Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
23 osoby interesują się tą książką
Nawet po najciemniejszej nocy przychodzi świt, a ten najpiękniejszy może pachnieć… cynamonem
***
Czasem wystarczy jeden ciepły gest i jeden zapach, by znów poczuć się jak w domu. Przekonują się o tym Zuza i Marek – dwoje samotnych ludzi, których już na zawsze zmieniła strata. Wydaje im się, że to, co najpiękniejsze, dawno minęło, a jedyne, na co jeszcze mogą sobie pozwolić, to przyjaźń. Zapomnieli tylko o jednym: życie potrafi zaskakiwać – zwłaszcza tych, którzy umieją docenić małe cuda codzienności.
Z prostych chwil rodzi się coś delikatnego – uczucie, które dojrzewa niczym cynamon – długo, powoli, z każdym wspólnym milczeniem, spojrzeniem, dotykiem… Co się stanie, jeśli to właśnie wtedy przeszłość niespodziewanie zapuka do drzwi i splecie się z teraźniejszością, niosąc ze sobą zaskakujące informacje?
W tle toczy się też inne życie. Po latach niespełnionych marzeń i straconych nadziei Kasia w końcu nosi pod sercem upragnione bliźnięta. Czas, który powinien tętnić radością i oczekiwaniem, okazuje się pełen wyzwań i przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Czy ta historia będzie miała szczęśliwe zakończenie?
Najnowsza powieść Ewy Ciwińskiej-Roszak to ciepła, pełna emocji opowieść dla tych, którzy wierzą, że nadzieja nigdy nie gaśnie, a najtrudniejsze momenty życia mogą skończyć się dobrze.
O rodzinie, która może zaistnieć w każdym wieku i nie zawsze pod tym samym nazwiskiem.
O drugich szansach, które pukają do serca bardzo cichutko…
O uśmiechu, który może mieć wiele znaczeń…
A także o tym, że miłość nie pyta o wiek i czasem pojawia się wtedy, kiedy masz już na głowie siwe włosy i wydaje ci się, że wszystko, co najlepsze, dawno już za tobą.
Historia, która pachnie domem, ciepłem, spokojem i… cynamonem unoszącym się w powietrzu wtedy, gdy życie pisze swój najpiękniejszy rozdział. Opowieść, która wzrusza do łez i na długo zostaje w sercu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 295
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2025 by Wydawnictwo KaMeR
redakcja:Dominika Kamyszek, www.OpiekunkaSlowa.pl
korekta: Aleksandra Juryszczak, www.olajuryszczak.com
skład, łamanie i projekt okładki: Szymon Bolek – Studio Grafpa, www.grafpa.pl
Wydanie I
Pisarzowice 2025
ISBN: 978-83-975800-3-9
Wydawnictwo KaMeR
ul. Bielska 85
43-332 Pisarzowice
www.wydawnictwokamer.pl
Dla mojego Męża –
z Tobą wszystko,
bez Ciebie nic
Kochany mój!
Od czasu, kiedy byłam u Ciebie ostatnio, tak wiele się wydarzyło…
Spójrz, po moich policzkach po raz kolejny spływają łzy… Ale to już nie są te same gorzkie potoki, które trafiały z oczu prosto do mojego serca, paląc je tak boleśnie, że ledwo byłam w stanie to wytrzymać. Dziś to nadal są łzy ogromnej tęsknoty, ale też wielkiego szczęścia. Tak, kochany, szczęścia… Szczęścia, że choć przez krótki moment mogłam zamieszkać w Twoim sercu. Wiele czasu musiało upłynąć, abym zrozumiała, że pojawiłeś się w moim życiu dokładnie tak, jak każdą wiosną pojawiają się liście na drzewach. Wyrosłeś i pozwoliłeś mi się cieszyć Twoim widokiem, Twoją wspaniałością i obecnością, aż do momentu, w którym nagły i zupełnie niespodziewany wiatr zdmuchnął Cię sprzed moich oczu. Zabrał tak szybko, że nie zdążyłam Cię dogonić. Próbowałam biec, ale w pewnym momencie zabrakło mi tchu. Nie dałam rady tak dłużej… Dopiero dzięki pani Róży zrozumiałam, że to przecież jeszcze nie koniec. Że jeszcze kiedyś spotkamy się tam, gdzie teraz jesteś, i choć wiem, że to bardzo daleko, to jestem pewna, że będziesz tam na mnie czekał. Bo czekasz, prawda?
Nasza wspólna podróż, Kochanie, dobiegła końca, ale mój pociąg musi jechać dalej. Któregoś dnia na pewno zawiezie mnie do Ciebie, mój wspaniały listeczku, ale jeszcze nie teraz. Dziś już rozumiem, że zanim znajdę się na docelowej stacji, muszę minąć jeszcze sporo przystanków…
Wiesz… Widzę Cię teraz, jak siedzisz tam sobie taki zadowolony, z kubkiem Twojego ulubionego soku wiśniowego w dłoni, i uśmiechasz się do mnie, kiwając delikatnie głową. Wiesz, co chcę Ci jeszcze powiedzieć, prawda? Jestem pewna, że wiesz, i dziś dojrzałam już do tego, żeby wierzyć, że dokładnie tego byś dla mnie chciał…
Tak, Kochany. Już nie jestem sama w tej podróży. Do mojego pociągu wsiadł ktoś równie wyjątkowy jak Ty. Ktoś, kto potrzebuje czyjegoś serca dokładnie tak samo mocno jak ja. Dziś jeszcze nie wiem, jak długo pojedziemy w jednym przedziale, nie jestem w stanie określić, czy w międzyczasie nie zmieni się trasa albo ostateczny cel. Ale wiem jedno. Nie będę na siłę próbowała wysiadać… Pozwolę, aby koła swobodnie sunęły po torach i wiozły nas tam, gdzie wskazują nasze życiowe drogowskazy. Trzymaj za mnie kciuki, dobrze? Bardzo Cię kocham! Zawsze i na zawsze!
Twoja Zuza
Wychodząc z cmentarza, Zuza miała wrażenie, że każdy kolejny krok przychodzi jej z coraz większą lekkością. Może to przez serce, które stopniowo pozbywało się tych złych i negatywnych emocji, zostawiając tylko te lepsze i wypełniając je dodatkowo coraz to nowszymi, piękniejszymi. A może przyczyna tkwiła zupełnie gdzie indziej…
Nadal trudno jej było odchodzić z tego wyjątkowo smutnego miejsca ze świadomością, że on musi tutaj zostać i spać pod tą zimną, marmurową płytą, jednak ból był już odrobinę łagodniejszy niż kiedyś, a wbijające się w serce ciernie raniły, ale już nie przebijały serca na wylot.
Zarówno Kasia, jak i pani Róża tyle razy jej powtarzały, że najwyższa pora zacząć żyć i oddychać pełną piersią, choć wtedy jeszcze nie bardzo pojmowała sens ich słów. Jak mogłaby żyć, skoro jego już nie ma? Jak miała oddychać pełną piersią, skoro jemu tego tlenu brakuje? Jak?, raz po raz pytała samą siebie.
Dopiero przewrotny los musiał wziąć sprawy w swoje ręce, żeby zrozumiała, że gdzieś obok niej też są ludzie, którzy tak jak ona potrzebują ciepła, miłości i czyjegoś szczerego serca. Może nie warto już dłużej marznąć, skoro czyjaś obecność grzeje lepiej niż najwspanialszy i największy kominek w śnieżny i mroźny zimowy wieczór?
Jedno spojrzenie wystarczyło, by wsiadając do samochodu, uśmiechnęła się do siebie. Na tylnym siedzeniu pozostały jeszcze ślady wczorajszej obecności bliźniaków, synów jej sąsiada, którego poznała zaraz po przeprowadzce do Kołobrzegu. Jechali z nią zaledwie przez parę chwil, a auto Zuzy wyglądało, jakby spędzili tu co najmniej tydzień, i to jeszcze bez przerwy. Zupełnie jej to jednak nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Świadomie tego nie posprzątała przed wyjazdem, bo chciała czuć ich obecność. Pokochała te dzieciaki całym sercem już dawno temu, ale ostatnie tygodnie, kiedy zajmowała się nimi, żeby ich tata mógł swobodnie dojść do siebie po niedawnych przejściach podczas górskiej lawiny, jeszcze tę miłość wzmocniły. Bardzo się do nich przywiązała i całym sercem czuła, że z wzajemnością. Całkiem niedawno była smutną i samotną Zuzanną, teraz dzięki tym małym ancymonkom i ich tacie każdego dnia coraz bardziej stawała się radosną Zuzią. Tak bardzo chciałaby powiedzieć, że szczęśliwą… Na to jednak było jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Choć może kiedyś nadejdzie taki dzień, kto wie… Dziś już z nieco większym optymizmem patrzyła w przyszłość, jednak największą zmianą, jaka w niej zaszła, było to, że przede wszystkim nauczyła się z wdzięcznością patrzeć w przeszłość.
Uśmiechnęła się kolejny raz, kiedy czekając na możliwość włączenia się do ruchu, nacisnęła przycisk uruchamiający odtwarzanie płyty, a zamiast ulubionych dźwięków z głośników popłynęła wesoła piosenka o wyjątkowo nieposłusznej żabce. Zupełnie o tej płycie zapomniała, ale skoro już się uruchomiła, Zuza wcale nie miała zamiaru jej wyłączać. Boże, jak ona bardzo o tym kiedyś marzyła! Śniła, aby w jej życiu wygodnie rozgościł się szczery, dziecięcy śmiech, bałagan, którego przy ciągłych psotach nie sposób było ujarzmić na dłużej niż kilkanaście minut, o dziecięcych rączkach zarzuconych na jej szyję, o czekoladowych odciskach maleńkich paluszków na najbardziej wyjściowym ubraniu, a nawet o dokładnie takich piosenkach płynących z odtwarzacza. Życie jednak tak okrutnie ją doświadczyło, że w pewnym momencie przestała w to wierzyć. I choć serce nadal wyrywało się w stronę tych jakże prostych marzeń, ona robiła wszystko, żeby je stłumić, zanim zrobiłyby się zbyt aktywne. Po tragicznej, niespodziewanej śmierci męża świat nagle się zatrzymał, a wszystkie plany i marzenia zostały pochowane pod drewnianym wiekiem razem z Piotrem. Tymczasem zupełnie bez uprzedzenia i jakby naturalnie okazało się, że los nie powiedział jednak chyba ostatniego słowa. Choć te urwisy nie były jej dziećmi, to uczucie, które ogarniało ją, gdy spędzała z nimi czas, było nie do porównania z niczym innym…
Gdyby nie sytuacja z Kasią, Zuza mogłaby powiedzieć, że osiągnęła spokój. Do dziś pamiętała moment, kiedy po ostatniej przygodzie w górach w końcu zajęła się naprawą telefonu i przeczytała wszystkie wiadomości od przyjaciółki. Miała wtedy wrażenie, że serce na chwilę przestało jej bić…
Kasia, która po wielu latach starań w końcu doczekała się upragnionego brzuszka, od jakiegoś już czasu przebywała w szpitalu i lekarze w zasadzie nie mieli wątpliwości, że będzie musiała w nim zostać, dopóki dziewczynki nie przyjdą na świat. Na razie sytuacja została opanowana, niemniej nadal wyglądała bardzo groźnie. Ostatni czas nie pozwolił Zuzie na odwiedziny i musiały wystarczyć jej zaledwie rozmowy telefoniczne, ale dziś już w końcu miały się spotkać. Do przejechania zostało zaledwie kilkanaście kilometrów, co oznaczało, że już niedługo będzie mogła zobaczyć Kasię, przytulić ją i po prostu z nią być. Dokładnie tak samo, jak ona kiedyś z nią. Bez niepotrzebnych słów, niosąc ukojenie samą tylko obecnością i byciem tuż obok. Czasem to przecież tak wiele…
– Co ty jesteś taka zadowolona dzisiaj, co? – zapytał z uśmiechem Marek, patrząc na krzątającą się po jego domu mamę.
Ostatnio odnosił wrażenie, że Krystynie ubyło co najmniej kilka lat. Choć jakiś czas temu straciła Różę, swoją najlepszą przyjaciółkę, i nadal bardzo ciężko to wszystko przeżywała, to z jej oczu biło teraz niezwykłe ciepłe światło, kiedy patrzyła na swojego syna. Światło, które wyrażało więcej niż najpiękniejsze słowa… Niby takie samo jak zawsze, a jednak jakieś inne…
Kobieta jakby tylko czekała na to pytanie. Od razu porzuciła wszystkie rozpoczęte czynności, którymi próbowała się zająć niemal równocześnie, i ruszyła w stronę kanapy, na której siedział jej syn z opartą na zielonej poduszce nogą.
– Bo jestem taka szczęśliwa, kiedy na ciebie patrzę… – Skubnęła go z czułością w policzek w taki sposób, w jaki to robiła, kiedy był jeszcze małym chłopcem.
– Rozumiem… Cieszy cię to, że siedzę tutaj taki uziemiony, bo moja prawa stopa nadal nie odzyskała dawnej sprawności i ciągle muszę korzystać z czyjejś pomocy.
– Dokładnie tak. Zawsze byłeś zbyt dumny na to, żeby pozwolić sobie pomóc przy czymkolwiek, więc teraz mogę sobie to odbić za wszystkie czasy – powiedziała z takim uśmiechem, że Marek ledwo poznawał w tej kobiecie swoją mamę.
– Aż tak się nie ciesz, bo jutro wróci Zuza Samosia i będzie po sprawie. Co ja mam z wami, kobietami? – westchnął, jednocześnie szeroko się uśmiechając, po czym szybko zmienił wątek: – Wspaniała jest, prawda?
– Oj, synku… Tak długo czekałam, żeby usłyszeć te słowa. Tak długo… – powtórzyła, pozostawiając jego pytanie bez odpowiedzi. I bez niej oboje doskonale wiedzieli, że Zuza jest niezwykła. – Wiedz, że jeżeli przyszłoby mi dzisiaj odejść, odejdę szczęśliwa i spokojna. Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałam tej świadomości, że nie jesteś już sam. Że masz kogoś, kto będzie obok ciebie i wesprze cię wtedy, kiedy będziesz tego potrzebował. Po waszej walce z lawiną oboje wiemy, że Zuza zdała ten egzamin z wyróżnieniem.
– To prawda… Ale mamo… – próbował wtrącić Marek, jednocześnie drapiąc za uchem Kropkę, małego pieska Zuzy, którego ta zostawiła u niego na czas swojej krótkiej podróży. Od pewnego momentu ten zwierzak stał się już właściwie ich wspólnym, więc nie miała serca rozdzielać go z bliźniakami.
– Tak, kochanie, ja wszystko wiem. Nie musisz mi niczego tłumaczyć, naprawdę rozumiem. Pamiętasz, jak niedawno ci powiedziałam, że na razie chciałabym tylko, żebyś otworzył swoje serce? Widzę, czuję i wiem, że właśnie tak się stało, i w tym momencie w zupełności mi to wystarczy.
– Stało się, stało… Już nawet przed sobą nie mogę zaprzeczać. – Marek zamyślił się na chwilę. – Kiedy wtedy, w szpitalu, tuż po przebudzeniu, zobaczyłem jej zapłakaną twarz, jej troskę o mnie, coś się zmieniło. Coś, nad czym nie byłem w stanie zapanować… Zresztą nadal nie jestem. Jest dla mnie niesamowicie ważna i nie wyobrażam sobie już, żeby mogło jej w moim… w naszym życiu zabraknąć. – Popatrzył z czułością na swoich synów zajętych budowaniem klockowej farmy dla szydełkowych zwierzątek, których kolekcja dzięki Zuzie powiększała się z dnia na dzień. – Ale nadal nie potrafię się pozbyć tego wrażenia, że robię coś złego, że krzywdzę Monikę. Ją też przecież przez cały czas noszę w sercu, w myślach. Nie mogę wyrzucić z serca tak wielu wspólnych, bardzo szczęśliwych lat. A jednak Zuza również zajęła już w nim swoje miejsce i ja naprawdę bardzo chcę, żeby tam była. Chyba sam do końca nie wiem, co próbuję ci właśnie powiedzieć. Rozumiesz mnie, mamuś?
– Rozumiem, kochanie. Doskonale rozumiem. – Krystyna położyła swoją naznaczoną upływającym czasem, ale starannie wypielęgnowaną i zadbaną dłoń na ręce syna. – W którymś momencie ta walka w twojej głowie się skończy, obiecuję ci to. Przyjdzie taki czas, w którym w pełni zrozumiesz, że Monika byłaby szczęśliwa, widząc cię takiego, jakim teraz jesteś. Ona cię bardzo kochała, synku, a jak się kogoś kocha, to się chce jego szczęścia. Monia na pewno właśnie tego by dla ciebie pragnęła i jestem przekonana, że będzie zadowolona, mogąc przebywać w tym twoim wielkim serduchu razem z Zuzą.
– Ja to niby wiem. Ale jakoś tak trudno mi to wszystko zaakceptować. Nie chcę też, żebyś mnie źle zrozumiała. Ja i Zuza jesteśmy tylko przyjaciółmi… Co prawda przez te wszystkie przeżycia wyjątkowo bliskimi przyjaciółmi, ale jednak przyjaciółmi.
– Spokojnie, skarbie. Twoje myślenie i tak zrobiło bardzo wielki postęp. Daj sobie czas i pozwól tej relacji samej się rozwijać. Jutro, kiedy wróci Zuza, znowu zniknę na jakiś czas, żebyście mogli pobyć tylko ze sobą. Może wtedy doczekam się nazwania tej „przyjaźni” – wykonała w powietrzu znak cudzysłowu – czymś nieco poważniejszym – zaśmiała się głośno. Dość już było tych trudnych, ciężkich tematów i przyszła najwyższa pora, żeby odrobinę rozluźnić atmosferę.
– Ahaaa – celowo przeciągnął głoskę. – Czyli ty to zrobiłaś specjalnie, tak? Świadomie tak rzadko się tutaj pojawiałaś…
– A co myślałeś? Żebyś wiedział, jak ze sobą walczyłam. Ale musiałam. Poza tym zostawiłam cię w najlepszych rękach, więc nie możesz mieć do mnie pretensji.
– Ja nie wiedziałem, że ty taka przebiegła bestia jesteś…
– Synek, więcej szacunku do matki! – Krystyna pogroziła mu palcem, po czym znów wybuchnęła śmiechem. – Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. A zresztą… Na razie pewne jest tylko jedno. Jak każda matka zrobiłabym wszystko, żebyś był szczęśliwy! – Wstała z kanapy, pocałowała go w sam czubek pokrytej ciemnymi włosami głowy i dziarskim krokiem ruszyła przed siebie, podśpiewując pod nosem starą jak świat piosenkę o sercu, które podobno jest najpiękniejszym słowem świata.
Kasia leżała na szpitalnym łóżku, zapatrzona w wysokie drzewo, które poruszane dość silnym wiatrem raz po raz obijało się o szybę okna w łuszczącej się z farby ramie.
Na przygnębiającej białej pościeli wyglądała jak śliczna, ale przeraźliwie smutna porcelanowa laleczka. Jej blada twarz mocno kontrastowała z czarnymi jak heban i do tej pory bardzo zadbanymi włosami. Teraz leżały niedbale rozrzucone na opatrzonej logo placówki poszewce i wyglądały dokładnie tak samo jak ich właścicielka – na smutne i pozbawione blasku.
Zuza stała przez chwilę w progu, walcząc ze łzami coraz mocniej napływającymi do oczu i próbując się oswoić z widokiem, który miała przed sobą. W minionym czasie tak wiele szpitalnych sal widziała, ale Kasia była ostatnią osobą, która powinna tutaj leżeć. Powinna cieszyć się jednymi z najpiękniejszych miesięcy w życiu kobiety, czerpać z tego niezwykłego stanu, budować piękne wspomnienia, a nie żyć w niepewności o każdy kolejny dzień, zamartwiając się o zdrowie i życie bliźniaczek. Zuza miała wrażenie, że zaraz pęknie jej serce. Korzystając jeszcze z tego, że Kasia jej nie widzi, doprowadziła się do porządku, otarła łzy, kilkakrotnie zamrugała, żeby odzyskać ostrość widzenia, i lekko pchnęła drzwi, które cicho zaskrzypiały. Pacjentka niemal natychmiast odwróciła głowę w ich stronę.
– Zuza – wyszeptała cicho, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Oderwała dłoń od sporego już brzuszka, który jeszcze przed chwilą z czułością gładziła, i wyciągnęła rękę do przyjaciółki.
– Kochana… – Kobieta natychmiast ruszyła w jej stronę.
Odsunęła kawałek kołdry zakrywającej do tej pory metalowy i nieprzyjemny brzeg łóżka, po czym ostrożnie usiadła i mocno przytuliła tę, o którą tak bardzo teraz drżała. Obie tego ogromnie potrzebowały. Dopiero po jakimś czasie Zuza wypuściła przyjaciółkę z objęć, przeniosła się na stojące obok łóżka krzesło i wzięła kościstą rękę dziewczyny w swoje dłonie. Mimo ciąży Kasia sprawiała wrażenie, jakby bardzo schudła. Wyglądała na tak kruchą i delikatną.
– Jak się czujesz, Kasieńko? – Zuza bała się zadać to pytanie, a jednak po to tutaj przyjechała. Tak bardzo chciała z nią pobyć, ale musiała też w końcu poznać prawdę. Znała przyjaciółkę i podejrzewała, że ta nie wszystko jej powiedziała przez telefon.
– Bywało lepiej… – wyszeptała dziewczyna, a jej słaby uśmiech natychmiast przeszedł w pełen cierpienia grymas, a potem w cichy płacz.
– Ćśśś, nie płacz. Proszę, nie płacz. Musisz być silna. Dla dziewczynek. One czują twój strach… – Zuza podniosła dłoń przyjaciółki i przytuliła ją do swojego zimnego ze strachu policzka.
– Wiem, że powinnam. Ale nie umiem. Zuza, tak bardzo się boję… W momencie, kiedy poczułam ich ruchy pod sercem i uwierzyłam, że już wszystko będzie dobrze, pozwoliłam sobie na odrobinę radości, okazało się, że jednak tak nie będzie…
– Będzie, a ty musisz w to wierzyć! – Zuza nie była pewna, czy próbuje przekonać siebie, czy Kasię. A może obie jednocześnie…
– Każdego dnia dowiaduję się czegoś nowego. Kolejne wiadomości spadają mi na głowę niczym hałaśliwe bomby. I choć kocham moje skarby najbardziej na świecie i niezależnie od tego, jakie się urodzą, będę je kochać najmocniej, jak tylko zdołam, to mam wrażenie, że już więcej nie udźwignę. Te bomby tak strasznie mi już podziurawiły głowę i serce… Boję się każdej upływającej minuty i chociaż z jednej strony się cieszę, że to kolejna minuta, kiedy są pod moim sercem, to z drugiej się boję, że zaraz mogę je stracić.
– Nie stracisz, słyszysz? Nie stracisz. Życie nie może być aż tak okrutne.
– Chyba jednak jest… Cały czas mam jakieś krwotoki, których lekarze nie są w stanie zatrzymać, mimo że faszerują mnie kolejnymi kroplówkami i tabletkami. Maleńka przestała rosnąć, a teraz jeszcze pojawiło się podejrzenie jakiejś wady genetycznej. Do tego moje badania krwi… Chciałabym powiedzieć, że całą sobą czuję, że się mylą, ale… nie czuję. Strasznie się boję, że je stracę. Tak długo o nich marzyłam, tak długo o tę ciążę walczyłam, a kiedy w końcu się poddałam, okazało się, że już nie jestem sama. Że pod moim sercem zaczynają bić dwa kolejne. Jeżeli coś im się stanie, ja tego nie przeżyję… – Kasia rozpłakała się na dobre.
Zuza ponownie usiadła obok niej i mocno przytuliła. Wiedziała, że w szpitalu panują pewne standardy i nie wolno, ale w tym momencie ważniejsze było to, żeby dziewczyna się uspokoiła. Stres też mógł spowodować skurcze, które nie powinny mieć teraz miejsca. Przytuliła przyjaciółkę do siebie, głaskała po włosach i kołysała tak długo, dopóki ta się nie wyciszyła. Robiła dokładnie tak, jak wielokrotnie uspokajała ostatnio Jasia i Stasia, kiedy zdarzyła się jakaś wyjątkowo dramatyczna dziecięca awaria. I choć prawie niezauważalnie obdarty paluszek małego dziecka nie mógł się równać z dramatem, jaki teraz przeżywała Kasia, ten sposób działał identycznie w obu przypadkach. Zuza czuła, jak przyjaciółka z każdą minutą się wycisza, jej plecy powoli przestają drżeć, ale jeszcze długo nie chciała wypuszczać jej z ramion. Dla niej ta chwila bliskości też była niezwykle ważna. Nie mogła pomóc przyjaciółce w żaden inny sposób, więc chociaż tak chciała dać jej odrobinę otuchy, mimo że miała wrażenie, że sama tego wsparcia bardzo potrzebuje. Pragnęła, żeby ktoś jej powiedział, że to wszystko to jakaś koszmarna pomyłka i że od tej pory już na pewno wszystko będzie dobrze.
Głośne pukanie do drzwi domu Zuzy, a jeszcze do niedawna domu pani Róży, docierało niemal do samego Kołobrzegu.
Ubrany w dziurawe jeansy, które zapewne od dawna nie czuły zapachu proszku do prania, i równie znoszoną fioletową koszulę, mężczyzna ze złością raz po raz uderzał w drzwi, nawołując Zuzę i ciągnął za klamkę. W końcu zmęczony szarpaniną z samym sobą usiadł ciężko na jednym z trzech marmurowych schodków i schował twarz w zaniedbanych dłoniach.
Po chwili z głośnym przekleństwem na ustach uniósł ją z powrotem, a jego zamglony wzrok wskazywał, że to jeszcze nie koniec. Wstał, ze złością wyrzucił srebrny klucz do furtki – jedyny, jaki nadal miał – i lekko chwiejnym krokiem ruszył przed siebie. Próbował zatrzasnąć bramkę, ale zrobił to z taką siłą, że ta z głośnym dźwiękiem kilkakrotnie odbiła się od metalowego słupka, ale nie była w stanie się zamknąć.
– Jeszcze tu wrócę i wtedy wszyscy zobaczycie! – wykrzyknął Konrad sam do siebie.
Po kilku krokach zawrócił z zamiarem zakłócenia spokoju sąsiadowi mamy, ale pod wpływem chwilowej trzeźwości umysłu doszedł jednak do wniosku, że musi sprawy załatwić z nią. Tylko z nią i z nikim innym. To ona zabrała mu matkę, a potem dom, który teraz był jego jedynym ratunkiem…
W panice odnalazł wyrzucony wcześniej klucz, który jeszcze miał zamiar wykorzystać, i odszedł, zanim ktokolwiek zdążył go zauważyć.
– Tatusiu, ciocia. Ciocia dźwoni! – Rozemocjonowany Jaś przybiegł do Marka z telefonem w jednej ręce i nadgryzionym cytrynowym ciasteczkiem, jednym z tych, które dziś rano upiekła babcia, w drugiej. Z tej radości jednak zamiast telefonu próbował przekazać tacie nie do końca to, co powinien.
– Dziękuję, kochanie. – Marek zaśmiał się ciepło.
Poczochrał synka po główce i rozsiadł się wygodnie na sofie. Był taki dumny ze swoich synów. Mimo że byli jeszcze tak maleńcy, próbowali mu pomagać, jak tylko mogli. Marek w duchu dziękował Bogu za to, że przygoda z lawiną nie odcisnęła na nich zbyt wielkiego piętna. Dzięki błyskawicznemu przybyciu jego mamy i powrotowi Zuzy, która ze względu na dzieci kategorycznie odmówiła transportu do szpitala, nie zdążyli aż tak mocno odczuć, że sytuacja jest bardzo poważna. Wiedzieli jednak, że tatuś chwilowo nie może z nimi biegać aż tak szybko jak dawniej, i kiedy tylko potrzebował jakiejś drobnej pomocy, zawsze byli bardzo chętni. Tak jak teraz, kiedy nawet nie zdążył ich poprosić. Zresztą nawet nie miał takiego zamiaru. Wiedział, że musi dużo ćwiczyć, aby odzyskać dawną sprawność, a w jego przypadku było to niezmiernie istotne. Jako samotny ojciec nie chciał nadużywać niczyjej pomocy.
– Hej, podróżniczko. Tęsknimy tutaj za tobą – powiedział, kiedy tylko przesunął zieloną słuchawkę na ekranie telefonu. Odsunął nieco aparat od ucha i wyciągnął go w stronę dzieci, żeby też mogły się przywitać. Słyszał radosny śmiech Zuzy na wyjątkowe dziecięce okrzyki „Taaak!”.
– Ja też za wami tęsknię. Bardzo! Jak sobie radzicie?
– Wszystko dobrze.
Podniósł się z sofy i pomaleńku przesuwał w stronę drzwi do ogrodu, żeby wypuścić Kropkę na zewnątrz. Siedziała pod nimi i wpatrywała się w Marka wielkimi, czarnymi jak węgielki oczkami, dając mu tym samym sygnał, że już najwyższa pora wyjść. Przez ostatni czas zdążyła się tutaj tak zadomowić, że doskonale sobie ze wszystkim radziła. Chociaż nadal mieszkała z Zuzą w domu obok, a tutaj tylko przychodziła ze swoją panią, dzięki bliźniakom znała dokładnie każdy kąt tego domu, a nawet miała swoje specjalne, iście królewskie miejsce. Wszyscy domownicy, z chłopakami na czele, dbali o to, aby niczego jej nie brakowało. Dzięki temu Zuza nie miała żadnych obiekcji, żeby ją u Marka zostawić. Wiedziała, że będzie jej tutaj wspaniale.
– A ty jak się trzymasz? – zapytał.
– Też dobrze.
– A co z Kasią? Opowiadaj, bo bardzo się z mamą martwimy. – Usiadł na fotelu blisko drzwi, czekając, aż za szybą pojawi się włochaty pyszczek Kropki sygnalizujący, że jest już gotowa wrócić.
– Niestety kiepsko. Nie wiem wszystkiego, ale to, czego zdążyłam się dowiedzieć, wygląda bardzo źle. Próbuję kierować myśli Kasi na inny tor i nie wypytywać, ale ona jest w totalnej rozsypce i na niewiele się to zdaje. Serce mi pęka, kiedy na nią patrzę. Przed chwilą przyszedł Krzyś, więc wyszłam, żeby dać im chwilę prywatności, a przy okazji porozmawiać z wami, ale mam wrażenie, że z nim jest jeszcze gorzej. Wygląda, jakby stworzył sobie taki specjalny pancerz, którego zewnętrzna powłoka przeznaczona jest dla żony. Ale Boże… Nawet pod tym uśmiechem widać, że w środku tego pancerza wszystkie części są kompletnie rozsypane i pokurczone. Dobrze, że mają siebie i potrafią się wzajemnie wspierać, choć niestety w tej sytuacji nie jestem pewna, czy to wystarczy. Staram się myśleć pozytywnie, wmawiać sobie, że będzie dobrze, i niczego nie dać po sobie poznać, a jednocześnie tak bardzo się boję… Kasia zasługuje na wszystko, co najlepsze, i nie rozumiem, dlaczego w ogóle musi przez to przechodzić. Dlaczego los pozwolił jej wyjść z choroby, podarował jej chwilę szczęścia, po tylu latach dał jej nawet upragnioną ciążę, a teraz znowu się odwrócił i robi wszystko, żeby jej to zabrać. To jest takie niesprawiedliwe…
– Zuziu… Skarbie… – Coraz częściej pozwalał sobie na czułe słowa. Była dla niego bardzo ważna, wielokrotnie jej to powtarzał w ostatnim czasie i dużo by w tej chwili oddał, żeby móc być teraz przy niej i mocno przytulić. – Musimy wierzyć, że będzie dobrze, i pod żadnym pozorem się nie poddawać. Niewiele więcej możemy zrobić. Niestety…
Kiedyś, kiedy Monika, jego zmarła żona, była w ciąży, wielokrotnie słyszał, że ciąża bliźniacza oznacza podwyższone ryzyko, i miał sporą wiedzę na temat możliwych komplikacji, ale nie chciał się nią dzielić z Zuzą. Wolał oszczędzić jej kolejnych stresów i zmartwień. Dla niej limit wszystkich złych emocji powinien być już dawno wyczerpany, niestety los jakoś nadal nie chciał wziąć tego pod uwagę. Zarówno z nią, jak i z jej przyjaciółką pogrywał sobie w okrutny sposób.
– Wiem… Tylko powiedz mi, jak to wytłumaczyć sercu, które jest sparaliżowane strachem i kurczy się tak boleśnie, że odcina sobie dopływ tlenu… Chciałabym być z wami… Kiedy jesteście blisko, jakoś łatwiej mi uwierzyć w to, że wszystko będzie dobrze. Wszyscy trzej jesteście dowodem na to, że tak właśnie może być. I przede wszystkim na to, że zawsze jest nadzieja… Bardzo tęsknię.
– To wracaj do nas tak szybko, jak będziesz mogła.
– Dzisiaj zostanę z Kasią, dopóki nie wyrzuci mnie stąd ktoś z personelu. Jutro też chciałabym spędzić z nią jak najwięcej czasu, a przynajmniej dopóki Krzyś nie wyjdzie z pracy. Wyjadę jakoś pod wieczór, pewnie zanim się całkowicie ściemni. A jak tam chłopaki i Kropcia? Dają ci popalić?
Kiedy pomyślała o tych małych ancymonkach, nie mogła się nie uśmiechnąć. Dwa szczęścia, dwie maleńkie osóbki – dla nich nie było takiej gradowej chmury, której by nie przegoniły…
– No coś ty! Ten kudłatek zaczarował moje dzieci. Trio idealne. Zresztą mama też cały czas nad wszystkim czuwa, więc zostań tam tak długo, jak tylko potrzebujesz. Choć bardzo za tobą tęsknimy, rozumiemy. Zajmij się sobą i Kasią, a o nas się nie martw. Poradzimy sobie.
– Twoja mama też nie może się przemęczać…
– Ona jest w swoim żywiole. Żebyś widziała, jak rządzi! Wszystkich nas tutaj ustawia do pionu. No, może tylko Kropkę oszczędza.
Puścił oko do mamy, która cały czas kręciła się gdzieś w pobliżu. Jej serce dostawało skrzydeł, kiedy Marek z taką czułością zwracał się do Zuzy. Od kilku lat nie słyszała, żeby jego głos tak pięknie brzmiał…
– Uściskaj ją mocno ode mnie, proszę. Zresztą wszystkich was bardzo mocno ściskam i całuję. Wracam do Kasi, zadzwonię wieczorem. Pa!
– Trzymaj się! My ciebie też bardzo mocno ściskamy i myślami jesteśmy z tobą. Pa!
* * *
Zuza schowała telefon do torebki i odrobinę spokojniejsza ruszyła prosto do sali, w której czekali na nią Kasia z Krzysiem. Głos Marka podziałał na nią kojąco i dodał jej nieco więcej siły, którą teraz powinna przekazać Kasi. Ona potrzebowała jej w tym trudnym czasie najbardziej z nich wszystkich…
– Dziwne… – szepnęła do siebie Krystyna, wracając z krótkiego wieczornego spaceru.
Podeszła bliżej do ogrodzenia domu Zuzy i zatrzasnęła otwartą na oścież furtkę. Była przekonana, że rano, kiedy szła po świeże pieczywo, wszystko było w jak najlepszym porządku, a bramka na pewno była zamknięta. W przeciwnym razie by to zauważyła. Jak to możliwe, że teraz było inaczej? Czyżby była niedomknięta i wiatr ją popchnął? Nie, to raczej też nie wchodziło w grę. Obejrzała się jeszcze kilkakrotnie za siebie, jakby samej sobie nie dowierzała, i skręciła w prawo na podjazd prowadzący do domu jej syna i wnuków.
– Chyba trzeba będzie sprawdzić furtkę Zuzy! – krzyknęła do bawiącego się z dziećmi Marka, kiedy tylko weszła do środka. Zdjęła okrycie i zaczęła rozcierać zmarznięte ręce. – Kiedy w końcu ta pogoda się poprawi? I pomyśleć, że jak byłam młoda, uwielbiałam zimę i wczesną wiosnę. Teraz moje kości chyba potrzebują więcej ciepła.
– Po pierwsze, mamuniu, ty zawsze będziesz młoda. Po drugie, z każdym dniem będzie coraz cieplej, nie martw się. A co z tą furtką?
– Właśnie nie wiem. Była otwarta na oścież.
– Ale to raczej niemożliwe…
– Synek, przecież ci mówię, że była otwarta. Może Zuza nie domknęła i wiatr ją otworzył?
– Zuza? Ta Zuza, która kilkadziesiąt razy przed wyjściem z domu sprawdza, czy na pewno wszystko wyłączyła, przekręciła, zakręciła i zamknęła? No coś ty!
– To może coś się zepsuło? Ech… Ludzie się psują, a co dopiero rzeczy martwe – szepnęła wyjątkowo smutno. Oboje wiedzieli, co miała na myśli.
– Osobiście jeszcze przed zimą sprawdziłem dokładnie cały mechanizm na prośbę pani Róży.
– No to nie wiem…
– Jutro tam pokuśtykam i sprawdzę, dobrze? Chłopaki, troszkę ciszej, proszę. Indianie aż tak bardzo nie hałasują! – Marek przewrócił oczami.
Ostatnio ta dość głośna zabawa była na porządku dziennym. Bliźniaki zagłuszały chyba wszystko, co działo się w okolicy, i o ile rano było to jeszcze całkiem znośne dla uszu, wieczorem już niekoniecznie i wyjątkowo dawało się we znaki.
* * *
W tym samym czasie, kiedy w domu Marka było gwarno i radośnie, Zuza otwierała drzwi do swojego dawnego życia… Z ciężkim sercem przekręcała klucz. Podczas ostatniego pobytu tutaj przeżyła wiele skrajnych emocji, ale też to właśnie wtedy podjęła decyzję o wyjeździe do Kołobrzegu na stałe. Dokładnie tamtego zimowego dnia jej pociąg po długim postoju ruszył w drogę po raz kolejny…
Cicho zamknęła za sobą drzwi, zapaliła światło i powiesiła płaszcz na nieco przykurzonym wieszaku. Odkąd Kasia znalazła się w szpitalu, Krzyś zaglądał tutaj zdecydowanie rzadziej – i trudno było mu się dziwić. Jego nieobecność najbardziej widać było po kwiatach, które kiedyś wprowadzały tu niesamowity, ciepły nastrój, ozdabiając każdy wolny kąt ukochanych pomieszczeń. Teraz ich liście zwisały smętnie i nawet kolorowe doniczki nie były w stanie uratować nieco nadszarpniętego wizerunku. Wręcz przeciwnie: jeszcze bardziej pogłębiały to smutne odczucie. Zuza miała nieodparte wrażenie, że te rośliny wyglądają dokładnie tak jak ona kiedyś. Szybko napełniła stojące na parapecie konewki, wsypała do każdej niewielką ilość odżywki i próbowała reanimować oklapnięte łodygi, ale wiedziała, że nie wszystkie kwiaty zakwitną ponownie. Choć w zasadzie całkiem niedawno sobie już też nie dawała ani odrobiny szansy na podniesienie. A jednak… Uśmiechnęła się do swojego odbicia w szybie. Postanowiła, że tak szybko się nie podda i je uratuje. Ożywi je dokładnie tak, jak kiedyś pani Róża zrobiła to z nią samą…
Sięgnęła pamięcią do dnia, kiedy Kasia wpadła do niej z szalonym pomysłem, który wywrócił życie Zuzy do góry nogami. Zostawienie pracy, której szczerze nie cierpiała, i wyjazd na drugi koniec Polski, żeby zaopiekować się chorą na stwardnienie rozsiane ciocią przyjaciółki, wydawał się jej wtedy nie do zrealizowania. A jednak zrobiła to i dzięki temu stało się dokładnie tak, jak chciała Kasia – Zuza w końcu przestała wegetować i z każdym dniem coraz bardziej wracała do życia. To życie na pewno jeszcze znacząco odbiegało od takiego, jakie prowadziły inne niespełna trzydziestoletnie kobiety, ale w porównaniu z tym, jakie Zuza miała, zanim zamieszkała u pani Róży, i tak zaszła w nim wręcz kolosalna zmiana.
Odrzuciła od siebie te smutne wspomnienia i powoli przeszła z niewielkiego salonu do sypialni, którą kiedyś dzieliła z Piotrem. Potem zerknęła do kuchni i do pozostałych pomieszczeń. Każde z nich bombardowało ją wspomnieniami i choć w gardle czuła delikatne drapanie, któremu towarzyszyły zbierające się w oczach łzy, to na usta wypełzł też ledwo dostrzegalny uśmiech. Ulubiony fotel jej zmarłego męża już nie powodował bólu tak strasznego, że Zuza potrafiła godzinami na nim siedzieć i rozpaczać aż do momentu, kiedy organizmowi zaczynało brakować sił – teraz przywoływał najpiękniejsze wspomnienia. Oczami wyobraźni widziała, jak siedział na nim i pełen emocji głośno kibicował swojej ulubionej drużynie piłkarskiej albo czytał kolejną powieść historyczną, zagłębiając się w niej tak mocno, że kompletnie zapominał o otaczającej go rzeczywistości. Wtedy nie docierały do niego żadne, nawet najbardziej hałaśliwe dźwięki. Trzymany w ręce kubek, w którym Piotr najczęściej pił poranną kawę, też nie budził już tego silnego uczucia żalu i rozpaczy, że to nigdy więcej się nie wydarzy, ale przywoływał w pamięci wszystkie rozmowy, jakie przy nim prowadzili. Te długie, i te krótkie, łapane w pośpiechu przed czekającym ich nowym dniem, niekontrolowane, najczęściej zupełnie bezsensowne wybuchy śmiechu, a nawet jego twarz zabawnie umorusaną cynamonem, który często dosypywała mu do kawy. Złożona w szufladzie niebieska piżama męża nadal wywołała przeszywające na wskroś ukłucie w sercu i żal za tym, co minęło, ale też przypomniała, jak cudownie było się do niego przytulić wieczorem i spać bezpiecznie w jego ramionach… Jak wspaniale i wyjątkowo się wtedy czuła…
Zuza żałowała, że nie ma już tutaj ekspresu do kawy. Mimo że była bardzo zmęczona, czuła też wielką ochotę, by chodzić, wspominać i cieszyć się tym, że znowu jest w miejscu, które kiedyś było jej prywatnym rajem. Ostatnim razem jej serce rozrywało się tutaj na kawałki i nie miała na to siły. Dziś było nieco inaczej.
Jedyne, z czym jeszcze miała problem, to telefon do Marka. Z jednej strony chciała do niego zadzwonić, usłyszeć jego ciepły i czuły głos, ale z drugiej miała w sobie jakiś dziwny, niczym nieuzasadniony opór. Jakby powstrzymywały ją te ściany, które przecież były przesiąknięte tak wieloma pięknymi wspomnieniami. Teraz już tylko one łączyły ją ze zmarłym mężem… Tylko one.
– Tak bardzo chciałabym tutaj z tobą zostać… – Zuza coraz bardziej przeżywała, że jeszcze dziś wieczorem musi wracać do domu.
– Ja też bardzo bym tego chciała, ale tak się nie da. Życie nie zatrzyma się na chwilę tylko dlatego, że ja muszę leżeć w tym okropnym miejscu. I ja to wszystko rozumiem. Twoja rozmowa kwalifikacyjna też jest bardzo ważna. – Kasia próbowała pocieszać przyjaciółkę, choć wiedziała, że o wiele łatwiej byłoby jej znieść tak długi pobyt w szpitalu, gdyby Zuza mieszkała bliżej.
– Ty jesteś najważniejsza! Bez dwóch zdań. Ale muszę w końcu znaleźć pracę. Właściciel firmy i tak bardzo poszedł mi na rękę, bo zrozumiał, dlaczego nie pojawiłam się na pierwszej rozmowie tuż po Nowym Roku.
– Boże, jak sobie przypomnę, co tam wtedy przeżyliście…
– Nie myśl o tym. W twojej ślicznej główce powinny być teraz same przyjemne rzeczy! – Poprawiła jej luźne kosmyki zwisające smętnie wokół twarzy. – A tamto… Było i dzięki Bogu minęło. Całe szczęście, że nikomu nic poważniejszego się nie stało, bo mogło być zdecydowanie gorzej… Gdyby ratownicy nas wtedy w porę nie odnaleźli… – Zuza nabrała powietrza. – Dla Marka to już były ostatnie chwile na ratunek. Ktoś chyba tamtego dnia nad nami czuwał…
– Na pewno! Macie przecież w niebie dwoje aniołów. – Kasia mocno ścisnęła rękę przyjaciółki, po czym szybko zmieniła temat. Nie chciała, żeby Zuza znowu o tym rozmyślała, bo na pierwszy rzut oka widać było, że sporo się w jej zachowaniu zmieniło. – A jak się teraz czuje Marek?
– Już w porządku. Noga nie jest jeszcze całkowicie sprawna, ale to też z czasem minie. Dotychczasowa rehabilitacja już przyniosła spore efekty, a na pewno będą one jeszcze większe. Jest tak uparty, że sam wiele ćwiczy i próbuje jak najszybciej wrócić do dawnej formy. To naprawdę niesamowity facet!
– A jak się układa między wami? – Kasia już wczoraj bardzo chciała zadać to pytanie, ale najpierw nie była w stanie rozmawiać, a potem niemal przez cały czas był z nimi Krzyś. Ona jednak potrzebowała takich spokojnych pogaduch z Zuzą, kilku chwil spędzonych tylko we dwie.
– Nie bardzo wiem, jak mam ci na to pytanie odpowiedzieć. – Zuza zamyśliła się na moment. – Może obrać ci jabłko?
– Zuza! – Kasia pogroziła jej palcem.
– No dobra. Wiem, wiem. Nie jesteśmy razem, jeżeli o to pytasz. Spędzamy wspólnie czas, w zasadzie bardzo dużo czasu, pomagamy sobie w miarę możliwości, wspieramy się, czasem przytulamy i uwierz mi, to na razie naprawdę sporo.
– Mhm… Interesuje mnie zwłaszcza to „przytulamy”. – Kasia wyszczerzyła zęby.
Zuzie aż zrobiło się lżej na sercu. Jak dobrze było widzieć dawną przyjaciółkę, jej uśmiech. Choćby nawet na ułamek sekundy, ale już to sprawiło, że miała poczucie, jakby na chwilę cofnął się czas. Przez ten krótki moment były tylko one i ich radość. Żadnych trosk i problemów.
– Tulimy, kochana, to znaczy tulimy. Takie wiesz… całkiem przyjemne uczucie. Ważne. Może nawet ważniejsze niż tysiąc słów. Gest przyjaźni, serdeczności.
– No dobrze, już dobrze. Nie wypytuję więcej. Chociaż… Trochę rewelacji by mi nie zaszkodziło. W tych szpitalnych murach można oszaleć.
– Wiem, ale choćbym bardzo chciała, to nie mam żadnych rewelacji w zapasie.
– Mam cię! Czyli chcesz? – Kasia zmarszczyła czoło, udając, że intensywnie coś analizuje.
– Nie łap mnie za słówka. Jesteśmy przyjaciółmi. Kropka.
– Ej no. Daj chociaż wielokropek, bo to daje nadzieję, że jednak coś, gdzieś, kiedyś…
– Oj Kasia, Kasia… – Zuza zakryła dłońmi oczy, po czym z powrotem się zza nich wyłoniła i patrząc za okno, kontynuowała spokojnie, już nieco smutniejszym tonem: – Myślałam, że go stracę. Gdy odzyskałam przytomność, a jego nie było… To był chyba ten moment, kiedy z taką ogromną intensywnością do mnie dotarło, że ze zwykłego znajomego, sąsiada, stał się dla mnie kimś nieco bliższym. Kimś bardzo ważnym, bez kogo nie wyobrażam sobie już życia. Zupełnie takim jak ty…
– No to teraz zepsułaś nastrój. A już było tak pięknie. Zuza, zlituj się nade mną! – Kasia przewróciła oczami w charakterystyczny dla siebie sposób. Zuza widziała go wcześniej setki razy. Krzyś pewnie jeszcze więcej. – A tak poważnie, to bardzo się cieszę. Nie masz pojęcia jak bardzo… I dziękuję ci, że tutaj jesteś. Tylko przy tobie udaje mi się na chwilę zapomnieć o bombie, na której siedzę. Nawet jak rozmawiamy na poważne tematy, to na sercu robi mi się o wiele lżej i czuję się zdecydowanie spokojniejsza.
– Dlatego chciałabym być tutaj cały czas…
– Nie przejmuj się, na razie cieszmy się chwilą. A potem też jakoś damy radę. Na szczęście jest mnóstwo aplikacji, komunikatorów, są wideorozmowy. Kiedyś już sobie z tym poradziłyśmy, więc i teraz się uda.
– Pewnie, że tak. Będę też przyjeżdżać najczęściej, jak tylko będzie to możliwe. – Zuza nie chciała już dodawać, że kiedy Kasia leżała w domu, to jednak wszystko zupełnie inaczej wyglądało. Teraz, kiedy musiała być w szpitalu, sytuacja była o wiele poważniejsza i Zuza wiele by oddała za to, żeby móc mieć ją na oku.
– Jeszcze Krzyś… – westchnęła Kasia, pozwalając myślom zboczyć na nieco inne tory.
– To znaczy? Co Krzyś? Co z nim? Jakoś dziwnie to zabrzmiało…
– Zuza, przecież widziałaś wczoraj, jak on wygląda. W dodatku myśli, że świetnie się kamufluje i że ja zupełnie niczego nie widzę… Nie chce ze mną rozmawiać o tym, co się aktualnie w naszym życiu dzieje. Jakby ten temat w ogóle nie istniał. Udaje, że wszystko jest w porządku, a przecież oboje wiemy, że nie jest. Niby jest przy mnie, niby mnie wspiera, a jednak nie do końca. Traktuje mnie jak jajko, z którym trzeba się obchodzić delikatnie, a już najlepiej to w ogóle przy nim o niczym nie mówić, żeby się broń Boże nie zdenerwowało. Ale kurczę, to ja tutaj leżę, ja cały czas sprawdzam, czy dziewczynki się ruszają, na polecenie lekarzy liczę te wszystkie ruchy i czasem bym potrzebowała, żeby ze mną porozmawiał albo chociaż pozwolił mi się wygadać, wyrzucić z siebie ten cały lęk, który mnie wypełnia od czubka głowy aż po pięty. Ja rozumiem, że on jest tatą i że boi się tak samo jak ja, ale mimo wszystko to ja dźwigam cały ciężar na swoich barkach. Strasznie mnie wkurza takim zachowaniem.
– A mówiłaś mu o tym?
– No pewnie. Już dawno się nauczyłam, że brak komunikacji nie prowadzi do niczego dobrego.
– I co on na to?
– Chyba niewiele, bo jak tylko podejmuję próbę rozmowy, on nadal natychmiast się wycofuje. Dziwnym trafem zaraz musi coś zrobić, gdzieś iść albo przypomina sobie, że miał pilnie zadzwonić.
W tym momencie do sali weszła położna w niebieskim fartuchu i z ogromnym sprzętem do KTG, kończąc tym samym tak ważną rozmowę.
– Ciocię prosimy, żeby się odrobinę przesunęła, będziemy słuchać serduszek.
Kasia została uziemiona do tego stopnia, że wszystkie badania miała albo w sali, albo była na nie wożona razem ze szpitalnym łóżkiem, na którym leżała.
Zuza przeniosła krzesło na drugą stronę stelaża i przyglądała się, jak specjalne głowice zostają umieszczone na brzuchu ciężarnej, a potem przymocowane za pomocą elastycznych pasów.
– Na pewno jest pani wygodnie? – zainteresowała się położna. – Badanie potrwa co najmniej pół godziny.
– Tak, wszystko w porządku. Możemy już włączyć? – niecierpliwiła się Kasia.
– Ale mnie pani popędza. Już, mamusiu, już! – Kobieta o wyjątkowo sympatycznej, okrągłej twarzy roześmiała się, po czym nacisnęła fioletowy przycisk.
W szpitalnym pokoju natychmiast rozległ się jeden z najpiękniejszych dźwięków, jakie Zuza miała przyjemność słyszeć, choć właśnie dotarł do jej uszu po raz pierwszy – bicie serca jednej z córeczek Kasi i Krzysia.
