Akademia Eternum. Pozytywka - Wtulich Alexandra - ebook + książka
NOWOŚĆ

Akademia Eternum. Pozytywka ebook

Wtulich Alexandra

0,0

Opis

Jak odróżnić prawdę od kłamstwa?

Siedemnastoletnia Cordelia Nocturne po wypadku samochodowym zostaje oskarżona o zabójstwo. Choć wie, że nie prowadziła auta, wszyscy – nawet przyjaciele – zeznają przeciw niej. Dziewczyna trafia do Akademii Eternum, tajemniczej szkoły, w której ma… zacząć od nowa. Nagle zaczyna rozumieć, że Eternum to miejsce, gdzie nic nie jest przypadkowe: ani jej przyjazd, ani towarzyszący jej lęk, ani klucz, który dostała od szaleńca. Co czeka Cori, gdy zacznie zadawać zbyt wiele pytań?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktor prowadząca: Agata Piotrowska

Redakcja: Dagmara Powolny

Korekta: Katarzyna Sarna, korekta w programie firmy Lingventa

Okładka: Andrzej Komendziński

Skład: Marta Krzemień-Ojak

© Copyright for text by Alexandra Wtulich, 2026 All rights reserved © Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe są tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-8388-724-1

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Kajdanki były chłodniejsze, niż się spodziewałam. Zimny metal zaciskał się na moich nadgarstkach, drażniąc skórę. Siedziałam na twardej, lodowatej ławce, chwyciwszy się jej krawędzi jak ostatniej deski ratunku. W pokoju unosił się zapach starego papieru i taniej kawy, a migoczące światło policyjnych lamp rzucało cienie na ściany w regularnym rytmie, jakby całe to miejsce miało wkrótce eksplodować.

Bębniłam palcami w udo tak nerwowo, że aż podskakiwało mi lewe kolano. W głowie miałam pustkę. Nie pamiętałam żadnych konkretów z tego cholernego wieczoru. Obrazy rozmazywały mi się przed oczami, śmiechy i krzyki wciąż rozbrzmiewały w uszach. W ustach czułam smak alkoholu.

Zanurzyłam się w nicość.

Cierpką, gorzką otchłań, która kleiła się do mojej skóry i nie miała zamiaru puścić. Czułam, że tonę – moje płuca desperacko błagały o powietrze, ciecz jednak wlewała mi się w usta. Dusiłam się, krztusiłam, płakałam.

Umierałam – głównie ze wstydu.

Próbowałam się skupić, zmusić mózg do posklejania niewyraźnych fragmentów, ale każda myśl rozmywała się jak atrament na mokrym papierze. Jedyny moment, który wyłaniał się z ciemności, to ta chwila, kiedy śmiejąc się, wsiadałam do auta razem z przyjaciółmi. Wszystko było zamglone, jakby ktoś przysłonił wspomnienia mlecznym szkłem. Pamiętałam tylko pisk opon – przeszywający, tak głośny, że wciąż wibrował mi w uszach.

A potem... świat pogrążył się w ciszy.

Pustej, złowieszczej ciszy.

Serce zabiło mi szybciej, wraz z nim przyspieszyło tempo bębnienia palców. Każda sekunda przynosiła niechciane przebłyski świadomości. Działanie alkoholu ustępowało, pozostawiając po sobie mdłości i ciężar żalu, który osiadał na żołądku jak ołów. Gardło ścisnął palący skurcz, a oddech stał się płytki i urywany.

Czułam, jak panika napiera na mnie z każdej strony, tak samo ściany tego dusznego komisariatu. Uwięziona w niewidzialnych szponach, które obejmowały mnie coraz mocniej, starałam się ignorować wilgoć zbierającą się pod powiekami.

W tej chwili resztki mojej godności zawisły na cienkiej nici uporu.

Ale i ona zaczynała pękać.

Drzwi do jednego z pokoi otworzyły się z hukiem. Wstrzymałam oddech i oparłam drżące dłonie na kolanach. Nathan i Nicolas wyszli ze środka ze spuszczonymi głowami. Żaden z nich nawet nie spojrzał w moją stronę. Złapałam jednego z chłopaków za brzeg koszuli, zmuszając obu, by się zatrzymali.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, czując gulę rosnącą w gardle.

Przez chwilę stali w ciszy. Nicolas pierwszy się poruszył, strząsając moją dłoń ze swojej czarnej, porwanej koszuli. Spojrzał na mnie zimnym wzrokiem, chłodniejszym, niż kiedykolwiek bym się spodziewała.

– Zabiłaś człowieka, Cori.

Jego słowa długo wierciły dziury w moim umyśle, próbując dostać się do najczarniejszych zakamarków. Serce podskoczyło mi do gardła. Patrzyłam się na przyjaciela, jakby mówił w obcym języku. Przełknęłam ślinę.

– Co ty wygadujesz? Przecież to ty prowadziłeś auto. – Błądziłam wzrokiem po jego mizernej, piegowatej twarzy, szukając odpowiedzi.

Oszalałam.

Nicolas nie odpowiedział od razu. Jego oczy, zawsze pełne żaru, teraz zdawały się zimne, puste jak nieskończona przepaść. W końcu usta wykrzywiły mu się w uśmiechu, w którym nie było ani krzty radości.

– Nie, Cori. Ty siedziałaś za kierownicą – wycedził, a każda litera upadła między nas jak odłamek szkła, raniąc mnie głęboko.

Świat zawirował wokół mnie, dźwięki otoczenia stały się przytłumione, jakby dochodziły zza grubej szyby. Wszystko, co znałam, pękało pod ciężarem jego słów.

Każde uderzenie serca pulsowało w mojej głowie. Obrazy zamazane przez mgłę alkoholu zaczęły powracać: uśmiechy, szaleńcza prędkość, skręt kierownicy, ostry pisk opon. Ale to nie ja... to nie mogłam być ja. Łzy piekły mnie pod powiekami, ale nie pozwoliłam im wypłynąć. Zamiast tego zacisnęłam szczęki, próbując powstrzymać narastającą falę paniki.

Nathan milczał, jego twarz pozostawała nieruchoma, wzrok miał wbity w ziemię, jakby próbował uniknąć jakiegokolwiek kontaktu ze mną. Czułam, jak świat zamyka się wokół mnie, jak ściany pokoju się zbliżają, i nagle zaczęło brakować mi powietrza.

– To jakaś pomyłka – szepnęłam, choć wiedziałam, że nikt mi nie uwierzy.

Policjant złapał mnie za ramię, a uścisk jego dłoni momentalnie przywrócił mi świadomość. Szarpnęłam się lekko, desperacko próbując uchwycić spojrzenie Nicolasa i Nathana. Otworzyłam usta, żeby zapytać chłopaków, co dokładnie się wydarzyło, ale drugi oficer podszedł do nich, zdjął im kajdanki, a potem po prostu puścił ich wolno. Obydwaj odeszli, nie oglądając się za siebie, ich kroki odbijały się echem od zimnej, szarej podłogi komisariatu.

Nie mogłam zrozumieć, co się dzieje.

Wspomnienia z tej nocy były niewyraźne, lecz wiedziałam jedno – Nicolas wsiadł za kierownicę. To była ostatnia rzecz, którą pamiętałam z pełną jasnością. Dlaczego więc przyjaciele twierdzili, że było inaczej? Moje serce waliło jak szalone, a w głowie myśli kotłowały się tak szybko, że niemal słyszałam szum krwi.

Policjant szarpnięciem zmusił mnie do ruszenia naprzód. Szliśmy długim, wąskim korytarzem, na którego końcu znajdowały się drzwi z małą mleczną szybą. Otworzył je bez cienia emocji na twarzy i popchnął mnie do środka. Surowe wnętrze pokoju przesłuchań sprawiało przytłaczające wrażenie. Ostre światło jarzeniówki zalewało pomieszczenie, nie pozostawiając ani skrawka cienia, jakby sugerowało, że nic się przed nim nie ukryje. Na środku stał stalowy stół, a przy nim kosz na śmieci i dwa krzesła. Jedno puste, drugie zajmował starszy policjant o gęstych, siwych brwiach i zmęczonym spojrzeniu.

Mężczyzna miał masywną sylwetkę, jego pomarszczona twarz zdradzała lata doświadczeń i niewzruszoną surowość. W dłoniach obracał powoli pióro. Ciemnoniebieski mundur był idealnie wyprasowany, może w ten sposób śledczy starał się opanować chaos, który wdzierał się do jego codzienności.

– Siadaj – powiedział obojętnie, wskazując jedyne wolne krzesło.

Jego oczy, przypominające wypłowiałe niebo, uważnie obserwowały każdy mój ruch. Odwróciłam wzrok, a moje dłonie, teraz uwolnione od kajdanek, drżały niekontrolowanie. Czułam, jakby świat za drzwiami pokoju przesłuchań przestał istnieć. Pozostałam sama, uwięziona w tym świetle, które obnażało każdą moją niedoskonałość, każde drgnienie powieki, każde niepewne uderzenie serca.

– Imię, nazwisko, wiek. – Ochrypły, szorstki głos drażnił moje uszy.

Poprawiłam się na niewygodnym metalowym krześle.

– Cordelia Nocturne – wyrecytowałam zrezygnowana, jakby strach wyssał ze mnie całą siłę. – Siedemnaście lat.

Starszy policjant przyjrzał mi się uważnie, marszcząc brwi. Przez chwilę bębnił palcami o blat, czym zapewne próbował wyprowadzić mnie z równowagi. W pokoju unosił się zapach potu, kurzu i czegoś metalicznego, co skojarzyło mi się z krwią. Skrzypnięcie krzesła przerwało ciszę, a ja niemal podskoczyłam.

– Wiesz, dlaczego tu jesteś, prawda? – zapytał, patrząc na mnie spod ciężkich powiek. Oczy o wyblakłych tęczówkach wbijały się we mnie z chłodnym, nieludzkim zainteresowaniem.

Czułam się jak zwierzyna złapana w potrzask.

– To nie ja prowadziłam. Nicolas... to on... – zaczęłam, ale przerwał mi gestem dłoni, ostrym jak cięcie noża.

– Daruj sobie te wykręty. Mamy zeznania świadków, mamy dowody – powiedział twardo. – Nie próbuj mnie przekonywać, że nie pamiętasz, bo to już słyszałem setki razy.

Zacisnęłam dłonie na kolanach, czując, jak palce mi drżą. Nie chciałam wyglądać na przerażoną, ale krew pulsowała mi w skroniach jak bębny wojenne. Gula w gardle rosła. Każdy oddech był walką o przetrwanie.

– Potrąciłaś starszego mężczyznę. Zmarł na miejscu.

– Nie, proszę dopuścić mnie do głosu. To Nicolas prowadził. To jego powinniście przesłuchać. Sanitariusze znaleźli mnie na tylnym siedzeniu! Sprawdźcie raport, porozmawiajcie z nimi... – mówiłam szybko, desperacko, słowa mieszały się z łzami, które płynęły mi z oczu.

Policjant ani drgnął. Spuścił wzrok na stos papierów przed sobą i przebiegł po nich spojrzeniem.

W końcu odłożył dokumenty, wstał, oparł się o stół i pochylił w moim kierunku, tak że widziałam zmarszczki na jego czole i czułam zapach starego tytoniu, który przywarł do marynarki jego munduru.

– Powiedz mi, Cordelio, jak to możliwe, że dwaj świadkowie, w dodatku twoi przyjaciele, twierdzą, że to ty prowadziłaś? Jak to możliwe, że odciski twoich palców są na kierownicy?

Zamrugałam, czując, że świat znowu zaczyna się kręcić. To nie mogła być prawda. Wzięłam głęboki oddech, starając się zapanować nad bijącym sercem.

– Kłamiecie... – wyszeptałam, nie wierząc własnym uszom. – To niemożliwe. To nie ja...

– Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie ty siedziałaś za kierownicą – zażądał mężczyzna, zbliżając swoją twarz do mojej.

Czułam na skórze jego gorący oddech, a oczy wypełnione żelazną nieustępliwością przenikały mnie na wskroś. Oparcie krzesła coraz boleśniej wpijało mi się w plecy.

Nic się tu nie zgadzało. Coś tutaj śmierdziało i nie chodziło tylko o zatęchłą woń unoszącą się w pomieszczeniu.

Pokręciłam głową.

– Nie prowadziłam auta – powiedziałam. – Nie mam do tego uprawnień.

Zawsze byłam dobra w czytaniu ludzi. Nie w ten oczywisty sposób właściwy psychologom z książek czy detektywom z seriali – po prostu zauważałam szczegóły, które umykały innym. Kąt, pod jakim ktoś unikał spojrzenia. Ruch dłoni, zbyt szybki, zbyt nerwowy. Głos, który drżał o ułamek sekundy za długo. Z tych drobiazgów potrafiłam złożyć obraz – często prawdziwszy niż ten budowany na podstawie słów.

Gdy siedziałam więc przed policjantem z dłońmi drżącymi teraz już bardziej z irytacji niż ze strachu, wiedziałam jedno: ten mężczyzna w ogóle mnie nie słuchał. Nie miało znaczenia, co mówiłam ani czy moje tłumaczenia brzmiały wiarygodnie.

On już podjął decyzję. Chciał wierzyć w moją winę, bo tak było prościej. Bo w jego świecie wszystko musiało się zgadzać: winny, ofiara, raport, podpis. W jego rozumowaniu nie było miejsca na prawdę, tylko na potwierdzenie historii, którą sam wcześniej sobie ułożył.

Policjant parsknął śmiechem.

– Nieletnia i pijana bez uprawnień do prowadzenia pojazdu – wyliczał, a jego długopis kreślił szlaczki na papierze. Podniósł głowę znad kartki i zimne, puste spojrzenie wbiło się we mnie, sprawiając, że poczułam się mała. – Nastoletnia morderczyni.

Strzępki wspomnień zaczęły się scalać w mojej głowie w spójny, złowrogi wzór. Widziałam Nicolasa, jego twarz rozjaśnioną uśmiechem, nonszalancki błysk w oku, gdy naciskał mocniej pedał gazu. Obok Nathan krzyczał coś wesoło, a jego głos mieszał się z dudnieniem muzyki w głośnikach. A ja... siedziałam na tylnym fotelu, półprzytomna, alkohol odbierał mi siły i zamieniał świat w wirującą plamę. Potem był pisk opon. Stuknięcie. Ból w plecach, zamglone obrazy i cisza, w której pobrzmiewała zapowiedź burzy.

Nie, to nie mogła być prawda. To musiał być koszmar, z którego zaraz się obudzę. Policjant jednak wpatrywał się we mnie bez cienia wątpliwości. W jego oczach zamiast litości była tylko chłodna determinacja.

– Cordelio, znowu pytam: dlaczego kłamiesz? – powtórzył, złowrogo zniżając głos.

Zacisnęłam powieki, próbując wyprzeć obraz wspomnień przewijających się jak film. Otworzyłam usta, ale trudno było mi z nich wydobyć jakiekolwiek słowo. W gardle czułam pieczenie, żołądek ścisnął się jak w imadle. Fala mdłości przetoczyła się przez moje ciało, uderzając mnie z siłą, której nie byłam w stanie zignorować.

– Ja... nie mogłam... – Z ust wydostał się jedynie ochrypły szept, gdy nagle poczułam, jak wszystko we mnie pęka. Pochyliłam się gwałtownie, chwyciłam stojący obok kosz na śmieci i zwymiotowałam, drżąc na całym ciele. Czułam łzy na policzkach, palące, jakby były żrącym kwasem. W pokoju zapadła cisza, a odgłos mojego płytkiego oddechu odbijał się echem od ścian.

Policjant odsunął się lekko, z nieskrywanym obrzydzeniem na twarzy. Wyraz jego bladoniebieskich oczu nie złagodniał ani odrobinę.

– Twoi rodzice są w drodze – oznajmił twardo, jakby informacja miała zakończyć całą sprawę. Rękawem munduru otarł pot z czoła, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Lepiej, żebyś miała dla nich coś więcej niż te półprawdy, bo sytuacja wygląda poważniej, niż myślisz.