Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwie siły napędzają świat: miłość i wojna
Janek dorasta w sennym miasteczku na Mazowszu – jego życie toczy się wolno, między szkołą a pracą w rodzinnym gospodarstwie. Przeżywa pierwsze zauroczenia, dojrzewa, uczy się siebie, kobiet i bliskości. Jest bystrym chłopakiem, lubianym przez nauczycieli, a matura to dla niego tylko formalność. Marzy o studiach i wielkim świecie.
A potem przychodzi wrzesień 1939 roku.
Niepokojące szepty o wojnie narastają, ale nikt nie wierzy, że zawierucha naprawdę zapuka do ich drzwi. Przecież w małych miasteczkach nie spadają bomby. A jednak – groza wlewa się nieproszona w znajome uliczki i zmienia codzienność Janka, jego rodziny i przyjaciół.
Dawny porządek przestaje obowiązywać. Zasady, które dotąd dawały oparcie, kruszeją z każdym dniem. Wartości, w jakie wierzyli mieszkańcy, zostają wystawione na ciężką próbę.
Bo gdy wróg rozgaszcza się wśród nich, nic nie jest już oczywiste. A gdy odchodzi – zostawia w sercach ciszę i spustoszenie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 702
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aleksander Ławski
Życie w matni
Spotkałem mojego kolegę Staśka. Niósł łubiankę.
– Dokąd idziesz? – zapytałem.
– Po truskawki do Moldki.
Moldko to jeden z bogatszych gospodarzy na naszej ulicy i powinowaty Staśka.
– Pójdę z tobą, jak chcesz.
– Ale może cię wygonić.
– To ucieknę nad rzekę.
Było przedpołudnie, piękna, słoneczna czerwcowa pogoda. Pole z truskawkami znajdowało się przy samej drodze. Kilka osób zbierało owoce.
Moldko nie należał do miłych osób.
– Po co żeś go przyprowadził? – fuknął, patrząc na mnie.
– Pomoże mi zbierać – wyjaśnił Stasiek.
Doszedłem do wniosku, że mogę zostać. Wiadomo było, że nie chodzi o żadną pomoc przy zbieraniu, tylko o najedzenie się za darmo tych soczystych smakołyków. Przedłużaliśmy to, ile się dało, ale Moldko nie był głupi. Po pewnym czasie odezwał się:
– No, już koniec, idźcie sobie.
Stasiek miał pełny pojemnik truskawek, a ja byłem nieźle objedzony.
Zastanawiałem się, dlaczego na naszym polu nie ma truskawek i miałem pretensje do ojca, że ich nie posadził.
Moldko mieszkał w starym drewnianym domu krytym słomą, podobnym trochę do dworku. Na swojej ziemi, oprócz tradycyjnych upraw, sadził warzywa i tym odróżniał się od innych, i chyba też przez to był znacznie zamożniejszy.
Rodzina jego składała się z dwóch córek, syna i żony – typowej wiejskiej kobiety, którą niezbyt szanował. Słynął ze swego upodobania do innych niewiast. O jego romansach krążyły różne plotki. A podobał się płci przeciwnej, bo był to mężczyzna wysoki i postawny.
Jego syn, jak to bywa, wydawał się bardzo podobny do ojca. Przed wojną ukończył jakieś szkoły i na naszej ulicy uchodził za inteligenta. Ludzie dlatego też często mu się kłaniali, natomiast on bardzo rzadko. Ożenił się z kobietą z naszej ulicy, którą uważano za prawdziwą elegantkę. Poza tym była zawsze pogodna, czasem nawet uśmiechnięta, i w odróżnieniu od swojego męża mówiła „dzień dobry”.
Pamiętam ich, jak w niedzielę szli wystrojeni do kościoła, a wtedy wszyscy ukradkiem im się przyglądali i podziwiali, jak pięknie wyglądają. Jedynie droga, po której szli, nie pasowała do ich strojów. Niby w mieście, bo ulica należała do miasta, ale przypominała bardziej wiejską nieutwardzoną ścieżkę, rozjechaną przez pojazdy, głównie konne. Po deszczu zbierały się na niej kałuże, które trudno było ominąć i dlatego na rynek dochodziło się prawie zawsze z ubrudzonymi butami. Ludzie z pobliskiej wsi, zza rzeki, gdy w niedzielę szli do kościoła, najczęściej buty nieśli na ramionach. Zakładali je dopiero tam, gdzie były już chodniki.
Kiedyś zawsze zastanawiałem się, jak oni, mając przecież ubrudzone stopy, mogą zakładać na nie czyste obuwie. Czasem po deszczu rowy były pełne wody, wtedy siadali na ich skraju i myli nogi. Dawniej wszelakie pantofle i trzewiki to był spory wydatek i z tego powodu ludzie bardzo je szanowali, aby wystarczyły na jak najdłużej. Od wiosny do jesieni chodzili zwykle boso.
Ulica moja była więc już w mieście, ale bardziej przypominała wieś. Ludzie, wprawdzie miastowi, trudnili się też rolnictwem. Niewielkie, dwuhektarowe działki dawały bardzo skromne utrzymanie w czasie kryzysów.
Moldce robiliśmy różne psikusy. W dni targowe zaprzęgał swojego białego konia i wozem na drewnianych kołach jechał na targ. Czasem kładliśmy na drogę gałęzie tak, aby nie mógł przejechać. Schodził wtedy z wozu i przeklinając, odgrażał się nam, że jak nas spotka, to dostaniemy batem. Mimo że jeździł sam, to baliśmy się go. Wyglądał groźnie, był wysoki i postawny, choć już srebrzył mu się włos. Znali się z moim dziadkiem, ale nie utrzymywali ze sobą bliskich kontaktów. Przypuszczam, że różnili się politycznie. Moldko należał do stronnictwa Witosa, miał dar przemawiania, jak mówili, namawiał ludzi do udziału w wyborach i wskazywał, na kogo mają głosować. Zdobył na owe czasy dość dużą popularność w swoim środowisku i został wybrany posłem na pierwszy sejm po odzyskaniu niepodległości. Przeciwnicy polityczni ze Stronnictwa Narodowego na zebraniach wykrzykiwali pod jego adresem: poseł-osieł. Z opowiadań starszych można było wywnioskować, że mu zazdrościli.
Jak na owe czasy żyło mu się dobrze, nawet bardzo dobrze, a zawód rolnika traktował z godnością, choć mentalnie nie był tradycyjnym polskim chłopem. Był przy tym wyniosły i dumny z tego, co robił. Zapewne należał do zubożałej dawnej szlachty polskiej. Jego dom, jak i pozostałe zabudowania przypominały skromny dworek szlachecki. Miał też swoje słabości, o czym była mowa już wcześniej: lubił kobiety i wdawał się w liczne romanse.
Trzy domy dalej mieszkała trochę dziwna katolicka rodzina, tradycyjni rolnicy. Gospodarz wdowiec, starszy mężczyzna około sześćdziesięciu lat, wychowywał samotnie dorastającego syna.
„Prawie dziesięć lat temu zakończyła się wojna, pobiliśmy bolszewików” – mawiał, choć sam z uwagi na wiek czynnie w tym nie uczestniczył. Trochę interesował się polityką i nie mógł zrozumieć, dlaczego zabili Narutowicza, pierwszego prezydenta, choć sympatyzował z obozem narodowym. Głosił pogląd, że trzeba wspierać wszystko to, co polskie, i nie kupować produktów pochodzenia zagranicznego. Z tegoż względu nie miewał nawet herbaty ani kawy, bo nie uprawiano ich w Polsce. Co niedziela po kościele kupował gazetę i prawie całe popołudnie dokładnie ją czytał. Stąd też wiedział, co się dzieje w świecie i w ojczyźnie. Na owe czasy był dość światłym człowiekiem. Z niepokojem pzreglądał rubrykę towarzyską: kto się z kim ożenił, a kto rozwiódł i kto odszedł z tego świata. Ze strachem stwierdzał, że większość zgonów to ludzie w jego przedziale wiekowym, pięćdziesiąt – siedemdziesiąt lat, ale zdarzali się i znacznie młodsi. Ta część gazety nie była dla niego miła i za każdym razem wywoływała w nim jakiś lęk.
Jego problem polegał na tym, że bez kobiety w gospodarstwie nie sposób było się obejść. Doradzano mu, aby się ożenił, więc zaczął poszukiwania odpowiedniej kandydatki. Znalazł na sąsiedniej wsi młodą i ładną dziewczynę, której rodzice z niewiadomych przyczyn nie żyli. Dziewczyną opiekowała się ciotka, siostra matki. Udał się więc Stanisław do swatki, a następnie postanowił zaprząc dwa konie do wozu i pojechać do wybranki, oczywiście konie i wóz odpowiednio przyozdobiwszy. Założył nowy surdut, który wisiał w szafie i czekał na szczególne okazje, białą koszulę zapinaną pod szyję oraz tradycyjne czarne buty z cholewami. Zabrał ze sobą butelkę wódki z białą główką oraz obowiązkowo swatkę. Tak wystrojony i wyposażony w niedzielę po sumie zajechał pod dom oblubienicy. Oczywiście wizyta była przez swatkę wcześniej zapowiedziana. Trzeba przyznać, że gospodarz wyglądał dostojnie: był dość wysoki, choć lekko przygarbiony, a jego wiek zdradzały siwe włosy i mocno spracowane ręce. Niemniej jednak zrobił dobre wrażenie na rodzinie. Nie było potrzeby dużo gadać o sobie, bo wszyscy sąsiedzi prawie wszystko o sobie wiedzieli. Mimo to tradycyjnie się przedstawił:
– Jestem Stanisław Kolski.
Na to odpowiedział mąż ciotki:
– A witamy, witamy, zapraszamy do pokoju.
Samo zaproszenie do najlepszej izby oznaczało, że został przyjęty życzliwie, a swaty zakończą się powodzeniem. Wszystko w zasadzie było jasne bez słów. W tej sytuacji Stanisław wyciągnął z kieszeni surduta wspomnianą już wcześniej wódkę i postawił ją na stole. Był nieco zakłopotany, gdyż z poprzednią żoną znali się od dziecka i byli w podobnym wieku. Zdawał sobie sprawę z tego, jaki jest cel wizyty i po co tu w ogóle przyjechał, i wiedział, że muszą mu tę dziewczynę pokazać. Wiedział także, że będą jakieś negocjacje dotyczące posagu i był na to przygotowany. Potrzeba kobiety spełniającej funkcje gospodyni oraz żony nie była dla niego błahą sprawą.
Z opowiadań swatki wynikało, że jest to kandydatka w sam raz dla niego, ale jak to nieraz bywa, swatka nie powiedziała mu wszystkiego.
Po chwili niezręcznej ciszy Stanisław odezwał się:
– Czy możecie poprosić pannę Janinę?
– Zaraz przyjdzie, poszła przewiązać krowy – odezwała się ciotka.
Na stole znalazła się już przekąska w postaci kiełbasy, chyba własnego wyrobu, sera białego i ogórków kiszonych. W czasie, gdy gospodyni zajęta była przygotowaniem poczęstunku, do izby weszła odświętnie ubrana panienka. Miała na sobie kolorową spódnicę, sznurowane trzewiki, na białej bluzce obcisły żakiecik podkreślający talię i średniej wielkości piersi, a na głowie zawiązaną do tyłu wzorzystą chustę. Była blondynką średniego wzrostu.
Stanisław oniemiał, nie spodziewał się, że może okazać się tak piękną kobietą. Dziewczyna spuściła głowę, na twarzy wykwitł jej rumieniec, zawstydzona dygnęła i przywitała go:
– Witam was.
Wdowiec, urzeczony urodą przyszłej żony, zaniemówił. Sądził, że spotka tu typowo wiejską kobietę, gospodynię, a tu taki okaz piękności. Przez chwilę zastanawiał się, czy się nie wycofać. Ciotka zauważyła jego zadumę, więc zaczęła wyliczać zalety Janiny: że jest bardzo dobra, że zna się na gospodarstwie, dobrze gotuje i że będzie miał z niej pociechę.
– To, że młoda, to nie szkodzi – zapewniała. – Na pewno przywyknie do was.
Stanisław odkorkował butelkę i polał w kieliszki. Czuł się zakłopotany. Zastanawiał się, co powiedzieć. Jedyne, na co się zdobył, to wyjąkał:
– Za zdrowie.
– Stanisławie, będziecie mieli piękną żonę.
– Widzę.
– Jest ładna i gospodarna – potwierdziła ciotka.
Mężczyźni wypili po całym, kobiety tylko umoczyły usta.
Stanisław widocznie wszystko już przemyślał, bo dziewczyna zauroczyła go.
– Chciałbym prosić o rękę panny Janiny, o ile zgodzi się rodzina.
– Oczywiście, godzimy się – odezwała się ciotka.
Mąż ciotki nic nie mówił, miał jakąś smutną minę.
Janina opuściła głowę, tak jakby była zawstydzona, a po chwili rzekła:
– Zgadzam się.
Widać było po wszystkich, z wyjątkiem Janiny, że pierwszy cel wizyty został osiągnięty. Stanisław rozlał resztę wódki w kieliszki i znów wychylili,,za zdrowie”, ale tym razem do dna. Nawet Janina wypiła pełny kieliszek.
Nikt nikogo się nie pytał, czy oblubieńcy się sobie podobają, widocznie w tych środowiskach to nie była sprawa najważniejsza. Przyszły mąż starym zwyczajem zapytał, co Janina wniesie w posagu. Zapanowała cisza. Po chwili ciotka wyjaśniła, że majątek po rodzicach Jasi został po ich śmierci podzielony i obecnie żadnego majątku Jasia nie posiada, a jedynie jakieś wyposażenie w posagu dostanie.
– Nie musi żadnego majątku wnosić. Mam własne gospodarstwo i to nam wystarczy, będzie u mnie żoną i gospodynią – zdecydował Stanisław.
Swatka jeszcze zaczęła wymieniać jego zalety: jaki to dobry gospodarz, jaki światły, co niedziela jeździ do kościoła na sumę, a nawet polityką się interesuje i wspiera to, co polskie. Wcześniejsze opowiadania kobiety na temat Janiny na nic się zdały, gdyż widać było wyraźnie, że dziewczyny chcą się jak najszybciej pozbyć. Mężczyzna wyczuwał, że coś tu nie jest w porządku, że aż nazbyt są dla niego życzliwi, a przecież w tym czasie tak zwane wiano było obowiązkowe i w ogóle, kto by chciał ożenić się z dziewczyną, która nic nie wnosi do gospodarstwa. On jednak dość już miał samotności, pragnął kobiety, Janina mu się bardzo podobała, a i ona, piękna dziewczyna, też zechciała tak starego na męża. Już wyobrażał sobie noc poślubną.
To pragnienie przesłoniło mu wszelkie niebezpieczeństwa, jakie mogły czyhać później. Nigdy wcześniej nie doznał takiego uczucia. Miał sześćdziesiąt lat i zastanawiał się, czy sprosta wszystkim wyzwaniom bycia z młódką. Dwanaście lat już nie miał kobiety, po nocach nieraz mu się śniło, że się kocha z dawną żoną, a nawet z sąsiadką, z pożądaniem patrzył na inne niewiasty. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że możliwe jest tak po prostu kochać się z kobietą, więc czekał na żonę. Teraz to objawienie, które zobaczył, wywołało dreszcze, stąd też nie stawiał żadnych warunków.
Był początek lata. Stanisław po namyśle zaproponował, aby wesele odbyło się po żniwach, bo tak było w obyczaju i to była odpowiednia pora. Domownicy przystali na ten pomysł.
– Wrzesień to będzie odpowiednia pora – potwierdziła ciotka.
Rozmawiali jeszcze o spodziewanych plonach. Mąż ciotki, jako gospodarz, oprowadził gościa po obejściach gospodarskich i pokazał cały dobytek. Chwalił się końmi, że mocne i pracowite, i że trzy krowy dają dużo mleka, z którego robi się sery i masło na sprzedaż. Widać było, że dobrze im się wiedzie. Janina, wychowywana w takich warunkach, powinna być dobrą gospodynią.
Stanisława coś w tym wszystkim zaniepokoiło i zaczął nurtować go pewien problem – taka ładna i miła, więc dlaczego chcą się jej jak najszybciej pozbyć? Zadał to pytanie swatce.
– Szukali statecznego męża dla pięknej dziewczyny, a wy jesteście dobrym kandydatem. Będziecie mieli młodą żonę. W ogóle jesteście jeszcze przecież dziarskim chłopem – odrzekła. – A poza tym słowo się rzekło, wódka wypita, nie honor odwoływać.
Tak naprawdę Stanisław nie miał z kim porozmawiać o tym swoim ożenku. Słyszał o różnych romansach, wiedział nawet konkretnie, kto do kogo chodzi. Zdarzało się czasem, że to kończyło się bardzo źle, ale czy jemu musi się to zdarzyć, zastanawiał się z niepokojem. Poprzednią swoją żonę przecież szanował, a też była od niego młodsza o parę lat i nigdy nie przyszło do głowy, ani jej, ani jemu, żeby bawić się w jakieś nieczyste związki z innymi.
Stanisław nabrał jakiejś nowej ochoty do życia. Wyobrażał już sobie pierwszą noc z Janiną i jak to będzie. Jednak towarzyszył mu lęk, że nie sprawdzi się jako mężczyzna i zastanawiał się, czy w ogóle warto narażać się na takie niewiadome. Chodziły mu dziwne myśli po głowie, nawet to, że najlepiej byłoby się sprawdzić, ale nie wiedział, jak to zrobić. Posłał syna po swatkę, gdyż miał potrzebę z nią o tym porozmawiać i liczył na to, że może ona coś poradzi. Z niecierpliwością jej oczekiwał. Przyszła pod sam wieczór.
– Co tam, Stanisławie?
– Oj, wiecie, mam kłopot. Ona młoda, ja stary, nie wiem, czy dam sobie radę z nią w łóżku.
– To wasz kłopot. No, może być z tym różnie, choć w waszym wieku mężczyźni bywają jeszcze sprawni.
Swatka zastanawiała się, co Stanisławowi poradzić i po chwili odezwała się, że sama jest wdową w jego wieku i też dawno nie miała chłopa, a czasem to nawet się jej chłop śni. Mężczyzna popatrzył na nią trochę zdziwiony. Czyżby mi proponowała siebie? – pomyślał i poczuł się jakoś głupio. Do głowy mu nie przyszło, że to się może wydarzyć. Swatka radziła mu dalej:
– Jest w mieście taki dom, w którym moglibyście się sprawdzić. Różnie go nazywają, ja nawet wiem, gdzie on jest. Tam są kobiety, które za pieniądze wykonują różne usługi.
Stanisław wprawdzie słyszał o burdelach, ale różne rzeczy o nich gadali: że trzeba płacić przy wejściu, że można się zarazić jakąś chorobą i że czasem kogoś okradli albo pobili. Nie widział się w roli klienta takiego przybytku. Milczał, zdawało mu się, że chyba źle zrobił, prosząc swatkę o radę. Ta, widząc jego wahanie, obiecała, że jakoś zaradzi i niech się nie martwi. Pocieszała go, jak mogła, a na końcu rzekła, żeby przyszedł jutro do niej z wieczora i dobrze by było, aby przyniósł jakąś butelczynę. Kobieta mieszkała trochę na uboczu, więc nikt nie powinien zauważyć jego wizyty.
Stanisław czuł się trochę nieswojo i zastanawiał się, co też ona wymyśla. Wpadł na pomysł, że najlepiej byłoby, aby Janina zamieszkała z nim na próbę, to wtedy poznałby ją bliżej. Podejrzewał jednak, że opiekunowie dziewczyny zarówno taką propozycję, jak i jego intencje uznaliby za nieobyczajne. Trochę byłoby wstyd. Potem pomyślał, że może swatka załatwiłaby to pod pozorem jakiejś pomocy w gospodarstwie. Z niecierpliwością czekał na spotkanie z nią.
Następnego dnia wieczorem Kolski trochę się obmył, schował do kieszeni butelkę wódki i boczną ścieżką za chałupą poszedł na spotkanie ze swatką. Po drodze martwił się, żeby tylko nikogo nie spotkać, bo musiałby wtedy powiedzieć, dokąd idzie. Szczęście mu dopisało, niezauważony dotarł do chałupy wdowy. Kiedy pies zaczął ujadać, ta wyszła mu na spotkanie, uciszyła zwierzaka i zaprosiła gościa do środka. Weszli do pomieszczenia, które było zarówno sypialnią i pokojem dziennym. Było tam czysto i schludnie, a na stole stały przygotowane przekąski.
Swatka, jak to było w obyczaju, nic za darmo nie robiła. Stanisław opłacał jej usługi w różny sposób, w tym wykonując rozmaite zadania z pomocą swoich koni. Kobiecina też prowadziła małe gospodarstwo. Miała krowę, kury i jakiś inny drób.
Dzisiaj zauważył, że ubrana jest trochę inaczej niż dotychczas. Bluzka miała krótkie rękawy, a włosy upięte były jakoś tak fantazyjnie. Jak na swoje lata miała jeszcze niezłą figurę.
– Siadajcie – powiedziała do gościa.
Stanisław wyjął butelkę wódki z niebieską główką. Żeby rozmowa toczyła się raźniej, trzeba się było koniecznie napić. Mężczyzna nalał do szklaneczek trochę trunku. Swatka bezceremonialnie przysunęła swoje krzesło bliżej niego. Piła równo z nim. Po kilku kieliszkach świat zaczął wyglądać bardziej różowo. Wdowiec poczuł się pewniej, kiedy głaskała go po ramieniu. Po chwili jej ręka znalazła się na jego udzie. Przez całe ciało przeszedł mu silny dreszcz. Swatka wiedziała, co robi. Wypili jeszcze po jednym, a potem przysunęła się jeszcze bliżej.
– Wy się mnie nie bójcie, ze mną to tak jak przy konfesjonale, nic się nie wyda i nikt o niczym się nie dowie.
Kobieta dalej czyniła swoje, masując go czule. W pewnym momencie stwierdziła, że jest bardzo dobrze i należy się szybko rozebrać i pójść do łóżka. Gość, jak w hipnozie, spełniał jej polecenia. Chciał jak najszybciej posiąść gospodynię i przy tym sprawdzić, czy wszystko pójdzie, jak należy. Po wielu latach seksualnego postu wreszcie był znów mężczyzną. Swatka pomagała mu, jak mogła, wprowadzając go w tajniki szczęśliwości. Dosiadła go i płynnymi ruchami, balansując biodrami, galopowała, aż do osiągnięcia zamierzonego celu. Stanisław nigdy się tak nie kochał, był w siódmym niebie, mimo że orgazmu nie osiągnął.
– To była próba, Stanisławie. Nie jest tak źle, ale następnym razem wypijemy dopiero po zabawie w łóżku – powiedziała swatka.
Mężczyzna już zupełnie otrzeźwiał i nie wiedział, co powiedzieć. Stwierdził w końcu, że jest odważną kobietą i ma bogate doświadczenie. Odpowiedziała, że przecież wszystkiemu można zaradzić.
Taka terapia bardzo się Stanisławowi spodobała i dziwił się, jak przez tyle lat mógł żyć w celibacie. Zastanawiał się jednak, czy to nie grzech kochać się z kobietą i to w taki sposób. Czy z tego powodu nie powinien w niedzielę po sumie pójść do spowiedzi? Ciekaw był, co na to powie ksiądz. Tak rozmyślając, szybko się ubrał i oświadczył, że idzie już do domu. Wdowa pożegnała go i zaproponowała, aby przyszedł w przyszłym tygodniu w czwartek, też o tej porze. Rzekła jeszcze, aby wódki już nie przynosił, bo została prawie połowa butelki. Kolski przytaknął i wyszedł.
Gdy wrócił do domu, syn jeszcze nie spał.
– Gdzie, ojciec, byłeś? – zapytał.
– Miałem sprawę do załatwienia – rzucił tylko. Bał się, aby chłopak nie poczuł od niego wódki.
Po tym spotkaniu nadal obawiał się ożenku, ale jednocześnie bardzo go chciał. Dopiero teraz wystraszył się na poważnie, że nie da rady młodej kobiecie. Ze swatką, według niego, nie za dobrze mu poszło.
W nocy nie spał, różne myśli przychodziły mu do głowy. Czuł do siebie jakąś niechęć, nie był spełniony i wciąż pragnął kobiety, choć tak właściwie to sam do końca nie wiedział, czego chce. Swatka pomagała mu w pracach domowych, a czasem nawet coś ugotowała. Odrabiała w ten sposób za prace w polu – usługa za usługę. Stanisław nigdy wcześniej nie widział w niej kobiety do łóżka, ale teraz w jego życiu coś się zmieniło i bardzo starał się to zrozumieć. Do tej pory musiał sam ogarniać dom – pranie, gotowanie, sprzątanie, dojenie krów, zadanie karmy zwierzętom domowym, a i pies musiał co dzień dostać swoją porcję. Pomagali mu też chłopak sąsiada oraz dorastający syn, który częściowo wykonywał kobiece zadania. Najgorzej było z praniem, obaj nie lubili tego zajęcia. Raz na miesiąc robiła to więc swatka.
Zjawiła się po trzech dniach od spotkania, aby posprzątać i coś doraźnie uprać. Stanisławowi zdawało się, że czuje się bardziej swobodnie niż przed wcześniejszym spotkaniem. W pewnym momencie zagadnęła:
– Wy się słabo odżywiacie. Do młodej baby to trzeba mieć siłę, a siła to mięso, jaja, smalec, ser. To trzeba jeść i przez kolejne trzy dni sobie nie żałujcie. Zobaczycie, że będzie lepiej – pocieszała go.
Patrzył na nią jakoś inaczej niż wcześniej. Zwrócił uwagę na jej ubiór i wtedy także dostrzegł jej walory kobiece. Poczuł się totalnie zamotany. Jego w miarę poukładane życie zostało ostatnio zaburzone i nie mógł w nim odnaleźć sam siebie.
Zbliżała się niedziela. Stanisław uprzedził syna, że ma zostać w domu, a on sam pojedzie na mszę. Po porannym obrządku zjadł z chłopakiem śniadanie, bardziej obfite niż zwykle. Dzieciak zwrócił na to uwagę, dziwiąc się, że aż tak suto dzisiaj: kawa zbożowa z mlekiem, biały ser własnej produkcji i do tego wędzonka. Obaj najedli się wyśmienicie.
Mężczyzna zaprzągł do wozu tylko jednego konia, bo z dwoma bywał czasem kłopot, i odświętnie ubrany odjechał. Po drodze spotkał sąsiada Moldkę, który też samotnie jechał wozem zaprzęgniętym w białego ogiera. Spotkali się na placu, gdzie zostawili swoje pojazdy.
– Sąsiad też na sumę? – zapytał Stanisław.
Moldko nie odpowiedział, wolał zmienić temat.
– Słuchy chodzą, że sąsiad się żeni. To i dobrze, bo bez baby to nie życie.
– A kto wam o tym powiedział?
– Kobiety mi mówiły.
Stanisław był zdziwiony, jak szybko plotki się rozchodzą i pojął, że faktu zaręczyn nie udało się utrzymać w tajemnicy.
Punktualnie o dwunastej rozpoczęła się suma. Mężczyzna usiadł w ławce blisko konfesjonału i czekał z niecierpliwością, kiedy zjawi się spowiednik. Jego myśli krążyły wokół tego, co ma mu właściwie powiedzieć. Był przygotowany, że ksiądz go upomni, że to grzech kochać się z inną kobietą niż z własną żoną. Zastanawiał się, jaką otrzyma pokutę.
Przy konfesjonale ukląkł pierwszy wierny. Spowiadał się dość długo, widocznie miał dużo grzechów, pomyślał Kolski. Widać było, że ksiądz coś mu tam tłumaczy, po czym nagle mężczyzna odszedł. Stanisław z duszą na ramieniu zajął jego miejsce i pozdrowił duchownego.
– Mów, synu – usłyszał.
– Proszę księdza, zgrzeszyłem – wyznał i począł opowiadać, jak to się kochał ze swatką i że cały czas ma grzeszne myśli.
Pokuta: odmówić trzy zdrowaśki przy bocznym ołtarzu. Ksiądz zapukał, co oznaczało, że to już koniec spowiedzi. Stanisław pocałował przewieszoną stułę i poszedł odmawiać zdrowaśki. Wychodząc z kościoła, znowu natknął się na Moldkę.
– Musiał sąsiad sporo nagrzeszyć, że poszliście do spowiedzi – stwierdził ten.
– A tak jakoś się zdarzyło, czasem trzeba iść – odpowiedział Kolski.
– Zapraszam sąsiada do baru, wypijemy po jednym – zaproponował mu.
– A jak zapraszacie, to chętnie pójdę.
Zostawili konie na placu i zaszli do baru. Stanisław był tu pierwszy raz. Moldko zamówił dwie wódki i śledzia na przekąskę. Stanęli przy kontuarze, a barmanka nalała im po setce.
– No to zdrowie, niech się wiedzie – wzniósł toast Moldko.
Wypili z przyjemnością. Stanisław zjadł śledzia, który bardzo mu smakował. Zapłacili po równo, chwilę pogadali i wyszli. Sąsiad zagadywał wdowca o kobietę, którą mu nastręczono.
– Z gospodarstwa – wyjaśnił ten – ale młoda.
– Jak młoda, to dobrze – odpowiedział.
Wreszcie zmienili temat i zaczęli rozmawiać o polityce, a także o tym, że wszystko drożeje, nawet wódka kosztuje już prawie dwa razy tyle. Stwierdzili, że coś się źle dzieje w Polsce, bo kłócą się w sejmie, a z tego nic dobrego nie może być i ten rząd chyba upadnie. W końcu rozeszli się, każdy do swojego wozu. Stanisław nie kupił gazety, więc wrócił się jeszcze do kiosku. Niestety jego ulubionej nie było, wziął więc jakąś inną – „Kurier Polski”, bo był ciekaw jej zawartości. Dał pięćdziesiątkę chłopakowi, który pilnował konia, i odjechał do domu.
Po drodze przypomniała mu się odbyta niedawno spowiedź. Ksiądz wcale go nie zganił, a te trzy zdrowaśki to chyba dał tak na odczepnego, bo to przecież żadna kara. Tak do końca nie wiedział, czy to kochanie to był grzech, czy nie. Chyba grzech, bo trzy zdrowaśki to jednak jakaś kara, stwierdził, ale nadal nie był pewien. Tak rozmyślając, dojechał do domu.
Syn, przyzwyczajony do prac domowych, gotował rosół z koguta, a także zrobił ciasto na kluski. Stanisław popatrzył na to wszystko i pochwalił go:
– Dzielnie się, synu, spisałeś.
– Jak niedziela, to niedziela – odrzekł chłopak.
Po chwili usiedli do spożywania obiadu, który w niedzielę zawsze musiał być bardziej uroczysty.
Ojciec wspomniał, że ma zamiar się ożenić.
– Wasza wola – odpowiedział mu potomek.
Matki prawie nie pamiętał, tylko jak przez mgłę. W jego świadomości przetaczał się jej nikły obraz. Widział, jak ojciec się sam męczy i wykonuje prace należące do kobiety. On także w znacznym stopniu był przyuczany do kobiecych robót. Kończył właśnie szkołę podstawową i nie chciał iść do terminu, aby wyuczyć się zawodu.
Stanisław myślał, że zostawi go na gospodarstwie, bo nie miał innego następcy, lecz chłopak chciał iść do gimnazjum. Uczył się nieźle. Decyzje co do jego przyszłości jeszcze nie zapadły.
Po obiedzie Kolski dał synowi wolne, a ten zaraz poszedł do kolegów. Ojciec wziął się za obrządek dobytku. Po ich ulicy plotki szybko się rozchodziły. Koledzy zapytali Janka, bo tak się syn nazywał, czy to prawda, że jego ojciec się żeni i to podobno z młodą kobietą, która będzie jego macochą.
– Nie moja sprawa, tylko ojca – odpowiedział im.
Sam już oglądał się za dziewczynami. Podobała mu się taka Rózia z sąsiedniego domu, dziewczyna ładna, o ciemnej karnacji. Chodziła do tej samej szkoły co on, ale wstydził się z nią nawet rozmawiać. Koledzy zauważyli, że się jakoś koło niej zawsze kręci i, jak to w szkole, podśmiewali się z niego, że szybciej się ożeni niż jego ojciec. Rózia była córką gospodarza znanego ze skłonności do alkoholu. Mężczyzna zajmował się też transportem. Woził węgiel do innych gospodarstw, zboże do młyna, a także wykonywał różne inne usługi w polu, jak zwożenie siana do stodół czy oranie ziemi. Nieraz się upijał. Wracając do domu, czasem usypiał na wozie, a koń sam go przywoził, i nie były to rzadkie przypadki. Jak widać, koń był dobrze zorientowany w tym, jakiego ma pana. Ten jednak nie szanował zwierzęcia i często używał bata.
Cholewa, bo tak ten sąsiad miał na nazwisko (nawet nie wiem, jak miał na imię), nie był z gruntu złym człowiekiem. Zdarzały się jednak różne krytyczne sytuacje, kiedy inni, nawet rodzina, odwracali się od niego, aby mu tylko nie pomóc. Stąd też, aby nie zostać bez pieniędzy, pracował dla innych. W niedziele nigdy nie furmanił. Latem puszczał wolno konia na łąkę, a sam kładł się pod kasztanem i odpoczywał. Była to jedna z jego nielicznych przyjemności, a dla konia na pewno jedyna. Żonę traktował bardzo tradycyjnie, odpowiadała za porządek w domu oraz obrządek dobytku: krowę, świnie, kury i psa. Wszystko to należało do niej, jedynie koń był pod jego opieką. Jednak gdy się upił, to i konia musiała nakarmić. Czasem, jak coś było nie po jego myśli, a był po alkoholu, to i żonę batem zdzielił; skarżyła się nieraz sąsiadom.
Razem z nimi mieszkał jego kuzyn, który zajmował osobny pokój. Kuzyn miał zdolności muzyczne, sam się nauczył grać na harmonii. Przeważnie w niedziele zapraszali go sąsiedzi, żeby umilał im czas swoją grą, a robił to dla przyjemności i nigdy nie żądał zapłaty. Znał wszystkie modne wówczas przeboje.
Pokój kuzyna Cholewy znajdował się naprzeciw sypialni gospodarzy i ich dzieci, więc chłopak, chciał czy nie chciał, wysłuchiwał ich nocnych rozmów i nie tylko. Opowiadał później Stanisławowi, jak ten zwraca się do żony: „no posuń się trochę”, „no nie ściskaj tak tych kolan”, „rozsuń te kolana”, a ona odpowiadała: „tobie to mało i mało”. W tym samym pokoju spało jeszcze ich dwóch synów, a córka Rózia miała swój kąt w kuchni na sofie. Jeden z synów był wyraźnie niedorozwinięty, a drugi bardzo cherlawy, obaj mieli padaczkę. Nie wiem, jak dzieci znosiły te zachowania rodziców.
Żona Cholewy, daleka kuzynka Stanisława, drobna, chudziutka kobiecina, wiele lat później zachorowała na gruźlicę i zmarła. Cholewa został wtedy sam z dorosłą córką, która, jak mawiali inni, wdała się trochę w ojca. Nie było tajemnicą, co się dzieje u sąsiada, bo na naszej ulicy sąsiedzi prawie wszystko o sobie wiedzieli. Czasem się kłócili, a innym razem pomagali sobie wzajemnie.
Do dobrego obyczaju należało częstowanie po świniobiciu kaszanką, kiszką-czarnym czy nawet kiełbasą, co oznaczało jednocześnie, że w przyszłości częstowany powinien się tym samym odwzajemnić. Wprawdzie był to obyczaj wiejski, ale stosowany także przez wszystkich gospodarzy z naszej ulicy w mieście.
Cztery domy dalej, u sąsiada, który nazywał się Krawiec, choć nigdy nic nikomu nie uszył, zdarzyła się rzecz, której nikt nie przewidział. Po świniobiciu żona Krawca przygotowała całą patelnię świeżeniny i do tego jakąś butelkę zdobycznego alkoholu, tak jak to było w obyczaju. Usiedli domownicy do stołu, żeby raczyć się mięsem i popijać mocny alkohol. Kobiety i dzieci nie piły, poza starszym synem, któremu ojciec pozwolił. Na drugi dzień gospodarz, jego pierworodny oraz zięć dziwnie się poczuli. Mieli bóle brzucha, zawroty głowy i upośledzone widzenie, a objawy nie ustępowały. Wezwano felczera, który podjął decyzję o przewiezieniu ich do szpitala. Posłano po Cholewę, aby ich zawiózł, lecz go nie było w domu. Udano się więc do Kolskiego, który po wysłuchaniu historii Krawcowej o jedzeniu poprzedniego dnia mięsa i piciu alkoholu niewiadomego pochodzenia szybko zaprzągł konie, wymościł wóz słomą i podjechał pod dom Krawców. Chorzy prawie nic nie widzieli i z trudem weszli na wóz, cały czas pojękując.
Stanisław słyszał o zatrutym alkoholu, ale nigdy nie widział skutków jego wypicia. A te miały nadejść dopiero za parę dni i ostatecznie okazały się tragiczne dla pijących. Tylko najstarszy syn przeżył, ojciec i zięć w męczarniach zmarli. W pogrzebie uczestniczyła większość sąsiadów, prawie z każdej chałupy ktoś był.
Pierworodny został, jako najstarszy, na gospodarstwie, a był prawie niewidzący – postacie ludzkie widział jak przez mgłę. Żal mi było tej rodziny i zastanawiałem się, jak oni sobie dadzą radę. Mieli niewielki kawałek ziemi, a do wszystkich robót w polu potrzebny był koń. Wiadomo było również, że nikt za darmo nie będzie chciał w polu robić. Ojciec i zięć pracowali na kolei, był to stały i pewny dopływ gotówki, ale wszystko nagle się skończyło. W rodzinie zapanował niedostatek, żeby nie powiedzieć – bieda. Byli i tacy, co się cieszyli, bo zawiść, zazdrość i złośliwość nigdy tak do końca ludzi nie opuszczały.
– Dobrze im tak, niech zobaczą, co to bieda – złorzeczyli.
Do Krawców przyjechał na rowerze dzielnicowy, który chciał wiedzieć, skąd mieli ten spirytus. Powiedzieli, że zięć przyniósł, ale nie wiedzą, skąd. Policjant pytał też sąsiadów, lecz nikt nic nie widział i nie wiedział. Pojawienie się mundurowego na ulicy wzbudzało zawsze respekt. Przecież mógł się do czegoś przyczepić, dlatego też nikt nie wchodził mu w drogę.
***
Stanisław przygotowywał się do żniw, chodził po polu i sprawdzał, czy kłosy są już dojrzałe. Wieczorem przyszła swatka, wezwana przez jego syna. Ona nigdy nie zawiodła i zawsze miała czas dla Stanisława.
– Co tam potrzebujecie? – zapytała.
– Trzeba napiec chleba przed żniwami, bo lada dzień będziemy kosić.
– No to dajcie dzieżę, zrobię zakwas.
Swatka wiedziała, że z tego chleba to i ona skorzysta, bo weźmie sobie bochen do domu. Gdy zostali sami, przypomniała mu, że jutro czwartek i ma do niej przyjść.
– Pamiętam, pamiętam – potwierdził gospodarz.
Miał jednak jakieś wewnętrzne opory i nie był pewny, czy dobrze robi. Spowiedź nie rozwiązała jego problemu, czuł, że coś jest nie tak i dalej nie miał z kim pogadać. Zbliżał się wrzesień, a wraz z nim wesele. Często o tym rozmyślał i teraz też zajęło mu to głowę. Wiedział, że już pora zaprosić niektórych sąsiadów, oczywiście tylko tych, z którymi miał bliższy kontakt, i tych, z którymi się wzajemnie zapraszali. W grę wchodził Moldko, ale Cholewa to tylko na ślub, bo jakby się upił na weselu, to na pewno wszcząłby awanturę i rozgonił biesiadników – z tego znany. Stanisław pomyślał, że osobiście będzie zapraszał sąsiadów i rodzinę. Do obowiązków pana młodego, jeżeli można było go tak nazwać, należały zakup alkoholu i zapłata orkiestrze. Zdawał sobie z tego sprawę, a jako gospodarz miał przecież zaoszczędzone pieniądze. Ponadto uznał, że będzie musiał kupić odświętne ubranie dla siebie i syna.
Swatka zrobiła już, co do niej należało, i w pewnym momencie rzekła do Kolskiego:
– No, to ja już pójdę. No, to do jutra.
Jeszcze raz powtórzyła słowa pożegnania i zerkając dość filuternie na gospodarza, wyszła.
Mężczyzna nic nie odpowiedział, zły był na nią, że taka zapobiegliwa. Wyglądało na to, że bardzo jej zależało, aby do niej przyszedł. Później jakoś się udobruchał i pomyślał, że może jednak ona ma rację. Przecież jak nie dałby rady ze swatką, to co dopiero miałby począć z taką młodą żoną, a rozwieść się nie można. Janina stanęła mu przed oczami i poczuł, że jej pragnie. Nie sposób było zrezygnować z takiego uczucia. Chciał być z nią, aby ją tulić i pieścić. Postanowił, że na pewno nie zrezygnuje z wesela. Do swatki mógł pójść albo nie pójść – bił się z myślami. Jednak brak doświadczenia z młodą kobietą utrudniał mu ocenę sytuacji, w jakiej się znalazł. Wstyd się mu było przyznać przed samym sobą, że swatka jest kobietą zastępczą, choć przyszło mu do głowy, że ze względu na wiek może lepiej byłoby ożenić się z nią. Była trochę od niego młodsza i na pewno zajęłaby się gospodarstwem.
Siedział na stołku przed pieńkiem i klepał kosy, wcześniej zrobił porządek w stodole, a planował jeszcze pójść do sąsiadów prosić o pomoc przy żniwach. Przecież potrzebne będą ze dwie kobiety do podbierania zboża z pokosów, kiedy Janek będzie wiązał snopki i ustawiał w mendle. Za wszystko trzeba będzie zapłacić albo odrobić, bo nie ma nic za darmo. Kosić miał sam Stanisław z wynajętym dwudziestoletnim chłopakiem. Zastanawiał się tylko, czy da radę młodemu, bo może nie nadążyć, a to nie honor dla gospodarza. Pomyślał, że porozmawia z młodszym Białkiem, który jest daleką rodziną, a on nigdzie nie pracuje i zapewne się zgodzi.
Następnego dnia obszedł sąsiadów, nikt mu nie odmówił. Nawet nie chcieli pieniędzy, tylko końmi za pomoc miał odrobić. Zadowolony był. On też im zawsze pomagał, to i oni, jak trzeba było, nie zawodzili. Lubili go. Nikomu nie wadził, cieszył się szacunkiem, bo nigdy nie łamał danego słowa.
Zbliżał się wieczór, więc Stanisław zrobił wieczorny obrządek, a następnie umył się, zmienił koszulę i czekał, aż słońce zajdzie, aby ruszyć do swatki.
– Gdzie się ojciec tak szykuje? – Syn był ciekaw, dokąd ojciec się wybiera.
– A pójdę do Białków, przecież zaraz żniwa.
Chłopak nic nie odpowiedział, ale Kolskiemu zdawało się, że go przejrzał. Poczuł się nieswojo. Przecież nie powie mu, że idzie do swatki, bo wtedy na pewno zapytałby, po co. I co miałby mu powiedzieć? Przecież nie wszystkie tajemnice trzeba ujawniać. Ta druga strona człowieka czasem jest tak głęboko ukryta, że nigdy nikt się nie dowie, co tam w człowieku drzemie. Skoro ksiądz po spowiedzi nie zadał poważnej pokuty, widocznie nie uznał, że to jakiś istotny grzech. Dlatego też Stanisław stwierdził, że z tych spraw męsko-damskich nie będzie się spowiadał i zrobiło mu się jakoś lżej na sercu.
Myślał już tylko o swatce, przecież to bardzo dojrzała kobieta i na pewno wie, co robi. Faktycznie wiedziała. Stanisław jej się bardzo podobał i w głębi duszy liczyła, że może zrezygnuje z ożenku z Janiną. Niby pomagała mu sprawdzać męskość, ale bardzo starała się przekonać go do siebie. Plan był naprawdę szatański, ale wierzyła w jego powodzenie. W oczekiwaniu na przybycie gościa usmażyła jajecznicę na wędzonce i zaparzyła rumianek z dodatkiem dużej ilości miodu. Założyła sukienkę z krótkimi rękawami, w której wyglądała jeszcze młodziej niż zawsze. Mężczyzna zjawił się po kilku minutach.
– No to jestem – powiedział na przywitanie.
– No, jak tam zdrowie? – zagadnęła. Podeszła do niego i wzięła go za rękę. – No, przytulcie mnie trochę, bo muszę was ośmielić w witaniu się z kobietą.
Stanisław poczuł ciepło ciała swatki i nagle przeszedł mu dreszcz po plecach.
– O, teraz znacznie lepiej – stwierdziła i kazała mu usiąść do stołu. Nałożyła mu jajecznicy z wędzonką i wystawiła niedopitą butelkę wódki.
– Po jednym to można wypić – powiedziała.
Stanisław nalał po pół szklaneczki.
– No to za was – rzekł i wypili do dna.
Potem pochwalił kobietę, że zrobiła dobrą jajecznicę. W trakcie posiłku ona oznajmiła mu, że jutro przyjdzie do niego i upieką chleb.
– Niech tylko syn naszykuje drewna do pieca – dopowiedziała.
Kolski odpowiedział, że zrobi to rano, bo potem idzie do szkoły na jakieś harcerskie zebranie. Wiadomość o tym, że być może go nie będzie, ucieszyła ją, bo to była dobra okazja, żeby dalej uwodzić wdowca.
– Smakowało mi, bardzo dziękuję – odezwał się Stanisław.
– Nie dziękujcie, Stanisławie – odrzekła swatka. – Chciałabym, abyście mi zorali mój kawałek ziemi pod kartofle na przyszły rok.
– Nie ma sprawy, zrobi się – przytaknął.
Kobieta dalej kusiła swojego gościa, dlatego przysunęła blisko niego swoje krzesło.
– No, nie bójcie się mnie, możecie mnie pogłaskać. – Wzięła jego dłoń i położyła na swojej piersi. – O, teraz znacznie lepiej – stwierdziła.
Rozpięła gorset swej sukienki i w tym momencie dłoń Stanisława zetknęła się z jej delikatną skórą. Nagle poczuł erekcję, ale dalej pieścił piersi swatki, którym stężały sutki. Ona przytuliła się do niego i zapytała:
– Dobrze wam jest?
– Dobrze – odparł Stanisław.
Ręka jej powędrowała tam, gdzie sama bardzo chciała. Stwierdziła, że gość jest już gotowy, bo ma pełną erekcję. Rozebrała się powoli i stanęła przed nim cała nagusieńka. Położyli się do łóżka, gdzie szybko przylgnęła do jego ciała.
– Musicie się całkiem rozebrać – powiedziała.
Pomogła mu w tym rozbieraniu.
– O, teraz dobrze – stwierdziła.
Ta nowa sytuacja, w której się znalazł, była dla niego wielkim zaskoczeniem. Z żoną nie miał takich sytuacji i w ogóle rzadko się z nią kochał. Najczęściej robili to jakby w ukryciu, nie ujawniając swoich uczuć i doznań. Żona bardzo często chorowała, a wtedy Stanisław nie myślał o seksie. W ogóle uważał, że seks to jest tylko po to, aby mieć dzieci, poza tym to rozpusta, bo tak mawiał ksiądz. O tym wszystkim zapomniał, gdy spotkał się ze swatką. Doznał jakiegoś dziwnego uczucia i znów pomyślał, że to chyba nie grzech, bo nawet ksiądz na spowiedzi potraktował go delikatnie i nie nakrzyczał. Teraz, z czystym już sumieniem, leżał obok nagiej kobiety, która głaskała i pieściła jego ciało. Pokazała mu też, co ma robić z jej ciałem, aby w ogóle było jej przyjemnie.
– Nie wstydźcie się, to wszystko dla nas – odezwała się.
Ręka Stanisława jakby wiedziała od zawsze, dokąd zmierzać, bo odnalazła najczulsze miejsca ciała kobiety. Ona mówiła, że jest jej dobrze, i obydwoje byli z siebie zadowoleni.
Sam akt trwał stosunkowo krótko, lecz swatka z pełnym przekonaniem stwierdziła, że jej gość jest już normalnym chłopem i powinien dać radę młodej żonie. Stanisław podziękował jej za takie oddanie i poświęcenie siebie.
– Powiem wam, Stanisławie, że było mi z wami bardzo dobrze i mogłoby tak być zawsze – wyznała w odpowiedzi.
Zaskoczyła go tym. Właściwie nigdy wcześniej nie myślał o tym poważnie. Mimo to czuł, że coś się zmieniło, że coś w nim pękło, że stał się innym człowiekiem. Spotkania ze swatką zmieniły jego podejście do życia. Zauważył, że istnieją nie tylko praca i obowiązki, ale również przyjemności, zwłaszcza te wynikające z obcowania z kobietą. To wzbogacało jego dotychczasowe życie. Zastanawiał się nad tym, ile lat zmarnował na swoją samotność. Wprawdzie wychowywał syna, ale ten jakoś nie przejawiał zainteresowania gospodarstwem. W głowie miał tylko gimnazjum. Kiedy mógł, pomagał ojcu, bo tak trzeba było, ale myśli jego krążyły po zupełnie innym świecie.
Stanisław zwlekał z wyjściem od swatki. Patrzył teraz na tę kobietę zupełnie inaczej. Sam nie wiedział, jak ma ją traktować i co ma jej powiedzieć na odchodne. Nie tylko doznał tu fizycznego zaspokojenia, lecz pojawiła się jakaś więź między nimi. Podszedł do niej, pocałował ją w rękę, a ona lekko przylgnęła do niego i ucałowała go w policzek. Zauważył na jej twarzy łzy, zrobiło mu się jej żal, sam też posmutniał. Nie wiedział, jak z tej sytuacji wybrnąć, gdy nagle ona odezwała się:
– Jakoś tak dziwnie mi się zrobiło, ale jutro przyjdę w południe i będziemy piec chleb.
– To bywajcie – pożegnał się i wyszedł.
Wracając do domu, cały czas rozmyślał i analizował to, co się wydarzyło. Dziwnie się czuł, niby nic, a jednak coś się stało, przecież nigdy jej wcześniej nie całował. Bo to nie swatkę pocałował w rękę, a kobietę, która niezamierzenie stała się mu bardzo bliska. Zdał sobie sprawę, że w dziwny sposób sam się, z dobrej woli, zaplątał. Jego dotychczasowe spokojne życie, jak i pewne zasady postępowania zostały zaburzone. Do tej pory zdawało mu się, że życie jest takie proste. Przecież ta kobieta dała mu siebie i w zasadzie nic w zamian nie żądając, robiła wszystko, aby mu pomóc w byciu szczęśliwym z inną kobietą. Nigdy się z taką sytuacją nie spotkał i nie wiedział, jak sobie to poukładać.
Przyszedł do domu i zdziwił się, bo syn na niego czekał.
– Coś długo się ojcu zeszło – powiedział.
Stanisław nic nie odpowiedział.
W końcu położyli się spać, a sen nadszedł dość szybko. Stanisławowi śniła się Janina, że przyszła do niego i była taka miła. Aż tu nagle, starym zwyczajem, kogut dał znać, że pora już wstawać. Mężczyzna z niechęcią podniósł się z łóżka, obudził syna i obydwaj zajęli się obrządkiem w gospodarstwie. Potem chłopak poszedł na spotkanie, ale szybko wrócił.
Ledwie wszedł, zaczął mówić, że hufiec harcerski organizuje w połowie lipca obóz i chciałby na ten obóz pojechać.
– No jak ty, synu, sobie to wyobrażasz? Przecież to będą żniwa i kto mi pomoże?
– Niech się ojciec nie martwi, odpowiedziałem, że nie pojadę.
– Mądry z ciebie chłopak – pochwalił go Stanisław.
– Ale mam do ojca prośbę. Od września chcę iść do gimnazjum i chciałbym, aby ojciec się zgodził.
– Zgadzam się, masz prawo się uczyć.
Syn podszedł do ojca i pocałował go w rękę.
– Dziękuję, ojcze – powiedział.
Byli pogodzeni, choć Stanisław do końca nie wiedział, co też Janek zamierza. Pierwotnie myślał, jak wcześniej już wspominał, że chłopak pójdzie gdzieś na termin i wyszkoli się na jakiegoś rzemieślnika. Skoro jednak chciał się uczyć, to przecież nie można było mu zabronić. Ojciec był z niego zadowolony, przecież był pomocny i nie tracił dużo czasu na spotkania z kolegami. Zagadnął go kiedyś, o czym tam na tych zbiórkach rozmawiają. Potomek odpowiedział, że o zasadach harcerskich.
– A co to za zasady?
– Ano, że nie wolno pić wódki i palić papierosów.
Dopiero w tym momencie dotarło do niego, że chłopak nigdy nie pachniał tytoniem. On sam w młodości po kryjomu przed ojcem popalał. Przestał dopiero, gdy żona zachorowała.
Janek na prośbę ojca wyciągnął z wozowni starą bryczkę, która miała uszkodzony resor i jedno z kół, a następnie wadliwe części zawiózł do kowala, który miał kuźnię na początku ulicy. Na naprawę trzeba było czekać trzy dni. Stanisław pomyślał, że bardziej przyzwoicie będzie zajechać do Janiny bryczką niż wozem. Janek umył bryczkę i oczyścił siedzenia. Teraz wyglądała całkiem okazale.
W południe, zgodnie z zapowiedzią, pojawiła się swatka.
– Dzień dobry, Stanisławie. Jak tam, drzewo do pieca przygotowane?
– Nie wiem, zapytajcie syna – odpowiedział Kolski.
Zdziwiła się nieco obecnością potomka, ale drzewo było gotowe.
– Zajmę się chlebem, zakwas bardzo ładnie wyrósł.
Swatka przyniosła mąkę ze spiżarni i zaczęła przygotowywać ciasto, a synowi poleciła rozpalić w piecu. Czuła się tu jak gospodyni. Ze strachem pomyślała o tym, jak to będzie potem, gdy Stanisław się ożeni. Przecież nie będzie mogła się tu rządzić i chyba powinna przestać przychodzić. Przyzwyczaiła się jednak i dobrze jej tu było. Mogła zawsze liczyć na pomoc mężczyzny, choć uważała, że teraz to i jemu powinno zależeć na tym, aby utrzymać z nią kontakty.
Zagniótłszy ciasto, pozostawiła je do wyrośnięcia. Przykryła dzieżę starą kapą, aby było cieplej. Następnie uznała, że zrobi pranie, bo pościel była już brudna. A i Stanisław nie miał też nic na przeciw, skoro tak uważała. Gdy wyprała im bieliznę, wywiesiła ją na sznury, aby wszyscy sąsiedzi widzieli, że ona się w tym gospodarstwie rządzi. Gospodarz ukradkiem podszedł do niej i spytał ją, jak się czuje.
– Bardzo dobrze – odpowiedziała – bo spałam jak suseł. – Wtrąciła przy okazji, że dobrze by było, aby za tydzień też do niej przyszedł.
– Ano zobaczymy, co będzie za tydzień, może i przyjdę.
– Dobrze myślicie.
Mimo że Stanisław cały czas rozmyślał o sytuacji, w której się znalazł ze swatką, postanowił z Janiną iść do księdza w niedzielę i dać na zapowiedzi. Chciał zabrać dziewczynę bryczką. Choć próbował, jakoś nie mógł sobie wyobrazić Janiny jako gospodyni. Przecież ona była niewiele starsza od jego syna i nie było wiadomo, jak on będzie traktował macochę. Ojciec nie chciał, by dochodziło między nimi do konfliktów, a tego nie można było wykluczyć. Swatka za to zaradna była i jako kobieta bardzo się Stanisławowi podobała. Może trochę się narzucała, ale przyzwyczaił się do tego i nie przeszkadzało mu to. Nawet u syna miała posłuch, gdy wydawała mu polecenia.
Gdy ciasto wyrosło, swatka uformowała je w okrągłe bochny i poukładała na odpowiednio szerokiej desce. Poleciła synowi, aby narwał liści chrzanu, na których chleb pójdzie do pieca. Sama wygarnęła gorące węgle z trzonu pieca, sprawdziła temperaturę obranym ziemniakiem, a potem wsunęła bochny chleba do środka. Zastanawiała się tylko, czy nie za dużo wsypała soli, gdyż ostatnio wszystko przesalała.
Odczekawszy, ile trzeba, swatka zajrzała do pieca: chleb wyrósł, a mały chlebek dla syna był już prawie dobry. Stwierdziła, że należy go już wyjąć. Chłopak czekał na tę chwilę, bo bardzo lubił takie świeże chrupkie pieczywo. Chwile oczekiwania zawsze były dobrą okazją do rozmowy.
Kobieta zapytała go, jak mu idzie w szkole. On stwierdził, że daje sobie radę i chyba pójdzie do gimnazjum, na co ojciec się zgodził.
– Masz mądrego ojca – zagadnęła.
Ciągnąc rozmowę, przypomniała, że niedługo wesele ojca. W pierwszym momencie młodzieniec nic się nie odezwał, lecz po chwili rzekł, że to wola ojca i to jego sprawa. Chyba nie był zachwycony decyzją Stanisława. Kobieta zasugerowała, że przecież przydałaby się tu jakaś gospodyni. Chłopak zawahał się, nie do końca zrozumiawszy aluzję.
Wtem zjawił się ojciec, był ciekaw, jak idzie im z chlebem. Usłyszawszy, że dobrze wyrósł i już prawie gotów, przestrzegł, żeby go tylko nie spalili. Po krótkim czasie kojący zapach chleba rozniósł się po całym domu albo i po całej ulicy. Upieczone bochenki należało teraz zostawić do wystygnięcia i nie kroić aż do następnego dnia. Syn z niepokojem patrzył na mały, dość płaski chlebek przygotowany przez swatkę. Nie mógł się doczekać, kiedy choć trochę wystygnie. Dmuchał na niego i próbował wziąć go w ręce, ale niestety wciąż parzył. Po dłuższej chwili udało mu się odłamać kawałek i zjadł go z wielkim apetytem. Taki smak miał tylko świeży chleb i nic nie mogło go zastąpić. Z lubością jadł dalej. Dobrze wiedział, że upiekła go wyłącznie dla niego i był jej za to wdzięczny.
W sobotę Stanisław pojechał do kowala, aby zapytać o bryczkę. Kowal poinformował, że ją zreperował, w tym zmienił piastę, bo się już nie nadawała. Wymienił także pęknięte pióro w resorze, a ponadto pouczył Stanisława, żeby do wszystkich kół nałożył smaru, bo stary na pewno już wysechł. Za usługę wziął piętnaście złotych, co nie było małą sumą. Kolski szybko obliczył, ile litrów mleka musi sprzedać, aby uzyskać taką kwotę. Żeby wyprawić wesele, i tak musiał spieniężyć trochę dobytku, bo mogłoby zabraknąć. Pełen jakiegoś niepokoju wrócił do domu.
Syn oświadczył mu, że była swatka i zrobiła w domu porządek z pościelą. Stanisław zdziwił się, przecież nie mówił jej, że ma przyjść i pracować, ale Jankowi nic na to nie odpowiedział. Zajęli się smarowaniem kół w bryczce, aby była gotowa na kolejny dzień i wyprawę po Janinę i do księdza. Ślub miał się odbyć w ostatnią niedzielę września, czyli już po żniwach, po wykopkach i po siewach ozimin, bo uznano, że to najlepsza pora. Mężczyzna zastanawiał się tylko, którego konia zaprząc. Ostatecznie wybrał tego gniadego, który był bardziej urodziwy.
Nagle zjawił się Cholewa, bo był ciekaw, co słychać u sąsiada. Zagadnął, że szykuje się do żniw, ale po ostatnim deszczu to trzeba ze trzy dni poczekać. A gdyby Stanisław potrzebował pomocy, to chętnie pomoże.
– A no zobaczymy, może i tak być. No, siadajcie – zachęcił go gospodarz.
– Jakby tak sąsiad nalał po małym, to byłoby dobrze, suszy mnie jakoś dzisiaj – oznajmił.
Szybko wyjaśniła się sprawa odwiedzin Cholewy. Stanisław znał jego słabości. Ale nie tylko o darmową wódkę chodziło, a i o wesele, wszak mężczyźni byli dalekimi kuzynami. Gość zaczął się wypytywać o pannę młodą i termin zaślubin.
Stanisław nalał żytniówki własnej produkcji, wypili.
– Mocna, ale dobra – rzekł.
Pogadali jeszcze trochę, a potem Cholewa, zadowolony, podziękował i poszedł do siebie. Wiedział, że więcej nie dostanie.
Gospodarz zrozumiał zabiegi sąsiada. Był to niewątpliwie kłopot dla niego, ale miał jeszcze czas, żeby się zastanowić. Z sąsiadami trzeba dobrze żyć, tak mówi stary obyczaj.
Czekało go sporo wydatków, bo musiał kupić nowe ubranie, buty dla siebie i syna, i jeszcze do tego opłacić wesele. Najchętniej by się w ogóle nie żenił, pomyślał. Kilkunastohektarowe gospodarstwo, w miarę dobrze przez niego prowadzone, dawało dochód, z którego można było nieźle żyć, ale nie pozwalało na szastanie pieniędzmi. Zostawił jednak te czarne myśli i zaczął szykować odświętne ubranie, w którym zamierzał pojechać do Janiny. To spowodowało, że wstąpił w niego optymizm, który mówił mu, że nie jest aż tak źle i na pewno da sobie ze wszystkim radę.
Następnego dnia, to była niedziela, wstał rano i nie budząc syna, sam zrobił obrządek. Wypuścił konie na łąkę, aby mogły sobie poskubać trawy, dla nich to też było święto. Zauważył, że karemu trzeba zrobić kopyta, czyli oczyścić je i wyprofilować. Od razu pomyślał, że czeka go kowal i kolejny wydatek.
Dzisiaj nie zabrał syna do kościoła, ale polecił mu, co ma robić. W czasie śniadania chwalili chleb, który upiekła swatka. Szczególnie syn wychwalał ją, że to pracowita i dobra kobieta, choć nigdy wcześniej nic o niej nie mówił. Stanisław domyślał się, o co chodzi Jankowi: on nie chciał jego ożenku z Janiną i wolałby, żeby ojciec wybrał swatkę. Zdaje się, że urok młodej i ładnej kobiety przesłaniał ojcu racjonalne rozumowanie syna, bo zdecydowany był odrzucić jego opinię.
Minęło południe i zegar ścienny zaczął wybijać godzinę pierwszą. Stanisław ubrał się, zaprzągł konia do bryczki i pojechał do oblubienicy. Ta, gdy go zobaczyła, zamiast go witać, schowała się w chałupie. Kolski pomyślał, że się wystraszyła, gdyż nie zapowiedział wcześniej swojego przybycia. Wtem z chałupy wyszedł jakiś młody mężczyzna. Sąsiad to? Kuzyn? Gość, o nic nie pytając, wszedł do domu.
– O, jesteście! – powitała go ciotka. – Męża nie ma, poszedł do sąsiadów.
– A to nie szkodzi. Dzisiaj chciałem pojechać z Janiną do księdza, aby dać na zapowiedzi – poinformował Stanisław.
– Janina się przebiera, zaraz przyjdzie – odpowiedziała kobieta.
Po chwili dziewczyna weszła. Odświętnie ubrana, wyglądała jeszcze piękniej niż ostatnio.
– Może jesteście głodni? Bo my już po obiedzie – spytała ciotka.
– Nie jestem głodny – odpowiedział Stanisław, choć jeść mu się bardzo chciało.
Janina wyraźnie była zadowolona, że jej oblubieniec przyjechał i pojedzie z nim dać na zapowiedzi. Usiadła w bryczce obok niego i od razu poczuła się jak prawdziwa gospodyni. Bryczka odniosła skutek – podniosła prestiż Stanisława. Jechali przez całą wieś, bo kościół był w drugiej wsi. Janina zauważyła, że sąsiedzi im się przyglądają, więc jechała z wysoko podniesioną głową i była przy tym bardzo dumna.
W pewnej chwili Stanisław wyczuł, że jej noga, chyba nie przez przypadek, zbliżyła się do niego. Natychmiast przeszedł go silny dreszcz po całym ciele, ale to był zupełnie inny impuls niż ten, jakiego doznawał ze swatką. Nie bardzo mieli o czym rozmawiać. Janina pokazała Stanisławowi dawny dom jej rodziców, przejęty przez najstarszego brata. Ludzie po drodze gapili się na nich, gdyż bryczka zawsze wzbudzała zainteresowanie.
Wreszcie podjechali pod plebanię, a Kolski, jak przystało na mężczyznę, podał rękę Janinie i pomógł jej zsiąść. Pełen niepokoju i obaw zapukał do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Po krótkiej chwili wyszła jakaś kobieta w średnim wieku. Gospodarz pozdrowił ją i powiedział, że przyjechali do księdza w sprawie zapowiedzi. Kobieta poszła po niego. Kapłan pozdrowił ich po katolicku i zaprosił do kancelarii. Weszli do pokoju, na ścianach którego wisiały liczne obrazy świętych. Usiedli przed biurkiem. Ksiądz zapytał ich o planowaną datę ślubu.
– Proszę księdza, we wrześniu – odpowiedzieli.
– To dobrze, zdążymy – odrzekł ksiądz.
Następnie zgodnie z procedurą rozpoczęło się przekazanie niezbędnych dokumentów, danych swoich oraz rodziców, a także świadectw chrztu. Stanisław był przygotowany i wziął ze sobą stary odpis aktu chrztu, który służył mu już przy pierwszym małżeństwie. Janina nic ze sobą nie miała, stąd też ksiądz musiał sprawdzić w swoich księgach, kiedy była ochrzczona i czy wszystko się zgadza. Informacje o pogrzebie żony Stanisława też się potwierdziły.
Duchowny oświadczył, że nie ma przeszkód, aby ślub się odbył i pierwsze zapowiedzi będą już w następną niedzielę. Stanisław, wiedząc, że rozmowa dobiega końca, zapytał o zapłatę, na co usłyszał od księdza, że w kościele się nie płaci, a daje się co łaska. Kapłan nadmienił, że różnie ludzie dają i to zależy od ich zamożności. Gospodarz poczuł się zakłopotany, bo nie wiedział, ile ma dać. Wyjął z kieszeni dwadzieścia złotych, położył na biurku i spytał, czy to wystarczy. Ksiądz potwierdził. Na koniec tej wizyty kapłan przypomniał im, że w ostatnią niedzielę przed ślubem muszą iść do spowiedzi i do komunii.
Po wyjściu z plebanii Stanisław zastanawiał się, czy aby nie za dużo dał, bo może wystarczyłoby dziesięć złotych, ale nie chciał się już wracać i postanowił dłużej nad tym nie dumać. Natomiast Janina miała coraz lepszy humor. Zaraz wsiedli do bryczki i od razu usiadła blisko narzeczonego, tak jakby chciała się do niego przytulić. Wzięła go pod rękę, a w duchu pomyślała, że już prawie go ma. Mężczyzna, zadowolony z tej sytuacji, objął ją ramieniem i tak radośni dojechali do domu.
Droga zleciała im tak szybko, że nawet nie zauważyli, kiedy dotarli na miejsce. Ciotka i jej mąż zaprosili Stanisława na poczęstunek. Na stole znalazły się kiełbasa, ogórki kiszone z tamtego roku, świeże masło i obowiązkowo butelka swojskiej żytniówki. Kolskiemu znany był ten trunek, bo prawie wszyscy gospodarze robili go na własne potrzeby, a im był mocniejszy, tym lepiej świadczył o gospodarzu. Wypili po jednym, potem po drugim i dopiero wtedy zaczęli jeść, chwaląc oczywiście i kiełbasę, i trunek.
Janina opowiedziała o tym, jak jechali do księdza i co on mówił, a także że Stanisław dał dwadzieścia złotych ofiary.
– A, to duża suma – wtrącił małżonek ciotki.
Mężczyzna nie skomentował tej wypowiedzi, ale w duchu pomyślał, że źle zrobił, przecież mógł dać połowę. Poinformowali też ciotkę i wuja, że ślub ostatecznie odbędzie się w ostatnią niedzielę września, bo to na pewno dla wszystkich dogodny termin.
Później rozmowa nie była już tak miła, bo tyczyła się uzgodnienia, gdzie zorganizować wesele. Stanisław wyczuł, że lepiej byłoby, aby odbyło się ono w jego domu, na co wstępnie przystał. Po chwili jednak powiedział, że przemyśli tę propozycję i za dwa tygodnie ustalą wspólnie miejsce i listę gości. Nie usłyszał ani słów sprzeciwu, ani akceptacji.
Przed wyjściem pożegnał się z domownikami, a Janinę i ciotkę pocałował w ręce. Następnie wsiadł do bryczki i odjechał do domu.
Nie był zadowolony z obrotu sprawy, tym bardziej że utwierdził się w tym, że coś przed nim ukrywają. Wesele u niego to dodatkowe obowiązki i wydatki, pomyślał. Znów poczuł potrzebę poradzenia się w tej kwestii syna i swatki. Następnego dnia posłał chłopaka po nią. Przyszła pod wieczór, pytając Stanisława, o co chodzi tym razem. Opowiedział jej całe spotkanie z Janiną i jej opiekunami. Swatka pilnie go wysłuchała, po czym zapewniła, że do czwartku dowie się, o co im chodzi z tym wydaniem Janiny za mąż i jak Stanisław przyjdzie do niej wieczorem, to coś uzgodnią. Przyznała gospodarzowi, że też ma wrażenie, że coś ukrywają. Rozmowa odbyła się w obecności syna. Chłopak, słysząc to wszystko i zwracając uwagę, że dorośli umówili się na czwartek, zaczął pojmować wyjścia ojca i jego późne powroty. Zrozumiał, że to nie były wizyty u Białków, ale u swatki właśnie. Zdziwił się tylko, dlaczego ojciec nie mówi mu prawdy, przecież dotąd nigdy go nie oszukiwał.
Kiedy przyszedł czwartek, swatka poszła na targowisko, bo to było dobre miejsce, aby od różnych znajomych dowiedzieć się, co się dzieje u sąsiadów z okolicy. Spotkała ludzi ze wsi Janiny, którzy sprzedawali młode prosiaki. Natychmiast do nich podeszła. Zagadnęła, jak to na targu, że mają ładne prosiaki, i spytała, po ile.
– Jak dla was, to para po piątaku – usłyszała.
Dopytała jeszcze o to, czy jej dowiozą do domu, bo jak tak, to je kupi. Potwierdzili. Wtedy wtrąciła, że miała wziąć od Kolskiego, ale jemu jeszcze maciora się nie oprosiła.
– A to ten gospodarz, co się żeni z Janiną z naszej wsi – odpowiedzieli. Swatka sprytnie udała zdziwienie.
– To nie wiecie, co tam u was się dzieje? – odezwał się właściciel prosiąt.
Wtedy mówić zaczęła jego żona, że Janina młoda i ładna, miała tam paru chłopaków, ale jak to w życiu, żenić się żaden nie chciał. Jedynie ten ostatni z gospodarstwa planował się oświadczać, bo był bardzo za nią, ale okazał się za biedny. Jej ciotka się nie zgodziła. Poza tym po wsi chodziły plotki, że mąż ciotki z nią żyje. I ten ostatni chłopak odgrażał się, że ich spali. To dlatego opiekunowie chcieli wydać ją jak najdalej od ich wsi.
Swatka na te wszystkie plotki zareagowała niedowierzaniem. Właściciel prosiąt skwitował, że jak nie chce, to wierzyć nie musi. Kobieta poinformowała ich, że jeszcze się przejdzie i później do nich wróci. Nie miała zamiaru kupować prosiąt, chciała się tylko dowiedzieć czegoś o Janinie, a to, co usłyszała, wystarczyło jej. Wprawdzie wróciła po godzinie, ale gospodarza już nie było, chyba sprzedał prosiaki.
Idąc do domu, rozmyślała o tym, w jaki sposób przedstawić Stanisławowi to, co usłyszała na targu. Uznała, że nie wszystko mu powie, bo może się to obrócić przeciwko niej. Zrobiło się jej żal mężczyzny, bo wyglądało na to, że narobi sobie biedy, ale nie chciała w jego oczach nic stracić. Była poważnie zaniepokojona.
Kiedy dotarła do chałupy, wyciągnęła bańkę mleka ze studni, nalała trochę do kubka i duszkiem zaczęła pić. Chleb od Stanisława i to mleko zawsze bardzo jej smakowały. Dotarło do niej, że dzisiaj właśnie jest czwartek i mają się spotkać. Postanowiła szybko ogarnąć izbę i przebrać się, żeby choć trochę mu się podobać. Błyskawicznie odświeżyła się, założyła sukienkę, spięła włosy i przejrzała się w lustrze. Była bardzo z siebie zadowolona. Nie chciało jej się już nic robić, więc usiadła na ławce przed domem. Zanurzyła się w myślach, rozmarzyła się, po czym zapadła w piękny sen. Śniło jej się, że Stanisław wybrał ją, a nie Janinę.
Niestety obudziła ją żona Moldki. Zapytała, dlaczego tak przysypia, na co ta jej odpowiedziała, że jest po prostu zmęczona, gdyż była na targowisku. Chciała tam kupić parę prosiąt, bo ma już pusty chlew. Na targu jednak nie kupiła i w tej sytuacji może kupi od Kolskiego. Niedługo mu się maciora ma wyprosić. Teraz pokrzyw jest dużo, a to dobra karma dla świń i prosiaki do wiosny też urosną.
– A co tam u Kolskiego? Podobno się żeni, bo potrzebna mu jest baba w gospodarstwie – zagadnęła sąsiadka.
Swatka to potwierdziła. Kobieta przekazała jej plotki o tym, że to jakaś latawica. Swatka udała, że nic o tym nie wie. Potem zaczęły rozmawiać o żniwach i o tym, że na żniwa Kolskiemu potrzebne są ze dwie kobiety do podbierania żyta.
Moldkowa oświadczyła, że może pójść do Kolskiego i zarobić trochę grosza, ale nie sama, bo jej mąż na pewno na to nie pozwoli. W końcu pożegnała się i poszła do siebie.
Swatka nie zdawała sobie sprawy, że wieści tak szybko się rozchodzą i że ludzie wszystko wiedzą. Trochę rozdrażniona informacjami o Janinie i plotkami z ulicy, podniosła się z ławki, bo zbliżał się już wieczór i należało pójść do kurnika, aby zamknąć kury i zebrać resztę jaj.
Kiedy wyszła, zobaczyła, że Stanisław stoi już przed jej domem. Przywitała go i zaprosiła do środka.
– Ja tylko schowam jaja – oznajmiła i zaznaczyła, że jakoś dzisiaj szybciej do niej przyszedł niż ostatnio.
– Szybciej się obrobiłem w gospodarstwie – napomknął i po zaproszeniu, aby usiadł, zaczął znów opowiadać o ostatniej wizycie u Janiny.
Swatka ponownie wysłuchała historii, choć tym razem nie była zdziwiona zachowaniem opiekunów Janiny. Stanisław liczył, że mu coś poradzi, jednakże ona powiedziała mu, że musi sam zdecydować, co ma w tej sytuacji zrobić. Po raz pierwszy zwróciła się do niego na ty, a on odwzajemnił się jej tym samym.
Kobieta, ważąc słowa, zaczęła opowiadać, że opiekunowie Janiny się boją, bo jest taki młody chłopak, który jest w niej zadurzony i on może im narobić kłopotów.
– Byłam dzisiaj na targu, spotkałam znajomych i oni o tej sytuacji mówili – stwierdziła.
Oczywiście nie wspomniała ani słowem, że mąż ciotki w jakiś inny sposób był związany z dziewczyną. Chcąc go pocieszyć, powiedziała, że może jeszcze wszystko odwołać, a jeśli nie, to musi postawić im swoje warunki, bo wesele u niego to dużo większy koszt, a zauważyła, że i tym jest zmartwiony. Zaproponowała mu miętę. Poza tym postawiła na stole butelkę żytniówki kupionej na targu i oznajmiła mu, że jak trochę wypiją, to jeszcze o jego wątpliwościach pogadają.
Stanisław nie był za bardzo chętny do picia, ale miał świadomość, że alkohol pomaga rozwiązywać języki, szczególnie nieśmiałym, a poza tym był ciekawy, co swatka ma jeszcze do powiedzenia i w czym może mu jeszcze pomóc. To jedyna osoba, z którą mógł szczerze o wszystkim porozmawiać. Tym razem na seks jakoś nie miał ochoty. Zadowolił się zatem białym serem i ogórkami małosolnymi, które bardzo mu smakowały.
Swatka, dostrzegając zatroskanie Stanisława, wielokrotnie powtórzyła, żeby się nie martwił. Zapewniała go, że ona zawsze będzie przy nim i mu pomoże. Mężczyzna z zadowoleniem przyjmował te zapewnienia, czuł, że kobita dobrze mówi, bo faktycznie czuł się bardzo samotny. Sytuacji nie poprawiały plany syna, żeby iść do gimnazjum, bo oznaczało to, że będzie musiał zatrudnić na stałe jakiegoś chłopaka do pomocy w gospodarstwie, a właściwie to powinien od teraz, jeszcze przed żniwami. Gospodyni poparła jego argumentację i jeszcze raz zaproponowała, że pomoże, głównie w pracach domowych, bo gospodarstwo sam bardzo dobrze prowadzi. Dodała do tego, że na pewno ma niezły dochód, na co Stanisław odrzekł, że nie narzeka, bo mu wystarcza, a nawet zostaje.
Po chwili swatka podjęła temat wesela. Stwierdziła, że musi jechać do opiekunów Janiny i ustalić listę gości, żeby nie zaprosili pół wsi, tylko po równo i tych, co trzeba. Wskazała, że u niego w chałupie może się pomieścić tylko ze trzydzieści osób, co oznaczało, że od nich mogło być piętnaście. Stanisław mógł mieć parę osób więcej, bo u niego wesele, jego wódka i muzyka. Reszta należała do panny młodej.
Swatka poradziła Kolskiemu, aby miał w zapasie również swoje jadło weselne – na wszelki wypadek, żeby nie zabrakło. W jego przygotowaniu także zaoferowała swoją pomoc, jak tylko ustalą, co ma trafić na stół. Po tym stwierdzeniu ponagliła Stanisława, żeby szedł już do łóżka. Mężczyzna nie oponował i mimo że nie miał zbytniej ochoty na seks, szybko podporządkował się zaleceniom swatki, która przekonywała go, że młodej żonie nie należy odmawiać. Niewiele myśląc, odparł, że zobaczy, jak to będzie po ślubie.
Kobieta nie mogła się doczekać, aby jak najszybciej znaleźć się z nim pod pierzyną. Chciała sprawdzić jego postępy. Tym razem Stanisław poczuł się jak uczniak, choć przecież do tej pory dawał jej radę i nawet miał na nią ochotę. Pomyślał, że na pewno da radę i Janinie.
Niestety tym razem, kochając się po bożemu, miał problem z osiągnięciem orgazmu. Poczuł się nieswojo. Swatka go pocieszała i mówiła, że to dlatego, że trochę wypił i się tym wszystkim denerwuje, a to ma wpływ na powodzenie. Postanowiła, że następnym razem zrobią to zupełnie na trzeźwo i bez żadnych dodatkowych rozmów i rozważań. Zasugerowała też, że Stanisław będzie musiał skupić się bardziej na niej, a właściwie tylko na niej. W sposób zupełnie świadomy coraz bardziej przyzwyczajała go do siebie. Godziła się na to, aby miał młodą żonę, ale robiła wszystko, aby mógł mieć i ją.
Czas szybko zleciał i z wieczora zrobiła się noc. Kobieta zapewniła, że przyjdzie jutro i zrobi mu znów pranie i posprząta. Stanisław czule się z nią pożegnał.
Wracając do domu, spotkał niespodziewanie kuzyna Cholewy, Józka-harmonistę. Wracał on z grania na wsi, z której pochodziła jego przyszła żona. Józek nie zapytał Stanisława, skąd wraca, bo nie miał takiego zwyczaju, ale za to Stanisław zapytał, jak mu minął wieczór. Na to Józek powiedział, że była tam też ta jego przyszła żona i cały prawie czas tańczyła z jakimś chłopakiem. Kolskiemu zrobiło się głupio i dobrze, że była noc, bo inaczej widać byłoby to po jego twarzy. Zaraz potem się rozstali.
Janek znów czekał na ojca i gdy tylko ten wszedł do domu, od razu go zagadnął, jak tam się ma swatka. Stanisław opowiedział o jej radach dotyczących wesela. Nie mógł się jednak skupić na rozmowie, bo cały czas powracał myślami do opowieści Józka-harmonisty. Zauważył też, że jakoś nie ma w nim zazdrości o Janinę. Pomyślał, że może poczuje to po ślubie. Jednocześnie musiał przyznać, że z każdego kolejnego spotkania ze swatką czerpie coraz większą przyjemność i przy niej czuje, że wraca mu dawna młodość.
Następnego dnia Kolski sprawdził, czy żyto już gotowe do ścięcia i doszedł do wniosku, że można zaczynać. Wyciągnął żniwiarkę, naoliwił ją, podostrzył zęby i zrobił w gospodarstwie co trzeba. Wysłał syna po pomocnika i do Białka. Wszyscy potwierdzili, że będą o dziesiątej, jak tylko opadnie rosa. Gospodarz był w pełni gotowy do żniw. Pomyślał, że czego nie da się wykosić żniwiarką, to skosi się kosami.
Żniwa to było prawdziwe święto i czas jedności. Wtedy wszyscy wzajemnie sobie pomagali, jak tylko trzeba było, zwłaszcza jeśli zanosiło się na deszcze. W porę zebrane zboże to zawsze był dobry znak na przyszły rok. Tego roku pogoda sprzyjała, było ciepło i słonecznie.
Punktualnie o dziesiątej Kolski zaprzągł konie do żniwiarki i ruszył w pole. Swatkę zostawił w domu, aby przygotowała posiłek, bo żniwa to duży wysiłek i wtedy trzeba dobrze zjeść. Kiedy kosił, pozostali wiązali to w snopki i ustawiali mendle. Nikogo nie trzeba było pouczać, wszyscy wiedzieli, co do nich należy. Owies i jęczmień skosili kosami.
