na szczęście, niebo się zachmurzyło, potem nagle sczerniało, wiatr gorący jak na pustyni wciskał kurz do oczu. I lunęło tak, jakby miał przyjść koniec świata. Siedziałem wtedy w samochodzie, starej Toyocie, dzielnie brykającej po Trasie Łazienkowskiej. Przednia szyba natychmiast zaparowała, a wycieraczki ledwie nadążały zbierać wodę. Kiedy podjechałem pod dom, deszcz już przestawał padać, może dziesięć minut trwała ta ulga. Znalazłem miejsce, zaparkowałem na cztery razy, kopnąłem ciężkie żelazne drzwi i wbiegłem na pierwsze piętro. Nie dlatego, żeby sobie dowieść, że wciąż potrafię, po prostu nie chciałem patrzeć na klatkę schodową, pomalowaną do wysokości ramion obrzydliwą zieloną farbą olejną. Dom postawiono jeszcze przed wojną, ale nie miał w sobie nic z modernistycznej kamienicy. Zwykła, tania czynszówka z trzynastoma lokalami i żadnego z nich nie zajmował ambitny przybysz z prowincji podbijający właśnie Warszawę. Wychodząc, zamknąłem mieszkanie na jeden zamek – kiedyś byłem bardziej zasadniczy, ale z czasem zdałem sobie sprawę, że nie warto: miałem tylko trochę ubrań, ośmioletniego peceta i jakieś półtora tysiąca książek, ewentualny złodziej mógłby najwyżej się wściec, że trudził się na darmo.
Pod drzwiami łazienki rzuciłem torbę, z trudem ściągnąłem przez głowę lepiącą się do ciała koszulę. Mimo otwartych okien powietrze nadal parzyło. Półmetrowe ceglane ściany nagrzewały się latem jak piekarnik. Trąciłem palcem mysz, uśpiony komputer wzbudził się niemrawo, wybrałem playlistę (zaczynała się od Rusty Cage Johnny’ego Casha), z lodówki wyjąłem wodę. Powinienem wziąć prysznic, ale jeszcze nie przestałem się pocić, więc wyszedłem na balkon zapalić. Zmyta deszczem ulica nabrała nieco urody. Asfalt pociemniał, ładnie kontrastując z zielenią drzew – to chyba jedyna zaleta mieszkania w tej okolicy, dużo trawników i topól, a tuż za oknem miałem jarzębinę, na której jesienią karmiły się ptaki. Niedopałek wrzuciłem do brudnej szklanki robiącej za popielniczkę i poszedłem ściągnąć pocztę, zupełnie jakby światłowód mógł mnie połączyć z życiem, którego nie miałem. Nie spodziewałem się ważnych wiadomości, wszystkim zaległym studentom zaproponowałem udział w kampanii wrześniowej, od z górą dwóch lat nie było w moim życiu żadnej kobiety, więc kto miał do mnie pisać? Sklep z odzieżą militarną, biuro podróży, sprzedawca żelu do powiększania penisa. I jeszcze jeden mail, z francuskiego adresu. Zanim to wszystko usunąłem, w nagłówku mignęło mi moje nazwisko. Dear dr Lukasz Bielak. Do dziś nie wiem, czy podjąłem dobrą decyzję. Może to zresztą bez znaczenia, bo Rambert znalazłby mnie tak czy inaczej. Ale otworzyłem. Napisany elegancką angielszczyzną list brzmiał tak:
Drogi doktorze Bielak
W imieniu mojego pracodawcy pozwalam sobie zwrócić się do Pana z prośbą o wykonanie ekspertyzy pewnego starożytnego tekstu znajdującego się w jego posiadaniu. Zanim zapoznam Pana ze szczegółami, chciałbym zapytać, czy można liczyć na Pańską dyskrecję. Rozpraszając na wstępie wszelkie wątpliwości, zapewniam, że tekst został nabyty legalnie, a z jego pochodzeniem nie wiążą się żadne niejasności. Ze względów, które wyjaśnię na miejscu, oględziny mogą się odbyć jedynie w bibliotece właściciela. Czy w związku z tym byłby Pan skłonny przylecieć do Montpellier w możliwie najbliższym czasie? Oczywiście zapewnimy, poza honorarium, zwrot wszelkich kosztów związanych z podróżą i ewentualną zmianą Pańskich planów.
Proszę o rychłą odpowiedź.
Antoine de Livre, antykwariusz
Uniosłem brwi ze zdziwienia. Nazwisko i tytuł się zgadzały, ale zajmowałem się głównie historią starożytnego sportu, a na oryginalnych tekstach znałem się tylko tyle, ile musiałem. Na moim wydziale znalazłbym trzech lepszych kandydatów, takich, co to nawet do psa mówią w grece. „Ekspertyza” – co to miało znaczyć? Odpisałem, że chyba mnie z kimś pomylono, i jeszcze raz wyszedłem na balkon, boso, żeby się schłodzić, ale beton nadal parzył w stopy. Odpowiedź przyszła w mniej niż kwadrans:
Drogi doktorze Bielak
Czy jest Pan autorem następujących prac: "Damoksenos, czyli o nie zrozumieniu zasad sportów ciężkich w okresie klasycznym" i "Arkesilaos Aleksandryjczyk. O zaginionym dialogu literackim"? Jeśli tak, to zapewniam, że o żadnej pomyłce nie może być mowy. Mój pracodawca wybrał Pana po gruntownych poszukiwaniach specjalisty, który będzie potrafił odpowiedzieć na jego pytania. Obaj jesteśmy pewni, że jest Pan najbardziej kompetentny spośród wszystkich kandydatów branych przez nas pod uwagę.
Damoksenos. Przypomniałem sobie. Dwóch pięściarzy na igrzyskach w Nemei – Kreugas i Damoksenos – nie mając czasu na rozstrzygnięcie walki przed zmrokiem, zawarło umowę, że zadadzą sobie po jednym ciosie. Rzucili losy i pierwszy uderzył Kreugas. Damoksenos przetrwał i kazał przeciwnikowi unieść ramię, uderzył go palcami w bok, przebił ciało i wyrwał wnętrzności. Kreugas padł martwy, ale sędziowie uznali, że Damoksenos złamał umowę, „bo zamiast jednego ciosu zadał wiele”. Zabójca odszedł w niesławie, a dziewiętnastowieczni uczeni doszli do wniosku, że bokserzy w starożytności z zasady nie używali zasłon i uników. Coś takiego mógł wymyślić tylko ktoś, kto o boksie co najwyżej słyszał, ale szanowni koledzy do dziś uczą tego studentów, powtarzając przy okazji, że pankration był połączeniem pięściarstwa i zapasów. Napisałem kiedyś o tym artykuł, wskazując, że antyczni bokserzy jak najbardziej parowali uderzenia i schodzili z linii ciosu. Żadne wielkie odkrycie, bo podparłem się cytatami z Wędrówek po Helladzie Pauzaniasza, tekście czytanym na pierwszym roku studiów. Nie zyskałem w ten sposób wielu nowych przyjaciół. Ale co ma do tego Arkesilaos Aleksandryjczyk, zapomniany filozof z IV wieku przed Chrystusem?
Wpisałem do przeglądarki nazwisko de Livre i słowo Montpellier. Pierwsze trzy wyniki wskazywały na antykwariat w uroczym mieście na południu Francji. W ofercie znalazłem dość rzadkie i, o ile się orientowałem, raczej drogie książki i starodruki. Nic na miarę folio Szekspira czy pierwszego wydania Biblii Gutenberga, ale pan de Livre miał w ofercie pozycje kosztujące od kilku do kilkudziesięciu tysięcy euro. Najtańsza była Historia Joannitów Abbe de Vertota za pięć tysięcy, najdroższy – Władca Pierścieni z 1954 roku, pierwsze wydanie w idealnym stanie, za jedyne pięćdziesiąt pięć tysięcy. Potem przeszedłem się z Google Maps, znalazłem antykwariat ze skromną, elegancką witryną, zabezpieczoną ażurową kratą. Odpisałem, że mam wakacje, jestem wolny i mogę wyjechać choćby jutro, umyłem zęby, machnąłem ręką na prysznic i wreszcie się położyłem. Chłodna pościel na chwilę przyniosła mi ulgę.
Słońce obudziło mnie przed siódmą. Spałem marnie, sen nie zabrał z ciała zmęczenia, a mięśnie po wczorajszym treningu niepokojąco zesztywniały. Mógł temu zaradzić gorący prysznic, ale to była ostatnia rzecz, na jaką miałem ochotę. Szurając nogami, poszedłem do kuchni, zaparzyłem herbatę, potem wsadziłem głowę pod kran w łazience. Oprzytomniałem nieco i przypomniałem sobie o dziwnych mailach. Najwyraźniej monsieur de Livre wziął moją wczorajszą odpowiedź za dobrą monetę. Już bez dalszych pytań przysłał mi dwa bilety lotnicze, z Okęcia na de Gaulle’a i z Orly do Montpellier, oba na jutro i oba w klasie biznes. No cóż, pomyślałem, pierwszy raz w życiu rozprostuję nogi w samolocie. Jeśli to pomyłka, najwyżej przejadę się do Carcassonne. Koło południa wybrałem się na basen, przepłynąłem prawie kilometr, potem wymieniłem wszystkie oszczędności na całe 250 euro. Kasjerka w banku poparzyła na mnie tęsknie, kilka lat temu musiała być piękną kobietą i pewnie gdyby ktoś ją pokochał, znów by wypiękniała. Jej trochę smutny uśmiech sprawił, że poczułem fizyczne podniecenie, takie lekkie napięcie, które można jeszcze opanować. Ale nie miałem jej nic do zaoferowania. Podziękowałem i wyszedłem, czując na sobie jej wzrok. Fajnie się jeździło po pustej Warszawie, nawet rondo przy Centralnym przejechałem na jednych światłach. Lipiec, wakacje, Warszawiacy na letnisku albo w Chorwacji. Wieczorem obejrzałem Wielki sen, prawie według Chandlera. Kiedy zasypiałem, przyszło mi do głowy, że poza rozmową z panią w bankowym okienku nie zamieniłem dziś z nikim ani słowa.
Na Okęciu wszystko poszło gładko, może poza tym, że francuska stewardessa, widząc pasażera klasy biznes w trampkach i bawełnianym T-shircie, lekko zatańczyła oczami, ale uprzejmie zaprowadziła mnie na miejsce. W przedniej kabinie poza mną leciała tylko jedna para: on, podtatusiały amoroso w rurkach i mokasynach z niebieskiej skóry i ona, uwieszona na nim dwudziestoletnia brunetka z napuchniętymi wargami, przy każdej okazji prezentująca fantastyczne, opalone, w sam raz muskularne nogi. Oni zamówili szampana, a kiedy ja poprosiłem o herbatę, dziewczyna spojrzała na mnie z pogardą. W betonowych przestrzeniach lotniska de Gaulle’a, projektowanych dla bardziej cyklopicznej rasy niż Francuzi, zupełnie się zgubiłem. Terminal wyglądał jak kosmodrom ze starego filmu s-f, białe elegantki czuły się tu bezpiecznie pod okiem uzbrojonych w automaty żandarmów przybierających groźne pozy – ten ich wolny, tygrysi krok, ciemne okulary, palce na osłonach spustów. W przeciwieństwie do Polski to wciąż pierwszy świat – i niech tak zostanie jak najdłużej. Znalazłem wreszcie zejście do kolejki z peronem ze szlifowanego betonu i w godzinę, licząc przesiadkę, zajechałem na Orly. Wypaliłem dwa papierosy w szklanej klatce, druga francuska stewardessa o urodzie afrykańskiej gazeli przywitała mnie na pokładzie. Męczyło mnie to wszystko.
2.
W porównaniu ze swoimi paryskimi kuzynami lotnisko w Montpellier wydawało się niemal przytulne. Skrojono je na ludzką miarę i nie sposób było się tam zgubić. Tym bardziej że za taśmą czekał już na mnie opalony na ciemny brąz jegomość po pięćdziesiątce, trzymający w dłoniach kawałek kartonu z wykaligrafowanym nazwiskiem Bielak. Był to Antoine de Livre, antykwariusz. Musiał przygotować się równie starannie jak ja, bo od razu mnie rozpoznał i z uśmiechem rozłożył ramiona, jakby witał dawno niewidzianego przyjaciela.
– Monsieur Bielak, co za przyjemność widzieć pana! – Jego doskonały angielski prawie nie miał akcentu, tyle tylko, by lekko podkreślić galijskie wyrafinowanie. Wyciągnął do mnie dłoń z trzema palcami, którą uścisnąłem tak, jak kiedyś witałem się z kolegami na Pradze. Sygnał był wyraźny, ale on, niezrażony, spróbował odebrać mi torbę. Skrzywiłem się, więc dał spokój i trzymając dystans, szerokim gestem zagarnął mnie w stronę wyjścia. Nad automatycznymi drzwiami pracował wysokowydajny klimatyzator, ale ta rozkosz trwała tylko chwilę – szklane tafle rozsunęły się i upał znów uderzył. Mrużąc oczy, poszedłem przez parking za antykwariuszem.
– Drogi doktorze – powiedział, lekko skręcając głowę w moją stronę – spodziewam się, że ma pan wiele pytań, ale proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości. Właścicielem zabytku, który ma pan zbadać, jest prywatny kolekcjoner, wybitny znawca i mój długoletni klient. Nie jest pan zmęczony po locie?
Kłamliwie pokręciłem głową. Gdybym stał teraz na molo, rzuciłbym się do morza w ubraniu. De Livre wyjął z kieszeni brelok, przyciskiem otworzył grafitowego Jaguara i zaprosił mnie, bym wsiadł. Kiedy okrążałem wóz, zdjął lnianą marynarkę i z dobrze odegraną nonszalancją rzucił ją na tylne siedzenie. Fotele z ciemnej skóry przeszywanej białą nicią były lekko twarde, ale nieziemsko wręcz wygodne, jakby siedziało się we wnętrzu kobiecej, wyperfumowanej dłoni. Antykwariusz nacisnął starter, w kabinie rozległ się spokojny, rozespany odgłos trzylitrowego diesla. Auto, niemal płynąc, wyjechało z parkingu, by zacząć powoli przyśpieszać na dwupasmowej drodze. Najpierw jechaliśmy na południe, potem na zachód, piękną szosą ciągnącą się wzdłuż wybrzeża. Na morzu kręciły się leniwie żaglówki, dalej dało się dostrzec statki płynące w stronę Gibraltaru. De Livre prowadził pewnie, uważnie, z wyraźną przyjemnością. Za kierownicą wyglądał góra na czterdziestolatka. Pozostało mi tylko przyjąć znudzoną pozę, mającą oznaczać, że nie jestem pod wielkim wrażeniem, ale trochę mu zazdrościłem, bo sam jeżdżę jak bawarski emeryt.
– Tekst jest, jak rozumiem, starożytny? – zapytałem, przerywając milczenie.
Antykwariusz przytaknął, jednocześnie wyprzedzając z gwizdem turbiny jakieś biedne Punto.
– Grecki czy rzymski?
– Cierpliwości, monsieur Bielak, jeszcze kwadrans.
– Łatwo panu wychodzi z tym Bielakiem – uśmiechnąłem się krzywo – ma pan szczęście, że babcia Szeleszczyńska wzięła nazwisko po mężu.
Jego zaskoczona twarz wydłużyła się na chwilę, ale mrugnąłem do niego, więc roześmiał się uprzejmie. Oczywiście żartowałem. Babcia nie nazywała się Szeleszczyńska, była wojenną sierotą po oficerze poległym w dwudziestym roku, najlepszą i najbardziej wykształconą osobą, jaką spotkałem w życiu. Kiedy miałem piętnaście lat, mówiła mi: „Łukasz, masz zadatki na wybitnego humanistę” – i choć w tym zdaniu nie ma ani jednego „r”, potrafiła je tak wymówić, by każdy zrozumiał, że po francusku mówi tak samo dobrze jak po polsku. Z tym wybitnym się pomyliła, ale po latach zrozumiałem, że była jedyną kobietą, która naprawdę mnie kochała. Z dziecięcych wspomnień wyrwał mnie de Livre.
– Pali pan? – Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej: – W schowku. Jeśli ma pan ochotę, proszę się poczęstować.
Schowek był idealnie czysty, auto mogło mieć najwyżej rok. Leżała w nim tylko ledowa latarka i płaska, złota papierośnica na pół paczki.
– Treasurer, najlepsze na świecie.
Lekko uchyliłem okno, zapaliłem i podałem mu papierośnicę. Dym smakował wyśmienicie – męski, tytoniowy, bez żadnych domieszek, ale delikatniejszy niż pospolita Virginia. Wystawiłem dłoń za okno i łapałem wiatr w palce. Ostatni moment, by nacieszyć się widokiem morza. Przed tablicą z nazwą Gruissan auto skręciło na północ, wjechało pomiędzy niskie wzgórza i minęło nieczynny kamieniołom. Wąska droga prowadziła przez pokryte szarym pyłem gaje oliwne i zielone, równe winnice. Gdzieś tam, na łagodnym południowym stoku, za idealnie białym murem stała równie biała, piętrowa willa z parterową przybudówką. Na obu dachach urządzono tarasy połączone krętymi, metalowymi schodami. Dom, większy niż cała kamienica, w której mieszkam, wyglądał na zbudowany najdalej w początku dwudziestego wieku – nierzucający się w oczy luksus w dobrym guście. De Livre najwyraźniej czuł się tu jak u siebie: pilotem otworzył bramę i zaparkował krzywo na żwirowym podjeździe, nie wyłączając silnika, dopóki turbina się nie schłodziła. Spojrzał na mnie, wyraźnie chcąc sprawdzić, jakie wrażenie zrobiła na mnie posiadłość, ale u szczytu zewnętrznych schodów pojawił się elegancki mężczyzna, prawdziwy lew salonowy, w tym charakterystycznym typie uwielbianym przez kobiety. Musiał być starszy niż de Livre, ale włosy miał wciąż ciemne, żylaste ciało opierał na lasce. Z wyraźnym trudem zaczął schodzić – zanim wyjąłem torbę z auta, jego buty zaszeleściły na żwirze. Wyciągnął suchą, twardą dłoń, mocniejszą niż się spodziewałem. Patrzył mi prosto w twarz, ignorując moją tanią stylizację.
– Witam doktorze. Nazywam się Rambert.
Jak postać z Dżumy Camusa, pomyślałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć, który to z bohaterów. Przedstawiłem się i z ulgą wszedłem do zacienionego domu, bronionego przed słońcem przez przymknięte okiennice.
– Dziękuję, że tak szybko pan odpowiedział. Zechce się pan odświeżyć po podróży? Kolację jemy już po zachodzie, ale jeśli jest pan głodny lub spragniony…
– Wystarczy trochę wody – przerwałem. Miałem ściśnięty żołądek i niczego teraz bym nie przełknął. – Jeśli można, chciałbym się dowiedzieć, czemu zawdzięczam pańskie zaproszenie.
Rambert uśmiechnął się.
– Widzisz, Antoine, tak zachowuje się człowiek czynu, człowiek śnieżnej północy. Zaprowadź doktora do gabinetu. Zaraz przyniosę papiery.
Antykwariusz popatrzył na Ramberta, wzruszył ramionami, może miał ochotę spłukać najpierw czymś gardło, ale pokazał mi schody. Na półpiętrze minęliśmy marmurową, zmniejszoną o połowę kopię Doryforosa i po szerokich stopniach weszliśmy na piętro. Za ciężkimi, oszklonymi drzwiami znajdował się gabinet – duży pokój o idealnie białych ścianach, z lśniącym, ciemnym parkietem, wielkim dziewiętnastowiecznym biurkiem, szafą na książki i czterema klubowymi fotelami ustawionymi wokół stolika. Powietrze wewnątrz było chłodne dzięki bezszelestnie działającej klimatyzacji. Obok szafy stał też barek na kółkach, artystycznie skomponowany z brązu i szkła, na który de Livre popatrzył tęsknym wzrokiem. Rzuciłem torbę koło fotela i wyjrzałem przez wysokie okno. Nie żebym był szczególnie ciekaw, ale nie chciałem siadać, żeby później nie wstawać na widok gospodarza. Wszystko to zrobiło oczywiście wielkie wrażenie na przybyszu z młodszej Europy, ale nie miałem ochoty zachowywać się jak lokaj. Po chwili stukanie laski oznajmiło przybycie Ramberta. Obaj zwróciliśmy się w stronę drzwi. Rambert, trzymający pod pachą zwykłą kartonową teczkę, zamknął je delikatnie, dokuśtykał do fotela i usiadł, kładąc papiery na kolanach.
– Drogi doktorze – powiedział, wskazując mi fotel – chciałem zapewnić, że nie znalazł się pan tu przypadkiem. Długo szukałem kogoś, kto potrafiłby kompetentnie odpowiedzieć na moje pytania.
Skinąłem głową. Teraz, kiedy mózg nieco mi się schłodził i zaczął znów w miarę normalnie pracować, ledwie nad sobą panowałem.
– Arkesilaos Aleksandryjczyk. Pański artykuł znam tylko z omówienia. Proszę powiedzieć, w jaki sposób zidentyfikował pan ten fragment?
– Zidentyfikowałem, to zbyt wiele powiedziane. Postawiłem raczej tezę, dotąd nieobaloną. Nie wiem, czemu to pana interesuje, ale dobrze. Arkesilaos to niemal nieznany nam uczony, bardziej niż filozof pasują tu określenia politolog i literat. Żył na przełomie czwartego i trzeciego wieku przed Chrystusem i, być może, znalazł zatrudnienie w bibliotece aleksandryjskiej tuż po jej założeniu przez Ptolemeusza I. Znamy go w zasadzie tylko z kilku wzmianek u innych autorów starożytnych, nie wiemy, skąd pochodził ani gdzie umarł, ale można założyć, że w Egipcie, może w samej Aleksandrii.
Chociaż nudziłem jak na wykładzie, Rambert słuchał uważnie, lekko pochylony w moją stronę, jakby bał się, że umknie mu jakieś słowo. Mówiłem dalej:
– Niezidentyfikowany fragment dialogu, znaleziony podczas wykopalisk w Egipcie trzydzieści lat temu, zawiera pewne charakterystyczne cechy pominięte przez badaczy. Otóż wiemy, że Arkesilaos był w młodości pankratiastą, co jest jednocześnie dziwne i nie tak w sumie zaskakujące.
– Skąd ta sprzeczność?
– Gdyby żył sto lat wcześniej, w epoce Peryklesa, sportowa kariera młodzieńca z dobrej rodziny nikogo by nie dziwiła. Gimnazjon był naturalnym środowiskiem dla arystokratów i tych, którzy chcieli za nich uchodzić. Uważano wręcz, że sport jest czymś, co odróżnia dobrze urodzonych od tych, którzy rękami zarabiają na chleb – trochę tu poleciałem Marksem – inaczej mówiąc, tylko człowiek wolny od pracy mógł sobie pozwolić na doskonalenie i umysłu, i ciała. Weźmy Platona. Mało kto wie, że naprawdę nazywał się Arystokles, a swój przydomek zawdzięczał szerokim plecom. Podobno nazwał go tak trener zapasów, a filozof w młodości wystąpił dwa razy na panhelleńskich igrzyskach. Wracając do gimnazjonu – jego rola zmieniła się wyraźnie po wojnie peloponeskiej. Tak jak obywateli-żołnierzy zastąpili zawodowcy, tak amatorów w sporcie zastąpili profesjonaliści. Kiedy powróciła tyrania, na gimnazjony zaczęto patrzeć podejrzliwie, bo knuto w nich polityczne spiski. Sama instytucja oczywiście nie zanikła, lecz stał się miejscem, gdzie ćwiczono piękno, a nie wytrwałość i dzielność. Dlatego Arkesilaos, człowiek wykształcony i sportowiec, nie bardzo już pasuje do nowych czasów.
Przerwałem. Drzwi otworzyły się bezszelestnie i do środka weszła jedna z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałem w życiu. Smukła, czarnowłosa, o bliskowschodniej urodzie, w jasnej, luźnej sukni zakrywającej całe ciało. Poruszała się z wdziękiem, lecz była w niej jakaś twardość, coś, co kojarzyło się z dzikim, groźnym zwierzęciem. Nie jestem szczególnie śmiały wobec kobiet, a tych pięknych unikam jak ognia, za łatwo przychodzi im krzywdzenie mężczyzn, więc odwróciłem wzrok, udając brak zainteresowania. Rambert i de Livre nawet się nie poruszyli i trudno mi było odgadnąć, w jakim charakterze dziewczyna przebywa w tym domu. Miała ze sobą tacę ze szklanką i pudełkiem do wydzielania tabletek. Bez słowa podała Rambertowi wodę i leki. Ten posłusznie wyciągnął dłoń, wysypał na nią trzy pigułki, połknął je naraz i popił, nie protestując. De Livre poprawił się w fotelu, wciągnął brzuch i mimo woli napiął mizerne muskuły. Kobieta nawet na niego nie spojrzała i nic nie mówiąc, odpłynęła ku drzwiom. Po jej wyjściu jeszcze przez chwilę w gabinecie panowała cisza. De Livre znów oklapł, uśmiechając się smutno.
– Proszę, niech pan kontynuuje – odezwał się Rambert.
– Arkesilaos. Jak mówiłem, mamy tu niezwykłe dla epoki połączenie uczonego i atlety. W tym fragmencie, o który pan pytał, niezidentyfikowany autor opisuje pojedynek pankratiasty Dioksipposa i oficera Aleksandra – zmrużyłem oczy, próbując sobie przypomnieć imię – Koragosa – strzeliłem palcami. – Opis ten, niezwykle szczegółowy i fachowy, mówi nam dwie rzeczy. Po pierwsze, musi pochodzić od naocznego świadka. Po drugie, autor znał się na sportowej materii znacznie lepiej niż zwykły kibic. Za dużo tu zbieżności, by można mówić o przypadku. Dlatego uważam, że tekst ten jest fragmentem zaginionego dialogu pomiędzy Ptolemeuszem Soterem a Arkesilaosem – skończyłem się popisywać.
Rambert wciąż wpatrywał się we mnie uważnie, a jego sucha, pociągła twarz upodabniała go do zmumifikowanego faraona.
– I nikt poza panem nie zwrócił na to wcześniej uwagi?
– Nie, bo moi koledzy tylko w teorii podziwiają grecki ideał człowieka pełnego, o jednakowo sprawnym ciele i umyśle. Najczęściej jednak mają w pogardzie każdego, kto dotyka sztangi albo umie przyzwoicie pływać.
– A pan…
– A ja pływam całkiem nieźle i wiele lat ćwiczyłem zapasy. Dlatego wiem, że Flawiusz Filostratos, ten od Atletyki, teoretycznie kompilował wcześniejsze podręczniki trenerskie, a Arkesilaos naprawdę umiał łamać ludziom kości.
– I to go łączy z dialogiem o Heraklesie?
– Nie tylko to. Znamy mały fragment tekstu, najprawdopodobniej ze środka, ale autorstwo Arkesilaosa potwierdzają też wzmianki u innych autorów.
Rozmowa tak mnie wciągnęła, że niemal zapomniałem o tajemniczym powodzie, dla którego mnie tu ściągnięto. Rambert wyciągnął rękę i podał mi teczkę. Jego dłoń nie drżała, chwyt miał pewny jak trzydziestoletni neurochirurg abstynent. Rozsznurowałem czarną kokardę i wyjąłem ze środka kartki z wydrukowanym greckim tekstem. Wygrzebałem z torby ołówek, założyłem okulary i zacząłem czytać. Po pierwszym zdaniu wiedziałem, co trzymam w rękach. De Livre wyciągnął z kieszeni chusteczkę z monogramem i wytarł spocone czoło.
– To znany fragment dialogu o Heraklesie – spojrzałem zdziwiony na Ramberta.
– Proszę, niech pan czyta dalej.
Wziąłem ołówek i jego zaostrzonym końcem zacząłem wodzić po papierze.
***
… tu niemal się kończy historia związana z jedenastą pracą.
FILOZOF: Masz na myśli, królu, starcie Heraklesa z gigantem Antajosem?
KRÓL: Widzę w tym fragmencie potencjał, który można rozwinąć.
FILOZOF: Za każdym razem szukasz okazji, by mit ożywić i postawić go w świetle dzisiejszego dnia.
KRÓL: Szukam w nim ukrytego sensu. Dla niektórych twoich przyjaciół to jedynie starożytna bajka o dawnym herosie, który istniał, lub nie istniał, zależnie od tego, jak bardzo taki uczony gramatyk chce zadziwić słuchaczy przewracaniem wszystkiego do góry nogami, a im bardziej wywróci, tym bardziej jest pewien, że mądry. Ja jednak twierdzę, że często w opowieści można znaleźć więcej prawdy, niż sam autor chciał w niej umieścić.
FILOZOF: Bo sztuka opowiadania tego wymaga?
KRÓL: Również, choć nie tylko. Ty, na przykład, w każdym swoim piśmie, bez znaczenia czego dotyczącym, chcesz czy nie chcesz, zdradzasz skąd pochodzisz, kto cię spłodził i rodził i gdzie pobierałeś nauki. Prostak tego nie dostrzeże, lecz dla człowieka, co słucha cię uważnie, jesteś jak otwarta księga. Bo bardzo trudno wyrzec się samego siebie.
FILOZOF: Nie za daleko odbiegamy od tematu?
KRÓL: Słusznie. Zatem Libia, gdzie Herakles spotkał Antajosa. Gdyby nie graniczyła z Egiptem, który obaj oglądamy na własne oczy, można by ją uznać za odległą, mityczną krainę. Ale ja widziałem granicę i to, co poza nią. I wiem, że Libia to niemal niemożliwa do przebycia bezwodna pustynia, przypominająca morze rozgrzanego do czerwoności piasku.
FILOZOF: Teraz cię rozumiem, królu. Twierdzisz, że kiedy Antajos, stając do zapasów z Heraklesem, naciera się piaskiem, łącząc się z siłą swej matki Ziemi, ten rozpalony piasek rzeczywiście broni Libii przed Heraklesem, przybyszem z daleka. Może więc dlatego Antajos zabija każdego obcego i wcale mu nie chodzi o czaszki, którymi ozdabia dach świątyni Posejdona, lecz z ich pomocą chce bronić kraju?
KRÓL: Tak, widzę ten piasek jako barierę, niczym mur obronny wzniesiony wokół całego kraju, a Heraklesa jako zdobywcę i tego, który niesie ze sobą światło cywilizacji.
***
Tu tekst się urywał. Słońce zaczęło już zachodzić, w gabinecie powoli robiło się ciemno. De Livre podniósł się, wspierając dłonie na oparciach fotela, i poszedł zapalić światło. Zostały jeszcze trzy, gęsto zadrukowane strony. Przełożyłem kartkę i czytałem dalej.
***
KRÓL: A sam pojedynek? O nim opowiedz, bo na zapasach znasz się lepiej.
FILOZOF: Jeśli żądasz, królu, by znaleźć w micie to, co i w naszym świecie może się wydarzyć, to powiem ci tak. Jak wiesz dobrze, w helleńskich zapasach nie walczy się na ziemi. W pankrationie, owszem, pojedynek toczy się dalej nawet wtedy, gdy obaliło się już przeciwnika i walczy się o założenie duszenia lub chwyt, który go unieruchomi. Lecz w zapasach przeciwnie, trzeba wykonać rzut, im wyższy, tym lepiej, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, wysoki rzut sprawia, że przeciwnik, upadając z wysoka, doznaje wstrząsu, po którym trudno się zebrać, najczęściej dlatego, że powietrze uchodzi gwałtownie z płuc. Po drugie zaś, co może i ważniejsze, gdy się walczy na igrzyskach, wysokie rzuty są piękniejsze. Słusznie zresztą tak się je ocenia, skoro trudniej je wykonać i wymagają znacznie większego kunsztu. Można by więc tak rzecz przedstawić. Antajos, jako zapaśnik mniej doświadczony, i bardziej polegający na własnych mięśniach, woli walczyć na ziemi, stąd to wrażenie, że jej dotknięcie przywraca mu siły. Herakles z kolei jest nie tylko mocniejszy, ale i bieglejszy w sztuce zapaśniczej. Dlatego podnosi Antajosa z ziemi i rzuca nim z wysoka tyle razy, że go w końcu zabija przez pozbawienie oddechu lub skręcenie karku. I tak, królu, jeśli zapytasz, czy jest to możliwe nawet bez nadludzkiej siły, to odpowiem ci, że jest. Bo widziałem takich, którzy w każdej sytuacji potrafią zrobić kobyłę albo rzucić przez plecy. (...)
***
Skończyłem czytać. Sporo mnie kosztowało, żeby nie zerwać się z fotela i nie zacząć biegać po gabinecie, wymachując rękami. Rambert i de Livre wpatrywali się we mnie nieruchomymi oczami, jakby od tego, co powiem, zależało ich życie. Mięśnie ramion i pleców spięły mi się w bolesny węzeł. Przedłużyłem tę chwilę, wyrównałem strony, zasznurowałem teczkę i odłożyłem ją na biurko.
– I co pan myśli? – przerwał ciszę Rambert.
Mogłem powiedzieć, że styl obu fragmentów jest spójny, że przeciętna liczba znaków i słów w zdaniu jest podobna i teksty wyszły spod tej samej ręki. Ale nie to chcieli usłyszeć i nie to chciałem powiedzieć. To nie był moment na asekurację, te wszystkie „moim zdaniem” i „najprawdopodobniej”.
– To Arkesilaos. Ma pan nieznany wcześniej fragment Dialogu o Heraklesie.
De Livre odetchnął, jak człowiek, który właśnie wypłynął spod wody, a twarz Ramberta się wygładziła.
– Wiedziałem – powiedział, z trudem utrzymując pozę dżentelmena o nienagannych manierach. – Myślę, że dość już na dzisiaj. Czas na kolację, a pan musi wreszcie odpocząć.
– Nie sądzi pan chyba, że po tym, co widziałem, dam dziś radę zasnąć?
– Przyjacielu – uśmiechnął się Rambert – po winie, którego pan skosztuje przy moim stole, będzie pan spał jak niemowlę w ramionach matki.
Cóż, nie wiedział, jak bardzo spudłował, ale przecież chciał mi sprawić przyjemność, więc w odpowiedzi uśmiechnąłem się uprzejmie.
Kucharz, pełniący też funkcję kamerdynera, mały facecik z cienkim wąsem, nakrył na najwyższym tarasie. Widok na południe sięgał aż do morza, skąd ciągnął ożywczy chłód. Na kolację podano langusty. Zwykle nie wybrzydzam przy jedzeniu, ale nie miałem pojęcia, jak się do nich zabrać, więc lekko zażenowany poprosiłem o coś prostszego. Kucharz, wyraźnie urażony, zszedł jeszcze raz do kuchni i po dziesięciu minutach, które spędziłem na maczaniu chleba w oliwie, przyniósł mi stek z miecznika, najbardziej mięsnej ryby, jaką jadłem w życiu. Kobieta do nas nie dołączyła, a prawdę mówiąc, chętnie bym ją jeszcze zobaczył. Byłem ciekaw, jaka relacja łączy ją z Rambertem, ale nie mogłem zadać tego pytania wprost. Prędzej czy później, pomyślałem, sprawa się wyjaśni.
Nie przepadam za winem, szczególnie białym, ale to smakowało naprawdę nieźle. Po kolacji mały facecik przyniósł humidor i wielką popielnicę do cygar. Zdałem się na gospodarza. Rambert wybrał dla mnie delikatne dominikańskie robusto, sam wziął hawańską coronę, de Livre zadowolił się własnymi papierosami. Ogień podał kamerdyner, używając długich zapałek, czekając najpierw, aż siarka się wypali. Później doniósł jeszcze trzy kieliszki i karafkę z porto, po czym wyszedł, patrząc nieruchomo na metalowe schody. De Livre wstał, oparł się o kamienną balustradę, dyskretnie wyciągając brzuch nad pasek – langusta z pewnością mu smakowała.
– Teraz moja kolej? – spojrzał na Ramberta i widząc aprobujące skinienie, kontynuował: – Zapewne jest pan ciekaw, doktorze, skąd pochodzi ten fragment? Jak dużo wie pan o papirusach?
Odpowiedziałem, że nigdy nie zajmowałem się poważnie papirologią.
– Dobrze. – Antykwariusz zaciągnął się dymem. – Jeśli się nie mylę, są trzy główne źródła, trzy wielkie znaleziska, z których pochodzi większość europejskich kolekcji. Medinet el-Fayum, czyli starożytne Arsinoe. Później Oksyrynchos, gdzie wielki zbiór tekstów odkryli Grenfell, Hunt i Petrie, oraz trzeci, z cudem zachowaną biblioteką odkopaną w Herkulanum w tak zwanej Willi Papirusów.
Zanosiło się na dłuższe posiedzenie, więc poprawiłem się w fotelu.
– Skupmy się na tym pierwszym – ciągnął antykwariusz. – Znaleźli go egipscy fellachowie, o ile dobrze pamiętam, w 1878 roku. Część papirusów kupił na pniu handlujący dywanami austriacki kupiec o nazwisku Graf. Nie wiedząc, z czym ma do czynienia, wysłał je do oceny wiedeńskiemu profesorowi Józefowi Karabackowi, późniejszemu dyrektorowi Biblioteki Cesarskiej. Ta ocena musiała wypaść dobrze, bo cały, no, prawie cały, zbiór – poprawił się de Livre – został zakupiony za pieniądze arcyksięcia Rainera. Później wiedeńska kolekcja powiększyła się do około 180 tysięcy rolek i fragmentów. Graf pozostawił sobie, może na pamiątkę, kilka kart. Nie wiemy, w jaki sposób karty te dostały się w ręce jednego z subiektów Grafa, Hansa Lode.
Zaczynałem już się w tym gubić. Graf, Karabacek, Graf, Lode – ułożyłem w pamięci sekwencję. De Livre mówił dalej, nie przejmując się, czy za nim nadążam.
– Przed pierwszą wojną światową Lode przeniósł się do Paryża, gdzie handlował antykami. Po zamachu w Sarajewie, widząc, co się święci, pośpiesznie wrócił do Wiednia, zostawiając na miejscu księgozbiór, po który już nigdy się nie zgłosił. Księgozbiór w całości przechowywał francuski współpracownik Lodego, a po jego śmierci odziedziczyła go córka Francuza. Dama ta zmarła w Paryżu dwa lata temu, a dalsza rodzina, o istnieniu której nieboszczka dowiedziała się niemal na łożu śmierci, wystawiła książki i meble na sprzedaż u pewnego podrzędnego antykwariusza. I tu wydarzył się szczęśliwy przypadek. – De Livre uśmiechnął się złośliwie i przerwał, żeby napełnić kieliszek i sięgnąć po drugiego papierosa. – W paryskim hotelu spotkałem pewnego księgarza, takiego dupka z Tuluzy, pracującego na zlecenie znanego kolekcjonera Henriego Castela.
Zauważyłem, że kiedy de Livre wymówił nazwisko Castel, usta Ramberta drgnęły groźnie. Antykwariusz ciągnął dalej:
– W hotelowym barze spiłem biedaka absyntem i wypytałem, czego szuka w Paryżu. Około czwartej nad ranem ułożyłem go wygodnie do snu i równo o dziewiątej zacząłem dobijać się do drzwi antykwariatu. Udawałem durnia z prowincji, zacząłem wybrzydzać, na zmianę wyjmując i chowając portfel, a kiedy znalazłem papirusy, zapytałem, co to takiego. „O, egipskie!” – Tu de Livre uniósł wysoko brwi, pokazując, jaką głupią minę zrobił. – „Byliśmy z żoną w Egipcie. Ona uwielbia te wszystkie faraony”. Nie mogłem się powstrzymać i spytałem, czy będą dobrze wyglądać w ramach za szkłem. Po kwadransie targów kupiłem cały zbiór za osiemset pięćdziesiąt euro. Przywiozłem je tu…
– Pozwól, mój drogi Antoine – przerwał mu Rambert. De Livre zamilkł, zaciągnął się dymem i usiadł swobodnie, wyciągając przed siebie nogi.
– Jak zapewne pan wie, niewiele jest papirusów ozdobionych ilustracjami. Jednym z nielicznych jest tak zwany Papirus Heraklesa znaleziony w Oksyrynchos. Rysunek na nim przedstawia herosa duszącego lwa z Nemei. To w żadnym razie ilustracja, raczej takie uczniowskie bazgroły na marginesie podręcznika. Ale jeden z papirusów, nazwijmy je tak, paryskich, też ma rysunek: Heraklesa wyprowadzającego Cerbera z Hadesu. Niestety, nie znam greki, ale tę scenę rozpoznałem bez trudu. Dyskretnie opłaciłem młodego filologa, który przetłumaczył tekst na francuski, choć wartości tego tłumaczenia nie jestem pewien. Reszty może się pan domyślać. Zacząłem szukać kogoś, kto potrafiłby potwierdzić moje przeczucia i – tu uniósł kieliszek – mam wrażenie, że dobrze wybrałem.
Przepiłem do Ramberta i rozdmuchałem słabo już żarzącą się końcówkę cygara. Zaciągnąłem się powoli, ostrożnie mieszając dym z powietrzem. Tytoń i alkohol tworzyły doskonałą mieszankę smaków.
– Ale to jeszcze nie koniec pańskich poszukiwań?
– Nie, to jeszcze nie koniec – powiedział Rambert. – Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobieństwo odnalezienia całego tekstu, czy choćby jego obszernych fragmentów, jest mniejsze niż, powiedzmy, sześciokrotna wygrana w ruletę. I wiele zależy od tego, co pan odpowie na najważniejsze pytanie. Czy podejmie się pan z nami współpracować?
Wiedziałem, że należało się choć przez chwilę zastanowić, albo przynajmniej zrobić takie wrażenie. Odwróciłem się w stronę morza, patrzyłem na światła statków płynących starożytnym fenickim szlakiem w stronę Słupów Heraklesa. Opierając dłonie na balustradzie, czułem się niemal jak kapitan frachtowca czujnie wpatrujący się w mrok. Dogasający żar cygara pomagał podtrzymać to złudzenie. Odwróciłem się.
– Nie wiem, na co mogę się tu przydać, ale zrobię, co się da. Bez względu na to, jak mała jest szansa.
– Ustrój polityczny Aten – wypalił nagle, pozornie bez związku, de Livre.
