Zemsta: Thriller Johna Hayesa #1 - Mark David Abbott - ebook
NOWOŚĆ

Zemsta: Thriller Johna Hayesa #1 ebook

Mark David Abbott

0,0

Opis

A brutal crime. A distraught man. A decision that will change everything.

John Hayes has everything he could dream of: a great job in India, a beautiful wife he loves more than anything else, and a future full of possibilities.

Until one day his perfect world falls to pieces.

When his wife is brutally attacked, John turns to the police for help. However, he quickly discovers that in a country where corruption runs deep and powerful figures go unpunished, justice isn't always on the side of the victims.

Left alone, immersed in despair and anger, he faces an impossible choice.

Should he accept his fate and try to move on with his life?

Or take matters into your own hands and bring justice to those whom the law cannot reach?

How far would you go if someone took away everything you love?

Revenge is a gripping thriller about loss, anger, and the boundaries ordinary people are willing to cross when the justice system fails.

If you enjoy action-packed, thrilling thrillers in the style of Lee Child and Mark Dawson, this story is for you.

Meet John Hayes. An ordinary man whose life compelled him to do extraordinary things.

 

The first volume in Mark David Abbott's gripping John Hayes thriller series.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 248

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ZEMSTA

THRILLER JOHNA HAYESA #1

THRILLERY JOHNA HAYESA

TOM 1

MARK DAVID ABBOTT

CONTENTS

Prologue

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Epilogue

Darmowa książka i informacje o nowych premierach!

Inne książki Marka Davida Abbotta

O Autorze

Copyright © 2018 by Mark David Abbott

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej książki nie może być powielana w jakiejkolwiek formie ani w jakikolwiek sposób, elektroniczny bądź mechaniczny, włączając w to systemy przechowywania i wyszukiwania informacji, bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach książek.

PROLOGUE

John przyciągnął ją blisko, a ona oparła głowę na jego ramieniu, wpatrując się w dolinę. Słońce stało nisko na horyzoncie, a wieczorne światło zmieniało wzgórza Ghatów Zachodnich w sylwetki o barwach błękitu i szarości. Gdzieś w dole nawoływał paw, a delikatny wietrzyk niósł ze sobą zapach dymu z wiejskich palenisk.

— Czyż nie jest tu jak w niebie? — Charlotte odwróciła się i uśmiechnęła do Johna.

John spojrzał na nią — na zmarszczki w kącikach jej niebieskich oczu, na blond lok opadający na muśnięte słońcem czoło. Uśmiechnął się, przycisnął ją mocniej i złożył pocałunek na jej czole, gdy wtuliła się w niego.

— Tak się cieszę, że się tu przeprowadziliśmy — westchnęła.

— Ja też.

Stali przez chwilę w milczeniu, zadowoleni ze swojego towarzystwa, aż ich myśli przerwało burczenie w brzuchu Johna.

— Chodź, zjemy coś. Umieram z głodu.

— Czekaj. — Charlotte uwolniła się z jego objęć i wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni dżinsów. — Chcę to uwiecznić.

John czekał, aż zrobiła zdjęcie, po czym, trzymając się za ręce, ruszyli z powrotem w dół wzgórza do pensjonatu.

John był w połowie dwuletniego kontraktu w Indiach i wydawało mu się, że to za mało czasu. W każdy weekend i święto on i Charlotte wyjeżdżali z Bangalore, by zwiedzać kraj, ale wciąż tak wiele pozostawało do zobaczenia. W pierwszych miesiącach odwiedzili znane miejsca turystyczne — Tadź Mahal, Radżastan, Bodh Gaja — ale teraz woleli odwiedzać mniej znane, mniej turystyczne zakątki. W ten weekend John wziął dodatkowy dzień wolnego i odbyli pięciogodzinną podróż z Bangalore do małego miasteczka Ooty. Była to górska miejscowość w Ghatach Zachodnich, obdarzona pięknymi krajobrazami i chłodnym klimatem, idealnym do uprawy herbaty. Dnie spędzali na zwiedzaniu, długich spacerach po plantacjach herbaty, zatrzymując się od czasu do czasu, by obserwować tamilskie kobiety zrywające delikatne, zielone liście i wrzucające je do koszy przewieszonych przez plecy. Ich jaskrawe sari, złota biżuteria i nieśmiałe uśmiechy wyraźnie kontrastowały ze szmaragdową zielenią krzewów herbacianych. Charlotte myślała o nich jak o ludzkich motylach unoszących się nad krajobrazem. Wieczory spędzali w pensjonacie, relaksując się przy kominku i dzieląc whiskey z właścicielem, plantatorem w trzecim pokoleniu, podczas gdy on raczył ich opowieściami z życia na plantacji. Były to historie o tygrysach ludojadach, najściach słoni, lampartach kradnących psy i nieustannych problemach z wędrownymi pracownikami przy zbiorach herbaty. To wszystko było fascynujące i stanowiło styl życia, którego nie potrafili sobie nawet wyobrazić, będąc w Anglii.

John i Charlotte byli małżeństwem od dwóch lat i wciąż kochali się tak samo jak przed ślubem. Kiedy bank, który zatrudniał Johna, złożył mu ofertę zarządzania operacjami back-office w Bangalore, bez wahania skorzystali z okazji do przeżycia przygody. Szansa na ucieczkę od rutyny i ponurej angielskiej pogody na rzecz egzotycznych Indii, kraju, o którym John czytał tylko w książkach Kiplinga i Corbetta, była zbyt dobra, by ją przepuścić.

Było to wszystko, czego się spodziewali, a nawet więcej — ekscytująco, egzotycznie, chaotycznie, frustrująco i irytująco, ale nigdy nudno. Oboje uważali, że już nigdy nie będą w stanie wrócić do normalnego życia w Anglii.

Gdy John i Charlotte zbliżali się do pensjonatu, wybiegła do nich para labradorów właściciela, skacząc i merdając ogonami z radości, jakby widziały ich po raz pierwszy. Kucharz pomachał im z drzwi kuchni, a Johnowi napłynęła ślinka do ust na zapach egzotycznych ziół i przypraw.

— Ciekawe, co dzisiaj zjemy?

— Cokolwiek to jest, pachnie fantastycznie. Indyjskie jedzenie w Anglii zupełnie tego nie przypomina. Chyba już nigdy nie będę mogła zjeść w indyjskiej restauracji w domu!

John parsknął śmiechem. — Ja chyba już nigdy nie będę zadowolony z jedzenia gdziekolwiek indziej. — Zdjął buty trekkingowe przed ich pokojem i pchnął drzwi. — Chodźmy się odświeżyć i usiądźmy w salonie. Chcę posłuchać jeszcze kilku opowieści Deepaka.

Charlotte roześmiała się i uderzyła go w ramię.

— Ta, jasne. Po prostu chcesz mu pomóc dokończyć butelkę whiskey, którą wczoraj zaczęliście.

1

Biiiip!

John walnął nasadą dłoni w klakson, gdy samochód obok niego zaczął zjeżdżać na jego pas. Kierowca wrócił na swoje miejsce, ale dziesięć sekund później znowu spróbował tego samego. John ponownie huknął dłonią w klakson, zahamował, żeby pozwolić tamtemu wjechać, i potrząsnął głową. Wrócił do Bangalore zaledwie dwa dni temu, a już tęsknił za spokojniejszymi drogami Ooty.

Droga z biura Johna w Manyata Tech Park na północnym skraju Bangalore była krótka pod względem odległości, ale najeżona potencjalnymi niebezpieczeństwami. Na drogach panował chaos, pojazdy wszelkich kształtów i rozmiarów kłębiły się bez ładu i składu, w całkowitym lekceważeniu zasad bezpieczeństwa. Do tego dochodziły dodatkowe zagrożenia: dziury w jezdni, samobójczy piesi wchodzący wprost pod koła oraz sceny powtarzające się we wszystkich miastach Indii — krowy stojące spokojnie na środku jezdni, przeżuwające pokarm, podczas gdy tysiące dwu- i czterokołowych pojazdów roiło się wokół nich niczym wokół czworonożnego Mojżesza rozstępującego Morze Czerwone. Nawet po roku spędzonym w tym kraju wciąż zadziwiały go tutejsze zwyczaje drogowe. Przepisy, oznaczenia na jezdni i sygnalizacja świetlna stanowiły jedynie sugestie, które większość kierowców ignorowała. Większość ekspatów, a nawet wielu Hindusów, wolało zatrudnić kierowcę, niż prowadzić samemu. John jednak uwielbiał prowadzić — nawet w takich warunkach — i nie chciał oddawać kierownicy komuś, kogo umiejętnościom nie do końca ufał. Zajęło mu trochę czasu, nim się do tego przyzwyczaił, i dopiero gdy postanowił odpuścić sobie wszystko to, co jego zdaniem powinno się dziać, sposób, w jaki wszystko „powinno” funkcjonować, był w stanie prowadzić z pewną dozą swobody. Nie było sensu próbować zmieniać wszystkich dookoła. Jak to mówią? Jeśli weszło się między wrony, trzeba krakać jak i one…

John włączył prawy kierunkowskaz — jako jeden z nielicznych, bo dla większości kierowców kierunkowskazy i lusterka boczne były zbędne — i zjechał z obwodnicy na Bellary Road, która prowadziła na północ od miasta, w stronę lotniska. Przed nim trzej mężczyźni wciśnięci na jeden motocykl gwałtownie skręcili, by ominąć dziurę wielkości krateru, a on ostro zahamował, szarpiąc kierownicą w prawo, by ich wyminąć. Z tyłu rozległy się klaksony, a on uśmiechnął się pod nosem. Może wtopił się już w tłum.

Przez następne pięć kilometrów droga biegła prosto, mijając szpital po prawej, a następnie rozległe tereny Państwowego Uniwersytetu Rolniczego po lewej. Niegdyś okolica ta znajdowała się na dalekich peryferiach miasta, do których prowadziła jednopasmowa droga, ale Bangalore rozrosło się tak gwałtownie, że obszar ten został wchłonięty i teraz obsługiwała go sześciopasmowa autostrada.

Zbliżając się do skrzyżowania, zwolnił i sprawdził, czy nic nie nadjeżdża, po czym przeciął trzy pasy i wjechał w drogę dojazdową prowadzącą do strzeżonego osiedla, które nazywał domem. Zwolnił przed wjazdem. Ochroniarz, rozpoznawszy jego samochód, uniósł rękę w geście powitania i otworzył bramę. John wjechał do środka, dziękując strażnikowi machnięciem ręki i uśmiechem, po czym ruszył wewnętrzną drogą wzdłuż rzędów bungalowów. Było jeszcze jasno, a grupa dzieci grała w krykieta na ulicy, podczas gdy inne jeździły w górę i w dół na rowerach. Na dźwięk zbliżającego się samochodu przerwały zabawę i zeszły na bok, wracając do niej natychmiast, gdy tylko przejechał. John skręcił w pierwszą przecznicę w lewo, potem w prawo i w końcu wjechał pod wiatę garażową swojego domu.

Chwycił teczkę z siedzenia obok, wysiadł i nacisnął przycisk na pilocie, by zamknąć za sobą drzwi. Spojrzał na mały ogródek z przodu, na trawnik brązowiejący w bezlitosnym słońcu i zapisał w pamięci, by przypomnieć ogrodnikowi o podlewaniu.

Drzwi wejściowe otworzyły się, gdy tylko sięgnął do klamki. Przystanął, by spojrzeć na Charlotte stojącą na najwyższym stopniu. Miała policzki umazane farbą, a jej blond włosy upięte były w mały kok na czubku głowy, odsłaniając długą, smukłą szyję. Jej uroda wciąż zapierała mu dech w piersiach, nawet gdy miała na sobie dżinsy i starą roboczą koszulę.

— Jak ci minął dzień? — uśmiechnęła się, a jej oczy zalśniły.

John upuścił teczkę na stopień i objął ją ramionami, po czym pocałował w usta.

— Nic szczególnego, kochanie. A twój? — odchylił głowę, by na nią spojrzeć, nie wypuszczając jej z objęć.

— Świetnie — uśmiechnęła się do niego Charlotte. — Rano grałam w tenisa z Shalini, ale resztę dnia spędziłam w domu, pracując nad obrazami. Prawie skończyłam pejzaż. Chodź, zobacz.

John zdjął buty przy drzwiach, co weszło mu w nawyk w ciągu ostatniego roku, i dał się poprowadzić za rękę korytarzem i po schodach do zapasowej sypialni, którą przerobił na pracownię. Zapasowe płótna na blejtramach opierały się o boczną ścianę, a w jednym rogu półka wypełniona była pędzlami i farbami. Na środku pokoju, tyłem do niego, stało duże płótno na sztaludze, ustawione tak, by jak najlepiej wykorzystać naturalne światło wpadające przez wielkie okno. John obszedł je, by przyjrzeć się olejnemu obrazowi przedstawiającemu oszałamiające pasmo wzgórz, które Charlotte sfotografowała podczas ich weekendowego wyjazdu do Ooty.

— Wow, wygląda fantastycznie.

Charlotte skrzyżowała ramiona i przechyliła głowę na bok, rzucając krytyczne spojrzenie na swoje dzieło.

— Muszę jeszcze dokończyć parę rzeczy, ale już prawie gotowe.

— Wygląda świetnie. Wiedziałem, że jest powód, dla którego ożeniłem się z tobą, a nie z twoją siostrą.

— Ty wredny typie — Charlotte uderzyła go w ramię i zachichotała.

— Powinnaś naprawdę pomyśleć o wystawieniu swoich prac, pozwolić innym je zobaczyć i docenić.

— Nie dlatego to robię. Maluję, bo kocham malować. To sprawia, że jestem szczęśliwa. Uwielbiam, kiedy mogę przenieść obrazy z mojej głowy na płótno. Tworzę coś z niczego.

John stanął za nią, obejmując ją ramionami i muskając szyję, gdy oboje patrzyli na obraz.

— Wiem, Charlie, jestem po prostu z ciebie taki dumny i chciałbym, żeby inni ludzie zobaczyli, jak bardzo jesteś utalentowana.

Wsunął dłoń pod jej koszulę i przesunął palcami w górę po jej brzuchu w stronę piersi. Charlotte westchnęła i oparła się o niego, gdy pocałował ją w płatek ucha, po czym niechętnie odsunęła jego rękę.

— Rohan i Shalini przychodzą na kolację za godzinę — szepnęła. — Lepiej się przygotujmy.

— Hej, nie teraz. — zachichotała. — Idź się przebrać, Rohan i Shalini wkrótce wpadną na drinka, a ja muszę zrzucić te ciuchy do malowania.

— Pozwól, że ci pomogę.

— Nieee, jeśli mi pomożesz, nigdy nie będziemy gotowi na ich przyjście.

John podziwiał jej długie, odziane w dżins nogi, gdy odchodziła w stronę głównej sypialni, by się przebrać. Każdego dnia jego miłość do niej się pogłębiała. Wspomnieniem wrócił do dnia, w którym po raz pierwszy zobaczył ją w kawiarni w Winchester. Gdy weszła, pomyślał, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział, i w tamtej chwili wiedział już, że się z nią ożeni. Usiadła przy stoliku obok, a gdy zebrał się na odwagę, by zacząć rozmowę, od razu między nimi zaiskrzyło. Sześć miesięcy później, po burzliwym okresie zalotów, który obojgu zaparł dech w piersiach i napełnił ekscytacją na myśl o przyszłości, wzięli ślub.

— Będziesz jutro potrzebował Sanjaya? — zawołała Charlotte z przylegającej do sypialni łazienki, gdzie była już pod prysznicem.

John wszedł do łazienki i oparł się o szafkę pod umywalką. Firma opłacała mu kierowcę, ale ponieważ John wolał prowadzić sam, Sanjay przez większość czasu woził Charlotte. John nie czuł się spokojny, gdy Charlotte sama poruszała się po drogach. Gdyby coś się stało albo samochód się zepsuł, zawsze lepiej było, żeby zajął się tym ktoś miejscowy.

— Nie, a co? — patrzył, jak woda spływa po jej plecach.

— Po południu idę na wystawę, a potem spotykam się z Susan na kolacji. Wrócę trochę późno.

— Nie ma sprawy. W takim razie jutro będę pracował dłużej, i tak muszę skończyć raport dla centrali.

Charlotte odwróciła się do niego twarzą, a on poczuł znajome drżenie w lędźwiach, wodząc wzrokiem po jej ciele, opalonym i gibkim od codziennej gry w tenisa, po którego płaskim brzuchu woda spływała strużkami.

Charlotte uśmiechnęła się do niego szeroko, rozpoznając wyraz jego oczu, i potrząsnęła głową. — Nie mamy czasu.

Jakby na potwierdzenie tych słów, usłyszeli dźwięk dzwonka do drzwi.

— Widzisz, już są. Zaraz zejdę.

John udał, że się krzywi, i poszedł otworzyć drzwi.

2

— Sanjay, wysadź mnie tutaj, z przodu.

— Tak, proszę pani — odparł Sanjay, po czym włączył prawy kierunkowskaz i zjechał z Vittal Mallya Road pod Porte Cochère U.B. City, dużego, luksusowego centrum handlowego w sercu Bangalore. Zatrzymał się przed głównym wejściem, a Charlotte sięgnęła do torebki, wyjęła banknot sturupiowy i podała go siedzącemu z przodu Sanjayowi.

— Proszę sobie coś kupić do jedzenia, Sanjay. Trochę mi to zajmie. Zadzwonię, jak skończę.

Sanjay kiwnął głową. — Tak, proszę pani. Dziękuję pani.

— Proszę mieć włączony telefon, Sanjay. Proszę pamiętać, co stało się ostatnim razem, kiedy padła panu bateria i nie mogłam się do pana dodzwonić.

— Tak, proszę pani, dzisiaj jest w pełni naładowany. Może pani dzwonić o każdej porze.

Charlotte otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. Sanjay był dobrym i zawsze pomocnym kierowcą, ale miał zły nawyk wyłączania telefonu lub dopuszczania do jego rozładowania. Ostatnim razem musiała przeszukać cały parking, zanim znalazła go śpiącego w samochodzie z rozładowanym telefonem na desce rozdzielczej. Sanjay miał lekką pracę, nie korzystali z jego usług codziennie, ale jego młodej żonie niedawno urodziło się kolejne dziecko i Sanjay był bardziej niż trochę niewyspany, nadrabiając zaległości w samochodzie, kiedy tylko mógł.

Charlotte przeszła przez bramkę do wykrywania metali przy wejściu do centrum handlowego i podała torebkę do sprawdzenia ochroniarce. Strażniczka rzuciła okiem do środka i z uśmiechem machnęła ręką, pozwalając jej iść dalej. Charlotte nie mogła pojąć, jaki był sens zatrudniania tych ochroniarzy; ich kontrole bezpieczeństwa były w najlepszym razie powierzchowne.

Susan stała w środku, przeglądając coś w telefonie, i podniosła wzrok, gdy Charlotte zawołała ją po imieniu. Wymieniły całusy w powietrzu i podeszły do ruchomych schodów, które prowadziły na poziom restauracji.

Susan również była Angielką, a ona i jej mąż Barry stacjonowali w Bangalore już od trzech lat. Uważano ją za „starą wyjadaczkę” i znała tutejsze restauracje i butiki jak własną kieszeń. Okazała się szczególnie pomocna i stanowiła cenne źródło informacji, gdy Charlotte i John dopiero co przeprowadzili się do miasta. Zostały dobrymi przyjaciółkami.

— Jak się masz, Charlotte?

— Świetnie, świetnie. Właśnie wróciłam z wystawy w Chitrakala Parishath.

— Ach tak, wybierałam się tam. Jak było?

— Całkiem ciekawie. Dużo prac lokalnych artystów.

Dotarły na szczyt schodów ruchomych i wyszły na podest, po czym skręciły w prawo w stronę restauracji.

— Wiesz, Charlotte, naprawdę powinnaś wystawić niektóre ze swoich obrazów. Jesteś z łatwością tak dobra jak większość tych artystów. Z przyjemnością pomogę ci to zorganizować.

— Sama nie wiem, Susan. John też mnie namawia, ale nie jestem pewna, czy tego właśnie chcę.

— Cóż, jeśli zmienisz zdanie, daj mi znać. Mogę ściągnąć wiele żon ekspatów — powiedziała Susan, gdy dotarły do swojej ulubionej włoskiej restauracji i rzuciły do kelnerki przy wejściu: — Poprosimy o stolik dla dwóch osób.

Kelnerka zaprowadziła je do wolnego stolika i podała im menu.

— A teraz opowiadaj o swojej wycieczce do Ooty.

3

John dotarł do domu prawie o ósmej wieczorem. Miał za sobą długi dzień, wypełniony spotkaniami, a później, gdy pozwoliła na to różnica czasu, telekonferencjami z centralą w Londynie. John zwykle nie lubił pracować do późna, ale skoro Charlotte nie było w domu, postanowił nadrobić dawno zaległą pracę.

Rzucił klucze na kuchenny blat i wyjął z lodówki zimną butelkę Kingfishera. Gdy zamykał drzwiczki, zauważył liścik od Charlotte napisany na żółtej karteczce Post-it.

Kochanie, na kuchence czeka garnek z curry z kurczaka, a w ryżowarze jest ryż. Smacznego. Zadzwonię, jak będę wychodzić. Buziaki. C. XXX

John spojrzał na garnek stojący na kuchence i uniósł pokrywkę. Ach, pachnie wyśmienicie! Odstawił pokrywkę, pociągnął łyk piwa z butelki i poszedł na górę się odświeżyć.

Później, już po prysznicu i przebrany, nałożył na talerz kilka łyżek ryżu i polał go parującym, gorącym curry z kurczaka. Wyjął z lodówki kolejne zimne piwo, po czym zabrał talerz do salonu i usiadł na kanapie przed telewizorem. Nie spodziewał się powrotu Charlotte przed późnym wieczorem, więc planował nadrobić trochę sportowych zaległości. Choć bardzo ją kochał, nie podzielała jego zamiłowania do kanałów sportowych, a jemu nieczęsto zdarzał się wolny czas, by w samotności obejrzeć parę meczów. W Indiach trwał sezon krykieta i niemal co wieczór transmitowano jakiś mecz. Chociaż nigdy nie był fanem krykieta, dopóki się tu nie przeprowadził, w kraju panowała na tym punkcie taka pasja, że nie mógł się nim nie zainteresować. A przynajmniej dawało mu to wspólny temat do rozmów z kolegami w biurze.

Jakiś czas później obudziły go wibracje telefonu na kanapie. Potrzebował kilku sekund, żeby zorientować się w sytuacji. Telewizor wciąż był włączony, a na kolanach leżał jego pusty talerz. Na koszuli miał wilgotną plamę w miejscu, gdzie pociekła mu ślina. Musiał przysnąć podczas oglądania meczu. Zerknął na zegarek – dwudziesta trzecia piętnaście. Podniósł telefon i sprawdził wiadomość.

Wychodzę. Do zobaczenia wkrótce.

John wziął talerz i poszedł do kuchni. O tej porze ruch na drogach nie był duży, więc Charlotte powinna być w domu przed północą. Akurat tyle czasu, żeby pozmywać i sięgnąć po kolejne piwo.

4

Charlotte schowała telefon i czekała, aż Susan skończy dzwonić po swojego kierowcę. Stały tuż przy wyjściu z galerii handlowej razem z innymi klientami czekającymi na szoferów. Na szczęście telefon Sanjaya wciąż był włączony, a on sam obiecał Charlotte, że będzie za minutę.

— Dziękuję ci, Charlotte, za cudowną kolację. Zawsze miło jest się z tobą spotkać.

Charlotte uśmiechnęła się. — Ja też bawiłam się wyśmienicie. Musimy to wkrótce powtórzyć. Uściskaj ode mnie Barry’ego. Nie widziałam go od wieków.

Susan westchnęła. — Nie, ostatnio dużo podróżuje do Delhi. Wszystko przez załatwianie rządowych pozwoleń na nową fabrykę, którą otwiera jego firma. Sama wiesz, jak to jest. Trzeba piąć się coraz wyżej po szczeblach władzy, aż znajdzie się kogoś, kto podbije niezbędne dokumenty, nie żądając łapówki. To był dla niego stresujący czas.

— Tak, jestem pewna. Cóż, kiedy następnym razem będzie w mieście i znajdzie chwilę, spotkajmy się wszyscy na kolacji. John też chętnie by się z nim znowu zobaczył. O, a oto i Sanjay.

Sanjay podjechał białą toyotą corollą i wyskoczył, żeby otworzyć tylne drzwi.

— Do zobaczenia wkrótce, Susan. — Charlotte i Susan objęły się i wymieniły całusy w policzek, gdy samochód Susan podjechał za toyotą.

— Tak, trzymaj się. Mój samochód też już jest. Dobranoc.

Charlotte pomachała jej na pożegnanie, po czym usiadła na tylnym siedzeniu, dziękując Sanjayowi, gdy ten zamykał za nią drzwi.

Obiegł samochód i wsiadł za kierownicę.

— Czy jadł pan, panie Sanjay?

— Tak, pani, dziękuję, pani — odparł, kołysząc głową na boki, a jego oczy uśmiechały się do niej w lusterku wstecznym.

— Co pan jadł? — zapytała Charlotte, doskonale wiedząc, że Sanjay często nie kupował sobie posiłku za pieniądze, które mu dawała, lecz oszczędzał je i po powrocie do domu oddawał żonie.

— Curry z ryżem, pani. — Sanjay wrzucił bieg i wjechał prosto na główną drogę, nie rozglądając się, co wywołało chór klaksonów.

Charlotte skrzywiła się i zmówiła w duchu krótką modlitwę, po czym zapytała: — Smakowało panu?

— Tak, pani. Trochę pikantne, ale dobre.

— W porządku, panie Sanjay, proszę do domu.

Sanjay pokiwał głową na boki i pojechał dalej.

Charlotte oparła się i zamknęła oczy. Późna godzina, pół butelki czerwonego wina i pełny żołądek sprawiły, że zrobiła się senna. Do domu mieli około czterdziestu minut, więc mogła sobie pozwolić na drzemkę.

Obudziło ją gwałtowne szarpnięcie, gdy samochód nagle skręcił.

— Przepraszam, pani. To była duża dziura w jezdni. Trudno ją dostrzec w ciemności.

— W porządku. — Charlotte wyjrzała przez okno. Mijali właśnie hotel Windsor Manor po prawej stronie i jechali na północ w kierunku Shivnagar, ulubionej dzielnicy wielu polityków i biznesmenów. Po lewej minęli Cauvery Theatre i Sanjay zwolnił przed skrzyżowaniem w Shivnagar, po czym skręcił w prawo i ruszył pod górę, mijając Palace Grounds.

Wnętrze samochodu rozświetliły światła z tyłu, gdy jakiś pojazd zamigał wielokrotnie reflektorami. Charlotte obejrzała się przez ramię i zobaczyła zbliżający się z dużą prędkością samochód. Wyjechał na sąsiedni pas, by ich wyprzedzić, trąbiąc i migając światłami — srebrne audi a6 z przyciemnianymi szybami. Zajechał im drogę, zanim zdążył ich całkowicie minąć. Tylny zderzak audi otarł się o przedni róg toyoty. Sanjay gwałtownie zahamował, jednocześnie wciskając klakson i przeklinając pod nosem, a Charlotte poleciała do przodu na oparcie przedniego fotela. Audi z piskiem opon zatrzymało się kawałek dalej; jego światła hamowania jarzyły się złowrogo w ciemności, gdy Sanjay ostatecznie się zatrzymał.

— Co za szalony kierowca! — wykrzyknęła Charlotte, podnosząc torebkę z podłogi i opierając się z powrotem o siedzenie.

— Myślę, że jest pijany, pani — powiedział Sanjay i otworzył drzwi. — Proszę czekać w środku. Sprawdzę samochód.

Wysiadł i podszedł do przodu auta.

Wyciągając telefon z torebki i wybierając numer Johna, Charlotte patrzyła, jak Sanjay przesuwa dłonią po przednim zderzaku.

Odebrał po trzecim sygnale. — Halo.

— Jakiś idiota właśnie w nas wjechał przy Palace Grounds.

— O Boże, nic ci nie jest?

— Nie, ale chyba samochód jest porysowany. Tamten kierowca musi być pijany, jechał tak szybko i zajechał nam drogę. Całkowicie jego wina. Sanjay właśnie sprawdza auto.

Charlotte wyjrzała przez przednią szybę. Sanjay pochylał się, oglądając uszkodzenia. Kierowca audi wysiadł i szedł w jego stronę, krzycząc i wymachując rękami. Sanjay wyprostował się i odkrzyknął.

— Sanjay kłóci się teraz z tamtym kierowcą.

— Cóż, nie martw się, dopóki z tobą wszystko w porządku. Nie ma sensu wdawać się w kłótnie z takimi typami. I tak nigdy nie zapłacą, a my jesteśmy ubezpieczeni.

— Tak, masz rację — zgodziła się Charlotte.

Drzwi pasażerów audi otworzyły się. Wysiadło trzech mężczyzn i podeszło do wciąż kłócących się Sanjaya i kierowcy. — Teraz z samochodu wysiadło trzech innych gości.

— Powiedz Sanjayowi, żeby się nie przejmował — powiedział John. — Lepiej, żebyście bezpiecznie wrócili do domu.

Charlotte gwałtownie wciągnęła powietrze, widząc, jak kierowca pcha Sanjaya w pierś, podczas gdy trzech pasażerów się śmiało. Sanjay zaprotestował, a kierowca uderzył go z bekhendu w twarz, posyłając go cambackward. Pozostali trzej mężczyźni otoczyli go i zaczęli popychać w tę i z powrotem.

— O, cholera! — krzyknęła Charlotte.

— Co się dzieje, co się dzieje?

— Biją Sanjaya!

— Powiedz mu, żeby wracał do samochodu! I zarygluj drzwi!

Charlotte nacisnęła przycisk, by opuścić szybę, ale silnik był wyłączony. Otworzyła drzwi, wystawiła jedną nogę i krzyknęła: — Zostawcie go! Sanjay, wracaj do samochodu!

Mężczyźni odwrócili się w stronę samochodu, dopiero teraz ją dostrzegając. Wymienili między sobą spojrzenia, a kierowca wyszczerzył zęby w uśmiechu. Rzucił coś do dwóch kompanów, a ci ruszyli w kierunku auta, podczas gdy on i ostatni z mężczyzn ponownie skupili uwagę na Sanjayu. Kierowca pchnął Sanjaya na ziemię, po czym z całej siły kopnął go w brzuch. Sanjay krzyknął z bólu i zwinął się w kłębek, przyciągając kolana do piersi, by osłonić żołądek. Drugi z napastników zaczął go kopać po plecach.

Charlotte krzyknęła, próbując zamknąć drzwi na zamek. Była jednak za wolna. Jej telefon upadł na podłogę, gdy jeden z mężczyzn szarpnięciem otworzył drzwi, sięgnął do środka, chwycił ją za ramię i wywlókł na zewnątrz.

Zaczęła się wyrywać, więc uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Policzek zapiekł ją od ciosu, a do oczu napłynęły jej łzy.

— Zostawcie nas w spokoju!

Słyszała krzyki Sanjaya, gdy dwaj mężczyźni raz po raz go kopali, pojękując z wysiłku. Przejeżdżający obok samochód zatrąbił, zwalniając, by zobaczyć, co się dzieje, ale zaraz potem gwałtownie przyspieszył. Nikt im nie pomoże z obawy o własną skórę. Byli zdani tylko na siebie. Spojrzała na swojego napastnika, gdy się nad nią pochylał, przyciskając jej ramiona do boku samochodu. Miał czerwone oczy, a w oddechu czuła od niego alkohol, kiedy mierzył ją wzrokiem od góry do dołu. Drugi mężczyzna dołączył do niego. Chwiał się, niepewnie stojąc na nogach, ale jego oczy były głodne pożądania. Oblizał wargi i wyciągnął rękę, by dotknąć jej piersi. Próbowała się odsunąć, ale nie mogła się ruszyć.

— Proszę, zostawcie nas w spokoju. Dam wam pieniądze.

Obaj się roześmiali. — Nie potrzebujemy twoich pieniędzy — zadrwił. — Ale ty nam się przydasz.

5

— Charlotte, Charlotte! — krzyczał John do słuchawki. W tle słyszał jakieś głosy, ale nie mógł zrozumieć, co mówią. — Charlotte!

Ręce mu się trzęsły, a serce waliło w piersi. Krzyczał do słuchawki, ale wciąż nie było odpowiedzi. Rozłączył się i ponownie wybrał jej numer. Dzwonił i dzwonił. Próbował raz za razem, ale nikt nie odbierał.

Wybrał numer 100. Tam również nikt nie odbierał. — Pieprzeni, bezużyteczni dranie! — wrzasnął. Pobiegł do kuchni i przesunął palcem po liście lokalnych numerów przyklejonej do lodówki. Znalazł numer lokalnego posterunku policji i zadzwonił.

— Halo — odezwał się szorstki głos.

— Coś stało się mojej żonie. Myślę, że została zaatakowana!

— Gdzie, proszę pana?

— Obok Palace Grounds. Był wypadek samochodowy i oni atakują moją żonę!

— Proszę pana, to nie nasz rejon. Musi pan zadzwonić na posterunek policji w Shivnagar. Numer to…

— Pieprzcie się! Pieprzcie się! — zaklął John, kończąc połączenie.

Złapał kluczyki z blatu kuchennego i pobiegł do drzwi wejściowych. Wciągnął na nogi buty do biegania i biegnąc w stronę SUV-a, otworzył go pilotem. Wrzucając wsteczny, z piskiem opon wyjechał na drogę i ruszył w stronę głównej bramy. Trąbił bez przerwy, migając światłami, a ochroniarz wybiegł z budki i otworzył na oścież bramę, przez którą John przemknął, ledwo go nie potrącając. Skręcił w prawo i pognał wąską drogą dojazdową, a następnie w lewo na autostradę i przyspieszył, ile tylko mógł. Włączył długie światła i pomknął na południe w stronę miasta, wdzięczny, że o tej porze nocy ruch był niewielki. Omijając slalomem wolniejsze ciężarówki i kilka nocnych taksówek, pędził w dół w kierunku estakady Hebbal, przejeżdżając przez nią z dużą prędkością i trąbiąc na każdego, kto stanął mu na drodze. Nieustannie migał światłami, wyprzedzając od wewnętrznej strony samochody, które nie chciały zjechać na bok. Minął z dużą prędkością Sanjaynagar i zjechał do tunelu przy Mekhri Circle, a SUV zaharatał podwoziem z przyprawiającym o mdłości hukiem, gdy uderzył w najniższy punkt przejazdu, po czym wspiął się po drugiej stronie. O ewentualne uszkodzenia będzie się martwił później. Zmieniał biegi, pędząc w górę wzniesienia w kierunku Palace Grounds, lustrując drogę w poszukiwaniu śladów Charlotte i samochodu. Gdy droga zaczęła opadać po drugiej stronie, zobaczył toyotę po przeciwnej stronie jezdni; jej światła wciąż się paliły, a drzwi od strony pasażera były otwarte. Wcisnął hamulec i z piskiem opon zatrzymał się w miejscu. Wyskoczył z pojazdu, przebiegł przez ulicę i przeskoczył przez pas zieleni. Przed samochodem, zwinięte w kłębek w rynsztoku, leżało jakieś ciało. Serce podskoczyło mu do gardła.

— Charlotte! — krzyknął i podbiegł do leżącej postaci. Kucnął. To nie była ona… to Sanjay, cały we krwi.

— Sanjay, Sanjay! Gdzie jest Charlotte?

Sanjay jęknął i otworzył oczy. Z początku z trudem łapały ostrość, ale zaraz potem rozbłysły w nich oznaki rozpoznania.

— Panie, tak mi przykro, panie. Przepraszam, panie.

— Gdzie jest Charlotte! Gdzie ona jest?

— Zabrali ją, zabrali ją — powiedział Sanjay i ponownie stracił przytomność.

6

John siedział z głową ukrytą w dłoniach. Łzy dawno już wyschły, zastąpione najpierw przez złość, złość z kolei ustąpiła miejsca frustracji, a na koniec rozpaczy. Zniknęła, nie miał pojęcia gdzie, i nie wiedział, co z tym począć. Był bezradny, nie miał do kogo się zwrócić.

Obok niego, w małej, prywatnej sali szpitalnej, leżał Sanjay z zabandażowaną głową, plastrem na nosie i kroplówką wbitą w ramię. Zmęczony młody lekarz, na którego twarzy malowało się napięcie po tygodniu nocnych dyżurów, powiedział mu, że Sanjay ma złamany nos, kilka złamanych żeber, rozległe stłuczenia i wstrząśnienie mózgu. Minie trochę czasu, zanim Sanjay znowu usiądzie za kółkiem.

John podniósł go i przeniósł przez ulicę do swojego samochodu, po czym sam zawiózł go do szpitala, nie wierząc, że karetka przyjedzie na czas. Toyotę Charlotte zostawił tam, gdzie została porzucona przy drodze, zakładając, że policja będzie chciała ją obejrzeć. Ale i w tej kwestii nie miał wielkiej nadziei.

Z pomocą szpitala zadzwonił na właściwy komisariat policji, a oni obiecali przysłać kogoś, żeby przyjął zeznania. John spojrzał na zegarek. Była po drugiej w nocy, a jeszcze nikt się nie zjawił. W mieście liczącym ponad osiem milionów mieszkańców, z niedofinansowaną i przytłoczoną pracą policją, sprawy nie toczyły się szybko.

John potarł twarz i wstał, wyciągnął ramiona nad głowę, rozprostowując plecy, po czym wyszedł na opustoszały korytarz. Skinął głową samotnej pielęgniarce za stanowiskiem pielęgniarek i ruszył na poszukiwanie kawy.

Opustoszała stołówka znajdowała się na parterze, a za ladą drzemał jedynie pracownik. John odchrząknął, a młody chłopak ocknął się z przestrachem.

— Proszę pana?

— Poproszę kawę. Czarną.

Młody chłopak wsypał porcję kawy rozpuszczalnej do papierowego kubka i napełnił go gorącą wodą z dużego, stalowego termosu. John podał mu garść drobnych i wziął łyk. Okropna. Ale przynajmniej była gorąca i mogła pomóc mu przetrwać do czasu, aż wreszcie przyjedzie policja. Wrócił do sali i gdy wszedł do środka, Sanjay poruszył się i otworzył oczy. Widząc Johna stojącego obok łóżka, spróbował usiąść, krzywiąc się, gdy ból złamanych żeber przeszył mu ciało.

— W porządku, Sanjay. Niech pan odpoczywa.

— Proszę pana, tak mi przykro. Nie zdołałem jej uratować.

John przysunął krzesło do łóżka i usiadł. — Proszę mi opowiedzieć, co się stało, Sanjay.

Sanjay wziął głęboki oddech, krzywiąc się z bólu, i opanował się.