Żona na chwilę. Część I: Nieoczekiwane wydarzenia - Elżbieta Skrzyńska-Casson - ebook + książka

Żona na chwilę. Część I: Nieoczekiwane wydarzenia ebook

Skrzyńska-Casson Elżbieta

3,3

Opis

Akcja książki dzieje się w Hiszpanii. Bohaterką jest Bella, młoda i pewna siebie kobieta. Pochodzi ona z kochającej, skromnej rodziny, w której podkreślano takie cechy, jak dobroć i szacunek dla innych. Bella marzy o wspaniałym mężu i idealnym życiu. Po ukończeniu studiów podejmuje pracę w renomowanej firmie. Jak większość młodych dziewcząt zwraca uwagę na swój wygląd i uwielbia sport. Chodzi do parku, aby biegać lub jeździć na rolkach. Tam często spotyka przystojnego mężczyznę, który nie zwraca na nią uwagi. Bella jednak nie spodziewa się, że ten tajemniczy dżentelmen wywróci jej życie do góry nogami.



Autorka przedstawia fakty ze swojego życia, wplatając w nie elementy fikcji. Opisuje współczesny styl życia, gdy w pogoni za rzeczami nieistotnymi ludzie często zapominają o tym, co ważne i wartościowe. Czasami nie akceptują tego, że są u kogoś w sercu tylko na chwilę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 230

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (4 oceny)
2
0
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Bozena_1952

Nie oderwiesz się od lektury

Samo życie ...historia która wciąga i nie sposób się od niej oderwać . Polecam ❤️
00



Żona na chwilę. Część I: Nieoczekiwane wydarzenia

Co­py­ri­ght © Elż­bie­ta Skrzyń­ska-Cas­son

Wy­da­nie II

So­uthamp­ton, 2026

ISBN: 978-83-977825-1-8

e-ISBN: 978-83-977825-2-5

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie całości lub części pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcześniej­szej pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra. Do­ty­czy to także fo­to­ko­pii i mi­kro­filmów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mocą nośników elek­tro­nicz­nych.

Pro­jekt okład­ki: An­na Mnich

Opie­ka re­dak­cyj­na: Klau­dia Dróżdż

Re­dak­cja: Jo­lan­ta Ku­char­ska

Ko­rek­ta: Kin­ga Do­lczew­ska, Jo­an­na Ka­ryś, An­ge­li­ka Ku­sek

Skład i łama­nie: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Elż­bie­ta Skrzyń­ska-Cas­son

ŻO­NA NA CHWI­Lę

CZĘŚĆ I: nie­ocze­ki­wa­ne wy­da­rze­nia

Opo­wiem hi­sto­rię, któ­ra po­zwo­li wam otwo­rzyć oczy odro­bin­kę sze­rzej, spoj­rzeć na świat z in­nej per­spek­ty­wy.

Kie­dy by­ły­śmy ma­łe, śni­ły­śmy o ry­ce­rzu na bia­łym ko­niu lub o księ­ciu z baj­ki. Po la­tach, już do­ro­słe, stwier­dza­my, że to by­ły tyl­ko ma­rze­nia. Za­pew­ne w dzie­ciń­stwie oglą­da­ły­śmy du­żo ba­jek, czy­ta­ły­śmy wie­le ksią­żek, któ­re wpro­wa­dza­ły wy­ima­gi­no­wa­ne po­ję­cie ży­cia. Cho­ciaż mój świat wy­wró­cił się do gó­ry no­ga­mi, na­uczy­łam się wal­czyć i się nie pod­da­wać ale i wsta­wać ra­no z łóż­ka i pra­co­wać nad swo­imi ce­la­mi.

De­dy­ku­ję tę książ­kę oso­bom, któ­re ma­ją wra­że­nie, że po­win­ny zna­leźć się w in­nym miej­scu na Zie­mi.

Roz­dział 1

Obu­dził mnie po­dmuch wia­tru. Otwo­rzy­łam oczy i zo­ba­czy­łam de­li­kat­nie po­ru­sza­ją­ce się fi­ran­ki. Słoń­ce świe­ci­ło, pta­ki śpie­wa­ły, drze­wa i krze­wy za­czy­na­ły kwit­nąć, zie­lo­ne traw­ni­ki też po­kry­wa­ły się kwia­ta­mi, a świat sta­wał się pięk­ny i ko­lo­ro­wy.

Le­żąc w łóż­ku, cie­szy­łam się, że w koń­cu mam upra­gnio­ne wa­ka­cje. Uwiel­biam ten czas. Wresz­cie nie mu­szę co­dzien­nie wsta­wać, mo­gę po­le­niu­cho­wać i nie mam po­trze­by na­sta­wiać bu­dzi­ka.

„Jest cu­dow­nie!”, po­my­śla­łam. „W koń­cu bę­dę mia­ła czas na wy­jaz­dy za mia­sto z ko­le­żan­ka­mi. Mo­że po­znam ko­goś, prze­ży­ję ja­kąś wa­ka­cyj­ną mi­łość, a mo­że po­znam męż­czy­znę swo­je­go ży­cia, te­go je­dy­ne­go”.

War­to ma­rzyć, tym bar­dziej że ma­rze­nia cza­sa­mi się speł­nia­ją. Po­sta­no­wi­łam więc my­śleć po­zy­tyw­nie.

Za­mie­rzam wy­ko­rzy­stać wol­ne chwi­le i do­brze się ba­wić, bo wie­rzę, że te wa­ka­cje bę­dą sza­lo­ne. Znam po­czu­cie hu­mo­ru mo­je i przy­ja­ció­łek, więc bę­dzie się du­żo dzia­ło. Wiem, że ten czas bę­dzie wy­jąt­ko­wy. To ostat­ni tak bez­tro­ski okres z mo­imi przy­ja­ciół­ka­mi. Zna­my się już dość dłu­go i róż­nie by­wa­ło, jak to z dziew­czy­na­mi.

Cza­sa­mi mia­ły­śmy ci­che dni i po pro­stu nie roz­ma­wia­ły­śmy ze so­bą, po­nie­waż nie umia­ły­śmy się prze­pro­sić i przy­znać do błę­du. Każ­da z nas jest in­na i ma in­ny cha­rak­ter, dla­te­go jak to mię­dzy przy­ja­ciół­ka­mi sprzecz­ki zda­rza­ły się bez po­wo­du al­bo by­ły to kłót­nie o ja­kie­goś chło­pa­ka. Jak na złość wpa­dał nam w oko ten sam fa­cet, więc po­wsta­wa­ły mię­dzy na­mi ma­łe zgrzy­ty. Po­tem nam wszyst­ko prze­cho­dzi­ło i znów się ko­cha­ły­śmy. W na­szej przy­jaź­ni naj­pięk­niej­sze jest to, że za­wsze mo­gły­śmy li­czyć na sie­bie bez zo­bo­wią­zań, wspie­ra­jąc się i po­ma­ga­jąc w pro­ble­mach. Na pew­no po wa­ka­cjach na­sze dro­gi się ro­zej­dą i każ­da z nas pój­dzie w swo­ją stro­nę, lecz te­raz mu­si­my jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać ten czas, bo prze­cież wszyst­ko się zmie­ni. Już nic nie bę­dzie ta­kie sa­mo, a po la­tach przy­jaź­ni i na­uki oraz skoń­cze­niu stu­diów nad­cho­dzi chwi­la, gdy czło­wiek wkra­cza w do­ro­słe, sa­mo­dziel­ne ży­cie. I mu­si po­my­śleć o swo­jej przy­szło­ści, cze­go tak na­praw­dę chce i cze­go od sie­bie ocze­ku­je. Ja sta­wiam so­bie po­przecz­kę wy­so­ko i wiem, cze­go tak na­praw­dę ocze­ku­ję od ży­cia.

Tej no­cy nie mo­głam spać, my­śla­łam o przy­szło­ści i o tym, że nie je­stem już ma­łą dziew­czyn­ką, któ­ra ba­wi się la­lecz­ka­mi i trzy­ma się spód­ni­cy ma­my, że je­stem już ko­bie­tą, któ­ra wcho­dzi w do­ro­słe ży­cie. Je­stem mło­da i w mia­rę atrak­cyj­na, wiem, cze­go chcę. Twar­do stą­pam po zie­mi, mam przed so­bą przy­szłość, no­we wy­zwa­nia i nie bo­ję się ry­zy­ko­wać. Cza­sa­mi za­sta­na­wiam się, co mnie cze­ka, ale te­go na pew­no nie do­wiem się dzi­siaj, więc ży­ję chwi­lą, bo ona jest naj­pięk­niej­sza. Każ­de­go dnia wsta­ję i uśmie­cham się do lu­dzi.

A ja my­ślę po­zy­tyw­nie i wiem, że bę­dzie się dzia­ło du­żo do­bre­go, bo ja i mo­je przy­ja­ciół­ki je­ste­śmy sza­lo­ne i my­śli­my po­dob­nie. Trzy sek­sow­ne ko­bie­ty, w mia­rę ogar­nię­te, jak mó­wi mo­ja sio­stra.

Ko­cha­my ży­cie i czer­pie­my z nie­go to, co jest naj­pięk­niej­sze, a mło­dość ma swo­je pra­wa, czy­li sza­leń­stwo. Na­gle mo­je my­śli prze­rwał te­le­fon.

– Słu­cham?

– Cześć, to ja, In­es! Wiesz, że dzi­siaj idzie­my na im­pre­zę?

– Tak, wiem, już nie mo­gę się do­cze­kać. Bę­dą wszy­scy z na­sze­go ro­ku, na pew­no bę­dzie su­per.

– Nie wiesz, kto jesz­cze bę­dzie?

– Na pew­no Pa­blo i An­to­nio, naj­lep­si kum­ple Jo­sé. Oni wszę­dzie cho­dzą ra­zem.

– No tak, wiem.

– Tak jak my, nie­roz­łącz­ne pa­puż­ki, też się nie roz­sta­je­my i cho­dzi­my wszę­dzie ra­zem tak jak oni.

– Bę­dzie faj­nie, tyl­ko szko­da, że to już ostat­nia im­pre­za w ta­kim gro­nie…

– Na pew­no nie ostat­nia!

– Tak my­ślisz?

– Pew­nie, że tak. Zna­jąc Jo­sé, za­raz wpad­nie na ja­kiś po­mysł i zor­ga­ni­zu­je im­prez­kę.

– Masz ra­cję, na pew­no coś wy­my­śli. Mam pro­blem, ca­ły dzień się za­sta­na­wiam, w co się ubrać, i nie mo­gę nic wy­my­ślić.

– Nie przej­muj się, mam tak sa­mo. Jak za­wsze sza­fa peł­na ubrań i nie mam co na sie­bie wło­żyć. Ma­ma by po­wie­dzia­ła: „Masz sza­fę wy­pcha­ną ciu­cha­mi i nie masz się w co ubrać. Za mo­ich cza­sów ta­kich luk­su­sów nie by­ło”.

– Mo­ja po­wie­dzia­ła­by to sa­mo. Ale zna­jąc nas, na pew­no coś wy­my­śli­my, więc kończ­my roz­mo­wę i za­bie­raj­my się do po­szu­ki­wań. Pa, wi­dzi­my się w cen­trum.

– Pa – po­wie­dzia­łam i odło­ży­łam słu­chaw­kę.

Wie­czo­rem spo­tka­ły­śmy się na po­sto­ju tak­só­wek. Wsia­dły­śmy do au­ta i ru­szy­ły­śmy w dro­gę. Je­cha­ły­śmy dość dłu­go, aż w koń­cu do­tar­ły­śmy do ba­jecz­nej oko­li­cy. Ci­sza, da­le­ko od cen­trum. Te­raz lu­dzie ce­nią spo­kój, więc ku­pu­ją do­my w ma­łych miej­sco­wo­ściach, a nie w sa­mym środ­ku mia­sta, gdzie śmier­dzą spa­li­ny i za­nie­czysz­cze­nia fa­brycz­ne. Do te­go co­dzien­nie są kor­ki.

„Ale tu pięk­nie”, po­my­śla­łam. „Ina­czej niż w cen­trum mia­sta, pięk­ne wil­le z wiel­ki­mi ogro­da­mi i ba­se­na­mi, luk­su­so­we au­ta, po pro­stu baj­ka”.

– Dziew­czy­ny, czy wi­dzi­cie to, co ja?

– Tak, po pro­stu in­ny świat.

My nie­ste­ty nie po­cho­dzi­my z te­go świa­ta, nie wszyst­kich by­ło stać na za­kup wil­li w tej miej­sco­wo­ści. Ro­dzi­ce Jo­sé są za­moż­ni, je­go ma­ma jest le­kar­ką, a ta­ta ad­wo­ka­tem, więc mo­gą so­bie po­zwo­lić na luk­su­sy. My mo­że­my tyl­ko po­ma­rzyć o ży­ciu na ta­kim po­zio­mie, na­szych ro­dzi­ców nie stać na ta­kie re­zy­den­cje.

Ma­ria wes­tchnę­ła.

– Co się sta­ło, Ma­rio? – za­py­ta­łam.

– Chy­ba się za­ko­cha­łam w tym miej­scu. Mo­gła­bym tu za­miesz­kać na­wet dziś – od­par­ła.

– Chy­ba w tych do­mach się za­ko­cha­łaś, a nie w tym miej­scu – za­uwa­ży­ła In­es. – Wyjdź za mąż za Jo­sé i bę­dziesz tu miesz­kać – za­czę­ła żar­to­wać.

– Ale wa­riat­ki je­ste­ście, dziew­czy­ny.

Wresz­cie tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się pod do­mem chło­pa­ka.

– Nie je­ste­śmy za wcze­śnie? Mo­że jesz­cze ni­ko­go nie ma – po­wie­dzia­łam.

– To nic, bę­dzie­my pierw­sze – ode­zwa­ła się Ma­ria.

– Ra­czej nie bę­dzie­my, bo sły­chać mu­zy­kę.

Po chwi­li drzwi wil­li się otwo­rzy­ły i po­ja­wił się w nich Jo­sé.

– Wi­tam was, mo­je pięk­ne pa­nie, i za­pra­szam do środ­ka – rzu­cił we­so­ło. – Gdzie bu­zia­ki na przy­wi­ta­nie?

Każ­da z nas po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek.

– Roz­gość­cie się, czuj­cie się jak u sie­bie w do­mu – rzekł chło­pak.

Prze­szły­śmy do pięk­ne­go, du­że­go ogro­du. By­ły­śmy zdzi­wio­ne, nie spo­dzie­wa­ły­śmy się, że bę­dzie ty­le lu­dzi. My­śla­ły­śmy, że bę­dzie­my pierw­sze, ale się my­li­ły­śmy. Spoj­rza­łam na mo­je przy­ja­ciół­ki i po­wie­dzia­łam, że chy­ba przy­szły­śmy ostat­nie.

– Tak, przy­szły­ście ostat­nie, mo­je pa­nie. Nie spo­dzie­wam się już ni­ko­go wię­cej – przy­znał Jo­sé.

– Prze­pra­szam, ale cie­ka­wi mnie, o któ­rej za­czę­li przy­cho­dzić go­ście.

– Nic nie szko­dzi, Bel­la. Py­taj, o co tyl­ko chcesz. Pierw­si przy­szli już o dwu­na­stej. Zdzi­wi­łem się, że tak szyb­ko.

– Tak wcze­śnie? – za­py­ta­łam rów­nie zdzi­wio­na.

– Prze­cież wszy­scy przy­szli tu się ba­wić – za­uwa­ży­ła In­es.

– Okej, nie ata­kuj mnie, już się nie od­zy­wam – zwró­ci­łam się do przy­ja­ciół­ki.

– Chodź­cie tań­czyć! – za­wo­ła­ła Ma­ria, ła­piąc nas za dło­nie.

Po chwi­li za­czę­li­śmy się ru­szać w rytm mu­zy­ki.

– Cze­go się na­pi­je­cie? – za­py­tał go­spo­darz.

– Po­pro­szę gin z to­ni­kiem – po­wie­dzia­łam.

– My po­pro­si­my to sa­mo – do­da­ły dziew­czy­ny.

Tań­czy­ły­śmy sa­me, ale po ja­kimś cza­sie za­uwa­ży­li nas An­to­nio i Pa­blo. Od ra­zu do nas po­de­szli.

– Dziew­czy­ny, ma­cie drin­ki? – ode­zwał się Pa­blo.

– Tak, ma­my – od­po­wie­dzia­ły­śmy.

Na im­pre­zy u Jo­sé za­wsze przy­cho­dzi du­żo osób.

– Jak się ba­wi­cie, mo­je pa­nie? – za­py­tał go­spo­darz.

– Pra­wie ni­ko­go tu nie zna­my. Jest tyl­ko pa­rę osób z uczel­ni – po­wie­dzia­łam.

– Nie przej­muj­cie się, dziew­czy­ny, jesz­cze pa­rę drin­ków i wszyst­kich bę­dzie­cie znać.

– Na pew­no, bo po pa­ru drin­kach je­ste­śmy tak roz­ga­da­ne, że bu­zie nam się nie za­my­ka­ją – do­da­ła Ma­ria.

– Mów za sie­bie. Gdy ja się upi­ję, je­stem spo­koj­na – oznaj­mi­ła In­es.

– Ty je­steś spo­koj­na?

– Prze­stań­cie już, dziew­czy­ny, dys­ku­to­wać. Żad­na z nas nie jest spo­koj­na, gdy się upi­je, więc dość ga­da­nia, bo po­ja­dę do do­mu – zwró­ci­łam się do przy­ja­ció­łek.

– Do­brze, Bel­lo, już nic nie mó­wi­my, tyl­ko za­czy­na­my im­pre­zę.

– Bel­lo, znasz tych lu­dzi, któ­rzy sie­dzą tam na ław­ce?

Od­wró­ci­łam de­li­kat­nie gło­wę w le­wo. Przyj­rza­łam się dys­kret­nie oso­bom sie­dzą­cym na ław­ce, ale stwier­dzi­łam, że ni­ko­go nie znam.

– Wiesz, In­es, nie znam tych lu­dzi – stwier­dzi­łam.

Jo­sé usły­szał na­szą roz­mo­wę i pod­szedł do nas.

– Ja też ni­ko­go tu pra­wie nie znam – rzu­cił.

– Jak to nie znasz?! – za­py­ta­ły­śmy zdzi­wio­ne.

– Tyl­ko was, kil­ku lu­dzi z uczel­ni i cór­ki zna­jo­mych ro­dzi­ców.

– Nie żar­tuj – rzu­ci­łam zdzi­wio­na.

– Nie żar­tu­ję. Kum­ple przy­szli z dziew­czy­na­mi, któ­rych nie znam.

– Na­praw­dę? My­śla­łam, że wszyst­kich znasz, sko­ro ba­wią się u cie­bie w do­mu.

– Nie, Bel­lo, nie znam wszyst­kich. Cza­sa­mi po­zna­ję lu­dzi do­pie­ro na im­pre­zach. Ale to nic, im nas wię­cej, tym le­piej.

– Pew­nie, że le­piej – przy­zna­łam.

– Bel­lo, idzie­my tań­czyć? – za­py­ta­ły dziew­czy­ny.

– Za chwi­lę do was do­łą­czę.

Ta chwi­la nie trwa­ła dłu­go, bo Jo­sé zła­pał mnie za rę­kę i za­py­tał:

– Za­tań­czy­my?

– Tak.

Po chwi­li już tań­czy­li­śmy. Jo­sé przez ca­ły czas na mnie pa­trzył. Czu­łam się dziw­nie, aż po­licz­ki za­czę­ły mnie piec.

– Coś nie tak z mo­ją twa­rzą? Pa­trzysz na mnie tak dziw­nie – ode­zwa­łam się.

– Pa­trzę tak na cie­bie i pa­trzę, i nie wiem, jak mam ci to po­wie­dzieć.

– Co się sta­ło? Po­wiedz mi.

– Masz twarz ubru­dzo­ną czymś czar­nym – za­żar­to­wał.

– Jak czar­nym? – za­py­ta­łam.

– No czar­nym, chy­ba po­bru­dzi­łaś się je­dze­niem.

– To two­ja wi­na, bo za bar­dzo przy­pie­kłeś kieł­ba­ski – za­czę­łam żar­to­wać. – Jo­sé, za­cze­kaj chwi­lę, mu­szę iść do ła­zien­ki umyć twarz.

– Pew­nie, że bę­dę na cie­bie cze­kał. Jak dla mnie na­wet z czar­nym no­skiem je­steś ślicz­na – rzekł.

Uśmiech­nę­łam się i ru­szy­łam w stro­nę ła­zien­ki. Wie­dzia­łam, że po­do­bam się Jo­sé, mó­wił mi ty­le kom­ple­men­tów jak jesz­cze nikt do tej po­ry. Ale dla mnie był wspa­nia­łym kum­plem i ni­kim wię­cej.

We­szłam do ła­zien­ki, de­li­kat­nie prze­my­łam twarz, że­by nie ze­psuć ma­ki­ja­żu, na­ło­ży­łam pu­der, by ukryć nie­do­sko­na­ło­ści ce­ry, a po chwi­li wró­ci­łam i sta­nę­łam ko­ło or­ga­ni­za­to­ra im­pre­zy.

– My­śla­łem, że nie bę­dzie cię dłu­żej – po­wie­dział.

– Dla­cze­go? – za­py­ta­łam.

– Bo ko­bie­ty bez umia­ru sie­dzą w ła­zien­ce i po­pra­wia­ją ma­lo­wa­nie. – Na­gle za­czę­łam się śmiać. – Cze­mu się śmie­jesz?

– Z cie­bie.

– Ze mnie?

– Tak, z cie­bie.

– Dla­cze­go? – za­py­tał.

– Bo faj­nie po­wie­dzia­łeś „ma­lo­wa­nie”. My, ko­bie­ty, po­pra­wia­my ma­ki­jaż – sko­ry­go­wa­łam.

– I tak nic z te­go nie ro­zu­miem.

– No i do­brze, a zresz­tą nie mu­sisz. To skom­pli­ko­wa­ne dla męż­czyzn.

– Chy­ba za bar­dzo, bo i tak nic z te­go nie ro­zu­miem – od­rzekł Jo­sé. – Cza­sa­mi za­sta­na­wiam się nad tym, jak ko­bie­ty mo­gą tak dłu­go sie­dzieć w ła­zien­ce…

– Uwierz mi, że mo­gą na­wet bar­dzo dłu­go.

– Ty sie­dzisz go­dzi­na­mi w ła­zien­ce?

– Nie sie­dzę go­dzi­na­mi – od­po­wie­dzia­łam.

– I tak ci nie wie­rzę, Bel­lo. Wszyst­kie ko­bie­ty sie­dzą dłu­go w ła­zien­ce.

– Do­brze, mo­że cza­sa­mi, prze­cież je­stem ko­bie­tą.

– Mo­żesz zo­stać mo­ją żo­ną?

– Dla­cze­go?

– Bo nie bę­dę mu­siał na cie­bie dłu­go cze­kać.

– Ra­czej bę­dziesz cze­kał, bo my, ko­bie­ty, ta­kie już je­ste­śmy. Lu­bi­my po­świę­cać wię­cej cza­su dla sie­bie niż wy. Ale zmień­my te­mat, je­ste­śmy prze­cież na im­pre­zie.

– To na­pij­my się drin­ka – za­pro­po­no­wał.

– Mo­że po­tem?

– Oj, nie prze­sa­dzaj. Sa­ma po­wie­dzia­łaś, że je­ste­śmy na im­pre­zie.

– Tak, wiem. Ale to nie zna­czy, że mam się szyb­ko upić.

Po chwi­li Jo­sé wró­cił z drin­ka­mi i za­czę­li­śmy znów roz­ma­wiać.

– Ja­kie masz pla­ny na przy­szłość? – za­py­tał.

– Na pew­no do­bra i cie­ka­wa pra­ca, a przede wszyst­kim do­brze płat­na. A ty?

– Swo­ją przy­szłość wią­żę z woj­skiem – od­parł.

– Z woj­skiem… to su­per – od­rze­kłam.

– Do­kład­nie ma­ry­nar­ka wo­jen­na – do­dał.

– Za mun­du­rem pan­ny sznu­rem – za­czę­łam żar­to­wać.

– Ty je­steś mo­ją pan­ną.

Spoj­rza­łam na nie­go, a on na­gle na­chy­lił się i za­czął mnie ca­ło­wać. De­li­kat­nie od­wró­ci­łam twarz. Nie chcia­łam, że­by mnie ca­ło­wał, nie spodo­ba­ło mi się to, co ro­bił. Po­czu­łam się dziw­nie i nie chcia­łam da­wać mu żad­nej na­dziei, trak­tu­ję go jak kum­pla i nic wię­cej. Mo­że te­go nie ro­zu­mie. Ale prze­cież nie po­wiem mu bez­czel­nie: „Od­czep się ode mnie”. Je­stem do­brze wy­cho­wa­na i nie umia­ła­bym ko­goś zra­nić. Zła­pa­łam go za rę­kę i po­cią­gnę­łam w tłum, że­by po­tań­czyć. Wie­dzia­łam, że bar­dzo po­do­bam się Jo­sé, za­wsze pa­trzy na mnie ina­czej niż na in­ne ko­bie­ty. Czu­łam, że trak­tu­je mnie szcze­gól­nie, nie tyl­ko jak kum­pe­lę, lecz dla mnie był tyl­ko ko­le­gą, tak jak Pa­blo i An­to­nio. Zer­ka­łam na mo­je ko­cha­ne przy­ja­ciół­ki, któ­re świet­nie się ba­wi­ły. Ja też do­sko­na­le się czu­łam w to­wa­rzy­stwie Jo­sé. Pil­no­wał, że­by ni­cze­go mi nie bra­ko­wa­ło, co chwi­lę py­tał, czy je­stem głod­na al­bo spra­gnio­na.

– Świet­nie się ba­wię – za­pew­nia­łam.

Wo­kół by­ło ty­le ład­nych ko­biet, a on ca­ły czas był przy mnie.

– Nie wle­waj mi ty­le whi­sky, bo się upi­ję – za­uwa­ży­łam.

– Dasz ra­dę – po­wie­dział.

– Wi­dzę, że chcesz mnie upić i wy­ko­rzy­stać – za­czę­łam żar­to­wać.

Jo­sé tyl­ko się uśmie­chał, im­pre­za by­ła bar­dzo faj­na. Pi­jąc drin­ki i tań­cząc, stra­ci­łam po­czu­cie cza­su. Dziew­czy­ny też pi­ły i ba­wi­ły się tak do­brze jak ja.

– Któ­ra go­dzi­na? – za­py­ta­łam.

– Już po trze­ciej.

– Tak póź­no? – zdzi­wi­łam się, że czas szyb­ko zle­ciał. – Jo­sé, pro­szę, za­dzwoń po ta­xi. A ja po­szu­kam dziew­czyn i bę­dzie­my już szły, bo je­stem zmę­czo­na i śpią­ca.

– Do­brze, już idę – po­wie­dział.

W koń­cu zo­ba­czy­łam In­es.

– In­es, idzie­my do do­mu, je­stem już zmę­czo­na. Wi­dzia­łaś Ma­rię? – spy­ta­łam.

– Nie, nie wi­dzia­łam, też mi gdzieś zni­kła. Mu­si­my ją zna­leźć, też je­stem już zmę­czo­na, no­gi mnie bo­lą od tych bu­tów – po­wie­dzia­ła przy­ja­ciół­ka.

– Mo­głaś je zdjąć i tań­czyć na bo­sa­ka – za­uwa­ży­łam.

– Mo­głam, ale nie zdję­łam i te­raz cier­pię.

– A ja prze­tań­czy­łam ca­łą noc, bo nie wło­ży­łam ta­kich szpi­lek jak ty. Wiem, że to się koń­czy spuch­nię­ty­mi sto­pa­mi.

W koń­cu na­sza przy­ja­ciół­ka się od­na­la­zła.

– Gdzie by­łaś? – za­py­ta­ła In­es.

– Ja? – zdzi­wi­ła się Ma­ria.

– Tak, ty. Szu­ka­my cię wszę­dzie.

– By­łam w to­wa­rzy­stwie faj­nych chło­pa­ków.

– A dla nas nie zna­la­złaś żad­nych? – za­py­ta­ła In­es.

– Sa­ma so­bie znajdź, je­stem two­ją niań­ką?!

– A wy jak zwy­kle tyl­ko się kłó­ci­cie, zwłasz­cza jak się na­pi­je­cie, wte­dy bu­zie wam się nie za­my­ka­ją. Cza­sa­mi je­ste­ście okrop­ne, nie bę­dę was za­bie­rać ze so­bą – za­żar­to­wa­łam.

– Wy­lu­zuj, Bel­lo. Wiesz, kto się czu­bi, ten się lu­bi.

– Do­brze, mo­je wa­riat­ki. Chodź­my już do do­mu.

– Dzwo­ni­ły­ście po ta­xi?

– Tak, Jo­sé za­dzwo­nił.

Mi­mo że by­ły­śmy wsta­wio­ne, grzecz­nie wsia­dły­śmy do tak­sów­ki. Kie­row­ca był bar­dzo przy­stoj­ny, więc go pod­ry­wa­ły­śmy. Na pew­no po­my­ślał, że głu­pie la­ski się spi­ły i na nie­go le­cą, ale niech so­bie my­śli, co chce.

Wpa­dłam do do­mu. Chcia­łam tyl­ko się umyć i po­ło­żyć spać, mia­łam do­syć tej no­cy.

Na­stęp­ne­go dnia obu­dzi­łam się z bó­lem gło­wy. Cięż­ko mi by­ło się pod­nieść. Czu­łam, że gło­wa mi pę­ka, mę­czył mnie kac, chy­ba wy­pi­łam za du­żo al­ko­ho­lu. Mu­sia­łam się cze­goś na­pić, że­by nie osza­leć. We­szłam do kuch­ni.

– Cześć, có­recz­ko, jak im­pre­za? – za­py­ta­ła ma­ma.

– Do­brze, ma­mo, by­ło su­per. Tro­chę się upi­łam.

– Wi­dzę, że je­steś zmar­no­wa­na.

– Gło­wa mi pę­ka i chce mi się pić.

– No wi­dzę. – Ma­ma się uśmiech­nę­ła. – Wo­dy w kra­nie peł­no, mo­żesz wszyst­ko wy­pić – za­żar­to­wa­ła.

– Ja tu cier­pię, a ty się ze mnie śmie­jesz za­miast mi współ­czuć. Nie, dzię­ku­ję, przez mie­siąc nie spoj­rzę na al­ko­hol.

– Ju­tro po­le­cisz na ja­kąś im­prez­kę.

– Pew­nie, że po­le­cę – po­twier­dzi­łam.

– Na­pij się zim­ne­go so­ku – za­pro­po­no­wa­ła ma­ma.

– So­ku? Tyl­ko nie so­ku! – za­prze­czy­łam.

Na­la­łam do szklan­ki wo­dy, bo by­ła naj­lep­sza, póź­niej wzię­łam prysz­nic i od ra­zu po­czu­łam się cu­dow­nie. Zja­dłam obiad i po­roz­ma­wia­łam z ro­dzi­ca­mi o mo­ich pla­nach wa­ka­cyj­nych. Stwier­dzi­łam, że ni­g­dzie się nie ru­szam, że chcę spę­dzić ten czas w do­mu z mo­ją ko­cha­ną ro­dzin­ką i nie opusz­czać mo­ich przy­ja­ció­łek, bo już ni­g­dy nie bę­dzie tak jak te­raz. Mu­si­my się jesz­cze na­cie­szyć swo­ją przy­jaź­nią. Po roz­mo­wie z ro­dzi­ca­mi po­czu­łam się zmę­czo­na i po­szłam po­ło­żyć się spać, bo oczy mi się za­my­ka­ły.

– Prze­pra­szam, ale dzi­siaj nie na­da­ję się do ży­cia. Idę do łóż­ka.

– Nie prze­pra­szaj, my wszyst­ko ro­zu­mie­my. Kie­dyś też by­li­śmy mło­dzi i cho­dzi­li­śmy na im­pre­zy.

– Ma­mo, ty cho­dzi­łaś na im­pre­zy?

– A pew­nie, że cho­dzi­łam. Cze­mu my­ślisz, że two­ja ma­ma nie umie się ba­wić?

– Wca­le tak nie my­ślę. Py­tam, bo te­raz ni­g­dzie nie cho­dzi­cie, tyl­ko sie­dzi­cie w do­mu jak sta­rusz­ki, a prze­cież jesz­cze sta­rusz­ka­mi nie je­ste­ście.

– Nie wiesz, jak to jest. Sa­me­mu się nie chce wyjść, a zna­jo­mi wiecz­nie cza­su nie ma­ją.

– To ra­dzę za­pro­sić wszyst­kich zna­jo­mych na do­mów­kę i od­świe­żyć sta­re zna­jo­mo­ści. Jak ci zna­jo­mi nie ma­ją cza­su, to sta­rzy zna­jo­mi mo­że bę­dą mieć wię­cej, a po­tem mo­że­cie ca­łą pacz­ką pójść na dan­cing.

– Mo­że masz ra­cję, cór­ciu. Mo­że w koń­cu trze­ba za­cząć z po­wro­tem spo­ty­kać się ze zna­jo­my­mi.

– Ma­mo, ży­cie jest za krót­kie, że­by sie­dzieć w do­mu – stwier­dzi­łam.

– Po­my­śli­my o tym – od­po­wie­dzia­ła ma­ma.

– Jak bę­dzie­cie pla­no­wać do­mów­kę, to pój­dę na noc do In­es al­bo do Ma­rii.

– Do­brze, có­recz­ko, dzię­ku­je­my za su­ge­stię i wspar­cie.

– Idę się po­ło­żyć, a ju­tro po­roz­ma­wia­my. Oczy sa­me mi się za­my­ka­ją – do­da­łam.

– Idź, ko­cha­nie, nie męcz się, sie­dząc tu z na­mi – po­par­ła mnie ma­ma.

Po chwi­li le­ża­łam już i my­śla­łam o ma­mie i ro­dzeń­stwie. W do­mu ro­dzi­ce uczy­li nas sza­cun­ku. Ra­dzi­my so­bie w ży­ciu, cho­ciaż cza­sa­mi jest cięż­ko, ale trzy­ma­my się ra­zem. Mo­ja ro­dzi­na jest cu­dow­na, brat Chris jest już żo­na­ty, ma dwój­kę wspa­nia­łych dzie­ci i miesz­ka z ro­dzi­ną w Au­stra­lii, więc nie od­wie­dza nas czę­sto i jest nam smut­no z te­go po­wo­du, ale nie­ste­ty ta­kie ży­cie.

Star­sza sio­stra Eva, z któ­rą wi­du­je­my się czę­ściej, miesz­ka z ro­dzi­ną w Bar­ce­lo­nie. W do­mu zo­sta­ły­śmy tyl­ko ja i mo­ja sio­stra Ana. Jest we­so­ła, za­baw­na i ślicz­na. Je­ste­śmy ze­wnętrz­nie bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Ma­my pra­wie ta­kie sa­me gło­sy, zna­jo­mi nas nie od­róż­nia­ją. Ma­ją z tym trud­no­ści, więc my, sza­lo­ne sio­stry, wy­ko­rzy­stu­je­my to. I cza­sa­mi z nich żar­tu­je­my. Nie­raz uda­ję, że je­stem Aną i roz­ma­wiam z jej zna­jo­my­mi, a ona pod­szy­wa się po­de mnie. Ni­g­dy nikt się nie do­my­ślił, że oszu­ku­je­my, a my ma­my fraj­dę. Ale tyl­ko my wie­my o tym se­kre­cie. Na­szym zna­jo­mym na pew­no nie spodo­ba­ło­by się to, że z nich żar­tu­je­my, ale prze­cież obie je­ste­śmy za­krę­co­ne. Te­raz jest mi smut­no, bo Ana też nie­dłu­go wy­pro­wa­dzi się z do­mu. Bę­dzie mi cięż­ko, bo je­ste­śmy sio­stra­mi i przy­ja­ciół­ka­mi. Za­wsze mo­że­my na sie­bie li­czyć i wspie­rać się na­wza­jem. Ona ma chło­pa­ka i my­ślą o wspól­nej przy­szło­ści. Za­mie­rza­ją ze so­bą za­miesz­kać. Wiem, że bę­dę tę­sk­nić za mo­ją sio­strzycz­ką. Je­stem sin­giel­ką, któ­ra chce się ba­wić i prze­żyć wspa­nia­łą mi­łość. Mam dwa­dzie­ścia pięć lat i chcę czer­pać z ży­cia peł­ny­mi gar­ścia­mi, bo żad­na chwi­la się już nie po­wtó­rzy.

Roz­dział 2

Na­stęp­ne­go dnia obu­dzi­łam się we wspa­nia­łym hu­mo­rze. Wyj­rza­łam przez okno, słoń­ce świe­ci­ło moc­no jak na tak wcze­sną po­rę, by­ło zie­lo­no i ko­lo­ro­wo od kwia­tów. Po­my­śla­łam, że za­po­wia­da się pięk­ny dzień, któ­ry żal spę­dzić w do­mu. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. By­ła do­pie­ro dzie­wią­ta. Mia­łam czas, że­by jesz­cze po­le­żeć w łóż­ku. Nie mu­sia­łam wcze­śnie wsta­wać, prze­cież są wa­ka­cje. Włą­czy­łam ja­kiś film i za­czę­łam go oglą­dać, po­tem na­stęp­ny i tak czas mi­nął mi do po­łu­dnia.

„Chy­ba trze­ba w koń­cu wyjść z łóż­ka”, po­my­śla­łam.

Wy­szłam ze swo­je­go po­ko­ju, ale w do­mu pa­no­wa­ła głu­cha ci­sza. W sy­pial­ni ro­dzi­ców i u Any ni­ko­go nie by­ło, więc we­szłam do kuch­ni. Na sto­le le­ża­ła kar­tecz­ka, któ­rą zo­sta­wi­ła mi ma­ma. Na­pi­sa­ła, że po­je­cha­ła do bab­ci.

Ana gdzieś wy­szła ze swo­im chło­pa­kiem, więc jak za­wsze nie bę­dzie jej ca­ły dzień. By­łam sa­ma w do­mu. Po­sta­no­wi­łam za­dzwo­nić do dziew­czyn i za­pro­sić je do sie­bie. Po chwi­li po­my­śla­łam, że chy­ba nie chcę, by przy­cho­dzi­ły. Po­sta­no­wi­łam się wy­ci­szyć i zo­stać sa­ma. Zja­dłam śnia­da­nie, wzię­łam prysz­nic i zde­cy­do­wa­łam, że pój­dę do par­ku po­bie­gać al­bo po­jeź­dzić na rol­kach. Wy­bra­łam jog­ging, więc wło­ży­łam dre­sy i wy­szłam z do­mu. Ru­szy­łam w stro­nę naj­bliż­sze­go par­ku, do któ­re­go cho­dzi­łam za­wsze w wol­nych chwi­lach. Mia­łam słu­chaw­ki na uszach – uwiel­biam, bie­ga­jąc, słu­chać mu­zy­ki. To mnie re­lak­su­je. Na­gle zo­ba­czy­łam męż­czy­znę, któ­ry sie­dział na ław­ce i pi­sał na lap­to­pie. Za­trzy­ma­łam się, że­by na­pić się wo­dy, zer­k­nę­łam na nie­go – był ta­ki przy­stoj­ny, aż wes­tchnę­łam ci­cho, bo nie mo­głam się na nie­go na­pa­trzeć. Za­uwa­ży­łam, że on też zer­ka na mnie, więc się spe­szy­łam i za­czę­łam biec.

„Ale przy­stoj­ny fa­cet”, po­my­śla­łam. „Na pew­no każ­da ko­bie­ta ma­rzy, że­by mieć ta­kie­go męż­czy­znę u swe­go bo­ku. Mu­szę tu czę­ściej przy­cho­dzić”.

Czę­sto bie­gam po par­ku, ale te­go przy­stoj­nia­ka wi­dzia­łam pierw­szy raz. Bie­gnąc w stro­nę do­mu, nie mo­głam prze­stać my­śleć o nie­zna­jo­mym. Nie pa­mię­tam, kie­dy ostat­ni raz wi­dzia­łam ta­kie­go przy­stoj­nia­ka. We­szłam do do­mu i na­gle za­czął dzwo­nić te­le­fon.

– Słu­cham?

– Cześć, to ja.

– Wiem, że to ty. Od ra­zu po­zna­łam cię po gło­sie.

– Mo­ja przy­ja­ciół­ko, mia­łam na­dzie­ję, że cho­ciaż raz się po­my­lisz i mnie nie po­znasz.

– Na ra­zie to was jesz­cze od­róż­niam – za­czę­łam żar­to­wać.

– Coś ta­ka szczę­śli­wa? – za­py­ta­ła In­es.

– Za­wsze je­stem szczę­śli­wa.

– Nie wie­dzia­łam – od­par­ła przy­ja­ciół­ka.

– Ko­niec żar­tów. Mu­szę opo­wie­dzieć ci coś cie­ka­we­go, co mi się przy­da­rzy­ło dziś w par­ku.

– Coś złe­go czy do­bre­go? – za­py­ta­ła.

– Coś do­bre­go – po­wie­dzia­łam.

– Bel­lo, to mów mi szyb­ko, nie trzy­maj mnie w nie­wie­dzy – po­ga­nia­ła mnie In­es.

– Już mó­wię. In­es, wy­obraź so­bie, że bie­ga­łam dzi­siaj w par­ku…

– Pra­wie co­dzien­nie bie­gasz po par­ku jak sza­lo­na, to dla cie­bie nor­mal­ka.

– No tak, ale słu­chaj, co chcę ci po­wie­dzieć – prze­rwa­łam jej.

– Już się nie od­zy­wam – obie­ca­ła.

– Wi­dzia­łam tak przy­stoj­ne­go fa­ce­ta, że szok! Był po pro­stu bo­ski! Za­trzy­ma­łam się, że­by dys­kret­nie spoj­rzeć na nie­go i za­uwa­ży­łam, że on pa­trzy w mo­ją stro­nę. Na­gle dziw­nie się po­czu­łam.

– No i co by­ło da­lej? Co zro­bi­łaś? – Chcia­ła wie­dzieć In­es.

– Nic. Spe­szy­łam się i ucie­kłam stam­tąd.

– Oj, głu­pia je­steś! Mo­głaś się za­trzy­mać i w ja­kiś spo­sób za­ga­dać, na przy­kład za­py­tać o go­dzi­nę. Po co ucie­ka­łaś jak ja­kaś prze­stra­szo­na dziew­czyn­ka? – besz­ta­ła mnie.

– No coś ty! Ja tak nie umiem, nie bę­dę ob­ce­go fa­ce­ta za­cze­piać.

– To się na­ucz, bo zdzi­wisz się, jak zo­sta­niesz sta­rą pan­ną…

– To ja nią zo­sta­nę, a nie ty – od­par­łam.

– Nie de­ner­wuj mnie, Bel­lo – po­wie­dzia­ła In­es. – Cze­mu ty nie pod­ry­wasz fa­ce­tów, tyl­ko mnie ka­żesz to ro­bić?

– Bo nie spo­tka­łam te­go je­dy­ne­go. Gdy­bym go spo­tka­ła, to bym dzi­siaj nie by­ła sa­ma. On nie jest dla mnie. Mo­że mieć każ­dą!

– Mo­że mieć każ­dą, ale mo­że nie chce mieć każ­dej, tyl­ko tę je­dy­ną.

– Na pew­no ko­goś ma al­bo jest żo­na­ty.

– Jak nie spró­bu­jesz, to się nie do­wiesz, Bel­lo. Nie wszy­scy przy­stoj­ni fa­ce­ci to pod­ry­wa­cze – tłu­ma­czy­ła mi przy­ja­ciół­ka.

– Masz ra­cję, ale zmień­my te­mat, bo te­raz to nie ma zna­cze­nia.

– Okej, już nic nie mó­wię na ten te­mat. Dzwo­nię, że­by za­py­tać, czy masz ocho­tę iść z na­mi na ba­sen.

– Pew­nie, z wa­mi za­wsze i wszę­dzie jest su­per.

– Za ile bę­dziesz go­to­wa? – za­py­ta­ła In­es.

– Za go­dzi­nę – od­par­łam.

– To bę­dzie­my cze­kać na cie­bie już na ba­se­nie – po­wie­dzia­ła i się roz­łą­czy­ła.

Wzię­łam szyb­ki prysz­nic i przy­szy­ko­wa­łam wszyst­ko na ba­sen. Mo­je przy­ja­ciół­ki już na mnie cze­ka­ły.

– W koń­cu je­steś – po­wi­ta­ły mnie.

Mu­sia­łam im od po­cząt­ku opo­wie­dzieć, co się wy­da­rzy­ło w par­ku, bo In­es po­chwa­li­ła się Ma­rii, że wi­dzia­łam dzi­siaj przy­stoj­nia­ka. Nie da­wa­ły mi spo­ko­ju, do­pó­ki nie opo­wie­dzia­łam im wszyst­kie­go. Dzień spę­dzi­ły­śmy mi­ło: ba­sen, ka­wiar­nia, a w niej ka­wa i lo­dy. Bez sło­dy­czy i bez spę­dza­nia cza­su ra­zem nie mo­że­my żyć.

Na­stęp­ne­go dnia za­sta­na­wia­łam się, czy iść do par­ku. Wsty­dzi­łam się, że mo­że bę­dzie ten przy­stoj­niak i po­my­śli, że tu przy­cho­dzę, że­by na nie­go pa­trzeć.

Ale prze­cież od lat cho­dzę do te­go par­ku i mam za­miar cho­dzić da­lej. Wło­ży­łam oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne i ru­szy­łam do par­ku. Czu­łam się pew­nie w oku­la­rach, bo przy­stoj­niak nie wi­dział mo­jej twa­rzy. A on zno­wu sie­dział na ław­ce wpa­trzo­ny w lap­top. Spe­cjal­nie prze­bie­głam ko­ło nie­go pa­rę ra­zy, ale na­wet na mnie nie zer­k­nął. Po­my­śla­łam, że to za­mknię­ty w so­bie gość i na pew­no żad­na ko­bie­ta nie chce ta­kie­go po­nu­ra­ka.

Przez ja­kiś czas nie bie­ga­łam do par­ku, chcia­łam za­po­mnieć o przy­stoj­nia­ku, bo prze­cież ten fa­cet nie był dla mnie. Spę­dza­łam czas naj­czę­ściej z mo­imi przy­ja­ciół­ka­mi, czę­sto cho­dzi­ły­śmy na ba­sen, te­nis, gol­fa, więc nie mia­ły­śmy chwi­li na nu­dę. Cza­sa­mi zbie­ra­ły­śmy więk­szą eki­pę i wy­jeż­dża­li­śmy na pa­rę dni nad mo­rze, by­ło po pro­stu świet­nie.

– Bel­lo, ja­dę ju­tro na pa­rę dni do ma­my, je­dziesz ze mną? – za­py­ta­ła mnie ma­ma.

– Pew­nie, że po­ja­dę do mo­jej ko­cha­nej ba­bu­ni – ucie­szy­łam się.

Czę­sto spę­dza­ły­śmy czas i wa­ka­cje u bab­ci. My­ślę, że jak ma­ma mia­ła nas do­syć, to wy­sy­ła­ła nas tam, że­by mo­gła od­po­cząć od dzie­ci. Ja też tak bę­dę ro­bić, jak bę­dę mieć swo­je. Na pew­no ma­ma nie bę­dzie szczę­śli­wa, że bę­dę pod­rzu­cać jej dzie­ci, ale ja bę­dę.

Na­stęp­ne­go dnia wsta­ły­śmy ra­no i ru­szy­ły­śmy w dro­gę do bab­ci Ja­si. Miesz­ka nad mo­rzem. Do dziś uwiel­biam tam jeź­dzić. Pa­mię­tam, że za­wsze by­ło cu­dow­nie, bab­cia nas roz­piesz­cza­ła i nie chcie­li­śmy wra­cać do do­mu. Cza­sa­mi przy­jeż­dża­ło ro­dzeń­stwo ma­my z dzieć­mi, przy sto­le w ogro­dzie sie­dzia­ła licz­na ro­dzi­na. By­ło bar­dzo przy­jem­nie. Za­sta­na­wiam się, ja­kie bab­cia mia­ła że­la­zne ner­wy na ta­ką du­żą ro­dzin­kę. Ty­le wnu­ków się zjeż­dża­ło każ­de­go la­ta. Uwiel­bia­li­śmy spę­dzać u niej wa­ka­cje, bo tam by­ło po pro­stu naj­le­piej. W po­łu­dnie do­je­cha­ły­śmy do bab­ci, któ­ra ucie­szy­ła się na nasz wi­dok. Nie da­wa­ła mi spo­ko­ju, ca­ły czas py­ta­ła, czy mam ja­kie­goś chło­pa­ka i kie­dy go przed­sta­wię ro­dzi­nie. Nie wie­dzia­łam, co mam mó­wić, bo wstyd mi by­ło, że po­mi­mo mo­je­go wie­ku na­dal je­stem sa­ma, a więk­szość mo­ich ko­le­ża­nek wy­szła już za mąż. Bab­cia za­sy­py­wa­ła mnie py­ta­nia­mi, aż w koń­cu po­wie­dzia­łam, że nie mam ni­ko­go i tak mi do­brze.

– Kie­dy znaj­dziesz so­bie fa­ce­ta? Chcesz być sta­rą pan­ną? – drą­ży­ła te­mat.

– Bab­ciu, te­raz lu­dzie ży­ją bez ślu­bu, miesz­ka­jąc ra­zem, ślub nie jest do ni­cze­go po­trzeb­ny.

– To tak nie po bo­że­mu – po­wie­dzia­ła ba­bu­nia.

– Te­raz są in­ne cza­sy – za­uwa­ży­łam.

– Ty nie zga­niaj na cza­sy – obu­rzy­ła się. – Cza­sy są ta­kie sa­me, tyl­ko wy mło­dzi je­ste­ście in­ni niż ja, jak by­łam mło­da.

– Nie in­ni, tyl­ko każ­de po­ko­le­nie jest in­ne.

– A ty po­zwo­lisz, że­by two­ja cór­ka miesz­ka­ła z męż­czy­zną pod jed­nym da­chem bez ślu­bu? – zwró­ci­ła się do ma­my.

– Wi­dzę, że mnie też się obe­rwa­ło – po­wie­dzia­ła ma­ma. – Do­pie­ro skoń­czy­ła stu­dia i ma czas na za­mąż­pój­ście. Po co ma się tak szyb­ko pchać w pie­lu­chy i dzie­ci. Niech nie po­peł­nia mo­ich błę­dów – pró­bo­wa­ła wy­ja­śnić.

– Do­brze, ja już się nie wtrą­cam i nic nie mó­wię – fuk­nę­ła bab­cia. – Rób­cie, co chce­cie, to wa­sze ży­cie – do­da­ła.

– Bab­ciu, ja nie szu­kam fa­ce­ta na si­łę, że­by mieć by­le ja­kie­go i nie być sa­ma – rzu­ci­łam. – Cza­sa­mi le­piej być sa­mą, niż mieć by­le ja­kie­go mę­ża i zmar­no­wać so­bie ży­cie.

– Mo­że masz ra­cję – przy­zna­ła w koń­cu star­sza ko­bie­ta. – Te­raz są lep­sze cza­sy. Ja nie mia­łam wy­bo­ru. Mnie mę­ża wy­bra­li ro­dzi­ce, a ty sa­ma so­bie wy­bie­rzesz.

– Bab­ciu, to ja je­stem ko­bie­tą, to on ma mnie zna­leźć, a nie ja je­go.

– Masz ra­cję, Bel­lo.

– Dam ra­dę. Mam do­pie­ro dwa­dzie­ścia pięć lat. Na pew­no się za­ko­cham i wyj­dę za mąż. Bę­dę mieć dzie­ci, bo te­go chcę, a ty bę­dziesz mia­ła więk­szą gro­mad­kę pra­wnu­ków niż wnu­ków.

– To do­brze, mo­je dziec­ko – po­wie­dzia­ła bab­cia. – Chodź do mnie, niech przy­tu­lę mo­ją wnucz­kę.

Już nikt nie po­ru­szał te­ma­tu, czy bę­dę sta­rą pan­ną, czy nie. Ma­ma z bab­cią zro­zu­mia­ły, że sa­ma chcę kie­ro­wać swo­im ży­ciem.

Ko­lej­ne dni by­ły cu­dow­ne. Mi­nął ty­dzień, mu­sia­ły­śmy wra­cać do do­mu, a mnie się wca­le nie chcia­ło, tak jak za daw­nych cza­sów.

– Chy­ba nie bę­dziesz pła­kać, bo wra­ca­my do do­mu? – za­żar­to­wa­ła ma­ma.

– Nie bę­dę, bo już nie je­stem ma­łą dziew­czyn­ką, ale nie mam ocho­ty wra­cać – od­par­łam.

Po przy­jeź­dzie do do­mu za­czę­łam prze­glą­dać ofer­ty pra­cy. Na­gle nie mia­łam na nic cza­su, bo jeź­dzi­łam na roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne. Pew­ne­go dnia za­sta­na­wia­łam się, czy wy­brać się do par­ku, że­by po­bie­gać al­bo po­jeź­dzić na rol­kach. Wiem, że je­że­li chcę, to za­wsze znaj­dę czas na to, co uwiel­biam. Je­stem ak­tyw­ną ko­bie­tą, któ­ra ko­cha sport. Jed­nak te­go dnia coś mnie cią­gnę­ło do par­ku. Po­my­śla­łam, że nie mam po­wo­du uni­kać te­go miej­sca tyl­ko dla­te­go, że wsty­dzę się męż­czy­zny, któ­re­go nie znam. Prze­cież nie zro­bi­łam nic złe­go, że­bym mia­ła się ukry­wać. Wy­szłam z do­mu i za­czę­łam biec w stro­nę par­ku, ale nie by­ło tam przy­stoj­niacz­ka. Tro­chę się za­wio­dłam, ale po­my­śla­łam, że mo­że le­piej, że go nie ma.

„Nie mu­szę go oglą­dać”, po­my­śla­łam w zło­ści. „Jak dla mnie to mo­że wca­le nie przy­cho­dzić do te­go par­ku, naj­le­piej bę­dzie, jak pój­dzie gdzie in­dziej”.

Za­czę­łam za­cho­wy­wać się jak idiot­ka. Jak go nie ma w par­ku, to się wście­kam i coś się ze mną dzie­je. Prze­cież mi na nim nie za­le­ży i ostat­nio nie zwra­cam uwa­gi na fa­ce­tów.

Wa­ka­cje zbli­ża­ły się do koń­ca. By­ło nam smut­no z te­go po­wo­du, ale też cie­szy­ły­śmy się, że za­cznie się no­wy etap w na­szym ży­ciu. Za­dzwo­ni­ła do mnie Ma­ria, że­by po­in­for­mo­wać, iż idzie­my na im­pre­zę do Jo­sé, któ­ry zde­cy­do­wał się zor­ga­ni­zo­wać ostat­nią za­ba­wę w ta­kim skła­dzie. Wie­dzie­li­śmy, że im­prez w ta­kim gro­nie już nie bę­dzie, więc cze­mu nie spo­tkać się ten ostat­ni raz. Pra­wie co­dzien­nie ra­no bie­ga­łam w par­ku. Cza­sa­mi wi­dy­wa­łam te­go ta­jem­ni­cze­go męż­czy­znę, sie­dział na ław­ce wpa­trzo­ny w lap­top. Za­czę­łam my­śleć, że jest dzi­wa­kiem al­bo ja­kimś biz­nes­me­nem, dla­te­go że cią­gle wy­ko­nu­je tę sa­mą czyn­ność i nie in­te­re­su­je się tym, co się wo­kół nie­go dzie­je. Po ja­kimś cza­sie prze­sta­ło mi za­le­żeć, że­by zwró­cił na mnie uwa­gę. Wie­dzia­łam, że na­wet jak jest wol­ny, nie zro­bi te­go. I tak nad­szedł dzień im­pre­zy i od sa­me­go ra­na la­ta­nie po ga­le­riach, bo jak zwy­kle nie mia­ły­śmy się w co ubrać.

– Za­wsze ku­pu­jesz ubra­nia po to, że­by raz wyjść na im­pre­zę. To stra­ta pie­nię­dzy, za mo­ich cza­sów tak nie by­ło – mó­wi­ła ma­ma.

– Oj, ma­muś, te­raz są in­ne cza­sy – po­wta­rza­łam.

– Wiem. – Uśmie­cha­ła się.

W koń­cu ku­pi­ły­śmy ład­ne let­nie su­kien­ki, że­by pod­kre­ślić swo­je kształ­ty i wy­glą­dać sek­sow­nie. Wło­ży­łam fio­le­to­wą kiec­kę, któ­ra mi pa­so­wa­ła. Zresz­tą fio­le­to­wy był mo­im ulu­bio­nym ko­lo­rem. Czar­ne de­li­kat­ne szpil­ki pod­kre­śla­ły mo­je no­gi, wy­glą­da­łam pięk­nie i ele­ganc­ko. Mo­je przy­ja­ciół­ki też pre­zen­to­wa­ły się sza­ło­wo. Ta im­pre­za róż­ni­ła się od po­przed­niej, nie by­ło du­żo lu­dzi. Jo­sé za­pro­sił tyl­ko naj­bliż­szych zna­jo­mych z uczel­ni. At­mos­fe­ra by­ła faj­na, nikt się nie krę­po­wał. Za­raz po przyj­ściu Ma­ria znik­nę­ła gdzieś z An­to­niem, a ja i In­es przez chwi­lę sta­ły­śmy sa­me, po­tem do­łą­czy­li zna­jo­mi. Im­pre­za za­czę­ła się roz­krę­cać, ale nie­dłu­go na­cie­szy­ły­śmy się tym to­wa­rzy­stwem, bo po­de­szli do na­si chłop­cy. Jo­sé i Pa­blo chy­ba by­li o nas za­zdro­śni, nie mo­gli wy­trzy­mać bez nas ani chwi­li. Ale nic dziw­ne­go, że są za­zdro­śni o tak pięk­ne ko­bie­ty jak my. Wie­dzia­łam, że Ma­rii po­do­ba się An­to­nio, więc szczę­śli­wa po­szła z nim. Ja ba­wi­łam się z go­spo­da­rzem, a In­es z Pa­blem.

– Ktoś wsko­czył do ba­se­nu w ubra­niu – po­wie­dzia­łam zdzi­wio­na do Jo­sé. – Nie prze­szka­dza ci to, że ska­czą w ubra­niach?

– Nie prze­szka­dza mi, prze­cież jest im­pre­za – od­parł uśmiech­nię­ty. – Jest su­per, wszy­scy się świet­nie ba­wią.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

De­dy­ka­cja

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents