Nowy początek: Thriller Johna Hayesa #3 - Mark David Abbott - ebook

Nowy początek: Thriller Johna Hayesa #3 ebook

Mark David Abbott

0,0

Opis

Nowe życie. Nowa miłość. Nowe niebezpieczeństwa.

John Hayes powraca!

 

Po dramatycznych wydarzeniach z przeszłości John wreszcie ma szansę rozpocząć życie od nowa. Jest bogaty, niezależny i mieszka w egzotycznym Bangkoku, gdzie spędza dni na treningach, odkrywaniu miasta i delektowaniu się tajską kuchnią.

Z pozoru ma wszystko, czego mógłby zapragnąć.

 

Brakuje mu tylko jednego — kogoś, z kim mógłby dzielić swoje szczęście.

Kiedy na jego drodze pojawia się piękna, fascynująca kobieta, John zaczyna wierzyć, że być może los daje mu drugą szansę na miłość. Może wreszcie uda mu się zapomnieć o bolesnej przeszłości i odnaleźć utracone szczęście?

 

Ale życie Johna Hayesa nigdy nie jest proste.

 

Młoda dziewczyna bez grosza przy duszy, desperacko pragnąca zacząć wszystko od nowa. Wpływowy zagraniczny biznesmen z mroczną przeszłością. I tajemnicza kobieta, która coraz bardziej zawraca Johnowi w głowie.

 

Ich losy splatają się, stawiając go przed kolejnym niebezpiecznym wyborem.

Czy powinien się zaangażować, ryzykując własnym życiem i bezpieczeństwem innych? A może odejść, tracąc kobietę, którą zaczyna kochać?

 

Czy można rozpocząć nowe życie, nie narażając na niebezpieczeństwo wszystkiego, co udało się odzyskać?

 

Nowy początek to trzeci tom wciągającej serii thrillerów o Johnie Hayesie autorstwa Marka Davida Abbotta. Pełna napięcia, emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji historia o miłości, trudnych wyborach i odwadze, by postąpić właściwie — nawet gdy cena może okazać się najwyższa.

 

Dla miłośników dynamicznych thrillerów sensacyjnych, w których zwykli ludzie stają przed niezwykłymi wyzwaniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 280

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NOWY POCZĄTEK

THRILLERY JOHNA HAYESA

TOM 3

MARK DAVID ABBOTT

CONTENTS

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Słowniczek

Darmowa książka i informacje o nowych premierach!

Inne książki Marka Davida Abbotta

O Autorze

Copyright © 2019 by Mark David Abbott

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej książki nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, elektroniczny bądź mechaniczny, włączając w to systemy gromadzenia i odtwarzania informacji, bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów zamieszczonych w recenzjach.

1

John mocniej machał ramionami, zwiększając tempo na ostatnich czterystu metrach. Lawirował między wolniejszymi biegaczami i spacerowiczami, ostrożnie omijając małe dziecko, które zeszło z trawy na chodnik. Pot spływał mu do oczu, gdy łapał głębokie hausty powietrza. Przekroczył wyimaginowaną linię mety przy stawie z żółwiami, po czym zwolnił do truchtu, a następnie do marszu. Ubranie miał przesiąknięte potem. Zatrzymał się, pochylił, oparł dłonie na kolanach i odetchnął głęboko. Gdy wreszcie złapał oddech, wyprostował się, uśmiechnął i skinął głową innemu stałemu bywalcowi, po czym przeszedł na trawę i usiadł, opierając się plecami o drzewo.

Park Benjasiri był pełen biegaczy i spacerowiczów korzystających z chłodniejszych porannych godzin. Niżej, nad jeziorem, kilka rodzin przyprowadziło swoje dzieci, aby nakarmić jaskrawo ubarwione karpie koi, zanim ruszą do szkoły i pracy. Wybuch śmiechu przykuł jego uwagę. Spojrzał na boisko do takraw, gdzie czterej mężczyźni, rozebrani do pasa, popisywali się niewiarygodnymi wyczynami sportowymi, stopami przerzucając małą rattanową piłkę nad siatką do siatkówki. John ich rozpoznał. Byli tu prawie każdego ranka, a on spędził sporo czasu, przyglądając się grze.

John zamknął oczy i oparł się o pień. Czuł się dobrze. Był w lepszej formie niż kiedykolwiek, a regularne bieganie i ćwiczenia w parku sprawiły, że schudł i opalił się. Jego dieta, składająca się głównie z tajskich sałatek i grillowanego mięsa, czyniła cuda z jego poziomem energii. Dobrze sypiał i prawie nie pił. Minęły trzy miesiące, odkąd przeniósł się do Bangkoku z plaż Phuket. Leżenie na plaży w końcu się nudzi, a dzięki nowym udziałom w Pegasus Land1 nie musiał już martwić się o ograniczanie wydatków.

John wynajął na krótki termin apartament tuż przy Sukhumvit Road, głównej arterii komunikacyjnej biegnącej z zachodu na wschód przez to ogromne miasto. Ulice odchodzące od Sukhumvit nazywano soi. Wybrał starszy budynek po południowo-zachodniej stronie, w okolicach Soi 24, ekskluzywnej dzielnicy luksusowych apartamentowców i dużych domów, otoczonych murami i tropikalnymi ogrodami. Była to lokalizacja popularna wśród japońskich ekspatów, a wiele sklepów i restauracji było skierowanych do tej właśnie klienteli.

W porównaniu z jego poprzednim domem w Hongkongu apartament był olbrzymi. Duże balkony, obsadzone czerwoną bugenwillą, otaczały narożne mieszkanie z dwóch stron, skąd roztaczał się rozległy widok na przedmieścia.

Starsza Tajka przychodziła dwa razy w tygodniu gotować i sprzątać, ale poza tym miał święty spokój. Odpowiadało mu to. Spędzał czas, dbając o formę, zwiedzając miasto i zapisał się do lokalnej szkoły językowej, by poznać podstawy tajskiego. Cieszył się zrelaksowanym tempem życia i nie spieszyło mu się, by angażować się w cokolwiek, co by go uwiązało.

Jeden z młodych mężczyzn z boiska do takraw podszedł i usiadł obok. Jego ciało lśniło od potu. Wycierał twarz małym, białym ręcznikiem.

— Sawasdee krup, Khun John.

John uśmiechnął się i odpowiedział pozdrowieniem. — Sawasdee Krup. Dobra gra?

— Kup — skinął głową młody mężczyzna. — Tak — uśmiechnął się szeroko. — Powinien pan do nas dołączyć, Khun John. To o wiele lepsza zabawa niż bieganie w kółko.

— Ale nie jestem tak gibki jak pan, Khun Phichet. Nie ma mowy, żebym wykonał to pańskie kopnięcie z saltem — zaśmiał się John.

— Poradzi pan sobie, wystarczy poćwiczyć.

John uśmiechnął się do Khun Picheta. Poznali się miesiąc temu, kiedy John obserwował ich grę przez siatkę otaczającą boisko do takraw. Gra przypominała siatkówkę, ale zamiast rąk można było używać tylko stóp i głowy do dotykania piłki, rattanowej kuli o połowę mniejszej od piłki nożnej. Był to świetny trening, a podniebne kopnięcia i salta wykonywane przez bardziej uzdolnionych graczy pozwalały im utrzymać szczupłą sylwetkę i gibkość.

Phichet zaprosił go do gry, ale John odmówił, obawiając się poważnej kontuzji na asfaltowym boisku. W ciągu następnych kilku tygodni odbyli parę rozmów, czasem po grze pijąc razem kawę. Phichet pracował w małej firmie importowo-eksportowej handlującej obrabiarkami i mieszkał z żoną, małą córką i rodzicami w niewielkim mieszkaniu w jednej z bocznych soi niedaleko parku. Wyjaśnił Johnowi, że godzina, którą codziennie spędzał, grając w takraw, to jedyny czas, jaki miał dla siebie – resztę dnia pochłaniała presja związana z pracą i życiem rodzinnym.

— Ma pan czas na kawę? — zapytał John.

— Mi mee, Khun John. Nie, przykro mi. — Phichet sprawdził zegarek i zmarszczył brwi. — Mamy klienta z Europy i muszę się z nim spotkać na śniadaniu. — Zerwał się na nogi, wytarł ciało ręcznikiem i wciągnął koszulkę, którą miał wsuniętą w pas spodenek. — Do jutra?

John również wstał i strzepnął trawę ze spodenek. — Będę tu. Miłego dnia.

Phichet skinął głową, skłonił się lekko i ruszył w stronę głównej bramy.

John przeciągnął się i rozejrzał. Park wypełniał śmiech i śpiew ptaków, a powietrze było ciepłe i przesycone zapachem kadzidła palącego się w małej kapliczce duchów przy bocznej bramie. Uśmiechnął się szeroko. Życie było dobre.

1 Patrz: „Milion powodów” – thriller Johna Hayesa, nr 2

2

Otworzywszy oczy, zerknął na świecący wyświetlacz zegara przy łóżku — wpół do dwunastej — najwyższy czas, by zaczął dzień. Spuścił nogi z łóżka, usiadł, podrapał się po brzuchu i ziewnął. Wstał, odwrócił się i spojrzał na dziewczynę wyciągniętą na łóżku. Jeszcze przez jakiś czas nie wstanie. Koktajl alkoholu i narkotyków potrzebował jeszcze kilku godzin, by opuścić jej organizm. Dziewczyna była niezła. Może weźmie ją jeszcze raz — jeszcze mu się nie znudziła. Parsknął śmiechem i klepnął ją w pośladek. Dziewczyna poruszyła się, ale się nie obudziła. Życie ułożyło się nieźle jak na biednego chłopca ze slumsów Dhaki.

Hassan Rahman z trudem zgiął swoją otyłą posturę, podniósł szlafrok z miejsca, w które rzucił go poprzedniej nocy na podłogę, i narzucił na siebie. Zaciskając pasek wokół obfitego pasa, wsunął stopy w pantofle i wyszedł do salonu swojego czterystumetrowego penthouse’u.

— Amira — ryknął.

Z kuchni wybiegła młoda dziewczyna, wycierając ręce w rąbek swojego kameezu ze spuszczonymi oczami.

— Tak, panie?

— Przynieś mi coś do jedzenia.

Hassan Rahman usiadł na przygotowanym dla niego miejscu, wziął serwetkę i wsunął ją sobie pod brodę.

— Pospiesz się.

Amira znów wybiegła z talerzem gorących parath i postawiła go na stole.

— Czaj — warknął.

— Tak, panie.

Hassan oderwał kawałek parathy i wepchnął go sobie do ust. Tętniło mu w głowie i potrzebował gorącego, tłustego jedzenia oraz kofeiny, by złagodzić kaca.

Amira postawiła na stole srebrny dzbanek z herbatą i pospiesznie wycofała się w bezpieczne progi kuchni. Hassan oblizał palce i, sięgając po czajniczek, nalał sobie filiżankę. Lekkie drżenie ręki sprawiło, że rozlał herbatę na stół. Nie zważając na plamę, głośno siorbnął gorący, mleczny płyn i sięgnął po kolejną parathę.

Poprzednia noc była szalona nawet jak na człowieka o jego apetytach, a teraz płacił za to cenę. Potarł oczy lewą ręką, kuszony, by wrócić na kilka godzin do łóżka, ale spojrzawszy na zegarek, zdał sobie sprawę, że nie może. Miał pracę do wykonania, zanim jego bar otworzy się na noc. Dziennikarka z jednego z magazynów dla ekspatów umówiła się z nim na wywiad i musiał się doprowadzić do porządku, zanim przyjedzie.

3

Adriana D’Silva czekała, aż klęcząca przy stoliku kawowym drobna, młoda dziewczyna naleje herbaty do filiżanki z cienkiej porcelany i jej ją poda. Adriana uśmiechnęła się w podziękowaniu, ale służąca unikała kontaktu wzrokowego. Nalała herbaty do drugiej filiżanki i postawiła ją przed Hassanem. Adriana oceniła, że dziewczyna nie miała więcej niż szesnaście, może siedemnaście lat, choć trudno było to stwierdzić z całą pewnością. Miała twarz, która mogłaby być ładna, gdyby się uśmiechnęła, ale cienie pod oczami i podejrzane przebarwienie w okolicy lewego policzka — może siniak — sprawiały, że wyglądała na starszą, niż wskazywałby na to jej wiek.

Adriana spróbowała jeszcze raz:

— Dziękuję.

Oczy młodej kobiety zerknęły na nią przelotnie, po czym znów uciekły w bok. Z opuszczoną głową szybko i cicho wyszła z pokoju.

Adriana pociągnęła łyk herbaty, po czym odstawiła filiżankę na stolik obok i wzięła do ręki notatnik.

Podniosła wzrok i przyjrzała się mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko. Był otyły, a drogo skrojony lniany garnitur w niewielkim stopniu maskował jego tuszę. Miał naoliwione i gładko zaczesane do tyłu włosy, a małe, ciemne oczy wyzierały z głębokich zakamarków jego mięsistej, opasłej twarzy. Mimo arktycznego chłodu klimatyzacji na jego czole perliły się kropelki potu.

— Panie Rahman, dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać.

— Proszę, niech pani mówi mi Hassan — uśmiechnął się, odsłaniając rząd nierównych, żółtych zębów. — Zawsze z przyjemnością piję herbatę z piękną kobietą.

Adriana uśmiechnęła się grzecznie w odpowiedzi na jego próbę czarowania, ale w środku czuła irytację. Takie teksty mogły działać na młode dziewczyny olśnione jego bogactwem, ale ona była nieco bardziej wnikliwa. Spędziła cztery lata na studiach dziennikarskich, a jej kariera sprowadzała się do pisania laurek dla spoconych biznesmenów. Mimo to, jak zawsze powtarzał jej ojciec, cokolwiek robisz, powinnaś to robić dobrze.

Otworzyła notatnik na czystej stronie i pstryknięciem uruchomiła długopis.

— A więc, panie… Hassanie, co sprowadziło pana do Bangkoku? Pochodzi pan z Dhaki, prawda?

— Przyjechałem tu na wakacje po sprzedaży firmy i tak mi się spodobało, że zostałem — uśmiechnął się Hassan. — A pani?

— Coś podobnego, ale ten wywiad jest o panu, nie o mnie, ach… panie Hassanie. — Adriana zapisała w notatniku firma? i podniosła wzrok. — A czym się pan wcześniej zajmował?

— Odzieżą. Miałem fabrykę, która produkowała ubrania dla wielu największych światowych marek odzieżowych.

— Och, to ciekawe — skinęła głową Adriana, bazgrząc w notatniku. — To był rodzinny interes?

— Ha, nie, nie. — Hassan zaśmiał się, rozkręcając się w temacie własnej osoby. — Byłem biednym chłopcem ze slumsów, nasza rodzina nie miała pieniędzy. Jako chłopiec dostałem pracę w fabryce, zamiatałem podłogi, a potem powoli, powoli, zaoszczędziłem wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić maszynę do szycia. Założyłem zakład krawiecki i od tego momentu budowałem swój biznes.

— Wow, to inspirująca historia. Nasi czytelnicy z przyjemnością o tym usłyszą. Dlaczego więc sprzedał pan firmę?

Hassan wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł czoło. Spojrzał na nią, jakby zdziwiony obecnością potu, po czym wsunął ją z powrotem do kieszeni. Podniósł wzrok i znów się uśmiechnął.

— Adriana, mogę mówić pani Adriana?

— Oczywiście.

— Branża odzieżowa to bezpardonowy biznes z bardzo niskimi marżami. Marki modowe ciągle nas cisną, żebyśmy produkowali ubrania po coraz niższych kosztach. Chcą utrzymać przystępne ceny odzieży, ale zachować swoje marże. Niestety, cierpią na tym producenci. Jest pewna granica, do której możemy obniżać koszty, a jednocześnie utrzymywać godziwe płace dla naszych pracowników. Zawsze szczyciłem się dobrymi warunkami pracy dla moich robotników i nie byłem gotów na kompromisy. Więc w końcu się poddałem, sprzedałem firmę i przyjechałem tutaj.

— Hmmm. — Adriana przechyliła głowę, zapisała coś w notesie, po czym podniosła wzrok. — Co się teraz stało z firmą? — zmarszczyła brwi. — Jak nowy właściciel jest w stanie utrzymać rentowność?

Adrianie zdawało się, że na twarzy Hassana mignął cień irytacji, ale było to tak ulotne, że nie mogła być pewna.

— Nie wiem, nie utrzymuję kontaktu z nowymi właścicielami. Poza tym, przyszła pani przeprowadzić ze mną wywiad na temat mojego lokalu tutaj, w Bangkoku, mam rację?

— Tak, oczywiście. — Adriana zrobiła kolejną notatkę i uśmiechnęła się. — Chciałam tylko poznać trochę tła dla artykułu. Zawsze jest interesujące, jak ludzie zaczynają swoją podróż. Proszę więc opowiedzieć mi o Dragonie.

— Tak, Dragon. — Hassan oparł się o podłokietnik i wyprostował na siedzeniu. — Kiedy przyjechałem do Bangkoku, spodobało mi się tak bardzo, że postanowiłem zostać. Ale człowiek może być próżniakiem tylko przez jakiś czas. Rozejrzałem się więc za czymś do roboty i pewnego dnia zauważyłem, że działka, na której stoi Dragon, jest na sprzedaż.

Adriana oderwała wzrok od notatek.

— Co więc skłoniło pana do otwarcia restauracji i baru? To tak bardzo różni się od tego, co robił pan w Dhace. Miał pan jakieś doświadczenie w tej branży?

— Absolutnie żadnego, ale biznes to biznes. Zasady są takie same, niezależnie od branży. Odniosłem sukces wcześniej, więc byłem pewien, że i ten projekt okaże się sukcesem. Była pani w restauracji, pani Adriano? Widziała pani, jaki mamy ruch?

— Nie, nie byłam.

— Och, w takim razie musi pani przyjść. Jako mój gość. Niech pani zje ze mną dziś kolację.

Adriana poczuła, jak wzrok Hassana błądzi po jej ciele, i poruszyła się niespokojnie na krześle.

— To miło z pana strony, ale mam już plany na dzisiejszy wieczór. Może innym razem?

— Oczywiście. — Hassan wyglądał na zawiedzionego. — Ważne, żeby pani nas odwiedziła, zanim napisze pani swój artykuł.

— Tak, odwiedzę, po prostu nie jestem pewna swojego grafiku.

Ostatnie, na co miała ochotę, to spędzić z nim wieczór na luźnej rozmowie, ale przyznać trzeba, że miał trochę racji. Musiała zobaczyć to miejsce. Chodziło tylko o to, że w jego towarzystwie czuła się nieswojo. Nie potrafiła dokładnie określić dlaczego, ale była pewna, że nie zawsze jest tak czarujący, jakim starał się być w tej chwili. Tak czy inaczej, tym będzie się martwić, kiedy nadejdzie czas.

— Mamy piękny bar i fantastyczne jedzenie. Lubi pani japońską kuchnię?

— Tak, owszem. Dlaczego zdecydował się pan na motyw japoński?

Hassan roześmiał się. — Proszę się rozejrzeć, kiedy chodzi pani ulicami w tej okolicy. Największą społecznością ekspatów w Bangkoku są Japończycy. Mam pewny rynek zbytu. To solidny interes. Co ciekawe, moją klientelę stanowią ludzie najróżniejszych narodowości. — Oblizał usta. — Niech pani przyjdzie i sama się przekona. Oprowadzę panią.

Adriana notowała pospiesznie w swoim notesie, cały czas myśląc, jak mogłaby zakończyć ten wywiad. Podnosząc wzrok, powiedziała: — Tak, zadzwonię do pana.

— Czy napotkał pan jakieś trudności przy otwieraniu restauracji? W końcu to dla pana nowa branża, w dodatku w innym kraju.

Hassan oderwał wzrok od jej nóg i skinął głową. — Nie zaprzeczę, że były trudności, ale to nic, z czym człowiek o moich zdolnościach nie mógłby sobie poradzić.

— Zakładam, że ma pan lokalnego wspólnika. Sądzę, że w Tajlandii to wymóg. Musiał być bardzo pomocny.

— Mam kilku mniejszościowych udziałowców, owszem — Hassan zmarszczył brwi. — Ale inwestycja i umiejętności są w całości moje.

— Nie wątpię. — Adriana spojrzała na swój notatnik. — Myślę, że na razie mam wystarczająco dużo materiału. W tym tygodniu wyślę fotografa, żeby zrobił kilka zdjęć. — Wsunęła notes do torebki i wstała, wygładzając zagniecenia na spódnicy.

— Dziękuję za poświęcony mi czas.

— Już skończyliśmy? Tak szybko. — Hassan z trudem podniósł się z krzesła. — Proszę koniecznie odwiedzić Dragona. — Wyjął wizytówkę z portfela. — To mój numer. Proszę zadzwonić, a ja się panią zaopiekuję.

Adriana zmusiła się do uśmiechu i wzięła wizytówkę. Hassan wyciągnął rękę, a ona ją uścisnęła. Była wilgotna i miękka, a on trzymał jej dłoń dłużej, niż wypadało.

— Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.

Adriana wyswobodziła rękę i stłumiła dreszcz. Nie mogła się doczekać, żeby stamtąd wyjść. Wymusiła uśmiech.

— Tak, wpadnę. Dziękuję za pański czas.

Gdy odwróciła się w stronę drzwi, wydało jej się, że przez szparę w drzwiach kuchennych obserwuje ją ta młoda kobieta. Kiedy spojrzała ponownie, nikogo tam nie było.

4

Adriana pociągnęła łyk mrożonej kawy i przejrzała notatki z wywiadu. Miała wystarczająco dużo informacji; dodając trochę wypełniaczy i kilka zdjęć, mogła bez problemu napisać artykuł nadający się do druku. Nigdy nie chcieli niczego zbyt szczegółowego, ot, trochę tekstu do błyszczących zdjęć, które wypełniały magazyn. Nie była to literatura wysokich lotów ani dziennikarstwo na miarę Nagrody Pulitzera, ale czasami życie płata figle i plany nie układają się po naszej myśli.

Wzięła kolejny łyk kawy i pozwoliła myślom błądzić. Zastanawiała się, jak właściwie wylądowała w Bangkoku, co było zupełnie nieplanowane. Plan był taki, by poślubić Miguela, osiedlić się w Lizbonie i budować karierę, pracując dla porządnej gazety, jak „Expresso” czy „Público” — jego romans wszystko zrujnował, świnia.

Ze złamanym sercem nie była w stanie zostać w Lizbonie. Mieli wspólnych znajomych, jadali w tych samych restauracjach i pracowali w tej samej dzielnicy. Nie mogła znieść jego widoku, a zwłaszcza tego, jak obnosił się z tą zdzirą, Ines, pod ramię.

A teraz była tutaj, w Bangkoku, mieście, które pokochała, choć nigdy nawet nie myślała, by je odwiedzić, gdy była z Miguelem.

Przynajmniej pisała. Okej, jako wolny strzelec i dla magazynów lifestylowych, ale nie czuła, że całkowicie porzuciła swoją miłość do pisania.

Biorąc kolejny łyk kawy, rozejrzała się po kawiarni. Tętniła życiem, pełna zamożnych mieszkańców i ekspatów, a jej udało się znaleźć miejsce jedynie przy barze. Miasto bez przerwy tętniło energią; uwielbiała to.

Adriana poczuła czyjąś bliskość i odwróciła się. Zobaczyła wysokiego, szczupłego mężczyznę z Zachodu, który położył dłoń na wolnym stołku po jej lewej stronie.

— Mogę tu usiąść? — uśmiechnął się.

Adriana nie bardzo mogła odmówić, to było jedyne wolne miejsce, a poza tym był uprzejmy i niebrzydki.

— Ależ proszę. — Odwzajemniła uśmiech i wróciła do notatek. Hassan Rahman był bez wątpienia odpychający. Luksusowy apartament i bogactwo nie zrobiły na niej wrażenia, ale nie mogła wybierać sobie rozmówców. To właśnie takie zlecenia opłacały jej czynsz. Jednak termin oddania artykułu upływał dopiero z końcem tygodnia i chociaż tekst zaczynał już kiełkować jej w głowie, nie miała teraz ochoty go pisać. Pozwoli podświadomości poukładać słowa we właściwym porządku i napisze go później. Jej myśli znów powędrowały w inną stronę, tym razem do dziewczyny, którą widziała pracującą w mieszkaniu Hassana. Nie była Tajką… może Birmanką albo nawet z Bangladeszu, co było niezwykłe. Nie wyglądała na szczęśliwą… Ciekawe, jaka jest jej historia… na pewno ciekawsza niż Hassana.

Sącząc kawę, zerknęła w bok na mężczyznę siedzącego obok niej. Ładnie pachniał i miał głęboką opaleniznę, co oznaczało, że prawdopodobnie tu mieszkał. To nie była tygodniowa opalenizna, jaką widuje się u turystów. Jakby na potwierdzenie jej wrażenia, usłyszała, jak zamawia kawę po tajsku. Zauważył, że na niego patrzy, i uśmiechnął się.

— Staram się.

— Jak dla mnie brzmiało nieźle — odparła z uśmiechem Adriana. Wcale nie był brzydki. Kiedy się uśmiechał, w kącikach jego oczu pojawiały się zmarszczki, miał angielski akcent oraz spokojne, zrelaksowane usposobienie. Wziął do ręki telefon i zaczął przewijać aplikacje, co było miłą odmianą. Zazwyczaj mężczyźni próbowali ją podrywać, gdy tylko zwróciła na nich jakąkolwiek uwagę. Spojrzała w dół i próbowała skupić się na notatkach, ale nie mogła. Może krótka pogawędka z nim by nie zaszkodziła. Dawno nie miała przyzwoitego męskiego towarzystwa, a on nie wyglądał na jednego z tych obślizgłych typków, którzy spędzają całe dnie na piciu piwa w barach z dziewczynami. Znowu odwróciła się w jego stronę.

— Gdzie nauczyłeś się tajskiego?

Podniósł wzrok znad telefonu i przyjrzał się jej twarzy. Nie odpowiedział od razu, patrząc jej w oczy z intensywnością, która wywołała mrowienie na karku. Nie było to odpychające jak spojrzenie Hassana, nie sprawiało, że chciała odwrócić wzrok. Uśmiechnął się półgębkiem, unosząc lewy kącik ust.

— Zawsze lubię nauczyć się przynajmniej kilku słów w lokalnym języku, kiedy podróżuję. Dzięki temu czuję się mniej jak obcy. — Odwrócił wzrok, jakby niechętnie chciał kontynuować.

W tym momencie podano mu kawę. Patrzyła, jak uśmiecha się do baristki i oddaje cukier oraz mały dzbanuszek z mlekiem, z którymi ją podano. Zauważył, że mu się przygląda.

— Nie ma sensu marnować. — Pociągnął łyk kawy i oblizał usta. — Świetna.

— Tak, jestem tu pierwszy raz. Jestem mile zaskoczona tą kawą.

— Jesteś na wakacjach?

— Nie, mieszkam tu. — Wyciągnęła rękę. — Jestem Adriana.

— Cześć, Adriana. John, John Hayes. — Uścisnął jej dłoń. Uścisk miał pewny i zdecydowany. — Ja też tu mieszkam. Przynajmniej na razie.

— Na razie?

Odwrócił wzrok, wodząc oczami po stolikach, zanim odpowiedział.

— To długa historia. Powiedzmy, że robię sobie przerwę.

Adriana spojrzała na swoją mrożoną kawę i pociągnęła łyk przez słomkę, po czym cicho odpowiedziała.

— Ja też, w pewnym sensie. — Podniosła wzrok i zdała sobie sprawę, że John ją obserwuje. Uśmiechnęła się. — To również długa historia.

5

Nigdy wcześniej jej tu nie widział, zapamiętałby ją. Miała gładką, oliwkową cerę i kruczoczarne włosy związane w wysoki kucyk, który podkreślał jej wysokie kości policzkowe. Jej jedyną biżuterią był cienki złoty łańcuszek na szyi i para złotych kolczyków kół — zauważył brak pierścionków, gdy jej długie, eleganckie palce chwyciły mrożoną kawę. Poczuł się winny, że szuka obrączki, ale jednocześnie zapragnął dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Mówiła po angielsku z akcentem… hiszpańskim, południowoamerykańskim? Nie był pewien.

— Skąd jesteś, Adriano?

Odwróciła się w jego stronę i znowu poczuł się zahipnotyzowany jej oczami, piwnymi ze złotymi plamkami, które łapały światło. Poczuł dziwne ukłucie w piersi, coś, czego nie doświadczył od lat.

— Jestem z Portugalii. — Jej twarz ożywiła się, gdy się uśmiechnęła, jakby słońce wyszło zza chmur. — A ty?

— Pochodzę z Anglii. — John znów spojrzał na swoją kawę. Czy postępował źle? Tylko Charlotte potrafiła sprawić, że jego serce biło w ten sposób. Minęły prawie trzy lata od jej zamordowania, ale tęsknił za kobiecym towarzystwem1. Myślał o niej każdego dnia, ale z czasem wspomnienie o niej zacierało się w jego pamięci. Bez patrzenia na jej zdjęcie coraz trudniej było mu przywołać w myślach jej twarz. Wziął duży łyk kawy. Czy ją zdradzał? Nie wiedział, ale było coś w siedzącej obok niego kobiecie, co go pociągało… zresztą, przecież tylko z nią rozmawiał.

— Czym zajmujesz się tutaj, w Bangkoku, Adriano?

— Jestem pisarką-freelancerką. Piszę dla kilku tutejszych magazynów i kilku zagranicznych czasopism podróżniczych. — Wzruszyła ramionami. — Wystarcza na czynsz.

— Brzmisz, jakby to nie było to, co naprawdę chcesz robić.

— Studiowałam dziennikarstwo, chciałam być dziennikarką śledczą. Zawsze marzyłam o pracy dla gazety takiej jak „Público”. Słyszałeś o niej?

John potrząsnął głową.

— Cóż, to ceniona gazeta w Portugalii. Ale… życie miało inne plany i teraz jestem tutaj.

John obserwował ją, gdy mówiła, zakładając za ucho zbłąkany kosmyk włosów i odsłaniając długą, smukłą szyję. Serce biło mu szybciej i czuł, jak wzrasta temperatura jego ciała. Co się z nim działo? Tak długo unikał kontaktu z kobietami, to nie było w porządku. Charlotte była miłością jego życia i nigdy nie mogła… nie, nigdy nie powinna zostać zastąpiona… ale nie mógł zaprzeczyć, że ta kobieta go fascynowała.

Odchrząknął. — Tak, życie już takie jest. — Uniósł filiżankę i zajrzał do niej, jakby szukał natchnienia w czarnym płynie. — Jedno, czego życie mnie nauczyło, to żeby wykorzystywać każdą chwilę, a jeśli robisz coś, co ci się nie podoba, musisz to zmienić. Życie jest za krótkie. Jutro może się wydarzyć coś, co zmieni wszystkie twoje plany.

Przechyliła głowę, przyglądając się jego twarzy, ale nic nie powiedziała.

— Przepraszam, to brzmi przygnębiająco. — Opróżnił filiżankę i odsunął krzesło. — Muszę już iść. Miło było cię poznać.

John zignorował jej zdziwione spojrzenie, sięgnął po portfel, wyjął trochę gotówki i położył ją na ladzie. — Proszę, kawa na mój koszt.

Adriana wstała i uświadomił sobie, że jest od niego niższa zaledwie o cal czy dwa. John wyciągnął rękę.

— Może jeszcze się spotkamy. — Ujęła jego dłoń, a po ramieniu przebiegło mu mrowienie.

— Mam nadzieję, John.

John puścił jej dłoń i wyszedł z kawiarni, zdezorientowany. Czuł winę, ale i pożądanie. Musiał uporządkować myśli.

1 Zobacz „Zemsta” – Thriller Johna Hayesa #1

6

Adriana ponownie usiadła, wzięła mrożoną kawę i roztargniona pociągnęła łyk przez słomkę. Przystojny facet. Dlaczego tak nagle wyszedł? Czy powiedziała coś nie tak? Nie sądziła. Odstawiła napój i westchnęła. Trudno, widocznie nie było im pisane.

Znowu sięgnęła po notatnik. Przebiegła wzrokiem po zapiskach i wróciła myślami do wywiadu z Hassanem Rahmanem. Nagle coś przyszło jej do głowy. Odkładając notes na blat, wzięła telefon, otworzyła przeglądarkę internetową i wpisała jego nazwisko. Przeklęła pod nosem, gdy wyniki ładowały się całą wieczność. Rozejrzała się po kawiarni i zauważyła, że wszyscy gapią się w swoje telefony, podłączeni do kawiarnianego wi-fi, przez co wszystko zwalniało. Mogłaby poczekać, aż wróci do mieszkania, gdzie internet był szybszy, ale właśnie wtedy ekran się zmienił i pojawiły się wyniki. Przewijając w dół, pominęła artykuły o resto-barze Hassana w Bangkoku, nie chcąc ich czytać, na wypadek gdyby wpłynęły na to, jak napisze swój artykuł. Przeszła na drugą stronę, by znaleźć coś bardziej interesującego. Nic nie rzuciło jej się w oczy, więc dodała do wyszukiwania „Bangladesz” i czekała, aż kółko na pasku narzędzi zacznie się kręcić. Po chwili pojawiły się wyniki, a ona zaczęła je przeglądać. Nagłówek w połowie strony przykuł jej uwagę. Pożar w fabryce zabija trzy osoby.

Adriana otworzyła artykuł z „The Daily Star”, gazety z Dhaki, i zaczęła czytać.

Policja bada sprawę podejrzanego pożaru w fabryce Rahman IMPEX po tym, jak płomienie zniszczyły dziś zabudowania i zabiły trzech pracowników fabryki, którzy spali w budynku. Z właścicielem, panem Hassanem Rahmanem, nie udało się skontaktować w celu uzyskania komentarza.

Sąsiedzi donoszą, że fabryka była często otwarta dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, a warunki pracy w środku były bardzo złe. Rzecznik policji odmówił komentarza w tej sprawie, stwierdzając jedynie, że dochodzenie jest w toku. Anonimowe źródło w departamencie policji wspomniało o podejrzeniu oszustwa ubezpieczeniowego.

Adriana poruszyła się na stołku i rozejrzała po kawiarni, a jej myśli pędziły. Może ten facet miał więcej za uszami, niż początkowo sądziła. Jej dziennikarski instynkt wyczuł materiał na artykuł. Wsunęła telefon do torby. Musiała wracać do domu… potrzebowała szybszego internetu. Była podekscytowana; zapomniała już o mężczyźnie, którego poznała.

Machając do baristy, poprosiła o rachunek.

7

Mieszkanie Adriany znajdowało się na dwudziestym piątym piętrze budynku w dzielnicy Thonglor, po północno-wschodniej stronie Sukhumvit Road. W ostatnich latach okolica przeszła rewitalizację i obecnie mieściło się w niej wiele modniejszych barów i restauracji, nastawionych na zamożniejszą klasę średnią Bangkoku. Jej mieszkanie było niewielkie, liczyło sobie niecałe pięćdziesiąt metrów kwadratowych, ale lokalizacja, blisko BTS, czyli Sky Train obsługującej okolice Sukhumvit i Silom, była bardzo dogodna. Korki w Bangkoku były zawsze okropne i bez dostępu do systemu kolejowego dostanie się gdziekolwiek było udręką.

Ochroniarze wstali, gdy wchodziła do budynku, i przywitali ją gestem wai, ze złożonymi na piersi dłońmi. Odmachała im, po czym wjechała windą na dwudzieste piąte piętro i ruszyła korytarzem do swojego mieszkania. Rzuciła torbę na stół w jadalni, włączyła klimatyzację, zrzuciła buty i podeszła do okien sięgających od podłogi do sufitu, by spojrzeć na przedmieścia Bangkoku. Miasto było ogromne, budynki ciągnęły się po horyzont i chociaż niebo nad głową było błękitne i bezchmurne, tam, gdzie stykało się z horyzontem, rozmazywała je brudnobrązowa smuga. Kochała to miasto i jego mieszkańców, ale dłuższy pobyt tutaj prawdopodobnie nie byłby najlepszym wyborem dla jej zdrowia.

Gdy mieszkanie się chłodziło, usiadła przy stole i otworzyła laptopa. Nadszedł czas, by dowiedzieć się czegoś więcej o panu Rahmanie. Po raz pierwszy od wyjazdu z Portugalii jej zmysł śledczy aż rwał się do działania. Kryła się tu jakaś historia, i to wcale nie ta, o którą poprosił ją magazyn.

8

Odkąd John poznał Adrianę, nie mógł jej wyrzucić z głowy i codziennie o tej samej porze wracał do kawiarni. Niestety, nie było jej tam.

W dniu, w którym się poznali, wrócił do swojego mieszkania i wpatrywał się w srebrną ramkę ze zdjęciem Charlotte, którą trzymał przy łóżku. Serce mu pękało z tęsknoty za nią, ale niestety, Charlotte już nigdy nie miała wrócić, a on czuł się samotny. Ludzie szukają towarzystwa i on nie był wyjątkiem. Do tej pory radził sobie całkiem nieźle, zapewniając sobie zajęcie, odwracając myśli ku innym sprawom, ale spotkanie z Adrianą obudziło w nim dawno zapomniane uczucia — uczucia, które pogrzebał głęboko w sobie z obawy przed ponownym zranieniem.

Patrząc na zdjęcie, postanowił zapomnieć o pięknej Portugalsce, ale następnego ranka po bieganiu znów był w kawiarni, a potem kolejnego. Po części cieszył się, że jej tam nie ma, ale musiał przyznać, że był również rozczarowany.

Czwartego dnia, gdy popijał kawę, poczuł, że ktoś odsuwa stołek obok niego. Odwrócił się i serce podskoczyło mu do gardła.

— Czy to miejsce jest zajęte?

— N-n-oczywiście, że nie — wyjąkał, nagle i niespodziewanie zdenerwowany. Przełknął ślinę i opanował się. — Adriana, prawda? Jak się masz?

— Bardzo dobrze, dziękuję, John — odpowiedziała z uśmiechem, a światło wydobyło złote plamki w jej oczach.

— Postawić ci kawę? Na co masz ochotę?

Adriana rozejrzała się po kawiarni i zauważyła napój na jednym ze stolików. — Chcę spróbować jednego z tych.

John spojrzał tam, gdzie wskazywała, i uśmiechnął się. Dał znak bariście i zamówił dla niej po tajsku.

— Jestem pod wrażeniem twojej znajomości tajskiego, John. Jestem tu od prawie roku i nie potrafię powiedzieć ani słowa.

— W restauracji płynnie zamawiam jedzenie, ale nie proś mnie, żebym prowadził konwersację.

— Cóż, przynajmniej znasz to, co najważniejsze — roześmiała się Adriana.

Barista podszedł do lady, stawiając przed Adrianą małą szklankę i biały dzbanuszek. W szklance znajdowały się dwie czarne kostki lodu — mrożone espresso.

— Zawsze chciałam tego spróbować — powiedziała, sięgając po dzbanuszek i polewając kostki lodu gęstą śmietanką. — Nigdzie indziej tego nie widziałam.

— Tajowie zdają się mieć talent do pięknego podawania jedzenia i napojów. — John spojrzał na swoją filiżankę. — Ja jednak wolę gorącą i czarną kawę, nawet w tym klimacie.

Adriana uśmiechnęła się, wzięła łyżeczkę i zamieszała w szklance. — Chyba muszę poczekać, aż lód się rozpuści.

— Zanim skończysz, będzie całkiem mocna — uśmiechnął się John.

— Tak — zachichotała Adriana — może to jednak nie był taki dobry pomysł.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, oboje obserwując zespół baristów krzątających się za barem i przygotowujących napoje.

John odwrócił się do niej. — A więc…

W tym samym momencie Adriana obróciła się. — Ty…

Roześmiali się z tej niezręcznej chwili, po czym John powiedział: — Proszę, mów.

Adriana bawiła się swoją szklanką.

— Chciałam zapytać, jak spędzasz czas? Wspomniałeś ostatnio, że robisz sobie przerwę.

— Tak, zgadza się. — John wzruszył ramionami. — Zawsze znajduję sobie jakieś zajęcie. Dwa razy w tygodniu chodzę do szkoły języka tajskiego, ćwiczę, zwiedzam miasto. A przede wszystkim cieszę się, że nie mam stałego planu. — John zamilkł, wciąż niechętny, by zdradzać zbyt wiele. Miał w zwyczaju trzymać wszystko dla siebie, ale rozmowa z tą piękną kobietą sprawiała mu przyjemność. — Miałem ciężkie ostatnie parę lat, więc dobrze jest zrobić sobie przerwę.

Adriana wpatrywała się w niego, a on niechętnie odwrócił wzrok, spoglądając na swój napój. Znowu na nią spojrzał, zmieniając temat.

— Nad czym teraz pracujesz? Mówiłaś, że jesteś pisarką?

— Tak — skinęła głową Adriana i sięgnęła po swój napój. — Piszę artykuł o nowej restauracji z barem na Soi 20. — Zakręciła kostkami lodu, a kolor jej napoju zmienił się z białego na jasnobrązowy, gdy lód się topił, a espresso mieszało ze śmietanką. Wzięła łyk, po czym zerknęła na Johna. — Restauracja nazywa się Dragon. Byłeś tam?

— Nie, przechodziłem obok, ale nigdy nie byłem w środku. To ta z drewnianymi kładkami przez ogród i stawami z karpiami koi?

— Tak, to ta.

— Wygląda ładnie. Może wybiorę się tam któregoś wieczoru.

Adriana skinęła głową i, nic nie mówiąc, wpatrzyła się w swoją szklankę.

John obserwował ją. Była zjawiskowa — jej skóra, sposób, w jaki światło bawiło się w jej włosach, jej długie palce, starannie przycięte, niepomalowane paznokcie, pokryte jedynie bezbarwnym lakierem. W tym momencie podniosła wzrok i przyłapała go na tym, jak się w nią wpatruje. Szybko odwrócił spojrzenie, zażenowany.

— John, wiem, że dopiero się poznaliśmy i to zabrzmi trochę dziwnie, ale czy mogę cię prosić o przysługę?

9

Adriana od kilku dni zwlekała z pójściem do Dragona, ale musiała dokończyć artykuł, a jej research rodził tylko kolejne pytania.

Wiedziała, że jeśli tam pójdzie, Hassan bez wątpienia znowu zacznie ją podrywać, a nie miała ochoty na wieczór uprzejmych pogawędek, podczas których musiałaby odpierać jego nieuniknione zaloty.

Była zadowolona, że spotkała Johna w kawiarni. Wydawał się miły i był atrakcyjnym mężczyzną. Wyglądał na zainteresowanego, ale traktował ją jak równą sobie, a nie jak kogoś, kogo można poderwać na jedną noc. Chciałaby go lepiej poznać, a być może mógłby się okazać przydatny.

— Muszę dziś wieczorem iść do Dragona, żeby zebrać materiały, zanim skończę artykuł, a nie bardzo chcę iść sama. Kiedy przeprowadzałam wywiad z właścicielem, ciągle mnie podrywał. Jeśli nie ma pan żadnych planów, może chciałby pan pójść ze mną?

John wyglądał na zaskoczonego, ale skinął głową. — Aaa, tak. Jasne, o której?

— Około siódmej?

— Pasuje. Gdzie się spotkamy?

Adriana szybko się zastanowiła. Nie chciała przychodzić sama. — Może spotkajmy się przy wejściu na soi, przy skrzyżowaniu z Sukhumvit, i stamtąd pójdziemy razem.

— Idealnie.

— Dziękuję panu, John. Zdaję sobie sprawę, że prawie mnie pan nie zna i że może to trochę śmiałe z mojej strony, ale bardzo mi to pomoże.

— Proszę się nie martwić, chętnie pomogę. — Dopił resztkę kawy, odsunął krzesło i wstał. — Muszę załatwić kilka spraw. Do zobaczenia wieczorem?

— Dziękuję panu, John. — Adriana uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę.

John uścisnął jej dłoń, po czym sięgnął do kieszeni po drobne.

— Nie, John, dzisiaj ja stawiam kawę.