Żniwo Ognia. Ostrze sierpa, tom 2 - Andrzej H. Wojaczek - ebook
NOWOŚĆ

Żniwo Ognia. Ostrze sierpa, tom 2 ebook

Andrzej H. Wojaczek

0,0

Opis

Dla jednych świat skończył się we wrześniu 1939 roku, dla innych był zaledwie przedsionkiem piekła. Sowiecki reżim zgotował tysiącom ludzi okrutny los – bydlęcymi wagonami wywieziono ich do obozów pracy przymusowej i kołchozów. Pamięć o nich miała rozpłynąć się w nicości.
Jednym z tysięcy zesłanych był Teofil Kłosek. Tam, gdzie przetrwanie to codzienna walka, a zachowanie człowieczeństwa graniczy z niemożliwością, rozpoczyna się kolejny etap jego tułaczki. Z okupowanego Lwowa przez koszmar syberyjskich łagrów, bezkresne kazachskie stepy aż po Morze Kaspijskie.
Andrzej H. Wojaczek, twórca bestsellerowego cyklu Wrzeciono Boga, wraca z drugą częścią trylogii Żniwo Ognia. Tym razem fabuła powieści rozgrywa się w świecie mrozu, głodu i wszechobecnego strachu. Autor odsłania dwoistość tytułowego sierpa – w realiach syberyjskich łagrów jego ostrzem jest człowiek zmuszony do wyboru: karmić i wspierać albo wykonywać wyroki systemu, który doprowadził do masowej zagłady.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 370

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna M. Damasiewicz

Ilustracje

© Anna Damasiewicz

Redakcja

Marta Jakubowska | Słowa na warsztat

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Elwira Zapałowska | Słowa na warsztat

Wydanie I, Katowice 2026

Fabuła inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Imiona i nazwiska na potrzeby powieści zostały zmienione.

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2025

Tekst © Copyright by Andrzej H. Wojaczek

ISBN 978-83-68674-44-6

Dla moich synów

– Gabriela i Ignacego

(…) złorzeczą nam, a my błogosławimy;

prześladują nas, a my to znosimy;

bluźnią nam, a my się modlimy;

mają nas ciągle za wyrzutków społeczeństwa,

za plugactwo tego świata.

1 Kor 4,12–13 (tłum. ks. Franciszek Jaczewski)

Ból i cierpienie są nieodmiennie dolą ludzi wysoce inteligentnych i głęboko współczujących. Ludzie prawdziwie wielcy zmuszeni są, jak sądzę, przeżywać swe życie w wielkim smutku.

Fiodor Dostojewski (Zbrodnia i kara, tłum. Sławomir Ibrom)

Rozdział I

Wywlekli go z celi o drugiej nad ranem, poszczuli echem ciężkich buciorów i przegonili przez labirynt mrocznych korytarzy.

Łukowate sklepienia kojarzyły mu się z surowym wnętrzem dawnego kościoła w Groß Rauden*, gdzie zdarzało mu się bywać w dzieciństwie. Wspinając się po stromych schodach, usiłował policzyć, ile lat upłynęło od tamtych czasów. Zadanie to całkowicie przerastało jego siły. Za każdym razem, gdy wracał pamięcią do rodzinnych stron, przed oczami stawał mu obraz ukochanej żony. Żony, po której została tylko pamięć.

Wiadomość o jej śmierci spadła na niego jak jastrząb na kuropatwę, wyrwała ogromną dziurę w sercu i pozostawiła na pastwę bezlitosnej niepewności. Wymyślne tortury stosowane przez enkawudzistów wydawały się przy tym igraszką łobuzów.

Korytarz prowadził do drzwi, za którymi znajdował się pokój przesłuchań. Już raz go maglowali, ale niewiele z tego pamiętał. Kokon bólu chronił go przed światem zewnętrznym o wiele skuteczniej niż potężne mury więzienia na Brygidkach przy ulicy Kazimierzowskiej we Lwowie, dokąd trafił w trzecim tygodniu czerwca czterdziestego roku.

Żelazne drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów przypominającym kwik zarzynanego prosięcia. Dozorcy wepchnęli go za próg, posadzili na niskim taborecie, twarzą do szerokiego biurka. Ostre światło stojącej na nim lampy zmuszało każdego przesłuchiwanego do opuszczenia głowy i kurczowego zaciśnięcia powiek. Łomot zatrzaskiwanych drzwi i cichnące kroki wartowników uzmysłowiły mu, że po raz trzeci znalazł się w towarzystwie sowieckiego śledczego. I tym razem wyczuł obecność jakiejś duszącej woni, która unosiła się w gęstym powietrzu.

Teraz już wiedział, że to był strach.

– Wasze otczestwo. – Głos prokuratora wypłynął zza biurka jak trujący opar znad leśnych bagien.

– Teofil Kłosek.

– Dień rażdienia.

Więzień nabrał powietrza i na jednym wydechu wyrecytował żądaną odpowiedź. Gdy ostatnio zasugerował śledczemu, że już go o to pytał, stojący pod ścianą strażnik wymierzył mu szybki cios w trzewia. Taki to wiedział, gdzie i jak bić, żeby bolało. Teofil mało nie obrzygał sobie kolan, gdy – zgięty wpół – walczył o oddech. Prokurator skrupulatnie zanotował odpowiedź, a następnie przeszedł do zadawania kolejnych pytań. Nie wychodził poza utarty schemat. W kółko pytał o to samo, jakby porównywał, czy odpowiedzi więźnia były ze sobą zgodne.

To samo pomieszczenie, ta sama pora nocy.

Ten sam przesłuchujący.

Te same pytania, zadawane tym samym głosem, w taki sam sposób.

Teofila dopadł nagły strach.

Czy to naprawdę kolejne jego przesłuchanie? Pobyt w więzieniu był jak zlepek obrazków utrzymanych w jednej tonacji, udźwiękowionych taśmą zarejestrowaną na dnie piekła.

Podczas pierwszego przesłuchania śledowaty, skrywający twarz w cieniu poza stożkiem światła, zasypał go gradem pytań – pozornie chaotycznych, lecz niepokojąco metodycznych. Rosjanin sprawiał wrażenie uprzejmego. Jego postawa przeczyła powszechnym wyobrażeniom o tym, jak wyglądały nocne przesłuchania NKWD. Rozpoczął od spisania wszystkich członków rodziny przesłuchiwanego. Skrupulatnie notował imiona i nazwiska, zapisywał daty ich urodzin – właściwie nie tyle zapisywał, ile porównywał z danymi figurującymi w aktach zebranych w szarej teczce. Pytał o wszystko: wielkość gospodarstwa, rodzaje użytków gruntowych, stan zabudowań. Był cierpliwy i zatrważająco wyrozumiały w sytuacji, gdy więzień miotał się w poszukiwaniu właściwych słów.

Tamto przesłuchanie zakończyło się po trzech godzinach, po upływie których dozorcy odprowadzili więźnia z powrotem do celi. Nad ranem, gdy większość osadzonych spała, podłoga przypominała żywy twór, który poruszał się w rytmie niespokojnych oddechów, rozpaczliwych chrapań, strwożonych jęków i nagłych spazmów. Straszliwy zaduch wyciskał łzy z oczu. Smród ekskrementów, zjełczałego potu i brudu dawno niemytych ciał budził odruch wymiotny, nad którym nie każdy potrafił zapanować. Ze względu na czerwcowe upały wielu więźniów miało na sobie zaledwie skrawek odzieży. Spali na kamiennej posadzce, poukładani jak sardynki w puszce. Kto silił się na grzeczność, ponosił natychmiastowe fiasko. Każdy przejaw delikatności kwitowany był eksplozją zwierzęcej agresji, na którą – aby przeżyć – należało odpowiedzieć w jeszcze bardziej brutalny sposób.

Goła żarówka żarząca się pod sufitem pozwalała rozeznać się w otoczeniu, ale nie upraszczała poruszania się wśród kłębowiska ludzkich ciał. Aby łatwiej było mu deptać po śpiących współwięźniach, wyobrażał sobie, że stąpa po kocich łbach. Przekleństwa i wyzwiska, jakie leciały w jego stronę, nie robiły już na nim wrażenia. Rzadko kto brał do siebie ból podeptanych kończyn. W więzieniu przesadna drażliwość nie spotykała się ze zrozumieniem.

Jakoś dotarł pod ścianę, gdzie znajdowało się jego legowisko, pilnowane przez trzech zaprzyjaźnionych z nim polskich duchownych.

– Bili cię? – Usłyszał przy uchu szept starego księdza. – Powiedz.

– Nie.

– Dzięki Bogu.

Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach, jakby kontemplował przyjętą komunię. Teofil długo wsłuchiwał się w szept modlitwy, który wydobywał się spomiędzy palców leciwego kapłana.

Ksiądz Albin Janota był rdzennym Lwowiakiem. W czasie pierwszej wojny służył w 2 Brygadzie Legionów Polskich. Ranny pod Rarańczą, trafił do szpitala, gdzie odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa. Nie był już wtedy młody. Gdy zdawał maturę i wstępował do lwowskiego seminarium, miał trzydzieści pięć lat. Od dnia uzyskania święceń kapłańskich w dwudziestym roku zapracował sobie na miano doświadczonego duszpasterza i cenionego rekolekcjonisty. Był przy tym niepoprawnym buntownikiem słynącym z głoszenia śmiałych tez. Taka postawa zjednywała mu sympatię otoczenia, ale jednocześnie prowadziła do częstych spięć z przełożonymi. Po wkroczeniu Sowietów do Lwowa ksiądz Janota zainicjował potajemne spotkania dla młodzieży. Teofil nie musiał być śledczym, aby domyślić się, jaki charakter miały owe zgromadzenia i jak potoczyły się dalsze losy księdza Janoty.

– Musieli się co do mnie pomylić, panie Teofilu. Nie jestem tym, za kogo mnie biorą, i niczego o mnie nie wiedzą!

Teofil nie zamierzał potęgować zgryzot kapłana stwierdzeniem, że każda szanująca się władza wie wszystko o wszystkich.

Sam przekonał się o tym, gdy następnej nocy wezwali go na drugie doprosy. Kazali powtórzyć wszystko od początku, słowo po słowie. Był zmęczony, napięty, więc kiedy z nerwów pomylił dzień urodzin najstarszego brata, przesłuchujący go oficer stracił opanowanie i znienacka sypnął mu w twarz zawartością popielniczki. Dla dodatkowego efektu zwyzywał go od najgorszych.

To był dopiero początek. Prawdziwe trudności zaczęły się wraz z pytaniami o działalność w organizacjach, do których należał przed aresztowaniem. Przynależność do Związku Powstańców Śląskich automatycznie stawiała go po stronie kontrrewolucjonistów. Bycie uznanym za wroga ustroju kończyło się zwykle wieloletnią zsyłką. Ochotnicza służba w 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego i późniejsze wcielenie do 6 Dywizji Piechoty czyniły go polskim patriotą, który w oczach NKWD był niebezpiecznym przeciwnikiem bolszewizmu. Człowiekiem, który zasługiwał na najwyższy wymiar kary.

– Co ze mną będzie? – zapytał, przełamując napiętą ciszę, którą przerywało jedynie skrzypienie ołówka.

– To zależy.

– Od kogo?

Skrzypienie ustało.

– Od was i waszych zeznań.

– Powiedziałem już wszystko, o co mnie pytaliście.

– Czyżby?

– Co jeszcze chcecie wiedzieć?

– Opowiedzcie o swoim ojcu.

– Mówiłem o nim kilka razy.

– Powiedzcie, czym się zajmował.

– Był robotnikiem.

– Charaszo. – W głosie prokuratora pojawił się cień zadowolenia. Oficer reagował w ten sposób, ilekroć więzień opisywał przedstawiciela klasy robotniczej. – A wasz kuzyn?

– Co z nim?

Prokurator przerzucił parę kartek, udając, że czegoś szuka.

– Tu jest napisane, że porucznik Józef Zaremba był bliskim współpracownikiem Wojewody Śląskiego.

– Skoro tak twierdzicie.

– Był czy nie był?

– Nie wiem. Dawno się nie widzieliśmy.

– Kontaktowaliście się… – tu prokurator zerknął do akt – wiosną trzydziestego szóstego roku, zgadza się?

– Tak powiedziałem?

– Tak zostało zapisane.

– Być może.

– „Być może”? Nie pamiętacie? Spokojnie. Właśnie po to tu jesteśmy, żebyście sobie wszystko bardzo dokładnie przypomnieli.

– Na przykład co?

– Na przykład nazwiska osób, z którymi kontaktowaliście się we Lwowie.

– Jakich osób?

– Już wy najlepiej wiecie jakich.

Tak to mniej więcej wyglądało.

Sowiecki oficer oplatał przesłuchiwanego pajęczyną pozornie przypadkowych pytań, które w rzeczywistości prowadziły do ściśle wyznaczonego celu. Po ośmiu godzinach wałkowania więzień zaczynał mylić najprostsze fakty, co zawsze wprawiało prokuratora w nastrój nieudolnie maskowanego rozczarowania.

– Bili cię, synku? – Stary ksiądz pytał tylko o to. – Powiedz.

– Nie. Ale chyba wolałbym dostać bęcki, niż trzeci raz przechodzić przez ten sam magiel.

– O co cię pytali?

– O wszystko.

– I co im powiedziałeś?

– Nie mam pojęcia.

– Ale nie bili cię?

– Nie.

– Dzięki Bogu.

Stary kapłan od początku najbardziej obawiał się tortur fizycznych. Był przekonany, że nie zniesie bólu. Że pod jego wpływem powie coś, co zaszkodzi niewinnym. Jego obawy rosły z każdą godziną. Oczekiwanie na przesłuchanie stawało się nie do wytrzymania. Skóra starca przypominała pożółkły pergamin, a zapadnięta klatka piersiowa unosiła się w spazmatycznych oddechach, które sprawiały mu wyraźny ból w okolicach serca.

Podrywał się na niemal każdy odgłos kroków zza drzwi. Krew odpływała mu z twarzy, gdy dozorca wywoływał przez judasza nazwisko kolejnych więźniów. Wstawali, podawali swoje otczestwo i datę urodzenia. Jedni wracali nietknięci, drudzy potłuczeni, zakrwawieni i zasmarkani. Pechowcy, którzy trafili do karceru, wychodzili z niego jakby starsi o kilka lat. Mieli szczęście, jeśli w ogóle wracali, bo ci, których wywoływano razem z rzeczami osobistymi, przepadali bez śladu.

Razem z Teofilem w celi osadzono dziewięćdziesięciu dwóch więźniów różnych narodowości. Kiedy pierwsze promienie świtu różowiły niebo, Brygidki budziły się do życia. Starosta celi rozdawał więźniom chleb. Bochenki były ciemne i ciężkie, o kwaśnym zapachu i twardej skórce, którą trzeba było długo przeżuwać, by nie skaleczyć podniebienia. Do picia czaj: gorąca woda, która wydzielała rdzawy zapach garnka, z którego ją nalewano. Gdy więźniowie pochłaniali swoje porcje, dyżurni wynosili kubeł zwany paraszą – ciężki, cuchnący, pełen odchodów.

Zdarzało się, że enkawudziści wyprowadzali więźniów na dziedziniec. Komenda: „Ruki na zad!”, przypominała osadzonym, że spacer służył tylko rozprostowaniu kości. W czasie kilkunastominutowej prohulki wokół murów więzienia nie wolno było rozglądać się ani zawierać bliższych znajomości. Nie przeszkadzało to jednak więźniom w nawiązywaniu kontaktów.

W ten sposób Teofil poznał Adama Bregułę i Leszka Sekułę – dwóch franciszkanów, którzy znaleźli się w Brygidkach na skutek ulicznej łapanki. Żaden z nich nie miał jeszcze dwudziestu lat. Gdyby nie byli duchownymi, można by ich wziąć za domorosłych konspiratorów z grupy Osadzina, o których Teofil nie miał pochlebnego zdania. Nie był człowiekiem, który łatwo ufał ludziom. Nie ufał zwłaszcza przemądrzałym i naiwnym, dlatego Adam Breguła od początku zwrócił jego uwagę. Rezolutny zakonnik mówił mało, ale celnie. Nie zadawał zbędnych pytań ani nie szukał pocieszenia w słowach, które niczego nie zmieniały.

Leszek Sekuła był wszystkim tym, czym Adam Breguła nie był. Chodził zgarbiony, niemal bezszelestnie, jakby bał się, że zbyt mocny krok mógłby ściągnąć na niego wzrok strażników. Uwagę zwracały jego dłonie – smukłe i gładkie, nieznające ciężkiej pracy. Szeroko otwarte oczy i wiecznie spięta twarz zdradzały bojaźliwy i niezdecydowany charakter. Sekuła zdawał się żyć w stanie ciągłego napięcia.

– Nic nie zrobiliśmy – powtarzali tę samą śpiewkę. – Dlaczego nas tu trzymają? Przecież jesteśmy niewinni.

Teofilowi cisnęły się na usta kolejne słowa, których z litości wolał nie wypowiedzieć. Winny czy niewinny – dla Sowietów nie miało to najmniejszego znaczenia. Pobyt w Brygidkach miał sprawić, by każdy osadzony utwierdził się w przekonaniu, że jego własny osąd był co najmniej błędny. Teofil nie miał złudzeń odnośnie do swojej przyszłości. Wychodził z założenia, że jeśli mu się poszczęści i zdoła skutecznie zaleźć prokuratorowi za skórę, zastrzelą go albo chociaż zatłuką jak psa. Było to jednak mało prawdopodobne. Sowieci lubili mieć porządek w papierach. Kierowali się zasadą, że lepiej aresztować stu niewinnych, niż pozwolić, by choć jeden winny pozostał na wolności. W przeciwieństwie do Niemców, którzy przesłuchiwali więźniów, by wydobyć z nich informacje, ruskim zależało na czymś innym. I wbrew pozorom nie liczyły się prawda ani fakty, lecz samo przyznanie się, bez względu na winę czy jej brak.

Któregoś dnia w celi pojawił się nowy aresztant – stary Żyd w śmierdzącym kożuchu, z którego wszy sypały się jak mak z dziurawego worka. Niecodzienne, jak na tę porę roku, odzienie stało się zarzewiem gwałtownej awantury. Kilku siedzących najbliżej krewkich ukraińskich mołojców zerwało się na równe nogi. Przeklinając i plując na przemian, obalili Żyda na podłogę i zasypali gradem kopniaków.

Żaden z więźniów nie wstawił się za nim. Nikt nie zaprotestował. W pełnej napięcia ciszy wszyscy wsłuchiwali się w odgłos ciosów, które ograbiały Żyda z resztek godności i nadziei.

– Zabiją go – szepnął ksiądz Janota, przyciskając do ust pobielałe dłonie. – Zamordują jak amen w pacierzu.

Teofil nawet nie drgnął.

– Tylko się z nim zabawiają – mruknął beznamiętnie, nie odrywając wzroku od przeciwnej strony celi. – Odreagowują napięcie.

Jakby na potwierdzenie jego słów wśród oprawców rozległy się wesołe okrzyki.

– Śliną go nie odkazisz, Wania!

– Dawaj, Żydka, Oleg!

– Raz-dwa-tri.

Dwóch trzymało go za ręce i nogi, trzeci zdzierał ubranie. Mężczyzna już się nie bronił. Z twarzą zwróconą w stronę ziemi przyjął na siebie strumień gorącego moczu.

– Teraz jesteś czysty, stary pryku – syknął żylasty blondyn, strzepując na twarz ofiary ostatnie kropelki. – Tylko się do nas zbliż, a następnym razem nasramy ci do gęby.

Porzucili go, jakby nie istniał. Wrócili między innych, na zmianę rechocząc i przeklinając.

– Dlaczego dobry Bóg pozwala na coś takiego? – szepnął siedzący po lewej stronie Teofila młody Leszek Sekuła. Blady jak papier, wyglądał, jakby miał za chwilę zemdleć.

– Nie bluźnij, bracie – zgromił go cicho ksiądz Janota. – Już samo twoje pytanie podważa dobroć Stwórcy.

– Przepraszam, ojcze.

– Nie mnie obraziłeś.

Teofil wsłuchał się w wymianę zdań między nowymi towarzyszami. Zaledwie kilka dni temu zadał Bogu to samo pytanie, lecz już nie nazywał Go „dobrym”. Bóg, który pozwala na niespodziewaną śmierć ukochanej osoby, nie zasługiwał w jego oczach na to miano.

Godziny później, gdy światło dnia przygasło i przez maleńkie wykusze okien zaglądały zorze wieczorne, Teofil zwrócił się do księdza Janoty:

– Dlaczego pytanie Sekuły było niewłaściwe?

– Bo nie szukał odpowiedzi.

– A co zrobił?

– Zanegował dobroć Boga.

Wiadomość o śmierci Klary pogłębiła stan, w którym Teofil tkwił od lat: podejrzliwą nieufność wobec Boga, ostrożność i dystans.

– Moja żona zginęła niedawno w niemieckim obozie. – Wykrztuszenie tych słów kosztowało go więcej wysiłku, niż się spodziewał.

Ksiądz Janota długo patrzył mu w oczy.

– Zatem uważasz, że dobry Bóg miał udział w jej śmierci?

Teofil spodziewał się tego pytania. Zbuntowana natura rwała się do odpowiedzi, ale rozsądek nakazywał ostrożność.

– Nie wiem.

Janota odszukał jego dłoń i lekko ją ścisnął.

– Gdybyś znał Boską naturę, nigdy nie zadałbyś podobnego pytania.

Teofil odwrócił wzrok.

– Jak mogę Go poznać?

Ksiądz powiódł zmęczonym spojrzeniem ponad głowami współwięźniów. Żydzi zaczynali odprawiać wieczorne modły. Wydobyli z ukrycia tefilin, dwa czarne pudełeczka ze skóry koszernego zwierzęcia, z zapisanymi ręcznie fragmentami Tory. Przywiązali je rzemieniem do czoła i lewego ramienia, a potem zaczęli recytować modlitwy.

– Rozumiesz, o co się modlą?

Teofil przypomniał sobie wieczór spędzony w domu Jakuba Rywkina.

– Nie wszystko.

– Recytują fragmenty Biblii. Wyznają wiarę w jednego Boga, w nagrodę i karę, w objawienie Boże wyrażone w Torze.

Teofil wzdrygnął się, jakby poczuł ugryzienie wszy.

– Po co mi ksiądz o tym mówi?

Albin Janota spojrzał na niego zdumiony tą ostrą reakcją.

– Sądziłem, że pytasz, jak poznać Boga.

Teofil nie odpowiedział od razu.

– Co Żydzi mają z tym wspólnego?

– Więcej, niż przypuszczasz – odparł kapłan z cieniem smutku w głosie. – Ich Bóg niewiele dziś różni się od złotego cielca, którego odlali u stóp Synaju.

Teofil słuchał, choć nie pojmował wszystkiego. Podziwiał tych ludzi, którzy – mimo upodlenia – trzy razy dziennie klękali do modlitwy. Sam od dłuższego czasu nie mógł się do tego zmusić. Dla niego Bóg na powrót stał się odległy jak kosmiczna mgławica.

Szma Jisrael, Adonaj Eloheinu, Adonaj Echad.

Baruch szem kewod malchuto le’olam wa’ed.

We’ahawta et Adonaj Eloheicha bechol lewawecha, uwechol nafszcha, uwechol me’odecha.

Wehaju hadwarim ha’ele aszer anochi mecawecha hajom al lewawecha.

Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest jeden.

Błogosławione imię chwały Jego królestwa na wieki wieków.

Będziesz miłował Pana, Boga twego, całym swoim sercem, całą swoją duszą i całą swoją mocą.

Niech te słowa, które ci dzisiaj nakazuję, będą w twoim sercu**.

W drugim kącie celi paru prawosławnych zawodziło rzewną pieśń. Inni odmawiali na głos Pod Twoją obronę. Jeszcze inni różaniec. Rytmiczne słowa pacierza splatały się z kolejną melodią, którą półgłosem nucili więźniowie stłoczeni przy drzwiach.

Czy toń spokojna, czy huczą fale,

gdy Ty Twe dzieci w Swej opiece masz,

wznosimy modły dziś ku Twej chwale,

bo Tyś nam tarczą, Boże Ojcze nasz.

Ostatnie skry dnia dogasały powoli, jak rozżarzone węgle w popielniku, ustępując miejsca nadciągającej ciemności. Na krótką chwilę Teofil wrócił myślami do rodzinnego domu w Brzozowie na dalekim Górnym Śląsku. Przywołał obraz rodziców, braci i starzików zgromadzonych przy kuchennym stole. Wspomnienie, nagłe i ostre, ścisnęło go w gardle, aż łzy napłynęły do oczu.

Obaj jego bracia odeszli dawno temu, starki Zofii i kochanego starzika Fridka nie było już wśród żywych. Czas i historia uszczupliły rodzinę Kłosków jak sierp żniwiarza. Ostatnim ściętym kłosem była Klara. Jej przedwczesna śmierć złamała Teofila, utrącając mu skrzydła i zabierając wolę przetrwania.

Pocąc się w dusznej ciasnocie celi, walczył o oddech jak ryba wyrzucona na brzeg. Oczekiwał nadejścia nocy, która miała być gorsza od wszystkich poprzednich godzin ślimaczących się w nieznośnym napięciu i wyczekiwaniu na kroki dozorcy. Gdy w końcu zabrzmiał jego głos, Teofil ocknął się, jakby ktoś przeciął niewidzialną granicę między snem a jawą.

– Wasze otczestwo.

– Teofil Kłosek.

– Ilu braci?

– Dwóch.

– Ile sióstr?

– Nie mam sióstr.

– Do jakich organizacji należał przed wojną?

– Wszystko już powiedziałem…

– Czy zasłużony?

Nie wiedział, czy zasłużony, ale na pewno odznaczony. Gwiazda Górnośląska, Krzyż Zasługi, Medal Niepodległości i… Nie, nie! Nie teraz! Usiłował wydobyć z pamięci nazwę odznaki, lecz jego myśli wpadły w błędne koło strachu. Jeśli przekręci jedno słowo, prokurator rzuci się na niego jak pies, wyłapie błąd, podważy jego wiarygodność. Władza nigdy się nie myli. Jeśli uznają go za kłamcę, to znaczy, że nim jest.

– Proszę mi dać czas… Wszystko wam powiem.

– Dlaczego nie zgłosiliście się do poboru we Lwowie?

– Co? Nie musiałem. Nie jestem obywatelem lwowskim, tylko Ślązakiem.

– Skoro tak, to co robiliście we Lwowie?

– Przebywałem tu tymczasowo.

– To znaczy, że nielegalnie przekroczyliście granicę! – krzyknął prokurator, maskując triumf w głosie.

Teofil wyprostował się na twardym stołku.

– Jak to? – Udał zdumienie. – Z tego, co mi wiadomo, Lwów leży na polskiej ziemi. To raczej pan przekroczył granicę Polski.

Śledowaty poderwał się jak rażony prądem. Krzesło z impetem uderzyło o nagą posadzkę.

– Co on powiedział?! – zwrócił się do milicjanta stojącego w kącie.

Kiedy ten przetłumaczył odpowiedź Teofila, oficer skoczył na niego, wymachując przed twarzą lufą naganta.

– Polsze już niet tu! – ryknął. – Ty poniał?!

Głos prokuratora obudził w Teofilu dreszcz buntu, który natychmiast przeobraził się w pragnienie samobójczej konfrontacji.

– Nie rozumiem. Przyjechałem do Lwowa, żeby bronić polskiego miasta przed Germańcami.

– Zakroj swoj rot! Polsze już niet tu! Tu Rosja, rozumiesz? A tam Germańce, nasi sprzymierzeńcy!

Z całej siły kopnął w taboret. Teofil runął na podłogę. Nie uniósł wzroku. Nie chciał prowokować oprawcy do uzasadnionego użycia broni.

Wściekłość prokuratora była jak uderzenie bicza; nie tyle zadawała ból, co budziła pierwotną, nieposkromioną wolę przetrwania.

Nie przestawał o tym rozmyślać nawet w karcerze, dokąd wysłano go, aby skruszał. Dwie doby w piwnicy, po kostki w lodowatej wodzie, pośród szczurów i wyziewów rozkładu. Stał, dopóki miał siłę. Potem usiadł w kucki, zmuszony zanurzyć się w czarnej, mętnej brei. I nawet wtedy nie przestawał się zastanawiać.

Już nie chciał umrzeć, choć śmierć wydawała się wybawieniem od tortur. Już jej nie pragnął, mimo iż nie wyobrażał sobie życia bez Klary. Tkwił w ciemnościach, samotny, ale pozbawiony lęku. Nie potrafił rozstrzygnąć, czy było to więzienne otępienie, czy może szaleństwo. Ważne, że czuł spokój.

Brutalny okrzyk śledczego: „Zdechniesz w łagrach!”, choć brzmiał jak wyrok wieloletniej odsiadki, wystarczył, by marazm powolnego dogorywania ustąpił miejsca gwałtownej niezgodzie domagającej się zdecydowanej reakcji.

Zachowanie Teofila nie miało patriotycznego podłoża. Nie było sprzeciwem wobec sowieckiej uzurpacji Lwowa. To jedno zdanie uświadomiło mu, że każda ideologia jest w istocie konfliktem osobowości sprowadzającym się do potrzeby prymitywnej dominacji. Prokurator nie był dla niego przedstawicielem wrogiej armii. Nie był nawet najeźdźcą. Był zwykłym opryszkiem, który cieszył się przewagą, jaką dawała mu broń.

Teofil nie miał w sobie krztyny determinacji, by walczyć z systemem. Ale nie byłby sobą, gdyby puścił płazem chamstwo bolszewickiego gryzipiórka. Gniew tlący się w sercu pozwolił mu przetrwać trzy dni w karcerze. Wrócił ledwo żywy, ale z odmiennym nastawieniem – tak wyraźnym, że dostrzegli je współwięźniowie.

– Myśleliśmy, że już po panu – szepnął Sekuła, ustępując Teofilowi miejsca pod ścianą. – Co się z panem działo?

Teofil, mimo ciężkich powiek, otworzył oczy i ułożył usta w czymś na kształt słabego uśmiechu.

– Sowieci dali mi przedsmak tego, co nas wkrótce czeka.

– O czym pan mówi?

Teofil zauważył, że więźniowie siedzący najbliżej pilnie nadstawiają ucha. Obrócił pytanie Sekuły w żart.

– Skarżyłem się na upał panujący w celi, więc wyszli naprzeciw moim oczekiwaniom i pozwolili mi się schłodzić.

– Myśleliśmy, że już pan nie wróci – powtórzył zakonnik, w którego spojrzeniu ulga mieszała się z trwogą.

– Ja zawsze wracam, ojczulku.

– Bracie – poprawił go. – Nie otrzymałem jeszcze święceń kapłańskich.

Teofil uniósł głowę i rozejrzał się po otoczeniu.

– À propos… Gdzie się podział ksiądz Janota?

– Wywołali go niedługo po panu – wyjaśnił Adam Breguła. – Jeszcze nie wrócił.

– Może go przenieśli? – zasugerował Teofil, widząc twarz Sekuły, w której malowała się bliska płaczu rozpacz. – Albo go zwolnili.

– Myśli pan, że Sowietów byłoby stać na taką wielkoduszność?

– Dlaczego nie? W końcu więzienia są od tego, aby z nich wychodzić.

– Gówno prawda! – szczeknął zarośnięty jak zbój mężczyzna o ciemnej karnacji, którego brud wielu dni upodobnił do górnika po szychcie.

Teofil uniósł się na łokciu i posłał sceptykowi wyzywające spojrzenie.

– Co „gówno prawda”? – warknął. – Zarzucasz mi kłamstwo czy po prostu ulewa ci się za każdym razem, gdy otwierasz swoją niemytą gębę?

Mężczyzna zerwał się na nogi jak marionetka pociągnięta za sznurki. Teofil poszedł jego śladem, choć z o wiele większym trudem, bliski utraty przytomności.

W celi zrobił się szum.

Bójki były na porządku dziennym, ale konfrontacja ponurego Ślązaka, którego polskie klechy trzymały się jak rzep psiego ogona, z mężczyzną o wyglądzie ulicznego zakapiora zapowiadała się na nie lada widowisko.

– Powtórz, co powiedziałeś, jebany hanysie, a wyniosą cię stąd nogami do przodu.

– Panie Kłosek… – Teofil poczuł, jak czyjeś ręce usiłują posadzić go na miejscu. – Co pan wyprawia? Życie panu niemiłe?

Nowe uczucie, które nawiedziło go w pokoju przesłuchań, rozgorzało w nim ze zdwojoną siłą. Serce tłukło się pod skórą jak bęben wzywający do boju, w uszach szumiało, a dłonie powoli składały się w pięści.

– Odwróćcie wzrok, braciszkowie – mruknął – jeśli miałoby to zburzyć pokój waszego ducha.

– Jezusie Nazareński… – jęknął młody Sekuła, widząc, na co się zanosi. – Tylko tego jeszcze brakowało.

Teofil nie był głupcem. Miał wystarczająco dużo pokory, aby uznać przewagę przeciwnika. Starszy i niższy o co najmniej pół głowy, wycieńczony pobytem w karcerze, bez grama jedzenia, nie miał złudzeń co do wyniku starcia.

Brał pod uwagę, że dostanie tęgie baty. Wiedział, że nie było to rozsądne w sytuacji, gdy kondycja ciała warunkowała szanse na przeżycie. Ale bardziej niż porażki bał się utraty ognia, który tlił się w nim czwartą dobę. Musiał się przekonać, czy to uczucie było prawdziwe. Jeśli miał żyć mimo braku powodów do życia, musiał mieć pewność, że gniew był realny, bo jedynie gniew mógł być paliwem do dalszego działania.

Ludzie ustępowali mu miejsca, gdy powoli zmierzał w stronę przeciwnika. Trzymał wzrok nisko, żeby nie zdradzić za wiele. Nie miał czasu na ustalanie strategii. Wiedział tylko, że nie może pozwolić sobie na klasyczne mordobicie – był na to zbyt słaby. Jeśli przeciwnik postanowi trzymać go na dystans, szybko go zmęczy i równie szybko zakończy pojedynek. Jeśli Teofil chciał utrzymać się na nogach, musiał pójść po rozum do głowy i wykorzystać jedyną dostępną metodę.

Czas bywa względny. Inaczej płynie w więziennej celi, gdy przeciwników dzielą metry, inaczej w wyobraźni pozwalającej wydobyć z pamięci wydarzenia, które rozegrały się w odległej przeszłości. Jakby raz przeżyte, otwierały człowiekowi nieograniczony dostęp do dowolnych punktów zapisanych na osi wydarzeń bez oglądania się na chronologię.

Jedno takie zajście, które Teofil przywołał z pamięci, wydarzyło się tuż pod czeską granicą, w latach gdy dopiero co przeprowadził się do Miasteczka i stopniowo odnajdywał w jego realiach.

Miał wokół siebie zaledwie garstkę nowo poznanych osób, które dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Jednym z nich był komendant miejscowej policji, Izydor Kania, wiecznie naburmuszony gliniarz o wyglądzie bociana brodzącego wśród łąk w poszukiwaniu żab. Drugim – właściciel największej mordowni w Miasteczku, Benedykt Chudek, którego Kania, w rzadkich momentach, gdy miał za dużo w czubie, z niezrozumiałych dla Teofila powodów nazywał Hansem.

Chudek, którego Teofil nieodmiennie zwał Benkiem, od czasu do czasu wyprawiał się po towar, którym zjednywał sobie bywalców Anulki. Jako że Teofil na początku lat trzydziestych nie śmierdział groszem (prawdę mówiąc, nie śmierdział nim ani wcześniej, ani później, jak przystało na ludzi idei), często towarzyszył Benkowi w jego wyprawach kupieckich w charakterze eskorty.

O tym, że Benek Chudek wcale nie potrzebuje obstawy, przekonał się w lesie niedaleko granicy z Czechami, gdy wracali do Miasteczka leciwym Fordem Packardem (zdaniem Benka należącym niegdyś do jednego z bandziorów trzęsących półświatkiem Miasteczka). Wyładowani pod dach towarem pierwszego sortu, zostali niespodziewanie zatrzymani przez chłopską furmankę tarasującą drogę.

Poczciwy restaurator w mig zorientował się, w czym rzecz. Wyjął spod kanapy spluwę i położył ją Teofilowi na kolanach.

– Nie wychodź z auta. Miej baczenie na okolicę. Reaguj dopiero, gdyby coś poszło nie tak.

Zbliżając się do zarośniętego mężczyzny, Teofil postanowił w miarę dokładnie odtworzyć sekwencję ruchów Benka Chudka, który dziesięć lat temu wyszedł naprzeciw trójki dryblasów ostrzących sobie zęby na łatwy zarobek.

Szedł, ledwo powłócząc nogami. Nie musiał specjalnie wkładać w to talentu aktorskiego. Trzymał tempo, tak samo jak Benek, który zmierzał w stronę chuliganów z naiwnością ułomnego dziecka.

W celi zrobiło się cicho jak w grobie. Ustały rozmowy, a częstotliwość oddechów zmalała do koniecznego minimum.

Teofil podniósł głowę, gdy od przeciwnika dzielił go niecały metr. Rozszerzone źrenice mężczyzny zdradziły jego zaskoczenie widokiem twarzy Ślązaka, który ostatnich kilkadziesiąt godzin spędził w piwnicy zalanej wodą. Coś w rodzaju współczucia pojawiło się w jego spojrzeniu – ten sam wyraz skonfundowania, jaki ogarnął grasantów spod czeskiej granicy, ograbił z cennych milisekund przewagi i przesądził o wyniku starcia.

Kłosek, który dotąd akcentował krok na lewą nogę, bez uprzedzenia przeniósł impet na prawą stronę ciała. Jednocześnie wykonał gwałtowny skręt tułowia, który pozwolił mu wyprowadzić ramię zgięte w łokciu i uderzyć nim przeciwnika prosto w szczękę.

Starcie zakończyło się, zanim tak naprawdę się zaczęło. Brodacz runął na wznak bez czucia.

Wśród więźniów przetoczył się gwałtowny pomruk, po którym zapadła głucha cisza. Czegoś takiego jeszcze tu nie oglądano. Więzienne bójki zaczynały się zwykle na jeden z dwóch sposobów: albo poprzedzał je ceremoniał wyzwisk, albo nagły wybuch przemocy. Widowisko, którego byli przed chwilą świadkami, przypominało kowbojski pojedynek, po którym zwycięzca zachował pion, a przegrany ułożył się w upokarzającym poziomie.

Teofil nic o nim nie wiedział. Mężczyzna mignął mu w przelocie raz czy dwa, ale nie było w nim niczego, czym warto zaprzątać sobie uwagę, aż do chwili gdy zakwestionował prawdomówność Kłoska. W tym momencie przestał być anonimowym więźniem o ciemnej karnacji, a stał się figurą sowieckiego śledczego, skupiając na sobie całą wściekłość Teofila, która domagała się natychmiastowego i skutecznego ujścia.

Wrócił na swoje miejsce i bezrefleksyjnie zaczął tępić pluskwy, których roiło się wszędzie, gdzie spojrzeć. Ściskał je w palcach dla samej przyjemności płynącej z odgłosu ich pękania. Miażdżył je, a następnie wcierał w chropowatą ścianę, rdzawą od owadziej krwi. Serce powoli wytracało swój pęd, jakby proces metodycznej anihilacji robactwa pozwalał ukoić zszargane nerwy.

Oddawał się temu zajęciu w zapamiętaniu kwadrans lub dłużej, nie podnosząc wzroku, ustawiwszy wokół siebie parawan milczenia w reakcji na szmer rozmów podejmowanych na nowo między więźniami. W tym stanie doczekał obiadu – talerza lichej zupy z podrobami. Pochłonął ją w mgnieniu oka z żarłocznością, która wprawiła go w zawstydzenie.

Znajomy wewnętrzny głos wyrzucał mu gwałtowną woltę w zachowaniu, która wydobyła to, co tkwiło w nim od zawsze – naturę ordynusa. Słuchał tych biadań tak, jak słucha się zgaszonego radia. Siedział w kucki i wbijał wzrok w betonową podłogę, starając się nie myśleć o niczym konkretnym, co w jego przypadku okazywało się nie takie łatwe.

Nie była to jego pierwsza odsiadka, dlatego nie tracił nadziei. Z poprzedniej wyciągnął ważną naukę: więzienia są po to, żeby z nich wychodzić. Nie do wszystkich to trafiało, ale Teofil nie zamierzał się tym przejmować. Przyrzekł sobie, że i tym razem wróci z więzienia.

Żywy.

Racjonalna część jego umysłu niemal natychmiast zanegowała zasadność tego przyrzeczenia, dowodząc, że życie bez Klary pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. Z pewnością było w tym stwierdzeniu sporo racji, których Teofil nie zamierzał podważać, ale postanowił, jak na razie, odłożyć w czasie roztrząsanie owego dylematu i żyć na przekór okolicznościom.

Ksiądz Janota nie wrócił tego dnia do celi. Za każdym razem, gdy drzwi otwierały się ze zgrzytem, oczy Teofila i dwóch młodych mnichów daremnie wypatrywały sylwetki starego duchownego.

– Może naprawdę go zwolnili? – Trudno było powiedzieć, czy przez Sekułę przemawiała autentyczna wiara, czy bezbrzeżna naiwność.

– Dałby Bóg. – Adam Breguła był rozsądnie powściągliwy w swoim komentarzu. – Możemy się o to jedynie modlić.

Teofil postanowił tego nie robić. Jeszcze nie potrafił uzasadnić swojej decyzji, ale za radą księdza Janoty zdecydował się odejść od wcześniejszych praktyk i szukać Boga tak, jak w dzieciństwie poszukiwał zaginionej Klary – z zawziętą desperacją.

Noc minęła bez większych przygód. Breguła został wezwany na przesłuchanie. Wrócił po godzinie z rozkwaszonym nosem, ale w niespodziewanie dobrym nastroju.

– Zarzucili mi udział w wojnie w dwudziestym roku – powiedział śmiesznie zniekształconym głosem. – Dacie wiarę?

Sekuła wyglądał na wstrząśniętego.

– Powiedziałeś im, że nie było cię wtedy jeszcze na świecie?

Breguła wskazał na swój nos.

– Kiedy władza zarzuca ci coś, czego ty uważasz, że nie zrobiłeś, to tak, jakbyś zarzucał władzy kłamstwo.

Odpowiedź Breguły utwierdziła Teofila w przekonaniu, że chłopak był dokładnie tym, za kogo go miał.

– Ale co im odpowiedziałeś? – dociekał Sekuła.

– Przyznałem się.

– Ale dlaczego, Adam?

– Kiedy wezmą cię na spytki, radzę ci zrobić to samo, żebyś nie skończył z czymś gorszym niż rozbity nos.

Leszek Sekuła przycisnął obie pięści do czoła.

– Przecież to bez sensu.

– Zagrozili, że nos to dopiero początek i że jeśli się nie przyznam, powybijają mi wszystkie zęby. A gdyby i to nie poskutkowało, wsadzą mnie do karceru na całą noc. – Breguła mówił spokojnie, jakby opowiadał o czymś zupełnie zwyczajnym. – Oczywiście mógłbym po tym nadal obstawać przy swoim, ale wówczas, jak mnie zapewnili, wezmą się za naszych współbraci z klasztoru.

– Matko Boska…

– Dali mi prosty wybór, Leszek. Jeśli się przyznam, wezmą pod uwagę moją wolę współpracy. Jeśli zacznę się stawiać, użyją swoich metod, którymi wydobędą ze mnie wszystko, czego będą chcieli.

Perfidia władz wobec więźniów zasługiwała na podziw. Choć przesłuchania miały formalny przebieg i pozory legalności, były całkowicie pozbawione przewidywalności.

Gdy przesłuchano już wszystkich więźniów, których nazwiska zaczynały się na literę „K”, dozorca wchodził do celi i donośnym głosem wykrzykiwał:

– Kto na literę „D”?

W tym momencie ci, którzy spodziewali się, że teraz przyjdzie ich kolej, wcale nie oddychali z ulgą. Wręcz przeciwnie. Popadali w jeszcze gorszy stan nerwowego napięcia. Z kolei ci, którzy łudzili się, że jeszcze nie ich pora, wpadali w popłoch odbierający im zdolność do trzeźwej oceny sytuacji. Strach zaś sprawiał, że podczas przesłuchania pletli trzy po trzy, szkodząc sobie i innym.

Sowieci byli mistrzami manipulacji. Stosowali starą jak świat zasadę, według której pełne napięcia oczekiwanie na nadejście bólu było częstokroć o wiele gorsze od samego bólu. Więźniowie, którzy trafiali na przesłuchanie w stanie śmiertelnego przerażenia, z marszu podpisywali sfabrykowane zeznania obciążające osoby będące w kręgu szczególnego zainteresowania władz.

– Nie wiem, jak się zachowam, kiedy zarzucą mi nieprawdę – wyjąkał Sekuła, który razem z pozostałymi więźniami na literę „S” nadal czekał na swoją kolejkę do przesłuchania.

– Zależy, czy chcesz zaryzykować ból rozbitego nosa, uderzenia pałką w pięty, ciosów w nerki czy czego tam jeszcze nie wymyślą – odparł Teofil z kamiennym wyrazem twarzy.

– Niech pan przestanie, bo zaraz zwymiotuję.

– Radzę ci przestać myśleć o tym, co cię czeka, bo i tak będzie inaczej, niż zakładasz, braciszku. Zamiast zadręczać się domysłami, co dla ciebie szykują, lepiej poświęć ten czas na coś pożytecznego.

– To znaczy?

– Poucz mnie łaciny.

Mimo młodego wieku Leszek Sekuła był niemal całkiem łysy, więc kiedy uniósł brwi w wyrazie niebotycznego zdumienia, wyglądało to tak, jakby podciągnął je do połowy czoła.

– Łaciny? Pana?

– Czego nie rozumiesz? Łaciny czy mojej prośby?

– Przepraszam… Ale po co panu uczyć się łaciny?

– Scientia vincere tenebras***.

– Mój Boże – wyszeptał młody zakonnik, przykładając dłoń do ust. – Kim pan jest?

– Więźniem, który liznął trochę języków. – Teofil błysnął białkami oczu. – Masz okazję poczuć się jak ksiądz Faria.

– Kto taki?

– Nie czytałeś Hrabiego Monte Christo?

– Przykro mi.

– To mnie jest przykro, że trafił mi się nieoczytany profesor.

– Facile est miserum irridere**** – mruknął Sekuła.

– Masz słuszność – rzucił Teofil, któremu dogryzanie wrażliwemu jak dziewczę braciszkowi zaczęło sprawiać nagłą przyjemność. – W takim razie zawrzyjmy układ. Najpierw poćwiczysz ze mną łacinę, a ja w ramach wdzięczności opowiem ci historię Edmunda Dantesa.

– Zgoda. Od czego zaczniemy?

– Ab ovo*****.

Sekuła trafił na przesłuchanie dwie noce później. Trzymali go długo – sześć godzin, jeśli nie więcej. Teofil i Breguła nie mogli zmrużyć oka, nękani ponurymi myślami o losie młodego współwięźnia.

Kiedy w końcu wrócił, poczuli taką ulgę, jakby sami uciekli spod kosy. Zasypali chłopaka mnóstwem pytań, ale Sekuła tylko kręcił głową i uparcie powtarzał, że nie chce do tego wracać.

– Torturowali cię? – dociekał Teofil.

– Nic takiego nie miało miejsca.

Z tym oczywiście mogło być różnie, ale poza oznakami silnego wzburzenia nic nie wskazywało na to, aby chłopak poniósł widoczny uszczerbek na ciele. Jedyną zauważalną zmianą w jego zachowaniu była skrajna apatia. Od powrotu z kancelarii zamknął się w sobie i całkiem przestał odzywać. Posiłki spożywał w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w ścianę poznaczoną rdzawymi smugami zakrzepłej krwi.

Kiedy przesłuchania dobiegły końca, władze zarządziły rewizję. Ograbiono więźniów ze wszystkiego, co udało się przy nich znaleźć. Zabrano noże i koziki, zapalniczki, igły, agrafki, a nawet paski, szelki i sznurówki, ale jako że ludzka pomysłowość nie zna granic, pomimo usilnych starań sowieckim żołnierzom nie udało się ogołocić więźniów do cna.

Teofil nie miał przy sobie niczego cennego oprócz zegarka podarowanego mu przez Benka Chudka, który zdołał ukryć w szczelinie po wydłubanej zaprawie. Naręczny czasomierz wojskowy z fosforyzującymi wskazówkami był cennym nabytkiem, którego należało strzec najdłużej, jak tylko się dało.

Chatranki odbywały się co parę dni. Ostatnią zarządzono tuż przed wyjazdem do łagru. W środku nocy wypędzono więźniów na korytarz i ustawiono w dwóch szeregach. Rozkaz był jasny: rozebrać się do naga, złożyć rzeczy na boku i pojedynczo podchodzić do kontroli.

Teofil, gdy przyszła jego kolej, wystąpił do przodu ze wzrokiem potulnie wbitym w ziemię. Nie chciał zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi. Sowieci byli straszliwie przeczuleni na pogardę, jaką często wyczytywali w oczach Polaków.

Jeden z rewidujących kazał mu zrobić kilka głębokich przysiadów, uważnie obserwując, czy w ich trakcie więźniowi nie wypadnie coś z tyłka. Następnie polecił Teofilowi otworzyć szeroko usta i rozszerzyć palce.

W tym samym czasie drugi z rewidujących pastwił się nad jego ubraniem. Pruł podszewki, wywracał kieszenie na drugą stronę, powoli i metodycznie przeszukiwał łach po łachu, wykrzywiając gębę w uśmieszku, jaki zwykle cechował oprawców znęcających się nad niewinnymi istotami.

Po wszystkim kazano więźniowi ubrać się i wrócić do szeregu.

* Rudy – wieś w Polsce, na Górnym Śląsku, w województwie śląskim, w powiecie raciborskim, w gminie Kuźnia Raciborska.

** Modlitwa Szema Jisrael jest jedną z najważniejszych modlitw w judaizmie, odmawianą codziennie rano (szacharit) i wieczorem (maariw). Składa się z trzech fragmentów biblijnych: Pwt 6,4–9, Pwt 11,13–21 oraz Lb 15,37–41, które razem tworzą pełną liturgiczną wersję Szema.

***Scientia vincere tenebras (łac.) – Wiedzą pokonywać ciemności.

****Facile est miserum irridere (łac.) – Łatwo jest śmiać się z biednego.

*****Ab ovo (łac.) – Od jaja, czyli od samego początku.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Cytaty

Rozdział I

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja