#ZdziryzFejsa - Małgorzata Ewa Kachel - ebook

#ZdziryzFejsa ebook

Małgorzata Ewa Kachel

0,0

Opis

Powieść, która wali prosto między oczy.
Witamy w lśniącym, brokatowym piekle marek osobistych budowanych na Facebooku.
W świecie, w którym mentorki sprzedają marzenia na kredyt, a status mierzy się leasingiem na Mercedesa.
W uniwersum kobiecych klubików, gdzie wsparcie jest iluzją, a prawdziwą walutą jest lajk.
Narratorka – cyniczna, ironiczna, boleśnie świadoma Zdzira – jest naszym przewodnikiem po tym cyrku.
#ZdziryzFejsa to satyryczny thriller psychologiczny i bezlitosny reportaż z frontu wojny o fejm.
To literatura, która zrywa maski i pokazuje, co jest pod spodem: strach, długi i rozpaczliwa pogoń za iluzją.
Po tej książce każdy post „kobiety sukcesu” na Facebooku będzie wyglądał zupełnie inaczej.
Reportaż gonzo z kobiecej duszy. Język ulicy zderzony z korpo-bełkotem.
Czarny humor jako jedyny sposób na przetrwanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



#ZdziryzFejsa

Copyright ©M.E. Kachel

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja: Ewa Hoffman-Skibińska

Korekta: Izabela Smug

Skład, łamanie konwersja plików do formatów elektronicznych: Aleksandra Baranowska

Projekt okładki: Magdalena Raszewska

Druk: Books Factory

ISBN: 978-83-977794-0-2

Wydawnictwo J.E.B.

NMart sp. z o.o.

ul. Zdrojowa 1a

58-306 Wałbrzych

www.wydawnictwojeb.pl

[email protected]

Wydanie pierwsze

Wałbrzych 2025

Dla Eli,która nie karmiła mnie wizjami, tylko podała rękę, kiedy trzeba było posprzątać gruz po cudzych obietnicach.

Ta książka to fikcja. Postacie, miejsca i wydarzenia zostały wymyślone, choć każdy, kto bywał w środowiskach sukcesu, może odczuć dziwne déjà vu.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących (albo cyfrowych bytów pozujących na żywe w social mediach) jest absolutnie przypadkowe. A jeśli ktoś zobaczy tu siebie, to tylko dlatego, że pewne zachowania mają w zwyczaju powtarzać się jak kiepskie stories wrzucane na Facebooka.

I ważna uwaga: książka została zredagowana i poddana korekcie zgodnie z wytycznymi reformy ortograficznej, która wchodzi w życie w styczniu 2026. Z jednym „ale”: autorka pozwoliła sobie dość luźno potraktować zapis niektórych sformułowań królujących w social mediach.

SŁOWNIKzdziryzmów

Edycja specjalna: nie daj się zrobić w bambuko.

1. TRANSFORMACJA

Co Ci mówią: Głęboki, duchowy proces, w którym odrzucasz swoje stare ograniczenia, odnajdujesz swoje prawdziwe JA i wreszcie stajesz się świetlistym motylem.

Co to naprawdę znaczy: Moment, w którym jesteś tak zdesperowana, że zapłacisz pięć tysięcy za to, żeby ktoś powiedział Ci to samo, co Twoja babcia mówiła ci za darmo: „Weź się, kurwa, w garść”. Główna różnica polega na tym, że po transformacji jesteś o pięć tysięcy biedniejsza i masz ładniejsze zdjęcia na Instagramie.

2. MASTERMIND

Co Ci mówią: Elitarna, zamknięta grupa wsparcia dla ludzi sukcesu, w której wymieniamy się energią, kontaktami i rośniemy razem w siłę.

Co to naprawdę znaczy: Bardzo droga grupa terapeutyczna dla ludzi, którzy płacą kilkanaście tysięcy za to, żeby przez weekend mogli sobie nawzajem ponarzekać na swoje wydumane problemy. Główna funkcja: Valium dla ego i możliwość zrobienia sobie wspólnego zdjęcia na Instagrama z hashtagiem #powerteam.

3. MARKA OSOBISTA

Co Ci mówią: Twoja unikalna historia, Twoje wartości i Twoja misja opakowane w spójny i autentyczny przekaz, który przyciąga do Ciebie idealnych klientów.

Co to naprawdę znaczy: Twoja starannie wyreżyserowana, wyfotoszopowana i ocenzurowana wersja cyfrowa. Awatar, który nie ma kredytu, nie ma cellulitu i nigdy nie je schabowego w barze mlecznym.

4. LEJEK SPRZEDAŻOWY

Co Ci mówią: Nowoczesna strategia marketingowa, która prowadzi klienta za rękę przez całą podróż – od pierwszego kontaktu z marką aż do sfinalizowania transakcji.

Co to naprawdę znaczy: Wyrafinowana, cyfrowa pułapka na myszy. Seria maili, darmowych pedeefów i webinarów, które są tak zaprojektowane, żebyś na końcu, zmęczona i zmanipulowana, sama z radością i ulgą wcisnęła przycisk: „KUP TERAZ”.

5. VIBE/ENERGIA

Co Ci mówią: Niewidzialna, ale potężna siła, która determinuje Twój sukces. Musisz podnieść swoje wibracje, żeby przyciągnąć do siebie bogactwo i szczęście.

Co to naprawdę znaczy: Słowo wytrych. Idealne uzasadnienie na wszystko. Nie sprzedajesz? „Masz złą energię”. Klient się wkurwia? „Zakłóca nasz wajb”. Nie rozumiesz, o co chodzi? „Widocznie nie wibrujesz na odpowiednich częstotliwościach”. Nieweryfikowalne i genialne.

6. AUTENTYCZNOŚĆ

Co Ci mówią: Bycie w zgodzie ze sobą. Pokazywanie swojej prawdy, nawet tej niewygodnej. To właśnie za to pokochają Cię Twoi klienci!

Co to naprawdę znaczy: Najlepiej sprzedająca się maska na rynku. Starannie zaplanowana i wyreżyserowana wrażliwość. Polega głównie na wrzucaniu stories, na których płaczesz, ale wciąż masz idealnie zrobione rzęsy i dobre oświetlenie.

7. MENTORING

Co Ci mówią: Proces, w którym doświadczony przewodnik (mentor) prowadzi cię przez Twoją drogę, dzieląc się swoją wiedzą, mądrością i doświadczeniem.

Co to naprawdę znaczy: Rozmowa na Zoomie, podczas której ktoś, kto jest od Ciebie o trzy kroki wyżej w piramidzie finansowej, mówi Ci dokładnie to samo, co przeczytałaś wczoraj w darmowym e-booku.

8. FAKE IT TILL YOU MAKE IT(UDAWAJ, AŻ CI SIĘ UDA)

Co Ci mówią: Potężna technika psychologiczna. Zachowuj się tak, jakbyś już odniosła sukces, a wszechświat dostosuje się do Twojej energii i da Ci to, czego pragniesz.

Co to naprawdę znaczy: Kłam, kurwa, kłam. Kłam, aż sama w to uwierzysz. Wklejaj zdjęcia z Pinteresta jako swoje. Pożyczaj drogie torebki od koleżanek. Mów, że masz klientki, kiedy nie masz żadnej. Jest to absolutny, pierdolony kamień węgielny całego tego biznesu.

Dobrze. Przewodnik turystyczny przeczytany. Podstawowe zwroty w języku tubylców opanowane. Znasz już lokalną walutę (lajki) i wiesz, że nie należy pić wody z kranu (ani z fontanny prosecco).

Teraz schowaj mapę.

Bo w tym świecie jedynym sposobem, żeby poznać prawdę, jest zgubić się na własnych warunkach.

Początek

Żółta walizka

Największa rewolucja w życiu kobiety to nie jest krzyk buntu, tylko cisza, która zostaje w mieszkaniu po tym, jak ostatnia walizka zniknęła za drzwiami.

Anonimowe graffiti na dworcu autobusowym

Chodź.

Opowiem Ci historię, która zmienia życia, pierze mózgi i wywraca świat na drugą stronę – jak rękawiczkę po zbyt długim noszeniu. To opowieść o pieniądzach owiniętych w brokatowe papierki i o słowach, które błyszczą, zanim zaczną ranić.

Tu wschody słońca nie oznaczają początku, lecz koniec. Stracone nadzieje ścielą się na mokrym asfalcie złudzeń, który jeszcze chwilę temu pachniał sukcesem.

Masz marzenia? Kochasz pieski, kotki, energię Ziemi?

Chciałaś żyć na własnych zasadach, być niezależna, świetlista, wolna?

Ona też.

Poznaj Elizę.

Zajrzymy teraz przez okno.

Siedzi przy stole w swoim malutkim mieszkaniu, w miasteczku, o którego istnieniu pewnie nigdy nie słyszałaś. Ściany od dawna proszą o farbę, ale zawsze były ważniejsze wydatki.

Kasia dopina zamek żółtej walizki. Zamek zgrzyta, jakby chciał zapamiętać ten moment. Jeden czuły pocałunek w czoło – i córka znika za drzwiami. Jeszcze tylko stuk obcasów na schodach. Śpieszy się. Za dwadzieścia godzin Sindbad dowiezie ją na Amsterdam Sloterdijk, obok stacji kolejowej, która dla jednych jest początkiem nowego życia, a dla innych – początkiem zmywaka.

Na blacie stoi kubek w kotki. Kawa w środku już kwaśnieje, pachnie jak poranek, który trwa o kilka godzin za długo. Obok rozlana plama zaschła w brązowe kółko – jak obrączka po nieudanym małżeństwie. Kolorowe karteczki odklejają się na rogach, falują od wilgoci. Jeszcze trzymają się stołu, jakby i one nie chciały dorosnąć.

Zeszyt w jednorożce ma wytarte rogi. Pod palcami chropowaty papier, zapach gumki do mazania, wspomnienie dzieciństwa, którego nie da się odzyskać. Ślady obecności dziecka, które nagle dorosło – jakby ktoś zgasił światło w połowie zabawy.

Eliza wstaje. Bez celu krąży po mieszkaniu. Zagląda do szuflady, wyciąga stary piórnik – ten sam, z którym Kasia chodziła do podstawówki. Pachnie czasem, którego nie da się cofnąć.

Została sama. Po raz pierwszy od dziewiętnastu lat.

Pustka wdziera się z impetem. Nie ma litości. Dzwoni w uszach, rozlewa się po ścianach, osiada na parapecie.

A może… to nie pustka…? Tylko przestrzeń?

Przestrzeń, która czekała cierpliwie latami. Na ten jeden moment.

Na dzień, w którym wreszcie będzie mogła być tylko dla siebie. Nie z obowiązku. Nie z wyrzutów sumienia. Z pełną troską, z czułą uwagą. Jakby sama była dzieckiem, którym nikt nigdy się nie zajął.

Może powinnam kupić psa?

Notuje to zdanie. Patrzy na nie chwilę, jakby napisał je ktoś inny. Krzywi się, przekreśla.

Sięga po pilota. Ręka zawisa w połowie gestu. Obgryza końcówkę różowego pióra – jak nastolatka przed klasówką. Rozgląda się wzrokiem, który szuka ucieczki.

Westchnienie. Głębokie, z przepony.

Wyrywa kartkę. Zgniata.

Ciach – do kosza. Trafia bez patrzenia.

Siada. Jeszcze raz. Od nowa. Tym razem inaczej.

Urodziłam się trzydzieści dziewięć lat temu w Sycowie. To małe miasteczko na Dolnym Śląsku. Sennie, spokojnie, nic się nie dzieje – ale dobrze się mieszka. Rodzice zawsze powtarzali, że najważniejszy jest spokój, uczciwość i pewna praca. Szczęśliwa rodzina, dzieci. I tak planowałam żyć.

Pisze. Długo pisze. O poczcie, Adamie, Zosi, komorniku, zimnej wodzie i kuchence na dwa palniki. O zdradach i długach. O rozwodzie. O życiu z córką, o wycieczkach, o szydełku i drutach.

Zamyka zeszyt. Rozgląda się. Na stole szklanka Kasi. Niedopita herbata, jakby córka miała zaraz wrócić.

– To bez sensu – mruczy.

A czy na pewno? Może właśnie w tym „bez sensu” rodzi się początek?

Myślę, że dalej powinna pisać. Dajmy jej czas.

Chodź. Skoczymy na chwilę do Wrocławia. To tutaj rozegra się nasza akcja. Zobaczysz, co dzieje się z kobietami, gdy po raz pierwszy pomyślą, że mogą być kimś więcej niż sobą.

Wrocław to nie miasto. To teatr złudzeń. Ziemia obiecana dla dziewczyn z małych miasteczek i wsi, które w dzieciństwie chciały zostać kimś. Teraz dorosły i wiedzą, że chcą być marką.

Tu wszystko jest obietnicą: krasnale przycupnięte na chodnikach, niebieskie tramwaje mknące po torach, Odra wijąca się jak boa, który dusi marzenia, zanim zdążą wykiełkować. A rynek? Rynek nigdy nie zasypia, bo nigdy na dobre nie wytrzeźwiał.

Dochodzi siódma rano. Okolice dworca głównego pulsują życiem – szybkim, plastikowym. W powietrzu unosi się zapach kawy z automatu, opary marzeń o awansie wymieszane z sosem curry i nutą kardamonu.

I tam, na ławeczce przy McDonaldzie, siedzi Monika.

Spójrz – właśnie zaciąga się łapczywie e-fajką. Dłonie jej drżą – od wina wypitego wczoraj i od lęku.

Za dwa dni ma wystąpienie przed kobietami, które – jak głosi motto klubu – „sięgają poza horyzont zdarzeń”. Nikt nie wspomina, że poza horyzontem często nie ma już gruntu pod nogami.

Głos ma pewny. Nagrywa notatki na dyktafon:

Dzień dobry, kochane. To jest ten moment. Dziś wybierasz. Czy zostajesz tam, gdzie byłaś, czy idziesz tam, gdzie jeszcze cię nie było? Ja? Ja też się bałam. Strach to znak, że jesteś na dobrej drodze.

Klik. Pauza. Oddech.

Kolejna motywacyjna nagrywka, w którą ona sama musi uwierzyć mocniej niż kobiety, które będą jej słuchać.

Pozwólmy Monice szykować się do wystąpienia. Nasza historia dopiero się zaczyna.

Część pierwszaZWABIONA

Biuro w fiolecie i złocie

Twoje otoczenie to lustro Twojej wartości. Wybieraj złoto, a nie mosiądz.

Violetta Velvet

Zobacz: tak wygląda miejsce, w którym wykluwają się kurki znoszące złote jajka.

Biuro Violet Velvet Business Club nie zaprasza – ono się narzuca. Jak bolerko z cekinów o ósmej rano, kiedy jeszcze boli głowa. Ściany w kolorze szampana, welurowe fotele w fiolecie ostrym jak hybrydowe paznokcie z Aliexpress. Na ścianach złote ramki z cytatami, które dawno straciły moc. Pachnie świecą Cashmere Gold, czyli w praktyce: „Nie jestem biedna, tylko chwilowo w braku finansowej przestrzeni”.

Za biurkiem siedzi Violetta Velvet – królowa krainy self made kobiet. Przed nią laptop z otwartym Excelem i filiżanka kawy w czarno-białe paski, ze złotą kulką zamiast uszka.

Viola nie lubi wracać do czasów, gdy jeszcze była Welurowicz. Tamta dziewczyna stała pod dworcem z trzema plastikowymi kubkami i drżącymi rękami udawała, że kontroluje los. Monety brzęczały w reklamówce jak szyderstwo, a jej marzenia miały termin ważności krótszy niż bułki z wczoraj.

Zostały wspomnienia: cieknący kran owinięty szmatą, stara lodówka spinana gumką recepturką, klatka schodowa śmierdząca kapustą.

Velvet narodziła się, bo musiała. Starła duszę do krwi. Pumeksem. Od tamtej pory nie pozwala, by ktokolwiek mówił na nią „Wioleta”. Ta została w Kudowie, zaplątana w siatkowej torbie na kuchennym blacie, obok książki kucharskiej siostry Anastazji.

Poprawia ramiączko jedwabnej bluzki, gdy drzwi otwierają się bez pukania.

Poznaj Iwonę.

Wchodzi jak huragan: zapach z Douglasa, frustracja z sieciówki, szminka jak deklaracja wojny, torebka droższa niż całe szkolenie, które próbują wcisnąć „ambitnym kobietom sięgającym poza horyzont zdarzeń”. Szpilki wydają odgłos karabinu maszynowego. Uśmiech szeroki, ale na zębach osiadła czerwień szminki – nawet ona nie potrafiła utrzymać fasonu.

– Zapowiada się iwent, którego koszty znów przewyższą zyski z abonamentów na życie – cedzi Viola, a jej głos syczy niczym krople wody spadające na rozżarzone węgle.

– Oj tam. Czuję, że maj będzie owocny – prycha Iwona. – Może zarobię na nową torebeczkę i buty. Pocisnę mocniej na Fejsie, złowię kilka złotych rybek. Pakiet „last minute z przyjaciółką” zawsze działa. Same się pchają, żeby zmieniać życie – wzdycha teatralnie, oglądając odprysk lakieru na kciuku. – Patrzą na moje stories i chcą żyć jak ja.

– Tylko nie wiedzą, że to Bernard sponsoruje twoje eskapady i szmatki – rzuca Viola, z uśmiechem ostrym jak pazur leniwca.

Iwona nie mruga. Wie, że Viola zazdrości jej wszystkiego – od szminki po męża.

– Ja w sumie w tej sprawie, kochana. Benio za bardzo interesuje się nową sekretarką. Przymykam oko na jego skoki w bok, wraca do mnie. Ale teraz… to się przedłuża.

– Potrzebujesz mojej pomocy? – Viola przechodzi natychmiast w tryb „matka mafii emocjonalnej”.

– Jak ty czytasz w myślach! – Iwona się uśmiecha. – Znasz mnie jak własną kartę kredytową.

– Alex to ogarnie. Daj jej dzień, góra dwa – mówi Viola, zerkając na telefon. – Wkrótce jakiś królewicz zajmie się Kopciuszkiem z recepcji.

W ich świecie królewicze zawsze na końcu okazują się sutenerami w marynarkach z Zary.

– A ja muszę lecieć. Pierdyliard rzeczy przed iwentem. Odezwę się.

Widzę szybkie cmok-cmok w powietrzu między dwiema luksusowymi, kryształowymi figurkami, które stukają się delikatnie, bo mocniejsze zderzenie rozbiłoby je w pył.

Viola, Aleksandra i Romek. Trójka rodzeństwa, każde w swojej dziedzinie wybitne, razem – niebezpieczne. Alex prowadzi kancelarię. Oficjalnie: doradztwo biznesowe i prawne. Nieoficjalnie: dyskretne testowanie wierności. Armia przystojnych panów i pięknych kobiet gotowych odegrać teatrzyk za odpowiednią stawkę.

Viola, Aleksandra i Romek. Trójka dzieci z patologicznej rodziny. Puszczone w samopas nauczyły się dbać o siebie od małego. Romek, najmłodszy, mawiał, że Ola poszła na prawo, Viola na lewo, a on trzyma się prosto.

– No i skończył jako nauczyciel informatyki w podrzędnym liceum. Też mi prosto. Raczej prostacko – mamrocze Iwona z miną jak po tanim Hugo z marketu. Wychodzi, trzaskając drzwiami.

Bo wiesz… Iwona gardzi facetami, którzy nie mają firm, nie zarabiają grubych hajsów, jeżdżą kilkuletnimi autami i mieszkają w blokach z wielkiej płyty.

Komentarz podpostem

Strach to znak, że idziesz w dobrą stronę.

Iwona, coacherka z Facebooka

Eliza siedzi na kanapie. Szydełko wysuwa się z dłoni, rządek zostaje niedokończony. Jak wszystko ostatnio.

W tle brzęczy telewizor, ale to tylko biały szum – drażniący jak kuchenny wentylator, który nie chce się wyłączyć. Na pustej poduszce obok nie ma Kasi. Kiedyś zawsze tam siadała. Oglądały razem Zbrodnie z sąsiedztwa, komentując każdą głupią decyzję ofiary.

Teraz cisza. Zawieszenie.

Eliza chwyta za pilota. Klik. Klik. Klik. Seriale przeskakują jak twarze na Tinderze – jedno spojrzenie, jedno kliknięcie i znów nic. Życie na kredycie,Nasz nowy dom, reality show, gdzie młode dziewczyny tarzają się w błocie. Jeszcze kilka minut bez ruchu i wyłącza telewizor.

Podnosi się. Lodówka otwiera się z jękiem. Na półce stoi butelka półwytrawnego.

Patrzą na siebie.

Wyciąga ją…

Ale nie.

Odkłada.

Zamyka drzwi.

Za chwilę znowu otwiera.

Jeszcze raz patrzy.

Zamyka z hukiem.

– Nie dzisiaj – mruczy.

Wraca na kanapę.

Na ławie wyłożonej starymi kafelkami leży telefon w pluszowym etui. Milczy.

Odblokowuje ekran. Tylko jeden esemes od Kasi:

Dojechałam, wszystko ok.

Czyta go już dziesiąty raz.

Scrolluje Fejsa. Najpierw kotki. Potem ogłoszenia o zaginionych kotkach. Potem porady z grupy „Pani Domu”.

I nagle – Iwona. Uśmiech numer dwanaście: równiutkie, białe zęby. Garnitur w kolorze śliwki. Za nią fototapeta w kwiaty, na biurku złota lampa. W dłoniach tabliczka: #siegajpozahoryzont!

Krótki wpis:

Chcesz jak ja dokonać totalnej zmiany? Być spełnioną kobietą i żyć na swoich zasadach?Zostaw komentarz 💕 JA CHCĘ.Kto zawibruje najmocniej – ten wygra promo cenę na miejsce w pakiecie. Wieczór z przyjaciółką.

Eliza jeszcze się waha. Palec drży nad ekranem.

Pisze: Ja ch…

Zatrzymuje się. Zerka w bok, jakby ktoś miał ją podglądać. W głowie kiełkuje myśl: A jeśli to idiotyczne? Przewraca oczami, szepcze:

– I tak mnie nie wybierze…

Dopisuje końcówkę i naciska strzałkę.

Zamyka etui, odkłada telefon, jakby się sparzyła. Sięga po szydełko, ale zanim zrobi pierwszą pętelkę – ding.

Pojedynczy dźwięk wiadomości. Eliza podnosi głowę, wzrusza ramionami. Nić nawija się na palec.

Ding, ding, ding, ding, ding.

Kaskada powiadomień. Na moment łudzi się, że to Kasia. Ale obie wiemy, że nie.

Hej, kochana! WidziałamTwój komentarz i… wow.

Od razu pomyślałam:Eliza ma to coś.

Serio, jesteś kobietą,która ma potencjał.

Aż dziwne, że jeszcze nierozwinęła skrzydeł ze mną!

Obok pojawia się ikonka nagranej głosówki.

Zanim odsłucha, pisze szybko:

Serio tak myślisz?

Trzy migające kropki zamieniają się w potok urwanych zdań:

Oczywiście!

Masz ciepło, klasę i autentyczność.

Ty masz istorię. A to się teraz liczy.

Odsłuchaj głosówkę!!!

Eliza czuje, jak coś w niej mięknie.

Choćby przez chwilę nie myśli o tym, że Kasia nie zadzwoniła. Że w szafie ma tylko stare żakiety. Że nie wie, czy starczy jej siły, żeby znów zaufać.

Wciska przycisk „play”. I słyszy:

Elizaaaaa, no nie wierzę, serio mam ciarki, jak do ciebie mówię! Normalnie jakby wszechświat szepnął: to jest ta kobieta! Ty masz w sobie ten błysk, takie… coś, czego nie da się opisać. I słuchaj – musisz tam być. Ten iwent to jest petarda. Ja już cię zapisałam, zaklepane! Bo serio, nie zaryzykuję, że się rozmyślisz. Aha, najważniejsze – jest PROMKA. Normalnie siedem stówek, ale teraz tylko trzysta! No halo?! To znak! Dziewczyny też się cieszą. Konto do wpłaty podam ci w wiadomości. Daj numer, wrzucę cię do grupy na WhatsAppie. Ale się jaram, że się odezwałaś! Będą fantastyczne kobiety, energia kwantowa, totalny odlot. I wiem, po prostu WIEM, że to zmieni twoje życie.

Zmieni, oczywiście, że zmieni. Bo o tym jest ta historia.

Eliza jeszcze próbuje się bronić. Cichy głosik w środku mówi jej: To nie twój świat, babo.

Pisze:

Trochę się boję, czy tam pasuję…

Odpowiedź przychodzi natychmiast:

Tak ma być!!! Strach oznacza, że idziesz w dobrą stronę.

Tylko obiecaj, że przyjdziesz.

Zrobimy z Ciebie królową.Każda z nas zaczynała od strachu.

Ja tam będę, poprowadzę Cięza rękę. Zaufaj temu impulsowi. To dopiero początek.

Odkłada telefon na stół. Patrzy na niego jeszcze chwilę, jakby ważyła w dłoni nie urządzenie, a swój los.

Westchnienie. Zarzuca koc na ramiona.

Ekran dalej pulsuje powiadomieniami, ale ona zamyka oczy.

Przysypiając, postanawia: Rano odpiszę, że to nie dla mnie. Że to jednak nie mój świat.

Stoisko za tysiąc pięćset

Inwestycja w siebie to zawsze najlepsza decyzja.

Fragment ulotki VVBC

Czekam na Ciebie pod operą we Wrocławiu. Przez ogromne witryny zaglądam do restauracji w Hotelu Monopol. I kogo widzę? Violettę Velvet.

Siedzi bokiem do okna. Garnitur w kolorze nasyconego fioletu przeszywany złotą nitką. Na paznokciach lakier nude, ale pierścionek z dużym brylantem rzuca tęczowe refleksy prosto na szybę – jak reflektory w teatrze, które krzyczą: „Patrz na mnie!”. Mówi z manierą, kiwa rytmicznie głową, gestykuluje, jakby w każdej chwili mogła wejść na scenę TEDx-a.

Wejdźmy. Pierwszy cios to zapach: palone masło, czarna kawa i perfumy z górnej półki. Luksus podany w wersji „bezpieczne bogactwo”. A światło? Nie razi, ale daje po oczach – dokładnie jak Monopol.

Naprzeciwko Violi siedzi Anna. Spokojna, oszczędna w ruchach. Szara marynarka, biały T-shirt, cienki łańcuszek.

Ubrana funkcjonalnie, nie na pokaz. Siedzi prosto, nie dotyka filiżanki. Wzrok – czujny, jak u kogoś, kto przywykł szukać haczyków w fakturach.

– Anno, ja ci to mówię jak kobieta kobiecie: stoisko na iwencie to nie koszt, to inwestycja w twoją pozycję. Wpłyniesz na szerokie wody Wrocławia.

– Wiem, Violetta. Tylko dziwi mnie, że wydarzenie za dwa dni, a wy dopiero teraz szukacie wystawców.

Viola śmieje się krótko – jak ktoś, kto zna odpowiedź na wszystkie pytania świata.

– Zostało jedno. Ostatnie. – Pauza. – I tylko dlatego dostajesz je za tysiąc pięćset. Dziewczyny płaciły po trzy. W tej twojej Oławie to za tyle nawet stoiska na dniach czosnku nie wynajmiesz.

Anna zaciska wargi. Milczy. Jej świat nie potrzebuje błyskotek, tylko spokoju, żeby skarbówka nie wparowała z kontrolą.

– W jakich branżach są te twoje dziewczyny? – pyta chłodno.

Violetta teatralnie przewraca oczami, nabiera powietrza jak do recytacji.

– Karina – butik z biżuterią personalizowaną, trzy miesiące temu sprzedała wszystko. Sylwia – żona tego od Halinexu, potentata od mebli dla Żabki. Ona prowadzi warsztaty z ustawień systemowych. Ludzie ją kochają.

Anna wyciera palcem plamkę na spodku, ale kawy nie pije.

– Viola… Ja prowadzę biuro podatkowe. Myślisz, że laski, które przebudzają boginie, będą chciały porad o Vacie? Raczej wykładów o wacikach do demakijażu.

Złośliwość wymknęła się jak zaciągnięty hamulec ręczny.

Viola nie reaguje gniewem. Przeciwnie – pochyla się nad stołem, obniża głos. Mówi miękko i konfidencjonalnie:

– Dlatego właśnie ty musisz tam być. Żadna z nich nie ma księgowości. One szukają ciebie, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Wyjdziesz na scenę, zrobisz krótką prezentację: pięć błędów, których kobieta biznesu nie powinna popełniać. Po iwencie będą błagać o konsultacje. Niektóre zapłacą od razu, na miejscu.

– I te tysiąc pięćset się zwróci? – Anna mówi spokojnie, ale w środku niej aż huczy. Czerwone flagi machają jej przed oczami jak szturmówki na pochodzie pierwszomajowym.

– Już na iwencie. A potem? Efekt kuli śnieżnej. Anno… – Violetta kładzie dłoń na jej dłoni. – Ty emanujesz energią stabilizacji. Ty jesteś tą, która ogarnia chaos. A takie kobiety są dziś w cenie.

Anna wreszcie bierze łyk kawy. Jeszcze nie mówi „tak”.

– Zadzwonię, jak wrócę. Muszę to przemyśleć.

Wstają. Buzi-buzi w powietrzu, bez dotykania. To nie czułość, tylko polowanie. A Viola właśnie zarzuciła wędkę.

Droga na Oławę pusta jak faktura z karuzeli VAT-owskiej. Anna jedzie lewym pasem, choć nie musi. Nie wyprzedza. Po prostu nie cierpi prawego – za bardzo pachnie byciem drugą, ostrożną, niewidzialną.

Rytm świateł hipnotyzuje: światło, cień, światło, cień. Jakby ktoś montował jej życie i nie mógł się zdecydować, co zostawić, a co wyciąć.

Nie włącza podcastu o efektywności. Nie chce kolejnego odcinka o pasywnych dochodach. Cisza pasuje bardziej.

Violetta mówiła: „Energia stabilizacji”. „Ogarnianie chaosu”.

Jakby to był atut. Ale w ich świecie chaos to waluta. Rozsądek się nie klika.

Anna przez chwilę rozważa telefon do Magdy – swojej pracownicy; tej, co zawsze mówi: „Pani Anno, pani by w kołczingi nie weszła, nie?”. W głowie kiełkuje inna myśl: sto pięćdziesiąt kobiet w jednym miejscu. Wszystkie z JDG, żadna nie kuma księgowości. Mogłaby zrobić checklistę, sprzedać mini e-booka, złapać leady.

Ziarnko zasiane przez Violę zaczyna kiełkować. Najpierw wystąpienie, potem grupa na Fejsie, potem lajw, potem kurs „ZUS to nie mus”.

I nagle jesteś jedną z nich.

Znak:

Oława – 5 km

Zwalnia. Nie chce żyć z lajków. Nie chce też całe życie litować się nad światem, który tonie w głupocie. Chce robić swoje. I być słyszana.

Czerwone światło. Lusterko. Chwila ciszy. Palce mocniej zaciskają się na kierownicy. Wie, że jeśli zadzwoni – odwrotu nie będzie.

Jeszcze jeden oddech. Jeszcze moment. Potem naciska ikonkę telefonu na kierownicy i mówi:

– Zadzwoń do Violetta Wrocław.

Jacuzzi i Moët

Twoje życie jest najważniejszą inwestycją. Upewnij się, że jego fasada przynosi ci comiesięczną dywidendę nie tylko w lajkach, ale w prowizjach.

Z prelekcji na evencie dla kobiet sukcesu

Usiądź ze mną na chwilę. Tutaj w cieniu na ławeczce. To peryferie Wrocławia, osiedle, gdzie lans i kasa świecą jak kryształki Swarovskiego w Twoich bieda edition kolczykach. Spektakl zaraz się zacznie.

Maj. Wszyscy go kochają. Najbardziej – Iwona.

Siedzi w przydomowym jacuzzi, kieliszek Moëta w dłoni, telefon zamontowany na selfie sticku. Słońce odbija się od złotego trunku. Bąbelki robią robotę – wychodzą na zdjęciach lepiej niż wszystkie retusze razem. Ona to wie. Testowała każdą apkę z filtrami. Jest mistrzynią kadrów: zero fałdek, zero zmarszczek, biust pod idealnym kątem. Klik, klik, klik – i już ma materiał na Insta.

Wrzuca zdjęcia, gdy kijek nagle wibruje. Dzwoni Eliza.

Nowe mięso dla Violet Velvet Business Club. Kolejna prowizja. Iwona nie ma ochoty z nią gadać, ale ekstra hajs jest zawsze sexy.

– No cześć, Elizka! Co tam, słońce!? – Iwona ćwierka tonem przesłodzonym jak Cola słodzona aspartamem.

– Iwonka, przepraszam, że zawracam… Ja nie wiem, w co się ubrać na iwent. Nie mam takich ciuchów jak wy. Pracuję na poczcie, chodzę w mundurku… A wy zawsze takie wystrzałowe na tych zdjęciach…

Słowa płyną kaskadą jak z pękniętego hydrantu. W głosie drży strach – że jeśli na chwilę zamilknie, rozpadnie się na kawałki.

– Spokojnie, kochana. – Iwona przeciąga się, a szampan przelewa się w kieliszku. – Podjedź dziś do Wrocka. Moja przyjaciółka Krysia ma butik. Ubiera nas wszystkie. Stylistka, kolorystka – zrobi cię na bóstwo. W czterech, pięciu tysiach się zamkniesz. Ma specjalne zniżki dla moich dziewczyn.

Kolejna prowizja zaklepana. Kobiece biznesy™. Iwona przeciąga się leniwie i łyka łapczywie Moëta prosto z butelki.

W słuchawce zapada cisza.

– Halo? Jesteś tam? – rzuca szybko.

– Ja… ja… Jasne. – Eliza wyraźnie się waha. – Zaraz ruszam.

Iwona przewraca oczami. Z ulgą naciska czerwony guzik w telefonie, choć palec trochę mija się z celem.

Jej własne biznesy nigdy nie przyniosły większego hajsu. Wszystko finansuje Benio. Wpada do jego biura raz w tygodniu, pisze coś na bloga, wrzuca na Fejsa brednie o transportach wielkogabarytowych i dostaje od męża dychę „na życie”.

Reszta to teatr. Selfie. Hasztagi: #maj #relaks #wolnosc #biznes #kobietysukcesu.

Od siedmiu lat gra rolę królowej imperium, którego nie ma.

– W internetach jesteśmy sioooostrami… ekspertkami…królowymi własnych imperiów… – bełkocze coraz bardziej wstawiona.

Unosi kieliszek.

– Za wszyst… kie kobiety, które przekraczają ho… – czka – horyzonty zdarzeń!

Dopija resztkę. Rzuca butelkę na trawnik. Ta ląduje obok dwóch innych.

Zerkam na zegarek – nieźle, dochodzi czternasta, a ona już ledwo kontaktuje. Maskowanie nałogu ma opanowane do perfekcji. Nikt nie wie, że zachlewa się codziennie. Poza Benkiem. On nie przeszkadza. Woli ciszę i młodsze dupy. Zostawia lodówkę pełną Moëtów. Dba o żonę.

– Poza tym to tylko szampan… – mamrocze do siebie, obracając butelkę. Mruży oczy i podsuwa pod nos etykietę. – Pijąc Moëty, nie zostanę alkoholiczką.

Wytacza się z jacuzzi, owija białym, puszystym ręcznikiem. Leżak przyjmuje ją w swoje objęcia jak stary znajomy.

Wystukuje wiadomość do Krysi:

Bedzie moj kolezka Elza.Ubierz ja. 10% dla mnie. Buzi.

Chwilę jeszcze siedzi, próbując złapać równowagę. Przez duże balkonowe drzwi wchodzi do salonu i pada na kanapę. Plan wykonany. Hasztagi wrzucone. Lajki lecą.

– Muszę wytrzeźwieć, zanim Benio wróci… – bełkocze.

Głowa opada na poduszkę. Po chwili słychać tylko głośne chrapanie.

Droga doWrocławia

Wielka zmiana w życiu rzadko zaczyna się od pierwszego kroku. Częściej od przekręcenia kluczyka w stacyjce zdezelowanego auta i nadziei, że ta ruina w ogóle ruszy.

Z notatek mechanika samochodowego, samozwańczego filozofa

Droga do Wrocławia jest zapchana jak okienko pocztowe w poniedziałek rano – wszyscy w kolejce, nikt nie rusza.

Eliza kurczowo ściska kierownicę, jakby miała ją zaraz przełamać wpół. Lewy kierunkowskaz miga uparcie od pięciu minut, chociaż droga prosta jak slajd z prezentacji forexowego guru. Radio trzeszczy, głos polityka przebija się przez szumy: „W naszej ojczyźnie…”. Klik – wyłącza bez słowa.

I tak nie słucha. Myśli o sukience.

Zerka w lusterko. Tusz jej się rozmazał. Nie używała maskary od roku. Chyba ma uczulenie, bo jedno oko jej łzawi. Usta bez pomadki. Warkocz niedbale związany gumką, której jeszcze niedawno używała Kasia.

Silnik jęczy przy podjazdach, skrzynia zgrzyta. Coś szarpnęło z tyłu – pewnie znowu ta tylna belka. Jeszcze tego brakowało, żeby Yariska padła po drodze. Eliza odruchowo głaszcze deskę rozdzielczą:

– No dalej, kochanie, tylko do Wrocka. Potem już będzie z górki…

Telefon wibruje na fotelu pasażera. Esemes od Kasi:

Zaraz zadzwonię, mam przerwę.

Nie zdąży doczytać, bo dzwonek rozlewa się po kabinie. Córka. Eliza odbiera na głośnomówiącym.

– Cześć, mamuś. Wszystko okej? Wysłałaś mi tego mema z wilkiem i napisem „Czas na zmiany”. Trochę się zdziwiłam…

– Aaa, to… taki motywacyjny. Wiesz… Zaczynam nowy etap.

– Mamo, błagam. Nie idź w te brednie. Wiem, jak to wygląda. Instagram jest pełen takich: koleś z podrabianym Roleksem sprzedaje kursy z giełdy, dziewczyny obiecują kryptocuda. Codziennie nowy bullshit.

– Kasiu, to nie to. To… kobiety z pasją. Z sukcesami. Iwonka – nie znasz jej. Chodziłam z nią do liceum. Teraz zaprosiła mnie na iwent. Babski, inspirujący. Ma znajomą stylistkę. Jedziemy się tylko zobaczyć.

– Aha. Tylko się zobaczyć. Jak na prezentacjach z Mary Kay. Wpadasz potestować kremy, a wypadasz z pakietem startowym za pięć stówek.

Eliza milknie. W aucie zapada cisza. Słychać tylko szum opon i trzask zawieszenia.

– Dobra, mamuś. Rób, co chcesz. Tylko nie daj sobie wmówić, że potrzebujesz nowych ciuchów, żeby być kimś.

– Nie chodzi o bycie kimś. – Głos Elizy łamie się na sekundę. – Chcę tylko… coś zmienić. W sobie. Dla siebie.

– Jasne. Byle nie za miliony monet. Buźka, muszę kończyć…

Połączenie się urywa. Eliza spogląda w szybę. Jej odbicie jak z innej epoki. Jakby to była znowu dziewczyna sprzed lat. Sprzed mundurka. Sprzed dziecka. Sprzed ślubu i rozwodu.

Silnik warczy, Yaris sapie jak biegacz na ostatnich metrach maratonu. Tablica:

Wrocław – 11 km

Eliza prostuje plecy, zaciska usta. Wjeżdża na obwodnicę.

To tylko jazda samochodem, prawda?

Tylko droga.

A jednak – taka droga zawsze prowadzi do miejsca, z którego nie ma już odwrotu.

Obudź w sobie królową

Jak cię widzą, tak cię piszą. Ale jeszcze częściej – tak cię sprzedają.

Fragment szkolenia VVBC

Widzisz ją? Jeszcze stoi w progu. Jeszcze mogłaby zawrócić.

Butik Krysi mieści się w jednej z bocznych uliczek Wrocławia, gdzie parkują tylko kobiety z hybrydą w kolorze lipstick red i złotym logo marki na torbie. Witryna błyszczy jak instagramowy feed – pudrowy róż, sztuczne hortensje i napis wycięty ze złotego lustra: „Obudź w sobie królową”.

Eliza uchyla drzwi. Dzwoneczek nad głową dźwięczy jakby trochę za głośno. W środku pachnie nowością – nuty wanilii, francuski zapach z dyfuzora przy kasie. Na wieszakach błyszczą tkaniny: jedwab, satyna, cekiny. Przestrzeń jak z innego świata. Nie ma tu miejsca na fartuchy, mundurki ani resztki po życiu mierzonym listami zadań na lodówce i powiadomieniami z Inposta, że przesyłka czeka w paczkomacie.

Robi krok w tył. Ma już na końcu języka: „Pomyliłam adres”. I wtedy – głos.

– Elizka? To ty? No chodź, kochana, chodź! – Krysia wyskakuje zza stojaka z sukienkami jak hostessa z tortu.

Obejmuje ją jak starą znajomą, choć widzą się pierwszy raz. Perfekcyjny makijaż glam mama, blond loki i paznokcie ostre jak szpony. Ma w sobie mieszankę uroku i drapieżności – podziw i strach w jednym.

– Jezu, jaka ty jesteś ładna! Serio! Czemu ty się tak chowasz, dziewczyno?

Eliza uśmiecha się niepewnie.

– Ja… nie wiem, czy to dla mnie. Tak tylko… zobaczyć. Iwonka mówiła, że może coś…

– Oj, nie pieprz. – Krysia parska śmiechem. – Pokaż się cała. No, rusz tyłeczek.

Eliza robi krok. Krysia obchodzi ją dookoła jak rzeźbiarka oceniająca materiał.

– Figura świetna. Cycki – boskie. Dekolt i masz klientów w kieszeni. Włosy do roboty, ale naturalny skręt – skarb! A te oczy? Dziewczyno: jak cię ubiorę, jak trzeba, to twoje rolki będą repostować celebrytki.

Przesuwa dłonie po jej ramionach, jakby mierzyła krawiecką taśmą.

– Bo teraz wyglądasz, jakbyś się wstydziła, że żyjesz.

Eliza rumieni się, szuka słów, ale Krysia już ciągnie ją do luster.

– Masz dzieci?

– Córkę, Kasię.

– Ile ma?

– Dziewiętnaście.

– No to koniec. Teraz ty. Koniec życia dla innych. Od dziś ubierasz się jak na premierę w teatrze, nie jak na wywiadówkę.

Krysia przynosi sukienki. Narzuca jedną, drugą, szepcze:

– Ta krzyczy: „Jestem pewna siebie”, ta mówi: „Mam w dupie, co myślisz”.

Eliza daje się prowadzić.

Sukienki fruwają. Jedwab, marynarki w kolorze masła, spódnice z wysokim stanem. Każde lustro w butiku kłamie inaczej: jedno robi z Ciebie księżniczkę z okładki, drugie: buntowniczkę z reklamy perfum, trzecie – kobietę, która nigdy nie płacze po nocach.

Eliza nie poznaje siebie. W talii pojawia się mocne wcięcie, w oczach błysk.

– No i? Mówiłam, że masz potencjał. To twoje pięć minut, Elizka. Albo bierzesz życie za rogi, albo do usranej śmierci będziesz odbierała awiza. – Krysia zarzuca jej na ramiona chustę w kolorze lodowego błękitu. – Wiesz, że jesteś wiosną?

– Słucham?