69 milionów powodów, żeby rzucić swojego szefa - Kira Archer - ebook + audiobook

69 milionów powodów, żeby rzucić swojego szefa ebook

Archer Kira

0,0
40,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Komedia romantyczna o miłości, zemście i biurowym chaosie.

💼💘Kiersten Abbott wygrywa na loterii sześćdziesiąt dziewięć milionów.

Czy rzuci pracę, kupi wyspę i zapomni o swoim szefie tyranie?

Nie – bo gdzie w tym zabawa?

Kiersten postanawia zostać… i zamienić biuro w prawdziwe pole bitwy.

Po miesiącach znoszenia tyranii Cole’a Harringtona – mężczyzny o boskiej aparycji i diabelskim charakterze – nadchodzi czas na zemstę. Kiersten uprzykrza mu życie, jak tylko potrafi, i łamie wszelkie zawodowe zasady, których dotąd tak sumiennie przestrzegała.

Gdy współpracownicy odkrywają, co się dzieje, w firmie ruszajązakłady: kiedy Cole w końcu ją zwolni? Tymczasem on sam… po swojemu włącza się w zabawę. Wyjątkowo nieznośnym zachowaniem próbuje zmusić Kiersten, by to ona złożyła wymówienie.

Komedia romantyczna o zemście, dumie – i miłości, która przychodzi bez zaproszenia.

💘 rom-com

💘 podwójny punkt widzenia

💘 starcie dwojga perfekcjonistów

💘 biurowy romans

💘 błyskotliwy i zabawny

Kira Archer – autorka bestsellerów, mieszka w Pensylwanii wraz z mężem, dwójką dzieci, dwiema szalonymi kotkami, hałaśliwym ptakiem i rozpieszczonym psem. Jest jedną z tych osób, które chichoczą w najbardziej wzruszających momentach (na przykład podczas własnego ślubu), a potem zalewają się łzami przy ckliwych reklamach. Ma wyjątkowo bujną wyobraźnię – co znakomicie sprawdza się podczas pisania, choć już niekoniecznie wtedy, gdy nocą, po zgaszeniu świateł, musi wejść po schodach. Posiada nieformalny doktorat z prokrastynacji (gdyby tylko taki istniał – a powinien, bo osiągnęła w tej dziedzinie poziom eksperta). Mimo to napisała już kilkanaście porywających rom-comów – nie licząc romansów historycznych, które tworzy pod pseudonimem Michelle McLean.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 230

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginalny

69 MILLION THINGS I HATE ABOUT YOU

Copyright © 2017 by Kira Archer

Translation copyright © 2026 by Prószyński Media Sp. z o.o.

This edition is published by arrangement with

Alliance Rights Agency

All rights reserved

Projekt okładki

Patrycja Niewiadomska

Redaktor prowadzący

Magdalena Sakowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Barbara Szymanek

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8444-526-6

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Tomowi,

marzącemu o wygranej w lotto

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiersten Abbott przemykała na palcach za swoją szefową, Marie, starając się nie stukać obcasami po marmurowej posadzce i jednocześnie nadążyć za jej tempem.

Bieganie po biurze z kawą, płaszczami, torebkami, teczkami, laptopami i całą resztą majdanu przychodziło Kiersten równie naturalnie jak oddychanie. Dwa z trzech kubków kawy podała swoim biurowym bratnim duszom, Izzy i Cassie, które rzuciły jej bezgłośne „dzięki” i znów pogrążyły się w udawanym skupieniu. Marie, choć formalnie nie była ich szefową, jako główna asystentka Cole’a Harringtona – prezesa i założyciela Harrington Enterprises, najpotężniejszego think tanku na Manhattanie – miała niepisaną władzę nad resztą asystentek. Kiersten była drugą asystentką, czyli tą, której przypadało w udziale wszystko poza zasługami. Te zgarniała Marie.

– Nie wlecz się – rzuciła przez ramię.

Kiersten aż podskoczyła, prawie rozlewając kawę, i pognała za nią prosto do jaskini lwa.

Zatrzymała się w pół kroku. Harrington trenował na bieżni, mając na sobie tylko dresy, które trzymały się na biodrach chyba wyłącznie siłą woli. Musiał ćwiczyć od dłuższego czasu, gdyż po jego umięśnionym torsie i brzuchu spływały krople potu. A wyrzeźbione mięśnie układające się w kształt litery „V” wyraźnie kierowały się w stronę skarbu, który jeden z tabloidów określił mianem „najbardziej pożądanego dobra Manhattanu”. Kiersten prychnęła z politowaniem, kiedy to czytała. Jednak teraz, widząc go z bliska, doszła do wniosku, że może przesadziła ze sceptycyzmem.

Kiedy jedna zbłąkana kropla potu spłynęła pod gumkę jego spodni, Kiersten ledwo utrzymała kubek w dłoni. Szczęśliwa kropelka – tylko pozazdrościć.

Marie wręczyła Harringtonowi ręcznik i ruszyła za nim do sprytnie zamaskowanej łazienki. Zatrzymała się pod drzwiami, krzywiąc się w reakcji na szum prysznica. Po minucie czy dwóch wreszcie się odezwała, przekrzykując lejącą się wodę:

– Panie Harrington, w ten weekend nie będę dostępna, ale zastąpi mnie Kiersten…

Strumień wody ucichł.

– W ten weekend będę głównym mówcą na konferencji – rozległ się głos ze środka. – Musisz tam być. Na pewno łatwiej będzie przełożyć tę twoją sprawę niż całą konferencję.

– Moją… sprawę? – Marie zaczerpnęła głęboko powietrza, zaciskając pięści. O nie. Zaraz wybuchnie.

Harrington wyszedł z łazienki i zapiął koszulę.

– Tak. Cokolwiek to jest, odwołaj to albo przełóż. Wszystko mi jedno.

– Tym „czymkolwiek” jest mój ślub! – ryknęła Marie. – Mówiłam panu o nim wielokrotnie. Planuję go od ponad roku. Nie da się go przesunąć!

Kiersten opadła szczęka. Nikt nigdy nie ośmielił się podnieść głosu na Harringtona. Ani nawet podważyć jego zdania.

– Skoro nie jesteś w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków…

Marie wyrzuciła ręce w górę.

– Nie musi mnie pan zwalniać. Sama odchodzę! – To powiedziawszy, cisnęła klucze i telefon na biurko, po czym ruszyła przez gabinet i po drodze zgarnęła płaszcz i torebkę. – Boże, co za ulga. – Spojrzała na Kiersten i prychnęła. – Powodzenia.

A później wyszła z biura sprężystym krokiem, uśmiechnięta od ucha do ucha.

Kiersten stała jak wrośnięta w ziemię. Dopiero po chwili ośmieliła się zerknąć na Harringtona, który włożył marynarkę i ruszył w jej stronę.

– O cholera – wymamrotała.

Zlustrował ją spojrzeniem od stóp do głów, a ona modliła się, żeby nie usłyszał, co powiedziała. Jego oczy były naprawdę niesamowite. Nigdy wcześniej nie miała okazji przyjrzeć się im z bliska – metaliczna szarość z ciemniejszą, niemal czarną obwódką okazała się hipnotyzująca do granic przyzwoitości. Wziął od niej płaszcz i kawę.

– Jak masz na imię?

– Kiersten, proszę pana – odparła ledwie słyszalnym głosem. Odchrząknęła. – Druga asystentka.

– W takim razie, Kestin, właśnie awansowałaś na pierwszą. Miejmy nadzieję, że wytrzymasz dłużej niż twoje trzy poprzedniczki.

Zamierzała go poprawić, ale zanim zdążyła otworzyć usta, wrócił do biurka i zaczął pakować aktówkę, zalewając Kiersten potokiem słów:

– Za dwadzieścia minut mam spotkanie z kierownikiem projektu. Wieczorem powinienem być na kolacji w…

Zmarszczył brwi.

– Le Bernardin, o dwudziestej – wtrąciła.

– Dziękuję. Potwierdź to i sczyść mi resztę wieczoru.

Pierwsze z zadań okazało się bułką z masłem.

– Już potwierdziłam.

Praca z Marie była świetnym treningiem. W gruncie rzeczy to Kiersten ogarniała życie Harringtonowi. Tyle że od tej pory miała się kontaktować bezpośrednio z nim. Na samą myśl przeszedł ją dreszcz zgrozy i ekscytacji. Wreszcie pokaże, na co ją stać, i zgarnie zasługi za robotę, którą już od dawna wykonywała. Nie wspominając o solidnej podwyżce. Jej konto bankowe będzie przeszczęśliwe. Czterdzieści trzy dolary, które obecnie tam zalegały, z pewnością ucieszą się z towarzystwa. A jeśli w zamian miała spędzać całe dnie przyklejona do ramienia swojego nadętego szefa, to cóż – przynajmniej było na czym zawiesić oko.

– Doskonale – rzucił, świdrując ją tym swoim przenikliwym spojrzeniem. Wpatrywał się w nią tak długo, że spuściła wzrok, by sprawdzić, czy nie oblała się kawą albo nie zapomniała zapiąć guzika.

Ale nie, nic z tych rzeczy. Uniosła głowę i tym razem spojrzała mu prosto w oczy. Tak, w obecności tego faceta uginały jej się nogi w podróbkach Louboutinów, ale przecież nie musiał o tym wiedzieć.

Kąciki jego ust drgnęły w rozbawieniu.

– Mów mi Cole.

Kiersten zamrugała. Marie nigdy nie zwracała się do niego po imieniu. Podobnie jak reszta pracowników.

– „Pan Harrington” sprawia, że czuję się stary. Nie wyglądam jeszcze staro, prawda? – zapytał tym swoim pościelowym głosem, który byłby w stanie roztopić M&Ms’y nawet przez torebkę.

Obrzuciła go szybkim spojrzeniem, przez co uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Nie, proszę pana.

– Żaden „pan”. Po prostu Cole.

– Dobrze, panie… – Cholera. Nie potrafiła się opanować.

Wydał z siebie odgłos przypominający parsknięcie, po czym odwrócił się w stronę biurka i sięgnął po aktówkę.

– Proszę – powiedział, wręczając jej telefon, który zostawiła Marie. – Noś go zawsze przy sobie. Pracuję o najdziwniejszych porach. Bądź zawsze pod telefonem. Masz tam wszystkie potrzebne kontakty.

Zamyślił się, marszcząc brwi.

– Skontaktuj się z działem HR. Niech wyślą ci dokumenty do podpisu, żeby nadać sprawie oficjalny bieg. Zakładam, że wiesz, gdzie Marie trzymała mój kalendarz razem z resztą przydatnych informacji?

Kiersten skinęła głową, choć i tak nie zwracał na nią uwagi, wyrzucając z siebie kolejne polecenia.

– Upewnij się, że jesteś na bieżąco z umowami i projektami. Terminy są nie do ruszenia, a ja nie zamierzam niczego zawalić przez ten śmieszny incydent. Gdybyś potrzebowała jakiegoś hasła czy dostępu do czegokolwiek, ściągnij informatyków. Niech ci wszystko skonfigurują. Wstąp też do biura ochrony po nową przepustkę. Będziesz potrzebować dostępu do każdego z pięter i biur. – Zerknął na nią znad sterty papierów. – Nie powinnaś notować?

– Zapamiętam, proszę pana – odparła.

Na szczęście miała niezawodne refleks i pamięć. Wyglądało na to, że pan Harrington – tfu, Cole – nie pozwoli jej się nudzić.

– Cole. Mam taką nadzieję – odparł, po czym wrócił do gorączkowego miotania się po gabinecie. Złapał pęk kluczy, które zostawiła Marie, i rzucił je Kiersten. – Powinny otwierać wszystkie drzwi w biurze, mój apartament i co tam jeszcze. Nie wiem, który jest od czego, sama sprawdź. Trzeba poprosić firmę ochroniarską o zmianę kodów dostępu do mojego apartamentu. Zrób to osobiście, żeby wprowadzili twój głos i odciski palców do systemu. Na biurku Marie powinnaś znaleźć listę osób, które trzeba zawiadomić, że zostałaś moją nową asystentką. Zajmij się tym od razu, nie życzę sobie żadnych opóźnień spowodowanych tym, że ktoś zakwestionuje twoje uprawnienia. Przebukuj bilet i rezerwację hotelu Marie na konferencję w ten weekend albo, jeśli tak będzie szybciej, zrób nowe. Zakładam, że będziesz dostępna?

Rzucił jej spojrzenie, które zmroziłoby nawet niedźwiedzia polarnego. Kiersten skinęła głową. Na szczęście nie miała życia prywatnego. Wolała zarabiać pieniądze, niż wygniatać tyłkiem kanapę z pudełkiem lodów w ręce.

– Świetnie. Musisz też zmienić jej nazwisko na swoje we wszystkich materiałach związanych z konferencją. I jeszcze jedno… – Zawahał się i lekko skrzywił. – Upewnij się, że Marie zachowa wszelkie świadczenia, dopóki nie znajdzie nowej pracy. Poproś dla niej o referencje. Jedna z firm, z którą miałem spotkanie w zeszłym tygodniu, właśnie kogoś szuka. Szepnij im dobre słówko. I załatw Marie odprawę. Podwójną. – Zgarnął resztę rzeczy i ruszył do drzwi, ale zatrzymał się w pół kroku. – Wyślij jej też prezent ślubny.

Kiersten znów opadła szczęka, a Cole – bo przecież nie „pan Harrington” – uśmiechnął się szeroko.

– No co? Nie zawsze jestem kutasem.

– Nie zawsze, ale często – skwitował pan Larson, wspólnik Cole’a, który już czekał na niego w drzwiach. Uśmiechnął się i puścił do Kiersten oczko.

Cole minął go bezceremonialnie, rzucając przez ramię:

– Nawet o tym nie myśl.

Larson wzruszył ramionami i podążył za nim, zostawiając Kiersten w stanie absolutnego oszołomienia. Wciąż próbowała ogarnąć, co się właśnie zdarzyło.

Wrzucili ją na głęboką wodę, bez dwóch zdań. Jej pensja miała wzrosnąć prawie dwukrotnie, ale Kiersten doskonale wiedziała, że będzie musiała solidnie zapracować na każdego centa. Cole Harrington był spełnieniem marzeń niemal każdej kobiety na tym świecie: młody, przystojny, obrzydliwie bogaty i – zdaniem wielu – bardziej wpływowy niż sam Pan Bóg. Stworzył jedną z najpopularniejszych aplikacji randkowych, zanim sam zaczął się umawiać na randki, był właścicielem kilku wysp, hojnie wspierał organizacje charytatywne, a do tego uwielbiał szczeniaki i dzieci. Krótko mówiąc, kochał go cały świat – z wyjątkiem ludzi, którzy mieli nieszczęście z nim pracować.

Telefon w dłoni Kiersten zawibrował, wyrywając ją z rozmyślań.

– No to jedziemy z tym koksem – mruknęła.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Punkty orientacyjne

Okładka