Milion powodów: Thriller Johna Hayesa #2 - Mark David Abbott - ebook

Milion powodów: Thriller Johna Hayesa #2 ebook

Mark David Abbott

0,0

Opis

Czy zabiłbyś za milion dolarów?

John Hayes próbuje zacząć życie od nowa. Ale ucieczka od przeszłości nie jest łatwa.

Dręczony koszmarami po śmierci żony, przeprowadza się do Hongkongu, mając nadzieję, że w tym tętniącym życiem mieście odnajdzie spokój i nowy cel.

Jednak blask wielkiej metropolii szybko traci swój urok. John tkwi w pracy, której nienawidzi, ledwo wiąże koniec z końcem, a wspomnienia tragicznych wydarzeń nie dają mu spokoju.

Aż pewnego dnia na jego koncie bankowym pojawia się milion dolarów.

Pieniądze, które mogłyby odmienić jego życie na zawsze.

Jest tylko jeden problem.

Ta fortuna ma swoją cenę. A jej zatrzymanie może oznaczać przekroczenie granic, których John nigdy nie zamierzał przekraczać.

Po raz kolejny staje przed dramatycznym wyborem. Czy powinien zaryzykować wszystko, złamać prawo i wykorzystać szansę na nowe życie? A może odrzucić pieniądze i powrócić do szarej, nieszczęśliwej codzienności?

Jak daleko posunąłbyś się dla miliona dolarów?

Milion powodów to drugi tom pełnej napięcia i nieoczekiwanych zwrotów akcji serii thrillerów o Johnie Hayesie — zwykłym człowieku, którego niezwykłe okoliczności zmuszają do podejmowania niebezpiecznych decyzji.

 

Jeśli lubisz wciągające thrillery sensacyjne, pełne trudnych wyborów, napięcia i akcji, ta książka jest dla ciebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 200

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



MILION POWODÓW

THRILLERY JOHNA HAYESA

TOM 2

MARK DAVID ABBOTT

CONTENTS

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

O Autorze

Copyright © 2018 by Mark David Abbott

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej książki nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób, elektroniczny bądź mechaniczny, włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów przechowywania i odtwarzania informacji, bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów w recenzjach.

1

MAKAU

Gracz Ósemka wytarł spocone dłonie w nogawki spodni, patrząc, jak atrakcyjna młoda kobieta wyjmuje z podajnika cztery karty. Dwie z nich położyła zakryte przed nim, a dwie wsunęła pod róg podajnika. Czekała z beznamiętnym wyrazem twarzy, gdy sięgnął po karty i przysunął je bliżej. Wziął głęboki oddech i ostrożnie uniósł róg pierwszej karty, by zobaczyć, co zgotował mu los. Potrzebował dobrego rozdania – jego passa musiała się w końcu odwrócić. Najpierw zobaczył czerwone serce, potem cyfrę. Dwójka. Na razie nieźle. Rzucił ją na fioletowy filc stołu i przysunął drugą kartę. Ustawiając ją wzdłuż, uniósł jej bok, osłaniając kartę złączonymi dłońmi. Pook Kai. Kurwa. Ósemka. W bakaracie suma dziesięciu punktów oznaczała zero, ponieważ pierwsza cyfra była pomijana. Rzucił kartę na stół, aby wszyscy mogli ją zobaczyć, i drżącą ręką sięgnął po szklankę koniaku stojącą obok. Zadrgało mu prawe oko, gdy uniósł ją do ust i wychylił zawartość jednym haustem. Krupierka wysunęła karty bankiera spod podajnika i jedną po drugiej odwróciła je awersem do góry. Król i trójka – trzynaście, ale ponieważ dziesiątkę się pomija, bankier miał trzy punkty. Odetchnął głośno i znów sięgnął po szklankę. Zorientowawszy się, że jest pusta, machnął nią w stronę hostessy i zerknął na dwóch twardo wyglądających mężczyzn w źle dopasowanych czarnych garniturach, stojących po drugiej stronie czerwonej aksamitnej liny oddzielającej strefę VIP od reszty sali gier. Nawet specjalnie nie próbowali ukryć swojego zainteresowania jego osobą. Będzie się nimi martwił później. Teraz musiał się skupić. Skinął głową krupierce, a ona położyła przed nim kolejną kartę. Poruszył palcami, po czym uniósł bok karty. Tiu leh lo mo! Skurwysyn! Dama. Kolejne zero! Krupierka dobrała kolejną kartę dla bankiera. Znowu dziesięć, ale wciąż prowadziła z trzema punktami. Kolejna przegrana. Kurwa! Co musiał zrobić, żeby Fortuna znowu się do niego uśmiechnęła? Siedział na miejscu numer osiem, swoim szczęśliwym numerze, a w kieszeni miał jadeitowe koraliki, które lata temu dała mu na ochronę babcia, ale wciąż przegrywał. Na miejscu numer pięć otyły mężczyzna w średnim wieku z Chin kontynentalnych zarechotał z niepohamowaną radością – jego zakład na zwycięską rękę bankiera przyniósł mu sporą wygraną. Przysunął do siebie wygrane żetony swoimi krótkimi palcami obwieszonymi złotymi pierścieniami i dołożył je do i tak już dużej sterty przed sobą. Obok niego, na miejscu numer trzy – w kasynach w Makau nie było miejsca numer cztery, ponieważ cyfra ta uznawana była za pechową, gdyż brzmiała podobnie do słowa oznaczającego śmierć – siedział starszy, swobodnie ubrany mężczyzna, którego lekko akcentowany kantoński sugerował, że jest miejscowy. On również przegrał to rozdanie, ale wydawał się zrelaksowany, a jego mina niczego nie zdradzała – nie wyglądał ani na zadowolonego, ani na niezadowolonego z wyniku.

Gracz Ósemka dostał świeżą szklankę koniaku, oparł się na krześle i pociągnął duży łyk, zastanawiając się, co robić dalej. Mimo arktycznego chłodu w strefie VIP czoło perliło mu się od potu. Grał całą noc… a może to już był ranek? Nie miał pojęcia, upływ czasu był sprytnie ukrywany przed hazardzistami przez kasyno, a on zdążył już zastawić swojego rolexa.

Wieczór zaczął się dobrze i przez kilka pierwszych godzin był na plusie. Z perspektywy czasu powinien był odejść, póki wygrywał, ale nie potrafił opuścić stołu; powab kart miał nad nim ogromną władzę… Poza tym miał dobrą passę i zamierzał odrobić wszystkie poprzednie straty, a nawet wyjść na swoje. Musiał płynąć na fali, póki sprzyjała mu Fortuna. Grał bez końca, a stos żetonów przed nim rósł… Aż w jednej okrutnej chwili Fortuna go opuściła i już nie wróciła. Przegrywał rozdanie za rozdaniem, a stos żetonów malał z godziny na godzinę. Po ostatniej rundzie zostało mu ostatnie sto tysięcy. Naprawdę powinien wstać i odejść od stołu na chwilę. Poczekać, aż karta się odwróci… ale wtedy musiałby zająć się zbirami w garniturach za liną. Nie, zagra jeszcze jedno rozdanie, wszystko albo nic. Przesunął dwa pozostałe żetony na pole oznaczone „Gracz”. Krupierka spojrzała na Chińczyka, który wybrał dwa złote żetony ze stosu przed sobą i również położył je na polu „Gracz”. Gracz Ósemka przygryzł wargę. Dwa miliony dolarów! Gdyby tylko szczęście go nie opuściło, on też miałby złote żetony. Obaj gracze spojrzeli w stronę mieszkańca Makau i czekali, aż obstawi. Jego palce wystukiwały delikatny rytm na filcu, po czym przesunął żeton na pole „Bankier”. Uwaga wszystkich skupiła się teraz na krupierce, która ponownie rozdała cztery karty, wsuwając dwie pod podajnik i przesuwając dwie do Chińczyka, który jako gracz z najwyższym zakładem miał zaszczyt odsłonięcia kart. Chwycił je swoimi grubymi palcami i bez chwili wahania odwrócił i rzucił na stół. Dziesiątka i ósemka, „naturalna ósemka”, drugi najwyższy układ w bakaracie. Wykrzyknął coś po mandaryńsku i z zachwytem uderzył pięścią w stół. Gracz Ósemka odetchnął z ulgą. Nareszcie. Nie było mowy, żeby układ bankiera był wyższy. To była już tylko formalność. Krupierka odwróciła pierwszą kartę. Dziesiątka. Chińczyk roześmiał się, podczas gdy gracz z Makau przyglądał się z lekkim zmarszczeniem brwi, co było jedyną oznaką jego nastroju. Gracz Ósemka pociągnął kolejny duży łyk koniaku, przełykając go w oczekiwaniu, aż krupierka odsłoni ostatnią kartę. Rozejrzała się po stole, budując napięcie, po czym odwróciła kartę. Graczowi Ósemce opadła szczęka. Dziewiątka, jedyny układ, który mógł ich pobić. Był skończony. Poluzował kołnierzyk koszuli i sięgnął po szklankę; ręka trzęsła mu się tak gwałtownie, że prawie rozlał napój na filc stołu. Przełknął go, a ogień alkoholu wycisnął mu łzy z oczu. Odsunął krzesło i chwiejnie wstał od stołu.

Pozostali gracze spojrzeli na niego; ten z Makau ze współczuciem – sam to kiedyś przeżył, ale Chińczyk, mimo własnej przegranej, zachichotał i powiedział coś po mandaryńsku, co zabrzmiało obraźliwie. Gracz Ósemka nie był pewien, nic nie słyszał, głowa mu pękała i kręciło mu się w niej. Odwrócił się i potykając, ruszył w stronę wyjścia. Ochroniarz odpiął aksamitną linę, żeby go przepuścić. Gdy wyszedł, dwaj twardziele w garniturach podeszli do niego i chwycili go za ramiona. Jeden z nich nachylił się i szepnął mu do ucha — Chce się z tobą widzieć Broken Tooth. Ugięły się pod nim kolana i gdyby nie mężczyźni trzymający go za ramiona, osunąłby się na podłogę.

2

DZIELNICA CENTRALNA, HONGKONG

Furgonetka kurierska włączyła kierunkowskaz i zwolniła, na co jedna z wszechobecnych w Hongkongu czerwono-białych taksówek odpowiedziała zirytowanym trąbieniem. Furgonetka zatrzymała się, a mężczyzna w mundurze kuriera otworzył drzwi od strony pasażera i wyskoczył na zewnątrz. Podbiegł na tył pojazdu i uniósł rękę w stronę taksówki, wstrzymując ruch, podczas gdy furgonetka podjechała do przodu, a następnie cofnęła, by wjechać w wolne miejsce parkingowe przy krawędzi ulicy. Kurier odsunął się na bok i machnął ręką, dając taksówkarzowi znak, by jechał dalej. Ten, rzucając w jego stronę przekleństwami przez otwarte okno, odjechał.

Po drugiej stronie ulicy młody mężczyzna w chinosach i koszulce polo zapłacił za butelkę wody w sklepie 7-Eleven, po czym odwrócił się, by wyjrzeć przez otwarte wejście. Obserwował, jak kierowca wysiada z furgonetki i dołącza do swojego kolegi z tyłu pojazdu. Otworzyli tylne drzwi i zaczęli przeglądać ułożone w środku paczki.

Młody mężczyzna wyciągnął telefon i wcisnął przycisk szybkiego wybierania.

— W gotowości.

Na sąsiedniej ulicy stał biały mercedes sprinter na jałowym biegu, z migającymi ostrzegawczo pomarańczowymi światłami awaryjnymi. Kierowca wyjął słuchawkę z prawego ucha i odwrócił się w stronę ciemnego wnętrza furgonetki.

— Przygotować się.

Kierowca furgonetki kurierskiej wyciągnął dużą paczkę z tyłu pojazdu i zeskanował kod kreskowy ręcznym skanerem. Wyprostował się i spojrzał w stronę 7-Eleven. Gdy napotkał wzrok młodego mężczyzny, skinął mu lekko głową, po czym ruszył w kierunku wejścia do niepozornego, górującego nad ulicą apartamentowca. Jego kolega zamknął drzwi furgonetki i wszedł na chodnik, rozejrzał się w obie strony, a następnie poszedł za kierowcą do wejścia.

Młody mężczyzna w 7-Eleven ponownie przyłożył telefon do ucha. — Pięć minut.

Kurier wszedł do obskurnego lobby, podczas gdy jego kolega zajął pozycję na zewnątrz, na chodniku. W holu starszy ochroniarz podniósł wzrok zza biurka i, widząc mundur kuriera, tylko skinął głową i wrócił do studiowania programu wyścigów konnych w gazecie.

Kurier przywołał windę, a gdy ta przyjechała, wcisnął przycisk dziesiątego piętra. Stara winda trzeszczała i jęczała, wspinając się w górę, a kurier pocił się w ciasnej przestrzeni. Rozejrzał się za włącznikiem wentylatora, ale maleńki wiatrak nie był w stanie schłodzić wąskiej, stalowej puszki. Na jego górnej wardze pojawił się pot, a koszula zaczęła kleić mu się do pleców. Na dziesiątym piętrze winda z szarpnięciem zatrzymała się, jej podłoga nie całkiem zrównała się z poziomem posadzki korytarza. Kurier wziął głęboki oddech i gdy drzwi się otworzyły, powoli wypuścił powietrze. Wyszedł i, sprawdziwszy adres na paczce, porównał go z tabliczką na ścianie, po czym skręcił w prawo w poszukiwaniu właściwego mieszkania. Zatrzymał się przed stalową kratą i nacisnął brudny przełącznik, który pełnił funkcję dzwonka do drzwi.

Czekał i po minucie usłyszał dźwięk odsuwanych zasuw, po czym drzwi uchyliły się na tyle, by osoba w środku mogła wyjrzeć na zewnątrz.

— Kurier — zawołał.

Ze środka przyjrzała mu się jakaś twarz. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Upewniwszy się, że jest tym, za kogo się podaje, drzwi otworzyły się szerzej, a na zewnątrz wysunęła się ręka, by otworzyć kratę. Kurier pociągnął ją na oścież i wszedł do środka, wyciągając paczkę.

Wewnątrz wychudzony mężczyzna w średnim wieku skinął głową i sięgnął po przesyłkę; skóra na jego kościstym ramieniu była niemal przezroczysta. Nie miał na sobie koszuli, przez skórę przypominającą pergamin prześwitywały mu żebra i wyglądał na znacznie starszego, niż wskazywał jego wiek. Kurier podał mu skaner i wskazał, że powinien podpisać się palcem na ekranie. Mężczyzna położył paczkę na podłodze, pociągnął nosem i otarł go wierzchem dłoni, po czym wziął od kuriera skaner i nabazgrał na ekranie swoje nazwisko chińskimi znakami. Kurier spojrzał na ekran, uśmiechnął się i popatrzył na mężczyznę. — N-goi sai, dziękuję panu. — Odwrócił się i ruszył z powrotem do windy, gdy za jego plecami zamknęła się stalowa krata.

Gdy wyszedł na ulicę, ponownie spojrzał w stronę 7-Eleven i skinął głową. Wewnątrz sklepu młody mężczyzna jeszcze raz podniósł telefon do ucha.

— Jest na miejscu. Wchodzić, wchodzić, wchodzić!

Inspektor Jimmy Leung z Biura Śledczego do spraw Narkotyków Urzędu Celnego Hongkongu przeszedł przez ulicę, lawirując między taksówką a mercedesem z szoferem. Zerknął na numer rejestracyjny mercedesa – 888 – i uśmiechnął się pod nosem. Bardzo pomyślna liczba. Miał nadzieję, że to dobry znak. Potrzebował odrobiny szczęścia. Kilka ostatnich nalotów, które przeprowadzili, spóźniło się; ich cele zostały uprzedzone i zwijały się na długo przed przybyciem Jimmy’ego i jego zespołu. Ufał swojemu zespołowi bezgranicznie, ale w jakiś sposób, skądś z Biura, informacje wyciekały. Jimmy wszedł na chodnik i skinął głową dwóm mężczyznom w mundurach kurierów, którzy byli pogrążeni w rozmowie z kierowcą mercedesa sprintera.

— Dobra robota, panowie — powiedział, a oni stanęli na baczność. Machnął ręką w stronę korka tworzącego się na ulicy, częściowo zablokowanej przez zaparkowaną na drugim pasie furgonetkę. — Spróbujcie udrożnić ten ruch.

Lobby budynku zostało otoczone kordonem, a jeden z jego ludzi przesłuchiwał niezadowolonego ochroniarza. Jimmy wjechał windą na dziesiąte piętro, wysiadł, rozejrzał się za właściwym mieszkaniem i wkroczył do środka. Sierżant Anson Wong, dowódca zespołu, który dokonał nalotu na lokal, uśmiechnął się do niego szeroko.

— Sukces, panie inspektorze. Dziesięć litrów GBL, trzy kilogramy „ice”, dwa kilogramy ecstasy i pąków marihuany oraz około trzystu tysięcy w gotówce. Powiedziałbym, że w przybliżeniu milion siedemset tysięcy wartości ulicznej, panie inspektorze.

— Znakomicie, dobra robota. — Jimmy odetchnął z ulgą. Nareszcie długie godziny i ciężka praca zaczynały przynosić efekty. Zerknął na chudego mężczyznę bez koszuli siedzącego w kącie pod nadzorem jednego z jego ludzi.

— Wyciągnęliście coś z niego?

Anson zdjął czapkę z daszkiem z wyszytymi inicjałami Biura i przeczesał palcami włosy. Westchnął i potrząsnął głową.

— Nic nie mówi. Wie pan, jaka jest ich zmowa milczenia.

Jimmy zacisnął usta i powoli skinął głową. — Zabierzcie go stąd i zamknijcie. Sam wygląda jak ćpun. Zobaczymy, czy będzie taki cichy, gdy będzie na głodzie.

Jimmy odwrócił się i obrzucił wzrokiem swoich ludzi. — Dobra robota, panowie. To dobry wynik. A teraz posprzątajcie ten bałagan.

3

PONIEDZIAŁEK

— Kocham cię, Charlotte.

— Myślisz, że tego nie wiem, panie Hayes? — zachichotała, a jej niebieskie oczy, łapiąc promienie słońca, zalśniły psotnie.

John uśmiechnął się szeroko i sięgnął, by odgarnąć z jej czoła kosmyk blond włosów. Spojrzał na jej usta, zapraszające, by przycisnął do nich swoje, i pochylił się do przodu. Zanim jednak ich wargi się zetknęły, Charlotte zmarszczyła brwi.

— John?

— Co się stało?

Odciągnęła się, gdy światło słoneczne zniknęło, a niebo pociemniało.

— John, pomóż mi.

— Charlotte, co się dzieje?

Jej twarz rozpłynęła się w nicości, zastąpiona obliczem mężczyzny po dwudziestce z czterodniowym zarostem na mięsistej, słabo zarysowanej szczęce. Jego ciemne oczy osadzone były głęboko w oczodołach, a warga wykrzywiła się w drwiącym uśmiechu. John poczuł na twarzy jego oddech, gorący i odrażający, mieszaninę nieświeżych papierosów i alkoholu.

— Charlotte! — zawołał John z walącym sercem. — Gdzie jesteś?

W ciemności otaczającej twarz mężczyzny pojawiły się trzy kolejne, a każda z nich spoglądała na niego z pogardą. Zawołał ponownie. — Charlotte! — Mężczyźni roześmiali się, a on próbował ich odepchnąć, lecz jego palce trafiały jedynie na pustkę. W końcu, gdzieś z oddali, dobiegł go jej głos. — John, pomóż mi…

John zerwał się ze snu z bijącym sercem, a jego koszulka i pościel były wilgotne od potu. Fluorescencyjne wskazówki zegarka na szafce nocnej pokazywały wpół do szóstej. Westchnął i opuścił głowę z powrotem na poduszkę, czekając, aż tętno znów zwolni. Ostatni koszmar miał ponad miesiąc temu i miał nadzieję, że wreszcie ustały. John westchnął, spuścił nogi z krawędzi łóżka i usiadł. Zapalił lampkę nocną i potarł twarz. W oko wpadło mu zdjęcie w srebrnej ramce na stoliku nocnym, więc wziął je do ręki. Bardzo za nią tęsknił.

Charlotte była jedyną kobietą, którą kiedykolwiek kochał i nie było dnia, żeby o niej nie myślał. Dotknął palcami swoich ust, a potem zdjęcia, po czym odłożył ramkę. Nie było sensu próbować znowu zasnąć. Boso przeszedł po chłodnej marmurowej posadzce do łazienki. Zapalił światło i odkręcił zimną wodę, ochlapując twarz, zmywając pot i zaczesując włosy do tyłu. Opierając się obiema rękami o blat z umywalką, przyjrzał się sobie w lustrze.

Początek kolejnego monotonnego tygodnia — pięć dni nudy niszczącej duszę w pracy, której nienawidził. Kiedy to wszystko poszło nie tak? Zaledwie dwa i pół roku temu jego życie było wspaniałe — piękna żona, ciekawa i pełna wyzwań praca, świetlana przyszłość. Jego dłonie zacisnęły się na krawędzi umywalki, aż zbielały mu kłykcie, gdy narastała w nim złość. Wziął głęboki oddech, a potem powoli go wypuścił. Nie chciał się teraz w to zagłębiać.

Wyprostował się, zakręcił kran i wrócił do sypialni, by przebrać się w strój do biegania, który przygotował sobie poprzedniego wieczoru. Ubrany, wyszedł do salonu, ledwo mieszczącego dwuosobową sofę i telewizor, a potem do jeszcze mniejszej kuchni. Nalał sobie szklankę wody i wypił ją duszkiem, po czym zabrał buty do biegania z korytarza przed mieszkaniem. Zasznurował je, wsunął klucz pod wycieraczkę i zjechał windą na parter, wychodząc na podest przy wejściu do apartamentowca. Mimo wczesnej pory powietrze było już ciepłe i gęste od wilgoci. John wciąż się do tego nie przyzwyczaił.

Rozluźnił głowę i ramiona, i zerknął na parę starszych Chińczyków ćwiczących tai-chi. Skinął im głową na powitanie, obserwując, jak poruszają się z gracją, która przeczyła ich zaawansowanemu wiekowi. John próbował tego, gdy po raz pierwszy przeniósł się do Hongkongu, ale potrzebował czegoś bardziej fizycznego, czegoś, co podniesie mu adrenalinę i poprawi nastrój. Pragnął endorfin, które pojawiały się tylko po ciężkim wysiłku fizycznym, a tai-chi po prostu nie zdawało egzaminu. Kontynuował pobieżną rozgrzewkę i lekkie rozciąganie, a potem ruszył w drogę, by pobiegać.

Pierwsze kilka minut zawsze było niekomfortowe — John potrzebował paru kilometrów, żeby się rozgrzać i zacząć czerpać przyjemność z biegu. Spod swojego apartamentowca zbiegł w dół, minął szkołę, kierując się w stronę plaży, po czym zawrócił w pętlę Headland Drive, mijając warte miliony dolarów wille, na które nigdy nie byłoby go stać. Jego myśli błądziły podczas biegu, zastanawiając się nad nadchodzącym dniem, i przyspieszył tempo, gdy poczucie lęku groziło, że go pochłonie.

O tak wczesnej porze na drodze było kilku innych biegaczy, wszyscy na próżno usiłujący uniknąć osławionego upału i wilgoci Hongkongu. Poza kilkoma zimowymi miesiącami, tak naprawdę nigdy nie dało się od tego uciec. Koszulka Johna była już przemoczona potem. Trasa nie była długa, około pięciu kilometrów, ale bez biegania był wrakiem człowieka. Sprawiało to, że czuł się dobrze — endorfiny dawały mu kopa, który pozwalał mu zmierzyć się z nadchodzącym dniem. Przyspieszył na ostatnim kilometrze, czerpiąc satysfakcję z wyprzedzenia innego biegacza, po czym zwolnił tuż przed swoim budynkiem. Ociekając potem, z walącym sercem, czuł się silny, pewny siebie i gotowy, a wspomnienia złego snu zastąpiło uczucie przyjemnego wyczerpania.

John był w Hongkongu od prawie osiemnastu miesięcy i kochał to miasto. Wypełniał je nieuchwytny gwar i energia, jakich nie doświadczył nigdzie indziej. Czas spędzony w Indiach przyzwyczaił go do tłumów, ale nigdy nie przywykł do chaosu indyjskich miast. Tutaj, w Hongkongu, było inaczej. Było tłoczno, miasto nigdy nie spało, ale było też sprawne i bezpieczne, a tego właśnie potrzebował. Nienawidził za to swojej pracy. Otchłań samotności, która groziła pochłonięciem go za każdym razem, gdy wspominał swoje poprzednie życie, również nie pomagała.

Po strasznym wydarzeniu w Indiach nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie był w stanie wrócić do pracy w tej samej firmie, a twarze zabitych przez niego mężczyzn nawiedzały go nocami. Za dużo pił, za mało spał i był samotny. Potwornie, potwornie samotny. Potrzebował zmiany, musiał wyrwać się z marazmu, więc kupił bilet w jedną stronę do Hongkongu, z dala od wszystkich ludzi, których znał, z dala od wszystkiego, co przypominało mu jego piękną Charlotte. Chciał zacząć od nowa, a słyszał, że miasto jest ekscytujące i że w jego branży, bankowości, jest mnóstwo pracy. I rzeczywiście, miasto było ekscytujące, a energię dało się wyczuć, ledwie wysiadł z samolotu, ale znalezienie pracy okazało się znacznie trudniejsze, niż myślał. Nie mówił po kantońsku ani mandaryńsku, a międzynarodowe banki coraz częściej zatrudniały miejscowych i cięły koszty, oferując coraz mniej rozbuchanych pakietów dla ekspatów, które wcześniej były normą.

W końcu, dwa miesiące po przyjeździe, znalazł pracę w małej firmie doradztwa finansowego — słowo „doradca” było użyte na wyrost. John był w gruncie rzeczy sprzedawcą z tytułem na wyrost, wciskającym ubezpieczenia i fundusze ludziom, którzy ich nie potrzebowali. Ale potrzebował tej pracy. Miasto było drogie, a jego pieniądze prawie się skończyły. Niczego nie zostawił sobie z poprzedniego życia, wszystko sprzedał i wyrzucił.

Nadal tkwił w marazmie, zmieniła się tylko lokalizacja. Jedynie siła woli i poranne bieganie pomagały mu stawiać czoła każdemu nowemu dniowi.

4

Minęła ponad godzina przy klimatyzacji ustawionej na pełną moc, zanim John ochłonął na tyle, by wziąć prysznic i ubrać się do pracy. Wykorzystał ten czas na ćwiczenia oddechowe, których nauczył się w Indiach, a następnie przez kilka minut medytował na siedząco na chłodnej, marmurowej podłodze apartamentu. Medytacja miała mu pomóc uporać się z traumą z przeszłości, ale nie był pewien, czy to działało. Mimo to rozkoszował się tymi kilkoma minutami bezruchu i kontynuował praktykę w nadziei, że jego retrospekcje w końcu ustaną. Kiedy skończył, otaczała go kałuża potu. Starł ją małym ręcznikiem, po czym zaparzył dzbanek kawy i poszedł pod prysznic, zanim zaczął się ubierać.

Mimo tropikalnego klimatu wciąż wymagano od niego noszenia do pracy garnituru i krawata — bez wątpienia była to kolonialna pozostałość po czasach, gdy Brytyjczycy rządzili tym wyspiarskim państwem. Było to całkowicie niepraktyczne, ale stare nawyki najwyraźniej ciężko umierały. W rezultacie John zawsze czekał z ubieraniem się do ostatniej chwili — nienawidził przychodzić do biura spocony, mimo że dopiero co wziął prysznic. Wziąwszy prysznic i przebrany, zerknął na zegarek, uświadamiając sobie, że musi natychmiast wyjść, jeśli chce zdążyć na prom. Poprawiając krawat, wziął portfel i telefon ze stolika nocnego i zatrzymał się, by spojrzeć na zdjęcie Charlotte.

Oczy napełniły mu się łzami, a w gardle stanęła mu gula, gdy wpatrywał się w piękną kobietę na zdjęciu. Została mu brutalnie odebrana podczas ich pobytu w Indiach, a wspomnienie tego, co się stało, wciąż przeszywało go jak nóż. Jej zabójcom uszło to na sucho dzięki ich koneksjom oraz skorumpowanemu i niewydolnemu systemowi, ale on pragnął zemsty. Dlatego sam ich wytropił, zabijając jednego po drugim, mszcząc jej śmierć i wymierzając sprawiedliwość, na którą zasługiwała. To jej jednak nie przywróciło, a cała satysfakcja, jaką odczuwał z zemsty, szybko zniknęła, zastąpiona przez pustą otchłań rozpaczy. Miał nadzieję, że zmiana otoczenia mu pomoże, ale tylko odgrywał swoją rolę, wypełniając dni pozbawionymi sensu zadaniami. Nie sądził, że ma depresję, po prostu brakowało mu wszelkiej motywacji. Gdyby nie poranne bieganie, prawdopodobnie popadłby w alkoholizm — lub coś gorszego.

John posłał całusa w stronę zdjęcia. — Tęsknię za tobą, Charlie — szepnął, po czym odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

John mieszkał na największej wyspie Hongkongu, Lantau, i do pracy mógł dojeżdżać pociągiem lub promem. Często wybierał prom, ponieważ był to punkt kulminacyjny jego dnia roboczego; podróż wiodła przez port, między małymi wyspami, mijając zakotwiczone kontenerowce górujące nad promem niczym wielopiętrowe budynki, zanim dotarł do wyspy Hongkong z jej spektakularną panoramą i zielonymi, pokrytymi dżunglą stokami Wzgórza Wiktorii. Ten widok nigdy mu się nie nudził: tysiące drapaczy chmur wyrastających z ziemi jak stalagmity, a w każdym budynku rojącym się od ludzi dążących do sukcesu niczym w ulach pełnych pszczół robotnic.

Prom zacumował w cieniu International Finance Centre, a John wysiadł wraz z innymi dojeżdżającymi, kierując się podniebnym przejściem łączącym terminal promowy z galerią handlową IFC, dołączając do tysięcy innych niewolników najemnych zmierzających do swoich gułagów. John lawirował między nimi, gdy szurali nogami, wpatrzeni w ekrany telefonów, odcięci od otaczającego ich świata. Nie po raz pierwszy zastanawiał się nad daremnością tego wszystkiego: spędzania każdej chwili na jawie, robiąc coś, co nie sprawia przyjemności, w nadziei na kilka lat wolności po przejściu na emeryturę.

Wyszedł z IFC, przeszedł przez Des Voeux Road, po czym ruszył podniebnym przejściem przez budynek Central Market i dalej na ruchome schody z Central do Mid-Levels, najdłuższy zadaszony system schodów ruchomych na świecie. Liczący osiemset metrów długości i wznoszący się na ponad sto czterdzieści metrów od swojego początku w Central do końca w ekskluzywnej dzielnicy Mid-Levels, codziennie transportował tysiące pieszych w górę i w dół, z centralnej dzielnicy biznesowej do drogich apartamentowców w Mid-Levels.

Było jeszcze zbyt wcześnie, by schody jechały w górę. Do dziesiątej rano poruszały się w dół, zwożąc dyrektorów do biur. John wszedł więc po schodach obok nich przez dwie przecznice, zanim zszedł na poziom ulicy. Przed pracą potrzebował kolejnej kawy i miał swoje ulubione miejsce, gdzie ją kupował.

John pchnął drzwi małej kawiarni i uśmiechnął się do młodego Nepalczyka za ladą.

— Dzień dobry, Thapa.

— Dzień dobry, John. To co zawsze?

— Jak zwykle — uśmiechnął się John. Przychodził tu każdego ranka. Kawa była dobra, a z czasem zaprzyjaźnił się z młodym nepalskim właścicielem. John patrzył, jak Thapa odważa porcję ziaren kawy i wsypuje je do małego młynka na tylnej ladzie. Thapa miał około metra siedemdziesiąt osiem wzrostu, co jak na nepalskie standardy czyniło go wysokim, i poruszał się z gracją wielkiego kota. Odwrócił się w stronę ekspresu do kawy i uśmiechnął do Johna, a kąciki jego oczu zmarszczyły się.

— Jak ci minął weekend? — zapytał.

— Jak zwykle za krótko.

— Wiem, co masz na myśli. Wziąłem wolne tylko w niedzielę i dziś czuję się zmęczony.

— Nic, czego kilka filiżanek kawy by nie naprawiło, prawda?

Thapa roześmiał się, przygotowując kawę.

John przychodził do małej kawiarni Thapy, odkąd zaczął pracę w firmie finansowej, a ich codzienne powitania stopniowo przerodziły się w przyjaźń. Czasami, pod pretekstem spotkania z klientem, John uciekał z biura, by zejść na dół i pogawędzić przy kawie z Thapą, który zawsze był przyjazny i chętny do uśmiechu. Thapa niewiele mówił o sobie, ale John poskładał jego historię w całość podczas ich licznych rozmów.