Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
188 osób interesuje się tą książką
Zamierzam ją chronić… czy jej się to podoba, czy nie.
Riona Griffin to piękna, inteligentna i silna kobieta. Byłaby idealna, gdyby tylko nie nienawidziła mnie aż tak bardzo.
Uważa się za niezależną, lecz mnie potrzebuje.
Ściga ją bezwzględny zabójca, który nigdy nie odpuszcza.
Zamierzam trwać przy niej dzień i noc, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Riona jednak wolałaby umrzeć, ale wiem, że nauczy się mnie kochać.
Jeśli płatny zabójca chce ją dopaść, najpierw będzie musiał rozprawić się ze mną.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 412
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Broken Vow
Copyright © Sophie Lark 2020
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Joanna Błakita, Martyna Janc, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Ilustracje: Line Maria Eriksen
Projekt okładki: Emily Wittig
ISBN 978-83-8418-828-6 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
1. Doja Cat – Boss Bitch
2. The Mamas & The Papas – California Dreamin
3. The Marvelettes – Please Mr. Postman
4. The Neighbourhood – Devil’s Advocate
5. BRELAND – My Truck
6. Jason Aldean – She’s Country
7. Jon Pardi – Dirt on My Boss
8. Conan Gray – Maniac
9. Surfaces – Sunday Best
10. Justin Timberlake – Say Something
11. Brooklyn Duo – All of Me
12. Bright Eyes – First Day of My Life
13. BØRNS – Electric Love
Riona
Siedzę w narożnym gabinecie, pracując nad umową zakupu gruntów, aby można było rozpocząć inwestycję na South Shore. Niektórym się wydaje, że praca prawnika polega na wiecznych kłótniach, choć tak naprawdę tylko niewielki procent naszego czasu spędzamy na negocjacjach czy w salach sądowych. Zdecydowanie częściej można mnie zastać w tym pomieszczeniu, gdy czytam, piszę lub redaguję.
Nie dokucza mi samotność. Przebywam w swoim sanktuarium. Kontroluję wszystko, co tu się dzieje. Kazałam ustawić biurko w ten sposób, by, tak jak lubię, mieć widok na bliźniacze wieże Marina City, Michigan Avenue oraz wijącą się poniżej rzekę Chicago.
Wszystko w moim gabinecie jest cynowe, mosiężne, kremowe lub niebieskie – w odcieniach, jakie uważam za kojące.
Na ścianach zawiesiłam trzy akwarele Shutiana Xue, w kącie ustawiłam rzeźbę Jeana Fouriera. Zatytułował ją Cegiełki materii, bo ma przedstawiać to, co znajduje się wewnątrz atomu. Według mnie jednak bardziej przywodzi na myśl model Układu Słonecznego.
Obserwuję, jak większość moich współpracowników kończy pracę i zbiera się do domu. Kilka osób w drodze do wyjścia zagląda do mnie, by o czymś mi powiedzieć – niektóre informacje wiążą się z tym, co tu robimy, ale są też zupełne pierdoły. Moja asystentka prawna Lucy mówi, że jutro rano skończy przeglądać umowy najmu, które jej podrzuciłam.
Josh Hale pragnie mi przekazać, że zajęłam drugie miejsce w zeszłotygodniowej rozgrywce w typowaniu wyników sportowych, dzięki czemu wygrałam dwadzieścia dolarów.
– Nie wiedziałem, że w ogóle interesujesz się futbolem. – Obdarza mnie protekcjonalnym uśmieszkiem.
– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiadam słodkim głosikiem – ale lubię wygrywać pieniądze.
Nie przyjaźnię się z tym mężczyzną. Tak naprawdę bezpośrednio z nim rywalizuję. Najstarszy z partnerów w kancelarii wybiera się na emeryturę. Kiedy Victor Weiss odejdzie, najlepszymi kandydatami na jego miejsce będziemy właśnie my. Oboje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę.
A nawet gdybyśmy nie rywalizowali o jedno stanowisko, i tak bym za nim nie przepadała. Nigdy nie podobali mi się ludzie, którzy udają przyjaciół, choć tak naprawdę szukają informacji, które mogliby wykorzystać, aby wbić ci nóż w plecy. Bardziej szanowałabym go, gdyby był szczerym dupkiem niż teraz, gdy tylko udaje przyjaznego.
Wszystko mnie w nim irytuje – od zbyt obcisłych garniturów po intensywnie pachnącą wodę po goleniu. Prezentuje się jak gospodarz jakiegoś programu telewizyjnego. Wyglądem nieco przypomina Ryana Seacresta, a charakterem bardziej Tuckera Carlsona. Zawsze ma się za mądralę, chociaż tak naprawdę brak mu sprytu.
Wykorzystując to, że ma do mnie sprawę, podchodzi do mojego biurka i czyta nagłówki leżących przede mną dokumentów. Jest naprawdę niestrudzony.
– Dobra, pa – mówię stanowczo. Jednoznacznie daję mu do zrozumienia, że powinien wyjść.
– Nie pracuj za dużo – odpowiada, układając palce, jakby strzelał do mnie z pistoletu.
Woń wody kolońskiej mężczyzny utrzymuje się jeszcze przez dwadzieścia minut po jego wyjściu. Ech.
Jako ostatni kancelarię opuszcza wuj Oran. Jest partnerem zarządzającym i przyrodnim bratem mojego ojca. Od zawsze go uwielbiałam. Właściwie to dzięki niemu zostałam prawniczką.
Na przyjęciach w naszej rodzinie zmuszałam go do wysłuchiwania opowiastek o dziwnych i ciekawych rozprawach sądowych, na przykład o człowieku, który pozwał Pepsi za odmowę przekazania mu myśliwca wartego dwadzieścia trzy miliony dolarów w zamian za zebrane punkty, lub o Procter & Gamble, która to na sali sądowej udowadniała, że ich Pringlesy nie są tak naprawdę zrobione z ziemniaków.
Wuj Oran potrafi mówić – najbardziej zawiłą sprawę przedstawi jako prawdziwy dramat. Wyjaśni precedensy i przepisy, wyłoży, jak ważne mogą być nawet najdrobniejsze szczegóły… na przykład, że przecinek postawiony w niewłaściwym miejscu może unieważnić całą umowę. Interesował mnie nie tylko dlatego, że jest zabawny i czarujący, ale też przez to, że jest tak podobny, a jednocześnie różny od mojego ojca.
Obaj ubierają się w eleganckie, szyte na miarę garnitury, jednak wuj wygląda jak wykładowca z Trinity College – zawsze nosi marynarki z tweedu lub wełny, z drewnianymi guzikami i łatami na łokciach – podczas gdy tata woli prezentować się jak amerykański biznesmen. Obaj są wysocy, mają podobne szpakowate włosy oraz pociągłe, szczupłe twarze. Wuj jednak przez ciemne oczy i oliwkowy odcień karnacji bardziej przypomina Irlandczyka. Ojciec ma natomiast bławatkowe tęczówki.
Od dzieciństwa fascynował mnie akcent Orana. Niestety po latach życia w Ameryce nieco go utracił, niemniej nadal od czasu do czasu go u niego słychać. I wuj uwielbia irlandzkie powiedzonka typu: „Zapomnienie o długu nie oznacza, że został spłacony” lub: „Nie istnieje coś takiego jak kiepska reklama, chyba że to twój nekrolog”.
Jest wersją mojego ojca, która wychowywała się w Irlandii – w alternatywnej rzeczywistości.
Dziś puka do drzwi mojego gabinetu i mówi:
– Wiesz, że nie płacimy ci za nadgodziny, Riona. Możesz jechać już do domu, a i tak zostanie ci dość dużo na te eleganckie buty.
Obuwie, które ma na myśli, to para ciemnoczerwonych szpilek od Nomasei, równiutko ułożonych pod moim biurkiem. Zdejmuję je, gdy podejrzewam, że będę siedzieć przez dłuższy czas, aby skóra przy noskach się nie pogniotła.
Uśmiecham się do wuja.
– Wiedziałam, że zwrócisz na nie uwagę.
– Nic jej nie ujdzie. Zauważyłem na przykład, że ciągle masz przed sobą umowę zakupu terenu na South Shore. Przecież mówiłem, że Josh się tym zajmie.
– Zaczęłam to. – Wzruszam ramionami. – Równie dobrze mogę dokończyć.
Oran kręci głową.
– Przepracowujesz się, Riona – mówi poważnie. – Jesteś młoda, powinnaś wychodzić z przyjaciółmi i chłopakami. Przynajmniej raz na jakiś czas.
– Mam chłopaka.
– Tak? A gdzie on jest?
– Jakieś osiem kilometrów stąd. – Ruchem głowy wskazuję na okno. – W Szpitalu Miłosierdzia.
– Ten chirurg? – Oran pociąga nosem. – Nadal się z nim spotykasz?
– Tak. – Parskam śmiechem. – A co jest nie tak z Nickiem?
– Cóż… – Wzdycha. – Nie chciałem nic mówić, ale widziałem, że któregoś dnia przysłał ci róże. Czerwone.
– No i?
– Nie jest zbyt oryginalny, co?
– Ale niektórzy stawiają na klasykę.
– Wykazują się intelektualnym lenistwem.
– To jakie kwiaty powinien wysłać kobiecie?
Oran szczerzy zęby w uśmiechu.
– Ja zawsze wysyłałem whisky. Kiedy obdarujesz kobietę butelką czterdziestoletniego Bunnahabhaina Single Malt… to będzie wiedzieć, że masz poważne intencje.
– Cóż, ale to nas nie dotyczy – mówię. – Nie jesteśmy w poważnym związku.
Oran wchodzi do mojego gabinetu i zgarnia teczki z biurka.
– Ej! – protestuję.
– To dla twojego dobra – odpowiada. – Jedź do domu, włóż ładną sukienkę, idź do swojego lekarza i baw się dobrze. Ten leniwy gnojek Josh znajdzie to rano na swoim biurku.
– No dobra – rzucam, aby się ode mnie odczepił.
Pozwalam, aby zabrał dokumenty, a potem obserwuję, jak idzie do windy z przewieszoną na ramieniu torbą zamiast aktówki. Jednak nie zamierzam wychodzić. Mam jeszcze milion innych spraw do zamknięcia, bez względu na tamte umowy zakupu ziemi.
A to mój ulubiony moment, by się nimi zająć – kiedy wszyscy już skończą pracę, a światła na korytarzu wygaszą się automatycznie. Najlepiej czuję się w całkowitej ciszy i ciemnej kancelarii, gdy pode mną połyskują światła miasta i nikt mi nie przeszkadza.
Cóż… prawie nikt.
Zaczyna wibrować leżąca na blacie ekranem do dołu komórka. Obracam ją i widzę, że pisze Nick.
„Nadal zainteresowana? Chcesz się spotkać u Rosie na drinka?”
Zastanawiam się nad tym. Bar Rosie znajduje się zaledwie kilka przecznic stąd. Z łatwością mogłabym skoczyć tam na drinka w drodze do domu.
Jednak jestem zmęczona. Mam spięte mięśnie i jeszcze dziś nie ćwiczyłam. Porównuję myśl o kieliszku wina w modnym, gwarnym barze z tym w mojej wannie, gdzie będę słuchała podcastu zamiast relacji Nicka z pracy.
Już wiem, co bardziej mnie kusi.
Odpisuję: „Przepraszam. Pracuję do późna, a następnie wracam do domu”.
Nick pisze: „W porządku. A co powiesz na kolację jutro?”.
Waham się.
„Pewnie. Jutro o wpół do siódmej wieczorem”.
Spotykam się z Nickiem od trzech miesięcy. Jest inteligentny, przystojny, odnoszący sukcesy w pracy, wprawny w łóżku – podejrzewam, że wszyscy chirurdzy tacy są, bo rozumieją, jak działa ludzkie ciało, i w pełni panują nad swoimi dłońmi.
Powinnam iść z nim jutro na tę kolację. I powinnam się cieszyć.
Ale… jest mi to zupełnie obojętne.
I to w żaden sposób nie wiąże się z Nickiem. Problem powtarza się wielokrotnie. Poznaję kogoś, a potem zaczynam zauważać jego wady. Wychwytuję niespójności w wypowiedziach, luki w logice argumentów. Chciałabym wyłączyć tę analizującą część swojego umysłu, ale nie potrafię.
Ojciec powiedziałby, że oczekuję od innych zbyt wiele. „Nikt nie jest idealny, Riona. A najmniej ty sama”.
Wiem o tym.
Swoje wady dostrzegam wyraźniej niż te u innych – potrafię być zimna i wroga. Obsesyjna. Szybko się złoszczę i powoli wybaczam.
A co najgorsze bardzo łatwo się irytuję – na przykład wtedy, gdy mężczyźni się powtarzają.
W ciągu tych kilku miesięcy Nick już trzy razy powiedział mi o tym, że według niego anestezjolodzy z jego oddziału zmawiają się przeciwko niemu, skoro nie chciał zatrudnić kolegi jednego z nich.
– Zawsze tak jest w przypadku kogoś z Afryki Południowej – narzekał na naszym ostatnim wspólnym lunchu. – Zatrudniasz jednego, a później chce, żebyś przyjął też jego kuzyna czy szwagra, i nagle cały oddział jest ich pełen.
W dodatku najwyraźniej uważa, że skoro jesteśmy razem już od trzech miesięcy, powinnam spędzać z nim większość swojego wolnego czasu. Zamiast pytać, czy mogłabym się z nim spotkać w piątek lub sobotę, on po prostu zakłada, że tak będzie. Robi dla nas plany, które muszę psuć, przekazując, że mam sporo pracy lub jem kolację z rodziną.
– Wiesz, mogłabyś mnie do siebie zaprosić – wytknął ponuro pewnego razu.
– To nie jest kolacja towarzyska – odparłam. – Mamy omawiać budowę drugiej fazy inwestycji w South Shore.
Większość spotkań w mojej rodzinie w ten czy inny sposób ma charakter biznesowy. Nasze relacje zawodowe i osobiste są tak ściśle splecione, że chyba nie znałabym rodziców czy rodzeństwa, gdyby nie praca.
To, co stanie się z naszymi interesami, znacząco wpłynie na los rodziny. Właśnie tak to działa w irlandzkiej mafii.
Nick ma pewne pojęcie o kryminalnych powiązaniach Griffinów – to chyba niemożliwe, by o nich nie wiedzieć. Od dwunastu lat jesteśmy jednym z największych irlandzkich rodów mafijnych w Chicago.
Ale on nie jest w stanie tego pojąć. Nie tak do końca. Uważa, że to ciekawa historia sprzed lat, jak w przypadku ludzi, którzy mówią, że są potomkami Henryka VIII.
Nie zdaje sobie nawet sprawy, że przestępczość zorganizowana nadal całkiem sprawnie działa w tym mieście.
Mam z tego powodu nieustanne dylematy – nie wiem, czy wolę spotykać się z kimś, kto jest ignorantem w kwestii mrocznych stron tych terenów, który nie rozumie mojego powiązania z rodziną? A może mam umawiać się z jednym z żołnierzy mafii, który pracuje dla mojego ojca, likwiduje cele i zakopuje ciała, który ma krew pod paznokciami i nie rozstaje się z pistoletem?
Właściwie nie chcę żadnego z powyższych.
I nie tylko z oczywistych powodów.
Po prostu nie wierzę w miłość.
Nie zaprzeczam jej istnieniu – widziałam, że spotkała innych, ale po prostu nie sądzę, aby kiedykolwiek przyszła do mnie.
Moje uczucie względem rodziny jest niczym korzenie dębu – to integralna część drzewa, tak niezbędna do jego życia. Zawsze była i zawsze będzie.
Niemniej miłość do mężczyzny… Nigdy jeszcze jej nie poczułam. Może jestem do tego zbyt samolubna. Nie wyobrażam sobie, abym mogła kochać kogoś bardziej niż własną wygodę i robienie wszystkiego po swojemu.
Myśl o tym, by ktokolwiek mnie kontrolował wedle swoich upodobań… O nie, dziękuję bardzo. Ledwie jestem w stanie znieść poświęcenie dla członków rodziny. Dlaczego miałabym budować życie wokół jakiegokolwiek mężczyzny?
Pakuję aktówkę. Tuż przed wyjściem zaglądam do zagraconego i zakurzonego gabinetu Josha, aby zabrać swoją teczkę z umowami z jego biurka. Zaczęłam nad nimi pracować, to i dokończę, niezależnie od tego, co myśli na ten temat wuj Oran. Nie zauważy – uporam się z nimi, jeszcze zanim Josh zdołałby do nich zajrzeć. Wychodzę z kancelarii przy East Wacker Drive z zaskakująco ciężką aktówką. Idę do domu na piechotę, ponieważ moje mieszkanie znajduje się zaledwie cztery przecznice dalej.
Kupiłam je tego lata, w nowo powstałym budynku, w którym urządzono wspaniały klub fitness z basenem. Mam portiera oraz cudowny widok z salonu znajdującego się na dwudziestym ósmym piętrze.
Nadeszła odpowiednia pora. Wcześniej mieszkałam w rezydencji rodziców na Gold Coast. Dom jest tak wielki, że wszyscy się mieściliśmy – nie miałam powodu, by się wyprowadzać. Poza tym to było wygodne, gdy musieliśmy pogadać o interesach.
Jednak Cal się ożenił i znaleźli z Aidą własne cztery kąty.
A potem wyniosła się również Nessa, która zamieszkała z Mikołajem. Zostałam sama z rodzicami i nieprzyjemnym poczuciem, że rodzeństwo mnie porzuciło.
Nie zamierzałam iść w ich ślady i wychodzić za mąż, ale na pewno mogłam się wyprowadzić.
Tak też zrobiłam. Kupiłam mieszkanie. I je uwielbiam. Kocham ciszę, przestrzeń oraz poczucie, że po raz pierwszy w życiu jestem u siebie. Macham do portiera Ronalda i wjeżdżam windą na swoje piętro. Zdejmuję marynarkę, bluzkę i spodnie, wkładam jednoczęściowy strój kąpielowy. Biorę wodoodporne słuchawki i idę na basen, który znajduje się na dachu budynku.
Latem rozsuwają dach, więc można pływać pod gwiazdami. Zimą jednak to zamknięte pomieszczenie, chociaż przez szkło nad głową i tak widać niebo.
Uwielbiam pływać na plecach i patrzeć w górę.
Zazwyczaj tylko ja przychodzę na basen o tak późnej porze. Dziś wieczorem jest podobnie, panują półmrok i cisza, jedynym dźwiękiem jest tu chlapiąca o brzeg woda.
Pachnie chlorem i płynem zmiękczającym do tkanin, w którym wyprano poukładane na leżakach ręczniki. Włączam playlistę do pływania i odkładam komórkę na jedno z siedzisk.
Już mam wskoczyć do wody, gdy przypominam sobie o konieczności spięcia włosów. Najczęściej je splatam i wkładam pod czepek, żeby nie przesuszył ich chlor. Rude są dość delikatne.
Wciąż mam kok, upięty nisko za pomocą jednej z tych spinek z dwoma zębami.
Nie chce mi się wracać do mieszkania.
Jeśli raz nie zabezpieczę kosmyków, nic się nie stanie.
Unoszę ręce, po czym wskakuję płynnie do wody, a następnie pływam tam i z powrotem, słuchając California Dreamin zespołu The Mamas & Papas w słuchawkach.
Włożyłam specjalne okulary, żeby móc patrzeć w jasnoniebieską wodę, którą od spodu podświetlają lampy. W rogu dostrzegam ciemny kształt, przez co się zastanawiam, czy ktoś tu coś wrzucił – torbę sportową albo worek z ręcznikami.
Obracam się, kładę na wznak i spoglądam na sufit. Pomieszczenie przypomina wiktoriańską szklarnię – szyby zamontowano w metalowej kratownicy. Dalej widzę ciemne niebo, a także blady dysk księżyca, który jest już niemal w pełni.
Gdy tak leżę, patrząc w górę, coś chwyta mnie za szyję i wciąga pod powierzchnię.
Ciągnie w dół, aż na dno basenu, jest ciężkie jak kotwica.
Krzyknęłam, zaskoczona atakiem, więc teraz nie mam już powietrza w płucach. Kopię i szamoczę się z tym, cokolwiek mnie więzi. Drapię to, co trzyma mnie za szyję, i czuję gąbczastą „skórę”, a pod nią twarde ciało.
Płuca palą. Nie ma w nich ani grama tlenu, a ciśnienie wody naciska na bębenki w uszach i klatkę piersiową. Obracam się odrobinę i widzę czarne płetwy, które poruszają się przy moich stopach, oraz ręce w piance, które się na mnie zaciskają.
Przy prawym uchu słyszę syk automatu oddechowego. To nurek – mężczyzna w stroju i ze sprzętem próbuje mnie utopić.
Staram się go kopnąć lub wymierzyć mu cios, ale trzyma tak mocno jak anakonda. Ilekroć chcę go trafić, woda spowalnia moje ruchy.
Zaczynam mieć mroczki przed oczami. Zdecydowanie kończy mi się powietrze. Płuca błagają o oddech, ale wiem, że jeśli otworzę usta, do gardła wleje mi się chlorowana woda.
Sięgam za siebie i zaciskam palce na czymś, co jak mam nadzieję, jest aparatem tlenowym. Obok mnie unosi się strumień srebrzystych bąbelków. Liczyłam na to, że mnie puści, ale nie próbuje odzyskać swojego sprzętu. Zdaje sobie sprawę, że ma w płucach znacznie więcej powietrza niż ja. Wytrzyma, podczas gdy ja zaraz utonę.
Czuję, jak klatka piersiowa unosi mi się, gdy ciało samoistnie próbuje nabrać tchu, choć mu na to nie pozwalam.
W ostatnim akcie desperacji wyjmuję spinkę z koka, odwracam się i dźgam w miejsce, w którym szyja przechodzi w ramię.
Widzę, że przez maskę do nurkowania wpatrują się we mnie ciemne oczy. Mężczyzna pod wpływem bólu i szoku na chwilę rozluźnia uchwyt.
Podciągam kolana do piersi i kopię go z całej siły. Odpycham się od niego i płynę ku powierzchni.
Wynurzam się, robiąc głęboki, rozpaczliwy wdech. Nigdy nic nie smakowało lepiej niż powietrze w tej chwili. Wciągam tyle tlenu, że to aż boli.
Z całych sił podpływam do krawędzi basenu, modląc się, żeby nie złapał mnie za nogę i nie pociągnął z powrotem na dno. Łapię za płytki i wychodzę z wody. Biegnę po śliskiej podłodze do wyjścia, nie zatrzymując się, by zgarnąć telefon, nawet nie zerkając przez ramię.
Z pomieszczenia na dachu można wydostać się na dwa sposoby – windą lub schodami.
Wybieram to drugie, bo nie chcę, aby w ostatniej chwili wcisnął rękę pomiędzy zasuwające się drzwi. Zbiegam dwie kondygnacje w dół, przemierzam korytarz i dobijam się do jakichś drzwi, aż ktoś otwiera.
Wciskam się do mieszkania nieznajomego, trzaskam za sobą drzwiami i zamykam na klucz.
– Ej, co to ma znaczyć?! – woła właściciel.
To około sześćdziesięcioletni, brzuchaty mężczyzna w okularach, wciąż ubrany, jakby właśnie wrócił z biura, choć zamiast eleganckich butów ma na stopach puchate kapcie. Wpatruje się w mój strój kąpielowy, z którego woda kapie na jego dywan. Wydaje się zbyt zdezorientowany, aby cokolwiek wydusić.
Zerkam do salonu, w którym na kanapie siedzi kobieta w podobnym wieku, trzymająca łyżkę lodów w połowie drogi do ust. Na ekranie ich telewizora zawodzi jakaś blondynka na temat tego, że albo zdobędzie różę, albo będzie musiała wracać tej nocy do domu.
– Co… co się dzieje? – jąka się mężczyzna, z którego ulatuje cała złość, bo zdaje sobie sprawę, że stało się coś złego. – Zadzwonić na policję?
– Nie – odpowiadam mechanicznie.
Griffinowie nie dzwonią na policję, gdy wpadają w kłopoty. Właściwie robimy wręcz przeciwnie – za wszelką cenę unikamy glin.
Stoję z sercem w gardle, zbyt wystraszona, by choćby zerknąć przez wizjer. Nie chcę sprawdzać, czy za drzwiami czeka napastnik, aby gdy tylko dojrzy moje oko, strzelić w nie.
– Czy mogę skorzystać z państwa telefonu? – pytam. – Muszę zadzwonić do brata.
Raylan
Leżę nieruchomo, zakryty pod fałszywym dnem wózka, który podskakuje na wyboistej drodze, a następnie przystaje przed bramą wjazdową do posiadłości Boko Haram.
Bojownicy ukryli się tu przed tygodniem, gdy zdobyli ten skrawek ziemi w pobliżu jeziora Czad. Dostaliśmy informację, że zeszłej nocy pojawił się tu Yusfur Nur. Wieść niesie, że zostanie tu jedynie przez dwanaście godzin.
Słyszę, że Kambar kłóci się z ochroniarzami. Negocjuje cenę ryżu, który dostarcza. Żąda, żeby zapłacili całą kwotę sześćdziesięciu sześciu tysięcy nair, jak obiecywali, i ani kobo mniej.
Mam ochotę udusić go za wszczynanie aż tak wielkiej awantury, ale domyślam się, że cała sytuacja wyglądałaby podejrzanie, gdyby się nie targował.
Mimo to, gdy spór eskaluje, a mężczyzna zaczyna grozić, że zabierze worki z basmati do domu, muszę się powstrzymywać, aby nie uderzyć głową w nakrywające mnie deski, by przypomnieć mu, że wejście do środka jest ważniejsze niż pozyskanie zapłaty.
Ostatecznie strażnicy zgadzają się na cenę tylko nieco niższą, niż domaga się Kambar, a następnie czuję, że wózek rusza, gdy wjeżdżamy za bramę.
Nie znoszę takich ciasnych przestrzeni. Tu jest goręcej niż w piekle. Odnoszę wrażenie, że jestem bezbronny, nawet jeśli jesteśmy z Bomberem uzbrojeni po zęby.
Gdyby Kambar nas zdradził, ktoś mógłby oblać ten wózek benzyną i podpalić, więc nie wyskoczylibyśmy z niego na czas, by strzelać.
Współpracujemy z tym mężczyzną z przerwami od dwóch lat, więc chciałbym wierzyć, że mogę mu ufać. Zdaję sobie jednak sprawę, że za odpowiednią cenę jest w stanie pokusić się o naprawdę wiele rzeczy. Kiedy odpowiednio płaciłem, wykonywał najpodlejsze zadania.
Na szczęście bez poważnych incydentów wjeżdżamy do posiadłości. Kambar prowadzi wózek do miejsca, które, jak się domyślam, musi być kuchnią, po czym wypakowuje worki.
– Mam nadzieję, że ten smród wydała krowa, a nie ty – syczy leżący obok Bomber.
Jesteśmy zamknięci tu już od niemal trzech godzin, jak kochankowie w jednej trumnie. To zdecydowanie bardziej zażyły poziom interakcji niż ten, którego pragnąłbym doświadczać z Bomberem.
Nie jest zły – trochę nierozważny, o nieco seksistowskich poglądach i pali żarty. Jednak ciężko pracuje i zawsze mogę liczyć, że postąpi zgodnie z planem.
Wynajęto nas do likwidacji Nura, który dowodzi tą konkretną komórką Boko Haram. Organizacja od dawna działa w północno-wschodniej Nigerii, starając się zablokować proces demokratycznych wyborów, aby stworzyć własne teokratyczne państwo. Oczywiście Nur stanąłby na jego czele.
Wziął setki zakładników, a później ich wymordowano, gdy poszczególne miasta odmawiały otwarcia przed nim podwojów lub przekazania absurdalnych okupów, których żądał za uprowadzonych obywateli.
Cóż, dziś jednak jego działalność dobiegnie końca. Boko Haram jest niczym stugłowa hydra, ale przynajmniej skrócę ją dziś o jeden łeb.
Żałuję, że nie mam przy sobie zwyczajowej ekipy. To naprawdę ryzykowne zadanie. Wolałbym, żeby osłaniał mnie Ghost lub nawet Psycho. Jednak formacja Black Knights zajmuje się obecnie sytuacją w Ukrainie. Bomber był najlepszym, kogo mogłem prosić o pomoc, mając tak niewiele czasu.
– Szczać mi się chce – mruczy.
– Mówiłem, żebyś nie wlewał w siebie tyle wody.
– Ale tu jest kurewsko gorąco…
– Ciii… – karcę go.
Słyszę, że w rozładunku wózka pomaga Kamburowi przynajmniej jedna osoba.
Nie potrzebuję, żeby bojownicy usłyszeli marudzenie Bombera.
Kambar rozmawia z kimś kilkanaście metrów od nas.
Następuje chwila ciszy, a zaraz później słyszymy trzykrotne puknięcie w wózek, co oznacza, że możemy wyjść.
Sięgam pod siebie, otwieram zatrzask, który utrzymuje nas w tej niewielkiej przestrzeni. Spadamy z Bomberem na ziemię. Widzę kopyta wołów przed sobą, a po obu stronach – koła. Przetaczamy się pomiędzy nimi i wskakujemy za piramidę beczek z oliwą.
Kambar nawet na nas nie patrzy. Wskakuje na wózek, ciągnie za wodze i gwiżdże, by woły ruszyły.
Siedzimy za beczkami przez kolejne dwie godziny.
Bomber kopie dołek w suchej ziemi i pozbywa się zawartości bolącego pęcherza. Żałuję, że nie zrobił tego dalej niż pięć centymetrów od mojego łokcia, ale rozumiem, że nie miał wyjścia. Słyszę krzątających się kucharzy, którzy przygotowują obiad dla przynajmniej pięćdziesięciu żołnierzy przebywających w posiadłości.
Czuję, jak apetycznie pachną pieczona jagnięcina oraz bulgoczący sos pomidorowy.
– Moglibyśmy się tam zakraść i coś podwędzić… – szepcze Bomber.
– Nawet o tym nie myśl.
W końcu zapada zmrok i jestem pewien, że wszyscy skończyli posiłek.
Dostrzegam światło w oknie w południowo-zachodnim skrzydle. To tymczasowy pokój Nura.
– Idziemy – rzucam szeptem do Bombera.
Nie chcę czekać, aż bojownicy wystawią nocną straż. Wolę działać od razu, gdy wszyscy są najedzeni i ospali, a żołnierze, którzy przez cały dzień stali na słońcu, pilnując terenu, odliczają minuty do chwili, gdy będą mogli zapalić papierosa, pograć w karty czy iść spać.
Obserwowaliśmy tę posiadłość od kilku dni. Doskonale orientujemy się, gdzie umieszczono wartowników, a także jak wygląda schemat patroli.
Wchodzimy powoli tylną klatką schodową.
Cały ten kompleks budynków przypomina średniowieczny zamek – mury składają się z dużych otoczaków, okna nie mają szyb. Zamiast nich wiszą kolorowe materiały, które wyłapują kurz, aby nie dostał się do środka. W takich miejscach nie ma klimatyzacji. Buduje się to tak, aby zachować przepływ powietrza, które chłodzi wnętrze.
Bomber osłania tyły, podczas gdy ja wychylam się zza załomu, by sprawdzić, czy na korytarzu nie ma strażnika. Widzę, że stoi w jednym z okien i wygląda na zewnątrz, a karabin odłożył kolbą na posadzkę, więc lufa opiera się obok niego o ścianę.
Niezbyt to rozważne. Ci mężczyźni ewidentnie nie przeszli żadnego szkolenia bojowego. Wykazują się niesamowitą zaciekłością wobec cywilów, kobiet oraz dzieci, choć gubi ich poczucie siły.
Zakradam się od tyłu, chwytam go za szyję, zakrywam dłonią usta i duszę. Czekam, aż zwiotczeje, po czym ostrożnie opuszczam go na posadzkę.
Rozbieram go. Nosi pustynny strój kamuflujący oraz zielony turban z chustą na twarz. Jest ode mnie dużo niższy, ale na szczęście kurtka i spodnie są luźne, więc zapewne zgarnął te rzeczy ze stosu mundurów i nawet nie przymierzył.
Wkładam strój na swój własny, ciesząc się, że będę mógł zakryć twarz. Chwilę później Bomber osłania mnie, gdy idę do drzwi Nura.
Stoi przy nich dwóch strażników. Ci tutaj wiedzą, że nie powinni odkładać karabinów ani okazywać znudzenia. Jeżeli przywódca przyłapałby ich na tym, że się obijają, osobiście by ich zastrzelił albo rozkazałby swoim kreatywnym ludziom wziąć ich na straszliwe tortury.
Kiedy ostatnio bojownicy uprowadzili zakładników z Taraby, polecił, aby odcięto im ręce i powieszono je na sznurach na ich szyjach. Połowa tych ludzi zmarła z powodu wykrwawienia lub infekcji. Nur ani trochę się tym nie przejął.
Zwieszając głowę, by ukryć twarz, podchodzę zdecydowanym krokiem do wartowników.
– Wiadomość dla Nura – mamroczę w języku kanuri.
Strażnik, który stoi po prawej, wyciąga rękę, myśląc, że to notka albo list.
Podrzynam mu gardło nożem bojowym.
Łapie powietrze jak ryba, chwytając się za szyję, całkowicie zaskoczony obrotem spraw.
Strażnik po lewej otwiera usta do krzyku i celuje we mnie z karabinu.
Blokuję go przedramieniem, trzymając ręką za twarz.
Zadaję sześć ciosów ostrzem w klatkę piersiową.
Obaj mężczyźni upadają niemal w tym samym momencie. Nie jestem w stanie stłumić huku walących się na podłogę ciał ani bulgotu z gardła tego po prawej.
Spodziewam się więc, że Nur już na mnie czeka.
Podciągam zwłoki tego po lewej i trzymam przed sobą, wchodząc do pokoju.
Nur zgodnie z przewidywaniami strzela do mnie. Trafia dwiema kulami w ciało strażnika. Trzeci pocisk rozrywa drewnianą futrynę tuż przy moim uchu.
Biorę rozpęd i popycham trupa w jego kierunku. Nur zatacza się, potyka i upada na luksusowy marokański dywan, który rozłożono dla niego na tej kamiennej posadzce.
Wyrywam mu broń, a następnie odsuwam się, żeby Bomber mógł go zastrzelić. Towarzysz jest tuż za mną, nakręcił tłumik na SIG Sauera. Dwukrotnie wypala w pierś Nura i raz w głowę.
Przywódca bojowników nie włożył kamizelki, tylko luźną, białą, lnianą tunikę, na której plamy krwi rozkwitają niczym kwiaty. Słyszę, że ostatni oddech wciąga przez dziurę w płucu.
Nieustannie zaskakuje mnie, jak ludzcy są tacy watażkowie. Nur ma nieco ponad metr osiemdziesiąt i lekką nadwagę. Wyłysiał na czubku głowy, a pozostałe przy uszach pasma poprzetykała siwizna. Białka jego oczu wydają się pożółkłe, podobnie jak zęby. Czuję kwaśny smród jego potu.
Okazuje się, że nie ma w tym człowieku niczego majestatycznego. Zamordował tysiące obywateli, znacznie więcej sterroryzował, a teraz umiera nijaką śmiercią, nie wygłosiwszy ostatnich słów. Nawet nie stawiał zbyt dużego oporu.
Czekamy, aż wyzionie ducha, następnie sprawdzam tętno, nawet jeśli widzę, że ze szklących się oczu uleciało życie.
Przyczepiamy liny do parapetu i zjeżdżamy po ścianie budynku.
Planujemy wydostać się z posiadłości przez odpływ kanalizacji, do którego kucharze wrzucają odpady. To nie jest moja preferowana metoda wyjścia, niemniej przyjęliśmy wszystkie możliwe szczepionki, więc mam nadzieję, że nie złapiemy niczego paskudnego.
Przekradamy się przez ciemne podwórze w chwili, w której dochodzi do zmiany strażników. Wydaje mi się, że ciało Nura zostanie odkryte do dziesięciu minut. Na pewno nowi wartownicy sprawdzą, co u szefa.
Przemykamy wąskim korytarzem w stronę kuchni, gdy Bomber syczy:
– Long Shot, patrz.
Krzywię się wkurzony, że nas spowalnia. Nie mamy czasu, żeby przyglądać się temu, co przykuło jego uwagę.
Mimo to wracam do zamkniętych drzwi. Przez niewielkie okienko, które w nich wstawiono, dostrzegam, że na gołej podłodze kuli się pięć dziewczynek. Mają na sobie szkolne mundurki – sweterki w kratę, białe bluzki i podkolanówki. Wszystkie te ubrania wydają się zaskakująco czyste – najwyraźniej dzieci nie przebywają tu zbyt długo.
– Szlag – rzucam szeptem.
– Co robimy? – pyta Bomber.
– Lepiej je stąd wyciągnijmy.
Towarzysz przygotowuje się, aby strzelić w zamek, ale go powstrzymuję. Coś ciąży mi w kieszeni spodni, które ukradłem strażnikowi na piętrze. Wkładam rękę, znajduję pęk kluczy.
Po kolei wsuwam je do zamka, który zgrzyta przy trzecim. Drzwi skrzypią, gdy je otwieram. Przerażone dziewczynki unoszą głowy.
– Cicho, proszę – nakazuję po angielsku.
Nie mówię w języku hausa, yoruba, igbo czy jakimikolwiek innymi, którymi posługują się Nigeryjczycy. Zapamiętałem tylko kilka słów w kanuri, by móc wykonać zadanie. Modlę się w duchu, żeby te dzieci miały angielski w szkole.
Nie mam jednak pojęcia, czy mnie zrozumiały, czy milczą z przerażenia.
Patrzą na mnie szeroko otwartymi oczami i się trzęsą.
Staram się wyswobodzić je z łańcuchów, które mają na nogach, ale żaden klucz nie pasuje. Zamiast tego wyjmuję ze ściany kamień, kładę na nim okowy. Bomber uderza kolbą karabinu, aż pękają oczka. Nadal nie jestem w stanie zdjąć metalowych obejm z ich kostek, ale przynajmniej pozbyliśmy się łańcucha.
Przykładam palec do ust, aby pokazać, że nadal mają się nie odzywać, po czym wyprowadzam je na korytarz, który wiedzie do kuchni. Bomber sprawdza teren. Zakrada się za kucharza, uderza go w głowę półmiskiem. Mężczyzna pada na worki z ryżem, wcześniej dostarczone tu przez Kambara.
Po kolei spuszczam dziewczynki zsypem na śmieci, który niemożebnie cuchnie.
Bomber marszczy nos.
– Nie chcę tam włazić.
Na piętrze rozlegają się krzyki. Chyba właśnie znaleziono ciało Nura.
– To tu zostań i ryzykuj – rzucam.
Trzymając karabin przed sobą, aby go nie zamoczyć, wskakuję do zsypu.
Ślizgam się w ciemnej rurze, licząc na to, że ta nigdzie się nie zwęzi. Nie wyobrażam sobie, żebym zaklinował się jak korek w butelce w tym obrzydliwym szlamie. Na szczęście udaje mi się dobrnąć do końca.
– Uważajcie! – wołam do dzieci na dole, bo nie chcę żadnego potrącić.
W tej chwili wszystkie dziewczynki mają na sobie tłuszcz i zgniłe resztki jedzenia. Biorę najmniejszą za rękę i wołam do pozostałych:
– Idziemy!
Bomber łapie dwie kolejne za rączki i biegniemy przez pustynną ziemię, modląc się, żebyśmy mogli skryć się w rzadkich zaroślach. Dobrze, że małe się wybrudziły – biel ich bluzek i skarpetek aż tak nie bije po oczach.
Słyszę, że w całej posiadłości robi się gorąco. Bojownicy biegają i pokrzykują, przeszukując budynek za budynkiem, jednak brakuje im dowództwa, ponieważ wykończyliśmy ich szefa.
Staram się przebierać nogami jak najszybciej, ale spowalniają mnie dzieci. Kuleją, nie mają butów i są ścierpnięte, bo zbyt długo więziono je w tamtym pomieszczeniu. Pewnie nie dostały też nic do jedzenia.
– Musimy je zostawić – warczy Bomber. – Mamy się stawić w punkcie zbornym dokładnie za czterdzieści jeden minut, inaczej odlecą bez nas!
Miejsce oddalone jest o osiem kilometrów. Nie ma mowy, aby dziewczynki zdołały przebiec taki dystans, i to w tak szybkim tempie. Nie w takim stanie, w jakim są teraz.
– Nie zostawimy ich – rzucam.
Żołnierze wroga biegają w chaosie, ale wkrótce się zorganizują. Wskoczą do Jeepów, będą szukać nas szperaczami.
Kucam, wskazuję, aby największe dziecko wskoczyło mi na plecy. Biorę dwa małe i przytrzymuję sobie przy biodrze.
– Powaliło cię?! – karci mnie Bomber.
– Nieś te dwie albo sam palnę ci w łeb! – nakazuję.
Bomber kręci głową, widzę, że jest czerwony ze złości. Mimo to bierze dwie pozostałe dziewczynki. Mój towarzysz to rosły facet. Wiem, że udźwignie dodatkowe kilogramy.
Zaczynamy biec przez nierówny teren, dzieci trzymają się nas rączkami i nóżkami.
Mimo że każda z tych dziewczynek jest mała, mam na sobie około pięćdziesiąt kilo dodatkowego balastu. Tak naprawdę nie wiem, ile ważą, choć odnoszę wrażenie, że przybierają na masie z każdą mijającą minutą.
Zalewa mnie pot, przez co coraz trudniej mi je utrzymać. Bomber dyszy i sapie jak hipopotam, zbyt zmęczony, żeby narzekać.
Pędzimy, aż płuca mnie pieką, mięśnie nóg palą żywym ogniem.
– Jeszcze trzy kilometry – wydusza Bomber.
Kurwa.
Każdy krok wywołuje ból w plecach. Ręce mi zdrętwiały od ściskania dzieci. Boję się, że zaraz zwalę się jak kłoda i nie będę mógł się podnieść.
Staram się udawać, że jestem na unitarce, kiedy to musiałem biegać na szesnaście kilometrów z dwudziestokilowym plecakiem. Wtedy jeszcze nie przywykłem do ekstremalnego forsowania ciała i nie znałem jego granic.
Wspominam swojego pierwszego dowódcę – sierżanta Price’a.
Wyobrażam sobie, że biegnie obok mnie i wydziera się wniebogłosy, żebym nawet nie myślał zwalniać.
Jeśli zawahasz się choćby na jeden jebany krok, szeregowy, kopnę cię w jaja tak mocno, że zaczniesz śpiewać jak Mariah Carey!
Price potrafił motywować.
Ostatecznie, gdy odnoszę wrażenie, że nie postawię ani jednego kroku więcej, słyszę rotor śmigłowca. Dodaje mi to całkiem nowej energii.
– Już prawie! – krzyczę do Bombera.
Kiwa głową, pot zalewa mu twarz.
Ostatni fragment terenu mamy pod górkę. Niosę dziewczynki na szczyt, jak Samwise Gamgee dźwigał Froda na wulkan. To chyba jednocześnie najlepsza, jak i najgorsza chwila w moim życiu.
Po kolei podaję maluchy drużynie w helikopterze, rozważając, jak, do diabła, mam się dowiedzieć, skąd pochodzą te dzieci, aby móc oddać je rodzicom.
– Nie mamy siły nośnej na dodatkowe osoby! – warczy na mnie pilot.
– To coś wyrzuć – polecam.
Nie zostawię tych dziewczynek po tym, gdy przeniosłem je taki szmat drogi.
Pilot wyrzuca pudła z zapasami i apteczkę. Mam nadzieję, że nie było tam nic kosztownego – zapewne każą mi zapłacić.
Kiedy wskakujemy z Bomberem na pokład maszyny, śmigłowiec wzbija się w powietrze. Pięć dziewczynek tuli się na podłodze helikoptera, są bardziej przerażone lotem niż samą ucieczką. Jedna z nich ma na tyle odwagi, by wyjrzeć przez otwarte drzwi na znikającą pod nami pustynię.
Odwraca do mnie okrągłą twarzyczkę i spogląda błyszczącymi oczami.
– Ptak – mówi po angielsku. Splata kciuki i macha dłońmi jak skrzydłami.
– Tak – mamroczę. – Jesteś teraz ptakiem.
Kiedy lecimy nad jeziorem Chad, komórka wibruje mi w kieszeni.
Wyjmuję ją zszokowany, że w ogóle mam tu zasięg.
Jeszcze bardziej się dziwię, gdy na ekranie dostrzegam imię Dantego. Kiedy po raz ostatni do mnie dzwonił, skończyłem z kulką w boku. Mam teraz najbrzydszą bliznę spośród wszystkich innych.
I tak odbieram.
– Deuce, lepiej, żebyś nie prosił o kolejną przysługę.
– Cóż… – odpowiada ze śmiechem.
Ten facet kiedyś aż tyle się nie śmiał. Chyba odkąd odzyskał dziewczynę, znacznie częściej mu się to przytrafia.
A jeśli jesteśmy już przy dziewczynach…
– Niech zgadnę – zaczynam – dzwonisz, bo Riona chce mój numer. W porządku, to zrozumiałe. Nie dało się nie zauważyć chemii, jaka się między nami pojawiła.
– Nie chlusnęła ci drinkiem w twarz, więc chyba, bazując na twoich doświadczeniach z kobietami, poszło całkiem nieźle…
Prycham. Spotkałem się z Rioną Griffin tylko raz, ale wywarła na mnie niezłe wrażenie. Nieczęsto spotyka się tak piękne niewiasty. To, że jest arogancka, nerwowa i mnie nie znosi, jedynie dodaje pikanterii.
– Dlaczego tak naprawdę dzwonisz? – pytam.
– Chodzi o Rionę – odpowiada Dante – ale nie w takim sensie, jak byś tego chciał…
