Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 21.07.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
89 osób interesuje się tą książką
SĄ RANY, KTÓRE NIGDY SIĘ NIE ZABLIŹNIAJĄ. I ZEMSTA, KTÓRA DOMAGA SIĘ FINAŁU.
Lipiec 2007 roku. Podczas szkolnego obozu nad Jeziorem Solińskim dochodzi do strzelaniny. Jeden z uczniów, Michał Kitler, zabija kilkanaście osób, po czym odbiera sobie życie. Do dziś nie wiadomo, skąd miał broń ani dlaczego posunął się do zbrodni. Tego samego dnia znika jedna z uczestniczek obozu – Klaudia Brzezinek. Jej ciała nigdy nie udaje się odnaleźć. Kwiecień 2026 roku. Autor bestsellerowych reportaży Kornel Malicki przyjeżdża do Wołkowyi, niewielkiej wsi położonej nad Jeziorem Solińskim. Oficjalnie pracuje nad książką, która ma ukazać się w dwudziestą rocznicę masakry. Nieoficjalnie próbuje dowiedzieć się jak najwięcej o jednym z opiekunów obozu – człowieku, który może mieć związek z jego własną, mroczną przeszłością. Im głębiej Kornel zanurza się w wydarzenia sprzed lat, tym większe ściąga na siebie zagrożenie.
NIEKTÓRZY BOWIEM ZROBIĄ WSZYSTKO, BY NIEWYGODNA PRAWDA NIGDY NIE WYSZŁA NA JAW. JEST JUŻ JEDNAK ZA PÓŹNO.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 319
Rok wydania: 2026
Copyright © by Marcel Moss, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-314-2
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
LIPIEC, ROK 2007
Radiowóz podskakiwał na wyboistej polnej drodze prowadzącej w stronę gęstego lasu, nieopodal miejsca, gdzie przed laty stała wieś Horodek. Kierowca, starszy sierżant Guzdecki, zaciskał mocno kierownicę i co rusz zerkał z niepewnością na siedzącego obok młodszego kolegę, posterunkowego Radosza. Za nimi w tumanach kurzu jechały jeszcze dwa inne radiowozy, starając się dotrzymać im tempa.
– Na pewno dobrze jadę? – spytał w pewnym momencie towarzysza Guzdecki.
– Dobrze – odpowiedział mu Radosz, który znał tę okolicę jak własną kieszeń. – Za jakieś sto metrów zobaczysz skręt w lewo.
– Mhm – mruknął starszy sierżant, po czym odtworzył w pamięci nagranie z krzykiem przerażonego mężczyzny, które niespełna kwadrans wcześniej przekazała im dyspozytorka numeru alarmowego: „Boże, tu jest jakaś masakra! Mnóstwo osób nie żyje, wszędzie jest krew! Pomocy, natychmiast, bo on nas wszystkich pozabija!”.
Od tamtej chwili jechali na sygnale, a mimo to droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
Guzdecki nie potrafił otrząsnąć się z dziwnego wrażenia, jakby to, co się działo, było jedynie snem albo kiepskim filmem akcji. W trakcie dziesięciu lat służby miał do czynienia z wieloma absurdalnymi sytuacjami, ale żadna nie przypominała tego, z czym mieli się zmierzyć. Najpoważniejsze akcje, jakie dotąd pamiętał, to ściganie mężczyzny, który ukradł sąsiadowi traktor, i obezwładnienie pijanego klienta w podupadłym pubie w Wołkowyi. Nigdy nie myślał, że przyjdzie mu jechać na miejsce, gdzie według zgłoszenia miała wydarzyć się istna rzeź.
– Myślisz, że facet przesadzał? – spytał niepewnie Radosza, jakby próbując zagłuszyć narastający niepokój.
– Nie wiem, ale słyszałem historię o grupie znajomych, którzy zażyli LSD na kempingu, a potem biegali przerażeni po lesie, myśląc, że ścigają ich krwiożercze bestie.
– Niech zgadnę: byłeś jednym z tych znajomych? – prychnął starszy sierżant, ale jego towarzysz nie zareagował.
Zamiast tego wpatrzył się w coś za oknem i nakazał kierowcy zatrzymać pojazd.
– Widzisz ją, Jarek? Co jest, kurwa?!
Guzdecki spojrzał pytająco na kolegę, po czym przeniósł wzrok we wskazanym kierunku.
I wtedy ją zobaczył. Dziewczyna, może szesnastoletnia, biegła łąką, zataczając się z wyczerpania. Cała umazana krwią, z twarzą pobladłą i zaciętą, nagle rzuciła się w stronę radiowozu. Jedną dłonią uderzała w okno od strony Radosza, a drugą szarpała za klamkę. Gdy posterunkowy opuścił szybę, zduszonym, histerycznym głosem wykrzyczała:
– On ją zabił! Kasia… moja przyjaciółka… Boże!
Jej wrzask odbił się w głowach policjantów, sprawiając, że obaj natychmiast pożałowali, że przyjęli to zgłoszenie. Dotychczas narzekali na brak wrażeń, ale teraz chętnie wróciliby do codziennej rutyny. Było jednak za późno. Musieli tam pojechać i dowiedzieć się, co zaszło.
– Zostań tu i czekaj na przyjazd karetki – nakazał dziewczynie Guzdecki, po czym zmienił bieg, docisnął pedał gazu i popędził w kierunku lasu, a za nim ruszyły dwa radiowozy.
Wkrótce pojazdy zatrzymały się przed starym, podłużnym budynkiem, który wyglądał na opuszczony. Radosz wyjaśnił jednak Guzdeckiemu, że szkoły często wynajmowały go na czas wycieczek.
– Dobra, sprawdźmy to – powiedział ten drugi, po czym wysiadł z radiowozu, ściskając w dłoni pistolet.
Na betonowym stopniu przy wejściu siedziała para uczniów: chłopiec i dziewczyna. Ich twarze były pozbawione emocji, jakby wyssano z nich życie. Patrzyli gdzieś w przestrzeń, nie reagując na błyski policyjnych kogutów ani krzyk Guzdeckiego.
W połowie drogi starszy sierżant zatrzymał się i dokładnie im przyjrzał. Przeraziło go, że chłopiec nawet nie mrugał. Gdy jednak podbiegł bliżej, nastolatek powoli uniósł rękę i wskazał na wejście do budynku.
– Tam… – wydusił głosem tak cichym, że niemal zagłuszył go szum drzew.
Guzdecki wymienił niespokojne spojrzenia z Radoszem i podążającymi za nimi policjantami. Następnie zbliżył się do drzwi i powoli je uchylił.
– Wchodzimy – rzekł do towarzyszy i przekroczył próg.
To, co chwilę później zobaczył, sprawiło, że ugięły się pod nim nogi. Wnętrze stołówki wyglądało jak scena rzezi. Wokół długiego drewnianego stołu leżały porozrzucane ciała uczniów. Ich kończyny zastygły w nienaturalnych pozycjach, a ubrania nasiąknięte były krwią. Czerwone plamy rozlały się po podłodze, obryzgały ściany, a nawet blat stołu. Zapach żelaza i śmierci wdzierał mu się w nozdrza, przyprawiając o mdłości. Guzdecki miał ochotę uciec w popłochu albo po prostu zemdleć, żeby nie musieć na to wszystko patrzeć.
I wtedy go zauważył. Przy ścianie, w półmroku, siedział dorosły mężczyzna. Opierał się o tynk, ze spuszczoną głową i przyciągniętymi do ciała nogami. Wyglądał na oszołomionego, jakby nie do końca rozumiał, gdzie jest.
– Policja! – rzucił Guzdecki, podchodząc ostrożnie.
Mężczyzna powoli podniósł wzrok. Jego oczy były przekrwione, a twarz napuchnięta od łez.
– To pan dzwonił pod numer alarmowy? – spytał idący krok za starszym sierżantem Radosz.
Mężczyzna skinął głową, a potem z trudem wstał z podłogi.
– Ja… ja…
– Co tu się stało? – odezwał się wstrząśnięty Guzdecki.
Nieznajomy przełknął ślinę, po czym wydusił z siebie słowa, które poniosły się przerażającym echem po wnętrzu:
– Nie mogłem nic zrobić… To stało się tak nagle. Nawet nie wiem, skąd on miał broń… Nigdy nie pomyślałbym, że Michał… że on w ogóle byłby zdolny do czegoś takiego… – Głos mu się załamał. Zaczął chwiać się na nogach, aż w końcu bezwładnie opadł plecami na ścianę.
Starszy sierżant zdążył go podtrzymać, by nie osunął się na zakrwawioną podłogę.
– Jak pan się nazywa? – spytał twardo, starając się zamaskować zdenerwowanie.
Mężczyzna pociągnął dwa razy nosem i otarł twarz drżącą dłonią. Po chwili z trudem odpowiedział:
– Hubert Grabiec. Miałem się opiekować tymi dziećmi. A tymczasem… patrzyłem, jak umierają jedno po drugim… Boże! – Wybuchnął histerycznym szlochem, padając na kolana przed oszołomionymi policjantami.
Tym razem Guzdecki nie zareagował. Stał nieruchomo, zaciskając mocno powieki i starając się wyrzucić z głowy ten straszliwy obraz. To nie działo się naprawdę. Ludzie nie mogą być aż takimi potworami.
„To wszystko dzieje się tylko w mojej głowie” – powtarzał sobie uporczywie w duchu. Jednak za każdym razem coraz mniej wierzył w te słowa.
Ten świat przepełnia zło. A ludzie są zdolni do absolutnie wszystkiego.
KORNEL
OBECNIE
– Kornel… Myślę, że twoja mama żyje – powiedziała w zeszłym roku moja żona Gabrysia, posyłając mi delikatny uśmiech.
– Wątpię, Gabi. Pewnie zaćpała się na śmierć w jakimś mrocznym zaułku albo uwikłała się w kolejną toksyczną relację z psycholem, który zakopał jej ciało na odludziu. Ona wcale nie była tak idealna, jak w moich wspomnieniach. Też miała swoje za uszami, ale tak bardzo ją kochałem, że zakląłem rzeczywistość i przekierowałem całą nienawiść na ojca.
– Ona gdzieś tam jest. I wciąż o tobie myśli. Czuję to.
– E tam. Minęło tyle lat…
– Serce matki nigdy nie zapomina – stwierdziła Gabi, po czym ścisnęła mi lekko dłoń i pogładziła kciukiem jej wierzchnią stronę. – Odnośnie do tamtej rozmowy… Wybaczam ci.
Słysząc to, popłakałem się przy niej jak dziecko.
– Dziękuję. Kochanie, tak bardzo ci dziękuję… – Pochyliłem się do przodu i ukryłem twarz w kołdrze.
Tymczasem Gabi przysunęła się do mnie i pocałowała mnie w czubek głowy. Następnie odczekała kilka minut, aż się uspokoję.
– Kornel, zanim odejdę, chcę, żebyś coś mi obiecał.
– Co takiego? – spytałem, pociągając nosem.
– Odnajdź swoją mamę i spróbuj odbudować waszą relację.
– Gdyby to było takie proste… – Westchnąłem z rezygnacją.
– Proszę… Jeszcze będziesz mi za to wdzięczny. Kornel, życie jest takie krótkie… Aż żal marnować je na pielęgnowanie w sobie negatywnych emocji. Obiecaj mi, że odzyskasz dawnego siebie. Wierzę, że znów możesz mieć ukochaną mamę.
„Wierzę, że znów możesz mieć ukochaną mamę” – te słowa nieustannie pobrzmiewają mi w głowie. Dniami i nocami. Na jawie i we śnie. Jadę teraz ruchliwą drogą i pozwalam, by widmo tego wspomnienia rozsiadło się w fotelu pasażera i zatapiało we mnie swoje wścibskie spojrzenie. Powtarzam sobie, że to tylko obraz z zeszłego roku, ale on nie znika. Wciąż widzę uśmiech Gabi – wprawdzie nie tak promienny jak wtedy, gdy byliśmy naprawdę szczęśliwi, ale nadal olśniewający. Gdy zaś w uszach pobrzmiewa mi cicho jej delikatny głos, czuję rozpierającą mnie złość. Mimo upływu czasu to uczucie nie słabnie, jakby los postanowił sobie za punkt honoru, że do końca moich dni będzie przypominał mi o skarbie, który straciłem. A jednak to nie na niego się wściekam. Całą swoją złość przekierowuję na Gabi. Odkąd poprosiła, bym odszukał mamę, odnoszę wrażenie, jakbym w środku bez przerwy płonął z frustracji. Zrobiła to, bo wiedziała, że sama wkrótce odejdzie i nie będzie miał kto się o mnie zatroszczyć. Czuję, jakbym był przerzucany z rąk do rąk: od matki, którą ledwo pamiętam, do żony, której już nie ma. Zostaje mi kierownica, którą ściskam tak mocno, że zaczynają mi drętwieć palce.
Jest jeszcze druga opcja: może Gabi powiedziała to, bo chciała, żebym zajął czymś myśli w trakcie żałoby? Może liczyła na to, że gdy świat przestanie mieć dla mnie sens, odnajdę go w dotarciu do prawdy na temat losów mojej matki?
– Dlaczego mi to robisz? – mówię do pustego fotela obok. – Dlaczego każesz mi jej szukać, gdy ja od kilku miesięcy szukam ciebie?
Nienawidzę tego świata za to, że odebrał mi dwie najważniejsze kobiety. Przez ponad trzydzieści lat nosiłem w sobie gniew z powodu tego, co wydarzyło się w dziewięćdziesiątym pierwszym. Jednak od kilku miesięcy ten gniew jest silniejszy niż kiedykolwiek. I nie potrafię nad nim zapanować.
Czy tak będzie już zawsze?
*
Za tablicą z napisem „Solina” droga opada, a ja zjeżdżam na stację benzynową. Między półkami przechadzają się klienci, a chłopak za ladą przygotowuje hot doga.
– Poproszę jakiekolwiek papierosy i zapalniczkę – mówię do niego, gdy przychodzi moja kolej.
– Potwierdzenie? – pyta po tym, jak przykładam smartfon do terminala.
– Nie, dzięki.
Po powrocie do auta opuszczam szybę i otwieram paczkę. Zanim wkładam papierosa do ust, dopada mnie chwilowe zawahanie. Dobrze wiem, co zapach dymu ze mną robi, ale czuję, że dziś właśnie tego mi trzeba. Odpalam więc fajkę i się zaciągam. A gdy wydmuchuję gęsty obłok, od razu czuję, jak serce zaczyna mi bić przyspieszonym rytmem. Z zapachem przychodzą obrazy ojca palącego papierosa w przerwie od maltretowania naćpanej mamy, a także wrzeszczącego na mnie bez powodu po tym, jak godzinę wcześniej nastawiał mnie przeciwko mamie i powtarzał, że tylko jemu mogę zaufać. I nagle, gdy zaciągam się po raz drugi, powraca do mnie wspomnienie jednej z rozmów, które najbardziej we mnie uderzyły…
– Chciałbym cię prosić o coś jeszcze: pod żadnym, ale to żadnym pozorem nie wierz w to, co będzie do ciebie mówić. Nie jest teraz sobą i będzie próbowała tobą manipulować na wszystkie sposoby – przekonywał mnie ojciec. – Już wcześniej to robiła, ale teraz puszczą jej wszelkie hamulce. Będzie mnie przy tobie wyzywać od najgorszych, a być może nawet namawiać cię do zrobienia strasznych rzeczy.
– Jakich?
– Na przykład każe ci mnie zabić.
– Z-zabić?
– Właśnie tak. Sama jest zbyt tchórzliwa, żeby to zrobić, dlatego spróbuje posłużyć się tobą. Być może rozkaże ci którejś nocy zakraść się do kuchni, wyjąć z szuflady nóż, a potem zadźgać mnie nim we śnie. Byłbyś w stanie mnie zabić? Odpowiedz, synku.
Przełknąłem wtedy ślinę i wyobraziłem sobie tryskającą we wszystkie strony krew.
– B-boję się – wydukałem.
– Ja też się boję. Twojej mamy. Wierz mi, że jestem przerażony. Ale mimo to nie mogę jej teraz zostawić.
– Czy ona… mnie już nie kocha? – spytałem ze łzami w oczach.
– Prawdziwa mama bardzo cię kochała. Ale ten potwór, którym się stała… Obawiam się, że on nie wie, czym jest miłość. I właśnie dlatego musimy być bardzo ostrożni. I koniecznie mieć oczy dookoła głowy. W przeciwnym razie obaj źle skończymy.
Podnoszę szybę i odcinam sobie dopływ świeżego powietrza. Następnie zamykam oczy i zaciągam się jeszcze kilka razy, pozwalając, by wnętrze auta wypełniło się duszącym dymem. Ojciec… Czuję teraz jego obecność i słyszę ten sztucznie troskliwy ton. Sukinsyn myślał, że odwrócę się od własnej matki. Nie dość, że sam regularnie fundował jej piekło na ziemi, to liczył, że posłuży się mną, by doszczętnie ją zniszczyć. Ale ja nigdy w nią nie zwątpiłem. Zawsze wiedziałem, kto był prawdziwym wrogiem.
– Żałuję, że cię nie zabiłem – syczę przez zaciśnięte zęby, wspominając swój ubiegłoroczny pobyt w Cisowicach, miejscowości u podnóża Bieszczad.
Udałem się tam nie tylko z powodu działającego w tym miasteczku hospicjum. W tajemnicy przed bliskimi przygotowywałem się do ostatecznego starcia z ojcem, który pełnił tam funkcję wójta. Robert Krzewiński… Potwór, który cieszył się powszechną sympatią mieszkańców. To miała być moja zemsta na nim za zniszczenie mi życia. A jednak w kluczowym momencie się wycofałem. Teraz tego żałuję.
Mijają kolejne minuty, a ja drżę z wściekłości i nienawiści do ojca. Mimo to nie opuszczam szyby – wdycham cuchnący dym i nakręcam się jeszcze bardziej. A to dlatego, że nienawiść do ojca jest prostsza niż ból po stracie Gabi. Kiedy koncentruję się na Krzewińskim, wspomnienie płytkiego oddechu żony rozmywa się i choć przez chwilę mnie nie torturuje. Nie muszę oglądać pustego miejsca po kubku na stole. Nie fantazjuję też o najszybszych sposobach na odebranie sobie życia. Rozpacz i furia po stracie Gabrysi są niczym definitywny koniec. Wysysają ze mnie energię do działania i sprawiają, że każdy dzień jest dla mnie wegetacją. W przypadku ojca jest inaczej – ten gniew działa na mnie motywująco i przypomina mi, że dopóki on żyje, ja też muszę. Inaczej pozwolę mu wygrać.
W końcu gaszę niedopałek i uruchamiam silnik. Stacja znika w lusterku wstecznym, a przede mną rozciąga się droga z rozległym lasem w oddali. Działająca klimatyzacja szybko oczyszcza kabinę z dymu papierosowego, sprawiając, że wracają do mnie myśli o Gabrysi. Nagle cofam się do września minionego roku. Widzę korytarz w hospicjum i moją drżącą dłoń na klamce. Tak bardzo nie chciałem wtedy wchodzić do środka. Lekarze uprzedzali mnie jednak, że każdy oddech może być jej ostatnim i jeśli chcę się z nią pożegnać, to muszę się spieszyć. Pamiętam jeszcze ciepłą skórę Gabrysi i jej zamglone spojrzenie. Myślę, że wtedy nie zdawała już sobie sprawy z mojej obecności, ale mnie wystarczało, że patrzyła mi prosto w oczy. Starałem się zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół jej twarzy. I z uporem maniaka powtarzałem jej, że jest dla mnie najważniejsza.
A potem wszystko rozmazało się jak farba na deszczu. Kolejne, co pamiętam, to posmak alkoholu w ustach i moją córkę, Patrycję, zbierającą z podłogi puste butelki po wódce. Nie zastanawiałem się wtedy nad tym, czy nastolatka powinna oglądać takie sceny. Lekceważyłem jej cierpienie, koncentrując się na własnym. Straszliwie tego żałuję, ale wtedy nie umiałem inaczej… Zawiodłem jako ojciec – zresztą to zdarzało mi się już wcześniej.
Przez pierwsze tygodnie kalendarz dla mnie nie istniał. Snułem się otępiały między sypialnią, kuchnią i łazienką. Większości dni nawet nie pamiętam – w miejscu, gdzie powinny być wspomnienia z pogrzebu, mam czarną plamę. Patrycja któregoś razu wyznała, że do ostatniej chwili nie była pewna, czy w ogóle wezmę udział w ceremonii.
– Zgodziłeś się, dopiero gdy zagroziłam, że jeśli zostaniesz w domu, to ja też.
Wyjawiła również, że na cmentarzu zachowywałem się zaskakująco spokojnie. Ludzie podchodzili do mnie z kondolencjami, a ja tylko kiwałem głową. Koszmar miał się zacząć dopiero po powrocie do domu.
– Piłeś przez trzy dni z rzędu, bez przerwy. Myślałam, że zachlejesz się na śmierć. – Gdy Patrycja to mówiła, oczy natychmiast zaszły jej łzami.
A mnie z nienawiści do siebie aż zaciskał się żołądek.
Moja córeczka nie zasłużyła na to. Po czymś takim powinna się na mnie wyżyć: wykrzyczeć mi w twarz, że jestem najgorszym ojcem na świecie i pieprzonym egoistą, który ma gdzieś to, że ona też cierpi. Może nawet jeszcze bardziej niż ja. Powinna mocno mnie spoliczkować i z goryczą w głosie powiedzieć, że żałuje, iż jestem jej ojcem. Właśnie na to zasługiwałem.
A jednak Pati od miesięcy trwa przy mnie i cierpliwie znosi moje załamania. Gdyby nie ona, pewnie już dawno bym ze sobą skończył. Nie mam pojęcia, skąd w niej tyle siły. Wiem jednak, że przyjdzie taki czas, gdy wszystko jej zrekompensuję. I to z nawiązką. Najpierw jednak muszę zamknąć temat, bez którego nie ruszę dalej. Po śmierci Gabi nie byłem w stanie się na nim skupić, ale od niedawna znów nie daje mi spokoju. Nie jestem pewien, czy wystarczy mi energii na konfrontację z przeszłością, jednak nie mogę dłużej zwlekać.
Z zamyślenia wyrywa mnie telefon od Patrycji. Zanim odbieram, biorę głęboki wdech i naprędce próbuję się uspokoić. Nie chcę, by się zorientowała, że dziś też jestem w rozsypce. Gdy się rozstawaliśmy, starałem się trzymać fason. Inaczej nie wypuściłaby mnie z domu.
– Hej, córuś. Jestem już w Solinie. Co porabiasz?
– Płakałeś – stwierdza. Zapewne wywnioskowała to z mojego przesadnie optymistycznego tonu.
– Yyy… nie płakałem.
– Akurat – rzuca niepocieszona. Na szczęście nie ciągnie tematu i odpowiada mi na pytanie: – Zaraz idę do Julki na kolację.
– Pozdrów ją ode mnie.
– To ta Julka, której rodzice nie cierpią twoich książek – przypomina mi.
– A jakie to ma znaczenie? I tak ich pozdrów – kwituję, starając się pokazać jej dystans. – A co u cioci? – pytam o kuzynkę Gabi, Zuzannę, która na czas mojego wyjazdu zgodziła się zaopiekować Patrycją.
– Siedzi obok i pije kawę.
– O tej porze?
– Powiedz mu, że dla mnie nigdy nie jest za późno na kawę. – Słyszę w tle.
Chyba jestem na głośnomówiącym.
– Cześć, Zuza – witam się z nią, ale nie odpowiada.
Nigdy mnie nie lubiła. Wprawdzie nie była z Gabi na tyle blisko, by wtrącać się w nasze sprawy, ale wiem, że kiedyś spytała moją żonę, dlaczego nadal nie kopnęła mnie w dupę.
– Jeszcze raz dziękuję za to, że nam pomagasz – dodaję. – To wiele dla mnie znaczy.
– Tak, tak – rzuca lekceważąco Zuza.
– Muszę kończyć, tato – odzywa się Pati.
– Zaczekaj! – zatrzymuję ją i proszę o chwilę rozmowy sam na sam.
Pati przez kilka sekund trzyma mnie w niepewności.
– Dobra, pójdę do siebie.
Pół minuty później słyszę po drugiej stronie ciche „Okej” i mówię:
– Nadal jesteś zła, że nie zabrałem cię ze sobą? – Ta sprawa leży mi na wątrobie i chcę ją wyjaśnić.
– Daj spokój, tato.
– Wiesz, że nie mogłem tego zrobić. Musiałabyś przerwać naukę na dwa miesiące przed zakończeniem roku szkolnego…
– Możesz skończyć? Nie chcę sobie psuć nastroju przed wyjściem.
– Mhm.
Już mam się z nią żegnać, gdy Pati wypala:
– Tłumaczyłam ci, że mogłabym się uczyć zdalnie, ale ty nie chciałeś mnie słuchać.
– Pati, nauka zdalna to rozwiązanie na krótko. A ja nie wiem, jak długo zostanę w Wołkowyi – wspominam o miejscowości będącej celem mojej podróży.
– Mówiłeś, że zarezerwowałeś pokój w pensjonacie na trzy tygodnie.
– Tak, ale równie dobrze mogę być zmuszony przedłużyć pobyt. Wszystko zależy od tego, jak sprawnie będzie mi szła praca nad książką.
Pati chyba czuje, że kręcę, bo wymownie prycha do telefonu.
– Lepiej się spręż, bo ciocia powiedziała, że nie zamierza wyręczać cię w obowiązkach rodzicielskich dłużej niż miesiąc.
– Najwyżej zapłacę jej za dodatkowy czas – mówię, a wtedy po drugiej stronie zapada niepokojąca cisza.
Wreszcie przerywa ją pytanie mojej córki:
– Czy ty w ogóle planujesz wrócić do domu?
– Córuś, no wiesz…? – obruszam się.
Przez kolejne sekundy milczymy. W pewnym momencie słyszę, że Pati bierze głęboki wdech, jakby miała wskoczyć do zimnej wody. Chyba chce coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymuje.
– Jesteś tam? – pytam, niepewny tego, czy wciąż chce słyszeć mój głos.
– Kończę. Julka już na mnie czeka. Pa.
– Kocham cię, Pati – wypalam i daję sobie chwilę na ochłonięcie. Następnie dodaję: – Będę dzwonił codziennie. Obiecuję.
– W twoich ustach obietnice nic nie znaczą – odpowiada spokojnie, bez krzyku, jakby już straciła resztki wiary we mnie.
– Pati, nie mów tak…
– Przecież to prawda. Obiecałeś, że będziesz mnie wspierał po śmierci mamy. A zamknąłeś się w sobie.
Zaczyna się.
– Możemy o tym porozmawiać po moim powrocie?
– Porozmawiać? – Pati zdusza ironiczny śmiech. – Ty nie wiesz, co to rozmowa.
Muszę przyznać jej rację. W ostatnich miesiącach miałem aż nadto okazji, by usiąść z nią na kanapie i razem popłakać. A gdy już wyrzucilibyśmy z siebie negatywne emocje, skupilibyśmy się na tych pozytywnych. Powspominalibyśmy najszczęśliwsze chwile z mamą, przejrzelibyśmy rodzinny album i obejrzelibyśmy jej ulubione filmy. Właśnie tego chciałaby Gabi. I pewnie tego oczekiwała ode mnie Pati. Ja jednak nie umiałem jej tego dać. Potwornie mi z tego powodu żal.
– Masz rację, zawaliłem – wyduszam i czuję bolesne ukłucie w sercu.
Chciałbym dodać: „Przepraszam”, ale zaciśnięte gardło odmawia mi współpracy.
Pati ociąga się z odpowiedzią.
– Słuchaj, nie chcę się kłócić – mówi wreszcie. – Po prostu wkurza mnie, że ciągle gdzieś uciekasz.
– Nie uciekam. Mówiłem ci, że…
– Przestań – wchodzi mi w słowo. – Oboje wiemy, że mam rację.
Przez dłuższą chwilę milczy, jakby czekała, aż zacznę się tłumaczyć. Nie mam jednak odwagi zabrać głosu, więc Pati kontynuuje:
– Chcę tylko, żebyś był. Chcę mojego tatę.
Zaciskam mocno powieki, walcząc z rosnącym wzruszeniem. W końcu jednak kapituluję i pozwalam, by łzy spłynęły po policzkach.
– Masz mnie, Pati. Wiem, że w ostatnich miesiącach nie byłem sobą, ale zmienię się.
– Tato, weź… – Wzdycha z rezygnacją.
– Tak, tak. Moje obietnice nic nie znaczą – cytuję jej słowa – ale udowodnię ci, że się mylisz. Wszystko się ułoży, córuś. Jeszcze będziemy szczęśliwi.
– Yhy. Zobaczymy – rzuca powątpiewająco. – Dobra, naprawdę muszę kończyć.
– Zadzwonię jutro. Może być koło południa?
– Wtedy mam lekcje. Ale możesz do mnie napisać na TikToku.
– Nie mam TikToka.
– To sobie zainstaluj.
Wreszcie udaje nam się ustalić, że zadzwonię do niej nazajutrz po piętnastej i pobiorę tę głupią aplikację.
– To do jutra – mówi Pati pozbawionym emocji głosem.
Znam ją jednak na tyle dobrze, by wiedzieć, że ta rozmowa kosztuje ją tyle samo co mnie.
– Do jutra, kochanie. – Czekam, aż się rozłączy, i wypuszczam powietrze ustami.
Choć nasza konwersacja nie była idealna, a Pati ewidentnie ma do mnie żal, to słowa, które od niej usłyszałem, napawają mnie wiarą, że jeszcze wszystko może się między nami ułożyć.
Moja córeczka mnie kocha. I pragnie tylko mojej bliskości i wsparcia. Zawsze przy niej będę i nigdy się od niej nie odwrócę, lecz zanim jej to udowodnię, wykonam ostatnią wolę mamy. „Synku, muszę ci coś powiedzieć… Tylko obiecaj, że zapamiętasz te słowa do końca życia” – odtwarzam w pamięci jej prośbę sprzed lat, która nadała ton mojemu późniejszemu życiu. „Kocham cię. Najbardziej na świecie. I przepraszam. Za wszystko, a najbardziej za to, że to właśnie ja musiałam cię urodzić. Jestem złą osobą, synku. Robiłam okropne rzeczy i skrzywdziłam wielu ludzi. Bardzo się tego wstydzę, ale nie miałam wyjścia. Ten świat to straszne, plugawe miejsce. Właśnie dlatego musimy się rozstać tu i teraz. Tylko tak, przynajmniej na jakiś czas, ochronię cię przed złem. Obyś przeżył i wyrósł na silnego mężczyznę. A gdy już będziesz gotowy, odszukaj człowieka o imieniu Hubert i nazwisku Grabiec. Stań przed nim, spójrz mu głęboko w oczy, pozdrów ode mnie i zabij z zimną krwią”.
Znajdę go. A potem dowiem się, co zrobił mamie i wymierzę mu karę, na jaką zasługuje.
– Jak panu smakują ziemniaczki? Nie za suche? – pyta Irena Orawska. Starsza kobieta stoi nade mną niczym służąca i czeka, aż wydam wyrok.
– Są przepyszne.
– Cieszę się. – Oddycha z ulgą i wraca na swoje miejsce po przeciwnej stronie stołu. – Gdyby jeszcze parę tygodni temu ktoś mi powiedział, że będę gotować kolację autorowi bestsellerów, to bym nie uwierzyła.
– Pani Irenko, zawstydza mnie pani. Nie jestem aż tak istotną postacią, jak pani myśli.
– Widzę, że skromność to pana drugie imię – odzywa się siedzący obok żony Bożydar Orawski. Rosły i pogodny, wygląda jak człowiek, który wiele przeżył, ale niewiele go już zaskakuje.
– Tak już mam – rzucam, nadziewając na widelec kolejny ziemniaczek.
– Proszę się szczycić swoimi dokonaniami. Muszę przyznać, że ucieszyliśmy się, gdy zadzwonił pan z rezerwacją.
– Proszę sobie wyobrazić, że gdy mój mąż odłożył słuchawkę, rzucił tylko: „Jakaś znana persona do nas przyjeżdża” – wtrąca Irena. – A ja od razu pomyślałam, że pewnie znany pisarz. Nie wiem dlaczego. Samo przyszło mi to do głowy.
– Intuicja rzadko nas zawodzi – stwierdzam, a gospodyni mi przytakuje.
– A jak mięsko? Nie za twarde?
– Jest idealnie miękkie, pani Irenko.
– Cieszę się – mówi z uśmiechem. – Wie pan, my tu nie mamy żadnej wykwintnej kuchni. Ale co domowe, to domowe. I od serca.
– Tego właśnie było mi trzeba – odpowiadam. – Po drodze jadłem coś na stacji i do teraz mam niesmak w ustach.
– No to dobrze się pan u nas zadomowi – kwituje Bożydar, odkładając widelec. – I to nie tylko za sprawą jedzenia.
– A pan, panie Kornelu, wie już coś o naszej okolicy? – dopytuje Irena, patrząc na mnie z zaciekawieniem.
– Niewiele. Pierwszy raz jestem w tej części Bieszczad.
– Bożydar się ucieszy. Lubi robić za przewodnika – rzuca rozbawiona.
– Owszem, przyznam się bez bicia – potwierdza gospodarz. – A że u nas raczej cisza i spokój, każdy nowy gość to potencjalna ofiara moich opowieści.
– Ma pan szczęście, że przyjechał pan teraz, w kwietniu – dodaje Irena. – To mój ulubiony czas. Jeszcze przed sezonem, ale już czuć wiosnę w powietrzu. I najważniejsze: nie trzeba się z nikim mijać na ścieżkach.
– To prawda – przytakuje jej mąż. – Będzie pan tu miał święty spokój, wodę i mnóstwo zieleni. – Robi pauzę, unosząc powoli kąciki ust. – No i nasze legendy.
– Legendy?
– Panie Kornelu, okolica Wołkowyi to nie tylko Solina i deptaki z lodami. To przede wszystkim historia. Ma pan pojęcie, że zaraz obok nas, na półwyspie Horodek, istniała kiedyś wieś? Zalana całkowicie, zniknęła z mapy. Ludzie musieli się wynieść, a niektórzy, proszę mi wierzyć, nigdy się z tym nie pogodzili.
– I do dziś mówi się, że duch Horodka tam krąży – wtrąca z teatralną powagą Irena.
– Oj tam, duch. – Bożydar macha ręką. – Ale faktycznie coś jest w tym miejscu. Może to cisza, może ten suchy dąb, który tam stoi… Jak szkielet. Ludzie mówią na niego Drzewo Wisielca. Sam pan zobaczy, jeśli się pan wybierze na spacer. Choć nie polecam o zmierzchu. Nawet koty tamtędy nie chodzą.
– A był też kiedyś taki pustelnik – włącza się Irena, podpierając podbródek na dłoni. – Juliusz Wasik. Przyszedł znikąd, zamieszkał na Horodku, wybudował własnymi rękami pustelnię. Przez pewien czas wszyscy o nim mówili. Trochę prorok, trochę dziwak. W sumie… może i święty?
– Zmarł cztery lata temu – dodaje cicho Bożydar. – Pamiętam, jak woziłem mu zakupy, zanim zrobiło się o nim głośno. Przyjeżdżali do niego ludzie z całej Polski. A on częstował ich ziołową herbatą i opowiadał, jak odnaleźć spokój w świecie pełnym hałasu. Mało kto dziś potrafi słuchać tak, jak on słuchał.
– A pustelnia? – pytam.
– Jeszcze stoi – mówi mężczyzna. – Choć zarosła, jak wszystko, co porzucone. Dziś to tylko smutna ruina. Bez niego to już nie to samo miejsce.
– Młodzież to teraz nawet nie wie, kim on był – dodaje Irena. – A przecież przez chwilę był dosłownie wszędzie. Artykuły, reportaże, nawet jakiś dokument o nim kręcili.
– Dziwne miejsce ten Horodek – mówię bardziej do siebie niż do nich. – Jakby coś tam zostało… niedopowiedziane.
Bożydar przez chwilę milczy. Odkłada sztućce i splata dłonie na stole.
– Panie Kornelu, czy obaj myślimy teraz o tym samym wydarzeniu?
– Jeśli myśli pan o tragedii z dwa tysiące siódmego roku, to tak.
Orawscy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
– Mówiłam ci, że o to chodzi – szepcze Irena do męża, po czym przenosi na mnie ostrożne spojrzenie.
– Czy to tego ma dotyczyć książka? – pyta wprost Bożydar, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– A jeśli potwierdzę, nadal będzie pan chciał opowiedzieć mi coś o tym, co się wtedy stało?
– Zależy co – odpowiada powoli, jakby ważył każde słowo. – Nie jesteśmy plotkarzami, panie Kornelu. Ale to, co się wtedy wydarzyło, zostawiło w ludziach blizny. Czasem wystarczy jedno słowo, by rozdrapać stare rany.
– Rozumiem. – Kiwam głową. – Nie zamierzam grzebać w czyimś bólu. Po prostu… chcę oddać ofiarom należyty hołd.
– Sprawiając, że ci, którzy mieli z tym jakikolwiek związek, znowu będą cierpieć? – pyta Orawski, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek.
– Pisząc rzetelny reportaż z okazji dwudziestej rocznicy – każde słowo wypowiadam powoli. – Wiem, że dla rodzin ofiar to nie jest temat do dyskusji przy stole. Że ich ból nie minął, że może nigdy nie minie. Ale wiem też, że wokół tej tragedii przez lata narosło mnóstwo niedomówień. A czas, jak państwo wiecie, potrafi zatrzeć prawdę.
Orawski wpatruje się we mnie spokojnie, ale uważnie. Nie przerywa.
– Nie interesują mnie tanie sensacje – kontynuuję. – Nie chcę zarabiać na cudzym nieszczęściu. Zamierzam rzetelnie zebrać wszystkie fakty do kupy, uporządkować to, co przez lata mówiło się w mediach i co powtarzali sobie mieszkańcy. I co najważniejsze: chcę oddać ofiarom to, na co zasługują. Prawdę. I pamięć.
– Pamięć… – powtarza cicho Irena.
– Tak. – Spoglądam na nią. – Bo chyba właśnie tego najbardziej boją się bliscy ofiar. Że z czasem się o nich zapomni. Że dla przyszłych pokoleń zostaną tylko nagłówki i sensacyjne tytuły w archiwach gazet. A przecież to były dzieci. Ktoś je kochał i na nie czekał. – Próbuję grać na ich emocjach. Wiem, że to słabe, ale muszę ich udobruchać.
Orawska spuszcza wzrok i zaciska palce na serwetce. Jej mąż zaś prostuje się na krześle i mierzy mnie przenikliwym wzrokiem.
– No dobrze. To co pan wie?
– Wiem, że był obóz młodzieżowy – mówię ostrożnie. – Nad wodą, nieopodal Horodka. I że doszło do strzelaniny. Że chłopak, Michał… Kitler zabił wiele osób…
– Biedne dzieci – wzdycha Irena. – To była szkolna wycieczka z Sanoka. Mieli po piętnaście, szesnaście lat.
– Podobno jedna z uczennic zaginęła i do dziś jej nie odnaleziono – wspominam.
Bożydar kiwa głową, a w jego oczach pojawia się coś na kształt ostrożnej rezerwy.
– Klaudia Brzezinek. Ludzie do dziś mówią, że Kitler ją utopił. Albo zakopał gdzieś w lesie – dodaje ciszej.
– Niektóre moje koleżanki wierzą, że uciekła za granicę i żyje sobie w spokoju – wtrąca Irena.
– Taaa… Mówili też, że Hitler po wojnie zwiał do Argentyny.
– A może tak było? – Orawska spogląda wymownie na męża.
Bożydar przewraca oczami i stwierdza:
– Każdy coś słyszał. Każdy coś wie. Ale tak naprawdę to nikt nic nie wie.
– Możemy tylko puszczać wodze fantazji – dodaje jego żona. – W takich nierozwiązanych sprawach to zawsze tak działa. Dlatego ludzie nimi żyją… A im więcej lat mija, tym bardziej wszystko blaknie albo zniekształca się w wyobraźni.
– Ale pamięć zostaje – mówię cicho.
– Tak – zgadza się Bożydar. – I chociaż tutejsi mieszkańcy nie rozmawiają o tym głośno, to każdy doskonale pamięta pierwsze dni po tragedii i rozpacz rodzin tych dzieci w trakcie pogrzebów. – Przerywa na moment, by wyrównać oddech. – Wszyscy cierpieliśmy razem z tymi ludźmi. A teraz pojawia się ryzyko, że te emocje powrócą… Proszę się jeszcze zastanowić. Nikt tu nie chce rozdrapywać ran.
Nie odpowiadam od razu. Nie zamierzam obiecywać, że nie rozdrapię niczego, co i tak nie przestaje swędzieć. Zamiast tego mówię:
– Czasem jedynym sposobem, żeby coś naprawdę zamknąć, jest nazwać to po imieniu.
Siedzę przy biurku w pokoju na piętrze, z którego za dnia rozciąga się widok na fragment podwórka i wąski pasek asfaltu prowadzący gdzieś w stronę lasu. Gdy patrzę teraz w szybę, widzę w niej jednak tylko moje zmęczone oblicze i żółtą poświatę lampki.
Na kolację zszedłem z grzeczności. Teraz czuję się już bardziej sobą – czyli znów samotny. Choć nie do końca. Bo z chwilą, gdy otwieram laptop i wpisuję hasło, cały tamten świat sprzed lat wdziera się z mocą, której się spodziewałem, a mimo to znowu mnie uderza.
Wyszukuję stare artykuły. Te same, które czytałem już wcześniej, ale dziś czytam je inaczej. Nie jak czytelnik, a ktoś, kto sam nie do końca wie, po której stronie tej historii stoi.
Nagłówki pozostają niezmienne:
„Tragedia nad Soliną: masakra na obozie młodzieżowym”.
„Szesnastoletni Michał K. zabił jedenaścioro rówieśników i popełnił samobójstwo”.
„Trwają poszukiwania Klaudii Brzezinek. Bliscy tracą nadzieję”.
Artykuły pełne są uproszczeń, przypuszczeń i domysłów ubranych w kostium faktów. Wypowiedzi policjantów, psychologów, znajomych, sąsiadów. Nikt nie wie nic na pewno, ale każdy chce dołożyć swoje trzy grosze do narracji. Jedyne, co wiadomo, to to, że przedostatniego dnia obozu, który według relacji ocalałych przebiegał w przyjaznej atmosferze, Michał Kitler – syn policjanta z Sanoka – nie usiadł przy stole wraz z resztą uczestników. Przez większość kolacji nikt go nie widział – aż do ostatnich minut, gdy pojawił się niespodziewanie w drzwiach stołówki. Według późniejszych zeznań miał wtedy spokojny, wręcz pusty wyraz twarzy, w dłoni zaś ściskał pistolet. Z początku na nikim nie zrobiło to wrażenia. Jeden z nastolatków miał się nawet zaśmiać. Nikomu, absolutnie nikomu nie przeszło przez myśl, że wycofany, uważany za dziwaka Michał byłby w stanie kogokolwiek zabić. On jednak uniósł broń i wycelował prosto w swojego prześmiewcę, i gdy rozległ się huk wystrzału, a z głowy chłopaka trysnęła krew, zapadła cisza, po której wybuchnęła panika.
Michał strzelał metodycznie, jakby wszystko wcześniej zaplanował. Zginęło dziesięcioro uczniów i jeden nauczyciel. Kilka innych osób zostało rannych, ale zdołały wyczołgać się z budynku lub ukryć. Kitler zniknął z miejsca zdarzenia tuż po masakrze. Poszukiwania trwały całą noc, aż w końcu nad ranem jego ciało odnaleziono w wodzie w Zatoce Suchego Dębu. Utopił się, wypychając plecak kamieniami zgarniętymi z brzegu. Wcześniej wybił sobie kilka zębów i uderzył się w głowę. Z kolei pistolet, z którego zabił kolegów i koleżanki, znaleziono w trawie, kilkanaście metrów od budynku służącego za stołówkę. Do dziś nie wiadomo, skąd miał broń ani dlaczego zrobił to, co zrobił. Jego ojciec zaprzeczył, by pistolet należał do niego. Nie znaleziono też na nim żadnych odcisków linii papilarnych, poza tymi należącymi do Michała. A najbardziej niepokojącą luką w tej historii pozostaje zniknięcie Klaudii Brzezinek, której ciała nigdy nie odnaleziono. Wiadomo, że dziewczyny też nie było na kolacji. Ponoć godzinę wcześniej powiedziała swojemu chłopakowi, że ma ochotę przespacerować się po lesie. Z tego spaceru już nie wróciła.
Klikam galerię i przeglądam fotografie z tamtego obozu. Większość przedstawia uczniów. Widzę ich uśmiechnięte twarze, a do tego głupie pozy przed aparatem. Na jednym ze zdjęć widnieje grupa przyjaciół obejmującą się na pomoście. Na innym dziewczyna w dresie machająca do kolegi. Jeszcze inne przedstawia chłopaka od stóp do głów ubrudzonego błotem. Wspólne śpiewy przy ognisku z kiełbaskami.
I wśród nich Michał Kitler.
Jasna cera, brązowe włosy opadające na czoło, bystre oczy i lekki uśmiech. Normalny chłopak. Może trochę cichy, ale nie wygląda jak ktoś, kto mógłby chwycić za broń i zastrzelić rówieśników. Przyglądam mu się długo, choć widziałem już te zdjęcia. Ale teraz, gdy tu jestem, liczę na jakieś nagłe objawienie. Niestety, ekran milczy.
Przesuwam myszką dalej. Kolejne zdjęcie: Klaudia Brzezinek. Długie włosy, smukła sylwetka, pewna siebie poza, jakby wiedziała, że ktoś na nią patrzy. Żywa, piękna. Patrzę na jej twarz i myślę, że ona pewnie też miała swoje tajemnice. I że może to właśnie w nich kryje się odpowiedź, której szukam.
Ale przecież nie chodzi tylko o odpowiedzi.
Odsuwam dłonie od klawiatury. Przez chwilę tylko siedzę i oddycham. Nagle w uszach znów pobrzmiewa mi głos mamy: „A gdy już będziesz gotowy, odszukaj człowieka o imieniu Hubert i nazwisku Grabiec. Stań przed nim, spójrz mu głęboko w oczy, pozdrów ode mnie i zabij z zimną krwią”.
Słowa mojej matki. Kobiety, która porzuciła mnie z miłości. Kobiety, która przez całe życie próbowała chronić mnie przed czymś, co miało mnie zniszczyć. A teraz to coś jest właśnie tutaj – kilka ulic dalej. Szczęśliwe i nienaruszone.
Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „Hubert Grabiec”. Natychmiast pojawia się kilka wyników: artykuły z lokalnych gazet, jakieś zdjęcia z uroczystości szkolnych, a także wypowiedzi o nowoczesnym podejściu do edukacji i bezpieczeństwa uczniów. Po prostu wzorowy pan dyrektor.
Znajduję jego profil na Facebooku. Niestety, ograniczył do niego dostęp. Widzę jednak zdjęcie profilowe, które przedstawia mężczyznę około sześćdziesiątki. Ma krótko przycięte siwe włosy, okulary w cienkiej oprawie i szeroko się uśmiecha. Obok niego, na tle budynku szkoły, stoi dziewczynka z warkoczykami.
Przechodzę na stronę szkoły w Wołkowyi i szukam fotografii z Grabcem. Jest ich sporo, jednak nie dostrzegam na nich nic, co zdradzałoby, że ten człowiek może mieć szemraną przeszłość. Przeglądam galerię zdjęć z jakichś zawodów sportowych. Grabiec widnieje na większości z nich – gdy nie pozuje z ubranymi w sportowe stroje uczniami, to szczerzy się na tle sali gimnastycznej. Często też jest uchwycony z kadrą nauczycielską, a zwłaszcza z mężczyzną mniej więcej w moim wieku, którego w opisie do zdjęcia nazywa swoją „prawą ręką”. Obaj zdają się świetnie czuć w swoim towarzystwie, czego dowodzi wiele innych zdjęć, na których są razem. Robi mi się niedobrze na myśl o tym, że ktoś taki jak Grabiec bryluje na „salonach” i otacza się dupolizami. Ludzie nie widzą w nim absolutnie żadnej skazy. Zupełnie jakby zapomnieli o tym, że Hubert był jednym z opiekunów na obozie, na którym życie straciło jedenaście niewinnych osób i nastoletni morderca-samobójca. Po czymś takim powinien być spalony do końca życia. A jednak jakimś cudem udało mu się uniknąć linczu.
Ja jednak wiem swoje. Ten człowiek to potwór i wkrótce cały świat się o tym dowie.
Zamykam laptop, odsuwam krzesło i podchodzę do okna. Jest już ciemno. Prawie nic nie widać, tylko kilka światełek w ogrodzie i odblask lampy na szkle.
Skoro nawet mama życzyła mu śmierci, to musiał zrobić coś bardzo złego… A jeśli po latach znów skrzywdził niewinne osoby? Wiem jedno: nie pozwolę mu już dłużej spać spokojnie.
To nie będzie tylko książka. To będzie coś więcej.
W kawiarni pachnie ciastem drożdżowym i świeżo zmieloną kawą. Siedzę przy niewielkim stoliku pod oknem, z widokiem na deptak w Solinie. Kawa jest wyjątkowo dobra. Ma aksamitną goryczkę i lekko orzechowy aromat. Do tego muzyka w tle – relaksujące brzmienia z początku wieku, głównie Norah Jones. Wprost idealne miejsce, by zacząć drążyć temat, który przez lata wszyscy próbowali zakopać pod warstwami czasu i niepamięci.
Czekam na Edwarda Jarosza – dziennikarza, który w dwa tysiące siódmym roku jako pierwszy opisywał masakrę nad Jeziorem Solińskim. Pracował wtedy w „Tygodniku Solińskim”, lokalnym piśmie, które dzisiaj istnieje tylko w wersji cyfrowej. Emerytura nie zatarła jego nazwiska. Przewijało się wielokrotnie, gdy przeszukiwałem archiwalne artykuły z tamtych miesięcy.
Miałem plan, by najpierw podejść do Grabca i spytać wprost o listę uczestników obozu, ale coś mnie powstrzymało. Może intuicja? A może świadomość, że pytanie o listę ofiar masakry to nienajlepszy sposób na rozpoczęcie rozmowy z człowiekiem, którego mam zamiar zdekonstruować do fundamentów?
Dlatego teraz siedzę tutaj. I czekam, przeglądając w międzyczasie swój notatnik, w którym wypisałem sobie pytania do Jarosza. Lista jest długa, choć pewnie nie zadam nawet połowy. W takich rozmowach najważniejsze jest to, czego się nie planuje.
Drzwi kawiarni otwierają się z cichym stuknięciem. Mężczyzna wchodzi z lekkim zawahaniem i rozgląda się po sali. Wiem, że to on – wprawdzie na zdjęciu znalezionym w sieci wyglądał młodziej, ale wciąż ma te same, zaczesane na bok włosy i lekko zgarbiony nos. Gdy nasze spojrzenia się krzyżują, uśmiecha się i rusza w moją stronę. W jego wzroku jest coś łagodnego, ale czujnego. Jakby zbyt wiele widział, by jeszcze dziwić się światu.
– Dzień dobry, panie Malicki.
– Dzień dobry – powtarzam, witając się z nim mocnym uściskiem dłoni.
– Mogę? – Mężczyzna wskazuje na wolne krzesło.
– Oczywiście. Napije się pan czegoś?
Jarosz zajmuje miejsce, nie spuszczając ze mnie wzroku, po czym mówi:
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
