Opis

35-letniego Adama, nauczyciela historii, coraz częściej męczą tajemnicze sny i urywki dziwnych wspomnień. Realny świat wokół niego zaczyna niebezpiecznie mieszać się z fikcją, a on sam powoli zatraca się w szaleństwie. Jego przyjaciel od najmłodszych lat, Marcin, chciałby mu jakoś pomóc. Wkrótce jednak jest na to za późno – Adam ginie w wypadku samochodowym. Na domiar złego Marcin nie pamięta niczego z poprzedniej doby, a pewien nieznajomy radzi mu natychmiast uciekać...
Mężczyzna postanawia, że musi za wszelką cenę dowiedzieć się, co tak naprawdę spotkało jego przyjaciela. To, co odkryje, stanie się dla niego początkiem wyprawy do świata, który nie ma prawa istnieć, a odpowiedzi na zadawane przez niego pytania wcale nie przyniosą mu upragnionego spokoju...

Dla niego wszystko miało znaczenie, każdy skutek ma swoją przyczynę, każda akcja wywołuje reakcję, nie ma rzeczy, które nie mają sensu. Adam doskonale to wiedział i zdawał sobie sprawę, że ma to związek z jego przerażającym odkryciem. Odkryciem, które wywróciło do góry nogami jego uporządkowany świat i które niszczyło go od środka. Zburzyło poczucie bezpieczeństwa, zrujnowało psychikę i pozbawiło sensu jego dotychczasowe życie.

Radosław Kowalski. Urodził się w 1983 roku w Ciechanowie. Znany jest pod pseudonimem Lopez. Jako nastolatek tworzył komiksy, wiersze, fraszki oraz rozpoczął pisanie książki. Wracając do korzeni, chce robić to, co może i umie, czyli pisać.
Szczęśliwy mąż i ojciec. Wielki wpływ na niego wywarła twórczość Kinga oraz obrazy Lyncha i Scorsese. Spokój duszy odnajduje w klasycznych rockowych rytmach, a strawą dla jego umysłu jest studiowanie historii i różnych teorii z pogranicza nauki. Nie pogardza również dobrym meczem piłkarskim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1. MILICJA, „ŚWIERSZCZYKI” I YETI

– Poznajcie Anię. To wasza nowa koleżanka.

W klasie rozległ się zachrypnięty głos nauczycielki, który zawsze napawał Adama lękiem. Podstarzała belferka, z nosem ogromnym jak skocznia narciarska i w paskudnym tureckim swetrze, charczała i pluła przed siebie przy każdym wypowiadanym słowie. Nazywali ją Yeti. Nikt nie chciał być odpytywany przy tablicy, żeby nie wrócić do ławki ze śliną na twarzy. Jakby tego było mało, uczyła najbardziej znienawidzonego przedmiotu – matematyki.

Po jej słowach w klasie zawrzało. Obok nauczycielskiego babsztyla stało bowiem prawdziwe zjawisko. Adam w tamtym momencie doskonale zrozumiał pojęcie kontrastu. Wtedy poczuł szturchnięcie w bok.

– Ty, zobacz te oczy… – szepnął Marcin, niewysoki i krępy kolega z ławki, którego włosy były czarne jak węgiel.

Adam zerknął na dziewczynę z zaciekawieniem. Z nieśmiałością błądziła wzrokiem po pomieszczeniu, aż w końcu zupełnym przypadkiem ich spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę. Wtedy to zobaczył. Marcin miał rację. Jej tęczówki były mlecznoszare, tak jasne, że niemal nie było ich widać. Rozdziawił usta w geście zdziwienia.

Ania uśmiechnęła się delikatnie. Adam, nieco wystraszony, opuścił wzrok.

– Ma te walory, nie? – Marcin trącił go barkiem, a jego sympatyczna twarz była jeszcze bardziej rozpromieniona niż zwykle.

– Nigdy nie widziałem takiego koloru…

Kolega zmarszczył brwi.

– Koloru? A jaki kolor mogą mieć cycki?

Adam zaniemówił na chwilę. Gdy już zrozumiał znaczenie słowa „oczy” w języku swojego przyjaciela, znacząco stuknął palcem w czoło.

Rzeczywiście, Ania wyglądała bardzo dojrzale jak na swoje piętnaście lat. Duże piersi, smukła talia i wydatne biodra fizycznie czyniły z niej w pełni kobietę. Twarz jednak zdradzała rzeczywisty wiek. Jej rysy były bardzo delikatne i dziewczęce. Niewinnego uroku dodawał spleciony z blond włosów warkocz, zarzucony na jedno ramię, jak u prawdziwej Słowianki.

Zapewne niejednemu z młodocianych wyrostków, mających się za playboyów, przyszły do głowy myśli, którym do niewinności było daleko. Rozległy się pojedyncze gwizdy, które miały wyrażać uznanie dla urody nowej koleżanki.

– Cisza! Co się mówi? – Yeti stanowczo przerwała zamieszanie.

Uczniowie z pierwszych ławek z obrzydzeniem przetarli twarze.

– Dzień do-bry A-niu! – zabrzmiało chórem.

– Dzień dobry…

Cóż to był za głos!, zdumiał się Adam. Delikatny, melodyjny, brzmiący jak najlepsza muzyka, idealna harmonia drgań każdej głoski i sylaby. Jeszcze nigdy żaden dźwięk nie pieścił tak uszu chłopaka.

Z zamyślenia wyrwało go kolejne szturchnięcie.

– Coś tak się zapatrzył?

– Nic, zamyśliłem się. – Próbował zbyć Marcina.

– Ściemniasz, podoba ci się…

– Kto?

– Nie udawaj głupiego. – Przyjaciel nie dawał za wygraną.

– Weeeź, Marcin… – Adam unikał jego wzroku, jak mógł.

– Cisza! Zachowujcie się! – ryknęła po raz kolejny nauczycielka. – Aniu, usiądź proszę. O tam jest wolne krzesło. – Wskazała.

Dziewczyna lekkim, zwiewnym wręcz krokiem podążyła we wskazane miejsce. Adam obserwował ją ukradkiem. Zdawało mu się, że nowa koleżanka nie idzie, a tańczy. Oczyma wyobraźni widział ją na łące, pośród kwiatów, w blasku wschodzącego słońca. Gdy przechodziła obok, jego serce zabiło mocniej.

Przez resztę lekcji nie potrafił się już skupić na czymkolwiek. Co chwila zerkał w stronę Ani. Miał nadzieję, że odwzajemni jego spojrzenie, ale za każdym razem, gdy już mu się wydawało, że to się stanie, uciekał wzrokiem. Nie był przesadnie nieśmiały, ale jakimś dziwnym trafem dziewczyna sprawiała, że cała jego odwaga szła w diabły. Zaczął się nawet zastanawiać, czy aby nie jest chory. Szybsze bicie serca i przedziwne uczucie w brzuchu nie dawały mu spokoju. Jego ciałem targały emocje, jakich nigdy wcześniej nie doświadczył. Było to dla niego zagadką i wzbudzało pewien dreszczyk.

Dźwięk dzwonka oznajmił chwilę wytchnienia od natłoku przyjmowanej wiedzy. Ze wszystkich drzwi wylała się strumieniami na korytarz rozkrzyczana masa „przyszłości narodu”, czyli uczniowie ościsłowskiej podstawówki – rozwrzeszczana i w znacznej większości wesoła grupa wyrostków przemieszana z pędrakami. Najmłodsi z nich prawdopodobnie dopiero odstawili kaszkę w butelce ze smoczkiem. Najstarsi porównywali już długości pierwszych wyrośniętych włosów pod nosem lub, co gorsza, sporo niżej.

Na tle tego różnobarwnego stada Adam i Marcin zdawali się ostoją przeciętności. Nie wyróżniali się ubiorem. Nie można ich było zaliczyć do jakiejś określonej grupy czy subkultury. Nie byli lamusami, żaden z nich także nie przejawiał jakichś wybitnych zdolności przywódczych. Wyróżniało ich tylko jedno – zawsze trzymali się razem. W zasadzie to nie pamiętali, żeby kiedykolwiek było inaczej, w końcu mieszkali po sąsiedzku, od kiedy tylko sięgali pamięcią.

Pstrokate, różnobarwne stado młodzieży zupełnie nie pasowało do ponurych, odrapanych ścian tego miejsca. Stary budynek szkoły podstawowej w Ościsłowie straszył jeszcze atmosferą głębokiego stalinizmu. Szerokie, monumentalne korytarze pokryte lamperiami pomalowanymi brzydką brązową farbą olejną bardziej przypominały mury więzienia. Tylko obecność młodego pokolenia świadczyła o innym wykorzystaniu tego miejsca.

Adam i Marcin czuli się tu jednak bardzo dobrze. Obaj bowiem nie znali innego świata niż szara rzeczywistość prowincji. Wychowani w Lipinach, niewielkiej wiosce odległej o dwadzieścia kilometrów od Ciechanowa, powiew wielkiego świata mogli poczuć tylko z telewizji. I to dzięki temu, że ich rodzice niedawno zamienili stare anteny na te nowsze, do odbioru telewizji naziemnej. Dzięki temu zamiast dwóch kanałów teraz mieli może siedem. Kontakt ze światem miała zapewniać główna arteria, czyli żwirowa droga ciągnąca się przez całą wieś. Nawet autobusy nie dojeżdżały jeszcze w to miejsce, więc sołtys zaprzągał specjalną przyczepę do swojego traktora i codziennie rano wiózł wszystkie dzieciaki do szkoły.

Młodzi sąsiedzi od zawsze trzymali się razem. Nic dziwnego, w końcu ich wieś liczyła ledwie kilkanaście domostw, a rozciągała się maksymalnie na trzy kilometry. Wszystkie budynki zlokalizowane były po południowej stronie drogi. Od północy ciągnął się nieprzerwanie iglasty las.

Codzienność chłopaków stanowiła szkoła, a po niej – haratanie w gałę na przydomowych łąkach. Najlepiej czuli się w swoim własnym towarzystwie. Sprawiali wrażenie podobnych do siebie, ale to Marcin był zawsze tym bardziej niepokornym. Można było go też określić jako lekkoducha. Adam zaś sprawiał wrażenie zdecydowanie bardziej poukładanego, a nawet lekko wycofanego.

– Ukradłem ojcu „świerszczyka”, idziesz do kibla obejrzeć? – Marcin mrugnął konspiracyjnie, pozostając w ławce, choć reszta klasy już dawno znalazła się na zewnątrz.

W każdym innym momencie odpowiedź Adama brzmiałaby twierdząco. Tym razem jednak za jego plecami, w klasie, została Ona.

– Idziesz czy nie?

– Nie wiem, nie chce mi się. Źle się czuję – mruknął niemrawo.

Marcin spojrzał na niego podejrzliwie.

– Nie bądź ciotą. Dawaj.

Adam otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zaczął nerwowo poruszać palcami po ławce. Wtedy, tuż przy nich, rozległ się głos nowej koleżanki.

– Cześć, chłopaki.

Marcin odskoczył wystraszony. Obok stała w pełnej krasie Ona. Adam patrzył w jej stronę z dużo większym zaangażowaniem niż wcześniej na zakazane obrazki w czasopismach kolegi, i dalej nie mógł wykrztusić ani słowa.

– Jestem tu nowa i jeszcze nikogo nie znam…

– Tak to bywa z nowymi – mruknął półgębkiem Marcin i uśmiechnął się sarkastycznie.

– Jestem Ania Kotys. – Zignorowała jego komentarz.

– To już wiemy. Ja jestem Marcin. Marcin Lipiński. A to jest Adam. Adam Mandela. – Marcin wyprostował się i niby poprawiając muszkę, przyjął pozę agenta Jej Królewskiej Mości. – Ale mów mi Lipa, a jemu Nelson. Skoro już się znamy, to może chcesz zobaczyć mojego „świerszczyka”…?

Usłyszawszy to, Adam momentalnie wstał i z lekkim zażenowaniem na twarzy stanął pomiędzy nimi, nieco zasłaniając kolegę.

– Marcin chciał powiedzieć, że… eee… hoduje owady. Świerszcze… – wydukał, widząc, że Ania nieco się zarumieniła.

– Wszystko jedno. Idziecie?

Adam odwrócił się w stronę przyjaciela i spojrzał na niego wymownie.

– Dobra, już nic nie gadam. – Marcin podniósł ręce w poddańczym geście.

– Jesteście zabawni. Już was lubię. – Ania uśmiechnęła się szeroko. – A tak poza tym jesteście do siebie bardzo podobni, jak bracia.

Spojrzeli po sobie z lekkim zdziwieniem. Nigdy się nad tym nie zastanawiali i raczej niczego takiego by nie stwierdzili, gdyż w ich oczach było wręcz przeciwnie. Adam był wysoki i chuderlawy, wręcz kościsty, a Marcin krępy i dość niski.

– Z twarzy jesteście jak dwie krople wody i macie takie same fryzury – kontynuowała. – Co lubicie robić?

– Bo ja wiem… Lubimy grać w gałę… Oglądać filmy… – odpowiedział Adam.

– Różne filmy… – Marcin puścił oko, za co już po chwili został ukarany szturchańcem w żebra.

– A ja lubię słuchać Kaliber 44. Znacie? Dostałam od taty kasetę. Mówi, że to psychodeliczny rap…

– Psychodeliczny?

– Tak się mówi, jak coś ryje beret, ale jest dobre. A tak w ogóle to chciałabym kiedyś zostać policjantką i łapać złodziei – rzuciła ni z gruszki, ni z pietruszki. Może u niej pod pozorami spokoju również kryło się zdenerwowanie? – Tata mówi, że bym się nadawała. A wy? Kim chcecie być?

Adam spojrzał na Marcina z błaganiem w oczach, ale nie otrzymał od kumpla pomocy.

– Nie wiem. – Westchnął po dłuższej chwili zastanowienia. – Nie myślałem o tym. Co będzie, to będzie.

– Ja tam chciałbym mieć dużo kasy i robić, co mi się żywnie podoba. – Marcin, w odróżnieniu od przyjaciela, miał chyba więcej czasu na refleksję nad przyszłością.

W tym momencie Ania podskoczyła, jakby się czegoś wystraszyła. Do klasy wrócił Konrad, szkolny rozrabiaka i największy klasowy podrywacz. Wielkie, umięśnione chłopisko, przed którym każdy czuł respekt.

– Hej, mała, jestem Kondzio – przedstawił się.

Marcin spuścił głowę. Z nim akurat nie chciał zadzierać.

– Fajna jesteś, wpadłaś mi w oko. Chodź ze mną.

Osiłek zaczął się prężyć przed dziewczyną i choć Marcin nie widział tego dokładnie, chyba nawet dotknął jej pośladka.

Ania odwróciła głowę, najwyraźniej czekając, aż natręt znudzi się i sobie pójdzie. Wtedy niespodziewanie Adam podszedł do delikwenta z zaciśniętymi pięściami, a jego zmarszczone brwi wskazywały, że żartów nie będzie. Marcin, widząc to, złapał go za rękę, chcąc powstrzymać. Przyjaciel wyrwał mu się w mgnieniu oka.

– Klepnąłeś ją w tyłek!? – wycedził z wściekłością.

Marcin patrzył na to z niedowierzaniem i strachem. Za chwilę Adam dostanie solidny wpierdol. To było nieuniknione.

– Coś ci się nie podoba? Chcesz w ryj? – Konrad podniósł rękę.

Nie wiedząc, co zrobić, Marcin desperacko stanął między chłopakami. Sekundę później na jego twarzy wylądował potężny cios. Zachwiał się i przewrócił na podłogę, przesuwając jedną z ławek.

Adam przełknął ślinę i z całej siły wyprowadził prawy prosty ku szczęce Konrada. Głowa chłopaka odskoczyła lekko, ale on sam nie cofnął się ani o krok. Złapał się tylko za nos, a gdy na swojej dłoni zobaczył krew, powoli odwrócił głowę w stronę Adama. Wszystkie mięśnie Kondzia napięły się, aż żyły wyszły mu na wierzch. Podniósł do góry zaciśniętą pięść, by wymierzyć kolejny cios.

Nagle zastygł w bezruchu, a jego oczy niemal wyszły z orbit. Twarz posiniała. Wyglądał, jakby nie mógł złapać tchu. Gdy wypuścił powietrze, z jego ust wydobył się dźwięk przypominający arię operowego śpiewaka. Zgiął się wpół.

– Bierzemy plecaki i uciekamy! – Ania złapała Adama za rękę.

Szybko podnieśli z podłogi zamroczonego Marcina i czym prędzej wymknęli się z sali, zostawiając trzymającego się za krocze Konrada.

– Nie wierzę… Kopnęłaś go w jaja? – Adam nie mógł powstrzymać się od śmiechu, gdy już byli na tyle daleko, że mogli spokojnie porozmawiać.

– Tata uczył mnie samoobrony. Przecież mówiłam, że kiedyś chcę być policjantką… To moje największe marzenie i podchodzę do tego całkiem serio.

Adam nie mógł wyjść z podziwu. Był wpatrzony w Anię jak w obrazek i wiedział doskonale, że nie może tej szansy wypuścić z rąk. Dziewczyna była wręcz niesamowita! A przez to jakby nie do końca rzeczywista.

– Wiesz, że mamy przesrane? – wybełkotał z trudem Marcin przez napuchnięte usta, kiedy już doszedł do siebie.

Adam położył mu rękę na ramieniu.

– Wiem. Ale to było zajebiste. Musimy się trzymać razem, a na pewno damy sobie radę. Dzięki, stary, że stanąłeś w mojej obronie.

– Czego się nie robi dla przyjaciół… – rzekł Marcin i jęknął z bólu.

– A ja dziękuję tobie, Adasiu… – Ania pocałowała go w policzek, wywołując na nim natychmiastowy rumieniec. – Co robicie po szkole? Daleko mieszkacie?

– W Lipinach – odpowiedział Adam.

– Naprawdę? Ja w Brodach Młockich. To chyba blisko, prawda?

– Sąsiednia wieś.

Marcin nachylił się i szepnął Adamowi do ucha:

– Zaproś ją…

– Cicho, głupku…

– Co tam tak szepczecie?

– Adam chciałby cię zaprosić jutro na swoje urodziny, ale się wstydzi… – wypalił natychmiast Marcin.

Adam uśmiechnął się z zażenowaniem.

– Nie ma sprawy, przecież jeszcze mało się znamy. Jak ci nie pasuje, to zrozumiem.

– Jemu o to chodzi, że się wstydzi swojego starego – wytłumaczył Marcin, gdy Ania zrobiła skonsternowaną minę.

Adam uderzył go pięścią w bok.

– Jaki ty jesteś debil! Za słabo ci Kondzio przywalił? – spytał wściekły.

– No co… Powiedz jej! – Marcin nie widział żadnego problemu.

– Bo wiesz… – Adam zwrócił się wreszcie do Ani. – Mój ojciec jest trochę dziwny…

– Jest trochę psychiczny. – Marcin wyglądał, jakby bawiło go wkurzanie przyjaciela.

– Zamknij ty się wreszcie, idioto! Chodzi o to, że mój ojciec… lubi opowiadać dziwne historie. Ale jeśli chciałabyś przyjść, to…

– Z przyjemnością! – Ania uśmiechnęła się od ucha do ucha. – I nie martw się swoim tatą. Mój uczył mnie, żeby nigdy nie mówić o kimś, że jest psychiczny, bo kiedyś może się okazać, że ten ktoś jest geniuszem.

– Słyszałeś? – Marcin trącił Adama łokciem. – Twój stary jest geniuszem. A mój kupił mi wczoraj nowe kartridże na stadionie, to jutro przyniosę do ciebie, pogramy sobie.

– No to jesteśmy umówieni. To cześć, chłopcy, do zobaczenia jutro. – To powiedziawszy, Ania zręcznie okręciła się na pięcie, zarzuciła plecak i harmonijnym krokiem podążyła do wyjścia ze szkoły. Adam nie mógł oderwać od niej wzroku, dopóki nie zniknęła za drzwiami.

– Uuu, stary. Nie patrz tak, bo ci gały wyjdą. Aż się ośliniłeś.

Adam odepchnął lekko chichoczącego Marcina.

– Spadaj.

Chłopak jednak nie był z gatunku tych, których łatwo zbyć. Najlepszy kumpel zawsze znajdzie sposób, by człowieka zdenerwować. Marcin wypalił więc nagle:

– Będziesz z nią chodził?

– Co? Coś ty wymyślił?

– Przecież widać, że ci się podoba. Nie bałeś się postawić Konradowi, a boisz się przyznać, że podoba ci się laska? Człowieku, jak ty na nią patrzyłeś po tej akcji…!

Adam wiedział, że przyjaciel ma rację. Zawsze miał.

– Nie wiem. Może… Dobra, zaraz będzie dzwonek. Spadamy, zanim Konrad nas zobaczy. Jaki plan na popołudnie?

– Wiesz co? Podwędzę ojcu piwo – zaproponował Marcin. – Co ty na to?

– A jak matka ode mnie wyczuje?

– Nie pękaj. Kupimy gumę w sklepiku.

*

Zza drzwi dobiegały odgłosy zabawy. W pokoju panował półmrok. Siedzieli na łóżku naprzeciw siebie i bez słów patrzyli sobie w oczy. Dla Adama była to dosyć niezręczna chwila, gdyż jeszcze nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji. Choć czuł się niepewnie, ten moment sprawiał mu ogromną satysfakcję. Wyraźny dreszczyk emocji był dla niego bardzo przyjemny i z niecierpliwością czekał na to, co się wydarzy.

Ania dotknęła jego dłoni opuszkami palców. Drgnął, ale nie cofnął ręki. Poczuł, że musi coś powiedzieć.

– Mówiłem, że mój ojciec jest dziwny…

Po co ja o tym gadam…?!, skarcił się w myślach.

– A jeśli ma trochę racji? – wyszeptała dziewczyna.

– Racji? Niby w czym?

– Że wszystko jest zapisane. Ja tak trochę się czuję…

– Jak to?

– No, pomyśl… Jeszcze wczoraj nawet się nie znaliśmy, a potem… Zobaczyłam cię i poczułam się tak, jakbym cię znała od dawna. Tak jakby to było nam przeznaczone. I teraz tu jesteśmy. Jakby ktoś chciał, żeby tak było… – Adam zobaczył, że dziewczyna uśmiecha się w ciemności.

Choć miał zgoła inne zdanie na ten temat, to taka interpretacja w pewnym sensie mu się spodobała. Po raz pierwszy nie musiał się wstydzić swojego ojca, dzięki czemu przy Ani mógł się bardziej rozluźnić. Czuł, że przy niej się otwiera i jest po prostu sobą. Mimo to nadal nie mógł zdobyć się na odwagę, by zadać jej to jedno ważne pytanie. Chyba też to zauważyła.

– Chciałem… zapytać… – zająknął się.

Nie pozwoliła mu skończyć. Jej usta natychmiast powędrowały w jego kierunku. Nieco skrępowany, bo do tej pory był tak blisko dziewczyny może ze dwa razy w życiu, początkowo nie zareagował, gdy poczuł ciepło i wilgoć na swoich wargach. Jednak wyraźniej większe doświadczenie Ani oraz jej odwaga szybko sprawiły, że zatracił się w tej chwili do reszty.

Nie mogli oderwać od siebie oczu, ust ani rąk. Szalony taniec hormonów sprawiał, że zapomnieli zupełnie o świecie, pochłonęła ich całkowicie młodzieńcza namiętność i fascynacja. Adam czuł się tak, jakby znalazł się w jakiejś bajce, nierzeczywistej opowieści, w której spełniają się najskrytsze fantazje i marzenia. Nigdy jeszcze niczego takiego nie przeżył. Chłonął łapczywie każdą sekundę. W tym momencie był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Zapomnieli o przyjęciu, zapomnieli o gościach. Co jakiś czas tylko ktoś pukał do pokoju, ale wejść do środka nie było mu dane. Do późnego wieczora leżeli w objęciach i patrzyli sobie głęboko w oczy. Wszystko skończyło się dopiero, gdy do pokoju zapukała matka Adama.

*

W niedługim czasie Adam poznał uczucia i namiętności, z których istnienia nawet nie zdawał sobie sprawy. Za sprawą Ani stał się mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu dla nastolatka. W wieku, w którym większość jego rówieśników starała się zaimponować innym jakimś chuligańskim wybrykiem, golem strzelonym na podwórkowym boisku albo podglądaniem dziewczyn w szkolnej szatni, on mógł stać się mentorem dla wszystkich pryszczatych wyrostków i godnym podziwu wzorem do naśladowania w kwestiach świadomości seksualnej.

Wbrew pozorom dla Ani również był to pierwszy raz. Tym bardziej Adam czuł się wyróżniony, zwłaszcza że nigdy nie uważał siebie za jakąś szczególnie dobrą partię. Zadecydowały emocje. Ta iskra, która się między nimi pojawiła, nie zgasła ani na chwilę.

Osoba Ani fascynowała Adama. Dowiedział się, że jej rodzice rozeszli się, gdy miała dziesięć lat i od tej pory samotnie wychowywał ją ojciec. Zanim sprowadzili się w te strony, mieszkali w niedalekim Płońsku. O swoim tacie zawsze mówiła z uznaniem, było widać, że jest dla niej wielkim autorytetem. Adamowi, który o swoim ojcu miał zdanie zupełnie inne, jawiło się to czymś niezwykłym. Poza tym pan Henryk był milicjantem, zomowcem. Adam interesował się historią i wiedział, że to źle. Jej ojciec dostawał zresztą liczne odznaczenia, a nawet lokum w bloku, gdzie wcześniej mieszkali. Mimo to Adam nie mógł uwierzyć, że Ania kogoś takiego podziwiała, a nawet zamierzała pójść w jego ślady. Niesamowite…

Intrygowało go to i przerażało zarazem. Z jednej strony Ania była zdecydowana, pewna siebie, odważna. Widać u niej było męskie wychowanie. Z drugiej jednak była uległa wobec samego Adama, pozwalała mu na wiele i praktycznie mu się podporządkowała. Adam podejrzewał, że ojciec również tego od niej wymagał, ale nie rozumiał, dlaczego najwyraźniej jej się to podobało.

To był czas Adama. Jego notowania w szkolnej hierarchii zdecydowanie wzrosły, nagle wokół niego utworzyło się koło nowych kolegów i koleżanek. Każdy chciał z nim przebywać, bo ta znajomość była dla innych swego rodzaju nobilitacją. Nawet dziewczyn w jego otoczeniu przybyło. Ale on myślał tylko o jednej. Nawet sprawa z Konradem rozwiązała się po jego myśli. Chłopak bardzo dbał o swoją reputację i nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się, że jakaś dziewczyna zmasakrowała jego męskość. Obiecał więc Adamowi nietykalność w zamian za trzymanie języka za zębami. Wszystko szło po jego myśli.

W tym całym uniesieniu umknęło mu tylko jedno. Marcin.

Nie dość, że nagle znalazł się w jego cieniu, to jeszcze stopniowo czas, który przeznaczał dla kumpla, w coraz większym stopniu zajmowała jego dziewczyna. Adam nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że odsuwa przyjaciela na bok.

Ania chciała spotykać się praktycznie codziennie, a Adam był nią tak zafascynowany, że nie potrafił jej odmówić. Popołudnia i wieczory, które kiedyś spędzał na harataniu w gałę i wspólnym szwendaniu się z przyjacielem, zostały zastąpione romantycznymi uniesieniami z dziewczyną. Dawała mu to, czego nastoletni, dorastający chłopak nie mógł otrzymać od kumpla. Dużą dawkę testosteronu, który zaburzał jego racjonalne myślenie. Marcin wielokrotnie podejmował próby poważnej rozmowy, lecz zawsze odbijał się od ściany. Początkowo był wyrozumiały, lecz z czasem coraz bardziej zaczęło mu to doskwierać. Poczuł się odrzucony.

– Zapominasz o mnie…

Marcin stał w drzwiach Adama wyraźnie przygnębiony. W ten bardzo ciepły wakacyjny dzień, stojąc w progu z piłką pod pachą, wyglądał jak siedem nieszczęść. Ten widok poruszyłby nawet największego twardziela.

– Marcin, ja mam dziewczynę…

– A ja jestem twoim przyjacielem. Chyba że to nieaktualne? – Marcin robił smutne oczy.

Adama zupełnie to nie ruszało.

– Nie o to chodzi…

– A o co? Prawie w ogóle się nie spotykamy.

– Może powinieneś zrozumieć… – W głosie Adama dało się wyczuć irytację.

Marcin spojrzał na kumpla, który w tym momencie przypominał strapionego starca.

– Dobra, daj już spokój – przerwał mu, widząc, że do chłopaka nic nie dociera. – Po prostu wybrałeś ją. Spoko. Może tak miało być. Zapytam twojego starego, może nie powinienem tego tak brać do siebie, skoro i tak na nic nie mamy wpływu…

Wyrzuty Marcina spowodowały jednak u Adama skutek odwrotny od zamierzonego.

– Nie kpij, dobra? Wiesz co, może ty jednak też powinieneś znaleźć sobie dziewczynę, zamiast… – W porę jednak ugryzł się w język, czując, że się zagalopował.

Wydawało mu się, że oczy Marcina się zaszkliły.

– No, dokończ. Zamiast czego? Zamiast ci przeszkadzać? – Głos mu zadrżał.

– Nie, nie to chciałem powiedzieć… – Adam próbował się bronić.

– Nieważne. Na razie…

Marcin spuścił głowę i odwrócił się na pięcie.

– Poczekaj, może jutro… – Adam spróbował jeszcze załagodzić sytuację.

Chłopak stanął, lecz się nie odwrócił.

– Nie musisz robić łaski. Już ci nie przeszkadzam. – Jego głos nie zdradzał żadnych emocji. – Tylko pamiętaj: to tylko twoja decyzja i nikogo innego. Weź za nią pełną odpowiedzialność. Przyjaźń jest najważniejsza, laski przychodzą i odchodzą, a chyba nie myślisz, że Anka to już ta jedyna… I jeszcze jedno: gdy popełnisz błąd, kiedyś możesz za niego zapłacić… – To powiedziawszy, ruszył przed siebie. Adam nie wiedział już co powiedzieć, zresztą nie miał nawet ochoty na tego typu rozmowy. Brał to bardziej za głupie fochy i był przekonany, że kumplowi szybko przejdzie.

*

Od poznania Ani minął rok. Ich miłość kwitła i nic nie wskazywało na to, by miało być inaczej. Zaczęli uczęszczać do tej samej szkoły średniej, by być blisko siebie na co dzień. Tego dnia Adam wesoło szedł do szkolnej łazienki, rozmyślając nad planami na kolejne urodziny.

Otworzył drzwi.

Nie dotarło to do niego od razu. Przez te pierwsze sekundy, kiedy stał i patrzył przed siebie bezmyślnym wzrokiem, zdawał się być w innym świecie. Jakby oglądał film, w którym nagły zwrot akcji każe się chwilę zastanowić nad tym, co się właśnie wydarzyło.

Tylko spojrzał im w oczy. Jeszcze wczoraj były to oczy ukochanej i przyjaciela. Zacisnął pięści, aż wszystkie żyły napięły się jak postronki. Zazgrzytał zębami i ruszył.

Odepchnął Annę i z wściekłością, jakiej nigdy w sobie nie czuł, rzucił się na Marcina. Zaczął go okładać pięściami. Przeciwnik odbił się od ściany i padł na podłogę. Adam wskoczył na niego i bił dalej, nie zważając na to, że z nosa i ust chłopaka zaczyna tryskać krew. Błagalne jęki Marcina wypełniały pomieszczenie. Nie przerywał, gdy Ania próbowała go powstrzymać. Tłukł dalej z całych sił. Nawet wtedy, gdy ofiara zupełnie zamilkła. Krew tryskała po podłodze i po ścianach, a wokół rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk rozpaczy.

Był jak maszyna, która ma tylko jeden cel.

Zlikwidować.

Cały we krwi, która ściekała z jego pięści i ramion, przestał uderzać dopiero, gdy w drzwiach z krzykiem na ustach pojawili się pierwsi nauczyciele.

2. WIEDZA JEST PRZEKLEŃSTWEM

– Gdzie… Gdzie ja jestem…? – wybełkotał Adam, głośno dysząc.

Wokół panowała ciemność. Ogarnął go lęk. W panice zaczął machać rękami, a serce biło mu jak oszalałe.

Nagle poczuł czyjś dotyk na dłoni. W pierwszym odruchu cofnął rękę.

– Co się stało, kochanie? – Usłyszał.

Wróciła świadomość. A wraz z nią niesamowite uczucie ulgi.

Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że powrócił do rzeczywistości, która wcale nie jest lepsza od koszmaru.

– Nic, nic… Już dobrze…

Sam nie wierzył we własne słowa.

– Na pewno? Jesteś cały zlany potem. Znów miałeś ten sen…?

Adam spojrzał przed siebie. Ciemność powoli nabierała kształtów. Naprzeciw łóżka na ścianie wyłonił się wielki telewizor, a pod nim szafka z poustawianymi idealnie płytami, których zawartość przeznaczona była wyłącznie dla dorosłych. Po lewej stronie pojawił się regał wypełniony jego ulubionymi kryminałami z serii o Harrym Hole’u oraz pikantnymi romansidłami żony. Na półce pod nimi prężył się dumnie wielki wibrator. Powoli dostrzegał nawet rysy twarzy Charlesa Boyera i Ingrid Bergman na wiszącym na ścianie plakacie z filmu Gaslight z tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku.

Zaczął macać po szafce obok łóżka w poszukiwaniu telefonu lub zegarka, potrącając leżące tam okulary.

– Spokojnie, kochanie… – Usłyszał delikatny głos żony. – To tylko sen.

Jej ciepłe ręce objęły go czule, lecz on nie potrafił się uspokoić. Choć był znów w swoim własnym łóżku, nie czuł się bezpiecznie. Z tyłu głowy pozostawał niepokój i Adam wiedział doskonale, że nie jest on irracjonalny. Miał ku niemu wszelkie podstawy.

– Wiesz, że krzyczałeś przez sen?

– Naprawdę? A co takiego?

– Chyba coś w rodzaju „kim jesteś”, ale nie jestem pewna, bo mówiłeś niewyraźnie.

Adam uśmiechnął się krzywo.

– Eee… Nie pamiętam czegoś takiego… Dobrze, chodźmy już spać. Muszę wstać do pracy.

Nie zasnął jednak od razu. Obrazy, które widział we śnie, za nic nie chciały opuścić jego umysłu. Chcąc nie chcąc, rozmyślał długo nad ich znaczeniem. Przewracając się z boku na bok, walczył z nimi zaciekle, próbując pozbyć się natrętnych myśli. Po długiej bitwie w końcu zasnął.

Przebudził go dźwięk budzika w telefonie. Z trudem otworzył oczy.

Dopiero co zasnąłem…, pomyślał.

Na wpół przytomny zdołał wyłączyć natarczywy alarm.

Spojrzał na jeszcze śpiącą obok żonę. Białe majtki idealnie przylegały do każdego fragmentu jej skóry. Ukazywały zarys jej cipki i sprawiały, że chciałoby się tam włożyć palec. Za sprawą chłodu jej piersi sterczały kusząco. Ten widok niezmiennie powodował, że Adam nie mógł się powstrzymać. Budził wtedy ukochaną poranną penetracją. Miętolił cycki przez cienką, prawie przezroczystą nocną koszulę. Ciągnął za burzę blond włosów.

Nie tym razem. Teraz patrzył na jej lekko uchylone usta. Na mały, zadarty nos. Na powieki, pokryte jeszcze resztkami wczorajszego makijażu. Powieki, które ukrywały ogromne oczy. Oczy w kolorze, którego Adam nie był w stanie określić. Szare, a raczej srebrne. Tęczówki tej barwy ledwo odróżniały się od bieli. Nadawały oczom wygląd nie z tej ziemi. Magiczny i niepowtarzalny.

Wkrótce pojawią się w nich łzy.

Wiedza jest przekleństwem.

Był ogromnie zmęczony. Drżącymi ustami złożył pocałunek na jej czole, po czym ciężko wygramolił się z łóżka. Żona przekręciła się na drugi bok. Po cichu, aby jej nie obudzić, wyszedł z sypialni.

Ledwo włócząc nogami, poszedł do łazienki. Stanął przed lustrem i spojrzał w odbicie. Patrzył dłuższą chwilę na swoje przeorane zmarszczkami czoło, zapadnięte policzki na bladej twarzy o kanciastych rysach, szerokie usta pod wąskim dla kontrastu nosem. Pogładził się po kilkudniowym zaroście i przeczesał dłońmi czarne, choć przyprószone siwizną włosy. Z pewnością wyglądał na starszego, niż był, jedynie niebieskie oczy zdradzały dawny młodzieńczy urok.

Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ten człowiek po drugiej stronie lustra to nie jest prawdziwy Adam. Coraz mniej poznawał samego siebie. Tam po drugiej stronie to była jakaś imitacja, sztucznie wykreowany twór. Zupełnie absurdalne, a jednak to uczucie go nie opuszczało.

Przesunął palcami po torsie, wyczuwając pod nimi niewielkie znamię w kształcie sutka, które miał od urodzenia. Nazywał je „trzecim cyckiem”. Za młodu powodowało u niego pewne kompleksy, więc postanowił je zamaskować tatuażem z imieniem swojej drugiej połówki. W literze „i” znamię utworzyło kropkę. Jakkolwiek głupie by to nie było, przynajmniej imię żony się zgadza. Zgadzało się.

Do tej pory.

Wyszedł z łazienki i wchodząc do kuchni, spojrzał beznamiętnie na pierwsze poranne promienie słońca wpadające przez okno.

Zaczął robić sobie śniadanie. Jajecznica oraz obowiązkowo kubek czarnej kawy – to był jego codzienny rytuał. Kiedyś lubił przy tym gwizdać i podśpiewywać, pełen nadziei na początek kolejnego pięknego dnia. Teraz jednak najchętniej wróciłby do łóżka.

– Robisz jajeczniczkę? – Usłyszał aksamitny głos.

Niewiasta najwyraźniej poczuła zapachy dochodzące z kuchni, gdyż oto właśnie stała w pełnej krasie w progu pomieszczenia, oparta o futrynę. Na oczach miała jeszcze sen, a jej blond włosy układały się każdy w inną stronę. Przez krótką i zwiewną nocną koszulę prześwitywały jej pełne piersi, a białe majtki kusząco opinały jej pośladki. Adam zerknął tylko kątem oka.

– Ta… – rzucił.

– Chyba się nie wyspałeś…

– Nie bardzo.

– Pójdę się trochę odświeżyć.

Odwróciła się i zalotnym krokiem, kręcąc kokieteryjnie pośladkami, podążyła w stronę łazienki. Adam spojrzał na nią ukradkiem, ale po chwili wrócił do swojego zajęcia. Patrzył przez dłuższą chwilę bezmyślnie przed siebie.

Poczuł zapach spalenizny.

– Kurwa! – syknął, widząc przypalającą się jajecznicę.

Zdenerwowany wyłączył palnik kuchenki gazowej i trzaskając talerzami, nałożył sobie nieco zwęglony posiłek. Poszedł do salonu, zapominając o pozostawionym na ogniu czajniku. Rzucił talerz na stolik, usiadł na kanapie i włączył telewizor.

Przez chwilę siedział i patrzył w bliżej nieokreślony punkt.

Nie był głodny. Spojrzał w stronę łazienki, skąd dobiegały odgłosy prysznica. Popatrzył tak chwilę, po czym wstał i podszedł do drzwi. Stanął przed nimi i przez chwilę nasłuchiwał.

Nacisnął klamkę i wśliznął się do łazienki. Kabina prysznica była zaparowana, widział tylko zarys sylwetki żony.

Rozpiął pasek od spodni i zdjął je, pozostając w koszulce. Wszedł do środka.

– Mmm… – zamruczała słodko, gdy poczuła jego dłonie na piersiach.

Nic nie odpowiedział. Zamiast tego mocno pochylił ją do przodu i patrząc na jej wypięte pośladki, złapał od tyłu za biodra.

– Ogierze… – wyszeptała.

Adam, stojąc w przemoczonej koszulce, wziął do ręki swojego penisa i umieścił energicznie w jej waginie.

– Aj… Boli… – jęczała.

Zaczął popychać jeszcze mocniej.

– Adam! Boli…!

Nie reagował. Poruszał się w niej coraz mocniej i szybciej.

Zacisnęła zęby i próbowała się czegoś złapać, ale napotykała jedynie płaskie płytki na ścianie. Chcąc zacisnąć pięści, skrobała paznokciami po ich powierzchni.

Adam, zgrzytając zębami, nie zwalniał ani na chwilę.

Z kuchni zaczął dobiegać gwizd gotującej się wody w czajniku, mieszający się z odgłosem uderzania o pośladki i jęczenia przez zaciśnięte zęby. Jej piersi falowały energicznie, a do ust spływała woda.

– Przestań… – szeptała, lecz jakby bez przekonania.

Nie słuchał, a ona niespecjalnie się broniła. Czując zbliżający się finał, jeszcze przyspieszył ruchy. Jej jęki stawały się coraz głośniejsze, aż w końcu zaczęły przypominać krzyk. W końcu jego ciało wygięło się do tyłu w spazmach, a wszystkie mięśnie się napięły. Głośno dysząc i wydając z siebie przedziwne dźwięki podobne do odgłosów ulgi po opróżnieniu pęcherza, zakończył w niej.

Utkwiła wzrok w podłodze i oddychała głęboko, a wyraz jej twarzy wskazywał na wdzięczność. Wdzięczność, że już po wszystkim. Na jej twarzy gościł przy tym pełen satysfakcji uśmiech.

Wycofał się i bez słowa wyszedł z kabiny. Zdjął przemoczoną koszulkę i rzucił na podłogę. Następnie włożył spodnie i wyszedł z łazienki.

Zdjął z kuchenki niemiłosiernie gwiżdżący czajnik i zalał wrzącą wodą wcześniej przygotowaną czarną kawę w swoim ulubionym czarnym kubku. Postawił ją na stoliku w salonie obok przypalonej i zimnej już jajecznicy. Z oparcia kanapy zdjął niedbale rzuconą i niewyprasowaną koszulę z wczoraj, po czym ją założył. Usiadł na kanapie i zabrał się do jedzenia.

Chwilę później z łazienki wyszła kobieta. Miała na sobie tylko ręcznik. Weszła do salonu i usiadła obok Adama. Przez kilka minut panowała niezręczna cisza.

– Dlaczego to zrobiłeś…? – wykrztusiła w końcu.

– A co? Nie podobało ci się?

Spojrzała na niego wymownie.

– Może nie jestem pruderyjna, ale tym razem trochę bolało. To nawet jak na ciebie zbyt ostro…

– Może włosy łonowe cię uwierały, znów się nie wydepilowałaś… – szepnął pod nosem.

– O czym ty mówisz? Jakie włosy?

Adam nie odpowiedział.

– Martwię się o ciebie… Co się z tobą dzieje?

Widząc jego twarz wpatrzoną w jeden punkt, zirytowała się.

– Zacznij w końcu ze mną rozmawiać! Jestem twoją żoną! Jeśli masz jakieś problemy, to jestem najbardziej odpowiednią osobą, żeby cię wspierać czy też ci pomóc. O to przecież chodzi, prawda?

– Nie chcę o tym gadać – uciął krótko.

– Kochasz mnie? – Położyła mu dłonie na policzkach i przekręciła jego głowę w swoją stronę.

– Tak, ale…

– Jakie „ale”? Jeśli mnie kochasz, to nie ma żadnego „ale”. Właśnie dlatego tylko ja cię mogę zrozumieć.

– To skomplikowane…

– To ma związek z nami? Czy z twoją pracą?

– To złożony problem…

– Przecież powiedziałeś, że mnie kochasz… – Spojrzała na niego jakby nieco wystraszona. – Więc co…

– Tak, kocham cię! I dlatego nie wiem… Nie rozumiem… Nie wiem, jak mam to wszystko zrozumieć… – Adam przełknął ślinę.

– Więc pozwól zrozumieć mnie… Może to te twoje sny? Czy mają z tym jakiś związek?

– Nie wiem, być może… Staram się to wszystko poskładać…

– Poskładajmy oboje… – Spojrzała na niego prosząco.

Adam odsunął się.

– Dość! Nie chcę o tym teraz rozmawiać. W swoim czasie dowiesz się wszystkiego.

– Dobrze… – Westchnęła wreszcie, zrezygnowana.

Wyszła z pomieszczenia, posławszy mu strapione spojrzenie. Adam uśmiechnął się niemrawo, po czym ukrył twarz w dłoniach.

– Co dziś będziesz robić? – rzucił jeszcze do żony, gdy usłyszał, jak krząta się po kuchni.

– Mam dziś nocną zmianę, więc… zdążę upiec tort.

Cholerny siedemnasty listopada. Dzień, który chyba nigdy nie nadejdzie. Bo najpierw jest szesnasty, dzień, w którym historia zatoczy koło i wszystko nieodwracalnie się zmieni.

– Po co? Mówiłem, że nie chcę świętować urodzin.

– Za późno, już wszystkich zaprosiłam. Zresztą trzydzieści pięć lat to chyba jeszcze nie pora na kryzys wieku średniego?

– Kryzys wieku średniego… – wyszeptał sam do siebie z krzywym uśmiechem. Jakże to wydało mu się żałosne wobec powagi sytuacji.

– Co? Coś mówiłeś?

– Nic. Głośno myślę.

– Adaś… – Kobieta stanęła w drzwiach i spojrzała na męża przenikliwie. – Bo wiesz… Jesteś prawie w takim wieku jak twój ojciec, kiedy…

– Znowu zaczynasz? – Adam podniósł głos. – Setki razy już to wałkowaliśmy. Poza tym jeszcze mi trochę brakuje.

– A nie boisz się, że… No bo jak o tym opowiadałeś, to… to tak jakbym teraz widziała ciebie…

– Jeśli kiedyś zwariuję, to chyba tylko przez ciebie… – Zerknął na nią spod zmarszczonych brwi.

Nie poddawała się.

– A czy ty… wierzysz w przeznaczenie?

– Nie mam ochoty na filozoficzne gadki… Co cię naszło? Bo co? – warknął. – Bo mój stary wierzył?

– Próbuję cię przejrzeć. Nie chcesz o niczym rozmawiać, ale przecież widzę, że coś jest nie tak. A ja jestem kobietą i twoją żoną. Znasz mnie. Wiesz, że jestem uparta i będę drążyć temat tak długo, aż w końcu dowiem się, o co chodzi. Dobrze o tym wiesz, że się dowiem. Robię to na co dzień.

– Jezu, kobieto… Zaraz idę do pracy… Może pogadamy o twoim starym, co? Może powiesz mi, jaki wpływ wywarł na ciebie, że masz w sobie tyle niewyżytej „miłości”? Jak się bawiliście w „policjantów i złodziei”, to kto był tym złodziejem i jaką karę odbywał? – Wyraźnie poirytowany Adam w pewnym momencie sam zrozumiał, że powiedział trochę za dużo.

Żona jednak zachowała kamienną twarz, choć można było się domyślić, że się w niej gotowało.

– Ubzdurałeś sobie jakieś pierdoły i nie dociera do ciebie, że to tylko twoje urojenia… – odpowiedziała spokojnie, choć przez zaciśnięte zęby. – Zmieniłeś temat. Odpowiedz.

– Co chcesz wiedzieć? – Ton Adama był już nieco łagodniejszy. – Przecież dobrze wiesz, że nie wierzę w coś takiego jak przeznaczenie. O czym my w ogóle mówimy?

– Jesteś człowiekiem nauki. Umiesz wszystko zdefiniować.

– Niektórych rzeczy nie da się tak po prostu wyjaśnić…

– Wszystko da się wyjaśnić. Po prostu zbyt mało wiemy.

– O ile mi wiadomo, to ja jestem racjonalistą… – Zaperzył się.

– Więc z pewnością potrafisz wyjaśnić znaczenie twoich snów.

Adama irytowało to dociekanie żony. A może bardziej fakt, że trudno mu było wyjaśnić to w taki sposób, by zbyt dużo się od niego nie dowiedziała.

– Czytasz te swoje senniki… – rzekł, drapiąc się po zaroście. – Może więc ty mi powiesz?

– Normalnie powiedziałabym, że to przez stres. Że czujesz się zagubiony. To nawet oczywiste, gubisz się w lesie – gubisz się w życiu.

– A nienormalnie?

– Nienormalnie to się ostatnio zachowujesz. Może więc rzeczywiście jesteś zagubiony?

– Nie jestem…

– Może podświadomie coś takiego odczuwasz, a nie zdajesz sobie z tego sprawy?

– Jeśli podświadomie, to nie mam na to wpływu.

– Adam, to już kolejna noc. Ten sam sen…

– Ech… Nie do końca ten sam. Podobny, ale za każdym razem różni się detalami. Nieco inne drzewa, ścieżki. Mam wrażenie, że z każdą kolejną nocą coraz bardziej zbliżam się do wyjścia z tego lasu. Tak to wtedy odczuwam.

– To musi być straszne uczucie, prawda? Nie móc znaleźć drogi do domu…

– We śnie wszystko odczuwa się o wiele mocniej. Ciężko opisać ten stan. To czysty lęk…

– Na pewno masz jakąś teorię…

Adam upił kolejny łyk kawy, popatrzył chwilę przed siebie, po czym stwierdził krótko:

– Nie.

– A może… Może to nic nie znaczy? Są rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia. Po prostu… – stwierdziła nieco ironicznie.

– I być może to jest najlepsza teoria – skwitował.

Oczywiście uważał zupełnie inaczej. Dla niego wszystko miało znaczenie, każdy skutek ma swoją przyczynę, każda akcja wywołuje reakcję, nie ma rzeczy, które nie mają sensu. Adam doskonale to wiedział i zdawał sobie sprawę, że ma to związek z jego przerażającym odkryciem. Odkryciem, które wywróciło do góry nogami jego uporządkowany świat i które niszczyło go od środka. Zburzyło poczucie bezpieczeństwa, zrujnowało psychikę i pozbawiło sensu jego dotychczasowe życie.

Żona oczywiście też się o tym dowie. Ale jeszcze nie teraz. Najpierw sam musi to wszystko poskładać, przygotować grunt pod to, co się wydarzy.

– A ty? Co będziesz robił po pracy?

– Nie wiem, może zadzwonię do Marcina… – Spojrzał na nią podejrzliwie.

– Do Marcina? Nie za często się ostatnio widujecie? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale zawsze kończy się na alkoholu…

– Czemu ci to przeszkadza? To mój najlepszy kumpel, prawda…?

Wzruszyła ramionami.

Adam spojrzał na zegarek. Nieco stracił poczucie czasu.

– Cholera, spóźnię się do pracy…

Szybko więc się ubrał, pozbierał wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, jak kluczyki do auta, telefon i portfel. Podszedł do żony i złożył na jej ustach pocałunek, po czym ruszył w stronę drzwi, nie odwracając się za siebie.

Pogoda tego dnia była znośna. Kilka stopni na plusie, brak opadów i chwile, kiedy słońce przebijało się przez chmury sprawiły, że Adamowi wystarczyła tylko marynarka.

Wsiadł do swojego starego passata, rocznik jeszcze z ubiegłego wieku, do którego był na tyle przywiązany, że mimo prawie dwudziestu lat jego istnienia nie myślał o zamianie na nowszy model. Z racji swojego zawodu miał sentyment do najróżniejszych staroci i muzealnych rekwizytów. Ich wieloletni związek był doskonałą symbiozą.

Auto było zawsze czyste i idealnie zadbane, odwdzięczając się niezawodnością i przyjemnymi doznaniami w trakcie jazdy. Dziś jednak zastał je brudne i zabłocone, co zresztą zupełnie go nie obeszło. Miał inne problemy na głowie.

Osiedle, na którym mieszkał, uważał za pełne sprzeczności. Pełno domów jednorodzinnych, zazwyczaj dużych i ładnych, gdzie swoje miejsce zaznaczała lokalna klasa średnia. Stało jednak w kontraście do ogólnego tła tej lokalizacji. Wąskie żwirowe alejki, brak nocnego oświetlenia i co kilka działek nowy plac budowy nadawały temu miejscu wygląd raczej ponury.

Jego dom na tle pozostałych wyróżniał się nowoczesną architekturą. Wybudowany w formie kilku połączonych sześcianów, z płaskim dachem i tarasem z przeszklonymi drzwiami, mógł budzić podziw. Z jednej strony Adam zdawał sobie sprawę, że to w głównej mierze pieniądze żony pozwoliły im tu mieszkać, co nie do końca mu odpowiadało. Z drugiej jednak wychowany w wiosce zabitej dechami, gdzie nie było nawet łazienek, tylko drewniane wychodki na zewnątrz, mógł w końcu poczuć się kimś więcej. Odciąć się od przeszłości.

Wyjeżdżając ze żwirówki dumnie nazwanej ulicą imienia Stanisława Kostki, udał się w stronę centrum. Ciechanów, czyli miasto gdzie na świat przyszedł profesor Jerzy Bralczyk, ale też choćby Doda, nie urzekało pięknem. Poza długim deptakiem na ulicy Warszawskiej i placem Jana Pawła obok ratusza trudno tu było uświadczyć jakiejś nowoczesności. Główną atrakcją był Zamek Książąt Mazowieckich i kilka pomniejszych zabytków. Wystarczyło jednak opuścić centrum, by zobaczyć ducha poprzedniej epoki w postaci brzydkich, odrapanych poniemieckich kamienic lub bloków z wielkiej płyty z czasów trochę późniejszych. Czterdziestopięciotysięczne miasto co prawda dynamicznie się zmieniało, ale długa jeszcze była droga do tego, by nazwać je nowoczesną metropolią.

Przy nowym McDonaldzie Adam skręcił w prawo, w ulicę Armii Krajowej. Za dwoma wielkimi supermarketami było chyba największe skrzyżowanie w Ciechanowie, gdzie często szlifowali swoje umiejętności kursanci na prawo jazdy – utrapienie wszystkich kierowców z dłuższym stażem. Adam skierował się na nim w lewą stronę. Przy firmie telekomunikacyjnej i budynku sądu, mając przed sobą telebim z migającymi reklamami, ponownie skierował się na lewo. Minął pasaż handlowy, gdzie znajdowały się siedziby różnych firm i instytucji. Pomiędzy aptekę, sklep z bielizną i jubilera wciśnięty był niewielki zakład zegarmistrza Malinowskiego. Chwilę później przejechał obok posterunku policji, gdzie pracowała jego żona. Dosyć duża kamienica o barokowym sznycie, jak mawiał. Z ulicy 11 Pułku Ułanów zjechał w prawo w Orylską. Była to wąska uliczka, całkiem urokliwa, z dużą ilością zieleni. O tej porze roku więcej było co prawda widać żółci i brązu opadłych liści, ale zwłaszcza wiosną przyciągała zapachem i urodą kasztanowców. To tu znajdowało się miejsce pracy Adama – Zespół Szkół Zawodowych Numer Dwa.

Codziennie ta sama droga do pracy do niedawna była w pewnym sensie odzwierciedleniem jego życia. Te same znajome budynki, ulice, te same drzewa przy drodze, te same korki w godzinach szczytu. Ta przewidywalność miała dla niego znaczenie kluczowe, gdyż budowała w nim poczucie bezpieczeństwa. Dla innych ta proza codzienności mogłaby być po prostu nudna. Ale nie dla Adama. Od zawsze lubił, gdy wszystko wokół było poukładane i na swoim miejscu. Gdy tylko ten harmonijny ład został w jakiś sposób naruszony, odczuwał dyskomfort połączony z irytacją.

Miało to kluczowe znaczenie dla jego profesji, był bowiem nauczycielem historii. Tak zresztą zwykł mawiać jego najlepszy kolega z pracy, nauczyciel fizyki – Albert Kowalczyk. Bardzo inteligentny i elegancki facet po czterdziestce, który trzy lata temu załatwił mu tę pracę, był człowiekiem, z którym Adam spędzał większość czasu podczas przerw między zajęciami. Toczyli wtedy zażarte dyskusje o naturze wszechświata, meandrach ludzkiej psychiki oraz o przeszłości. Albert uważał, że zgodnie z zasadą entropii wszechświat na samym początku był wysoce uporządkowany, a z biegiem czasu dąży do stanu chaosu. Z tego też powodu Adam lubi podążać w przeszłość. By znaleźć tam ład, którego potrzebuje. Bo przeszłość już się wydarzyła i wiemy, jak było. Przyszłość natomiast to jedna wielka niewiadoma. Tym bardziej teraz, w miejscu, w którym się znalazł, w punkcie zwrotnym jego historii.

Wjeżdżając przez bramę, przywitał skinieniem ręki siedzącego w budce „cieciówce” sympatycznego pana Czesia. Starszy pan w czapeczce bejsbolówce szerokim uśmiechem i puknięciem w jej daszek odwzajemnił powitanie. Na niewielkim, ciasnym parkingu Adam zatrzymał się na swoim zwyczajowym miejscu, które należało tylko do niego. Idąc kostką brukową usianą opadłymi liśćmi, mijał kolejnych młodzieńców z plecakami.

Monumentalny przybytek oświaty był niczym więcej jak wielką kamienicą, choć wielkie drzwi wejściowe z szerokimi schodami zdradzały przeznaczenie tego miejsca. Jakiś czas temu odrestaurowano je i pomalowano elewację na bordowo, ze zgniłozielonymi wstawkami. Adamowi dziwne połączenie kolorów zdawało się nieco niepokojące. Zrozumiał dlaczego, kiedy przypomniał sobie, że sweter w takich barwach miał Freddy Krueger.

Po kilkukrotnym powtórzeniu „dzień dobry”, przekroczył drzwi budynku. Podążył schodami w górę, po czym idąc wzdłuż korytarza, mijał kolejne pracownie: matematyczną, chemiczną i geograficzną, aż dotarł do pomieszczenia, na drzwiach którego widniał napis – „pokój nauczycielski”.