Zło pójdzie za tobą - Mark Edwards - ebook + książka

Zło pójdzie za tobą ebook

Edwards Mark

4,2

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Daniel i Laura, trzydziestoparolatkowie z Londynu, wyruszają w wielką podróż po Europie. Po powrocie planują się pobrać, założyć rodzinę. Gdy ich poznajemy, są w Budapeszcie – wsiadają właśnie do nocnego pociągu jadącego do Rumunii. Zapowiada się niezapomniana wyprawa. I rzeczywiście, na mocne wrażenia nie trzeba długo czekać. Już wkrótce para ląduje na nieczynnej stacyjce, gdzieś na rumuńskim odludziu. Usunięta z pociągu przez pograniczników za brak dokumentów. Bo dokumenty i plecaki skradziono im, gdy spali w najlepsze w kuszetce.

Postanawiają, idąc wzdłuż torów, dotrzeć do najbliższego miasteczka, ale ponieważ w dziwnych okolicznościach znika ich rumuńska towarzyszka Alina – zapuszczają się w głąb lasu. Gdy szukają dziewczyny, trafiają na rozległą polanę i stojący na niej samotny dom. To, co tam zobaczą przyprawi ich o dreszcze…

Ta upiorna rumuńska przygoda będzie się odzywać ponurym echem także po powrocie do Londynu. Na zdruzgotane nerwy Laura poszuka pomocy u psychoterapeutki. Daniel wynajmie detektywa, żeby zbadał sprawę. Wrażenia z Rumunii pozostawią trwały, niezbywalny ślad już na zawsze. I Laura, i Daniel będą cierpieć na zespół stresu pourazowego. Co go spowodowało? Jakie mroczne zagadki skrywał dom na odludziu?

Edwards po mistrzowsku stopniuje napięcie, zwodzi czytelnika, sprowadza go na manowce wyobraźni i zaskakuje, nie tylko nagłymi zwrotami akcji.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (120 ocen)
56
36
22
6
0
Sortuj według:
Macans

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogłam się oderwać. Mroczna, niepokojąca, o nieoczekiwanych zwrotach akcji, wbijająca w fotel. Majstersztyk. Zakończenie szokujące. Ostatnie zdanie- gęsia skórka. Wyobraźni czytelnika autor zostawił przetrawienie go. I teraz będę myśleć...
30
za_czy_ta_na

Dobrze spędzony czas

To. Było. Świetne! Książka ma prawie 500 stron, ale czyta się ją tak szybko i z takim zaciekawieniem i skupieniem, że po pierwsze nawet nie zorientowałam się, kiedy przekładałam ostatnią stronę, a po drugie czułam rozczarowanie, że to już koniec historii. Autor wprowadził mnie w tak niesamowity, mroczny i gęsty klimat, że nie chciałam z niego wychodzić. Nie chciałam, by emocje i adrenalina, które pojawiły się we mnie opuściły mnie tak szybko. Fabuła tej książki jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Tu wszystkie elementy mają jakieś znaczenie. Autor umiejętnie podkręca w czytelniku ciekawość. Uwierzcie mi, że ja się z tą książką praktycznie nie rozstawałam, póki nie skończyłam jej czytać. Jeżeli lubicie thrillery, to ta książka powinna być waszym must read. Polecam gorąco.
10
Muuunika
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca. Ostatnie strony czytałam w kolejce do lekarza i wkurzyłam się, kiedy w kulminacyjnym momencie zawołano mnie do gabinetu ;) Bałam się, że to będzie jakiś wymyślny horror, a to smakowity mroczny thriller z trochę niedopowiedzianym zakończeniem, które nie pozwala zapomnieć o tej książce od razu po jej przeczytaniu. Czekam na dalsze powieści tego autora.
00
Felunia1981

Dobrze spędzony czas

Polecam.Fajnie się czyta.
00
TOPERZ7

Nie oderwiesz się od lektury

Warto przeczytać.
00

Popularność




Tytuł oryginału: Follow You Home

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marta Stochmiałek

Redaktor prowadzący: Mariola Hajnus

Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek/

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Beata Kozieł, Justyna Techmańska

Słowo od autora

Akcja tej książki częściowo rozgrywa się na terenie Rumunii. Pozwoliłem sobie jednak dość swobodnie potraktować geografię tego kraju, czego dowodem jest choćby trasa nocnego kursu kolejowego z Budapesztu do Sighişoary. Fikcyjne są również miasto Breva, a także most Thornberry w Londynie.

Fotografia na okładce © kuzmaphoto/Shutterstock

Text copyright © 2021 by Mark Edwards. All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2022

© for the Polish translation by Andrzej Goździkowski

ISBN 978-83-287-2451-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I 

Warszawa 2022

–fragment–

Pamięci Philipa Daviesa, 1971–1990

CZĘŚĆ PIERWSZA

WĘGRY, RUMUNIA

SIERPIEŃ 2013

ROZDZIAŁ 1

Nocny pociąg do Sighişoary, planowo odjeżdżający z Budapesztu o dwudziestej trzeciej, miał opóźnienie. Dworzec, pusty o tej porze, sprawiał dość odpychające wrażenie. Bary i sklepy pozamykano już na noc, w cieniu pod ścianami stali jacyś ludzie. My siedzieliśmy na twardej posadzce, całodzienna włóczęga z plecakami po mieście w letnim upale dała nam w kość. Nieopodal nas zatrzymała się grupka nastolatków. Pokrzykiwali, robili wokół siebie dużo zamieszania, zaczepiali przechodniów, żebrząc o papierosy. W pewnym momencie podszedł do nas facet w średnim wieku i spytał, czy jesteśmy głodni i czy szukamy noclegu. Do twarzy przyklejony miał sztuczny, dobrotliwy uśmieszek, który spełzł, gdy kazaliśmy mu spadać. Uzbrojeni po zęby policjanci w parach patrolowali teren dworca. Kiedy nas mijali, przyglądali się nam podejrzliwie.

Kiedy w końcu pociąg wtoczył się na peron, odetchnęliśmy z ulgą. Oczekujących było mniej, niż się spodziewałem, ale ci, którzy wybierali się z nami do Sighişoary, zjawili się nagle na peronie, jakby wyrośli spod ziemi.

Zanim wsiedliśmy, przyciągnąłem do siebie Laurę.

– Kocham cię – powiedziałem.

Pocałowała mnie w usta i odrzekła:

– Ja ciebie też, Danielu. Mimo że straszny z ciebie nudziarz.

– Ejże… – zacząłem, ale ona już się odwracała. Wrzuciła plecak do wagonu. Kiedy spojrzała przez ramię i posłała mi uśmiech, wiedziałem, że tak naprawdę nie jest na mnie wkurzona. Ruszyłem za nią.

Mijając przedziały sypialne, zachodziłem w głowę, czy przypadkiem nie popełniłem błędu. Dzisiaj była moja kolej, by zapłacić za bilety. Ale zamiast zarezerwować dwuosobowy przedział z kuszetkami, w ostatniej chwili coś mi strzeliło do głowy, żeby kupić zwykłe, połowę tańsze, miejsca siedzące.

Laura, widząc, jak tęsknie przypatruję się przedziałom sypialnym, podeszła do mnie.

– Wielka szkoda – zagaiła.

– To znaczy?

– Myślałam, że będziemy uprawiać seks w pociągu. Nigdy jeszcze tego nie robiłam.

Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło.

– Myślisz, że da się jeszcze zmienić bilety?

Zbyła moje pytanie śmiechem. Klamka zapadła, zamiast w wygodnym przedziale sypialnym spędzimy tę podróż na siedząco. Laura znalazła pusty wagon i wybrała miejsca na samym jego końcu. Z torby wyciągnęła czytnik Kindle i butelkę wody, po czym rozsiadła się wygodnie w podwójnym fotelu, obciągniętym mocno już sfatygowanym szarym aksamitem. Ja zająłem miejsce przy oknie. Liczyłem na silną klimatyzację, która poradzi sobie z zaduchem letniej nocy. Zsunąłem na chwilę okulary, żeby obetrzeć spoconą twarz. A kiedy założyłem je ponownie, akurat dwoje spóźnialskich młodych ludzi wbiegło na peron. Zdążyli wskoczyć do wagonu dosłownie w ostatniej chwili. Pociąg szarpnął gwałtownie, z głośników rozbrzmiał głos konduktora. Ruszyliśmy.

Para, którą widziałem przez okno, wpadła do naszego wagonu. Oboje byli zdyszani, facet zanosił się śmiechem, natomiast jego towarzyszka wyglądała na nieźle wkurzoną. Niewielkie torby podróżne wrzucili na półkę bagażową, po czym usiedli obok nas, po drugiej stronie przejścia. Uśmiechnąłem się do nich, a potem odwróciłem głowę. Podczas naszej podróży po Europie poznaliśmy już kilka par. Były to przelotne znajomości, wymieniliśmy się mailami, nickami na Twitterze. Zawsze jednak przed zagajeniem rozmowy wolałem poobserwować nieznajomych, żeby upewnić się, że nie są żadnymi świrami.

Sądząc po wyglądzie, stanowili kiepsko dobraną parę. Oboje mieli po dwadzieścia parę lat, jednak nigdy bym nie pomyślał, że może ich ze sobą coś łączyć. Facet, niski i krępy, miał krótko ścięte blond włosy. Ubrany był w T-shirt w kolorze khaki i spodnie bojówki. Wyglądał dość pospolicie – zwyczajny koleś, który sporo czasu spędza na siłowni. Jego towarzyszka ubrana była od stóp do głów na czarno. Na koszulkę z nadrukiem The Stranglers narzuconą miała skórzaną kurtkę, do tego obcisłe jeansy i buty bikery. Włosy również czarne, choć z karmazynowymi pasemkami. Spod mocno podmalowanych powiek błyszczały oczy w kolorze café noir, tylko odrobinę jaśniejszym od czarnego. Mogła mieć około metra osiemdziesięciu wzrostu; kiedy stali, górowała nad nim. Kojarzyli mi się z parą postaci z kreskówki: Popeye’em i jego ukochaną, Oliwką Olejek.

Komunikowali się w swoim języku. Ewidentnie wschodnioeuropejskim, lecz nie potrafiłem stwierdzić, czy pochodzą z Węgier, Rumunii, a może jeszcze innego zakątka tej krainy obejmującej pół kontynentu.

Po jakimś czasie w naszym wagonie zjawił się jeszcze jeden pasażer. Był około czterdziestki, miał krótko przystrzyżone włosy i dziobatą twarz. Zauważyłem, że nie wniósł ze sobą żadnego bagażu. Mimo że wagon był niemal pusty, usadowił się niedaleko – tuż przy naszych fotelach, ale po skosie, tak że mógł nas widzieć. Przez chwilę przypatrywał się nam, nie kryjąc swojej dezaprobaty, wreszcie przymknął oczy i zaczął wachlować się gazetą.

Za oknem przesuwały się migoczące w ciemności zabudowania Budapesztu.

– Muszę się napić – odezwałem się. – Gdzieś w składzie powinien być wagon restauracyjny.

– Dopiero za granicą.

Zdziwiony uniosłem wzrok.

– Wagon restauracyjny otwierają, dopiero gdy przekroczymy granicę Rumunii – wyjaśnił Popeye, wzruszając ramionami. Zerknąwszy na zegarek, dodał: – Czyli za jakieś dwie i pół godziny.

– Trzeba było kupić coś do żarcia przed odjazdem – mruknąłem.

– Nic się nie martw – rzucił facet, zrywając się na równe nogi. – Jesteśmy przygotowani.

Z półki bagażowej ściągnął reklamówkę i dosiadł się do nas. Po chwili dołączyła też jego dziewczyna. Zajęła miejsce obok niego i założyła nogę na nogę. Nim zdążyliśmy zaprotestować, facet otworzył dwie puszki węgierskiego jasnego piwa i poczęstował nas.

– Jestem Ion – przedstawił się, otwierając kolejne dwa piwa. Upił łyk i powiedział: – A to Alina.

ROZDZIAŁ 2

Za oknami pociągu rozciągała się atramentowa czerń, mącona jedynie przez pojedyncze rozbłyski jakichś odległych świateł. Szyba miała skazę, moja odbita w niej twarz zdawała się dziwnie rozciągnięta, jak coś wykonanego z roztopionego plastiku. Wyglądało to dość koszmarnie. Odwróciłem się i skupiłem na naszych nowych znajomych.

Ion trzymał rękę na kolanie Aliny, głaszcząc je. A więc jednak byli parą.

– Co was sprowadza do Rumunii? – zainteresował się, szczerząc zęby w uśmiechu. Siedząca obok Alina też się uśmiechała, ale mniej entuzjastycznie. Sprawiała wrażenie znudzonej.

Otwierałem już usta, ale Laura mnie ubiegła:

– Podróżujemy po Europie. Ostatnie parę tygodni spędziliśmy, wylegując się na plażach…

– Fajnie.

– …ale chcieliśmy też odwiedzić Europę Wschodnią, liznąć trochę kultury.

– Świetny wybór – przytaknął ochoczo Ion. – Rumunia jest piękna. Oczywiście, jak wszędzie nie brakuje problemów: kraj zmaga się z biedą, rumuńscy cyganie bywają uciążliwi. – Machnął ręką, jakby temat go nudził. – Ale to właśnie tutaj jest prawdziwa Europa. To znacznie ciekawsze od hiszpańskich plaż.

Alina, niemal niedostrzegalnie, przewróciła oczami.

– Wy pochodzicie z Rumunii? – zagadnęła dziewczynę Laura.

– Tak.

Laura czekała, aż dziewczyna rozwinie swoją wypowiedź. Na próżno.

– Alina jest z Sybina – wyjaśnił Ion. – Tam właśnie się wybieramy, w odwiedziny do jej bliskich. Ciekawe, czy matka Aliny jest tak samo seksowna jak córka.

– Świetnie mówisz po angielsku – pochwaliłem go z uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie…

– Ależ skąd… Alina i ja poznaliśmy się na kursie angielskiego. – Dłoń faceta powędrowała w górę jej uda. Dziewczyna zachowywała jednak kamienną twarz. – No to opowiadajcie: jakie zakątki Europy udało wam się odwiedzić? – spytał, popatrując to na Laurę, to na mnie.

– Zaczęliśmy od Brukseli. Potem była Francja, Hiszpania. Spędziliśmy tydzień na Ibizie. Następnie Włochy: Rzym i Wybrzeże Amalfitańskie. Dalej Grecja, Chorwacja, Węgry.

I tyle. Dwa zapierające dech w piersi miesiące skondensowane jak lista zakupów. Tym, na czym najbardziej zależało Laurze i mnie, były szczegóły, wspomnienia. Nasza podróż, nasz Grand Tour, jak ochrzciliśmy ją w żartach, zmieniła nas. Po trudnym okresie w domu wybawieniem było dla nas wejście w rolę zwyczajnych turystów podziwiających wieżę Eiffla czy Luwr. Mogliśmy do woli obserwować krążących wokół ludzi, czując, jak z wolna rozluźniają się nasze pospinane ciała. W Hiszpanii ostro zabalowaliśmy – szaleliśmy na festiwalu muzycznym w Benicàssim, na Ibizie całymi nocami imprezowaliśmy, a dnie przesypialiśmy, zbierając siły przed kolejną balangą. W Rzymie oddawaliśmy się szaleństwu zakupów, krążyliśmy po mieście na skuterach, a wieczorami znowu ruszaliśmy w rajd po sklepach. Na Wybrzeżu Amalfitańskim uprawialiśmy seks na plaży, a potem pod gwiazdami marzyliśmy o dzieciach, jakie sobie zrobimy po powrocie do Anglii. U wybrzeży Santorini nurkowaliśmy z rurką, wśród ławic tęczowych rybek. W chorwackim Parku Narodowym Jezior Plitwickich narobiliśmy tyle selfiaków, że miałem wrażenie, jak gdyby ktoś skradł mi duszę.

To było prawdziwe życie, doświadczane w taki sposób, na jaki zawsze zasługiwało – magiczny czas, który miał wrócić do nas na mgnienie oka w chwili śmierci. A ponieważ mogliśmy go przeżyć razem, Laura i ja czuliśmy się teraz bardziej związani niż kiedykolwiek wcześniej.

Ta wymiana zdań z Ionem i Aliną, w trakcie której zaprezentowaliśmy im okrojoną wersję naszej wyprawy, sprawiła, że zatęskniłem za moim najlepszym przyjacielem Jakiem. Był jedynym człowiekiem, obok Laury, z którym byłem całkowicie szczery. Kiedy tylko mogłem, wysyłałem mu długie maile z opisami naszych przygód, zupełnie jakbym udostępniał mu strony swojego dziennika z podróży. Jake rewanżował się, opisując fascynujące perypetie muzyka szukającego dla siebie miejsca na londyńskich scenach.

Zamilkłem. Nie byłem pewny, czym jeszcze powinienem się podzielić z poznanymi w pociągu nieznajomymi. Wolałem nie wspominać o wydarzeniach ostatnich paru dni, które spędzaliśmy w Dubrowniku i Budapeszcie, gdy dopadło nas znużenie. Trudno powiedzieć, skąd brał się ten spadek energii – może, mimo fantastycznych przygód, po prostu zatęskniliśmy za domem, a może do głosu doszła typowo ludzka potrzeba zatrzymania się, spędzenia dłuższego czasu w jednym miejscu. W każdym razie podczas zwiedzania tych dwóch fascynujących miast czuliśmy, że nogi mamy dziwnie ociężałe i coraz trudniej nam wykrzesać entuzjazm. Laura zaproponowała, żebyśmy wrócili do Włoch albo Hiszpanii, wynajęli tam mieszkanie i podładowali baterie. Ja jednak uparłem się, że powinniśmy kontynuować podróż. Zależało mi na tym, by trzymać się planu. Po odwiedzeniu Rumunii zamierzaliśmy znów udać się na północ: czekały na nas Rosja, Niemcy i Skandynawia. Plan przewidywał, że zakończymy naszą włóczęgę w Sztokholmie, w dniu moich trzydziestych piątych urodzin. Stamtąd mieliśmy wrócić do Londynu.

Wziąć ślub. Założyć rodzinę. Niekoniecznie w tej kolejności. Najlepsza przyjaciółka Laury, Erin, była w ciąży. Domyślałem się, że kiedy Laura zobaczy malucha, też zapragnie dziecka. W sumie to nie miałem nic przeciwko.

– Podróżujecie tylko we dwoje? – zainteresował się Ion.

– Owszem.

– Pewnie świetnie się bawiliście.

– To prawda…

– Żadne słowa tego nie oddadzą, co?

– Właśnie.

Nie zdążyłem powiedzieć nic więcej, bo nagle zauważyłem, że Ion marszczy ze zdziwieniem brwi, spoglądając na Laurę. Zerknąłem szybko na moją dziewczynę. Minę miała nietęgą.

– Słuchajcie, przepraszam, jeśli się narzucamy – odezwał się Ion. – Jeśli wolicie, możemy się przesiąść z powrotem na nasze miejsca…

– Nie, nie chodzi o was – zapewniła Laura, nachylając się. Ja i Ion zrobiliśmy to samo, wyglądaliśmy, jakbyśmy się naradzali. Alina nadal siedziała sztywno, jakby kij połknęła.

– Nie patrzcie tam – uprzedziła Laura. – Ale ten gość, który tam siedzi, nie spuszcza mnie z oczu.

Nie umiałem się powstrzymać, musiałem zerknąć. Tamten facet o krótko ściętych włosach, który wszedł do wagonu po Ionie i Alinie, nie drzemał już – czytał gazetę.

– Jesteś pewna? – spytałem.

– Tak – syknęła Laura. – Gapił się na moje nogi. Znowu to robi…

Uniosłem wzrok. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nie umiałem niczego wyczytać z jego wyrazu twarzy, ale facet wytrzymał moje spojrzenie, nie uciekł wzrokiem w bok. W Anglii było to niemal nie do pomyślenia. Po długiej chwili z cierpkim uśmiechem powrócił do lektury.

– Zamieńmy się miejscami – zaproponowałem, zwracając się do Laury.

Teraz to ona usiadła przy oknie, gdzie była niewidoczna dla tego typka. W sumie to niezbyt mu się dziwiłem, Laura mogła się podobać: jasnorude włosy, błękitne oczy i superzgrabne nogi, będące istnym ósmym cudem świata. No a dzisiaj dodatkowo założyła szorty, chociaż nie dlatego, że lubiła zwracać na siebie uwagę. Po prostu panował straszny upał.

Wiedziałem, że ta dziewczyna to nie moja liga. Na szczęście tak się złożyło, że miała słabość do wysokich kolesi w okularach w typie kujona. Moje włosy są w nijakim, kasztanowym kolorze, jestem za chudy. Przypominam postać ze starych reklam, człowieczka, któremu zawsze ktoś sypie w oczy piachem. Na szczęście zdarzają się na świecie kobiety, które lecą na takie ofermy jak ja, a nie gości, którzy się nad nimi pastwią.

Kiedy Laura się przesiadła, Alina odwróciła się i gapiła się na faceta, który znów taksował nas wszystkich wzrokiem. Po chwili skierował spojrzenie gdzie indziej, krzywiąc usta w szyderczym uśmieszku.

– Sporo jest takich typów, którym wydaje się, że mogą gapić się na kobietę, jak gdyby była manekinem w witrynie sklepowej – powiedział Ion. – Alina ciągle ma z nimi problemy.

Dziewczyna potwierdziła skinieniem głowy.

Chwyciłem Laurę za rękę i lekko ścisnąłem. Domyślałem się, że cała ta sytuacja jest dla niej krępująca, dlatego zaproponowałem:

– Porozmawiajmy o czymś innym.

– Świetny pomysł – przystał chętnie Ion. – Czym się zajmujecie na co dzień?

– Laura pracuje w dziale marketingu – wyjaśniłem. – W organizacji dobroczynnej pomagającej dzieciom.

– Ciekawe.

– Wręcz przeciwnie – wtrąciła się Laura.

– Ale przynajmniej wykonujesz pracę, która ma szczytny cel.

Laura sączyła piwo. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto miałby równie słabą głowę co ona. Wiedziałem, że nim skończy tę puszkę, będzie już zawiana.

– Ale lepsze to niż sprzedawanie coki – przyznała.

Ion wytrzeszczył oczy.

– Chodzi mi o coca-colę.

W tym momencie cała nasza trójka wybuchła śmiechem. Alina tymczasem nie przestawała groźnie zerkać na faceta siedzącego nieopodal.

– Chyba nie macie dzieci, co? – zainteresował się Ion.

– Nie – odparła Laura.

A dokładnie w tym samym momencie ja powiedziałem:

– Jeszcze nie.

Facet przyjrzał nam się z zaciekawieniem.

– To nasza ostatnia duża podróż, zanim założymy rodzinę – wyjaśniłem.

– Zanim spróbujemy założyć rodzinę – doprecyzowała Laura. – W tych sprawach nic nie jest pewne, zwłaszcza w moim wieku.

– Masz tylko trzydzieści cztery lata.

To temat, który przerabialiśmy już wiele razy. Zresztą między innymi dlatego wybraliśmy się w objazd po Europie – zegar biologiczny Laury przypominał o sobie, coraz głośniej tykając. Żartowała, że czuje się jak krokodyl z Piotrusia Pana, z którego brzucha dobywało się tykanie zegarka. Ja też czułem, że pora się ustatkować. Widząc jednak, jak nasi znajomi męczą się na wakacjach ze swoimi pociechami, zaproponowałem Laurze, żebyśmy przed założeniem rodzinnego gniazda wyruszyli w ostatnią wielką wyprawę. Łut szczęścia, czy może raczej długie lata ciężkiej pracy, w zależności od punktu widzenia, zadecydowały, że mogliśmy sobie pozwolić na taką ekstrawagancję.

– A ty czym się zajmujesz? – zagadnął mnie Ion.

– Jestem programistą. Stworzyłem aplikację na iPhone’y oraz iPady, po czym sprzedałem ją dużej firmie zajmującej się nowymi technologiami.

Jak zawsze, gdy rozmowa schodziła na ten temat, pilnowałem się – starałem się być skromny, nie przechwalać się.

– I dzięki temu było nas stać na tę podróż – skwitowała Laura.

– Która firma dała się skusić? – spytał Ion. – Niech zgadnę. Google? Facebook?

– Nie, Skittle.

Skittle to jedna z najprężniej się rozwijających młodych firm technologicznych, jakie zalały rynek w ostatnich latach, specjalizująca się w aplikacjach na urządzenia mobilne.

– O rany, fantastycznie. Alina, słyszałaś?

Oderwała spojrzenie od okna i zerknęła na mnie.

– Super.

– Jesteś sławny w Anglii? – dopytywał Ion. Oczy mu rozbłysły.

– Nie! Nawet w moim mieszkaniu mało kto mnie rozpoznaje – odparłem. – A wy co porabiacie na co dzień?

Skittle wymógł na mnie, abym do momentu oficjalnego ogłoszenia nabycia aplikacji przez ich firmę powstrzymał się od omawiania transakcji. Podpisałem klauzulę poufności. Teraz zwracałem się bezpośrednio do Aliny, której małomówność zaczynała działać mi na nerwy.

– Alina jest ilustratorką – pospieszył z odpowiedzią Ion, nie dając dojść do słowa swojej partnerce.

– Serio? A co rysujesz?

– Komiksy – odparła kobieta, spoglądając mi w oczy. Po raz pierwszy dojrzałem w jej spojrzeniu coś niebędącego nudą: dumę, ale też zawziętość, jakby oczekiwała, że będziemy się z niej naśmiewać.

– Super – pochwaliłem. Naprawdę byłem pod wrażeniem.

– No – zgodził się Ion. Pogładził Alinę po kolanie i dodał: – Stworzymy coś razem, co nie?

– Jesteś scenarzystą komiksowym? – zainteresowałem się.

Tym razem to Alina nie dała dojść do głosu swojemu partnerowi.

– On niczym się nie zajmuje – wypaliła.

– To nie w porządku – bąknął Ion. Mina mu zrzedła.

I nagle, w mgnieniu oka, napięcie między nimi stało się widoczne. Ciekawe.

Po chwili na ustach Iona znów pojawił się promienny uśmiech. Teraz już jednak nie pieścił nogi Aliny.

– Obecnie szukam pracy. Ale przez cały czas piszę książkę. A oprócz tego pracuję nad tym, no wiecie, nad tym projektem z Aliną.

– A o czym jest ta książka?

– Wykład mojej prywatnej filozofii. A takie tam moje przemyślenia na różne tematy…

Laura wcześniej wyszła do toalety. Pomyślałem, że muszę jej powiedzieć o książce Iona, kiedy wróci. Na pewno uzna, że to zabawne.

Ion szykował się właśnie do wprowadzenia nas w zawiłości swojego systemu filozoficznego, gdy pociąg wtoczył się na stację. Peron był niemal pusty, wypatrzyłem tylko mężczyznę po sześćdziesiątce taszczącego gigantyczną kanciastą walizę.

Ku mojemu zdziwieniu Alina poderwała się z fotela i pobiegła do drzwi. Po chwili zobaczyłem, jak pomaga starszemu mężczyźnie wsiąść, wnosząc jego bagaż. Facet, który z bliska sprawiał wrażenie dość krzepkiego, by samodzielnie poradzić sobie z walizką, podziękował jej za pomoc w miejscowym języku, po czym zajął miejsce w drugiej części wagonu.

Przegadaliśmy we czwórkę następną godzinę. Ion okazywał zainteresowanie moją aplikacją, dlatego rozmowa zeszła na jej temat. Tymczasem Laura i Alina, którą krótka interakcja ze starszym mężczyzną na peronie wyraźnie pobudziła, gawędziły o podróżach. Przywykłem już, że moi znajomi ziewali z nudów, ilekroć poruszałem temat swojej pracy, dlatego zainteresowanie i podziw Iona mi schlebiały. W rezultacie przestałem zwracać uwagę na wymogi klauzuli poufności.

W pewnym momencie do wagonu weszli funkcjonariusze węgierskiej straży granicznej, ubrani w granatowe mundury i żółte kamizelki odblaskowe. Podczas sprawdzania paszportów dłuższy czas studiowali dokument Aliny. Zwróciłem uwagę, że są uzbrojeni, podobnie jak gliniarze na dworcu.

Kiedy pogranicznicy poszli dalej, schowałem nasze paszporty do plecaka. Laura szepnęła mi wtedy do ucha:

– Ten gostek znowu się na mnie gapił.

– Serio?

– Teraz obserwuje moje odbicie w oknie.

– Może tylko ci się wydaje, co?

– Możliwe, sama nie wiem. – Przeciągnęła się, schyliła głowę, żeby rozruszać obolały kark. – Padam na twarz ze zmęczenia.

– Ja też – przyznałem, ziewając.

– Ale ten fotel jest zbyt niewygodny, żeby dało się na nim przespać. – Ion, który właśnie wrócił z toalety, podsłuchał chyba naszą wymianę zdań. – Słuchajcie, niedaleko jest pusty przedział sypialny. Możecie przenieść się tam i zdrzemnąć, co wy na to? – zaproponował, zniżając głos do szeptu. – Rumuńscy pogranicznicy zjawią się dopiero za kilka godzin. Kiedy miniemy granicę, obudzimy was.

– No nie wiem… – powiedziała z wahaniem Laura.

– Nic wam nie grozi – zapewnił Ion.

– Podoba mi się ten pomysł – zwróciłem się do Laury.

Zrobiła niezadowoloną minę. Walczyła w niej chęć przespania się i niezgoda na łamanie przepisów.

– Śmiało, Lauro – zachęciła Alina. – Obudzimy was w porę, słowo honoru.

– Nie wiem…

– Zróbmy tak – powiedziałem. – Na wszelki wypadek ustawię alarm w telefonie. O której godzinie mamy dojechać do granicy?

Ion zerknął na zegarek.

– Z Budapesztu wyjechaliśmy z czterdziestominutowym opóźnieniem. Do granicy powinniśmy dotrzeć dziesięć po trzeciej. Macie niecałe dwie godziny snu.

Laura się rozejrzała. Po chwili stało się dla mnie jasne, co ostatecznie przekonało ją do tego pomysłu: tamten oblech dalej wywalał na nią gały. Z ust wysunął koniuszek języka, poruszał nerwowo jedną nogą w górę i w dół. Zanim odwróciłem głowę, zdążyłem zauważyć, że w kąciku jego ust czaił się wredny uśmieszek.

ROZDZIAŁ 3

Przedział sypialny okazał się maleńki. Mieścił dwa miejsca do spania, a między nimi było około metra wolnej przestrzeni. Za oknem czerń. Toczyliśmy się teraz przez węgierską prowincję. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wygląda krajobraz za oknem. Jakieś lasy? A może pola? Zbliżyłem twarz do szyby. Ciemności nie rozpraszał nawet blask jakichkolwiek gwiazd. Gdyby od czasu do czasu w tym atramentowym mroku nie migotały światła jakiegoś pojedynczego domu, byłbym gotów uwierzyć, że jesteśmy w kosmosie. Mogliśmy być gdziekolwiek, choćby na końcu świata.

Laura zrzuciła buty ze stóp i klapnęła na jedno z posłań. Ja usiadłem na drugim, z kieszeni plecaka wyciągnąłem telefon. Bateria prawie już padła – jak zresztą zawsze – ale i tak nastawiłem budzik, licząc, że zdąży zadzwonić, nim aparat się wyłączy.

– Co myślisz o naszych nowych znajomych? – zagadnąłem.

– Sama nie wiem. Ten cały Ion robi na mnie wrażenie egocentryka. Całe szczęście, że nie zadręcza nas opowieściami o swoim wiekopomnym dziele. – Laura przewróciła oczami. – Ale powieść graficzna, nad którą pracuje Alina, może być ciekawa. Jej tematem jest, jak sama twierdzi, siła kobiet. To typowa historia o superbohaterze, ale z feministycznymi podtekstami. Obiecała, że podeśle mi egzemplarz.

– Fajnie. – Przesiadłem się na jej łóżko. Nachyliłem się, licząc na buziaka. – Wspomniałaś, że zawsze marzyłaś o seksie w pociągu.

– Jesteś niesamowity. Gdybyś zarezerwował taki przedzialik na całą noc, może coś by z tego wyszło. A teraz jesteśmy tu tylko po to, żeby się przekimać.

– Zgódź się, będzie super. – Nachyliłem się jeszcze bardziej, szukając jej ust. – Dasz się namówić?

– Mmm. Może. – Odwzajemniła mój pocałunek.

W miarę jak moja dłoń sunęła w górę jej uda, jej oddech stawał się coraz szybszy. Czułem szybkie bicie jej serca.

– Zamknij drzwi na zamek – poleciła, odrywając się na chwilę ode mnie. Skóra na wysokości jej obojczyka była zaczerwieniona.

Wstałem i przez chwilę mocowałem się z zamkiem.

– Nożeż kurwa mać. Jest zepsuty. Nie działa.

Pewnie dlatego ten przedział był wolny.

– W takim razie pozostaje ci zimny prysznic.

Posłała mi jeden z tych swoich niewinnych uśmieszków, które tak uwielbiałem, po czym odwróciła się twarzą do ściany. Parsknąłem śmiechem – szyki pomieszał mi przeklęty popsuty zamek. Ułożyłem się na sąsiedniej pryczy i przyglądałem Laurze. Po paru minutach jej oddech uspokoił się i odleciała.

Żeby nie zasnąć, sięgnąłem po telefon. Zamierzałem w coś pograć, mimo że oznaczało to szybsze zużycie baterii. Teoretycznie mógłbym spróbować podładować aparat, ale wtyczka-przejściówka była zagrzebana w bagażu, a nie miałem siły zwlekać się z pryczy i jej szukać. Ale w sumie nawet jeśli bateria padnie ostatecznie, trudno – i tak zamierzałem pozostać przytomny, na wypadek gdyby do przedziału zajrzeli jacyś nieproszeni goście. Postanowiłem, że telefon podładuję, zanim dotrzemy do celu. O ile oczywiście znajdę jakieś działające gniazdko.

Podczas naszego pobytu we Włoszech upuściłem telefon na ziemię, więc teraz zmuszony byłem wpatrywać się w wyświetlacz, który pokrywała pajęczyna pęknięć. Oczy mi się same zamykały. Obiecałem sobie, że pogram jeszcze chwilę, a potem wstanę, żeby rozprostować kości i napić się wody. Stukot kół na torach i miarowe kołysanie pociągu działały usypiająco. Powtarzałem sobie, że nie wolno mi zasnąć.

W końcu jednak pozwoliłem, by powieki mi opadły. Tylko na chwilkę.

Zerwałem się i usiadłem na pryczy wyprostowany jak struna. Byłem zziębnięty, a równocześnie mokry od potu. W ustach czułem jakiś paskudny smak. Telefon zsunął się na podłogę. Śniło mi się, że jestem zamknięty w trumnie i ktoś wali w jej wieko.

ŁUP, ŁUP, ŁUP.

Laura przewróciła się na drugi bok, uchyliła powieki. W tej samej chwili drzwi otworzyły się na oścież i męski głos z wyraźnym miejscowym akcentem zażądał paszportów.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz