Stos Heraklesa - Jan M. Długosz - ebook + książka

Stos Heraklesa ebook

Jan M. Długosz

0,0

Opis

Herakles - bohater, wojownik, kochanek…

Najpotężniejszy z synów zeusowych, pogromca lernejskiej hydry, zdobywca miast i kobiet, wódz, wojownik, żarłok, gwałtownik, obrońca ludzkości. Tak dziś o nim mówimy, ale czy to aby na pewno cała prawda?

Herakles - postać tragiczna

Heros jest bohaterem tragicznym, rozdartym między pierwiastkiem boskim a ludzkim, przynależnym do obydwu światów, a więc de facto do żadnego z nich. I choć postać jego wyrasta z dawnych opowieści, to przecież niesie ze sobą prawdy uniwersalne. Dla współczesnego czytelnika Herakles może być więc mężczyzną siłą wtłoczonym w kulturowe role, a jednocześnie potępianym za ich realizację. Lektura “Stosu Heraklesa” jest więc intrygującą podróżą w przeszłość, ale i nader aktualną opowieścią o zmaganiach człowieka ze światem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 212

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WSTĘP
Nie ma bodaj silniej skrzywdzonego przez współczesną kulturę herosa niż Herakles. Prodikos z Keos uczynił Heraklesa bohaterem swej najbardziej znanej przypowieści filozoficznej, ale już Robert Graves widział go głupa- wym opojem i rozpustnikiem, a dalej nie było wcale lepiej. Popkultura wpasowała Heraklesa w schemat wesołka, pogodnego obrońcę ludzkości. Dość wspomnieć słynny serial „Herkules” z Kevinem Sorbo w głównej roli, czy kuriozalną wersję młodzieżową, w której herosa zagrał młodziutki Ryan Gosling. Zwieńczeniem tego procesu była disneyowska animacja, wprawdzie sympatyczna, ale tak daleka od istoty mitu jak to tylko możliwe. Nie pomogła również filmowa próba demitologizacji z Dwaynem Johnsonem skupiona na widowiskowych scenach walk i dość prostej próbie objaśnienia mitu współczesnemu zjadaczowi popcornu.
A przecież Herakles to postać trudna, skomplikowana i niejednoznaczna. Obdarzony niezwykłą siłą, nad którą nie potrafi panować, przemierza swój szlak od Teb aż do góry Ojta znacząc go zgliszczami i śmiercią tak winnych jak i niewinnych. W długoletniej wędrówce, ścigany gniewem Hery, nie znajduje domu, ściągając klątwy na głowy najbliższych. Kochany przez kobiety, podziwiany przez mężczyzn, nie potrafi odnaleźć swego miejsca ani wśród ludzi, ani wśród bogów. Jeśli więc patrzeć na mit jak na opowieść objaśniającą świat, to opowieść o Heraklesie będzie przestrogą przed mieszaniem porządków. Na to co boskie nie ma miejsca wśród ludzi, a próba złamania tego prawa skończyć się musi bólem i cierpieniem. Heros jest bowiem zawsze bohaterem tragicznym, rozdartym między pierwiastkiem boskim a ludzkim, przynależnym do obydwu światów, a więc de facto do żadnego z nich. Gilgamesz oczekujący na śmierć za murami Ur, Tezeusz na Krześle Zapomnienia, Perseusz nad zwłokami Akrizjosa, Orfeusz po wyjściu z Hadesu, Bellerofont rażony zeusowym piorunem i wreszcie Herakles na górze Ojta – oto istota mitologicznego bohaterstwa, poczucie klęski i brak przynależności. Powieść Jana M. Długosza, którą oddajemy w Wasze ręce przywraca Heraklesowi jego pierwotne miejsce. I chociaż jest to historia pełna boleści, to ma pewną przewagę nad innymi wariacjami na temat owego mitu. Jest prawdziwa.
Igor Banaszczyk
AKT I
Podejdź, Filoktecie, usiądź przy mnie, chłopcze. Wdzięczny ci jestem, żeś się zgodził drewna pode mną podpalić. Sławić cię kiedyś będą za to, żeś pomógł Heraklesowi męki żywota zakończyć, odejść tam, gdziekolwiek człowiek po śmierci się udaje. Słyszysz huk siekier? To dla mnie pnie ścinają, w stos je niebawem ułożą, wysoko ku niebu. Zanim sługi skończą, jeszcze jedną wyświadcz mi przysługę. Różne o mnie ludzie zmyślają historie, wiele w nich niedorzeczności i jawnego fałszu, tysiące lat będą je powtarzać. Gdy umrę, wielu bezkarnie łgać będzie, zza grobu się przed obmową nie obronię. Posłuchaj, ja sam wszystko ci opowiem, niech prawda w tobie chociaż przetrwa, ty dalej ją poniesiesz. A wiedz, Filoktecie, że choć wiele mam na sumieniu win i zbrodni, nigdy kłamstwo z mych ust nie wyszło, bo kłamią tylko tchórze, a ja, przeklęty, niczego nigdy się nie bałem.
Na świat wydała mnie Alkmena, córka Elektryona, króla Myken[1]. Powiadają, że w czasach jej młodości nie było na świecie piękniejszej kobiety. Oczy miała ciemnoniebieskie, pełne blasku i władcze, postać smukłą, wdzięczną i dostojną, twarz gładką i jasną. Żadna nie dorównywała jej mądrością, cnotą i siłą charakteru, więc wielu się o nią starało, nie bacząc wcale na majątek czy pochodzenie. Serce jednak miała Alkmena twarde jak kamień, i gdyby biło ono w męskiej piersi, i bez pancerza nie przebiłaby go ani włócznia jesionowa, ani miecz ostry. Wywalczył ją sobie Amfitrion, syn Alkajosa, od pierwszego spojrzenia uległ jej czarowi. Nie było im jednak dane żyć w szczęściu i spokoju, bo na oboje, po matkach, przeszła straszna klątwa, co prześladuje ród Pelopidów. Dwie dobre rzeczy można powiedzieć o Amfitrionie. Że przez całe swe życie kochał szczerze Alkmenę, i że zawsze przestrzegał prawa gościnności, nigdy się tak nie zdarzyło, by kto opuścił jego dom uboższy, niż do niego wchodził. Amfitrion był wanaksem[2], i jak jedno ziarno grochu niczym się nie różni od drugiego, tak i on, do innych książąt podobny, miał wszystkie książęce przywary. Pyszny do obłędu, cofał się tylko w ostateczności, gdy nic już przeciw sile nie mógł zdziałać. W boju straszny, podstępny i okrutny, i jak oni wszyscy, nie dość, że skory do gniewu, to jeszcze mający go za cnotę. Jedna tylko Alkmena potrafiła go okiełznać, bo miłość sprawiła, że miała nad nim taką władzę, jak pan nad niewolnikiem.
Przybył Amfitrion w zaloty akurat wtedy, gdy ojciec Alkmeny musiał iść na wojnę. O tron mykeński upomniał się władca Tafijczyków, ludu żeglarzy i piratów, kochających siwe morze.  Odprawiony z niczym, najechał Mykeny, ale że murów nie mógł dobyć, tylko kraj spustoszył i uprowadził bydło. Ośmiu synów wysłał król przeciw niemu, lecz wszyscy polegli, zbyt pewni własnej siły i niedoświadczeni w boju. Choć boleść wielka ogarnęła Elektryona, ledwie synów pochował, musiał już ruszyć przeciw Tafijczykom, tak bowiem nasz świat jest urządzony, że król, co wszystko może i władzę ma nad każdym, przed wojną nie ma prawa się uchylić, a obowiązek pomszczenia krwi własnej wzywa go jak gwizd psa na polowanie. Zwołał Elektryon ciężkozbrojnych Achajów, a widząc przywiązanie Amfitriona, obiecał, że odda mu córkę, jeśli on w tym czasie utrzyma Mykeny. Lecz ten nie chciał czekać, marzyło mu się łoże pięknej dziewczyny. Wywiedział się skądś, że najeźdźcy sprzedali bydło w Elidzie, i sam po nie ruszył. Władca tamtejszy wolał złoto od wojny, przyprowadził więc Amfitrion stada i wezwał przyszłego teścia, dumny ze swego postępku. Elektryona jednak nie ucieszył, bo okazję do walki mu odebrał. Spotkali się obaj na mykeńskich błoniach, i nikt nie słyszał ich rozmowy, nie znalazł się też żaden świadek tego, co między nimi zaszło. Powiadano później, jak Elektryon zrugał Amfitriona, że wtrącił się nieproszony i zapłacił nie swoim za nieswoje. Uniósł się na to gniewem mężny syn Alkajosa i cisnął w łeb bydlęcia pałkę, ta zaś, nieszczęśliwie, odbiła się od rogów i ugodziła króla w skroń. Gdybyś mnie spytał, Filoktecie, za dużo tam moim zdaniem przypadków, i zdaje mi się, że raczej pałka poleciała wprost w czaszkę Elektryona, życie mu zabierając. Jeśli król, rozeźlony, zagroził, że słowo cofnie i córkę da komu innemu, mógł Amfitrion popełnić zbrodnię, na poły z rozmysłem, na poły z rozpaczy, nikt jednak nie odważył się go oskarżyć o umyślne zabójstwo. Jakkolwiek się stało, wieść o śmierci króla szybko dotarła do Stenelosa, pana Argos, zwierzchnika całej Argolidy. Ten wygnał Amfitriona, a dla siebie bezprawnie wziął Tyryns[3] i Mykeny.
Uszedł Amfitrion, a z nim piękna Alkmena, aż do Teb siedmiobramnych, tam dopiero Kreon zdjął z niego zmazę zabójstwa i pozwolił zamieszkać, spodziewając się, że ten odwdzię czy się wojennymi czynami. O czym innym jednak myślał Amfitrion, palony żądzą, bo Alkmena nie chciała mu się oddać, póki nie zostaną pomszczeni jej bracia. Kreon zgodził się by syn Alkajosa zebrał Beotów na wyprawę, postawił jednak warunek. Najpierw miał Amfitrion schwytać lisicę, co ją zesłał Dionizos, karząc Tebańczyków za świętokradztwo. To zwierzę, wielkie i silne, żywiło się dziećmi, z największym upodobaniem porywając chłopców, a taką miało właściwość, że wyrokiem bogów żaden myśliwy nie miał go nigdy doścignąć. Do dziś pewnie lisica polowałaby w Beocji, gdyby Amfitrion nie usłyszał o Ateńczyku Kefalosie.
Miał on psa, dar od Artemidy, dziewicza łowczyni taką psu moc dała, że nic, co ścigał, nie mogło ujść z życiem. Wysilał swój rozum Zeus na Olimpie, jak pogodzić wolę dwóch, przeciwnych sobie bóstw, a na ziemi dniem i nocą trwała pogoń, nie mogąc się rozstrzygnąć. Wymyślił wreszcie gromowładny, by psa i liszkę w kamień przemienić, potem zaś jedno i drugie umieścił wśród gwiazd. Tak Amfitrion spełnił warunek postawiony przez Kreona, i zaczął zbierać armię wśród Beotów, co noszą podwójne tarcze. Niebawem miał sześć tysięcy ludzi, głównie tebańskiej młodzieży, przybyli też na wezwanie sojusznicy z Aten i Fokidy, licząc na chwałę i łupy. Wśród Ateńczyków znalazł się Kefalos, bo oskarżony o zabójstwo żony musiał uchodzić z ojczyzny przed karą, a jego historia dobrze pokazuje, do czego może doprowadzić zazdrość. Piękna Prokris, córka ateńskiego króla, kochała Kefalosa z wzajemnością. Ten jednak z jakiegoś powodu nie był jej pewny. Wymyślił podstęp, mając nadzieję przekonać się, jak się sprawy mają. Będąc myśliwym, często opuszczał dom, by ścigać zwierzynę. W dniach swojej nieobecności zaczął przez zaufanego sługę przesyłać żonie dary, udając zakochanego w niej zalotnika. Prokris opierała się, ale on nie ustępował. Wreszcie, po wielu próbach, czy to zaciekawiona, któż to ją tak miłuje, czy też skuszona podarkami, żona Kefalosa zgodziła się na tajne spotkanie. Ten, mając dowód jej niewierności, ujawnił się i zaczął robić Prokris wyrzuty, ona zaś, zawstydzona, porzuciła dom i męża. Wtedy dopiero nieszczęsny Kefalos zrozumiał, ile stracił przez własną głupotę. Szukał jej po lasach i górach, a gdy wreszcie wytropił, padł na kolana i błagał, by żona do niego wróciła. Ta zgodziła się wreszcie, i przez jakiś czas małżonkowie żyli w zgodzie i szczęśliwi jak dawniej. Lecz raz posiane zatrute ziarno wzeszło znów. Tym razem Prokris zaczęła podejrzewać, że Kefalos miast za zwierzyną, ugania się za nimfami. Postanowiła więc sprawdzić sama, czy mąż jest jej wierny, i zakradła się w miejsce, gdzie ten zwykle polował. Kefalos tymczasem, tropiąc łanię, zobaczył jakiś ruch w zaroślach i cisnął na oślep oszczep niechybny, dar od bogów, i tak zabił ukochaną. Lecz mniejsza już o niego.
Amfitrion bez przeszkód powiódł armię przez Fokidę i ziemię Etolów, a gdy doszedł do morza, przeprawił się na Tafos. Obrońcy wydali mu bitwę pod miastem. Trzymając, na wszelki wypadek, bramy otwarte na oścież, ustawili się w szykach, uzbrojeni we włócznie i tarcze brązem pokryte, było też wśród nich trochę panów, co walczyć chcieli z wozów, choć, jak to zwykle wyspiarze, konie mieli marne. Stanął im na przeciw mężny Amfitrion, też na rydwanie, we wspaniałej zbroi z lśniących pasów spiżowych, co zakrywają całe ciało, i w hełmie z kłów dzika, lekkim, ale mocno związanym. W ręce trzymał dwie włócznie śmiercionośne, a u boku miał miecz długi, ozdobiony srebrem. Kazał wojskom zatrzymać się z dala, po czym wyjechał z woźnicą przed szereg, by rzucić wyzwanie temu, kto ośmieli się stanąć z nim do walki. Zaraz też znalazł się wśród Tafijczyków jeden z możnych, co chciał szczęścia spróbować. Zeskoczyli obaj mężowie z wozów i rzucili na siebie, jak dwa głodne lwy. Pierwszy rzucił włócznię Tafijczyk, lecz choć grot trafił w pierś Amfitriona, na pancerzu się skruszył, nie czyniąc żadnej szkody. Drugi pocisk cisnął syn Alkajosa. Uderzył w tarczę, a ostrze przedarło się przez blachę brązową, cztery skóry wołowe, i sięgnęło trzewi nieszczęśnika. Rzucił się w przód Amfitrion by go dobić, a ciało chciał zaciągnąć do rydwanu, bo liczył, że zedrze zbroję, lecz na to wyszli Tafijczycy bronić swego wodza. Zaczęła się nad ciałem bitwa, Amfitrion włócznią potężną raz za razem obalał w piach piechurów i życie z nich wydzierał, ale sam nie mógł liczniejszym długo się opierać. Ruszyli na pomoc Tebanie, a że byli silniejsi, rzeź straszną urządzili w szeregach obrońców. Ci wreszcie, widząc, że nie dadzą rady, zaczęli cofać się do miasta, zrazu powoli, później już bez ładu, rzucając tarcze ciężkie, jak to czynią tchórze. Amfitrion i inni wodzowie wsiedli znów na rydwany, by na karkach wrogów wjechać do miasta przez bramy wciąż otwarte. Ale choć zdawało się, że bitwa już wygrana, ledwie podjechali pod mury, nie wiedzieć czemu spłoszyły się konie, łamiąc dyszle i wywracając wozy, a nogi tebańskich piechurów ogarnął dziwny bezwład. Zawarto więc bramy, a wojska, choć pewne już zwycięstwa, musiały się cofnąć.
Nie świętowano tej nocy w obozie, a Amfitrion, wściekły, że łup mu się wymknął, chciał dla przykładu ściąć setkę żołnierzy. Dopiero Kefalos doradził, by gniew powściągnął, bo nie swoje wojska poprowadził na wyprawę, lecz samych Teban i ich sojuszników, nad którymi nie miał pełnej władzy. Nie było też mądrze osłabiać własne siły już pierwszego dnia wojny. To, co się stało, mówił Kefalos, należy raczej przypisać woli któregoś z bogów. Po dniach kilku Amfitrion, choć niechętnie, musiał przyznać mu rację, bo za każdym razem, gdy wojska szły do bitwy, bez trudu spędzały wroga z pola, ale podchodząc pod miasto, ponosiły klęskę. Znów blisko bram płoszyły się kłusaki, a drabiny przy murach łamały się jedna po drugiej. Raz pośród bitwy zatrzęsła się ziemia, w taki popłoch wprawiając Teban, że ci natychmiast odeszli, rzucając za siebie tarcze podwójne. Teraz już każdy pojmował, że Posejdon, ziemiotrzęśca, życzliwy jest Tafijczykom.
Amfitrion, nie wiedząc co czynić, chciał na pojedynek wyzwać króla, ale jakich obelg by nie miotał, ten, nic nie mówiąc, z góry spoglądał drwiąco. Zawsze, gdy tylko pojawiał się na murach, groty łuczników niosły nad podziw daleko i trafiały niechybnie, kładąc pokotem żołnierzy. Z takiego to powodu duch zaczął w wojsku upadać. Wreszcie, którejś nocy, straże schwytały przy obozie młodą dziewczynę. Ta nie okazała strachu, tylko grożąc żołnierzom srogimi karami kazała się prowadzić do namiotu wodza. Gdy uczyniono zgodnie z jej życzeniem, tak przemówiła do syna Alkajosa. Jestem Komajto, córka Pterelaosa, króla Tafos. Widziałam cię, Amfitrionie raz, jak walczyłeś pod murami miasta, i od dnia tego serce moje płonie. Nie mogę jeść ni spać, chwili wytchnienia nie mam do tego szaleństwa, całe moje życie jedną jest boleścią. Wiem, że ta miłość występkiem jest przeciw ojcu i rodzinnej ziemi, lecz z woli Afrodyty o pięknych biodrach nie umiem dłużej się opierać i umrę z rozpaczy, jeśli mnie odepchniesz. Powiem ci, co zrobić, by zdobyć miasto, jeśli obiecasz, że uczynisz mnie żoną i zabierzesz do Teb siedmiobramnych. Gdy Amfitrion skinął głową, dając znak, że przyjmuje warunki, Komajto tak mówiła dalej. Ojciec mój, Pterelaos, otrzymał dar od Posejdona, kosmyk złotych włosów o cudownej sile. Dopóki nosi go na głowie, nie tylko jest nieśmiertelny, ale też niepokonany w boju. Choćby stanęło was pod murami Tafos dziesięć razy tyle, ile jest was dzisiaj, nie zdobędziecie miasta, póki chronić je będą zaczarowane włosy Pterelaosa. Ja jednak, jeśli zechcesz, poważę się na czyn straszny, i gdy ojciec mój zaśnie, obetnę ten kosmyk, byś mógł wygrać wojnę. Nie gardź mną, piękny Amfitrionie, i pamiętaj, że zrobię to jedynie z miłości do ciebie. Tak powiedziała, i z płaczem rzuciła mu się do nóg, bo szaleństwo ogarnęło jej serce. Podniósł ją syn Alkajosa i powiedział to, co chciała usłyszeć, choć w duszy miał dla niej tylko pogardę i zdradę.
Pokrzepiony nadzieją, kazał Amfitrion następnego dnia ustawić wojsko do bitwy. Lecz żołnierze walczyć już nie chcieli. Wbrew swej naturze ojciec mój gniew powściągnął, i kazał złożyć ofiarę dla Zeusa, by go przebłagać. Ze stad zdobytych wybrano sto pięknych wołów, zarżnięto i wszystkie spalono w całości, bez oszukiwania, na stosach z białej topoli. Dym wzniósł się w niebo prosto, i tak poznano, że Gromowładny przyjął dar życzliwie. Widząc na własne oczy znak niechybny, pozwolili się Tebanie prowadzić do boju i z woli Kronidy, pokonawszy Tafijczyków, wdarli się do miasta. Ulice spłynęły krwią i mało kogo oszczędzono, mężowie nie mieli już ani sił, ani odwagi, by bronić się dłużej. Zdobyto i dom królewski, gdzie na marach leżał Pterelaos, martwy od chwili, kiedy córka podstępem ścięła mu złote włosy. Już płomień pałac ogarniał, gdy przyprowadzono przed oblicze Amfitriona Komajto, całą we łzach i drżącą, lecz ten zamiast miłości ofiarował jej sznur szorstki. Choć go błagała, kazał ją powiesić, i patrzył, jak w powietrzu drgają stopy królewny. Tak myślę, Filoktecie, że tym czynem sam sprowadził na siebie Amfitrion nieszczęście, które czekać miało na niego w domu. Nie wiem, czy wszechwładny Kronida[4] wszystko to uknuł wcześniej w swym boskim umyśle, ale los naznaczył już mężnego syna Alkajosa i prześladować miał go do śmierci, może właś nie za tę krzywdę, uczynioną biednej dziewczynie.
Ledwie wojska przeprawiły się na powrót przez morze, już Amfitrion, zostawiwszy armię Kefalosowi, kazał zaprząc do rydwanu najlepsze konie i sam, bez woźnicy, ruszył na złamanie karku, tak spieszył do łoża pięknej Alkmeny. Ale ubiegł go Zeus przemyślny, co na wszystko patrzy z góry. Rozkazał Heliosowi, by na trzy dni wyprzągł z rydwanu słońca kłusaki, i skinął na Sen, brata Tanatosa, a ten uśpił ludzi. Wielkimi krokami poszedł Zeus do Teb siedmiobramnych, i stanął u drzwi pałacu, przybrawszy postać Amfitriona. Tam powitała go piękna Alkmena, uradowana, że mąż zemsty wreszcie dopełnił. Oddała mu się, nie wiedząc, co czyni, tym chętniej, że nigdy jeszcze mąż nie wydał się jej tak wspaniały. Przez trzy dni i trzy noce zabawiał się z nią Kronida, dbając, by przedwcześnie nie uronić ni kropli nasienia.
ul. Spacerowa 10, 05-071 Sulejówek
telefon: 692 861 370

Landmarks

Cover