Zwycięzca bierze wszystko - Aneta Jadowska - ebook + książka

Zwycięzca bierze wszystko ebook

Aneta Jadowska

4,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Wsi spokojna, wsi wesoła... ale nie dla tej ekipy!

Kiedy Dora, Miron i Joshua uciekają z Thornu i ukrywają się w domu na wsi, liczą na spokój, czas na lizanie ran i odpoczynek po chryi, w jaką wpędzili ich bogowie.

Sielanka nie trwa długo. Awantury, nowe moce, emocjonalne burze, rodzinne tajemnice i potężni wrogowie znajdą ich nawet na końcu świata.

Nie ma takiego miejsca na ziemi, w piekle czy w niebie, w którym ta trójka byłaby bezpieczna.

Dora Wilk nie uchyla się przed żadnym wyzwaniem, ale czy Sąd Ostateczny to nie za dużo dla wiedźmy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 489

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
monan1982

Nie oderwiesz się od lektury

Dora Wilk dołączyła do panteonu moich ulubionych postaci. A alternatywna Polska wydaje się dużo ciekawsza niż jej odpowiednik w rzeczywistości
00

Popularność




Dla Karoliny, czyli Komety, pierwszej psychofanki – lepszej, niż mogłam sobie wymarzyć

Rozdział 1

Sygnał radiowozu przedarł się przez pulsowanie w mojej głowie. Niebieskie światła zamigotały w lusterku, a Joshua spojrzał na mnie z niepokojem.

– Muszę się zatrzymać – powiedział cicho.

– Zrób to. Papiery mamy w porządku – odparłam, czując jednak skurcz trzewi.

Istniało bardzo wiele rzeczy, które mogły pójść nie tak, ale to nie policja była dziś moim głównym powodem do zmartwień. Jeszcze kilka miesięcy temu po prostu pokazałabym odznakę i pogawędziła z funkcjonariuszem o trudach służby. Przywyknięcie do faktu, że to już przeszłość, nie jest łatwe. Czy tylko dlatego czułam teraz dziwny skurcz w żołądku? Włoski na ramionach stały mi dęba, coś było nie tak…

Joshua zwolnił i zjechał na pobocze. Miron przebudził się na tylnym siedzeniu.

– Co tam?

– Nic, śpij spokojnie, zajmiemy się tym – odparłam. Wyciągnęłam rękę i pogłaskałam diabła po głowie. Nadal był cholernie rozpalony.

Sekundy, gdy czekaliśmy, aż funkcjonariusz do nas podejdzie, dłużyły się cholernie. Źle się czułam z tym, że nie jesteśmy w ruchu.

– Dzień dobry, proszę przygotować dokumenty – powiedział policjant, nachylając się do otwartego okna. Wyglądał na spokojnego i znudzonego. Był dobrze po czterdziestce, z brzuchem nieco zbyt wyraźnie rysującym się pod mundurem.

Wyciągnęłam papiery z torby, moje i chłopaków, lewe jak cholera, ale spod ręki mistrza, więc nie obawiałam się kontroli. Olaf przysięgał na wilczy honor, że przejdą każdą, nawet tę ze sprawdzaniem danych w komputerze. Wychyliłam się ze swojego miejsca i podałam dowody policjantowi.

W chwili, gdy nasze dłonie się zetknęły, wiedziałam, że mamy kłopoty. Mężczyzna zadrżał i lekko zbladł. Cholera jasna! Właśnie dziś musiałam trafić na człowieka z domieszką magicznej krwi? Nie mógł to być po prostu zwykły krawężnik, jakich tysiące, ale pociotek wiedźmy, sam nie dość magiczny, by to miało znaczenie, jednak potrafiący wychwytywać ślady mocy? Po zaciśniętych zębach i napięciu, błyskawicznie usztywniającym jego ciało, domyślałam się, że nie wiedział, co przed chwila poczuł, ale był zaniepokojony. Reagował podobnie do Żamłody. Ręka odruchowo powędrowała do kabury.

– Coś nie tak, panie władzo? – zapytałam, uśmiechając się słodko, i jeszcze bardziej wychyliłam się w jego stronę, gotowa zareagować, jeśli przyjdzie mu do głowy strzelić. Wyczułam za plecami wzrastającą aurę Mirona, który wyłapywał mój niepokój. Nie potrzebowaliśmy kolejnego napadu furii, z pewnością nie w samochodzie.

Liczyłam na to, że glina zwróci uwagę na moje piersi, kołyszące się lekko pod bawełnianą koszulką, ale jego uwagę przykuła moja kabura i lśniący glock. Cholera, wciąż zapominałam, że znów noszę broń palną, ale już nie mam odznaki policyjnej.

Miałam sekundy, nim funkcjonariusz zrobi coś skrajnie głupiego. Czas zwolnił, gdy wpatrywałam się w wymierzoną we mnie lufę pistoletu.

Nie było czasu na zastanowienie. Zadziałałam instynktownie. Moja magia wzrosła, osłaniając chłopaków. Policjant drżał jak w febrze, trzymał palec na spuście, a krople potu spływały mu po czole. Marzył, by strzelić, by zniknęła ta dziwna sensacja w jego wnętrznościach. Magia napierała na niego jak ściana. Mogłam tylko mieć nadzieję, że jeśli gliniarz naciśnie na spust, kula nie dotrze do mnie czy do anioła. Nigdy nie używałam osłony jako zapory przed ołowiem. Adrenalina zaczynała buzować mi we krwi.

– Panie władzo, nie ma powodu do niepokoju – powiedziałam miękko, sięgając odruchowo po swoją broń. – Nie przekroczyliśmy prędkości, dokumenty są w porządku, proszę nie robić nic, czego przyjdzie nam wszystkim żałować.

Nie chciałam go skrzywdzić. Miał pecha, trafiając na nas, a my – trafiając na niego.

Zamrugał. Magia wpływała na niego znacznie mocniej, niż powinna. Wbijał we mnie zamglone spojrzenie zauroczonego. Nie rzucałam uroku, ale koleś bez wątpienia był zaczadzony magią. Rozpoznawałam tę ledwie uchwytną mechaniczność jego ruchów i drżenie mięśni. Nie kontrolował tego, co się z nimi dzieje. Czy miałam na niego wystarczający wpływ, by zapobiec tragedii? Trudno wykalkulować ryzyko, zwłaszcza gdy w rzeczywistości moje pole manewru było ograniczone.

– Proszę, oddaj nam papiery i odjedziemy. Nie zapamiętasz nic z tego spotkania. Nie jesteśmy osobami, których szukasz – odezwałam się niepewna, czego się spodziewać.

Nigdy nie rzucałam uroków na ludzi, nie w ten sposób! Jeśli brak ci doświadczenia i nie znasz właściwych zaklęć, zawsze warto poudawać Jedi, a nuż zadziała. Zadziałało.

– Proszę, państwa dokumenty, życzę miłej drogi – powiedział płaskim tonem.

Odsunął się o krok, byśmy mogli go wyminąć. Joshua rzucił mi zaskoczone spojrzenie i uruchomił silnik. Ruszył, a ja we wstecznym lusterku zobaczyłam policjanta, który stał jak słup soli, wpatrzony w przestrzeń przed nim. Mogłam się założyć, że może stać tak do jutra.

– Do diabła, wracaj do niego – warknęłam. Joshua zamrugał, ale posłusznie szarpnął dźwignią zmiany biegów i zaczął cofać.

Zatrzymał auto przy nieruchomym funkcjonariuszu. Opuścił szybę, a ja pochyliłam się, chcąc wyraźnie widzieć oczy mundurowego. Był w transie, jakimś pieprzonym cudem go zahipnotyzowałam, by to szlag. Nowe umiejętności, choć okazały się przydatne, przerażały mnie jak cholera. Wyskoczyłam z samochodu i okrążywszy maskę, znalazłam się tuż przy nim. Wyjęłam mu broń ze sztywnych palców i schowałam ją do kabury, zapinając dokładnie.

– Panie władzo, jak się pan nazywa? – zapytałam miękko, nie chcąc go wystraszyć.

– Tomasz Bednarek – powiedział tym samym tonem nakręcanej zabawki.

Potarłam skronie, czując, że między naszymi umysłami jest jakieś dziwne połączenie, napięta, cienka nić, która w każdej chwili może się zerwać i, na Boginię, nie wiedziałam, co wtedy stanie się z tym biednym kolesiem. Musiałam mu pomóc albo do końca życia będę ponosić odpowiedzialność za jego los.

– Tomaszu, za chwilę usłyszysz klakson, czar pryśnie, poczujesz się nieco zmęczony, ale przytomny. Dość już na dziś zrobiłeś, wrócisz do domu i odpoczniesz. I pod żadnym pozorem nie powinieneś dotykać dziś broni. Dobrze?

– Tak, proszę pani – powiedział, a jego wzrok wciąż był nieobecny.

Zerknęłam na obrączkę na jego palcu.

– Nie będziesz nic pamiętał z tego spotkania, wrócisz do domu, do żony, którą bardzo kochasz, chcesz z nią spędzić trochę czasu. Przydałby ci się krótki urlop, prawda?

– Tak, proszę pani.

– Dobry chłopiec. – Poklepałam go po ramieniu i ostrożnie wróciłam do samochodu. Zapięłam pasy, nie spuszczając z oka Tomasza Bednarka. Nić, wciąż wyczuwalna, drżała, gdy odległość między nami wzrosła.

Silnik zawarczał, odjechaliśmy kilka metrów, a potem parę razy nacisnęłam energicznie klakson. W tylnym lusterku widziałam, że mundurowy drgnął, jakby się przebudził. Przez chwilę pocierał twarz dłońmi, po czym poszedł do radiowozu. Odetchnęłam, gdy zawrócił i ruszył w przeciwnym kierunku.

– Co to było, kotek? – Joshua zerkał na mnie niespokojnie. – Nie wiedziałem, że potrafisz takie rzeczy…

– Bo nie potrafię, przynajmniej nie potrafiłam do naszej małej przygody. I mam nadzieję, że to minie, bo przeraża mnie jak cholera.

Ręce drżały mi niczym alkoholikowi pozbawionemu dostępu do paru głębszych.

– Nic mu nie będzie?

– Nie powinno. Z tego, co słyszałam, może mieć jakieś przebłyski, więc zasugerowałam kilka dni wolnego. Gdyby znalazł się w krótkim czasie w podobnej sytuacji, mógłby instynktownie powtórzyć ten scenariusz.

– Po zatrzymaniu kogoś do rutynowej kontroli wyciągnąłby broń i strzelił, jak zamierzał? – spytał zszokowany anioł, zaciskając palce na kierownicy.

– Tak myślę – powiedziałam, zdając sobie sprawę, że nie ja jedna widziałam, na co się zanosi. Jednak Joshua nie zareagował wtedy, w pełni ufając, że sobie poradzę. Hm, tego, w jaki sposób, żadne z nas nie mogło się spodziewać.

– Jak się czujesz? – Joshua nie patrzył na drogę, tylko na mnie.

Skrzywiłam się i wzruszyłam ramionami. Właśnie zamieniłam faceta w zombie i mogłam jedynie zakładać, że nie przepaliłam mu magią obwodów. Mówienie o tym, że bolało mnie wszystko, od skóry po kości, nie miało sensu. Oczy piekły jak przy zapaleniu spojówek, a głowa pulsowała migreną stulecia. Norma, to trwało już drugi dzień. Zaczęło się rankiem, kiedy pierwszy raz, odkąd staliśmy się Triumwiratem, otworzyłam oczy. Początkowa faza – euforia i brak dolegliwości ze strony ran, które zadała mi Jezabel – była tylko ulotną chwilą szczęśliwości. Po niej przyszedł ból i jak dotąd nigdzie się nie wybierał.

Spojrzałam uważnie na anioła. On zdawał się znosić nowy stan całkiem dobrze, może dlatego, że dopiero co przechodził gorączkę przemiany. Ja i Miron zaliczaliśmy, jak się zdaje, własne jej wersje. Przymknęłam powieki, by osłonić oczy przed światłem; krótkotrwała ulga, nim znów zaczęły piec.

Zwinęłam się na fotelu. Pozwoliłam myślom odpływać jak najdalej od bólu pulsującego w mięśniach i odbijającego się echem w kościach. Joshua pogłaskał mnie po udzie, poczułam fale jego empatii. Uśmiechnęłam się blado i zupełnie nieprzekonująco. Nie było sensu się mazać, nie zamierzałam chlipać po kątach. Ostatecznie i tak wygrywaliśmy. Mogłam stracić wszystko. Cała nasza trójka mogła dziś nie żyć. Jeśli alternatywą dla tego był ból, trudno, biorę na wynos i poproszę frytki do tego.

Pogłośniłam radio. Kompilację muzyki do samochodu zebrał Joshua. Kashmir Zeppelinów wypełniał przestrzeń auta, a ja próbowałam odpłynąć w psychodeliczne zaświaty. Anioł milczał, twarz miał nieco pobladłą i wiedziałam, że się o nas martwi. Nic mu nie mówiłam, ale on i tak wyczuwał moje cierpienie. By rozpoznać kłopoty Mirona, nie potrzeba było empaty. Nastroje diabła każdemu dawały się we znaki. Zwłaszcza Leonowi, mojemu samozwańczemu opiekunowi, który dostał dziś cios z zaskoczenia tylko dlatego, że mnie dotknął. Miron warczał na wszystkich poza Joshuą, nawet na swojego dziadka Lucyfera czy dziadka Joshui, archanioła Gabriela, choć żaden z nich nie miał wobec mnie złych intencji.

Trudno uwierzyć, że od piątkowego wieczoru, kiedy zaatakowała nas Jezabel, minęły zaledwie dwa dni. Dwa dni, odkąd widziałam rozdarte i krwawiące ciało Mirona, kiedy czułam, jak umiera w moich ramionach. Dwa dni, odkąd pokonałam sukę, która mu to zrobiła. Dwa dni, odkąd jakaś boska interwencja, do dziś nie wiemy, czyja: Pana czy Bogini, nie tylko ocaliła nam życie, lecz także związała naszą trójkę – wiedźmę, diabła i anioła – w najprawdopodobniej pierwszy w historii międzysystemowy Triumwirat. Miron otrzymał pełnię majestatu, co diabłom się nie przydarza. Ja też, a przynajmniej coś na jej kształt, co jest chyba nawet dziwniejsze. Przyjęliśmy to ze spokojem, choć Gabriel, Lucyfer i Michał ostrzegali, że nie da się w pełni przewidzieć konsekwencji takiego Triumwiratu ani reakcji, potencjalnie wrogiej, wszystkich środowisk z nami związanych. To, co się wydarzyło, kwestionowało prawa niebieskie, magiczne i podważało porządek, jaki panował w kręgach piekielnych. Ale skoro alternatywą była śmierć, nie zamierzaliśmy żałować.

O tym, że nie będzie łatwo, przekonaliśmy się już godzinę później. Siedzieliśmy sobie w uroczym towarzystwie starego Triumwiratu – Gabriela, Lucyfera i Michała – kiedy do drzwi załomotał ktoś tak wnerwiony, że futryna z trudem zniosła ciosy. Zamki puściły pierwsze i nim doszłam do drzwi, w progu stanął ogromy czart, dwa metry trzydzieści centymetrów mięśni i agresji.

– Leon? – wykrztusiłam zaskoczona.

Rozglądał się wściekły, szukając zagrożenia. Zlustrował pokój, nim podszedł do mnie. Odruchowo się cofnęłam, widząc jego minę. Przystanął i odetchnął. Starał się opanować, więc zrobiłam krok naprzód.

– Co tu się dzieje, malutka, wszystko w porządku? – zapytał, kiedy jego oddech się uspokoił. Nagle zrozumiałam: bał się o mnie, myślał, że coś mi grozi, i wpadł tu w trybie bojowym. Spoglądał w głąb pokoju, gdzie archaniołowie, Książę Piekieł, anioł i diabeł siedzieli na kanapach, nie kryjąc zaskoczenia.

– Tak, Leosiu – powiedziałam miękko, pewna, że skoro jest już opanowany, nie zrobi nikomu krzywdy. – Wszystko już pod kontrolą.

– To może mi wytłumaczysz, jakim cudem linia magiczna przed twoim domem dymi i żarzy się tak, że zbiegają się tu magiczni z całego Thornu?

– Linia magiczna? Nie mam pojęcia… Nawet nie wiedziałam, że mamy aktywną linię magiczną przed domem – zdziwiłam się.

– Bo nie mieliśmy, nie była aktywna od dwóch wieków. A teraz świeci jak cholerna choinka w centrum handlowym.

Pobiegłam do okna w kuchni, wychodzącego na ulicę i Szatański Pierwiosnek.

– Na Boginię – jęknęłam, widząc, że nie przesadzał. Linia żarzyła się czerwienią niczym strumień lawy pod popękaną nawierzchnią. Magicznych było coraz więcej, mrowili się na chodnikach, ich podekscytowanie dało się wyczuć nawet z wysokości drugiego piętra i przez szyby.

– No więc, jak to zrobiłaś? – zapytał Leon tuż za moimi plecami. Jak na olbrzyma poruszał się zaskakująco cicho.

– Ja? Nic nie zrobiłam! Nie mam pojęcia, co uaktywniło wygasłą linię! – zawołałam gwałtownie, czując, że ziemia usuwa mi się spod nóg.

– Panienka coś za bardzo protestuje – powiedział Gabriel z słyszalną w każdej głosce ironią.

– Zamknij się – warknęłam.

– Dora, nie wierzę w takie przypadki. Uaktywniła się akurat ta linia, akurat pod twoim domem, akurat po tym, jak wmieszałaś się w boskie igrzyska, walczyłaś z niebieską wszetecznicą, a Baal odwiedził moje skromne progi… – Leon spoglądał na mnie z cierpliwą troską.

Zachwiałam się. Chwycił mnie, nim upadłam, i bez słowa zaniósł na kanapę.

– Co, do cholery… – Nie musiałam się oglądać, by wiedzieć, że właśnie zobaczył mój nowy tatuaż. Ogromne sowie skrzydła, zajmujące całe plecy i wypełzające na ramiona, raczej nie mogły pozostać niezauważone.

– To długa historia – powiedział Miron, przyciągając mnie do siebie. Z westchnieniem przyjęłam jego ciepło.

– Wstrzymajmy się z opowieściami, za moment dołączą kolejni nią zainteresowani – powiedział Luc, nasłuchując. Po chwili i do mnie dotarł odgłos kroków na schodach.

Pełna obaw patrzyłam w stronę drzwi, niepewna, kto się w nich ukaże. Tłum z pochodniami skandujący „spalić wiedźmę” zaskoczyłby mnie mniej niż Roman, miejscowy Książę wampirów, wkraczający w moje progi. Bez zaproszenia, by to szlag jasny trafił.

– Czemu możesz wejść? – wykrztusiłam.

Nigdy go tu nie zapraszałam, na służbowe spotkania zawsze wybierałam neutralny teren – siedzibę Starszyzny albo Szatański Pierwiosnek, nawet jego posiadłość, ale nie mój dom. Raz zaproszony, mógłby tu wejść, kiedy chciał, a ja obawiałam się, że któraś z potencjalnych wizyt mogłaby nie mieć przyjaznego przebiegu. Nie była to czysta paranoja – nasze relacje bywały w przeszłości napięte. Jakim cudem teraz wchodził sobie z tą irytującą nonszalancją, jak pieprzony król wybiegów, przekraczając mój próg, moje zaklęcia ochronne?

– Też się cieszę, że cię widzę, moja słodka – parsknął. – Nie bądź taka zaskoczona, jestem mężczyzną wielu talentów.

– Roman, jesteś wampirem – jęknęłam.

– Po co ta drobiazgowość, gdzie twój szacunek dla politycznej poprawności? Chyba nie zamierzasz mnie dyskryminować ze względu na moją dietę? – Znów się ze mnie nabijał, obserwując zgromadzonych w salonie gości. – No proszę, ależ towarzystwo, moja mała, kto by pomyślał……

– Nie mów tak do mnie, krwiopijco – warknęłam – i lepiej śpiewaj, jak się tu dostałeś! Bez zaproszenia.

– Nie muszę mieć zaproszenia. Cokolwiek się tutaj zdarzyło, wypaliło zaklęcia ochronne. I bardzo chciałbym wiedzieć, co to było, bo rozpaliło linię magiczną pod twoim domem do białości.

– Skąd pomysł, że to ma cokolwiek wspólnego ze mną?

– Słaby blef, wiedźmo, oczywiście, że ma. Gdybym miał wątpliwości, wasze pięknie aury, przebijające nawet przez osłony, powiedziałyby mi, że coś jest na rzeczy. I to konsylium wokół ciebie. Poza tym przywykłem, że jeśli pojawiają się kłopoty, maczasz w tym palce lub za chwilę będziesz, więc lepiej mi powiedz, zanim znajdę inne sposoby, by to z ciebie wyciągnąć.

Spacerował po dywanie z pozorną nonszalancją, ale świdrujące spojrzenie, jakim sprawdzał nasze twarze, dowodziło, że był spięty. Milczałam. Czy jest jakaś skrócona wersja tej historii? I co w ogóle zamierzał zrobić, kiedy już znajdzie potwierdzenie, że mam z tym cokolwiek wspólnego?

– Radzę ci, krwiopijco, zważaj na słowa i nie groź jej, bo stracę cierpliwość – warknął Leon.

Dopiero niedawno się dowiedziałam, że opiekował się mną, odkąd mnie zna, obejmując ochroną przed wszystkim, co mogłoby czekać na naiwną wówczas i skłonną do brawury nastolatkę. A mało kto chciał zadzierać z potężnym czartem, za którym wlokła się reputacja najgroźniejszego i najtwardszego generała piekielnych zastępów w historii. Miron pokiwał tylko głową, sygnalizując, że chętnie się przyłączy do Leonowej utraty cierpliwości. Joshua położył dłoń na moim kolanie w czytelnym znaku ochrony. Luc, Gabe i Michał tylko unieśli brwi, a ich kpiące uśmieszki mówiły jasno, że groźby Romana są całkiem bez pokrycia.

Cóż, nie chciałam kolejnej bijatyki tej nocy, a obicie tyłka członkowi Starszyzny przez gości z innego systemu nie byłoby dobre dla polityki międzysystemowej. Westchnęłam.

– Roman, powiedz mi tylko, co z linią, przepala się? – spytałam.

To byłby najgorszy scenariusz. Od linii zależała egzystencja alternatywnych miast. Zasilały moc magicznych jak niewyczerpane źródło energii. Bez nich nie byłoby Thornu. Ich liczba jest stała. Niektóre są czynne, inne uśpione, ale zachowana jest między nimi równowaga. Wygaśnięcie linii tę równowagę burzy. Tak upadały miasta, a zasiedlające je cywilizacje odchodziły w zapomnienie.

– Za wcześnie, by to stwierdzić. Taka aktywność może być zapowiedzią wygasania.

– Ale nie musi?

Wzruszył ramionami.

– Nie jestem ekspertem. Katarzyna ci to lepiej wyjaśni. Na razie całe miasto odczuło przypływ energii. Linia obudziła się na całej długości. No więc, coś ty znowu zmalowała?

Przełknęłam. Jeśli linia wygaśnie i zdołają udowodnić, że to moja wina… Mogłam od razu strzelić sobie w głowę, bo kara Starszyzny nie będzie tak szybka i bezbolesna.

– Ciągle czekam, wiedźmo! – ryknął zirytowany.

– Roman, nie strasz jej!

Głos Katarzyny mnie uspokoił. Stała w progu, w białej, długiej sukni, ze spływającymi do pośladków złotymi włosami niby jakaś wróżka chrzestna, która zaraz zamieni dynię (może Romana?) w karocę i pomoże mi uciec od kłopotów. Przeszła szybko przez pokój i kucnęła obok. Przez chwilę patrzyła na mnie tymi niezwykłymi, szafirowymi oczami i poczułam, że za moment się rozpłaczę, widząc znajdujące się w nich niepokój i troskę.

– Jesteś cała, kochanie?

Skinęłam głową. Katarzyna spojrzała na wampira z wyrzutem.

– Nie bądź dupkiem, Romanie, nie czujesz, ile wciąż w powietrzu jest bólu i ile krwi tu dziś wylano? Nie potrzeba kolejnych pokazówek maczyzmu. Jeśli nie potrafisz zachowywać się normalnie, wyjdź.

– Katarzyno… – zaczął z nutką perswazji, ale ona już stała przed nim, niewielka, lecz wyprostowana jak struna, z zadartym podbródkiem i roziskrzonymi oczami.

– Nawet nie zaczynaj. Są chwile, gdy mogę ci pobłażać, gdy sobie z nią pogrywasz, tak to już jest między wami, ale nie dziś – powiedziała twardo. – Zamknij drzwi. I jeśli nie potrafisz zmienić podejścia, zostań po drugiej stronie.

Miałam ochotę jej kibicować, ale musiałam szczerze przyznać, że nie zasłużył na obicie tyłka.

– Katarzyno – odezwałam się z kanapy – nic się nie stało, trafiłaś na gorszy moment. Nie był dupkiem cały czas, choć wciąż nie wiem, jak mógł tu wejść bez zaproszenia.

– Daywalker, czyli chodzący za dnia – powiedział Roman, wdzięczny mi za obronę. Nigdy dotąd się nie zastanawiałam, jak dużą władzę ma Katarzyna, głowa Starszyzny, nad pozostałymi członkami, ale teraz widziałam, że Roman prędzej nadzieje się na kołek i przejdzie na wegetarianizm, niż rozmyślnie wyprowadzi ją z równowagi. – Mogłem wejść z tego samego powodu, z jakiego mogę wyjść na słońce. Pozostałość po magicznym życiu sprzed przemiany. Gdybyś miała działające zaklęcia, zatrzymałyby mnie jak każdego magicznego.

– Dobrze wiedzieć. A teraz może usiądźcie? Porozmawiamy, napijemy się kawy i zapomnimy o wszelkich groźbach?

Joshua poszedł nastawić ekspres. Roman spoglądał na Katarzynę z grymasem, któremu ze wszystkich, jakie widziałam na jego twarzy, najbliżej było do skruchy. Skinęła głową, przyjmując niewypowiedziane, ale wyraźne przeprosiny. Podał jej ramię i podprowadził do fotela. Usiadła, zwiewny obłok białego tiulu, złotych włosów i władzy absolutnej. Roman zajął miejsce na podłokietniku, choć było więcej wolnych miejsc. Nie rozumiałam do końca ich relacji, ale ten gest zasugerował mi, że nie tylko służbowo wampir podlegał pięknej wiedźmie. Oficjalnie Katarzyna miała swojego Kaspiana, ale może Roman też odgrywał rolę w jej życiu? Albo ona w jego?

– Katarzyno, znasz moich gości?

Przedstawiłam jej Gabriela, Lucyfera, Michała. Skinęła uprzejmie głową. Oczywiście, słyszała o nich (kto nie słyszał?), ale nie mieli dotąd okazji do spotkań. Przez wieki systemy się izolowały, a takie historie jak przyjaźń wiedźmy, anioła i diabła zwyczajnie nie miały miejsca. Dłuższą chwilę poświęciła twarzy Michała; o tym, że bywał u nas Gabe i Luc wiedziała, ale widok kolejnego archanioła był dość zaskakujący.

– Dobrze, kochanie, możecie mi wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi? Czuję tu strasznie dużo krwi, poznaję po zapachu, że należy do ciebie i twojego diabła, ale wy siedzicie tu cali i zdrowi. Czuję też inną krew, magiczną, ale nie do końca…

– To krew Jezabel, zgłaszałam wam, że mnie prześladuje… Gdy wróciliśmy do domu, już tu czekała. Uzbrojona i zdeterminowana, by nas zabić. – Gardło ścisnęło mi się na wspomnienie wściekłej twarzy suczy. Nie przesadzałam, bardzo chciała nas zabić. – Walczyłam z nią, miała miecz z anielskiej stali… Prawie zabiła Mirona, gdy zasłonił Joshuę… Zabiłam ją. Nie ma ciała, nie ma śladów, nie będzie sprawy, a obecni tu archaniołowie dbają o to, by nie zaszkodziło to polityce międzysystemowej.

Siliłam się na spokój, choć niewiele go w sobie odnajdywałam. Dłoń Joshui gładziła mnie po ramieniu. Przyjaciel koił moje nerwy, jak tylko anioły potrafią.

– To nie koniec tej historii, prawda? Jak dotąd nie powiedziałaś o niczym, co mogłoby uaktywnić linię.

– Nie wiem, co mogło to zrobić. – Zagryzłam wargi.

Roman prychnął, ale umilkł pod spojrzeniem Katarzyny.

– Może więc opowiedz po kolei, a ja spróbuję odgadnąć. Kochanie, to ważne, musimy wiedzieć, co obudziło linię, zwłaszcza jeśli wygaśnie…

Skinęłam głową. Powoli opowiedziałam skróconą wersję tego, co nastąpiło po zabiciu Jezabel. Pod przymkniętymi powiekami znów to widziałam.

Gabriel i Michał, którzy przybyli po duszę Mirona. Luc, który przyszedł opłakiwać wnuczka. Nasza bezradność. Moja wściekłość, ból, strach, że go stracę, że zostanę sama. Moje obietnice: miłości, ślubu, wspólnego życia. Modlitwy do Bogini i do Boga. Prośby, że skoro nie mogą go uratować, to niech przynajmniej pozwolą mi być z nim po drugiej stronie. I ból, gdy rozcięłam sobie nadgarstek. Rwący, gorący krwotok, który spływał z rany na mnie, na Mirona. I to, co uznałam za swoją śmierć. Światło, gdy Gabriel, Michał, Joshua, a nawet Luc weszli w pełnię majestatu. I szok, gdy okazało się, że Miron jest uzdrowiony i ma skrzydła, a ja – tatuaż na całych plecach i tworzymy z Joshuą Triumwirat, potwierdzony symbolami na naszych nadgarstkach.

Opowiadałam Katarzynie, Romanowi i Leonowi okrojoną wersję tej historii, nie musieli wiedzieć wszystkiego.

Nie mogłam oddać słowami tego, co czułam.

Nie zamierzałam też tłumaczyć, że Michał, Luc i Gabe są związani Triumwiratem, ani tego, co może się wiązać z naszym. Powiedziałam po prostu, że jest to rodzaj nierozerwalnej więzi splatającej aury, dlatego się zmieniły, co Roman i tak już zauważył.

Nie wspominałam o pomocy Baala, bo jego status, niegdyś bóstwa, dziś Księcia Demonów, był dyskusyjny.

Gdy skończyłam mówić, byłam znów zapłakana, a Joshua i Miron przytulali mnie ciasno do siebie. Nikt się nie odzywał.

Dziadkowie chłopaków i Michał zachowywali dystans w trakcie spotkania z magicznymi. Zaczynałam doceniać to, że mnie nie traktowali z takim chłodem. No może poza Gabem, który od początku był upierdliwym gnojkiem z kijem w dupie… Katarzyna spoglądała na mnie z absolutnym spokojem na twarzy. Widać patent na wyprowadzanie jej z równowagi miał tylko Roman, który – zszokowany – milczał teraz jak zaklęty.

– I nie wiecie, czyja to była interwencja? – zapytała po dłuższej chwili.

– Bez wątpienia Pana – powiedział stanowczo Gabe. – Tylko on potrafi przywołać pełnię majestatu u aniołów. I diabłów, jak się okazuje.

– Ale nie powinno to mieć wpływu na wiedźmę. – Katarzyna zmarszczyła nos w grymasie niezadowolenia.

– Myślę, że zadziałali oboje, Pan i Bogini – powiedziałam cicho.

Spojrzeli na mnie, jakbym wygłosiła największe bluźnierstwo.

– Dajcie spokój, tak, jesteśmy z osobnych systemów, ale mamy silne więzi… Plus nie wszystko jest czarno-białe. Jestem magiczna, ale zostałam ochrzczona i nigdy nie dokonałam formalnej apostazji. Uznałam, że samo wejście do świata magicznych jest wystarczającą deklaracją przynależności. Według norm niebieskich pewnie wciąż jestem wpisana w rejestry grzeszników. Prosiłam o pomoc lub śmierć zarówno Pana, jak i Boginię, złożyłam jej ofiarę z życia, której wspaniałomyślnie nie przyjęła. Nie wiem, kto dokładnie ocalił życie Mirona, kto uleczył moje rozpłatane żyły, kto doprowadził do przemiany, ale widzę tu działanie i Pana, i Bogini. Ona nie zdołałaby przywołać pełni majestatu anioła, diabła i pary archaniołów, on nie rozpaliłby linii magicznej.

Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się to jedynym logicznym uzasadnieniem.

– Co dla ciebie oznacza przemiana, wiedźmo? – zapytał Roman.

Nie zamierzałam siać w nim ziarna paranoi i niepewności, wchodząc zbyt głęboko w dywagacje, więc musiała mu wystarczyć najprostsza odpowiedź.

– Nie wiem, nie było dotąd takiego przypadku. Oczywiste zmiany już widzisz. Czas pokaże, co jeszcze mnie czeka.

Roman uwielbiał to, że kolejny raz byłam zagadką.

– Jeśli przeżyjesz wystarczająco długo, by się o tym przekonać. Dobrze się domyślam, że nie wszystkim spodoba się ich więź? – spytała Katarzyna, wbijając szmaragdowe oczy w archaniołów. Poruszyli się niespokojnie.

– Istnieje takie niebezpieczeństwo – wyjąkał w końcu Gabe.

– Musimy się na jakiś czas ukryć. – Potarłam rozpalone czoło.

– Opadnie kurz, Triumwirat okrzepnie, a przemiana się zakończy – powiedział Miron. – Do tego czasu góra, dół i magiczne pomiędzy być może ustalą, jakie właściwie mają stanowisko w naszej sprawie. Czy chcą nas zabić, czy mają na nas wyjebane.

– Masz dokąd uciec? – zapytała wprost Katarzyna.

– Mam. Wolałabym, by to miejsce pozostało sekretem.

– Oczywiście. Potrzebujesz czegoś?

– Kilku rzeczy. Olaf pomoże mi je zdobyć.

Dokumenty, broń, samochód. Jeśli twoje potrzeby są dziwnie zbieżne z potrzebami członków mafii, nie ma jak lojalny Alfa. Pani Ognia i Wody przytaknęła. Coś ją wciąż niepokoiło.

– Po prostu to powiedz – jęknęłam, spodziewając się kłopotów.

– Przez twój udział w obudzeniu linii magicznej wielu może cię postrzegać jako zagrożenie dla naszego rodzaju. Niektórzy – podkreśliła to słowo – członkowie Starszyzny będą zapewne sugerować eliminację prewencyjną. Podejrzewam, że dojdzie do głosowania w tej sprawie.

Zamknęłam oczy. Obawiałam się tego. Za mocno się wychyliłam. „Eliminacja prewencyjna”, elegancki termin na zabójstwo.

– Czy jeśli opuszczę Thorn, będę ścigana? – Głos zadrżał mi odrobinę. Istniało mnóstwo paskudnych stworzeń, które można wysłać za zbiegłą wiedźmą.

– Nie wybiegaj zbyt daleko w przyszłość. Postaram się załagodzić sytuację. Wciąż to ja jestem głową Starszyzny. – Katarzyna starała się brzmieć lekko, ale nie była aż tak dobrą aktorką.

– Jeśli linia nie wygaśnie, mamy szansę – powiedział spokojnie Roman.

Zamrugałam zaskoczona.

– Będziesz głosował za mną?

– Oczywiście. Już ci mówiłem, jestem praktyczny. Jesteś doskonałą Namiestniczką i nie tak łatwo znaleźć za ciebie zastępstwo.

Katarzyna była zadowolona z tego, co powiedział, i poklepała go delikatnie po kolanie. Chyba właśnie odkupił maczobzdety, którymi wcześniej ją wkurzył. Niewiele to zmieniało w mojej sytuacji. Gardiasz od początku mnie nienawidził, Claudia była mną zwykle poirytowana, a Bruno podejrzewa, bezpodstawnie, że spróbuję przejąć jego wilcze stado, a to nie nastraja go przyjaźnie. Dwa do trzech.

– Zamierzam zwołać Radę Okręgu. – Katarzyna zdawała się czytać w moich myślach.

W skład okręgu wchodziło, prócz Thornu, Trójprzymierze. W Radzie byli: Juliana, jako głowa magicznych, Gajusz, Książę wampirów, i wilczy Alfa Olaf… Moje szanse w głosowaniu zaczynały wyglądać nieco lepiej. Byłam pewna głosu mojej elfiej przybranej matki. Olaf ślubował mi lojalność. Z Gajuszem… miałam pakt o nieagresji. Chyba że wyczuje moją chwilę słabości i właśnie teraz go zerwie.

– Podejrzewam, że Trójprzymierze wystawi radę międzygatunkową twojego pomysłu. To dobra próba generalna jej efektywności. Głos będzie więc miała też Eleonora. – Katarzyna kalkulowała dokładnie jak ja. – I, przynajmniej teoretycznie, ty jesteś przecież łączniczką. Nawet jeśli wykluczą cię z głosowania z przyczyn formalnych, nie jest źle, masz lojalnych przyjaciół. Myślę, że mamy szansę na oddalenie oskarżeń.

– Jeśli nie wygaśnie linia – powtórzył głucho Roman.

Tak, jeżeli do tego dojdzie, nie będzie głosowania, zostanę automatycznie uznana za zagrożenie dla wszystkich magicznych. A moja śmierć w tych okolicznościach mogła odbić się na chłopakach.

– Jeśli do tego dojdzie, masz azyl w piekle. Cała wasza trójka go dostanie – powiedział stanowczo Luc. – Nie będziesz pierwszą przyjętą przez nas istotą magiczną. Jesteś wybranką mego wnuka, nie zamierzam stać z boku i patrzeć, jak dzieje ci się krzywda. Zresztą, tylko wyjątkowi głupcy nie docenią tego, co dla nich zrobiłaś w ostatnim czasie. Loki grałby dziś w kości szkieletami magicznych, wampirów i wilków, gdyby nie ty – przypomniał z naciskiem – więc należy ci się co najmniej kredyt zaufania.

Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. Dopóki sytuacja się nie wyklaruje, nie mogłam przyjąć tej oferty. A Joshua musiałby upaść, by na dłuższą metę znieść piekło.

*

Spotkanie ciągnęło się niemal do świtu. Byłam tak zmęczona, że przysypiałam, kiedy w końcu wszyscy wyszli, zapowiadając, że wkrótce wrócą. Zostaliśmy sami w naszym mieszkanku. Niemal bez słowa rozebraliśmy się i poszliśmy do mojej sypialni.

Strach przed stratą, która dziś była tak realna, sprawiał, że mimo zmęczenia nie mogłam się wyciszyć. Słuchałam równego oddechu Mirona, który przytulał się do moich pleców jak łyżeczka, i śpiącego Joshui, zwiniętego jak kocię, z plecami wtulonymi w mój brzuch. Splotłam palce z ich dłońmi i bałam się zamknąć oczy. Bałam się, że to tylko sen i obudzę się bez nich. Okaże się, że Jezabel mi ich zabrała, ja tkwię w Sanktuarium w śpiączce, a ostatnie godziny były tylko fantazją prokurowaną przez zmaltretowany i niedotleniony mózg.

– Śpij, słonko. – Szept Mirona załaskotał mnie w kark. – Jesteśmy tu i nigdzie się nie wybieramy.

– Skąd…?

– Pachniesz strachem i smutkiem. I miażdżysz moją rękę.

– Przepraszam – szepnęłam, luzując uścisk.

– Nie masz za co.

– Kocham cię, Miron. Nie mogłabym bez ciebie żyć.

– Wiem, słonko. Mam dokładnie tak samo. Choć nie zapomnę, że z przyjęciem oświadczyn zwlekałaś, aż jakaś suka niemal mnie zabiła.

Zachichotałam, zaskoczona zmianą tematu.

– Czasem trudno się zdecydować na poważny krok. Ale wiesz, że teraz nie pora na ślub.

– Kochanie, możemy mieć długie narzeczeństwo, najważniejsze dla mnie jest to, że przyjęłaś oświadczyny i nie zaprzeczasz już temu, co jest między nami.

– Nie mogłabym.

I mówiłam prawdę. Przysięgłam sobie nigdy nie tchórzyć, nie udawać już, że nie kocham, że nie chcę z nim być. Nie ma przeszkody, której byśmy nie pokonali, skoro pokonaliśmy śmierć. Dziś byłam gotowa oddać za nich obu życie, a myśl o życiu bez Mirona rozrywała mi serce. Są rzeczy, które można przeżyć tylko raz, nie popadając w obłęd.

*

Nie wiem, kto następnego ranka obudził się pierwszy, ja czy ból. Jęczałam, wijąc się w pościeli. Ciało płonęło, mięśnie drżały, głowa pulsowała i maltretował ją nieznośny łomot, a światło słoneczne zdawało się wypalać oczy. Joshua potrząsał mną, usiłując uzyskać odpowiedź na pytanie, co, u diabła, mi jest. Nie wiedziałam. Przygryzłam wargę do krwi, by nie wrzeszczeć na całe gardło. Mirona nie było w sypialni. To mnie na chwilę otrzeźwiło i zaczęłam się nerwowo rozglądać.

– Miron? – wyszeptałam przez ściśnięte strachem gardło.

– W łazience. W tym samym stanie, co ty. Myślę, że to gorączka przemiany.

Cień przemknął mu przez oczy na wspomnienie tego, jak sam przechodził ją nie tak dawno. Choć, jeśli spojrzeć na to, ile się od tego czasu wydarzyło, można śmiało powiedzieć, że minęły całe wieki. Opadłam na poduszkę spocona i rozpalona, zbyt słaba, by wstać.

– Trzeba cię trochę ochłodzić, kotek, bo za chwilę się ugotujesz – powiedział zaniepokojony, dotykając mojego czoła. – Pora na bardzo zimny prysznic.

Podniósł mnie, jakbym była piórkiem. Nie jestem. Żadna kobieta mierząca metr osiemdziesiąt i niezwiązana z modelingiem nie waży tyle, co nic. A jednak Joshua nawet się nie skrzywił. Sam miał jakieś sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, był szczupły jak nastolatek, a długie blond włosy i zamiłowanie do rockowych ciuchów upodobniało go do garażowego muzyka. Nie wyglądał na faceta, który bez mrugnięcia może mnie gdzieś zanieść. Wydaje się, że nie doceniłam jego pełni majestatu. Jęknęłam, gdy stopą zawadziłam o futrynę.

– Przepraszam – wymamrotał, przyciskając mnie mocniej do siebie.

Miałam dość siły, by go objąć za szyję, głowa opadła mi niemal bezwładnie na jego pierś. Miron leżał w wannie. Wyglądał kiepsko. Przynajmniej w zakresie, w jakim może kiepsko wyglądać przystojniak o ciele młodego boga. Ale teraz ten młody bóg był przeraźliwie blady, twarz miał poszarzałą, z ciemnymi kręgami pod oczami, zroszoną gorączkowym potem. Był w nienaturalny sposób nieruchomy, nieobecny, jakby całkiem nieprzytomny, jakby… martwy. Szarpnęłam się w jego kierunku.

– Spokojnie, kotek.

Joshua ułożył mnie w wannie obok diabła. Syknęłam. Jakby igły wbijały się w obolałe mięśnie – woda była lodowata. Dziwiłam się, że nie zaczęła parować w kontakcie z moją skórą. I skórą Mirona, tak samo rozpalonego.

– Miron – wyszeptałam z ustami przy jego policzku.

Skurcz przebiegł przez jego ciało. Uchylił powieki i zobaczyłam tak znajome i kochane czarne oczy z czerwoną obwódką wokół tęczówki, teraz płonącą żywym ogniem.

– Słonko! – Uśmiechnął się słabo. – A to się odegraliśmy, co? Teraz on musi wkoło nas skakać…

Przewróciłam oczami. Diabelskie poczucie humoru.

– Boli cię?

– Jak cholera. A jak z tobą?

– Tak samo – jęknęłam – ale żyjemy, to najważniejsze.

– Chyba jesteście silniejsi niż ja – powiedział Joshua, gładząc moje czoło zimną gąbką. – Jesteście przytomni. Myślę, że wam przejdzie szybciej. Gabe jest dobrej myśli, choć nie może wam podać leku na gorączkę przemiany, bo ten został stworzony dla aniołów i mógłby was zabić.

Westchnęłam.

– Był tu dziś?

– Zanim się obudziliście.

– Nic nie słyszałam. Ktoś mógłby nas załatwić, zanim na dobre bym się ocknęła.

– Nie mógł. Wstałem wcześnie. Czuwałem.

Był taki poważny i skupiony. Wiedziałam, że kocha nas tak bardzo jak my jego. Chwyciłam jego dłoń, gdy ocierał mi policzek, i pocałowałam go w kłykcie.

– Dziękuję, ptaszyno.

– Od tego jest anioł stróz, prawda? Poza tym mamy szczęście, że nie przechodzimy przemiany w jednym czasie. Na coś się ta moja wcześniejsza choroba przydała.

W oczach migały mu ciepłe iskierki, maleńkie krople złota na granatowym tle tęczówek.

Gorączka powoli ustępowała, ale ból nie zniknął. Miron, choć wciąż rozpalony, czuł się lepiej. Mogłam zająć się przygotowaniami do naszego wyjazdu.

Wybrałam numer Olafa, odebrał po drugim sygnale. Jak na wilka brzmiał całkiem ludzko i kulturalnie. Miałam niejasne przeczucie, że nowy Alfa stada z Gdyni wniesie coś świeżego do wilczej społeczności. Różnił się od wilków, z którymi dotąd miewałam kontakt. Owszem, bywał gwałtowny i agresywny, jednak potrafił się przyznać do błędu i podejmować trudne, ale rozsądne decyzje dla dobra stada. Wprawdzie wyzwał mnie do walki, sądząc, że przyszłam przejąć jego wilki w imieniu mojej krwiożerczej praprababki, Królowej Wilków, ale gdy zrozumiał swoją pomyłkę, wybrał najlepsze wyjście z gardłowej sytuacji. Zadeklarował mi całkowitą lojalność i ugłaskał tym szaloną Wilczycę. Wyglądało na to, że przyszedł czas, bym powiedziała „sprawdzam”.

– Olafie, potrzebuję pomocy – powiedziałam, testując grunt.

– Masz wszystko, co w mojej mocy – powiedział szybko i pewnie.

Nie spodziewałam się takiej gorliwości. Od razu cieplej myślałam o Alfie z Trójprzymierza. Tutejszy, Bruno, chętnie pomógłby mi tylko ze spontaniczną dekapitacją.

– Potrzebuję dokumentów. Dowodów osobistych, praw jazdy… Wystarczających, by przeszły ludzkie kontrole.

– Nie ma problemu.

– W dwóch przypadkach to właściwie stworzenie tożsamości od zera, Miron i Joshua nie istnieją w żadnych ludzkich bazach danych. Dla mnie tylko prawko, straciłam swoje jakiś czas temu – przyznałam.

– Do zrobienia – powiedział tak pewnym głosem, że przez chwilę zastanawiałam się, jak wielu osobników z wilczymi lewymi dokumentami przeszło niezauważonych wszelkie policyjne kontrole. Nawet jeśli dziś to ja miałam korzystać z takich papierów, w głębi mojego serca wciąż siedziała policjantka, którą do niedawna byłam.

– Samochód też musi przejść wszelkie kontrole.

– Miasto czy teren?

– Teren.

– Oddam ci mój. Jest w pełni legalny. I twoi przyjaciele nie będą musieli się w nim garbić.

– Ale…

– Nie ma o czym mówić. Doro, zrobiłabyś to samo, gdybym ja czy ktoś z moich poprosił o pomoc.

Podziwiałam jego pewność, ale musiałam przyznać, że coś się zmieniło. Jeszcze jesienią przedstawiciele jego gatunku oznaczali zwykle kłopoty: odruchowo zaciskałam pięści, szykując się na walkę. Dziś dzwoniłam do Olafa, ufając mu bardziej niż większości ludzi i magicznych. Może wilcza lojalność wobec stada to coś całkiem namacalnego? Oznacza honor, a wilk jest wart tyle, co jego honor.

– Jeszcze coś, Olafie. Potrzebuję też broni.

– Jakiej?

– Lubiłam glocka.

– Jasne. Broń biała?

– Mam, dziękuję, że pytasz. – Zaśmiałam się lekko. – Na kiedy możesz mi to załatwić?

Nie chciałam go poganiać, ale ziemia trochę paliła nam się pod stopami. Echo wydarzeń z poprzedniej nocy rozchodziło się szerszymi kręgami, niż bym chciała.

– Jutro przed południem wszystko ci podrzucę.

– Możesz kogoś wysłać.

– Rocky pojedzie drugim autem, żebym miał jak wrócić.

– Dziękuję, Olafie.

Odchrząknął, ale w jego głosie wciąż słyszałam chrapliwe wzruszenie, kiedy powiedział:

– Powstrzymałaś nowy Ragnarök, ocaliłaś moich ludzi, Doro. Nikt, kto dwa razy przeżył utratę stada, nie zapomina takich rzeczy.

Pożegnaliśmy się. Przez chwilę patrzyłam na słuchawkę. Powiedział, że dwa razy utracił stado. Wiedziałam, jak to wyglądało w pierwszym przypadku. Moja babka ich zabiła: jego ojca, Alfę Olega i pozostałych. Olaf był szczeniakiem. Ocalał dzięki kaprysowi Królowej. A drugi raz? O tym dotąd nie wspominał, ale gotowa byłam się założyć, że to znacznie świeższa sprawa. Czy dlatego przyjechał do Polski? Dlatego gwałtownie i agresywnie przejął stado od starego Alfy z Gdyni? Kilka z tych pytań musiało doczekać się odpowiedzi w niedalekiej przyszłości.

*

– Doro, zauważyłaś coś dziwnego w zachowaniu Mirona? – szepnął mi do ucha Joshua, kiedy przygotowywaliśmy jedzenie. Kątem oka zerknęłam na diabła stojącego przy jednym z okien w naszym saloniku.

– Napięty…

– Wściekły – sprostował anioł. – Czuję, jak się w nim gotuje.

Zamrugałam, spoglądając ponownie na diabła. Skoncentrowana, zobaczyłam aurę; znałam jego osłony wystarczająco, by móc je przejrzeć. Wciąż wyglądała dziwnie – zawiązanie Triumwiratu splotło nasze aury: moją błękitno-perłową, złotą Joshui i ciemnoszkarłatną Mirona. Na tę chwilę się upodobniły, oryginalne i nowe kolory poprzeplatane w dziwnej harmonii, z dodatkowym efektem specjalnym w postaci małych, ruchliwych błyskawic przeskakujących wzdłuż pasm. Przynajmniej na mojej i Joshui były małe. U Mirona wyglądały bardziej imponująco. Jego aura była niespokojna, pulsująca, a błyskawice drżały kolejnymi wyładowaniami. Uwalniał mnóstwo energii.

Wytarłam dłonie o ręcznik i podeszłam do niego. Znajdowałam się już pół kroku od niego i wyciągałam rękę, by dotknąć jego barku, gdy podskoczył, zaskoczony moją obecnością. Moc uderzyła, zastając mnie zupełnie nieprzygotowaną. Krzyknęłam. Na policzku pojawiła się krew jak po smagnięciu biczem. Diabeł zaklął szpetnie i chwycił mnie w ramiona, niemal je miażdżąc z siłą, jakiej jeszcze wczoraj nie miał. Wycisnął mi powietrze z płuc.

– Przepraszam, kochanie – mruczał mi do ucha. Poruszyłam się gwałtownie, czując, że nie mogę oddychać i za chwilę połamie mi żebra. Odczytał to i poluzował uchwyt. – Nic ci nie jest?

– Drobiazg, ale wolałabym wiedzieć, co się stało – odparłam, patrząc w rozszerzone źrenice.

– Nie wiem, na piekielne psy, nie wiem – odparł i przez chwilę jego twarz wyrażała dziecięcą bezbronność i bezradność. – Czuję się dziwnie… jakbym się gotował od środka… Coś we mnie buzuje.

Przytuliłam go mocniej i pocałowałam w policzek. Chował twarz w moje włosy, wdychał ich zapach. Prawie przegapiłam ten ułamek sekundy, kiedy w sposobie, w jaki Miron mnie trzymał, coś się zmieniło. Zintensyfikowało. Podgrzało. Nie trzymał po prostu ramienia na mojej talii, ale przyciągał moje biodra do swoich. Erekcja napierała na mój brzuch, nie bacząc na dżinsy, które stały jej na przeszkodzie. To przypominało samozapłon. W jednej chwili był niewinny pocałunek w policzek i tulenie zagubionego chłopca, w następnej oddech rwał się, gdy diabeł całował moją szyję, jakby chciał się w nią wgryźć, dłonie wdzierały się gwałtownie pod moją koszulkę, a całe jego ciało krzyczało, że gotów jest wziąć mnie tu i teraz, na dywanie w salonie, z Joshuą wpatrującym się w nas z niemym pytaniem „Co, do diaska?” w oczach.

Miron ustami wyznaczył trasę z mojej szyi do warg. Przygryzł dolną, nim wtargnął językiem w usta, zawłaszczając je bezapelacyjnie. Cholera, tyle zwlekaliśmy, od lat krążyliśmy wokół siebie wygłodniali, ale zbyt rozsądni, by to skonsumować, a teraz byliśmy o krok, by zrobić to na dywanie. Nie protestowałam, stłamszona przez pasję i żar, które biły z jego ciała. Zapach drzewa sandałowego i czegoś głębszego, bardziej dzikiego, wdzierał się w nozdrza. Z trudem oddychałam między kolejnymi pocałunkami.

Uderzenie był dość mocne, by oderwać nas od siebie. Zupełnie, jakbym włożyła palce do kontaktu. Potężny impuls elektryczny posłał mnie na dywan, a Mirona na ścianę.

– Co, na Boginię? – wyjęczałam, siadając na podłodze.

– No chyba sobie, kurwa, żartują – warknął Miron, pocierając tył głowy.

– Nic wam nie jest? – Joshua był już obok, pomagając mi stanąć na nogi.

– Tylko impuls… jak prąd… – powiedziałam uspokajająco, choć wcale nie byłam spokojna.

– To chyba przejściowe, co? – Miron zwerbalizował moje lęki.

– Oby…

– Gabe mówił, że na początku, nim przemiana w Triumwirat się nie dopełni, energia może być dość… niestabilna – powiedział Joshua.

– Dobrze, że nam to mówisz, moglibyśmy przecież nieświadomie zrobić coś, co by wzburzyło tę i tak niespokojną energię, i co mogłoby być niezbyt przyjemne, a nawet niebezpieczne – warknął Miron.

– No przepraszam, nie wiedziałem, że zamierzacie się do siebie dobierać jeszcze przed śniadaniem, na podłodze w salonie – odgryzł się Joshua.

Ciało diabła napięło się groźnie. Chwyciłam go za rękę, zaskoczona tym, że zaciskał pięść. Na Boginię, przecież nie uderzyłby Joshui?!

– Miron, co się z tobą dzieje? Jesteś jak płynna nitrogliceryna – krzyknęłam, zbyt zdenerwowana, by pomyśleć, że krzyki tu raczej nie pomogą.

Przez chwilę nie odpowiedział, patrząc mi w oczy. W końcu uciekł spojrzeniem w bok.

– Przepraszam. Chyba nie do końca nad sobą panuję.

– Hej, dobrze już. Siedzimy w tym razem. Po prostu mów, co się dzieje…

Joshua wycofywał się z posępną miną. Miron skoczył i chwycił go za nadgarstek. Anioł zamarł, lekko usztywniając ramiona.

– Stary, przepraszam – wysapał diabeł.

Joshua uśmiechnął się nieco blado.

– Wybaczone, ale postaraj się mnie nie zabić – powiedział cicho. – Nie będę się bronił, nie przed tobą.

Mironowi krew odpłynęła z twarzy i puścił przyjaciela.

Coś się działo między nimi, ale nie wiedziałam, co. Coś, czego nie byłam w stanie uchwycić wzrokiem czy tylko na podstawie słów. I po minach wiedziałam, że żaden z nich nie jest gotowy, by cokolwiek mi powiedzieć.

– Miron… – Wyciągnęłam do niego rękę, ale odsunął się i zgarbił. Włosy opadły mu na twarz.

– Wybacz, słonko, potrzebuję trochę przestrzeni – powiedział i po chwili usłyszałam ciche trzaśnięcie drzwi jego pokoju.

To dopiero tempo, od gorączkowych macanek do przemowy o potrzebie przestrzeni w niecały kwadrans. Objęłam się ramionami, czując, że nagle robi mi się zimno. Łzy zapiekły już i tak podrażnione oczy.

Joshua przygarnął mnie i mocno przytulił. Głaskał po włosach, powtarzając jakieś najbardziej podstawowe pocieszenia, które, o dziwo, działały. Przywarłam do mojego anioła. W tej emocjonalnej burzy on jeden zdawał się kotwicą.

*

Samochód, który odstąpił nam Olaf, okazał się dużą toyotą rav4. Byłam koszmarnym kierowcą, traciłam prawo jazdy, ledwie je odzyskałam. Parkowanie równoległe pozostawało dla mnie czarną magią, a tej z zasady nie uprawiałam. Miałam do niedawna małą micrę, więc mieściłam się jakoś na parkingach, ale ravka… Równie dobrze mogli mnie posadzić za kierownicą czołgu; ulice nie byłyby już całkiem bezpieczne.

– Ja poprowadzę – powiedział Joshua, wyczuwając moje napięcie.

– Potrafisz? – zapytałam zaskoczona.

Miron potrafił, ale szczerze nie lubił prowadzić auta. I dobrze, za kółkiem zachowywał się, jakby wciąż żył w epoce Henry’ego Forda, a na ulicach była niewielka konkurencja.

– Jasne, lepiej niż ty. – Joshuę rozbawiło moje zaskoczenie.– Wciąż wielu rzeczy o mnie nie wiesz, kotek. Żyję trzysta pięćdziesiąt lat, nabyłem kilka umiejętności.

Odetchnęłam. Prowadzenie jest dla mnie czynnością stresującą i bez bólu pulsującego w całym ciele.

Olaf stał krok za nami, cierpliwy, milczący i dyskretny jak ekspert z programu ochrony świadków.

– Dzięki, wilku, jestem twoją dłużniczką.

Wepchnęłam dokumenty, które nam przywiózł, do torby, zdjęłam kurtkę i założyłam kaburę. Skórzane paski leżały jak ulał. Obejrzałam uważnie glocka. Był idealny i na niego też miałam jakieś papiery, choć numery seryjne zostały zatarte.

– Nie ma sprawy, jesteś przyjaciółką stada – powiedział oficjalnie.

Nadal był wzorem dyskrecji, o nic nie pytał, choć nie przychodziło mu to lekko. Wilki, jak wszystkie psowate, były z natury wścibskie. Najchętniej powęszyłby trochę, przekopał zaułki, ale trwał w szlachetnej pozie „jeśli obdarzysz mnie zaufaniem, zaszczytem będzie cię wysłuchać, pani”. Przewróciłam oczami, rozbawiona.

– Olafie, dziękuję za dyskrecję i tempo.

– Potrzebujesz ochrony?

– Nie, lepiej będzie, jeśli po prostu zniknę na jakiś czas.

Alfa nie był głupi. Musiał się domyślać, że ukryję się między ludźmi, skoro potrzebuję dokumentów i auta. Ale nie komentował.

– Będę trzymał rękę na pulsie. Mam coś jeszcze, Cahan Rihamon.

Nazwał mnie imieniem, które przypominało, że jestem wnuczką swojej babki, właściwie bardzo odległej prapra – nieskończenie wiele razy – babki, Królowej Wilków, Faoiltiarny, suki, która go zdominowała i zapewniła mi status honorowej Alfy w jego stadzie. Podał mi niewielkie urządzenie, podobne do komórki, ale z kilkoma małymi, oznaczonymi symbolami, guziczkami zamiast klawiszy z cyframi.

– Co to? Przecież komórki między realnymi i magicznymi miastami nie działają…

– To komunikator, nie całkiem komórka – wyjaśnił bardzo z siebie zadowolony. – Możesz nim bez problemu łączyć się z każdym wymiarem, nawet niebem i piekłem, jeśli potrafisz przywołać astral tego, z kim chcesz rozmawiać. Nie nada ci się do randek w ciemno, ale do rozmów z przyjaciółmi będzie jak znalazł.

Spoglądałam na niego zszokowana. Nie miałam pojęcia o takiej technologii.

– Jakim cudem nikt tutaj o tym nie słyszał? – zapytałam ostrożnie. Nie żebym miała coś przeciwko, że trafił mi się osobisty Q z zabawkami jak z Bonda, ale…

– To jeden z prototypów. Przywiozłem ze sobą z Finlandii. Nie tylko Nokia produkuje tam swoje gadżety. – Uśmiechnął się, ukazując ostre, białe kły. – Jest kompatybilny z naszymi telefonami i lustrami komunikacyjnymi.

– Olafie, to niesamowite… Nie mogę…

– Spokojnie, oddasz, kiedy nie będzie potrzebny. Dostaniesz na własność, gdy wypuścimy to oficjalnie na rynek.

– Masz udziały w firmach telekomunikacyjnych? – Szczęka mi opadła.

– Zdziwiona? Że wspieram IT, a nie branżę nielegalnych używek? – Zaśmiał się głośno. – Wilki są różne, Cahan, nie każdy z nas ma kuratorów. Choć przyznaję, wiem, skąd twoje skojarzenie. Stado w Trójprzymierzu jest wyzwaniem, ale naprostuję, co trzeba.

Spoglądałam na niego z coraz większym uznaniem. Gdy się dowiedziałam, że przejął stado w drodze puczu, byłam zła i chciałam mu skopać tyłek, ale może to wszystkim wyjdzie na dobre? Poprzedni Alfa nie miał skrupułów, jeśli chodzi o dragi, rozboje i stręczenie wilczyc.

– Jedna rzecz, Cahan. Słyszałem to i owo. Jeśli linia wygaśnie, będziesz w dupie, wszyscy będziecie. Jeśli zechcesz zniknąć na dobre, opuścić Polskę, daj znać. Na północy wciąż są tacy, którzy są mi coś winni. I wiele wilków szanujących twoją Babkę.

– Lub trzęsących przed nią portkami – mruknęłam, ale nie miałam im tego za złe. Była przerażającą suką. Głośniej powiedziałam: – Dzięki, Alfo. Zapamiętam to, co dla mnie robisz.

Uścisnęłam mu mocno dłoń i pozwoliłam na wilcze okazanie sympatii oraz zaufania. Przysunął się bliżej i potarł policzkiem o mój policzek, odsłaniając przy okazji szyję. Jego skóra otarła się o moje usta. Gdybym chciała, mogłabym go ugryźć i nie próbowałby się bronić. Podporządkowywał mi się jako wilk. Jęknęłam cicho i dotknęłam obnażoną skórę nosem.

Zza moich pleców dobiegło warczenie i odruchowo podskoczyłam, zaciskając pięści, gotowa do walki. Miron wyszedł właśnie przed dom i spoglądał na nas z wściekłością w oczach. To z jego piersi wydobywał się warkot.

– O co ci chodzi? – parsknęłam.

– Niech ten sierściuch trzyma się z dala od ciebie.

Cała się napięłam. Obrażał mojego sprzymierzeńca. W sytuacji, kiedy nie miałam ich zbyt wielu.

– Przeproś w tym momencie – syknęłam – i się zachowuj.

– Nie jesteś moją matką.

– To nie zachowuj się jak bachor wymagający zdyscyplinowania – warknęłam, rozzłoszczona jego postawą. Od rana był humorzasty, kłótliwy i złośliwy, ale przegiął, czepiając się Olafa. Na niewiele osób mogłam teraz liczyć.

Wzruszył ramionami i wrócił do mieszkania. Tupot na schodach sugerował, że ma nadmiar energii do spalenia.

– Przepraszam za niego, Olafie, nie jest sobą – wycedziłam.

– Nie biorę tego do siebie. Słyszałem, że miałaś trudny czas, on też.

Po ludzku uścisnęłam wilka i poklepałam po ramieniu. Jeśli przyjaciół poznaje się w biedzie, on właśnie przeszedł test.

Joshua znosił bagaże do samochodu. Trzy podręczne torby z ciuchami, osobna, duża, z naszym małym arsenałem: bronią białą, księgami zaklęć, zestawami magicznymi i pudełkami nabojów do glocka. Anioł był milczący, ale po minie poznałam, że znów ściął się z Mironem, czy też raczej Miron ściął się z nim, a Joshua po prostu wziął go na wstrzymanie. Coś się z diabłem działo, bez wątpienia. Oby zmiana w porywczego dupka nie była permanentna, bo chyba oszaleję.

Archaniołowie Gabe i Michał, Luc, Katarzyna i Roman, Leon i Katia stanowili nasz komitet pożegnalny. Miałam nadzieję, że nie jest to ostatnie pożegnanie. Byłam wzruszona ich troską i dobrą wolą, ale też wkurzona tym, że patrzyli tak, jakby nie spodziewali się mnie więcej zobaczyć w jednym kawałku. Ucieszyli się, że dzięki urządzeniu Olafa będę w kontakciem, i przesadnie wylewnie zaczęli zapewniać o zrobieniu wszystkiego, bym nie została złożona w ofierze. Skrzywiłam się. I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa. Jeśli linia się przepali, nie przekonają całej społeczności do dania mi jeszcze jednej szansy.

Leon ściskał mnie tak mocno, że moje stopy straciły kontakt z podłożem. Dyndałam w jego ramionach jak szmaciana laleczka. Mamrotał mi coś do ucha w języku piekielników, rozumiałam tylko „moja dziewczynka”. Zdaje się, że to czarcia wersja syndromu opuszczonego gniazda. Przez ostatnie dziesięć lat zbliżyliśmy się do siebie. Szatański Pierwiosnek był mi domem, a on – dyskretnym opiekunem, który robił, co mógł, bym nie wpadła w tarapaty. Niechętnie rozluźnił uścisk, znów stałam na ziemi. Zapiekły mnie oczy.

I właśnie wtedy Miron go uderzył. Jak w zwolnionym tempie widziałam pięść diabła przecinającą powietrze i odbijającą się od podbródka czarta. Leon nawet nie drgnął. Był ogromnym facetem. Zamarłam. Jeśli zechce oddać Mironowi, to będzie rzeź, a ja nie zdołam go powstrzymać. Ani nikt… może poza Lucyferem.

– Leon – szepnęłam błagalnie.

Czart spoglądał rozjarzonymi oczami na mnie i na mojego diabła. W końcu błysnął ostrymi jak u ryby zębami w stronę Mirona i wycedził:

– Dzieciaku, mógłbym cię wgnieść w ziemię za to, co zrobiłeś, ale wezmę pod uwagę, że nie jesteś sobą, i to, że zraniłbym moją dziewczynkę, więc ogarnij się trochę, bo jeśli spadnie jej włos z głowy, znajdę cię i porachuję twoje upadłe kości.

Obejrzałam się na Mirona. Joshua przytrzymywał go za ramiona. Luc niespokojnie przyglądał się wnukowi, którego oczy płonęły żywą czerwienią.

– Mironie – powiedział w końcu Lucyfer – krew piekielnika nie musi wygrać. Jesteś upadłym, a to daje ci prawo wyboru.

I nagle zrozumiałam, co, na piekielne zastępy, działo się z moim przyjacielem. I oby mu szybko przeszło, bo inaczej byliśmy w dupie. Nie ma mowy, bym zdołała poskromić prawdziwego piekielnika, jeśli Triumwirat to z niego wyciągnie. Leon to mieszaniec. Jego żona, diablica, była czystej krwi piekielnikiem, nie upadłą jak Luc i Miron. Kontakt z nią przypominał obcowanie z napalmem.

– Uważaj na niego – szepnął Luc, ściskając mnie na pożegnanie. – Opiekuj się moim chłopcem.

– Jasne, jak zawsze – odpowiedziałam, zerkając jednocześnie na Mirona, który wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie podoba mu się to, że ktokolwiek mnie dotyka. Nie rwał się do bicia, ale gdyby potrafił uśmiercać wzrokiem, wszystko, co miało ptaka w spodniach i dotknęło mnie choćby palcem, leżałoby pokotem na chodniku. Potrząsnęłam głową. Do cholery, nie miałam cierpliwości do zaborczego gówna.

*

– Doro, dojeżdżamy. – Joshua delikatnie szturchnął mnie w kolano, myśląc, że śpię.

Cztery godziny w samochodzie spędziłam na granicy katatonii, odtwarzając w głowie wszystko to, co się wydarzyło, odkąd zabiłam Jezabel. Joshua był dobrym kierowcą, a GPS prowadził go prosto do celu: miejsca z mojej przeszłości, do którego nigdy nie zamierzałam wracać.

Przetarłam twarz dłońmi, poprawiłam potargane włosy i zebrałam w sobie energię. To było trudniejsze niż stawienie czoła potworom spod łóżka, trudniejsze niż pokrzyżowanie planów bogom czy stawanie przed wampirzym Konklawe.

Musiałam zmierzyć się z tym, jak bardzo zawiodłam kogoś, kto znaczył dla mnie niemal wszystko. Zawiodłam i nic nie mogło tego zmienić, bo nie dostałam drugiej szansy.

Samochód zjechał na żwirową drogę wiodącą przez niewielką wieś. Joshua zaparkował przed niskim białym domem pod numerem dwanaście. Przełknęłam głośno, patrząc na budynek, który ostatnio widziałam osiem lat temu. Niewiele się zmienił. Ale ja byłam już kimś zupełnie innym.

Miałam ochotę kazać Joshui zawracać, znaleźć inne miejsce. Tyle że okazałabym się tchórzem. Odpięłam pas i wysiadłam. Zimno grudniowego popołudnia zmieszało się z chłodem, jaki ogarnął mnie na wspomnienie tego, co się tu stało. Zadrżałam, ale krok za krokiem pokonywałam kamienny podjazd.

Przystanęłam dopiero przed drzwiami. Sięgnęłam do kieszeni po klucze. Na kółku obok tych do mieszkań w Thornie i w Toruniu, obok klucza na zaplecze Szatańskiego Pierwiosnka i do domu Juliany w Sopocie, wisiał niewielki, pomarańczowy, pasujący do zamka przede mną. Klucz do przeszłości. Do domu…

Gdy dotknęłam klamki, impuls elektryczny sprawił, że odskoczyłam, niemal przewracając się na kamiennych schodach. Joshua chwycił mnie w pasie. Miron wciąż stał oparty o samochód.

– Nie chce mnie – szepnęłam. – Ten dom mnie nie chce…

– Nie, kocie, to ty się go boisz. Co to za miejsce?

Nie odpowiedziałam. Przez chwilę wpatrywałam się w pociemniałe szyby. Kiedyś witały mnie blaskiem lamp, przywoływały ciepłem. Ale wtedy ona tu jeszcze była. Bez niej dom był martwy. Pchnęłam drzwi i przekroczyłam próg, spodziewając się w duchu, że padnę trupem albo trafi mnie piorun. W pełni zasłużenie.

Heksalogia o Dorze Wilk. Tom 3. Zwycięzca bierze wszystko

Copyright © by Aneta Jadowska 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2020

Redakcja i korekta – Dorota Pacyńska, Magdalena Świerczek-Gryboś, Agnieszka Zygmunt

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

Ilustracje wewnątrz książki – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I tej edycji, Kraków 2020

ISBN EPUB: 978-83-8129-719-6ISBN MOBI: 978-83-8129-718-9

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Próchno, Gabriela Matlak, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Tomasz Czernich

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś

Administracja i finanse: Klaudia Sater, Monika Płuska, Honorata Nicpoń, Ewa Koza

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Strona redakcyjna