Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Cisza potrafi ranić bardziej niż krzyk
Sabina, silna i niezależna kobieta po rozwodzie, wierzy, że jest gotowa, by znów pokochać. Nie szuka niczego na chwilę – pragnie partnerstwa, miłości i poczucia, że przy kimś może być sobą. Mateusz wydaje się odpowiedzią na wszystkie jej potrzeby.
Z czasem między ich wspólne plany i codzienne troski wkrada się cisza. Nie taka, która koi, lecz ta, która zadaje ból. Sabina coraz częściej gryzie się w język w obecności Mateusza, dusi w sobie trudne emocje, aż w końcu te zaczynają rozsadzać ją od środka. Towarzyszy temu poczucie winy, które nie opuszcza jej ani na chwilę.
Miłość zamienia się w pole minowe.
Ale… czy można winić się za to, że pokochało się cichego oprawcę?
„12 dni ciszy” to opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami o relacji, w której głos jednej osoby przestaje mieć znaczenie. Historia o toksycznym uwikłaniu, uczuciu, które nieoczekiwanie staje się klatką, i o mozolnych próbach odzyskania wolności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 502
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Vera Wilcza
12 dni ciszy
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony prawem autorskim. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana, przechowywana w systemach wyszukiwania informacji, przesyłana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób – elektroniczny, mechaniczny, kserograficzny, nagraniowy ani inny – bez uprzedniej, pisemnej zgody autorki.
Wszelkie próby wykorzystania treści książki bez zgody autorki będą stanowiły naruszenie praw autorskich i podlegać będą odpowiedzialności cywilnej lub karnej zgodnie z obowiązującym prawem.
Autorka
Za to, że wierzyła we mnie, zanim ja sama potrafiłam. Za niewidzialne światło, którym prowadzi mnie przez ciemność. I za piórka – jej znaki, że wciąż jest blisko. Widzę. Dziękuję.
Obudziła się nieco zbyt gwałtownie, jakby poniedziałek chciał wyrwać ją ze snu z łokcia.
– Kolejny tydzień przede mną – westchnęła głosem, który sam nie był jeszcze pewien, czy chce mówić. Powłóczystym krokiem poszła do łazienki, jakby każdy kafelek przypominał jej o obowiązkach czekających za drzwiami.
Włożyła dłoń pod kran i się skrzywiła – woda była lodowata. Czekała, aż popłynie ciepła, jakby to była obietnica lepszego dnia. Nie znosiła zimnej, bo niosła za sobą wspomnienie czasów, gdy kąpiele oznaczały plastikową miskę i czajnik z gotującą się wodą. Pamięć tamtych poranków siedziała gdzieś głęboko, jak zapach wilgoci na ręczniku – niewidoczny, ale trudny do zapomnienia.
Sabina spojrzała na siebie w duże, białe i zimne lustro. Oddawało każdy szczegół – kąciki oczu, w których cieniem rozsiadły się pierwsze zmarszczki. Niedostrzegalne dla innych, ale ona już je widziała, jakby próbowała złapać je w ramki i nazwać: „ta po wielu bezsennych nocach, ta po zawodzie miłosnym, ta od śmiechu z kimś, kogo już nie ma”. Nie bała się ich, ale przyglądała się im z cichym respektem – jak kartkom w dzienniku, który pisze ciało.
Zaczęła liczyć. Minęło już półtora roku, odkąd się dowiedziała od swojego jeszcze wtedy męża, że on nie chce już z nią dłużej być. Wyszedł jak tylko jej to powiedział. Była niedziela.
Poszła do pracy, która miała stłumić to, co usłyszała, ale nie mogła się wcale skupić. „Nie dam rady wytrzymać w biurze ośmiu godzin i dobierać odpowiedne rodzaje uśmiechu, ilekroć ktoś się napatoczy w korytarzu, rozmawiać z pracownikami, ratować świat, kiedy mój rozpadł się na wszystkie strony” – myślała. Wiedziała już, co powinna zrobić.
Weszła do pokoju CFO. On – jak zwykle – uśmiechnięty. W ostatnich miesiącach sporo ze sobą rozmawiali. Lubili się, potrafili współpracować. Może dlatego, że byli w podobnym wieku. Może dlatego, że rozumieli się bez słów. Finanse i HR-y powinny trzymać się razem – i wyglądało na to, że im się udawało. Firma przechodziła trudny moment. On – CFO – trzymał wiatr w żaglach. Także z jej pomocą. Bywały dni, gdy podpowiadała mu, z kim powinien porozmawiać, co zrobić, jak zareagować. Czasami sugerowała, by zmienił ton wypowiedzi. Miał cięty język, co mogło wzbudzać w pracy niepokój. Był inteligentny, niesamowicie przystojny, a Excela znał jak mało kto.
– Cześć, Grzegorz – powiedziała tak, by powstrzymać płacz.
– Cześć. – Uśmiechnął się na jej widok, ale w sekundzie wiedział, że nie będzie to wesoła rozmowa.
– Musimy pogadać.
– Nie zapowiada to nic dobrego – pomyślał, że zaraz złoży wypowiedzenie.
– Wczoraj dowiedziałam się, że będę się rozwodzić. To dla mnie wstrząs w życiu. Dlatego nie mogę pracować. Powinnam powiedzieć to prezesowi, ale ponieważ go nie ma, na ciebie spada ta wiadomość – tłumaczyła, bo chciała zachować się profesjonalnie i zgodnie ze standardami.
– Tak, tak, jasne, tym się nie martw. – Nie wiedział, jak zareagować, nie był dobry w takie emocje, nigdy nie był w takiej sytuacji.
– Mój plan jest taki – zaczęła mówić – wezmę na kilka tygodni L4. Zaraz się spakuję i pojadę do domu. Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym. Muszę się stąd wyprowadzić, ogarnąć to, co przede mną. Nie wiem nawet jak, od czego zacząć… a co później… zobaczymy. – Zwiesiła głowę.
Od wczoraj nie zależało jej na tej pracy, gdyby ją zwolnili z dnia na dzień, nie zauważyłaby żadnej zmiany. Czuła, że jest głęboko na dnie. I nic już jej z tego nie wyciągnie.
– Tak, tak, jasne. – Rozumiał powagę sytuacji.
Na swój sposób rozumiał jej ból, ale też wiedział, że ona była mu potrzebna w tej firmie. Nie miał innej tak zaufanej osoby jak ona.
– Czy to dla ciebie okej? – Spojrzała na niego, chwilę milczała. Nie wiedziała, co może dodać
– Gdybyś tylko czegoś potrzebowała… – zawiesił głos.
– Jasne, wiem, dziękuję ci bardzo. – Znała te biurowe konwenanse. Wyszła.
Wróciła do pokoju HR. Przekazała zespołowi, że wychodzi właśnie z biura, i prawdopodobnie już do niego nie wróci. Dziewczyny były w szoku. „Czy należy im się jakieś wyjaśnienie?” Rozmyślała, co powinna zrobić.
Dojechała do ich mieszkania, weszła do środka, położyła się na kremowej sofie, tej samej, na której przez ostatnie miesiące przesiadywała, próbując zrozumieć, co się między nimi dzieje. Otuliła się kremowym kocem, jakby chciała zakryć nie tylko ciało, ale i emocje. Zastygła na parę godzin, patrząc w sufit. Wracały do niej wspomnienia. Te z dnia, w którym pakowała walizki w swoim mieszkaniu w Warszawie i przeprowadzała się do Gdyni. Kiedy zamykała za sobą drzwi znajomego świata, zostawiając przyjaciół, ulubione miejsca i swoje „poukładanie”. Wtedy podczas jazdy do Gdyni, łzy płynęły jej po policzkach. Ale on nie chciał ich widzieć. „Przestań ryczeć, bo mnie rozpraszasz. Nie mogę się skupić na prowadzeniu” – usłyszała. Sabina zacisnęła szczękę i łzy cofnęła do środka. To nie był czas na emocje. Przecież on się starał. Gdynia była dla niej zimna i wietrzna. Poznawały się powoli. Ona i miasto. Obwąchiwały jak dwa nieufne zwierzęta. Najpierw plaże, potem sklepy, znajome drogi. Stopniowo, bez zachwytu. Bez planu. Bez wsparcia. Bo choć przeprowadziła się dla miłości, została całkiem sama. A teraz siedzi tutaj. Już nie w obcym miejscu, ale w miejscu, które zna i lubi, ale z tą samą samotnością co wtedy, gdy do niej jechała, tylko już bez złudzeń.
Jej – jeszcze – mąż wrócił po kilku dniach.
– Mopsik gdzie? – zapytał o ich psa.
– Tutaj. – Wskazała ręką.
– Chcesz dzisiaj tu zostać? – dopytywał, jakie ma plany po takim newsie.
– Muszę, dopiero jutro będę się wyprowadzać – odpowiedziała uczciwie.
– Okej. To ja pojadę dzisiaj do hotelu. – Po czym dodał: – Jak mogę ci pomóc w przeprowadzce? Przecież nie zabierzesz tego wszystkiego do auta. Mam ci pomóc przewieźć to w weekend?
Milczała.
Te pytania trochę ją zdziwiły. Z jednej strony to miłe, że chciał pomóc, ale z drugiej – wkurzyła się, bo nie chciał włożyć trudu w to, by pracować nad tym małżeństwem, ale pomoc w wyprowadzce szybko jej zaoferował.
– Co? – Ponaglił ją i dodał: – Trzeba złożyć dokumenty do sądu, sprawy kredytowe załatwić, ja się wszystkim zajmę. Oddam ci te pieniądze, które wpłacałaś.
– Na czym, by ci zależało? – zadała pytanie, spokojnie.
– Sabina, przepraszam cię za to. – Mówił bez emocji.
Dwa tygodnie wcześniej się przytulali. Dziś się nie znali. Nic. Żadnego słowa przez lata. Jakby rozmawiali o pogodzie. Między nimi już nic od dawna nie było.
– Tego już nie ma. – Chciał podsumować.
To zdanie ją uderzyło. Bolało, choć niby nie miało być wyjaśnieniem. Próbowała to zrozumieć. Potrzebowała wielu odpowiedzi. Tylko wtedy mogłaby odejść naprawdę.
– Już wcześniej powinniśmy z tego wyjść. Ja nie umiałam – powiedziała. – Może nawet dwa lata temu.
Dwa lata. Dwa cholerne lata braku zrozumienia. Dwa lata obojętności pod przykrywką „jakoś to będzie”. Spojrzała na niego. Stał się dla niej obcy. Jakby pierwszy raz go widziała. Jego słowa nie pasowały do człowieka, którego znała. A może nigdy go nie znała? Mówił, że był wodą, a ona ogniem. Że są różni. Że nie potrafili się dogadać. Słowo po słowie wbijało się w nią jak stal. Ale nie mogła się z nim nie zgodzić. Byli różni.
– Nie wiem, co mi odjebało. Popełniłem wiele błędów. – Jakby mówił o czymś odległym.
Tak. Popełniał. Mówiła mu wcześniej, że coś jest nie tak. Mówiła wprost, a oszukiwali się ciszą. Walczyła sama. Dwa lata starań, próśb o pomoc – wszystko na nic. Oni nie byli w tej samej historii.
– Mam żal do siebie. Nie myśl, że nie – powiedział cicho.
Nie wiedziała, jak to skomentować.
– Dlaczego ze mną nie rozmawiałeś?
– Bo rozmawiałem sam ze sobą.
Rozmowa przeciągnęła się o kilka minut. Przyznawał się do zaniechań, przepraszał – nie raz, nie dwa. Ale robił to z kamienną twarzą, w której nie było ani skruchy, ani empatii. Był zasadniczy. Oziębły. Sabina nie próbowała go przekonywać. Czas na to skończył się wiele miesięcy temu. Nie miała siły. Nie miała już po co. Chciała tylko zrozumieć, co się właściwie wydarzyło. Ale czy to jeszcze było możliwe? Musiała zacząć od nowa. Poukładać wszystko, kawałek po kawałku. Czuła się tak, jakby właśnie straciła dwa lata życia.
Kiedy wyszedł, została jeszcze chwilę na skraju sofy. Tej za trzysta złotych, którą rok wcześniej kupili od jakiejś kobiety z OLX. Była za mała, za lekka, ledwo się na niej mieścili, ale do ich wynajmowanego mieszkania pasowała idealnie. Mieli na niej przeczekać tylko do momentu, aż deweloper odda ich własne – za trzy miesiące. Wtedy planowali kupić sobie „porządną”. Wbiła paznokcie w poduszkę, jakby ten drobny gest mógł uciszyć jej wewnętrzny wrzask.
Jedno trzeba mu było oddać: zachował się fair wobec mopsika. Nie chciał go zostawiać. Powiedział, że będzie płacił za jedzenie dla niego. Wiedziała, że naprawdę kochał tego psa. I że w tej jednej sprawie chciał być w porządku. Był zawsze.
Wstała i zaczęła rozglądać się po mieszkaniu, odhaczając w myślach, co było jej, a co zostawi. Przez kolejne trzy dni pakowała się w ciszy. Rodzice pomogli jej przewieźć wszystko na wieś, do rodzinnego domu. Udało się nawet zabrać drzewko z balkonu. To, które kiedyś dostała od Agaty. Na wsi miała sobie wszystko zorganizować tymczasowo. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że przez kolejne lata nie rozpakuje większości kartonów.
Przez wiele miesięcy odczuwała żałobę, jakby umarł jej ktoś bliski. Robiła wiele rzeczy, by zapomnieć o bólu, który miała w sobie. Myśli miała tak dużo, a ledwo była w stanie powiedzieć cokolwiek. Nigdy nie spodziewała się, że on zrobi to pierwszy. Była przekonana, że jeśli się rozstaną, to ona rozda te karty…
„Auć” – powiedziała w duchu, gdy woda zaczęła ją parzyć. „Było minęło” – powtarzała sobie, gdy zaczynała wspominać tamte czasy. Zaczęła myć zęby, później twarz, wklepywać jakieś kremy na ciało. Kończyła w tym roku przecież trzydzieści sześć lat i z poczuciem porażki musiała zacząć wszystko od nowa. Nie tak sobie wyobrażała siebie w tym wieku. Miała być szczęśliwa, miała mieć rodzinę i dom z pięknie zielonym trawnikiem wokół. A musiała wracać do swojego mieszkania w Warszawie i startować w wyścigu raz jeszcze. Po tylu miesiącach już nie cierpiała. Psycholog, do którego poszła dwa lata temu, tłumaczył jej kilka podstawowych prawidłowości, układał jej wszystko w głowie oraz otwierał oczy na te elementy, które wcześniej nie brzmiały tak, jak brzmią teraz – chłód, brak empatii, absolutna niechęć do rozmów i kontynuowania terapii małżeńskiej, chociaż nalegała, by poszli do innego psychologa. Bez efektów. Stanowcze nie. Przypominała sobie czasem rozmowy z przyjaciółmi:
– Słuchaj, Sabina. On na pewno kogoś miał. Pogódź się z tym – powiedziała Agata.
Julek siedział z boku i się przysłuchiwał.
W tamtym momencie oraz przy wielu innych sytuacjach okazali jej ogrom wsparcia.
– Ostatnią rzeczą, o jaką bym podejrzewała Marcina, było to, że mnie zdradzał – powiedziała z taką pewnością, jakby to było coś oczywistego.
– Dlaczego jesteś taka pewna? Faceci, gdy odchodzą, to zazwyczaj do innych dup. Łapią nową gałąź, a puszczają starą – Agata nie gryzła się w język.
– Jestem pewna i daję sobie rękę uciąć, i to nawet prawą, że Marcin nigdy nie zrobiłby mi tego. To jedyny facet spośród tych, z którymi byłam, któremu wierzę tak bardzo. Wiesz dlaczego? – Zastanowiła się chwilę dłużej. – Miał te swoje „zasaaady” – powiedziała, wydłużając literę „a”.
Denerwowały ją, ale też dzięki nim była pewna, że nie dopuściłby się tak paskudnych rzeczy wobec niej. Miał honor. Rzadko spotykany u mężczyzn w obecnych czasach. I dlatego w każdej podobnej rozmowie była pewna, że tego nie zrobił.
Nowy początek
Ubierała się w pośpiechu, zawsze wolała dłużej pospać, a w zamian za to nie zjeść śniadania. Ubrania przygotowywała sobie dzień wcześniej.
Gdy wkładała już niebieską koszulę, dostała powiadomienie. To Tinder. Była na nim znowu od dwóch tygodni. Chciała wrócić „do gry”, ale była rozczarowana jakością rozmów, powodów, dla których faceci tam są i wysyłanymi do niej fotkami. Niejeden raz widziała penisa w zwodzie, bo ktoś uznał, że to jest „seksy”. „Nie, nie, nie, chyba najmniej seksowną częścią ciała mężczyzn są tamte rewiry” – myślała, gdy dostawała takie zdjęcia. Była zażenowana, a gdyby ktoś mógł widzieć wtedy jej minę, wyglądała jak kot chwilę przed zwymiotowaniem. Czasami nawet, a przed PMS-em na pewno, gdy dostała taką niespodziankę, nie szczędziła cynicznego komentarza, który takiemu delikwentowi mógł iść w pięty. Natomiast często dzieliła się tymi zdjęciami z kilkoma koleżankami i śmiała, że jeszcze są na świecie tak durni faceci.
Trzymając w jednej ręce komputer, w drugiej płaszcz wiosenny i gadżety do rozdania w jednym ze sklepów, z trudem, ale udało jej się jeszcze spojrzeć na telefon. Odczytała wiadomość: Niektóre historie miłosne zaczynają się od „dzień dobry” – napisał Mateusz. Uśmiechnęła się lekko, nieświadoma, że to początek historii, która zmieni jej życie.
Winda, jak zwykle, ruszyła z opóźnieniem. Konserwator coś ostatnio majstrował przy systemie drzwi, by ułatwić życie matkom z wózkami – tylko teraz to całe życie ją spowalniało. „Czy naprawdę tak trudno przyspieszyć kroku?” – pomyślała zirytowana Sabina, patrząc na ślimacze tempo wychodzących. Nie była dziś szczególnie cierpliwa. Ani wyrozumiała. Weszła do windy z miną, która jasno dawała znać, że nie ma ochoty na nic i nikogo. Przeczytała wiadomość jeszcze raz: Niektóre historie miłosne zaczynają się od „dzień dobry”. Ładne. Nie odpisała. Zrobi to później… może. Dziś miała zbyt wiele spraw na głowie, żeby kolejny nieznajomy z aplikacji wybił ją z rytmu. Pewnie znów jakiś dziwak, z którym „sparowała się” przypadkiem i którego nawet nie pamięta. Nie miała siły na nowe rozmowy, a już na pewno nie z kimś, kto pojawił się znikąd i zaczął w ten sposób.
Przez większość dorosłego życia obracała się w świecie HR-u – tu rekrutacja, tam rozwój, gdzie indziej zarządzanie zmianą. Zawsze szukała miejsca, które pozwoliłoby jej połączyć to, co wiedziała z uczelni, z tym, co działo się naprawdę w firmach. I w końcu je znalazła. Skończyła studia, zrobiła podyplomówkę, odbębniła praktyki i staże. W tamtych czasach nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby narzekać, że staż jest bezpłatny. Sama zaczynała od sześciomiesięcznego wolontariatu w firmie szkoleniowej, gdzie przez pierwsze tygodnie robiła kserówki i wydzwaniała klientów z ofertą. Wtedy wydawało jej się, że złapała Pana Boga za nogi. Dziś wiedziała, że to raczej klasyczny przypadek: dziewczyna z małej wsi trafia do dużego miasta, chce się zahaczyć, mieć cokolwiek w CV, więc łapie się pierwszej okazji. Niezależnie od warunków. Z perspektywy czasu brzmiało jak wyzysk. Ale wtedy nie zadawała pytań.
Korki. Te przeklęte korki. Kto je w ogóle lubi? Kiedyś reagowała na nie nerwowo – zaciśniętą szczęką, przyspieszonym oddechem i odruchem szukania objazdu, który i tak nie istniał. Z czasem jednak coś się w niej zmieniło. Zamiast się frustrować, zaczęła wykorzystywać ten czas na coś sensownego. Słuchała podcastów, muzyki, czasem dzwoniła do rodziców albo kilku dobrych znajomych. Samochód stał się dla niej przestrzenią przejściową – czymś między tu i tam, a jednak potrzebnym. Nie czuła już, że marnuje czas. Spojrzała na ekran, który wskazywał jeszcze dziesięć minut do celu. „Dobrze, że mam dobre relacje z recepcjonistką” – pomyślała. „Muszę jej kupić jakąś czekoladę. Następnym razem”. Zawsze, gdy potrzebowała rezerwacji parkingu – nawet w ostatniej chwili – ta po prostu załatwiała to bez mrugnięcia okiem. W centrum Warszawy, tuż przy Placu Piłsudskiego to graniczyło z cudem. Ale cudów dokonywała regularnie.
– Cześć, Zuza – powiedziała Sabina głośno i z uśmiechem, wpadając do biura na minuty przed dziewiątą, tak by Zuza na pewno ją usłyszała i zauważyła, że już jest. Jak się masz? – dodała. – Wszystko w porządku?
– Cześć, Sabina. Dziękuję, wszystko okej, przetrzymałam dla ciebie przesyłkę z Wrocławia.
– Świetnie, dziękuję. Jesteś jak zawsze moim wsparciem. – W podziękowaniu złożyła ręce jak do modlitwy.
Lubiła kontakt z ludźmi. Miała ogrom empatii. Lubiła zadawać im pytanie: „Jak się masz?”. A gdy była z kimś bliżej, lubiła zadawać pytanie ponownie: „A jak się masz naprawdę?”. I wtedy obserwowała gesty, mimikę, słuchała tonu. Zawsze okazywała pracownikom szacunek, nawet wtedy, gdy musiała z racji stanowiska ich czasem zwalniać.
Weszła do pokoju zespołu HR. Nikogo nie było. „Wszyscy na zdalnej, to nawet lepiej – będę mieć spokój”. Uśmiechnęła się do siebie. Rzuciła wszystkie graty na stół i zaczęła się rozpakowywać. Spojrzała w kalendarz.
„Ech… Trzy ciężkie rozmowy rekrutacyjne do działu marketingu. Szukamy managera zespołu, bo poprzedni nie spodobał się dyrektorce sprzedaży. Paskudna baba”.
Dyrektorka przyszła do jej pokoju dziesięć minut przed czasem, ale i tak patrzyła na zegarek, jakby czekała już z godzinę. Zawsze pachniała zbyt mocno, zbyt słodko i mówiła z przesadną uprzejmością, która brzmiała jak ostrzeżenie.
– Sabina, widzę, że mamy mały problem – powiedziała z uśmiechem, który nie dotarł do oczu.
– Jaki problem? – zapytała Sabina, wstając, by nie wyglądać zza ekranu laptopa. Wiedziała doskonale, że nie o problem jej chodzi, a o kolejny pokaz siły.
– Rekrutacja na stanowisko managera marketingu – westchnęła teatralnie, wyciągając raport, który sama podsyłała jej kilka dni temu. – To trwa. To się przeciąga. To trzeba zamknąć. Szybko. Bez emocji. – To „bez emocji” wymówiła, patrząc na nią, jakby właśnie je wszystkie w niej widziała i chciała przypomnieć, że są tu zabronione.
– To nie kwestia emocji, tylko jakości, co widzisz w raporcie. Kandydatów było wielu, ale… – zaczęła tłumaczyć.
– Sabina – przerwała jej, opierając się na krześle. – W tej firmie chodzi o wynik. O tabelkę. O Excela. Nie o twoje przemyślenia. Jasne? – To „jasne” z kolei wypowiedziała w taki sposób, by Sabina poczuła się jak dziecko na dywaniku.
Sabina była managerem regionu. Odpowiadała za wszystkie sklepy w Polsce i za granicą oraz wszystkie działy w strukturze sprzedaży. Miała już wiele lat doświadczenia za sobą i naprawdę wiedziała, co z czym łączyć.
– Chcę ci pomóc. Jeśli masz wpływ na budżet, daj znać, wówczas dostarczę ci kandydata, którego nie będę się wstydzić przedstawiać na „short liście”. Obecnie wybieramy z tych, na których nas stać – odpowiedziała stanowczo, by nie dać za wygraną. Pierwszy raz pomyślała, że powinna zgłosić do swojej przełożonej, jak wygląda współpraca z tą wstrętną babą.
Rekrutacje się skończyły. Znowu dyrektorka nie była zadowolona – oczekiwała takich kompetencji, których kandydaci nie mieli. Znowu trzeba przeszukać bazę, może wpadł ktoś nowy. Wyszła z sali konferencyjnej, pomyślała, że już za późno, by pojechać do sklepu porozmawiać z kierownikiem o tym, jak zarządza celami dla pracowników. Pojedzie tam jutro prosto z domu.
Potrzebowała chwili oddechu. Zmiany otoczenia, choćby tej cyfrowej. Weszła na Tindera. Kilka nowych powiadomień – kolejne pary. Przeciągnęła palcem bez większego zainteresowania. Nie miała siły na te same rozmowy, odgrywane w kółko jak kiepska sztuka: Cześć. Co u Ciebie? Czym się zajmujesz? Kiedy się spotkamy?
Z góry wiedziała, że nie dogada się z nikim, kto nie miał szerokiego spojrzenia na świat, kto żył w klapkach – niekoniecznie japonkach – i bał się je zdjąć. Polityka? Musiał przynajmniej rozumieć, że istnieje. Goła klata na zdjęciu profilowym? Automatyczny minus. Selfie w lustrze i prężenie bicepsa? Jeszcze gorzej. Palenie papierosów, bałagan w tle, hipsterski klimat z wąsem, grafiką na ścianie i „mam duszę artysty”? Z góry skreśleni. Ze sztuki lubiła najbardziej malowanie po numerach. Proste, konkretne, do zrobienia w ciszy.
Westchnęła i otworzyła profil jednego z typów, który pojawił się rano. Jedno zdjęcie na plaży, jedno twarzy – okrągłej, z czarną brodą i włosami w tym samym kolorze. Zakola już widoczne. Ale ładny uśmiech, mimo że zęby trochę pokrzywione. Zmarszczyła brwi. Wyglądał na niższego od niej. A przecież miała sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu i wymagało to minimum stu osiemdziesięciu z drugiej strony. Tego typu matematyka. „Szkoda” – pomyślała. Ale po chwili wzruszyła ramionami. „Co mi szkodzi”. Kliknęła.
Niektóre kryminały też. Wszystko zależy, kto mówi «dzień dobry» i co ma za paznokciami, odpisała, myśląc wcześniej jak tu nieszablonowo odpowiedzieć.
To teraz mam dylemat… bo planowałem «dzień dobry» i kontynuowanie miłej rozmowy, a nie przesłuchanie i odciski palców, odpowiedział tak szybko, że aż się zdziwiła.
Okej. Przekonuje mnie to. Ale ostrzegam, jeśli będziesz dziwnie milczeć, uznam to za podejrzane, poszła w tę retorykę.
Milczeć potrafię dopiero przy kolacji. Zwłaszcza wtedy, gdy na deser jest tiramisu. Ewentualnie, jeśli patrzę na kogoś, kto mnie totalnie zauroczył.
„Aha… już się zaczyna nawijanie makaronu na uszy” – pomyślała. Chciała dać mu pstryczka w nos:
To trzymaj się z dala od tiramisu. Ja mam alergię na kawę i banał. Zaskoczyć możesz mnie tylko prawdą.
Dostał od niej jasny sygnał, że nie będzie tak łatwo.
Wygląda na to, że rozmowa zaczyna się jak thriller romantyczny z elementami dramatu i szczyptą ironii. Czyli brzmi jak coś, w co warto zainwestować kolejne wiadomości.
Zainwestuj. Ale ostrzegam – mój czas to akcje wysokiego ryzyka. I bardzo rosną w wartości, jeśli dobrze się je traktuje.
Chciała zasygnalizować, że nie jest „pierwszą lepszą” dziewczyną z Tindera. Że ma wartości, że ma swoje zdanie. Że trzeba ją szanować.
Pojawił się na czacie nagle – i równie nagle zniknął. Nie wrócił już do końca dnia. Nie robiła sobie żadnych nadziei. Takich „odważnych” zza ekranu spotkała już wielu – szybcy w słowach, tchórzliwi w działaniu. Szukają prostych historii. Dziewczyn łatwych do oczarowania trzema gładkimi zdaniami. Wystarczy głęboki dekolt i biust ściśnięty od boków, by wydawał się większy. Do tego wypięty tyłek, by wyobraźnia mężczyzn mogła pracować bez ograniczeń. Markowa torebka, błyszczyk na perfekcyjnie zrobionym dzióbku i gotowe – kolejka śliniących się facetów do zdjęcia gwarantowana. „Szkoda tylko, że ciało można pokazać łatwo, a mózg trudno” – dopowiedziała z przekąsem.
Skończyła przygotowywać matrycę kompetencji dla działu sprzedaży, porozmawiała z kilkoma osobami w biurze, umówiła się na następny dzień na spotkanie w Promenadzie. Chwilę po siedemnastej wyszła z biura. Jako ostatnia. Biuro opustoszało niemal tak samo, jak w czasach pandemii. Światła przygaszone, cisza niepokojąco znajoma. Skierowała się w stronę wind i bez zwłoki zjechała do garażu.
W korku włączyła muzykę. Pierwszy raz od dawna poczuła, że chce znowu jej słuchać. Przez wiele tygodni jeździła w ciszy, zanurzona w myślach, które nie pozwalały jej oddychać. Tego wieczoru, jakby odruchowo, kilka razy puściła sobie Use Somebody Kings of Leon. Zawsze lubiła wracać do miejsc, w których kiedyś coś czuła. Do zapachów, melodii, zdań wypowiedzianych półgłosem, które na chwilę zatrzymywały świat.
Zanim wróciła do domu, wstąpiła jeszcze na zakupy. Jej lodówka najczęściej świeciła pustkami – wszystko miała tak blisko, że robienie zapasów wydawało się zbędne. Sięgnęła po swoje ulubione kanapkowe zestawienie: porządna warstwa prawdziwego masła i twarożek ze szczypiorkiem. Prosto i domowo.
Od jakiegoś czasu pochłaniała książki o geopolityce i działalności agencji wywiadowczych. Dziś wróciła do jednej z kilkunastu, które ostatnio kupiła. Lubiła być u siebie. Dopiero niedawno zaczęła czuć się w swoim mieszkaniu bezpiecznie – to jej forteca, miejsce, gdzie może zrzucić wszystkie społeczne maski, ubrać wyciągnięty dres i ukochaną, wypłowiałą koszulkę, której nie potrafiła wyrzucić od lat.
Sabina była sentymentalna. Była z tych, co chowają bilety do kina, zapiski na karteczkach, wyblakłe zdjęcia. Każdy drobiazg miał dla niej duszę. Wieczorami w mieszkaniu panowała cisza. I była to cisza kojąca, upragniona – nieodłączna część jej rytuału regeneracji. Przebodźcowana codziennością, odnajdywała w niej coś, czego nie dawały kiedyś huczne domówki, gdzie alkohol lał się strumieniami, a sąsiedzi z pewnością znali upodobania muzyczne gości z mieszkania numer siedem. Dziś nie znosiła już alkoholu.
Budzik zadzwonił punkt ósma. Nie znosiła wstawać wcześniej – niezależnie od tego, ile godzin przespała, czuła się wtedy tak, jakby ktoś brutalnie wyrwał ją z innego świata. Westchnęła ciężko, przeciągając się z oporem, i ruszyła do łazienki. Znów trzeba zacząć wszystko od nowa. Tego dnia nie potrzebowała stroju „na pokaz”. Jechała do sklepu, więc nie chciała wyglądać tak, jakby właśnie zjechała z warszawskiej centrali z miną ważniejszą niż dyrektora sprzedaży. Znała wagę pierwszego wrażenia – najlepsze relacje budowało się przez podobieństwo, nie dystans. Wybrała więc czarne spodnie i kremowy sweter – proste, neutralne, nierzucające się w oczy. W razie potrzeby mogła wejść na salę sprzedaży, wymienić kilka zdań z kierownikami i wyglądać tak, jakby była jedną z nich. Nie szukała uwagi. Szukała spokoju. Przebić się do Promenady, totalnie na drugą stronę Wisły, łatwo nie było, dlatego umówiła się z nimi na dziesiątą. Będzie już po największych korkach.
Nagle powiadomienie w telefonie. To Tinder. Była lekko zdumiona. To pan Mateusz z wczoraj.
Cześć. Wiem, zniknąłem, jak bohater kiepskiego romansu. Ale nie było w tym intrygi. Praca mnie wessała jak czarna dziura. Ten nasz wczorajszy dialog. Masz w sobie coś, co każe się zatrzymać. Pogadamy dalej?
Nie dowierzała, że na taki tekst była w stanie się nabrać, ale działał.
Czarna dziura? Zaintrygowana, ale pod warunkiem, że to nie wymówka z kategorii „znikam jak magia na pierwszej randce”. Co ci chodzi po głowie?, odpowiedziała szybko.
Zielone światło na skrzyżowaniu. Ruszyła.
Po głowie? Twoja „alergia na banały” i że czasem historie zaczynają się jak kryminał. Masz wyjątkowy sposób rozmowy. Inteligentny i trochę z pazurem. Czym się zajmujesz, jeśli mogę wiedzieć?
Był zupełnie inny niż ci wszyscy zbierańcy z tego Tindera. Nie chciał od razu więcej jej zdjęć, nie był wulgarny i prostacki. W rozmowie z nim jednak odczuwała flow, jakiego szukała od początku.
Dojechała do Promenady. Wracała na Pragę Południe z sentymentem – w końcu to właśnie po tej stronie Wisły spędziła jeden z ważniejszych rozdziałów swojego życia. Mieszkała wtedy przy Kinowej, w maleńkim mieszkaniu, które dzieliła kiedyś z dwiema innymi osobami, zanim wreszcie, jako dwudziestosześciolatka, zdecydowała się zamieszkać sama. Nigdy nie lubiła dzielić przestrzeni. Cisza i porządek były dla niej ważniejsze niż towarzystwo. Pamiętała dokładnie, jak wyglądał tamten balkon, jak pachniały poranki i gdzie kupowała warzywa – malutki stragan na rogu ulicy. Dziś w jego miejscu stoi sklep monopolowy. Pewne rzeczy lepiej wspominać niż oglądać je na nowo.
Gdy wchodziła pierwszy raz do sklepu, wszyscy witali ją jak „paniusię z centrali”. Czuć było, że stoją na baczność i robią to, czego bez takiej „wizytacji” by nie robili. Oni zawsze bali się takich wizyt, spodziewali się audytów, reprymendy, wskazywania im palcami, co robią źle. No bo gdy „centrala” przyjeżdża, to na pewno nie po to, by ich chwalić. Ona jako osoba, której wartością było zbudowanie relacji i zaufania, zawsze starała się rozluźnić tę sztywną atmosferę. Z każdym się witała, pytała, jak się mają, nie dlatego, że to było w jej konspekcie wizyty, ale dlatego, że żywo była zainteresowana tym, jak się czują. To oni pracują na jej wynagrodzenie. Tak jak w rekrutacji zawsze chciała, by kandydaci mieli przestrzeń na to, by pokazać siebie z jak najlepszej strony, tak samo w rozmowach z pracownikami chciała, by nie byli spięci.
Porozmawiała z kierownikiem, zapytała o jego cele oraz cele pracowników, sposoby na produktywność, poprosiła o wgląd do harmonogramu zmian i ułożenia grafików. Opowiadali jej o trudnościach, jakie obecnie mają w sklepie. W międzyczasie Sabina podłączyła się na spotkanie z szefową.
Bywały dni, gdy liczba spotkań online przekraczała zdrowy rozsądek. Jechała do sklepu, by „być z ludźmi”, a ostatecznie więcej czasu spędzała z laptopem na Teamsie w pracowniczej kuchni, patrząc w kafelki, niż rozmawiając z zespołem na miejscu. Frustrowało ją to. Ale może tak już miało być – może tak właśnie wyglądała teraz firmowa codzienność, której nie da się cofnąć ani naprawić. Zresztą, była tu dopiero od kilku miesięcy. Wciąż czuła, że dopiero zaczyna – jakby nie zdążyła jeszcze rozpakować się w tej rzeczywistości. Czekając na szefową, którą polubiła, wyciągnęła telefon. Odruchowo otworzyła Tindera. „Co by mu odpisać…” – mruknęła w myślach, drugi raz czytając jego wiadomość.
Dzięki. Czasem słyszę, że to, co piszę zostawia zadrapania. Ale może to opinia tych, którzy nie umieli przeczytać ich do końca. Zajmuję się ludźmi. Rekrutuję. Próbuję zrozumieć. Zwalniam, gdy nie uda się zrobić nic innego. A Ty kim jesteś? Kliknęła „wyślij”.
Brzmisz jak HR-owiec z wbudowanym radarem na ściemę. Ja… analizuje rynek finansowy. Uwielbiam to robić. Dlatego często pracuję do późna, by ze wszystkim zdążyć, i nie mam obaw przed akcjami, obligacjami i giełdą. Prywatnie – jestem facetem, który coraz rzadziej potrafi się zatrzymać. A przy Tobie się to zatrzymanie wydarzyło.
– Cześć, Sabinka – usłyszała w słuchawkach.
To szefowa. I ich cotygodniowy status, podczas którego Ula chciała usłyszeć, co się wydarzyło w minionym tygodniu, co z projektami, które były prowadzone, i jakie plany na kolejny tydzień.
– Cześć, Ula. Daj mi chwilkę, już się z tobą łączę… mam jakieś techniczne problemy z kamerą. Chciała zyskać kilka sekund na czasie, by odpisać na Tinderze.
Dobrze wiedzieć, że nie uciekasz przed rozmową, tylko opóźnieniami. Zatrzymuj się częściej – może wtedy przegapisz mniej – napisała naprędce w oknie czatu, po czym schowała telefon do torby na laptopa i zajęła się rozmową z szefową.
Streściła jej wszystko to, co w jej obszarze odpowiedzialności się działo. Jakie miała trudności, jakie rozwiązania, gdzie była z projektami, co planowała na najbliższy czas i w jakie delegacje wybierała się oraz dlaczego. Przeszło jej przez myśl, by powiedzieć o dyrektorce sprzedaży, ale nie podjęła tematu. Pomyślała, że nie będzie się skarżyć, sama sobie chciała poradzić. Chciała jeszcze poobserwować.
Dzień pracy minął jej szybko. Wrześniowa Warszawa wyglądała naprawdę pięknie. Jeszcze ciepło i słonecznie, ale w powietrzu czuć było już, że niedługo zimno pojawi się na dłużej. Wróciła z siłowni z błyskiem w oku i uspokojonym oddechem. Wewnątrz czuła, jak endorfiny wibrują w niej niczym tancerki na scenie, wybijając rytm do jakiejś wewnętrznej, radosnej melodii. Świat wydawał się jaśniejszy, a każdy krok – odrobinę lżejszy. Usiadła na miękkiej, brązowej kanapie. Zjadła kolację, a po niej otworzyła aplikację.
Tego dnia zaczęła pisać z Mateuszem o wszystkim i o niczym. Cieszyła się jak dziecko, które właśnie odkryło, że śnieg nie tylko spada, ale i pachnie – tym wszystkim, co obiecuje coś nowego.
Po wielu dniach mogła już stwierdzić, że jest to mężczyzna, który nie tylko ją rozumie, ale też współodczuwa to wszystko, o czym ona mu opowiadała. Pisali tak, jakby tylko potwierdzali, że mają te same pomysły na życie, na pracę, podobne wartości, podobne plany biznesowe. Tu wszystko się zgadzało. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Czy tacy mężczyźni jak on jeszcze byli na tym świecie, a do tego wolni? Często zadawała sobie to pytanie. On ją rozśmieszał, codziennie dostawała kawał lub zagadkę na dzień dobry. Bardzo to lubiła. Marcin nigdy nie opowiedział jej żadnego żartu. Czasami wpadała na takie porównania. Nie dostrzegała wad w Mateuszu. Nie była jednak głupia, wiedziała, że jakieś ma. Była w stanie znieść skarpety rzucane na środek pokoju. Cieszyła się z tego, że jest ogarnięty życiowo. Że umie zarabiać pieniądze. Że jest wykształcony. Że potrafił sklejać zdania i ładnie się wyrażać, mówił „tę książkę” i „wziąć”, co wcale nie było takie oczywiste dla tych typów, których poznawała na Tinderze. Że umiał gotować. Że nie jest to kolejny facet, który mieszka z matką, bo nie widzi potrzeby, by było inaczej. Jeśli o nim mówiła, to w taki sposób, który prowadził do konkluzji, że jest idealnie dopasowany do niej.
– Przysięgam ci, Julek… to tak, jakby Tinder wreszcie wypluł nagrodę główną. Nie palacza, nie pijaka, nie świra, nie typa ze znaczkami na zdjęciu. Po prostu ideał – zachwalała go Sabina.
– Aha i co dalej? Po przesunięciu w prawo wylały się z niego cud, miód i empatia? – pytał jej przyjaciel.
– Dokładnie! Pisze pięknie, interesuje się mną, pamięta, co mówiłam trzy dni temu. No bajka!
– Hmm… A niepodejrzane to trochę, że taki bez skazy? Zwykle faceci w Internecie mają chociaż jedną wadę. Chrapią, trzymają ketchup w lodówce albo na pierwszej randce opowiadają o byłej, a tu nic? – dziwił się Julek.
– No właśnie nic! Zero czerwonych flag. Sama się zastanawiam, czy ja jestem zakochana już, czy mnie ktoś zatrudnił w reklamie perfum.
– No dobra, ale jak pisał „cześć”, to było przez „ś” czy „s”?
– Z polskimi znakami. Chociaż z przecinkami bywa różnie! – zaśmiała się Sabina.
– Cholera, to faktycznie poważna sprawa.
– Zazdrościsz? – Mrugnęła do niego i się uśmiechnęła.
– Ja tylko mówię, pamiętaj, że nawet najpiękniej opakowany prezent może w środku zawierać skarpetki. Ale dobra, na razie się ciesz. Tylko ja będę tu z popcornem przyglądać się temu.
– Zgoda. Znamy się wieki, wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej. Obiecaj mi, że jak będzie super, to przynosisz mi czekoladę lub wino. Albo jedno i drugie – negocjowała z radością.
– Zależy, co wyjdzie taniej. Ale trzymam kciuki. I trochę też zaciśnięte pięści, jakby trzeba było reagować.
Znała się z Julianem już dziesięć lat. Pierwszy rok byli parą. Był od niej o kilkanaście lat starszy, a ona była jeszcze niedojrzała do tego, by budować jakiś związek. Co jej przeszkadzało? Julian pracował dużo, podróżował po świecie i miał dziecko, kilkuletnią córkę, o którą była zazdrosna. Nie radziła sobie z tymi emocjami. Miała wiele traum z dzieciństwa, które na tamten moment absolutnie nieodkryte siedziały w niej i niszczyły jej relacje. Rozstali się, ale zostali przyjaciółmi. Przez te wszystkie lata ona pomagała jemu, a on jej. Analizowali swoje związki, rozmawiali dużo, gdy któreś z nich miało kryzysy. Żartowali, gdy tylko mogli, ale oboje też mieli ogrom empatii do siebie. Nie oceniali się wzajemnie. Julian, jak na faceta, umiał w emocje. Czasami myślała, że on mógłby być gejem – tak dobrze ją rozumiał. Wiele razy rozmawiali o kobietach w jego życiu. Często prosił ją o poradę, jak się ubrać na randki. Tłumaczył jej zawiłe meandry ekonomii, polityki, gospodarki. Pracował wiele lat w międzynarodowej korporacji, tempo jak na wyścigu Le Mans. Pełno projektów i głupich szefów, co to muszą pokazać, gdzie jest twoje miejsce. Korporacja zmieliła go i wypluła. Na całe szczęście rzucił tę robotę.
Julian na pewno był jej bezpiecznikiem – mówił jej, gdy „odpływała” w emocje, ale robił to zawsze z szacunkiem do niej. Często ją złościł, bo trafiał w czułe punkty, ale jego rady były dla niej cenne. Sabina nie miała wielu przyjaciół, ale on był jednym z trzech, za których oddałaby życie.
Nie lubiła poniedziałków. Zawsze wtedy odbywało się dwugodzinne, duże spotkanie operacyjne, które prowadziła dyrektorka sprzedaży. Stresowało ją to. Na początku w ogóle nie kojarzyła tego, co oni mówią do siebie. Mówili skrótami, hasłami. Zapisywała szybko: eRCeki, M1 na M2, Magento, PMP, POS, szafy PTL, ZPSS, LFL, ATV, CR, K1, TRB. O Matko! Tego było sporo. No bo jak rozszyfrować zdanie: „ZPSS rośnie, ale LFL leży, CR do poprawy, TRB wstrzymany, a szafy PTL trzeba przeliczyć”? Czy to jeszcze praca, czy już tajny szyfr NATO? Wiedziała, że każda firma ma swój slang, ale też rozumiała, że oni się nią nie zajmą, nie zatrzymają, by coś jej wyjaśnić. Ona sama musi dopytywać tych, z którymi się spotykała, by wiedzieć, co znaczą skróty, by mogła rozumieć sens wypowiedzi. Nie było tam żadnego słowniczka dla nowych pracowników. Szkoda, bo znacznie przyspieszyłoby to jej wdrożenie.
Dyrektorka była bardzo wysoka, miała ciemne rude włosy, trochę za ucho, świecącą się skórę, długie paznokcie w czerwonym odcieniu, jakby stanowiły osobną deklarację władzy. Nos jak połączenie wszystkich trzech nosów wiedźm z filmu Hokus Pokus. Usta potraktowane kwasem hialuronowym, tak, że wyglądały jak nadmuchane do granic, żyjące własnym życiem. Całkiem spory biust, głos niski, którym to przerzucała się sloganami, tonem mentorki, która zna odpowiedź na każde pytanie, nawet jeśli nikt jej o nic nie pytał. Ubierała się tak, by nikomu nie przyszło na myśl, że nie ma gustu, w końcu to praca w branży „fashion”, tu trzeba odpowiednio dobierać bieliźnianą, satynową sukienkę do wełnianego swetra.
Rozmowę rekrutacyjną pamiętała całkiem wyraźnie. Dyrektorka była konkretna, rzeczowa, ale potrafiła też się uśmiechnąć. W jej głosie słychać było oczekiwanie profesjonalizmu. Miały pracować razem, ramię w ramię. Sabina miała być dla niej wsparciem – kimś, kto z poziomu HR nie tylko reaguje, ale rozumie i przewiduje. To było coś, co Sabinie przychodziło naturalnie. Robiła to od lat. Na tyle dobrze, że za każdym razem, gdy wcześniej żegnała się z jakąkolwiek firmą, słyszała, że „szkoda, że odchodzi”. Lubiła to – nie komplementy, ale poczucie, że zostawia po sobie porządek, strukturę, ludzką jakość. Tak pracowała. I tutaj też chciała. Pracowała na swoje nazwisko.
Pierwsze spotkanie z dyrektorką do tej pory uruchamia jej ciarki na plecach. Zaplanowały, że najlepiej będzie zrobić to na żywo. Podczas wdrożenia miała umawiać się z kluczowymi osobami w jej obszarze biznesowym. Miała już za sobą spotkanie z trenerkami, które według niej pracowały za wolno; z kierownikami regionalnymi, gdzie trzech z nich oceniła jako tych, na których trzeba uważać; z dziewczyną, która prowadziła operacyjny projekt dla sprzedaży i który miała sama szybko przejąć; oraz z zespołem C&B.
Przyszła do biura. Usiadła w zarezerwowanej sali konferencyjnej, czekając na dyrektorkę. Weszła spóźniona kilkanaście minut. Rozłożyła laptop, obok położyła kawę w papierowym kubku ze znanej kawiarni, rzuciła jakieś dokumenty na stół. Miała na sobie dżinsową sukienkę, która uwypukliła jej już mało wysportowany brzuch. Przywitała się z uśmiechem, szeroko, a chłodno.
– Cześć, Sabina. No to co, wdrożona już jesteś? Bo ja mam tu dla ciebie konkrety. – Pod przykrywką zatroskania chciała przejść od razu do sedna.
– Trudno mówić o wdrożeniu po dwóch tygodniach łapania struktury i priorytetów oraz poznawania ludzi – oznajmiła Sabina, dając między wierszami do zrozumienia, że wcale nie jest prosto.
– Świetnie, to teraz trochę realiów. Potrzebuję cię przy planowaniu FTE. Aktualnie mamy za dużo ludzi w sklepach. Za dużo, jak na to, co sprzedajemy.
– Okej. Czyli planujemy redukcję?
– Nie planujemy, tylko realizujemy. Zrobisz mi przegląd FTE na każdy region. Zaczynamy od największych kosztów. – Tu zrobiła pauzę. – Nie chcę słyszeć o ludziach, tylko o efektywności i produktywności.
– Struktura organizacyjna również…?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
12 dni ciszy
ISBN: 978-83-8423-463-1
© Vera Wilcza i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Magdalena Białek
KOREKTA: Bogusława Brzezińska
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
