Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
12 osób interesuje się tą książką
Emmy Vallillo od zawsze marzyła o dołączeniu do elity nowojorskiego Towarzystwa Czarodziejskich. Udział w magicznym balu debiutantek miał być przepustką do lepszego życia — jej moc transformacji była wyjątkowa, a przyszłość jawiła się w jasnych barwach.
Wszystko zmieniło się jednak w chwili, gdy stojąc na scenie, Emmy została oskarżona o pozorowanie swojej mocy. Dziewczynę wtrącono do celi, gdzie szybko zrozumiała, że została zdradzona. Przyjaciółka, którą uważała za siostrę, z premedytacją nie tylko zrujnowała jej reputację, lecz także przeznaczenie, zajmując miejsce w Towarzystwie.
Dwa lata później los Emmy się odmienia. Jedna ze ścian celi eksploduje, odsłaniając Jacka Fontaine’a, jednego z niedoszłych ulubieńców Towarzystwa, niesłusznie skazanego za zbrodnię, której nie popełnił.
Zawierają układ: on pomoże jej uciec, jeśli ona przyłączy się do planu zniszczenia tych, którzy ich skrzywdzili. Dzięki mocy transformacji Emmy zmieniają twarze i przybierają odmienne tożsamości, stając się nowymi faworytami Towarzystwa.
Krok po kroku niszczą czarodziejską elitę Nowego Jorku od środka. Realizacja planu wymaga jednak zaufania, a między Emmy i Jackiem iskrzy chemia równie niebezpieczna, co przyciągająca. W świecie pełnym zdrad, przepychu i magii Emmy musi wybrać: doprowadzić zemstę do końca, czy zaryzykować wszystko dla najbardziej nieprzewidywalnej siły — miłości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 533
Data ważności licencji: 1/24/2030
Tytuł oryginału: Gilded in Vengeance
Projekt okładki: Zoë van Dijk
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Katarzyna Szajowska
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Aleksandra Zok-Smoła, Beata Kozieł-Kulesza (Lingventa)
Grafiki w książce: rawpixel.com/Freepik, frimufilms/Freepik
© 2025 by Lyssa Mia Smith
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Andrzej Goździkowski
Drogi Czytelniku/Droga Czytelniczko!
Ta książka porusza tematy i zawiera zachowania, które mogą urazić odbiorców bądź wywołać niepokój, zalecamy więc ostrożność podczas czytania.
Wszystkie wydarzenia i postaci przedstawione w książce są fikcyjne.
Ostrzeżenie dotyczące treści: przemoc psychiczna i fizyczna, żałoba.
ISBN 978-83-287-4023-5
You&YA
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
You&YA
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Dedykuję dziewczynom, które dobrze wiedzą, jak boli, gdy przyjaciółka wbija ci nóż w plecy.
SERDECZNIE ZAPRASZAMY NA 127.
MAGICZNY BAL DEBIUTANTEK
ORGANIZOWANY PRZEZ TOWARZYSTWO CZARODZIEJSKICH
W WILLI STRATTONÓW PRZY PIĄTEJ ALEI W NOWYM JORKU W SOBOTNI WIECZÓR 24 STYCZNIA 1880 R.
UŻYCZANIE TEGO ZAPROSZENIA OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM KARANE BĘDZIE ŚMIERCIĄ
NA MAGICZNY BAL WYBRAŁY SIĘ dwie dziewczyny, lecz wróciła z niego tylko jedna. O drugiej słuch zaginął.
Zaproszenia trafiły do ich rąk na szereg miesięcy przed uroczystością. Pergamin pokrywały zawijasy skreślone czarnym atramentem, lśniącym wieczną wilgocią. Schowały je pod deskami podłogowymi i ośmielały się rzucić na nie okiem jedynie późnym wieczorem, gdy chaos panujący w zamieszkiwanej przez nie kamienicy czynszowej cichł. Za dnia wolały nie ryzykować z obawy, że ktoś je zobaczy.
Ale nigdy nawet na moment nie zapominały, że tam są.
Emmy upierała się, że powinny ćwiczyć się w magii. Jedynym sposobem, ażeby zostać przyjętymi w poczet członków sekretnego Towarzystwa Czarodziejskich, było udoskonalanie swoich rzadkich darów magicznych.
Grace przekonywała natomiast, że powinny skupić się na ćwiczeniach tanecznych. Do stowarzyszenia przyjmowano jedynie eleganckie młode damy, godne przystojnych synów znakomitych rodów.
Zaklęcia czy etykieta? Prawa magii czy raczej konwenanse? Był to spór toczony przez nie, odkąd każda z nich odkryła, że ta druga dziewczyna, mieszkająca w pokoju po drugiej stronie korytarza, również obdarzona jest magią. Magia – najstarszy i najświętszy z sekretów świata, którego obie stały się częścią.
Przy czym jedna nie umiała obejść się bez drugiej.
Istnienie magii stanowiło niewidzialną tarczę chroniącą je przed banalnym światem szkoły i robót krawieckich, z którymi obie musiały mierzyć się na co dzień. Obie dziewczyny zwierzały się sobie ze wszystkiego. Dzieliły się każdą myślą i każdym marzeniem. Ilekroć matka Grace przepadała w pijalniach piwa, by nie wynurzać się z nich, bywało, że całymi tygodniami, dziewczyna bez słowa wędrowała do mieszkania Emmy. I nawet kiedy ta występna kobieta w końcu odnajdywała drogę do domu, ojciec Emmy i tak stawiał dla Grace dodatkowe nakrycie na kuchennym stole oraz zapraszał ją na prowadzone przez siebie przy blasku świecy lekcje magii. Mawiał, że co prawda ma jedną rodzoną córkę, ale jego serce zna dwie.
I tak, w miarę jak zimowe noce stawały się coraz mroźniejsze, a dzień balu się przybliżał, Emmy badała, jak długo umie wytrzymać przygniatający ciężar magii, Grace zaś zaprzyjaźniła się z kobietą znającą się na czarowaniu odzieży i ubłagała ją, by uszyła dla nich obu po jednej sukni. Podczas gdy Emmy starała się przemienić pospolite metale w szczere złoto, Grace ćwiczyła postawę, balansując trzymanymi na głowie tomami przyjaciółki.
Emmy marzyła o zaspokajaniu swojego nienasyconego głodu wiedzy magicznej. O znajdowaniu odpowiedzi na trapiące ją pytania.
Grace pragnęła, by nigdy więcej nie doskwierał jej głód.
Wieczorem w dniu balu Emmy i Grace zarzuciły peleryny na swe suknie i szybko wsiadły do luksusowego powozu. Gdyby któraś z sąsiadek uważnie im się przyglądała w tej chwili, dostrzegłaby niechybnie, że wokół sukni Emmy wiją się delikatne obłoczki, a na tej założonej przez Grace prószą płatki śniegu. Suknie były zaczarowane, całkiem jak te z baśni czytanych przez Emmy.
Kiedy Emmy, nienawykła do poruszania się w tak absurdalnie ciężkiej garderobie, niepewnie postawiła stopę na stopniu powozu, z pomocą pospieszył jej najwyższy i najprzystojniejszy z chłopców mieszkających w kamienicy, Jimmy Li, ujmując ją za rękę. Sąsiedzi uśmiechali się promiennie do jej ojca, którego czary wielu z nich nieraz ratowały przed klątwą bezrobocia, i jego cichej towarzyszki, biedy. Mimo że nie byli świadomi istnienia magii, zdawali sobie sprawę, że pośród nich żyje prawdziwy cudotwórca, i darzyli go za to miłością.
Kiedy konie ruszyły kłusem, Emmy dotknęła miejsca na dłoni, którego dotknął Jimmy. Jej znakomity humor szybko się ulatniał. Prawdę mówiąc, dziewczęta wiedziały niewiele na temat Towarzystwa Czarodziejskich, nie licząc skąpych informacji, przekazywanych im przez ojca Grace przy okazji jego rzadkich wizyt. Przyjęcie zaproszenia oznaczało zgodę na wybór jednej z dwu ścieżek kariery: losu czarodziejskich sług Towarzystwa, takich jak chociażby pokojówki, które wykorzystywały wiatr do odkurzania wielkich rezydencji, czy ogrodnicy utrzymujący róże w stanie kwitnienia przez całą zimę. Albo losu protegowanych, debiutantek wywodzących się ze skromnych warunków, lecz za to zdradzających nadzwyczajny potencjał. Osoby takie korzystały z mecenatu ze strony najznakomitszych rodów Towarzystwa, dzięki czemu mogły liczyć na szybki awans społeczny.
Ojciec Grace z dumą mawiał, że obie dziewczyny mają wszelkie zadatki na protegowane. O ile Emmy domyślała się, że uważał je za wyjątkowo utalentowane, o tyle Grace tłumaczyła sobie opinię ojca raczej faktem, że uważał je za ładne. Nim zdążyły go dopytać, co tak naprawdę miał na myśli, mężczyzna zmarł. Dwa lata po jego śmierci, zgodnie z jego obietnicą, dziewczęta otrzymały zaproszenia.
Tego wieczoru stanęły przed szansą pokazania, ile są warte. Okazja taka miała się już nigdy nie powtórzyć.
Jeżeli Towarzystwo uzna, że nadają się do roli protegowanych, bal ten będzie zaledwie pierwszym z wielu, na jakich przyjdzie im się bawić. Była to przyszłość, o jakiej marzyły od dawna: Emmy będzie z lubością przesiadywała w bibliotekach pełnych starożytnych, opływających magią ksiąg, wynurzając się z nich tylko za namową Grace, w której szafach czekać będą najmodniejsze kiecki, zakupione z hojnych stypendiów. Nad ich edukacją pochylać się będą prywatni nauczyciele, którzy pomogą im wznieść sztukę magiczną na nowy, wcześniej niedostępny im poziom. Dzięki temu będą mogły wnosić wkład w działalność Towarzystwa, jak przystało na jego otaczane miłością członkinie. Będą kosztowały najbardziej wyrafinowanych potraw. Korzystały z dobrodziejstw muzyki i tańca, brały udział w konkursach i zabawach. O ile Emmy zarzekała się, że często będzie odwiedzała swojego papcia, żeby dzielić się z nim dykteryjkami o życiu wyższych sfer, o tyle Grace poprzysięgła sobie, że nigdy więcej jej stopa nie postanie na południe od ponurej Houston Street.
Zrujnowane kamienice czynszowe za oknami powozu z wolna ustąpiły miejsca eleganckim budynkom z czerwonobrunatnego piaskowca. Na ulicach, przez które jechali, było cicho. Aksamitnego nieba nie zasłaniały kłęby dymu z kominów, rozwieszone nad ulicą sznury z praniem ani przewody telegraficzne. Grace umierała z niepokoju, za to na Emmy, kiedy tylko ujrzała na niebie pierwsze gwiazdy, spłynął jakiś nieziemski spokój. Obie obdarzone były nadzwyczajnymi magicznymi mocami, które zapewne pozwolą im wyróżnić się na tle innych debiutantek władających jedynie magią żywiołów. W swoich olśniewających kreacjach, prawdę mówiąc, bardziej przypominały już młode damy niż przyszłe pokojówki. Co ważniejsze jednak, ćwiczyły swoje zdolności, odkąd Emmy sięgała pamięcią. Były gotowe pokazać, na co je stać.
Spokój nie opuszczał Emmy nawet wtedy, gdy powóz skręcił w alejkę obok okazałej rezydencji i gdy po wyjściu z niego cała trójka dała się poprowadzić zamaskowanym strażnikom przed ukryte drzwi. Mężczyźni ci odziani byli w perłowobiałe mundury, z ciemnymi rewolwerami u pasa. Po chwili znaleźli się w majestatycznej sali balowej i rozdzieliły się z papciem. Tam mogły przyjrzeć się innym debiutantkom, podobnie jak one szesnastoletnim i podekscytowanym, które prezentowały swoje cudowne zdolności. Jedne sprowadzały deszcz. Inne poskramiały wiatr. Ale największe wrażenie zrobiła na nich pewna ognistowłosa dziewczyna, która stanąwszy na scenie, wtem stała się niewidzialna.
Mimo że pokazy te mogły się komuś wydać imponujące, Emmy nie umiała powstrzymać uśmiechu. Dotychczas dane jej było obserwować jedynie dary Grace i papcia. Tymczasem teraz przekonywała się na własne oczy, że nadal jest jeszcze tyle do nauczenia się. Zaczynała rozumieć, że wciąż niewiele wie na temat tego, jak działa magia, jakie są jej źródła. Nie miała pojęcia, dlaczego ma do niej dostęp zaledwie garstka osób, natomiast większość jest jej pozbawiona. Wprawdzie kibicowała wszystkim debiutantkom, w głębi serca jednak wiedziała, że jej dar, kiedy w końcu zaprezentuje go światu, przyćmi wszystkie wcześniejsze występy.
Grace też zdawała sobie z tego sprawę. Nie miała co do tego wątpliwości.
Kiedy przyszła jej kolej, Emmy wspięła się po schodkach na scenę. Przed oczami miała teraz morze obcych zamaskowanych twarzy: Towarzystwo Czarodziejskich. Jeśli wierzyć Grace, wśród nich były najzamożniejsze i najbardziej wpływowe nowojorskie osobistości. Oczy skryte za białymi maskami spoglądały lodowato. Emmy utkwiła wzrok w papciu, stojącym z tyłu razem z rodzicami innych debiutantek.
Emmy pokazała tłumowi małego zabawkowego żołnierzyka. Kiedy wszyscy już zobaczyli, jaki jest zwyczajny, zamknęła go w dłoni. Wzięła głęboki wdech i zaczerpnęła magii.
Ta momentalnie odpowiedziała na jej wołanie: powietrze wyraźnie ochłodziło się za sprawą mgiełki, która zawsze towarzyszyła pojawieniu się magii. Emmy wciągnęła ją do płuc i poczuła, jak po całym jej ciele rozlewa się charakterystyczna ciężkość. Chwilę później napięte mięśnie drżały już z wysiłku. Przywołała w myślach obraz zabawkowego żołnierza, którego trzymała w ręce. Cyna, cyna, aluminium. Cyna, cyna, aluminium. Jej oddech stał się płytki, gdy skierowała magię do wnętrza figurki, sprawiając, że metal, z którego była wykonana, zgęstniał. Stał się niesamowicie błyszczący, niczym złociste włosy Grace prześwietlone słońcem. Silny niczym dłonie papcia, kiedy układał cegły. I delikatny jak jego dotyk, gdy całował ją w czoło przed wyjściem na zmianę w pracy.
Po raz pierwszy dokonała tej przemiany ledwie parę dni wcześniej, dlatego prezentowanie jej teraz było dość ryzykowne. Jednak myśl o porażce nie postała nawet w jej głowie: czuła, jak metal rozgrzewa się i staje śliski. Utwardziła złoto – to musiało być właśnie ono. Nie żaden metalowy złom ani nawet pozłacana cyna.
Kiedy napięcie stało się już nie do wytrzymania, Emmy uwolniła magię i rozchyliła dłoń.
W świetle świec połyskiwała bryłka złota. Nieforemna co prawda, lecz najprawdziwsza i błyszcząca.
Na miękkich nogach Emmy podeszła do krawędzi sceny i upuściła bryłkę prosto na stół, przy którym siedziało trzech mężczyzn. Grace nazywała ich triumwiratem. Byli to przywódcy Towarzystwa Czarodziejskich.
Mężczyźni błyskawicznie porwali złoto ze stołu i zaczęli je skrupulatnie badać. Emmy przypatrywała się ich zabiegom, wstrzymując oddech. Twarze członków triumwiratu skrywały się za maskami, jednak w ich oczach płonęła ciekawość.
Wreszcie jeden za drugim wstali, nie spuszczając Emmy z oczu.
Po chwili zaczęli klaskać.
Widownia zerwała się na równe nogi. Aplauz był wręcz ogłuszający, Emmy czuła, jak deski sceny wibrują pod jej nogami. Szeroki uśmiech papcia wyrażał tę samą dumę, która teraz rozpierała jej serce. Szczęście, wielka satysfakcja z tego, czego dokonała, były tak absolutne, że mogłaby w nich utonąć. Przekształcając pospolity metal w szczere złoto, zachwyciła Towarzystwo Czarodziejskich.
W całym tym uniesieniu nie zwróciła uwagi na chłopaka w smokingu. Siedział w pierwszym rzędzie i przypatrywał jej się w zdumieniu, jakby dopiero w tej chwili ją ujrzał. Jego oczy były szare niczym deszcz, a usta rozchylone w niemym zachwycie.
Zachwyt Emmy nie pozwolił jej również dostrzec, że uśmiech na ustach Grace, kiedy uścisnęła ją po zejściu ze sceny, jest dziwnie wymuszony. Nie widziała też, że kiedy Grace zajęła jej miejsce na scenie i zaczęła demonstrować swój rzadki talent, trzęsły jej się ręce. Nasączyła jedwabną rękawiczkę na swojej dłoni niewidzialnością, której użyła wcześniej rudowłosa debiutantka, i po chwili rozpłynęła się w powietrzu. Jej ojciec nazywał tę sztukę magią pomostową: polegała na napełnianiu przedmiotów magią, którą władali inni.
Również i jej występ został nagrodzony owacją na stojąco – co prawda nieco mniej entuzjastyczną niż ta po pokazie Emmy, czego obie udawały, że nie dostrzegają. Ale Grace nie odrywała wzroku od swojej najdroższej przyjaciółki, którą znała od tylu lat. Z jej błękitnych oczu wyzierała dziecięca niewinność, kiedy triumwirat zaprosił Emmy z powrotem na scenę.
Grace patrzyła z zapartym tchem, jak Emmy jest oskarżana o wykorzystanie oszukańczej magii.
Jak próbuje jeszcze raz przemienić metal w złoto, lecz odkrywa, że w jakiś niewytłumaczalny sposób straciła swoją moc.
Jak strażnicy szarpnięciem rozrywają jej suknię, która rozdziera się od dekoltu po dolny brzeg.
Jak wypada z niej tombak, sztuczne złoto, ukryte tam za namową Grace przez jej nową znajomą, czarodziejską krawcową.
Jak Emmy zostaje skazana na karę więzienia w sekretnym lochu Towarzystwa.
Jak ubóstwiający swoją córkę ojciec próbuje się za nią wstawić i zostaje zastrzelony z zimną krwią niczym wściekły pies.
Na magiczny bal wybrały się dwie dziewczyny, lecz wróciła z niego tylko jedna. O drugiej słuch zaginął.
A przynajmniej tak sądzili ci, którzy ją zdradzili.
U EMMY VALLILLO ROZWINĘŁA SIĘ PREDYLEKCJA do krzyku.
Nie zważając na zdarte gardło, stawała na wprost żelaznych wrót swojej celi i krzyczała, dopóki całkiem nie zaniemówiła. Papcio nazwałby to krwawieniem strun głosowych. Czasami wyobrażała sobie, jak siedzi przycupnięty w kącie jej celi, garbiąc się nad swoim ukochanym atlasem anatomicznym. Im dłużej tkwiła w Wieży Grimsbane, tym mniej ufała swoim oczom. Zresztą uszom też. I sercu.
Jej naiwnemu, żałosnemu sercu.
Krzyczała coraz głośniej i czuła, jak jej skóra się rozgrzewa. Kiedy zachowywała się w taki sposób, prędzej czy później strażnicy grozili, że stłuką ją do nieprzytomności. Ale nigdy nie szły za tym żadne czyny. Ani razu żaden nie przekroczył progu jej celi, mimo że minęło już osiemset dwadzieścia osiem dni, odkąd została uwięziona.
No ale przynajmniej raczyli z nią rozmawiać. To jej wystarczyło.
Przesuwna płyta w okienku wprawionym w środek drzwi poruszyła się, gdy jeden ze strażników szarpnął za metalową zasuwę. Emmy z najwyższym trudem opanowała podniecenie. Strażnicy nie znosili, gdy się uśmiechała.
Płyta odsunęła się, ukazując podłużną twarz strażnika, przywodzącą na myśl oblicze konia.
– Głupiaś jak but, księżniczko.
Strażnicy uwielbiali naigrawać się z jej podartej sukni balowej, którą nadal miała na sobie. Nic nie mogła na to poradzić, bo przecież nie miała żadnej innej odzieży. Ale nie narzekała: suknia, mimo że zniszczona, od dwóch lat świetnie sprawdzała się jako poduszka i jednocześnie materac. Co prawda haftowane obłoczki nie błądziły już nad powierzchnią satyny w kolorze kości słoniowej, lecz nadal jej towarzyszyły, stale przypominając o tym, jaka była niemądra.
„Prawdziwa suknia musi ważyć tyle co koń”, tłumaczyła jej w żartach Grace, kiedy Emmy narzekała na obszerną kreację. „To dar od uroczej Clary Claremont, która swoją magią ożywia ozdobne wzory na tkaninach”.
Kłamstwa. Wszystko miało swoją cenę. Podarunek od Claremont bynajmniej nie był niewinny. Suknie wcale nie powinny ważyć tyle co koń. W każdym razie takie, w których nie zaszyto tombaku.
– Przynieś mi książkę – wychrypiała Emmy. – A będę cicha jak myszka.
Z Grimsbane nie było ucieczki. Nie pozwalano jej nawet opuszczać celi. Dzisiaj czuła, że za wszelką cenę musi znaleźć sobie jakąś rozrywkę.
– Ile razy ci już powtarzaliśmy: nikt nie słyszy twoich wrzasków. – Strażnik o końskiej twarzy wykrzywił usta w złośliwym grymasie i wymownie poklepał dłonią kamienną ścianę. – Żadne dźwięki się przez nią nie przecisną.
W każdym razie tak twierdzili. Owszem, jego słowom nie można było odmówić pewnej słuszności. Z zewnątrz nie dobiegał nawet stukot zbliżających się kroków, co dopiero głosy więźnia trzymanego w sąsiednim lochu. Jedynym zakłócającym ciszę dźwiękiem był metaliczny szczęk odsuwanej klapy w oknie. Mimo to Emmy była przekonana, że jakieś choćby nikłe echo jej wrzasków przenika mury. W przeciwnym razie strażnikom nie chciałoby się jej uciszać.
– Przynieś mi gazetę. Może być taka z ogłoszeniami. Cokolwiek.
Strażnik gapił się na nią tępym wzrokiem, jakby w ogóle się nie odezwała.
Był czas, gdy starała się przekonywać strażników, dowodzić swojej niewinności, krzyczeć, że ona, Emilia Vallillo, wcale nie jest oszustką. Że naprawdę włada rzadką magią transformacji. Że nawet bez niczyjego patronatu nauczyła się przemieniać wodę w wino, pogryzioną przez mole bawełnę w grubą wełnę, a blaszkę z najpodlejszego metalu w szczere złoto. Że została wrobiona.
Mężczyźni w odpowiedzi żądali, by zademonstrowała swoją moc. Oczywiście wiedzieli, że nie potrafi, ponieważ straciła swoją magię. Nie wyczuwała jej w sobie od momentu, gdy próbowała dowieść swojej niewinności na tym przeklętym balu. W zeszłym tygodniu Koński Pysk rozpętał małą wichurę w jej celi. Podmuchy uniosły ziemię i kamyki i cisnęły jej nimi w twarz.
– Wiesz co? – odezwał się teraz ni stąd, ni zowąd strażnik. – Przyniosę ci coś wyjątkowego.
Emmy domyślała się, że szanse na to są raczej niewielkie. Klapa w okienku zatrzasnęła się, pogrążając ją na nowo w głuchej ciszy. Przez większą część życia mieszkała w kamienicy czynszowej, w której nigdy nie milkł wielojęzyczny gwar. Papcio nazywał ją z tego powodu Wieżą Babel. Teraz zaś otaczała ją absolutna, chwytająca za gardło cisza. W swojej głowie słyszała szepczący głos, który mówił: „Wytrzymaj. Jeszcze trochę”. Udawała przed sobą, że to głos papcia, aczkolwiek zdawała sobie sprawę, że to tylko kolejna halucynacja: przecież papcio umarł. Nie, został zamordowany. Przez tego samego nikczemnika, który nazwał ją oszustką.
Zaczerpnąwszy w płuca stęchłego powietrza, umościła się pod swoją ulubioną ścianą – tą, pod którą było odrobinę cieplej niż gdzie indziej. Przez maleńkie owalne okienko naprzeciw drzwi sączyło się mdłe światło. Okienko znajdowało się zbyt wysoko i było za wąskie, by można się było przez nie przecisnąć. Promienie padały na mur, uwypuklając wydrapany w kamieniach rachunek dni spędzonych w lochu. Liczba nierównych linii przyprawiała o grozę. Siedemset. Osiemset. Jedna za drugą, w szeregu, który zdawał się nie mieć końca. Starała się nie zwracać uwagi na dzisiejszą datę – 30 kwietnia 1882 roku – lecz jej umysł z jakiegoś powodu pastwił się nad nią, przypominając o niej Emmy. Zresztą to niejedyna tortura, jaką jej fundował: uparcie podsuwał też obrazy Grace i dręczył wyobrażeniami o tym, czym jej przyjaciółka zajmuje się w ten wiosenny dzień. Jakiej magii się uczy. Na jakich przyjęciach się bawi.
Może oczekiwanie, aż strażnik wróci, było jej karą. Godzina w lochu dłużyła się jak rok. Jednak gdy w grę dodatkowo wchodziło niecierpliwe wyczekiwanie, rok wydawał się stuleciem. Cienie w celi wydłużały się, aż w końcu połykał je dookolny mrok. W pierwszych miesiącach lodowate noce spędzane w ciemności były dla niej torturą, teraz jednak zdawało jej się, jakby odnajdywała otuchę w tym mroku: był przypomnieniem, że nie dała się złamać.
W końcu metalowa klapka znów się uchyliła. Emmy, nie mogąc powstrzymać ekscytacji, pospiesznie zbliżyła się do drzwi. Musiała osłonić oczy przed blaskiem bijącym od pochodni oświetlających korytarz.
– Głodnaś, księżniczko? – spytał przesadnie słodkim głosem strażnik o końskiej twarzy. Dał się słyszeć kobiecy chichot dobiegający zza jego pleców.
Emmy zebrała się w sobie: obecność dwojga strażników zwiastowała kłopoty. Może znowu wrzucili jej do miski ze strawą rozkładające się szczurze truchło. Albo kiedy wyciągnie rękę po miskę, kobieta uderzy w nią magią wody.
W każdym razie wizyta pary strażników była rzadkością. Emmy nie zamierzała przepuścić takiej okazji.
Kiedy stała już blisko drzwi, uderzył ją przenikliwy, ostry smród moczu. Nasikali jej do jedzenia. Cóż za oryginalność.
– No chodź, księżniczko – zachęcała kobieta. Oczy jej zapłonęły, kiedy Emmy udała zainteresowanie porcją szarej papki, którą żywiła się od dwóch lat. – Nawet wściekłe psy głodnieją, co nie?
– Podgrzaliśmy dla ciebie strawę – poinformował mężczyzna, wsuwając miskę przez okienko. Zazwyczaj wystrzegali się wkładania rąk do wnętrza lochu, ale tym razem w rozochoceniu najwidoczniej zapomniał o ostrożności.
Emmy momentalnie zatopiła zęby w jego ramieniu.
Strażnik zawył z bólu i machnął ręką. Ale Emmy nie rozluźniła szczęki. Mężczyzna kwiczał jak szlachtowane zwierzę, mimo że to ją nazywali wściekłą bestią. Sam był sobie winny – trzeba było nie pchać łap do klatki z psem.
Kiedy w końcu zdołał wyrwać pogryzioną rękę, już się nie śmiał. Teraz śmiała się Emmy.
Od czasu do czasu nachodziły ją takie ataki histerycznego śmiechu. A kiedy już się zdarzały, prowadziły ją na skraj obłędu. Wiedziała, że nie może sobie pozwolić, by znów popaść w szaleństwo: nie teraz, gdy doprowadziła strażników do takiego stanu. Mimo że próbowała zaciskać swoje pogryzione wargi, nie była w stanie powstrzymać rechotu. Nie przestała się śmiać, nawet gdy kobieta strażnik wetknęła dłoń przez okno. Emmy widziała, jak pod wpływem wysiłku, jakiego wymagało przywołanie magii, napinają się jej mięśnie.
Po chwili silny strumień wody uderzył ją w twarz na wysokości kości policzkowej. Uderzenie przypominało cios pięścią z mosiężnym kastetem. Emmy uskoczyła w bok, uciekając przed strumieniem. Strażniczka zmieniła jednak ułożenie dłoni i po chwili dziewczyna była już mokra od stóp do głów, a wilgotny jedwab oblepiał jej wychudzone członki.
Teraz z kolei strażnicy mieli powód do śmiechu. Emmy rzuciła im nienawistne spojrzenie. Mimo że w całym ciele czuła przenikliwy chłód, nie zamierzała dać im satysfakcji…
Wtem rozległ się ogłuszający huk. Tak potężny, że posypał się pył z murów.
Emmy, walcząc z dygotem, zamarła w bezruchu.
Strażnicy oddalili się pospiesznie, klapa w okienku została gwałtownie zasunięta. Emmy momentalnie dopadła drzwi – nareszcie zapomnieli zamknąć zasuwę. Z czołem wspartym o chłodny metal rozglądała się po korytarzu.
Wtem ciało jednego ze strażników, mężczyzny, zostało przygniecione do drzwi jej celi. Dał się słyszeć przyprawiający o mdłości trzask łamanych kości.
Emmy odruchowo odskoczyła do tyłu, wypuszczając na moment z rąk płytkę w oknie. Ale zaraz dopadła drzwi z powrotem i otworzyła ją ponownie.
Mężczyzna leżał na ziemi, jego głowa była wygięta pod jakimś nienaturalnym kątem. Nie żył.
Emmy zamrugała szybko, pewna, że umysł znów płata jej figle. Ale strażnik nadal tam był, wyraźnie widziała ślady po ugryzieniu na jego ramieniu.
Strażniczka zjawiła się w polu widzenia Emmy: cofała się z rękami uniesionymi w górę.
– Zaczekaj, Fontaine…
Jakaś ciemna postać chwyciła ją za szyję i jednym błyskawicznym ruchem skręciła jej kark.
Dźwięk przypominał trzask, jaki słyszy się podczas strzelania palcami, tyle że głośniejszy.
Emmy musiała jęknąć ze strachu, ponieważ ciemna postać błyskawicznie odwróciła się do niej. Cofnęła szybko rękę, zatrzaskując płytę w oknie. Nadal jednak nie odstępowała drzwi. W uszach słyszała łomot krwi. Czekała.
Płyta w okienku uchyliła się, ukazując parę oczu w kolorze burzowego nieba.
EMMY Z ROZCHYLONYMI USTAMI WPATRYWAŁA SIĘ w stojącego po drugiej stronie drzwi mężczyznę. Na głowie miał burzę ciemnych tłustych loków. Jego blada skóra chyba równie dawno nie widziała słońca jak jej. Twarz wydawała się młoda, lecz zarazem zniszczona, jakby człowiek ten miał za sobą już sto wypełnionych nieszczęściem żyć.
Był więźniem, takim samym jak ona. Widziała, jak w ułamku chwili zabił dwoje strażników, a mimo to nawet się nie zziajał. Ale nie to wydało jej się najbardziej niepokojące: przeraziła ją ostrość jego spojrzenia, zdradzającego coś znacznie więcej od zrozumiałej ciekawości. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, ślizgając się spojrzeniem po jej obdartej sukni balowej, wychudzonym ciele, brudzie, pod którym kryła się jej niegdyś ładna twarz. W końcu parsknął śmiechem.
Emmy powoli wycofała się w głąb celi, ani na moment nie spuszczając z oczu tego szaleńca. Jego śmiech urwał się równie nagle, jak się zaczął. Nieznajomy szarpnął drzwiami, jakby chciał sprawdzić, czy sobie z nimi poradzi.
– Jeśli tu wejdziesz… – wychrypiała dziewczyna. W gardle czuła bijące szybko serce. – Powyrywam ci ręce i nogi.
Mężczyzna przechylił na bok głowę, niczym jastrząb przyglądający się myszy.
– Nie chcesz, żebym cię uwolnił?
Wolna. Nawet jeśli nieznajomy zdoła otworzyć drzwi, jego spojrzenie budziło niepokój. Przywodziło jej na myśl wzrok, z jakim jej stary kot dachowiec paradował całymi dniami po schwytaniu szczura, obnosząc jego truchło. Nie odkładał go, żeby zjeść. Przez cały ten czas nawet nie spał. Zachowanie monomaniakalne, podsumował kiedyś papcio. Chorobliwe zainteresowanie jedną sprawą.
Dokładnie takie wrażenie sprawiał na niej teraz ten szaleniec. Przypominał kota, który schwytał wyjątkowo dorodnego szczura.
Jeszcze raz potrząsnął drzwiami. Dał się słyszeć szczęk zamków. Emmy zatkała sobie uszy. Ten człowiek z łatwością zabił dwoje strażników. Nie miała szans w starciu z nim, niezależnie od tego, jak mocno Jimmy Li nauczył ją uderzać.
– Jesteś tą debiutantką, zgadza się? – Usta mężczyzny, gdy to mówił, wykrzywił grymas. – Oszustką.
– Nie jestem oszustką – odwarknęła Emmy.
– Byłem na tamtym balu. Twierdziłaś, że masz moc przemieniania rzeczy. Że potrafisz wyczarować złoto z… – Szukał odpowiedniego słowa. W końcu poddał się i tylko machnął lekceważąco ręką. – Z czegoś.
Mimo że u jego stóp leżały ciała zabitych, wypowiadał się lekkim, beztroskim tonem.
– Jak sobie chcesz – westchnął. – I tak tylko byś mnie spowalniała.
Płyta w oknie zasunęła się z trzaskiem. Emmy, nie mając pojęcia, co robić, nie ruszała się z miejsca. Nieznajomy nie miał powodu jej pomagać. Prawdopodobnie by ją zabił, gdyby tylko dała mu taką sposobność. Mimo to w umyśle Emmy utkwiło to przeklęte po stokroć słowo: wolna.
– Zaczekaj – wycharczała z szybko bijącym sercem.
Odpowiedziała jej cisza.
Dopadła drzwi i okienka.
– Zaczekaj!
Pokazał się znowu, trochę za szybko, jak niechętnie skonstatowała Emmy. Na jego wychudłej twarzy zjawił się przebiegły uśmiech.
Wolna, wolna, wolna. Niewiele brakowało, a zaczęłaby go błagać. Nagły przypływ nadziei przyprawił ją o zawrót głowy.
– Klucze znajdziesz w lewej kieszeni – poinformowała, wskazując zwłoki strażniczki.
– A jak mi się zrewanżujesz?
– Przecież sam zaproponowałeś, że mnie uwolnisz – warknęła, spoglądając na niego spode łba.
Mężczyzna zerknął w głąb korytarza, po czym ruszył w tamtym kierunku.
– Umiem tworzyć złoto – zawołała za nim Emmy.
Ale on, odchodząc, tylko wzruszył ramionami, jakby nie robiło to na nim żadnego wrażenia.
Emmy desperacko starała się znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby go zatrzymać.
– Mogę zmienić strażnika, tak że będzie nieodróżnialny od ciebie. Nikt się nie zorientuje, że uciekłeś.
Mężczyzna się zatrzymał. Obrócił się przez ramię i spytał:
– Naprawdę umiesz zrobić coś takiego?
– Pewnie – rzuciła lekkim tonem, mimo że tak naprawdę była na skraju paniki.
To papcio był mistrzem w przekształcaniu ludzkiej tkanki. Tyle że nawet on używał tej magii nie do zmieniania wyglądu, ale do leczenia. Owszem, był jej mentorem, jednak Emmy specjalizowała się w czymś zgoła innym: w transformowaniu rzeczy nieożywionych, na przykład guzików albo… Zresztą jakie to miało teraz znaczenie? Przecież straciła swoją magię.
Szaleniec przyklęknął przy bezwładnym ciele strażniczki i zaczął myszkować po jej kieszeniach.
Kiedy po chwili podszedł do drzwi z pękiem kluczy, Emmy nie umiała okiełznać zdradzieckiej nadziei, która rozkwitła jej w sercu. Wsunął na próbę pierwszy klucz do zamka. Dał się słyszeć zgrzyt metalu. Ale nic z tego, drzwi ani drgnęły.
Otwórzcie się, powtarzała w myślach Emmy, kiedy nieznajomy spróbował z drugim kluczem. Z zapartym tchem czekała.
Otwórzcie się. Kolejny klucz zazgrzytał w zamku. Jeżeli te hałasy zaalarmują innego strażnika albo jeśli nieznajomy dojdzie do wniosku, że nie warto się dla niej narażać, zostanie w tej celi już na zawsze…
Wtem rozległo się charakterystyczne szczęknięcie zwalnianego zamka. Drzwi zgrzytnęły i stanęły otworem.
Emmy szybko przepchnęła się obok szaleńca. Zwolniła dopiero, kiedy całym ciałem była już na korytarzu. Ale natychmiast uznała, że taka odległość od celi nie wystarcza. Rzuciła się w kierunku schodów. Wtem poczuła, jak mężczyzna chwyta ją za mokry rękaw sukni. Teoretycznie mogłaby się opierać, jednak zamarła bez ruchu. Czuła, jak palce nieznajomego zaciskają się na jej wychudzonym ramieniu. Szybko się zreflektowała – lepiej udawać, że robi, co jej każe. Do czasu.
– Spraw, żeby ten tutaj wyglądał jak ja – nakazał. Znowu spojrzał w głąb korytarza, marszcząc brwi. – Szybko.
Jej twarz musiała zdradzać panikę, bo w następnej chwili poczuła, jak mężczyzna próbuje wepchnąć jej coś do ręki.
Emmy wyrwała mu się i przywarła plecami do ściany. Mogła teraz widzieć zarówno jego, jak i drzwi na końcu korytarza.
– Weź to. – Zerknął jeszcze raz w głąb korytarza, po czym podsunął jej na wyciągniętej dłoni metalicznie połyskującą monetę. – Towarzystwo zablokowało twoją magię, nieprawdaż? Za pomocą tej monety ją uwolnisz.
Zablokowana? Nie, Emmy straciła swoją magię. A teraz lada chwila miała zostać przyłapana poza własną celą, z dwoma martwymi strażnikami u swoich stóp.
Mężczyzna, nadal wyciągając przed siebie rękę, zbliżył się o krok.
Emmy, z plecami przypartymi do ściany, gotowała się do ucieczki.
Ale on posuwał się dalej. Zauważyła, że podobnie jak ona ma na sobie elegancki, choć znajdujący się teraz w opłakanym stanie strój: smoking, którego porwane poły powiewały w podmuchach wiejących przez korytarz. Inaczej niż ona poruszał się z gracją człowieka, który od urodzenia paraduje w jedwabnym krawacie i szytych na miarę spodniach. Tak, pomimo zniszczonego stroju nieznajomy emanował pewnością siebie właściwą osobom zamożnym.
A bogacze plasowali się wysoko na liście osób, którym Emmy z zasady nie ufała.
Szybko zreflektowała się, że ta pewność siebie może być jego słabością. Niewykluczone, że mężczyzna jej nie docenia. I zaraz pojawiła się druga myśl: jeśli natkną się na więcej straży, szaleniec, jak widać, niestroniący od przemocy, będzie mógł ją obronić.
Drżącymi palcami wzięła monetę. Jego dłoń wydała jej się zaskakująco ciepła. Kiedy tylko zacisnęła dziwny metal w garści, poczuła, jak otaczające ją powietrze nieco się ochładza.
Wewnętrznie przygotowując się na rozczarowanie, spróbowała zaczerpnąć swojej mocy, ale nic się nie stało. Oczywiście, czegóż innego się spodziewała? Przecież nie czuła ulotnej magicznej mgiełki od czasu tamtego przeklętego balu.
Jeżeli ten szaleniec zda sobie z tego sprawę, niechybnie skręci jej kark, tak jak zrobił to z dwojgiem strażników.
Mężczyzna wydał z siebie świadczący o irytacji pomruk i wyrwał jej z ręki monetę.
– Cofnij się – polecił.
– Co chcesz zrobić?
Potarł kciukiem o opuszki pozostałych palców. I nagle z jego dłoni buchnął czarny płomień.
Emmy, zdumiona nagłym przejawem magii, przypatrywała się ogniowi szeroko otwartymi oczami. Nieznajomy przywołał go z jeszcze większą łatwością, niż czynił to papcio. Szybciej nawet od niej samej – a przecież była najszybszą z debiutantek prezentujących swoje zdolności na balu – i to o kilka sekund.
Mężczyzna szybko zawlókł zwłoki kobiety do celi Emmy, a ciało mężczyzny do swojej. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się drzwi do komórki, w której był więziony, teraz ział otwór po stopionym metalu. Uniósł ramiona i szaroczarne płomienie padły na strażniczkę. Lizały jej głowę i po chwili skóra na twarzy kobiety zwęgliła się i zaczęła spod niej wyzierać blada czaszka. Z posępnym uśmiechem nieznajomy rozpostarł teraz szeroko ręce, a czarne płomienie wspięły się na ściany, które więziły Emmy przez dwa nieskończenie długie lata. Ze stropu, którego znała każdą rysę, posypały się kamienie. Ogień, jakim władał mężczyzna, musiał pochodzić z samego piekła: był czarny jak sama noc i cudownie niszczycielski.
Kiedy patrzyła na płonącą celę, ze zdumieniem odkryła, że chce jej się śmiać.
Hałas był tak wielki, że zapewne zaalarmował już wszystkich strażników w Wieży Grimsbane.
Jej towarzysz wołał coś do niej, próbując przekrzyczeć huk szalejących płomieni i spadającego gruzu. Pobiegł w głąb korytarza, a za nim powiewały poły smokingu.
Skoro ten człowiek władał tak potężną magią, u jego boku miała największe szanse, że wyjdzie żywa z tej eskapady. To, czy był niespełna rozumu, schodziło na dalszy plan.
Zakasawszy swoje podarte spódnice, ruszyła za nim biegiem.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
