Okrutny kochanek - Sophie Lark - ebook
NOWOŚĆ

Okrutny kochanek ebook

Lark Sophie

0,0

242 osoby interesują się tą książką

Opis

Są przekonani, że nie zasługują na miłość… dopóki się do siebie nie zbliżą.

 

Camille Rivera tonie w nieszczęściach. Ojciec choruje, brat podpadł gliniarzowi, a jej warsztat samochodowy powoli dogorywa.

 

Nero Gallo uchodzi w okolicy za psychopatę. Jest okrutny, a jednocześnie pociągający. Camille nieraz już widziała, jak łamał kobietom  serca, nigdy nie angażując się na dłużej.

 

Dlatego dziewczyna nie potrafi uwierzyć, że to właśnie on ratuje ją z opresji. Przez całe życie mieszkali w tej samej dzielnicy – więc, czy to możliwe, że tak naprawdę wcale go nie znała?

 

Camille wkrótce odkryje, że tylko jedna rzecz niesie za sobą większe ryzyko niż zaufanie Nero – zakochanie się w nim.

 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Savage Lover

Copyright © Sophie Lark 2020

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Joanna Błakita, Wiktoria Garczewska, Aleksandra Płotka

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Projekt okładki: Emily Wittig

Ilustracje w książce: Line Maria Eriksen

ISBN 978-83-8418-593-3 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Playlista

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Dodatkowa Scena

O autorce

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dedykuję tę książkę każdej, która była kiedykolwiek w tak nędznej sytuacji, że musiała podjąć desperackie kroki.CałujęSophie Lark

PLAYLISTA

1. G-Eazy – Sober

2. Selena Gomez – Hand to Myself

3. NERO – Satisfy

4. Khalid & Normani – Love Lies

5. Harry Styles – Watermelon Sugar

6. G-Eazy & Halsey – Him & I

7. Maroon 5 – Nobody’s Love

8. Joan Jett – Bad Reputation

9. Roy Head – Treat Her Right

10. Drake – Nice for What

11. T.I. – Whatever You Like

ROZDZIAŁ 1

Camille Rivera

Tkwię pod tym Chevroletem Silverado już od trzech godzin. Wyjęłam z niego skrzynię biegów, co nie należy do moich ulubionych zajęć. Jest trudna do poskładania, ciężka, brudna i stanowi utrapienie nawet w normalnych warunkach. A dziś robię to chyba w najgorętszy dzień tego lata.

W naszym warsztacie nie przewidziano klimatyzacji. Ociekam więc potem i mam śliskie ręce. W dodatku w radiu grają trzecią z rzędu piosenkę południowokoreańskiego zespołu BTS, a ja nie mogę nic na to poradzić.

W końcu udaje mi się odkręcić wszystkie śruby od belki wspornikowej. Jestem gotowa zdjąć skrzynię. Muszę to zrobić jednym płynnym ruchem, żeby nie uszkodzić sprzęgła ani przekładni.

Skrzynia biegów po spuszczeniu oleju waży siedemdziesiąt trzy kilo. Mogę zapiąć ją na podnośniku, a mimo to chciałabym, aby tata tu był i mi pomógł. Padł zaraz po obiedzie. Ostatnio często jest wyczerpany. Ledwie może utrzymać uniesione powieki, żeby zjeść talerz spaghetti.

Powiedziałam, żeby się położył, a ja się wszystkim zajmę.

Opuszczam skrzynię na podnośniku, a następnie wyciągam ją spod samochodu. Zbieram wszystkie nakrętki i śruby, wkładam je do podpisanych woreczków, aby żadnej nie zgubić.

Właśnie od tej lekcji tata rozpoczął moją naukę w warsztacie samochodowym – mam być zorganizowana i skrupulatna. „Pracujesz przy skomplikowanych maszynach, więc sama musisz być jak jedna z nich. Tutaj nie ma miejsca na błędy”.

Po wyjęciu skrzyni w nagrodę postanawiam wychylić napój gazowany. Może i nie mamy klimy, ale przynajmniej zawsze można liczyć na lodówkę.

Ojciec jest właścicielem warsztatu na Wells Street. Mieszkamy nad nim w dwupokojowej dobudówce – tata, mój młodszy brat Vic i ja.

W drodze na górę wycieram ręce. Kombinezon zdjęłam do pasa, więc jestem w przepoconym, zalanym wszelkimi samochodowymi płynami i po prostu brudnym podkoszulku. W warsztacie jest sporo kurzu.

Dłonie mam tak czarne, że domyję je zapewne dopiero po dwóch godzinach, i to za pomocą szczotki drucianej. W każdej bruździe skóry zagnieździł się smar, a moje paznokcie już chyba na zawsze pozostaną czarne. Wytarcie rąk pomaga tylko trochę, bo kiedy chwytam za drzwiczki lodówki, i tak zostawiam na niej ślady. Biorę Colę, otwieram zimną puszkę i przyciskam ją do twarzy, nim upijam łyk.

Vic wychodzi ze swojego pokoju. Jest tak wystrojony, jakby się dokądś wybierał. Ubrał się, jakby zamierzał grać w jakimś teledysku – ma na sobie obcisłe dżinsy, jasną koszulkę, buty sportowe, które czyści szczoteczką do zębów, gdy tylko znajdzie się na nich choć drobinka brudu. Jeśli ma jakiekolwiek pieniądze, wydaje je na ciuchy.

Muszę się powstrzymywać, by nie poczochrać go po długich, karmelowych, nieuczesanych włosach. Vic ma tylko siedemnaście lat, jest między nami osiem lat różnicy. Czuję się bardziej jak jego matka niż siostra.

Mama zostawiła nam go pod drzwiami, gdy miał dwa i pół roku. Był małym, chudym dzieckiem z dużymi, ciemnymi oczami, które zajmowały niemal połowę jego twarzy, a okalały je długie, gęste rzęsy. Dlaczego chłopcy zawsze mają lepszą oprawę oczu? Mama nie zostawiła mu żadnych ubrań ani zabawek oprócz figurki Spider-Mana bez jednej nogi. Wszędzie ją ze sobą zabierał, nawet do kąpieli, a także trzymał ją w rączce, gdy spał.

Nie wiem, gdzie mama mieszkała z nim wcześniej ani kim jest jego ojciec.

Tata postanowił się nim zaopiekować i od tamtej pory brat mieszka z nami.

– Dokąd to? – pytam.

– Do znajomych.

– Kto to taki?

– Tito i Andrew.

– I co będziecie robić?

– Nie wiem. – Bierze puszkę Coli i ją otwiera. – Pewnie pójdziemy na jakiś film.

– Trochę późno na kino.

Jest dwudziesta pierwsza czterdzieści. Niewiele filmów zaczyna się po dwudziestej drugiej.

Vic jedynie wzrusza ramionami.

– Tylko nie wróć za późno do domu – polecam.

Przewraca oczami, a potem mnie omija i wychodzi z kuchni.

Zauważam, że ma na sobie całkiem nowe buty. Wydają mi się niedorzeczne – są białe z jakimiś szarymi, zaokrąglonymi liniami po bokach. To najwyraźniej obuwie do koszykówki, ale nie sądzę, żeby w nich grał, chyba że na Księżycu na przełomie kolejnego wieku.

Buty wyglądają na kosztowne.

– Skąd je masz?

Vic nie patrzy mi w oczy.

– Zamieniłem się z Andrew za Jordany.

Wiem, kiedy brat kłamie. Nigdy nie umiał tego dobrze robić.

– Nie ukradłeś ich ze sklepu, co?

– Nie! – zaprzecza natychmiast.

– Lepiej, żebyś nie kradł, Vic. Masz już prawie osiemnaście lat. Takie gówno zostanie w twoich papierach i…

– Nie ukradłem ich! – krzyczy. – Muszę iść. Zaraz się spóźnię.

Zarzuca plecak na ramię i wychodzi.

Zostaję sama w kuchni, dopijam napój i marszczę czoło. Kocham Vica całym sercem, ale również się o niego martwię. Kumpluje się z dzieciakami, które mają zdecydowanie więcej kasy niż my, których posiadłości mieszą się na Wieland i Evergreen, których rodzice mają adwokatów na szybkim wybieraniu, gotowych wyciągnąć ich synalków z kłopotów, gdy gówniarze odwalą coś głupiego.

Nas nie stać na taki luksus. Nieustannie powtarzam Vicowi, że musi się ogarnąć i poświęcić nauce, skoro jest w ostatniej klasie liceum, aby móc się dostać na dobre studia. Chłopaka nie interesuje praca z ojcem i ze mną.

Niestety, nauka też go nie kręci.

Zakłada, że zostanie DJ-em. Jeszcze nie zaczęłam wyprowadzać go z błędu.

Wyrzucam puszkę po Coli do kubła i schodzę do warsztatu.

***

Przez następną godzinę rozbieram skrzynię biegów. Właściciel Chevroleta Silverado nie chce wymienić jej na nową – zdecydował się na naprawę.

Nie wiemy, co dokładnie jej dolega, będę więc musiała rozebrać ją na części pierwsze, wszystko wyczyścić, a potem sprawdzić, co się zepsuło lub zużyło.

Podczas pracy rozmyślam o bracie. Nie uwierzyłam w jego gadkę o zamianie butów z kolegą, w ogóle nie podoba mi się jego przyjaźń z tym Andrew. To najgorszy z jego kumpli – arogancki, rozpieszczony i złośliwy. A Vic ma dobre serce. Pragnie jednak sławy, przez co porywa się na sporo głupot tylko po to, żeby zaimponować znajomym.

Ponownie wycieram ręce i wyjmuję komórkę. Chcę sprawdzić aplikację śledzącą, aby się upewnić, że Vic rzeczywiście poszedł do kina.

Wyszukuję go, a mała, niebieska kropka podpowiada, że chłopak nie jest w żadnym kinie. Zamiast tego wskazuje dom na Hudson Avenue. Jednak nie mieszka tam ani Andrew, ani nikt ze znanych mi jego kolegów.

Wkurzona, włączam Instagram i sprawdzam profil brata.

Nic nie wrzucił, więc przechodzę na konto Andrew.

I są – wszyscy trzej na jakiejś domówce. Vic pije z czerwonego, plastikowego kubka, a Tito wygląda na porządnie wstawionego.

Podpisali zdjęcie: „Idziemy dziś na rekord”.

– Na pewno nie – syczę.

Wsadzam telefon do kieszeni kombinezonu i biorę kluczyki do mojego Trans Ama. Jeśli Vic sądzi, że nachleje się z tymi kretynami, to czeka go niemiłe spotkanie z rzeczywistością. Nie powinien pić, a jutro rano musi iść do roboty w Stop & Shop. Wywalą go, jeśli znów zaśpi.

Pędzę do miejsca, w którym miga na ekranie niebieska kropka – a przynajmniej jadę tak szybko, jak tylko mogę, aby nie przegrzać silnika w swoim wiekowym samochodzie. Jest ode mnie sporo starszy, a ostatnio działa chyba tylko dzięki mojemu uporowi.

Podróż zajmuje mi zaledwie siedem minut. Znalazłabym ten dom z aplikacją, ale bez niej też – muzyka dudni na całej przecznicy. Auta zaparkowano po obu stronach drogi. Imprezowicze są wszędzie, wchodzą i wychodzą przez okna, leżą na trawniku.

Przystaję tak blisko, jak to tylko możliwe, a potem wchodzę do budynku w poszukiwaniu młodszego brata. To prawdziwa impreza z grami piwnymi, browarem lanym prosto z kegów, dziewczynami bez staników, które oddają się rozgrywce w rozbieranego pokera, parami niemal pieprzącymi się na kanapach i takim zadymieniem zielska, że ledwie widzę cokolwiek na pół metra przed sobą.

Szukum brata po omacku, bo tak naprawdę nie wiem, dokąd idę. Przepycham się przez grupę dziewczyn, z których jedna rzuca się do mnie, bo rozlała sobie drinka na sukienkę.

– Uważaj, suko! – woła, gdy się do mnie odwraca.

O, kurwa.

Udało mi się wpaść na kogoś, kto już mnie nie znosi – Bellę Page.

Chodziłyśmy razem do liceum.

Zaraz jest jeszcze lepiej, bo dostrzegam, że Bella stoi z Beatrice i Brandi.

Nazywały się w szkole „baronessami”. Bez ironii.

– O Boże! – woła Bella, przeciągając to swoim ochrypłym głosem. – Musiałam się upić bardziej, niż mi się wydawało, bo przysięgam, że patrzę na Warsztatową Małpę.

Tak właśnie mnie przezywały.

Minęło przynajmniej sześć lat, odkąd po raz ostatni słyszałam tę ksywkę, a jednak zupełnie jak kiedyś rodzi się we mnie nienawiść do samej siebie.

– Co ty masz na sobie? – Beatrice wparuje się w mój kombinezon z tak wielkim przerażeniem na twarzy, jakby była naocznym świadkiem wypadku samochodowego albo ludobójstwa.

– Właśnie tak mi się wydawało, że coś tu śmierdzi jak palące się śmieci. – Brandi marszczy ten swój idealny mały nosek.

Boże, miałam wielką nadzieję, że po ukończeniu liceum te trzy wyniosły się z miasta. Albo umarły na dyzenterię. Nie jestem wybredna.

Bella ma gładkie blond włosy ścięte na boba, a Beatrice zdecydowanie zafundowała sobie nowe cycki, Brandi natomiast nosi na palcu pierścionek z dużym, błyszczącym kamieniem. Prócz tego nie zmieniły się za wiele – wszystkie trzy wciąż są piękne, elegancko ubrane i patrzą na mnie jak na gówno, które przykleiło się im do butów.

– Wow – rzucam pustym głosem. – Naprawdę mi tego brakowało.

– Co tu robisz? – Beatrice krzyżuje ręce pod nowymi cyckami.

– Nie powinnaś siedzieć teraz w tej swojej dziupli i smarować twarzy olejem? – drwi Brandi.

– Myślałam, że kręci się po ulicy Cermak – wtrąca Bella, patrząc na mnie chłodnymi, niebieskimi oczami. – Gdzie obciąga facetom za dychę, jak robiła jej matka.

Upał, dym i dźwięki imprezy odchodzą w niepamięć. Widzę tylko śliczną buźkę Belli, na której maluje się pogarda. Nawet jeśli jestem wściekła, muszę przyznać, że prezentuje się wspaniale – gęste, czarne rzęsy okalają jej duże, niebieskie oczy. Pomalowane różową szminką usta dziewczyny wykrzywiają się w drwinie.

Nie powstrzymuje to jednak we mnie chęci, by wybić pięścią te idealne, białe ząbki. Ale jej ojciec to jakaś gruba ryba, która trzyma kasę wszystkich dupków z wyższych chicagowskich sfer. Nie wątpię, że by mnie pozwał, gdybym wpieprzyła jego małej księżniczce.

– Dostaje przynajmniej dziesięć dolców – mówi ktoś głębokim głosem. – A ty zazwyczaj robisz to za darmo, Bella.

Nero Gallo z rękami w kieszeniach opiera się o szafkę w kuchni. Ciemne włosy ma jeszcze dłuższe niż w szkole. W tej chwili opadają mu na czoło. Nie ukrywają jednak sińca pod prawym okiem ani paskudnie rozbitej wargi. Żadne z tych obrażeń nie psują jednak wyraźnego piękna jego twarzy. Właściwie to nawet je podkreślają.

Nero dowodzi przewrotności wszechświata. Chyba nigdy w historii coś tak niebezpiecznego nie znajdowało się w tak smakowitym opakowaniu. Jest jak soczysta jagoda, na której widok cieknie ślinka. A zatrujesz się już jednym kęsem.

To czysty seks o aparycji Jamesa Deana. Wszystko w tym mężczyźnie – od szarych oczu, przez gniewne usta, po arogancką pewność siebie – potrafiłoby sprawić, że nawet czyjeś zamarznięte serce wróciłoby do życia, gdyby tylko on rzucił na tego kogoś okiem.

Humor dziewczyn od razu się zmienia.

Bella się śmieje, zamiast obrazić na jego tekst, i przygryza wargę, jakby on z nią flirtował.

– Nie wiedziałam, że przyjdziesz.

– Dlaczego miałabyś o tym wiedzieć? – pyta chamsko.

Nie zamierzam rozmawiać z Nerem, a tym bardziej kontynuować pogaduszek z baronessami. Muszę znaleźć brata.

Zanim jednak udaje mi się uciec, Nero zagaduje:

– Ten Trans Am, który tam stoi, jest twój?

– Tak.

– To SE z siedemdziesiątego siódmego?

– Jasne.

– Taki sam jak Burta Reynoldsa?

– Pewnie. – Mimowolnie się uśmiecham. Nie chcę tego robić przy Nerze. Wolę trzymać się od niego na możliwie duży dystans. Ale mówi o jedynej rzeczy, którą tak naprawdę kocham.

Burt Reynolds jeździł takim autem w filmie Mistrz kierownicy ucieka, choć to jego było czarne ze złotym orłem na masce, a moje jest czerwone i ma wyścigowe paski. Samochód jest wyblakły i z każdej strony obity, ale według mnie nadal zajebisty.

Bella nie ma zielonego pojęcia, o czym właściwie rozmawiamy. Zasadniczo nie podoba jej się sam fakt, że się do siebie odzywamy. Musi natychmiast ponownie skupić na sobie uwagę.

– Mam Mercedesa G-Wagon – oświadcza.

– Tatuś musiał mieć dobry rok. – Nero wykrzywia opuchniętą górną wargę.

– Tak było – grucha dziewczyna.

– Dzięki Bogu za bohaterów, którzy pomagają wszystkim tym miliarderom ukryć kasę – wytykam.

Bella zerka na mnie jak żmija, wyraźnie życząc sobie, żebym odeszła albo umarła, by mogła zostać sama z Nerem.

– Proszę, opowiedz nam o tym, w jaki sposób ratujesz świat – syczy. – Zmieniasz olej sierotom? A może jesteś tą samą frajerką co w liceum? Mam wielką nadzieję, że nie, bo jeśli wciąż jesteś tą małą, brudną szumowiną, naprawdę nie wiem, jak zapłacisz za sukienkę, którą mi zniszczyłaś.

Spoglądam na trzy małe plamki na jej obcisłej, białej kiecce.

– Może spróbuj ją wyprać.

– Nie można wrzucić sukienki za osiem stów do pralki – informuje. – Ale ty o tym nie wiesz, bo nie pierzesz swoich ubrań. Ani najwyraźniej niczego innego. – Obwąchuje mój brudny podkoszulek i tłuste włosy, które przewiązałam bandaną.

Jestem zażenowana, gdy tak mi się przygląda. I nawet nie wiem dlaczego. Nie zależy mi na jej ocenie. Ale nie mogę dyskutować z faktami – jestem biedna i prezentuję się fatalnie.

– Tracisz czas – odzywa się znudzonym tonem Nero. – Ona nie ma ośmiuset dolarów.

– Boże. – Beatrice się śmieje. – Levi naprawdę powinien mieć ochronę na tych imprezach, żeby trzymać z dala takie śmieci.

– Jesteś pewna, że ty byś wtedy weszła? – pyta łagodnie Nero.

Bierze z blatu butelkę wódki, upija kilka łyków i odchodzi. Zupełnie na mnie nie patrzy, jakby zapomniał o moim istnieniu.

Baronessy również o mnie nie pamiętają. Tęsknie spoglądają za Nerem.

– Co za dupek – rzuca Beatrice.

– Cholernie przystojny dupek – szepcze wymownie Bella. Wpatruje się w mężczyznę, jakby stanowił połączenie torebki Hermès Birkin i szpilek od Louboutina.

Dziewczyna poświęca się pożądaniu, więc korzystam z jej rozproszenia i odchodzę w przeciwnym kierunku niż Nero, aby znaleźć brata. Nie widzę go na parterze, więc idę na górę i sprawdzam poszczególne pokoje, w których trafiam na takich, którzy się bzykają, wciągają kreski lub grają w Grand Theft Auto.

Dom wydaje się ogromny, ale zaniedbany. Najwyraźniej to nie jest pierwsza impreza w tym miejscu – podłogi są porysowane, ściany pełne dziur. Po wyglądzie pomieszczeń wnoszę, że mieszka tu kilka osób, zapewne sami faceci. Goście to przedziwna mieszanina ludzi z wyższych sfer – jak Bella – oraz znacznie brutalniejszych osobników. Nie podoba mi się, że gdzieś w tym wszystkim jest też Vic.

W końcu odnajduję go na podwórzu, gdzie gra w ping-ponga na ustawionym na zewnątrz stole. Jest tak schlany, że ledwie trzyma paletkę i ani razu nie udaje mu się odbić piłeczki.

Chwytam go za tył T-shirtu i odciągam.

– Ej, co jest?! – krzyczy.

– Wychodzimy – warczę.

– On chyba nie chce – informuje mnie Andrew.

Naprawdę nie lubię tego chłopaka. To zarozumiały gówniarz, ubiera się i mówi jak gangster, chociaż wiem, że jego rodzice są chirurgami, a on sam został przyjęty na Uniwersytet Northwestern.

Przyszłość ma już zapewnioną. Może się bawić w złola, ale kiedy mu się to znudzi, skupi się na studiach i zostawi mojego brata w rynsztoku.

– Spieprzaj, zanim zadzwonię do twoich starych – rzucam gniewnie.

Uśmiecha się do mnie.

– Powodzenia. Są teraz na Arubie.

– Okej – prycham. – To zadzwonię po gliny i powiem, że nieletni piją tu alkohol.

– Dobra, dobra, idę – bełkocze Vic. – Daj mi chociaż wziąć plecak.

Wyjmuje go spod stołu bilardowego, niemal wywracając się przy tym w tych swoich niedorzecznych butach.

– Chodź – popędzam go, a potem ciągnę.

Wyprowadzam chłopaka przez boczną bramkę, bo nie zamierzam ponownie przechodzić przez cały dom, żeby wpaść na Bellę.

Odprężam się dopiero na chodniku, chociaż gniew na pijanego brata ze mnie nie wyparowuje.

– Jutro idziesz do pracy – przypominam mu. – Obudzę cię o siódmej i będę mieć w dupie twojego kaca.

– Rety, nienawidzę tej roboty – marudzi, człapiąc za mną.

– Och, nie podoba ci się pakowanie zakupów? To może powinieneś się ogarnąć i iść na jakieś przyzwoite studia, żebyś nie musiał pracować w tym sklepie do końca życia.

Wpycham go na miejsce pasażera, trzaskam drzwiami Trans Ama, a potem obchodzę auto, aby wskoczyć za kierownicę.

– Ty nie poszłaś na studia – wytyka mi urażony.

– Tak, i tylko spójrz na mnie. – Wskazuję swoje brudne ubranie. – Do końca świata będę zapieprzać w tym warsztacie.

Odjeżdżam, a Vic opiera się o szybę.

– Myślałem, że to lubisz… – mruczy.

– Lubię samochody, a nie zmienianie oleju i naprawianie złomów innych ludzi tylko po to, żeby się później wykłócali o cenę.

Skręcam w Goethego, przejeżdżam powoli, bo jest już późno, a ta ulica nie jest za dobrze oświetlona.

Nawet w bladej poświacie latarni dostrzegam, że Vic nieco zielenieje.

– Zatrzymaj się – nakazuje. – Będę rzygał.

– Zaczekaj. Nie mogę się teraz…

– Stój! – krzyczy, szarpiąc za kierownicę.

– Co jest?! – wrzeszczę i prostuję koła, aby nie wjechać w stojące przy chodniku samochody. Zanim mam szansę znaleźć jakieś przyzwoite miejsce, w którym mogłabym przystanąć, w lusterku wstecznym zauważam niebiesko-czerwone światła i słyszę krótki sygnał policyjnej syreny.

– Kurwa – jęczę i zjeżdżam.

Vic otwiera drzwi i wymiotuje na ulicę.

– Ogarnij się – mamroczę.

Policjant puka w szybę po mojej stronie i świeci mi latarką w twarz. Otwieram okno, starając się zwilżyć usta na tyle, żeby móc porozmawiać.

– Piła pani? – pyta funkcjonariusz.

– Nie – odpowiadam. – Przepraszam, brat źle się czuje…

Gliniarz świeci na Vica, przez co ujawnia jego przekrwione oczy i zarzyganą koszulkę.

– Proszę wysiąść z samochodu – poleca mojemu bratu.

– Czy to naprawdę…

– Wysiadać! – warczy gliniarz.

Vic otwiera drzwi i gramoli się na zewnątrz, próbując nie wdepnąć we własne wymiociny. Zaczepia jednak stopą o plecak i wyciąga go za sobą na ulicę.

Policjant nakazuje, aby oparł się o auto i położył ręce na dachu.

– Masz broń? – pyta, przeszukując Vica.

– E-e – bąka brat, kręcąc głową.

Również wysiadam, choć pozostaję po swojej stronie auta.

– Zabiorę go do domu, panie władzo – oświadczam.

Gliniarz zamiera, trzymając rękę po zewnętrznej stronie nogi Vica.

– Co masz w kieszeni, młody? – pyta stanowczo.

– Nic – rzuca głupkowato Vic.

Funkcjonariusz wyjmuje niewielki woreczek. Żołądek zwija mi się w ciasny supeł, gdy widzę, że w środku znajdują się dwie tabletki.

– Co to jest? – pyta gliniarz.

– Nie wiem – odpowiada Vic. – To nie moje.

– Nie ruszaj się – nakazuje policjant. Bierze plecak Vica i zaczyna w nim grzebać. Chwilę później wyciąga pudełko śniadaniowe, w którym odkrywa przynajmniej ze sto takich tabletek. – Niech zgadnę. To też nie jest twoje.

– Są moje! – wtrącam, nim brat ma szansę się odezwać.

Kurwa mać! Co ja wyprawiam?

Policjant patrzy na mnie, pytająco unosząc brwi. To wysoki, wysportowany mężczyzna o kwadratowej żuchwie i niebieskich oczach.

– Jest pani tego pewna? – pyta cicho. – To sporo towaru. Znacznie więcej niż na użytek własny. Grozi pani zarzut posiadania narkotyków w ilości wskazującej na handel.

Pocę się, serce wali mi jak młotem. Właśnie wpakowałam się po uszy w gówno. Ale przynajmniej Vic nie będzie za to odpowiadał. Nie pozwolę, aby w taki sposób spieprzył sobie życie.

– To moje – przytakuję stanowczo. – Wszystko jest moje.

Vic patrzy to na mnie, to na funkcjonariusza, tak pijany i przerażony, że nie ma pojęcia, jak się zachować. Spoglądam mu prosto w oczy i minimalnie kręcę głową, aby nawet nie pisnął.

– Wracaj do auta, młody – rzuca policjant.

Vic siada na miejscu pasażera. Funkcjonariusz zamyka za nim drzwi, a potem skupia się na mnie.

– Jak się pani nazywa?

– Camille Rivera. – Z trudem przełykam ślinę.

– Funkcjonariusz Schultz – przedstawia się, wskazując na swoją odznakę. – Podejdź tu, Camille.

Obchodzę samochód, więc oboje stoimy teraz w świetle reflektorów.

Kiedy zbliżam się do policjanta, zauważam, że jest młodszy, niż pierwotnie zakładałam – zapewne tuż po trzydziestce, co najwyżej dobija do trzydziestu pięciu lat. Ma krótkie, wygolone po bokach jasne włosy i opaloną twarz. Jego mundur wydaje się sztywny, jakby został wykrochmalony.

Uśmiecha się, a mimo to nigdy w życiu aż tak bardzo się nie bałam. Mój los zależy w tej chwili od trzymanego przez niego pudełka z tabletkami.

– Wiesz, co to jest, Camille?

Spoglądam na pastylki. Wyglądają niewinnie, jak witaminy dla dzieci – są żółte i mają postać szkolnych autobusów, więc domyślam się, że to ecstasy.

– Tak, wiem, co to jest – chrypię.

– W stanie Illinois obowiązują surowe przepisy ustawy antynarkotykowej – informuje mnie funkcjonariusz Schultz przyjaznym głosem. – Za przestępstwo uznaje się posiadanie już jednej tabletki. Piętnaście takich oznacza co najmniej cztery lata za kratami. Powiedziałbym, że masz tu ich ze sto pięćdziesiąt. Do tego te, które znajdują się w kieszeni twojego brata.

– One również są moje – odpowiadam. – Nie wiedział, co to jest. Poprosiłam, żeby mi je przechował.

Policjant wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, zachowując milczenie. Uśmiecha się łagodnie, ale nie wiem, co to oznacza.

– Gdzie mieszkasz? – pyta w końcu.

– Na Wells. Nad Axel Auto. To mój warsztat… znaczy mojego ojca. Pracuję w nim.

– Naprawiasz samochody? – Przygląda się mojemu strojowi.

– Tak.

– Nie widuje się zbyt wielu dziewczyn w tym zawodzie.

– Wątpię, czy w ogóle znasz jakichś mechaników.

Zdaję sobie sprawę, że to nie jest najlepsza pora, by błyszczeć sarkazmem, ale mam już dość takich uwag. Zwłaszcza od mężczyzn. A już na pewno od takich, którzy nie ufają mi w kwestii naprawy swojego samochodu, chociaż sami nie odróżniają tłoka od świecy zapłonowej.

Na szczęście Schultz się śmieje.

– Tylko jednego – odpowiada. – Ale odnoszę wrażenie, że coś mi ściemnia.

Znów zapada cisza. Czekam, aż zakuje mnie w kajdanki i wrzuci do tyłu radiowozu.

Zamiast tego mówi:

– Axel Auto na Wells Street?

– Tak.

– Odwiedzę cię tam jutro.

Wpatruję się w niego tępym wzrokiem, bo nie wiem, o co mu właściwie chodzi.

– Zawieź brata do domu – dodaje. Wrzuca pudełko z tabletkami do plecaka, który zapina, a potem chowa do swojego bagażnika.

Wciąż stoję jak skamieniała, nie mając pojęcia, co się dzieje.

– Mogę odjechać? – pytam głupkowato.

– Na razie tak. Jutro dokończymy tę rozmowę.

Wsiadam więc do auta, a serce chce wyskoczyć mi z piersi. Czuję w ustach posmak metalu, a mój umysł podpowiada, że to cholernie dziwna sytuacja.

Ale nie zamierzam się kłócić. Siedzę po uszy w problemach, więc przyjmę każde koło ratunkowe.

Mam tylko nadzieję, że nie okaże się zakamuflowaną kotwicą.