Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Zdążyć przed zmrokiem ebook

Tana French  

4.33333333333333 (6)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 765 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdążyć przed zmrokiem - Tana French

Trójka dwunastoletnich dzieci – Germanie, Adam i Peter – bawi się przy drodze koło miasteczka Knocknaree, a potem wchodzi do przylegającego do niej lasu. Adam zostaje odnaleziony kilka godzin później w stanie bliskim katatonii, w zakrwawionej odzieży. Niczego nie pamięta. Germanie i Peter znikają bez śladu. Dwadzieścia lat później, obecnie Rob Ryan, pracuje w wydziale zabójstw dublińskiej policji. Wraz ze swoją partnerką Cassie Maddox rozpoczyna śledztwo w sprawie zamordowania dwunastoletniej Katy Devlin, której zwłoki odnaleziono na terenie wykopalisk archeologicznych w Knocknaree. Co łączy tę zbrodnię z wydarzeniami z 1984 roku? Obie sprawy są do siebie łudząco podobne. Dla Ryana dochodzenie ma dodatkowo wymiar osobisty – musi nie tylko odnaleźć mordercę, ale zmierzyć się z własnymi traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, o której do tej pory wolał milczeć. Pojawia się coraz więcej trudnych pytań. Pozornie normalna rodzina ofiary wydaje się skrywać wiele tajemnic...

Opinie o ebooku Zdążyć przed zmrokiem - Tana French

Fragment ebooka Zdążyć przed zmrokiem - Tana French

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorce

Tej autorki

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Podziękowania

PROLOG

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

SŁOWO OD AUTORKI

PODZIĘKOWANIA

PRZYPISY

O książce

NAGRADZANY DEBIUT AUTORKI „ŚCIANY SEKRETÓW”PONAD MILION SPRZEDANYCH EGZEMPLARZY!

Irlandia jest wstrząśnięta tym,co zdarzyło się na poddublińskim osiedlu.

Trójka bawiących się dwunastolatków wchodzi do lasu, ale wychodzi z niego tylko jedno z nich – chłopiec w zakrwawionym ubraniu, który jest w stanie bliskim katatonii. Pozostałej dwójki nie odnaleziono.

Dwadzieścia lat późniejw tej samej okolicy znów dochodzi do tragedii.

Na wykopaliskach archeologicznych w pobliżu osiedla zostają znalezione zwłoki zamordowanej dziewczynki – dwunastoletniej Katy Devlin.

Przypadkowa zbieżność czy miejscowy seryjny zabójca?

Śledztwo prowadzi detektyw Rob Ryan. I tak się składa, że to on był chłopcem, któremu udało się przed laty wyjść z lasu. Tyle że za sprawą zmiany imienia nikt w policji – poza jego partnerką – o tym nie wie. Ryan zdaje sobie sprawę, że jeśli wszystko się wyda, zostanie odsunięty od śledztwa. A do tego nie może dopuścić. Bo tym razem nie chodzi o karierę, o poprawienie statystyki rozwiązanych spraw. To coś bardzo osobistego.

TANA FRENCH

Irlandzka pisarka urodzona w USA; wychowywała się w Irlandii, Malawi i we Włoszech. Od 1990 r. mieszka w Dublinie, gdzie ukończyła teatrologię oraz studia aktorskie w Trinity College i pracowała dla teatru, filmu i telewizji. Jest autorką pięciu bestsellerowych powieści: ZDĄŻYĆ PRZED ZMROKIEM (nagrody Edgara Allana Poe, Anthony, Macavity oraz Barry za debiut powieściowy), LUSTRZANE ODBICIE, BEZ ŚLADU (nagroda Irish Crime Fiction), KOLONIA (nagroda „Los Angeles Times” w kategorii thrilleru) i ŚCIANA SEKRETÓW.

Tej autorki

ZDĄŻYĆ PRZED ZMROKIEMLUSTRZANE ODBICIEBEZ ŚLADUKOLONIAŚCIANA SEKRETÓW

Tytuł oryginału:IN THE WOODS

Copyright © Tana French 2007All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Joanna Warchoł 2009

Redakcja: Jacek Ring

Zdjęcia na okładce: Piotr Magdziarz, Anna Shkolnaya/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-7985-360-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla ojca, Davida Frencha,i matki, Eleny Hvostoff-Lombardi

To pewnie tylko czyjś paskudny, czarny pudel. Ale zawsze się zastanawiałem… A jeśli tak naprawdę to był On, tylko stwierdził, że nie jestem tego wart?

Tony Kushner A Bright Room Called Day

Składamy podziękowania za wyrażenie zgody na przedruk następującego fragmentu dzieła chronionego prawem autorskim:

Fragment wiersza At the British War Cemetery, Bayeux ze zbioru Collected Poems 1951–2000 Charlesa Causleya, opublikowanego przez wydawnictwo Macmillan. Copyright © Charles Causley 2000, przedruk za zgodą David Higham Associates, 5–8 Lower John Street, Golden Square, Londyn W1F 9HA.

PROLOG

Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych. Żadną tam irlandzką, subtelną przyprawę, która została zmieszana na użytek podniebienia konesera, żadne niuanse akwarelowe ze szczyptą chmur i delikatnego deszczu; to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie.

Wyobraźcie sobie labirynt czyściutkich domków na wzgórzu, zaledwie kilka kilometrów od Dublina. Któregoś dnia, jak zadeklarował rząd, powstaną tu tętniące życiem cuda infrastruktury podmiejskiej, doskonale rozplanowane rozwiązanie, które zaradzi przeludnieniu, wzrastającemu poziomowi biedy i wszelkim bolączkom miejskim, ale teraz to tylko garstka sklonowanych bliźniaków, na tyle jeszcze nowych, że wyglądają na wzgórzu olśniewająco i nieporadnie. Podczas gdy rząd rozpływa się nad McDonaldami i multipleksami, kilka młodych rodzin – w ucieczce przed czynszówkami i toaletami na zewnątrz, o których się nie wspomina w Irlandii lat siedemdziesiątych, albo marząc o wielkich ogrodach za domem i miejscu do zabaw dla dzieci, albo po prostu kupując domy na tyle blisko miasta, na ile pozwalają im pensje nauczycieli i kierowców autobusowych – pakuje foliowe worki na śmieci i wystawia je wzdłuż dwukierunkowej drogi, pośrodku której rośnie trawa i stokrotki, na nowy początek.

To było dziesięć lat temu, a mętny blask jarzeniówek centrów handlowych i domów kultury przywoływany pod nazwą „infrastruktura” jak dotąd jeszcze się nie zmaterializował (mniej ważni politycy od czasu do czasu grzmieli w parlamencie o podejrzanych interesach z ziemią). Rolnicy nadal wypasali krowy po drugiej stronie drogi, a noc zapalała rzadką konstelację świateł na sąsiednich wzgórzach, za osiedlem, gdzie pewnego dnia na planach pojawi się centrum handlowe oraz zadbany skwer; osiedle zajmuje dwa i pół kilometra kwadratowego ziemi, wokół której rozciąga się od wieków las.

Przenieśmy się bliżej, ruszmy za trójką dzieci, które wdrapują się na cienką przegrodę z cegieł i zaprawy, oddzielającej bliźniaki od lasu. Ich ruchy są doskonałe w niewidoczny sposób, są sprawni i nieskrępowani, niczym lekkie samoloty. Białe tatuaże – błyskawica, gwiazda – połyskują bielą w miejscu, gdzie jeszcze niedawno był plaster, a teraz skórę opala na brązowo słońce. Wiatr rozwiewa blond włosy: stopień, kolano na murze, do góry, przez mur i znikają.

Las to jedno wielkie migotanie i szept, i iluzja. Jego cisza jest puentylistycznym spiskiem miliona głosików – szelestów, podmuchów, bezimiennych zduszonych pisków; jego pustka obfituje w tajemne życie, umykający z tupotem cień dostrzegany kątem oka. Uważaj: pszczoły prują do i z gniazd w szczelinach dębu; zatrzymaj się, odwróć pierwszy lepszy kamień, a zobaczysz dziwną larwę, która się wije z irytacją, a tymczasem na nogę wmaszeruje ci sznur pracowitych mrówek. W zrujnowanej wieży, czyjejś porzuconej twierdzy, gdzie między kamieniami są pajęczyny grube jak nadgarstek, o świcie króliki wyprowadzają swoje małe z fundamentów, by bawiły się na prastarych grobach.

Lato należy do trójki dzieci. Znają las jak własną kieszeń, jak mikropejzaże zadrapań na kolanach, wystarczy nałożyć im na oczy opaskę, postawić w zadrzewionej dolinie lub w przesiece, a znajdą drogę do wyjścia, nie myląc ani razu kroku. To ich terytorium i rządzą nim z dzikim i królewskim rozmachem niczym młode zwierzęta, wspinają się po drzewach i bawią w chowanego w dziuplach całymi dniami, i nocami we snach.

Biegną prosto w legendę, w historie na dobranoc i koszmary, których rodzice nigdy nie usłyszą. Na ledwie widocznych, zagubionych ścieżkach, których nigdy byście sami nie znaleźli, koziołkują wzdłuż zrujnowanych murów, ciągną się za nimi nawoływania i sznurówki niczym ogony komet. A kto czeka na brzegu rzeki z dłońmi w wiklinie, czyj śmiech spływa kaskadami z gałęzi wysoko na drzewie, czyją twarz chwytasz kątem oka, twarz ze światła i cienia liści, która znika w mgnieniu oka?

Te dzieci nie urosną ani tego, ani następnego lata. Ten sierpień nie zachęci ich do znalezienia ukrytych rezerw siły i odwagi, gdy staną twarzą w twarz ze złożonością świata dorosłych i odejdą smutniejsze i mądrzejsze, i naznaczone na całe życie, to lato ma wobec nich inne plany.

1

Na początek chcę was ostrzec, byście nie zapominali o tym, że jestem detektywem. Nasz związek z prawdą jest niczym pęknięta podstawka, która załamuje światło i dezorientuje obserwatora jak rozbite szkło. Prawda to fundament naszych karier, ścigamy ją za pomocą strategii skrupulatnie zbudowanych z kłamstw i skrywanych faktów oraz przeróżnych wariacji na temat podstępów. Prawda to najbardziej pożądana kobieta na świecie, my zaś jesteśmy jej najbardziej zazdrosnymi kochankami, odruchowo odmawiamy komukolwiek najmniejszego choćby spojrzenia w jej stronę. Zdradzamy ją rutynowo, spędzając godziny i dnie utytłani w kłamstwie, a następnie odwracamy się od niej, wyciągając jako argument kochanka niezwykłą wstęgę Möbiusa: przecież to wszystko z miłości do ciebie.

Mam dobrą wyobraźnię, szczególnie gdy chodzi o tani i płytki rodzaj prawdy. Nie dajcie mi się zwieść i nie patrzcie na nas jak na grupę walecznych rycerzy galopujących na białych rumakach w pogoni za Jaśnie Panią Prawdą. Tak naprawdę robimy rzeczy prostackie, chamskie i wstrętne. Na przykład dziewczyna dostarcza swojemu chłopakowi alibi na wieczór, gdy tymczasem my podejrzewamy go o napad na sklep Centra w północnej części miasta i zadźganie nożem pracownika. Najpierw z nią flirtuję, mówię, że skoro ma taką dziewczynę, to rozumiem, dlaczego wolał zostać w domu; dziewczyna ma tlenione, tłuste włosy i płaską, skarłowaciałą twarz odziedziczoną po niedożywionych przodkach i osobiście uważam, że gdybym był jej chłopakiem, to z ulgą bym ją przehandlował, nawet w zamian za owłosionego współwięźnia z celi o ksywie Brzytwa. Potem mówię jej, że w jego szykownych, białych spodniach od dresu znaleźliśmy oznaczone banknoty z kasy sklepowej, a on twierdzi, że to ona wychodziła tego wieczoru i dała mu je, kiedy wróciła.

Robię to tak przekonująco, z tak kunsztownie skrywanym skrępowaniem i współczuciem z powodu zdrady jej mężczyzny, że w końcu wiara dziewczyny w cztery wspólne lata rozpada się niczym domek z kart, a ona sama przez łzy wydmuchując nos, opowiada mi wszystko od momentu, gdy wyszedł z domu, łącznie ze szczegółami dotyczącymi jego niedoskonałości seksualnych, podczas gdy w tym samym czasie jej mężczyzna siedzi z moją partnerką w pokoju przesłuchań obok i nie da się z niego wyciągnąć nic poza: „Odpierdol się, byłem w domu z Jackie”. Potem głaszczę ją delikatnie po ramieniu i podaję chusteczkę oraz kubek herbaty wraz z protokołem przesłuchania.

Taka właśnie jest moja praca i nie należy się do niej brać – a nawet jeśli, to nie na długo – bez swego rodzaju naturalnej sympatii dla jej priorytetów i wymagań. Zanim zaczniecie czytać, chciałbym wam powiedzieć dwie rzeczy: że pragnę prawdy. I że kłamię.

· · ·

Oto, co przeczytałem w aktach w dniu, w którym zostałem detektywem. Będę nieustannie, na różne sposoby, wracał do tej historii. Pewnie to i smutne, ale za to moje: to jedyna historia na świecie, którą tylko ja mogę opowiedzieć.

We wtorek po południu, czternastego sierpnia 1984 roku, trójka dzieci – Germanie (Jamie) Elinor Rowan, Adam Robert Ryan oraz Peter Joseph Savage, każde miało dwanaście lat – bawiła się na drodze, przy której stały ich domy w małym miasteczku Knocknaree w hrabstwie Dublin. Ponieważ był to gorący, bezchmurny dzień, wielu mieszkańców przebywało w swoich ogrodach i wielu świadków widziało dzieci o różnych godzinach popołudnia, jak chodziły po murze na końcu drogi, jeździły na rowerach i huśtały się na starej oponie.

Knocknaree było w tamtym czasie słabo zabudowane, a do osiedla przylegał spory las, oddzielony od niego wysokim na półtora metra murem. Około trzeciej po południu trójka dzieci zostawiła rowery w ogródku przed domem Savage’ów i poinformowała panią Angelę Savage – która właśnie wieszała pranie na sznurze – że idą się bawić do lasu. Robiły tak często i znały każdą piędź lasu, dlatego pani Savage nie bała się, że mogłyby się zgubić. Peter miał na ręce zegarek, więc kazała mu wrócić do domu przed wpół do siódmej, na kolację. Rozmowę tę potwierdziła sąsiadka z domu obok, pani Mary Therese Corry, a wielu świadków widziało, jak dzieci wspinają się na mur na końcu drogi i idą do lasu.

Kiedy Peter Savage nie wrócił do domu przed osiemnastą czterdzieści pięć, matka zadzwoniła do matek pozostałej dwójki, zakładając, że poszedł do któregoś z przyjaciół. Żadne z dzieci nie wróciło. Peter Savage zazwyczaj był słowny, ale rodzice jeszcze nie zaczęli się niepokoić, zakładali, że dzieci zajęły się zabawą i zapomniały sprawdzić, która jest godzina. Mniej więcej pięć minut przed siódmą pani Savage poszła w stronę lasu, stanęła na skraju i zaczęła wołać dzieci. Nie usłyszała żadnej odpowiedzi, nic, co wskazywałoby na to, że ktoś w ogóle jest w lesie.

Wróciła do domu, by podać kolację mężowi, Josephowi Savage, oraz czwórce młodszych dzieci. Po kolacji pan Savage oraz pan John Ryan, ojciec Adama Ryana, weszli głębiej w las, nawoływali dzieci, lecz znów nie usłyszeli żadnej odpowiedzi. Dwadzieścia pięć minut po ósmej, kiedy zaczęło się ściemniać, rodzice zaczęli się poważnie martwić, że ich pociechy mogły się zgubić, i panna Alicia Rowan (matka Germanie, samotna), która miała w domu telefon, zadzwoniła na policję.

Rozpoczęło się przeczesywanie lasu. Zaczęto się obawiać, że dzieci mogły uciec. Panna Rowan postanowiła wysłać Germanie do szkoły z internatem w Dublinie, gdzie miała przebywać w ciągu tygodnia i wracać do Knocknaree na weekendy; szkoła zaczynała się za dwa tygodnie i cała trójka bardzo się denerwowała z powodu rozstania. Wstępne przeszukania przeprowadzone w pokojach dzieci wykazały jednak, że nie zniknęły żadne ubrania, pieniądze ani rzeczy osobiste. W nietkniętej skarbonce matrioszce Jamie znaleziono pięć funtów i osiemdziesiąt pensów.

O dwudziestej drugiej dwadzieścia jeden z policjantów odnalazł Adama Ryana w gęsto zalesionym rejonie, w pobliżu środka lasu, chłopiec stał, mocno przyciskając ręce i plecy do ogromnego dębu. Paznokciami przebił korę. Wyglądało na to, że znajdował się tam od jakiegoś czasu, ale nie odpowiadał na wołania poszukujących. Zabrano go do szpitala. Wezwano oddział z psami, który zajął się poszukiwaniami pozostałej dwójki wokół miejsca, gdzie znaleziono Adama; lecz psy wkrótce zgubiły ślad.

Kiedy mnie znaleziono, miałem na sobie niebieskie dżinsowe spodenki, biały bawełniany podkoszulek, białe bawełniane skarpetki oraz białe sznurowane tenisówki. Buty były mocno zakrwawione, skarpetki mniej. Późniejsze badania śladów krwi wykazały, że krew przeciekła przez buty na wylot; przesiąkła też przez skarpetki, tyle że z zewnątrz do środka. To znaczyło, że buty zostały zdjęte, a następnie do środka wlano krew; trochę później, kiedy zaczęła już krzepnąć, nałożono mi je z powrotem, stąd krew na skarpetkach. Na podkoszulku znajdowały się cztery równoległe rozdarcia, biegnące ukośnie przez plecy od połowy lewej łopatki do prawego żebra.

Poza kilkoma niewielkimi zadrapaniami na łydkach, drzazgami (później odkryto, że są identyczne z drewnem pochodzącym z dębu) pod paznokciami oraz głębokimi otarciami na kolanach, na których zaczynały się już robić strupy, nie byłem ranny. Nie wiadomo, czy obtarcia powstały w lesie, czy też nie, jako że pięcioletnia Aideen Watkins, która bawiła się na drodze, zeznała, że wcześniej tego samego dnia widziała, jak spadłem z muru na kolana. Jej zeznanie różniło się jednak za każdym razem, gdy opowiadała je od nowa, i nie zostało uznane za wiarygodne. Byłem w stanie bliskim katatonii: prawie przez trzydzieści sześć godzin nie wykonałem żadnego ruchu i nie odezwałem się ani słowem przez kolejne dwa tygodnie. Kiedy zacząłem mówić, nie pamiętałem nic od czasu wyjścia z domu tamtego popołudnia aż do badania w szpitalu.

Krew na butach i skarpetkach została zbadana pod kątem grupy – w Irlandii w roku 1984 nie było możliwości przeprowadzenia testu DNA – okazało się, że jest to grupa A plus. Moja krew również była grupy A plus, jednak uznano za mało prawdopodobne, żeby otarcia na kolanach, choć głębokie, mogły krwawić na tyle mocno, by krew wsiąkła w tenisówki. Germanie Rowan badano krew dwa lata wcześniej przed wycięciem wyrostka, a z karty wynikało, że i ona ma grupę A plus. Peter Savage, choć nie przeprowadzono badań jego krwi, został wykluczony: obydwoje rodzice mieli krew grupy 0, a co za tym idzie, nie było możliwe, by on sam miał jakąkolwiek inną. Ponieważ nie udało się przeprowadzić jednoznacznej identyfikacji, śledczy nie mogli wyeliminować możliwości, że krew pochodziła od czwartej osoby, ewentualnie z kilku źródeł.

Poszukiwania trwały całą noc czternastego sierpnia oraz wiele tygodni później – grupy ochotników przeczesywały pobliskie pola i wzgórza, przeszukano wszystkie zakamarki, zajrzano w każdą najmniejszą dziurę, nurkowie sprawdzali rzekę, która płynęła przez las – bez skutku. Czternaście miesięcy później jeden z mieszkańców, pan Andrew Rafter, spacerując w lesie z psem, zauważył w poszyciu, około sześćdziesięciu metrów od drzewa, przy którym mnie znaleziono, charakterystyczny zegarek – na cyferblacie znajdował się obrazek grającego piłkarza, który jedną ręką sięgał do piłki – państwo Savage rozpoznali własność ich syna Petera. Pani Savage potwierdziła, że miał go na sobie tego popołudnia, gdy zaginął. Plastikowy pasek zegarka został oderwany od metalowego cyferblatu, prawdopodobnie przez nisko rosnącą gałąź, gdy Peter biegł. Laboratorium kryminalistyczne zidentyfikowało kilka częściowych odcisków palców na pasku i cyferblacie; wszystkie były zgodne z odciskami znalezionymi na osobistych rzeczach należących do Petera.

Pomimo licznych apeli policji oraz głośnej kampanii w mediach nigdy nie znaleziono żadnego śladu Petera Savage ani Germanie Rowan.

· · ·

Wstąpiłem do policji, ponieważ chciałem być oficerem śledczym. Czas spędzony na szkoleniu w Templemore College oraz w służbie mundurowej, niekończące się skomplikowane ćwiczenia fizyczne, chodzenie po małych miasteczkach w odblaskowej kurtce, która wyglądała jak z kreskówki, dochodzenie, który z trzech podejrzanych, miejscowych delikwentów, wybił okno w szopie w ogrodzie pani McSweeney – wszystko to przypominało żenujący galimatias napisany przez Ionesco, próbę nudy, którą muszę przejść z jakiegoś pokręconego, biurokratycznego powodu, aby dostać wymarzoną pracę. Nie wspominam tamtych lat i co więcej, nie pamiętam ich już zbyt dobrze. Z nikim się nie zaprzyjaźniłem; obojętność wobec całego procesu, przez który przechodziłem, wydawała mi się mimowolna i nieunikniona niczym efekt uboczny środka uspokajającego, ale inni gliniarze postrzegali moje zachowanie jako zamierzoną wyniosłość, wystudiowaną drwinę z ich solidnych, wiejskich korzeni oraz solidnych, wiejskich ambicji. Pewnie tak właśnie było. Niedawno odkryłem wpis do kalendarza ze szkoły policyjnej, w którym opisałem moich kolegów jako „stado wieśniaków debili z trzecim migdałem, którzy brodzą w miazmatach truizmu tak gęstego, że aż czuć bekon i kapustę, krowie gówno i świece na ołtarzu”. Nawet przy założeniu, że miałem zły dzień, myślę, że jest to dowód na pewien brak szacunku dla różnic kulturowych.

Kiedy dostałem się do wydziału zabójstw, nowe ubrania do pracy – pięknie skrojone garnitury z materiałów tak doskonałych, że zdawały się ożywać pod dotykiem palców, koszule o najsubtelniejszych błękitnych czy zielonych prążkach, miękkie niczym futerko królika kaszmirowe szaliki – wisiały już w mojej szafie prawie od roku. Uwielbiam niepisaną umowę dotyczącą przepisowego stroju. Była to jedna z pierwszych rzeczy, które zafascynowały mnie w tej pracy – to oraz prywatne, funkcjonalne, zawoalowane skróty: tajniacy, ślady, ekspertyza. W jednym z małych miasteczek, które przypominało mieścinę z powieści Stephena Kinga, a gdzie zostałem oddelegowany po skończeniu Templemore, zdarzyło się morderstwo: klasyczny przypadek przemocy w rodzinie, którego efekty przerosły oczekiwania samego sprawcy. Ponieważ poprzednia dziewczyna mężczyzny zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach, wydział zabójstw przysłał dwóch detektywów. Spędzili u nas cały tydzień; gdy tylko siedziałem przy swoim biurku, jednym okiem cały czas spoglądałem na automat do kawy, tak żeby w odpowiednim momencie wziąć kawę razem z detektywami, powoli nalewać sobie mleka i przysłuchiwać się potoczystemu, brutalnemu rytmowi ich rozmowy: kiedy kryminalistyka przyśle wyniki toksykologii, jak laboratorium zidentyfikuje ślady ząbków? Znów zacząłem palić, żeby móc wychodzić za nimi na parking, stać z papierosem kilka metrów dalej, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w niebo, i słuchać. Posyłali mi przelotne, niewyraźne uśmiechy, czasami słyszałem pstryknięcie zmatowiałej zapalniczki Zippo, zanim odwracali się do mnie bokiem, by powrócić do swych misternych, wielopłaszczyznowych strategii. Najpierw wezwać matkę, dać mu godzinę lub dwie, żeby posiedział w domu i pomartwił się, co ona mówi, a potem wezwać go z powrotem. Przygotować pokój ze zdjęciami z miejsca zbrodni, ale tylko go tamtędy przeprowadzić, żeby nie miał czasu się dobrze przyjrzeć.

W przeciwieństwie do tego, co moglibyście sobie pomyśleć, nie zostałem detektywem z powodu jakiejś donkiszotowskiej potrzeby rozwiązania tajemnicy z dzieciństwa. Przeczytałem akta tylko raz, pierwszego dnia pracy, późnym wieczorem. Siedziałem sam w biurze wydziału przy biurku, na którym lampa była jedyną plamą światła w całym pomieszczeniu (zapomniane nazwiska wywoływały w mojej głowie echa, gdy czytałem zeznania spisane wypłowiałym długopisem, że Jamie kopnęła matkę, ponieważ nie chciała iść do szkoły z internatem, że grupa „niebezpiecznie wyglądających” nastolatków spędzała wieczory, włócząc się w pobliżu lasu, że matka Petera miała kiedyś siniaka na policzku), i nigdy potem do nich nie zajrzałem. Potrzebowałem takiej tajemnicy, o prawie niewidocznej fakturze, przypominającej alfabet Braille’a czytelny tylko dla wtajemniczonych. Dwaj detektywi z wydziału zabójstw, którzy na chwilę pojawili się na „cholernym zadupiu”, byli niczym czystej krwi konie, niczym artyści na trapezie, którzy w blasku świateł doszli do perfekcji. Grali o najwyższą stawkę i w swojej grze byli ekspertami.

Wiedziałem, że to, co zrobili, było okrutne. Ludzie to dziki i bezwzględny gatunek; takie obserwowanie chłodnym, skupionym wzrokiem i delikatne dopasowywanie elementów układanki, aż zniknie podstawowy instynkt samozachowawczy człowieka, jest barbarzyństwem w najczystszej i najdoskonalej rozwiniętej formie.

· · ·

O Cassie usłyszeliśmy na długo przedtem, zanim zaczęła pracować w wydziale, prawdopodobnie zanim jeszcze dostała propozycję. Nasza poczta pantoflowa działa nieprawdopodobnie sprawnie, zupełnie jak wśród starszych pań. Praca policjantów z wydziału zabójstw to stresujące zajęcie, w dodatku jest ich niewielu, na stałe zatrudnia się tylko dwadzieścia osób, i wystarczy ledwie jedna dodatkowa przyczyna napięcia (czyjeś odejście, pojawienie się kogoś nowego, za dużo roboty, za mało roboty), aby wytworzyło się coś w rodzaju histerii o zabarwieniu gorączki kabinowej, gdzie aż roi się od skomplikowanych sojuszy i szalonych plotek. Zwykle jestem nie w temacie, ale wieści na temat Cassie Maddox przekazywano tak głośno, że dotarły nawet do mnie.

Po pierwsze dlatego, że była kobietą, co wywołało kiepsko skrywane oburzenie. Wszyscy jesteśmy świetnie wytrenowani, tak aby gorszyło nas zło, które powodują uprzedzenia, ale i tak daje się wyczuć uparte i nostalgiczne nuty tęsknoty za latami pięćdziesiątymi (nawet wśród ludzi w moim wieku; na większości terytorium Irlandii lata pięćdziesiąte trwały do roku 1995, kiedy to kraj wykonał skok wprost w taczerowskie lata osiemdziesiąte), gdy można było zmusić podejrzanego do wyznania prawdy, strasząc go, że powie się mamusi, jedynymi obcokrajowcami w kraju byli studenci medycyny, a w pracy człowiek uwalniał się od męczących bab. Cassie była czwartą kobietą, którą przyjęto do wydziału zabójstw. Decyzja o zatrudnieniu jednej z jej poprzedniczek okazała się tak fatalną pomyłką (według niektórych zamierzoną), kobieta stała się legendą wydziału po tym, jak o mały włos nie zabiła siebie lub swojego partnera, gdy wkurzyła się i rzuciła pistoletem w głowę podejrzanego.

Na dodatek Cassie miała dopiero dwadzieścia osiem lat i zaledwie kilka lat temu skończyła Templemore. Wydział zabójstw to jedno z elitarnych miejsc i nie przyjmuje się tutaj ludzi poniżej trzydziestki, chyba że ojciec takiej osoby jest politykiem. Ogólnie rzecz biorąc, trzeba przepracować parę lat jako wywiadowca, pomagając, gdy ktoś potrzebuje ludzi do czarnej roboty, a następnie odpracować jakiś czas w co najmniej jednym lub dwóch wydziałach. Cassie zaliczyła niecały rok w wydziale narkotyków. Jak było do przewidzenia, poczta pantoflowa przekazała, że sypia z kimś ważnym lub jest czyjąś nieślubną córką albo – bardziej oryginalne – że złapała kogoś ważnego na kupowaniu narkotyków i praca była zapłatą za trzymanie języka za zębami.

Dla mnie Cassie Maddox nie stanowiła problemu. Byłem w wydziale zabójstw dopiero od kilku miesięcy, ale nie podobały mi się prymitywne i niewybredne podteksty, rywalizacja na samochody i wody kolońskie oraz dowcipy o lekko bigoteryjnym zabarwieniu, które nazywano „ironicznymi”, za każdym razem wciągałem się w długi i drobiazgowy wykład na temat definicji ironii. Ogólnie rzecz biorąc, wolałem kobiety od mężczyzn. Sam również odczuwałem pewnego rodzaju niepewność co do swojego miejsca w wydziale. Miałem prawie trzydzieści jeden lat i dwa lata przepracowałem jako wywiadowca, a dwa w wydziale prewencji, więc mój angaż nie był tak niejasny jak Cassie, ale czasami myślałem, że wyżsi rangą oficerowie uważali, że jestem dobrym detektywem na bezmyślny, zaprogramowany sposób – tak jak niektórzy mężczyźni zakładają, że wysoka, szczupła blondynka jest piękna, nawet jeśli ma twarz przypominającą indyka z wytrzeszczem – ponieważ miałem wszystkie atuty. Mówię z doskonałym akcentem BBC, którego nauczyłem się w szkole z internatem jako kamuflażu ochronnego, a upłynie jeszcze sporo czasu, zanim kolonizacja przestanie działać: chociaż Irlandczycy kibicują absolutnie wszystkim drużynom, którym zdarzy się zagrać przeciwko Anglii, a ja sam znam wiele pubów, gdzie nie mógłbym zamówić drinka, nie ryzykując, że ktoś rozwali mi na głowie kufel, to wciąż zakładają, że ktoś z akcentem brytyjskim jest inteligentniejszy, lepiej wykształcony i w ogóle bardziej prawy. Na dodatek jestem wysoki, mam kościstą, szczupłą budowę ciała, dzięki czemu, jeśli garnitur jest dobrze skrojony, wyglądam smukło i elegancko, jestem także dość przystojny w nietypowy sposób. W agencji aktorskiej Central Casting na pewno uznano by mnie za dobrego detektywa, może nawet genialnego, nietuzinkowego samotnika, który bez strachu ryzykuje życie i zawsze łapie przestępcę.

Z powyższym opisem nie mam praktycznie nic wspólnego, ale nie byłem pewien, czy ktokolwiek to zauważył. Czasami, po zbyt dużej ilości wódki wypitej w samotności, do głowy przychodziły mi barwne, paranoiczne scenariusze, w których nadinspektor odkrywa, że tak naprawdę to jestem synem urzędnika z Knocknaree i zostaję przesunięty do wydziału do spraw własności intelektualnej. Doszedłem do wniosku, że gdy dołączy do nas Cassie Maddox, wszyscy zajmą się nią, a mnie zostawią w spokoju.

Kiedy się w końcu pojawiła, wielu rozczarowała. Mnóstwo plotek sprawiło, że wyobrażałem sobie kogoś z serialu telewizyjnego, z nogami po szyję i włosami jak z reklamy szamponu, i pewnie w obcisłym kombinezonie. Nasz nadinspektor, O’Kelly, przedstawił ją podczas poniedziałkowej odprawy, a ona wstała i powiedziała coś standardowego na temat tego, że cieszy się, że dołączy do wydziału, i ma nadzieję, że sprosta jego wysokim standardom; była zaledwie średniego wzrostu, miała ciemne kręcone włosy, chłopięco szczupłą budowę ciała i kwadratowe ramiona. Nie była w moim typie – zawsze lubiłem słodkie, malutkie, drobne dziewczyny, które mógłbym poderwać do góry i unieść jedną ręką – ale w niej coś było: może sposób, w jaki stała, cały ciężar ciała przesuwając na jedną nogę, wyprostowana i spokojna niczym gimnastyczka; a może po prostu otaczająca ją tajemnica.

– Słyszałem, że jej rodzina to masoni i że grozili rozwiązaniem wydziału, jeśli jej nie przyjmiemy – odezwał się za moimi plecami Sam O’Neill. Sam to przysadzisty, wesoły, niewzruszony facet z Galway. Nie przypuszczałem, że i jego porwie tsunami plotek.

– Na litość boską – powiedziałem. Sam uśmiechnął się i pokręcił głową. Wróciłem do przyglądania się Cassie, która usiadła i oparła stopę o krzesło przed sobą, kładąc notatnik na udzie.

Nie była ubrana jak policjant z wydziału zabójstw, ale z czasem to się pewnie zmieni. W zamian za pieniądze podatników oferujemy im podnoszący na duchu, oklepany schemat. Ubieramy się głównie podczas wyprzedaży w sklepie Brown Thomas i od czasu do czasu przychodzimy do pracy ubrani w żenująco identyczne mundurki. Do dzisiaj największym kretynem w wydziale pozostał Quigley, który mówił jak Daffy Duck z akcentem z Donegal i nosił pod garniturami podkoszulki ze sloganami (MAD BASTARD), bo myślał, że kogoś tym zaszokuje. Kiedy wreszcie zrozumiał, że nikt z nas nie jest zaszokowany ani w najmniejszym stopniu zaintrygowany, poprosił mamusię, żeby przyjechała na jeden dzień i poszła z nim na zakupy do sklepu BT.

Tamtego dnia zaliczyłem Cassie do tej samej kategorii. Miała na sobie bojówki i wełniany sweter w kolorze wina z za długimi rękawami oraz niezgrabne adidasy i uznałem to za pretensjonalną pozę: Patrzcie, jestem zbyt wyluzowana na wasze konwenanse. Iskra niechęci, którą tym rozpaliła, zwiększyła tylko moje zainteresowanie. Część mnie czuje pociąg do irytujących kobiet.

Przez następnych parę tygodni nie zwracałem na nią uwagi, zostało tylko ogólne wrażenie, które wywołuje w miarę dobrze wyglądająca kobieta w środowisku, gdzie znajdują się głównie sami mężczyźni. Tom Costello, nasz siwowłosy weteran, pokazywał jej co i jak, a ja pracowałem nad bezdomnym, który został pobity na śmierć na ulicy. Jakiś depresyjny, nieubłagany ton przeniknął z jego życia do śmierci i była to jedna z tych spraw, które od samego początku są beznadziejne – żadnych tropów, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, ktokolwiek go zabił, był prawdopodobnie tak pijany albo naćpany, że nawet tego nie pamięta – więc buzująca we mnie iskra napalonego nowicjusza zaczynała trochę wygasać. Zostałem przydzielony do Quigleya, co się nie sprawdzało; jego poczucie humoru ograniczało się do odgrywania przydługich kawałków z Wallace’a i Gromita, a następnie wybuchania śmiechem w stylu Woody’ego Woodpeckera, co oznaczało, że miało to być śmieszne. Najbardziej dołował mnie fakt, że przydzielono mnie do niego nie dlatego, że będzie miły dla nowego, ale dlatego, że nikt inny nie chciał z nim pracować. Nie miałem ani czasu, ani energii, żeby poznawać Cassie. Czasami zastanawiałem się, jak długo moglibyśmy tak funkcjonować. Nawet w małym wydziale zawsze znajdą się ludzie, z którymi co najwyżej wymienia się skinienie głowy i uśmiech w korytarzu, po prostu dlatego, że ich ścieżki nigdy się ze sobą nie skrzyżują.

Zostaliśmy przyjaciółmi, ponieważ jej skuter, kremowa vespa rocznik 1981, z jakiegoś powodu, pomimo statusu klasyka, przypomina mi szczęśliwego durnia z owczarkiem szkockim na opakowaniu pedigree. Mówię na vespę „kosiarka”, żeby dokuczyć Cassie; ona nazywa mojego poobijanego białego land-rovera „pojazdem dla biednych”, robiąc przy tym dziwną, współczującą uwagę na temat moich dziewczyn, albo „ekomobilem”, kiedy jest w kłótliwym nastroju. „Kosiarka” złośliwie wybrała sobie mokry, wietrzny dzień września, by zepsuć się przed budynkiem, w którym pracowaliśmy. Wyjeżdżałem właśnie z parkingu, gdy dostrzegłem drobną, przemokniętą dziewczynę w czerwonej kurtce przeciwdeszczowej, która wyglądała jak Kenny z South Park. Stała obok swojego małego, ociekającego wodą skutera i krzyczała za autobusem, który właśnie ją ochlapał. Zatrzymałem się i zawołałem przez okno:

– Pomóc ci?!

Spojrzała na mnie i odkrzyknęła:

– Skąd ci to przyszło do głowy?! – A potem, co kompletnie mnie zaskoczyło, zaczęła się śmiać.

Zakochiwałem się w niej przez całe pięć minut, kiedy usiłowałem zapalić vespę. W za dużej kurtce przeciwdeszczowej wyglądała jak ośmiolatka, do kompletu brakowało jej tylko kaloszy w biedronki, a wnętrze czerwonego kaptura skrywało ogromne, brązowe oczy, sklejone od deszczu rzęsy i twarz przypominającą kociaka. Miałem ochotę delikatnie ją wytrzeć ogromnym, puszystym ręcznikiem przed trzaskającym ogniem. Ale wtedy ona powiedziała:

– Czekaj, daj mi. Trzeba wiedzieć, jak to cosik przekręcić. – A ja uniosłem brew i odparłem:

– Cosik? Doprawdy, dziewczęta.

Natychmiast tego pożałowałem – nie miałem talentu do przekomarzania się, a nigdy nie wiadomo, przecież mogła być jakąś żarliwą feministyczną ekstremistką, która zrobi mi w strugach deszczu wykład na temat Amelii Earhart. Lecz Cassie spojrzała na mnie przeciągle z ukosa, a następnie klasnęła w mokre dłonie i powiedziała lekko chropawym głosem Marilyn:

– Ojej, a ja tak marzyłam o księciu w błyszczącej zbroi, który przyjdzie uratować taką malutką dziewczynkę jak ja! Tylko że w moich marzeniach był przystojny.

I jak w kalejdoskopie w jednej sekundzie wszystko się zmieniło. Przestałem się w niej zakochiwać i zacząłem ją ogromnie lubić. Spojrzałem na jej kurtkę z kapturem.

– O mój Boże, zaraz zabiją Kenny’ego – powiedziałem, wrzuciłem „kosiarkę” na tył land-rovera i odwiozłem ją do domu.

· · ·

Mieszkała w garsonierze – nazwy tej wynajmujący zwykle używają do opisania kawalerki, w której jest miejsce dla ewentualnych gości – na ostatnim piętrze na wpół rozpadającego się georgiańskiego domu w Sandymount. Ulica była cicha, szerokie, otwierane pionowo okno wychodziło ponad dachami na plażę. W środku stały drewniane regały na książki zapchane starymi wydaniami w miękkich okładkach, niska wiktoriańska sofa z obiciem w odcieniu wściekłego turkusu oraz duży futon nakryty patchworkowym pledem, kilka muszelek, kamieni oraz kasztanów leżało na parapecie okna, brakowało ozdób czy plakatów.

Niewiele pamiętam z tamtego wieczoru, tak samo jak i Cassie. Rozmawialiśmy na kilka tematów, ale nie umiałbym powtórzyć nawet jednego słowa, które wtedy padło. Uważam, że to bardzo dziwne, a gdy jestem w odpowiednim nastroju – bardzo magiczne; tamten wieczór kojarzy mi się ze stanami nieświadomości, które przez wieki były przypisywane działaniom wróżek, czarownic czy kosmitów, a z których nikt nie powraca niezmieniony. Lecz w takich zagubionych kieszeniach czasu zwykle przebywamy samotnie; jest coś pociągającego w tym, że można by je z kimś dzielić, co z kolei przywodzi mi na myśl bliźnięta, które unosząc się bezwładnie w wypełnionej ciszą przestrzeni, powoli wyciągają na oślep dłonie.

Wiem, że zostałem na kolację – studencką kolację składającą się ze świeżego sosu do makaronu prosto ze słoika i gorącej whiskey w porcelanowych kubkach. Pamiętam, jak Cassie otworzyła ogromną szafę, która zajmowała prawie całą ścianę, by wyjąć mi ręcznik do wytarcia włosów. Ktoś, prawdopodobnie ona sama, wstawił do szafy półki na książki. Umieszczone były nieregularnie, na różnych wysokościach i wyładowane rozmaitymi rzeczami; nie przyglądałem się dokładnie, ale były tam wyszczerbione emaliowane rondle, notatniki w marmurkowych okładkach, miękkie swetry w perłowych kolorach, stosy zapisanych papierów. Przypominało to tło jednej z tych starych ilustracji przedstawiających bajkową chatkę.

Pamiętam, że w końcu spytałem:

– Jak ci się udało dostać do wydziału? – Rozmawialiśmy o tym, jak się aklimatyzuje, i wydawało mi się, że rzuciłem pytanie od niechcenia, ale ona posłała mi szelmowski uśmieszek, jakbyśmy grali w warcaby, i właśnie złapała mnie na próbie odwrócenia jej uwagi od niezdarnego ruchu.

– To znaczy? Chodzi ci o to, że jestem dziewczyną?

– Raczej, że jesteś bardzo młoda – odparłem, chociaż oczywiście miałem na myśli obie te rzeczy.

– Costello powiedział do mnie wczoraj „synu” – oznajmiła Cassie. – „Dobrze, synu”. Zaraz zresztą się zdenerwował i zaczął się jąkać. Pewnie się bał, że go pozwę.

– Można to uznać za komplement.

– Tak też to zrozumiałam. Szczerze mówiąc, jest słodki. – Włożyła do ust papierosa i wyciągnęła w moją stronę rękę; rzuciłem jej zapalniczkę.

– Ktoś mi powiedział, że byłaś tajnym agentem, pracowałaś jako prostytutka i wpadłaś na jakąś grubą rybę. – Cassie tylko odrzuciła mi zapalniczkę i uśmiechnęła się.

– Quigley, co? Mnie powiedział, że byłeś kretem MI6.

– Co? – spytałem oburzony, wpadając we własne sidła. – Quigley to kretyn.

– Eee, serio? – Zaczęła się śmiać. Po chwili się do niej przyłączyłem. Sprawa z kretem nie dawała mi spokoju – Jeśli ktokolwiek w to w ogóle uwierzył, to z całą pewnością już nikt nigdy mi nic nie powie; choć ciągłe branie mnie za Anglika doprowadza mnie do szewskiej pasji, to w pewien sposób podobała mi się myśl, że mógłbym być Jamesem Bondem.

– Jestem z Dublina – powiedziałem. – Akcentu nabrałem w szkole z internatem w Anglii. I ten gnojek po lobotomii doskonale o tym wie. – Co było prawdą; w ciągu pierwszych tygodni pracy w wydziale tak długo dręczył mnie pytaniami na temat tego, co Anglik robi w irlandzkiej policji, jak dziecko, które nieustannie puka dorosłego w ramię i ględzi: „Czemu? Czemu? Czemu?”, aż w końcu się poddałem i wyjaśniłem mu, skąd wziął się mój akcent. Najwyraźniej powinienem użyć prostszych słów.

– Co ty z nim właściwie robisz? – spytała Cassie.

– Po trochu tracę zmysły.

Coś, wciąż nie jestem pewien co, sprawiło, że Cassie podjęła decyzję. Oparła się na boku, przekładając kubek do drugiej ręki (przysięga, że wtedy piliśmy już kawę, i twierdzi, że tylko ja uważam, że była to gorąca whiskey, i to tylko dlatego, że piliśmy ją tamtej zimy bardzo często, ale ja wiem swoje, dobrze pamiętam ostre kawałki goździków na języku, uderzającą do głowy parę) i podciągnęła bluzkę pod piersi. Byłem tak zaskoczony, że potrzebowałem dobrej chwili, żeby zrozumieć, co mi pokazuje: długą bliznę, wciąż jeszcze czerwoną i wypukłą, ze śladami po szwach, zakręcającą wzdłuż linii żebra.

– Zostałam pchnięta nożem.

To było tak oczywiste, że poczułem zażenowanie na myśl o tym, że nikt z nas na to nie wpadł. Detektyw ranny na służbie ma prawo wybrania sobie przydziału. Myślę, że przeoczyliśmy tę możliwość, ponieważ w normalnych okolicznościach wiadomość o pchnięciu nożem w zasadzie położyłaby kres wszelkim plotkom, ale my nic o tym nie słyszeliśmy.

– Jezu. Co się stało?

– Byłam tajną agentką na Uniwersytecie Dublińskim – odparła Cassie. To wyjaśniało zarówno ubrania, jak i lukę w informacjach: tajni agenci bardzo poważnie podchodzą do dyskrecji. – Dlatego tak szybko zostałam detektywem. W kampusie działał krąg dealerów i wydział narkotyków chciał odkryć, kto za tym stoi, więc potrzebowali ludzi, którzy mogliby udawać studentów. Podawałam się za studentkę robiącą magisterkę z psychologii. Zanim wstąpiłam do szkoły policyjnej, studiowałam przez kilka lat psychologię w Trinity, dlatego potrafiłam odpowiednio gadać i wyglądałam młodo.

Faktycznie. Na jej twarzy rysowała się niecodzienna czystość, której nigdy wcześniej u nikogo nie widziałem; miała gładką niczym dziecko skórę, a szerokie usta, wysokie kości policzkowe, zadarty nos i długie łuki brwi sprawiały, że inni wyglądali przy niej na rozmazanych i niewyraźnych. O ile się na tym znam, nie malowała się, używała tylko pomadki ochronnej do ust w odcieniu czerwonym, która pachniała cynamonem, wskutek czego Cassie wydawała się jeszcze młodsza. Niewielu ludzi uznałoby ją za piękną, ale mój gust zawsze podążał bardziej w stronę indywidualności niż produktów firmowych, i o wiele większą przyjemność sprawiało mi patrzenie na nią niż na cycate blond klony.

– I zostałaś zdemaskowana?

– Nie – powiedziała oburzona. – Odkryłam, kto był głównym dealerem: bogaty dureń z Blackrock, który oczywiście studiował ekonomię. Po kilku miesiącach się z nim zaprzyjaźniałam, śmiałam się z kiepskich żartów, poprawiałam mu prace. Zasugerowałam, że mogłabym rozprowadzać towar wśród dziewczyn, bo mniej by się denerwowały, kupując narkotyki od kobiety, nie? Pomysł mu się spodobał, wszystko szło świetnie, więc napomknęłam, że może prościej by było, gdybym sama spotykała się z dostawcą, zamiast dostawać towar przez niego. Tylko że wtedy młody sam już wciągał trochę za dużo towaru… był maj i miał przed sobą egzaminy. Dostał paranoi, twierdził, że usiłuję przejąć jego interes i mnie dźgnął. – Upiła łyk alkoholu. – Nie mów o tym Quigleyowi. Operacja nadal trwa, więc nie powinnam o tym rozmawiać. Niech się biedny popapraniec cieszy swoimi wyobrażeniami.

Zrobiła na mnie wrażenie nie dlatego, że pchnięto ją nożem (w końcu, jak sobie powtarzałem, nie zrobiła nic nadzwyczaj odważnego ani inteligentnego; po prostu nie udało jej się wystarczająco szybko zrobić uniku), ale dlatego, że imponowała mi praca tajnego agenta i totalna swoboda, z jaką Cassie opowiadała swoją historię. Sam jestem osobą, która ciężko pracowała, by do perfekcji doprowadzić umiejętność sprawiania wrażenia obojętnego od niechcenia, dlatego potrafię rozpoznać coś prawdziwego, kiedy to widzę.

– Jezu – powtórzyłem. – Założę się, że nieźle mu dali popalić, kiedy go dostali w swoje ręce. – Nigdy jeszcze nie uderzyłem podejrzanego, to niepotrzebne, wystarczy by myślał, że można to zrobić, ale inni nie są tacy delikatni, a każdy, kto dźgnie nożem gliniarza, ma spore szanse zebrać kilka siniaków w drodze na posterunek.

Uniosła brew, spoglądając na mnie z rozbawieniem.

– Nie. To by spaliło całą operację. Potrzebowali go, żeby dorwać dostawcę; dopiero co zaczęli pracę z nowym tajniakiem.

– A ty nie chcesz, żeby go zwinęli? – spytałem. Frustrował mnie jej spokój i moja naiwność. – Przecież cię dźgnął.

Cassie wzruszyła ramionami.

– W sumie, jak o tym pomyśleć, to miał rację: ja tylko udawałam jego przyjaciółkę, żeby go wykorzystać. A on był wyniszczonym przez narkotyki dealerem. To właśnie robią wyniszczeni przez narkotyki dealerzy.

Dalej pamięć znów mnie zawodzi. Wiem, że chciałem zrobić na niej wrażenie, a ponieważ nigdy nie byłem ofiarą nożownika ani nie brałem udziału w strzelaninie, ani niczym takim, opowiedziałem jej rozwlekłą i w większości prawdziwą historię z czasów, gdy pracowałem w wydziale prewencji, o zdjęciu faceta, który groził, że skoczy z dachu bloku ze swoim dzieckiem (szczerze mówiąc, to musiałem być już trochę pijany: jeszcze jeden argument za tym, dlaczego jestem tak pewien, że piliśmy whiskey). Pamiętam pasjonującą rozmowę na temat chyba Dylana Thomasa, Cassie klęczącą na sofie i gestykulującą, zapomnianego papierosa, który dopalał się w popielniczce. Przekomarzając się, sprytni, lecz nieufni niczym nieśmiało krążące dzieci, obydwoje sprawdzaliśmy się ukradkowo po każdej ripoście, żeby się upewnić, czy nie przekroczyliśmy jakiejś granicy ani nie zraniliśmy swoich uczuć. Blask ognia i Cowboy Junkies, Cassie śpiewająca słodkim, chropawym półgłosem.

– A narkotyki, które dostawałaś od młodego – spytałem później. – Sprzedawałaś je studentom?

Cassie wstała, żeby nastawić czajnik.

– Czasami.

– Nie przeszkadzało ci to?

– Wszystko w pracy tajnej agentki mi przeszkadzało – odparła Cassie. – Wszystko.

· · ·

Następnego ranka weszliśmy na posterunek jako przyjaciele. W sumie było to bardzo proste: rozrzuciliśmy nasionka, nie zastanawiając się nad tym, i obudziliśmy się pośród własnych łodyg fasoli. Gdy nadeszła godzina przerwy, pochwyciłem wzrok Cassie i pokazałem jej papierosa, wyszliśmy na zewnątrz, gdzie usiedliśmy ze skrzyżowanymi nogami po przeciwnych stronach ławki. Czekała na mnie po zakończeniu zmiany, psiocząc głośno, ile czasu zajmuje mi zebranie swoich rzeczy („Zupełnie jakbym się umówiła z Sarah Jessicą Parker. Tylko nie zapomnij o błyszczyku, słonko, nie chcielibyśmy, żeby szofer musiał po niego wracać”), a gdy schodziliśmy po schodach, spytała:

– Piwo? – Nie potrafię wyjaśnić alchemii, dzięki której po jednym spędzonym wieczorze mieliśmy wrażenie, że znamy się od lat. Zrozumieliśmy, że nadajemy na tej samej częstotliwości, a jednocześnie było to zbyt oczywiste, by mogło nas zaskoczyć.

Kiedy tylko Costello skończył zapoznawać ją z pracą w wydziale, zostaliśmy partnerami. O’Kelly się trochę opierał – nie podobał mu się pomysł dwóch nowicjuszy pracujących razem, w dodatku wiedział, że będzie musiał coś zrobić z Quigleyem – ale ja, raczej fuksem niż wskutek własnej przenikliwości, odkryłem świadka, który słyszał, jak ktoś się przechwalał, że zabił bezdomnego faceta, więc miałem u O’Kelly’ego względy i w pełni to wykorzystałem. Ostrzegał nas, że będzie nam dawał tylko najprostsze i beznadziejne sprawy, „nic, co by wymagało prawdziwej detektywistycznej roboty”, a my potulnie przytaknęliśmy i raz jeszcze mu podziękowaliśmy, świadomi, że mordercy zazwyczaj nie są na tyle uprzejmi, by zagwarantować, że skomplikowane sprawy pojawiają się w ustalonej kolejności. Cassie przeniosła swoje rzeczy na biurko obok mnie, a Costello ugrzązł z Quigleyem i jeszcze przez wiele tygodni rzucał nam smutne, pełne wyrzutu spojrzenia cierpiącego labradora.

· · ·

W ciągu paru następnych lat zapracowaliśmy, przynajmniej tak sądzę, na dobrą opinię w wydziale. Zatrzymaliśmy podejrzanego o pobicie mężczyzny na ulicy i przesłuchiwaliśmy go przez sześć godzin – choć gdyby wykasować każde powtórzenie „O kurwa, człowieku” z taśmy, to wątpię, czy zostałoby ze czterdzieści minut – aż się w końcu przyznał. Był to ćpun o imieniu Wayne („Wayne – powiedziałem do Cassie, kiedy przynosiliśmy mu sprite’a i obserwowaliśmy, jak wyciska pryszcze, przyglądając się sobie w lustrze weneckim. – Czemu zaraz po urodzeniu rodzice po prostu nie wytatuowali mu »Nikt w naszej rodzinie nie skończył szkoły średniej« na czole?”), który pobił bezdomnego faceta, znanego jako Brodaty Eddie, za to, że ukradł mu kołdrę. Po podpisaniu zeznania Wayne spytał, czy może dostać swoją kołdrę z powrotem. Oddaliśmy go mundurowym i powiedzieliśmy, że to sprawdzą, a następnie poszliśmy do Cassie z butelką szampana i gadaliśmy do szóstej rano. Następnego dnia pojawiliśmy się w pracy spóźnieni i jeszcze trochę weseli.

Jak można było przewidzieć, musieliśmy przejść przez fazę, podczas której Quigley i kilku innych przez jakiś czas pytali mnie, czy z nią sypiam i czy, jeśli to prawda, sypia z każdym; kiedy w końcu dotarło do nich, że naprawdę ze sobą nie sypiamy, doszli do wniosku, że pewnie jest lesbą (zawsze uważałem, że Cassie jest bardzo kobieca, ale rozumiałem, że dla pewnego typu ludzi chłopięca fryzura i brak makijażu oraz męskie sztruksy to oznaki skłonności lesbijskich). Cassie w końcu się znudziła i zrobiła z tym porządek, pojawiając się na przyjęciu gwiazdkowym w czarnej aksamitnej sukience koktajlowej bez ramiączek i z przystojnym zawodnikiem rugby o imieniu Gerry. Był to jej daleki kuzyn, w dodatku szczęśliwie żonaty, ale ponieważ miał wobec niej rozwinięty instynkt opiekuńczy, przez cały wieczór mógł patrzeć na nią z uwielbieniem, żeby tylko ułatwić jej karierę.

Plotki ucichły, a ludzie w większym lub mniejszym stopniu zostawili nas samym sobie, co bardzo nam odpowiadało. Choć wcale tego nie widać, Cassie nie należy do osób szczególnie towarzyskich, podobnie jak ja; jest pełna życia i ma niezły refleks, kiedy chodzi o żartobliwe przekomarzanki, potrafi rozmawiać z każdym, ale jeśli ma wybór, to woli moje towarzystwo od dużej grupy. Sporo nocy przespałem na jej sofie. Nasz wskaźnik rozwiązanych spraw był dobry i rósł; O’Kelly przestał grozić, że nas rozdzieli, za każdym razem, gdy się spóźnialiśmy z papierkową robotą. Byliśmy w sądzie, żeby zobaczyć, jak Wayne zostaje uznany za winnego nieumyślnego spowodowania śmierci („O kurwa, człowieku”). Sam O’Neill wprawnie naszkicował naszą karykaturkę, w której przedstawił nas jako Muldera i Scully (mam ją jeszcze gdzieś), a Cassie przykleiła ją do komputera razem z naklejką „Zły glina! Nie dostanie pączka!”.

Z perspektywy czasu myślę, że Cassie zjawiła się w moim życiu we właściwej chwili. W swoich olśniewających, nieodpartych wizjach outsidera w wydziale zabójstw nie brałem pod uwagę takich elementów jak Quigley czy plotki, czy też niekończące się pokrętne przesłuchania ćpunów, którzy dysponowali słownikiem składającym się z sześciu słów i dykcją, jakby ktoś im wsadził w usta wiertło dentystyczne. Wyobrażałem sobie życie na takich obrotach i wypełnione tak ważnymi sprawami, że wszystko, co małe i nieważne, zostanie zmiecione niczym w pożarze buszu, lecz rzeczywistość mnie zadziwiła i zawiodła niczym dziecko, które otwiera prezent gwiazdkowy w błyszczącym papierze i znajduje w środku wełniane skarpety. Gdyby nie Cassie, to myślę, że skończyłbym, zmieniając się w detektywa z Prawa i bezprawia, tego z wrzodami, który uważa, że wszystko to spisek rządu.

2

Sprawę Devlina dostaliśmy w sierpniu, w środę rano. Według moich notatek była 11.48, więc wszyscy wyszli na przerwie na kawę. Cassie i ja graliśmy w robaki na moim komputerze.

– Ha! – zawołała Cassie, wysyłając jednego ze swoich robaków, żeby trzepnął mojego kijem baseballowym i zrzucił go z urwiska. Mój robak, Zamiatacz Willy, spadając do oceanu, krzyknął tylko: „O matko!”.

– Dałem ci to zrobić – oświadczyłem.

– Jasne – odparła Cassie. – Żadna dziewczyna nie da rady pobić prawdziwego mężczyzny. Nawet robak to wie, tylko mięczak bez odrobiny testosteronu mógłby…

– Na szczęście ja jestem na tyle pewien swojej męskości, że nie muszę się czuć w najmniejszym stopniu zagrożony przez…

– Cii – powiedziała Cassie i odwróciła głowę w stronę monitora. – Dobry chłopiec. Cii, rób dobre wrażenie i zabawiaj się swoim robaczkiem. I tak wiadomo, że tylko to ci pozostało.

– Myślę, że przeniosę się w jakieś przyjemne i spokojne miejsce, na przykład do sekcji kryzysowej.

– SK wymaga umiejętności szybkiego reagowania, słonko. Skoro tobie pół godziny zajmuje podjęcie decyzji, co zrobić z wymyślonym robakiem, to raczej nie będą chcieli, żebyś zajmował się porwaniami.

W tym momencie do pokoju wpadł O’Kelly.

– Gdzie są wszyscy? – zapytał.

Cassie szybko wcisnęła Alt-Tab; jeden z jej robaków nazywał się O’Smelly i celowo stawiała go w beznadziejnych sytuacjach, żeby móc patrzeć, jak wybucha, potykając się o eksplodującą owcę.

– Na przerwie – wyjaśniłem.

– Archeolodzy znaleźli ciało. Kto się tym zajmie?

– My – oznajmiła Cassie i zdjęła nogę z mojego krzesła, chowając ją z powrotem pod swoje biurko.

– Dlaczego my? – spytałem. – Nie mogą się tym zająć lekarze sądowi?

Przepisy wymagają od archeologów, aby wzywali policję, jeśli znajdą szczątki ludzkie na głębokości mniejszej niż trzy metry. Zapewne na wypadek, gdyby jakiś geniusz wpadł na pomysł ukrycia ciała, zakopując je na czternastowiecznym cmentarzu w nadziei, że szczątki zostaną uznane za średniowieczne. Przypuszczam, że ktoś doszedł do wniosku, że osoba wystarczająco przedsiębiorcza, by dokopać się głębiej niż na trzy metry bez zwrócenia na siebie uwagi, zasługuje na swobodę działania już za samo poświęcenie. Mundurowi i lekarze sądowi bywają wzywani dość regularnie, kiedy tąpnięcia gruntu albo erozja wyrzucają szkielet pod powierzchnię, ale zwykle jest to tylko formalność; dość łatwo odróżnić nowe szczątki od starych. Detektywów wzywa się tylko w wyjątkowych sytuacjach, zwykle kiedy ciało i kości zachowały się w torfowisku tak doskonale, że od razu widać, iż to świeże zwłoki.

– Nie tym razem – powiedział O’Kelly. – Są świeże. Dziewczynka, prawdopodobnie zamordowana. Mundurowi nas wezwali. To tylko Knocknaree, nie będziecie musieli tam zostawać na noc.

Coś dziwnego stało się z moim oddechem. Cassie przerwała wkładanie rzeczy do torby i poczułem, jak na ułamek sekundy zatrzymała na mnie wzrok.

– Panie nadinspektorze, przykro mi, ale nie możemy teraz wziąć kolejnej sprawy o zabójstwo. Jesteśmy w samym środku sprawy McLoughlina i…

– Jakoś ci to nie przeszkadzało, kiedy myślałaś, że będzie to po prostu wolne popołudnie, Maddox – wysapał O’Kelly. Nie lubi Cassie z kilku prymitywnych, łatwych do przewidzenia powodów, płci, ubrań, wieku, w jakimś sensie bohaterskiej służby, i to jego przewidywalność przeszkadza jej bardziej niż sama antypatia. – Skoro mieliście czas, żeby spędzić dzień na wsi, znajdziecie go również na poważne śledztwo. Technicy z laboratorium są już w drodze. – Wyszedł.

– O cholera – powiedziała Cassie. – Cholera, co za palant. Ryan, strasznie cię przepraszam. Nie myślałam…

– W porządku, Cass. – Najlepsze w Cassie jest to, że wie, kiedy się zamknąć i zostawić człowieka w spokoju. Dziś przypadała jej kolej za kółkiem, ale wybrała mój ulubiony, nieoznakowany wóz – saab z dziewięćdziesiątego ósmego roku, który prowadzi się jak marzenie – i rzuciła mi kluczyki. W samochodzie wygrzebała z torby etui na płyty i podała mi; kierowca wybiera muzykę, ale ja zwykle zapominam przynieść swoje płyty. Wybrałem pierwszą, której nie podejrzewałem o żadne ciężkie i łomoczące basy, i nastawiłem głośno.

Nie byłem w Knocknaree od tamtego pamiętnego lata. Wysłano mnie do szkoły z internatem kilka tygodni po tym, jak Jamie miała pójść do swojej – oczywiście nie do tej samej szkoły; pojechałem do Wiltshire, a kiedy wróciłem na Boże Narodzenie, mieszkaliśmy już w Leixlip, po drugiej stronie Dublina. Gdy tylko znaleźliśmy się na drodze szybkiego ruchu, Cassie musiała wyciągnąć mapę i znaleźć zjazd, potem prowadziła nas przez wyboiste boczne drogi o poboczach porośniętych trawą i krzakami, które rosły dziko i ocierały się o szyby.

Zawsze żałowałem, że nie pamiętam, co się wydarzyło w lesie. Nieliczne osoby, które wiedzą o całej sprawie z Knocknaree, prędzej czy później sugerują, że powinienem spróbować hipnozy, ale z jakiegoś powodu pomysł ten wydaje mi się niesmaczny. Mam bardzo podejrzliwy stosunek do wszystkiego, co pachnie New Age – nie z powodu samych praktyk, w których, moim zdaniem, jak się im przyjrzeć z bezpiecznej odległości, może coś być, ale z powodu ludzi, którzy się w to angażują. Zawsze zdają się należeć do tych, co osaczają człowieka na imprezach, żeby opowiedzieć o odkryciu, które uratowało im życie i dało poczucie, że zasługują na szczęście. Boję się, że po hipnozie mógłbym się obudzić z tym przesłodzonym spojrzeniem, w którym odbija się pełne samozadowolenia oświecenie, niczym siedemnastolatek, który dopiero co odkrył Kerouaca i zaczął nawracać nieznajomych w pubach.

· · ·

Stanowisko w Knocknaree było ogromnym polem, które leżało na płytkim zboczu po jednej stronie wzgórza. Zostało całkowicie rozkopane, pocięte nieczytelną siatką działań archeologicznych – rowami, gigantycznymi kopcami ziemi, szopami, rozsianymi tu i ówdzie fragmentami surowych murów kamiennych przypominających zarys jakiegoś szalonego labiryntu – przez co wyglądało nierealnie, jak po wybuchu atomowym. Otoczone było z jednej strony szerokim pasem drzew, z drugiej zaś murem, zza którego wystawały równo ustawione dachy prowadzące od drzew do drogi. W kierunku szczytu wzgórza, niedaleko muru, znajdowało się miejsce, które zostało odgrodzone niebiesko-białą taśmą policyjną, a wokół którego zgromadzili się technicy kryminalistyczni. Musiałem ich wszystkich znać, ale teraz w tym miejscu wyglądali inaczej – białe kombinezony, dłonie w rękawiczkach, nieokreślone, delikatne instrumenty – przypominali coś obcego i złowieszczego, prawdopodobnie związanego z CIA. W oddali widać było jeden czy dwa obiekty, które wyglądały jak solidna i podnosząca na duchu ilustracja z książki: niska, pobielana wapnem chata tuż przy drodze, z czarno-białym owczarkiem, który rozłożył się przed nią i któremu drgały łapy; oraz kamienna wieża porośnięta bluszczem, marszczącym się niczym woda pod wpływem bryzy. Światło odbijało się w ciemnej powierzchni rzeki, która przecinała jeden róg pola.

…pięty tenisówek wbite w ziemię na brzegu, liście rzucające cętkowane cienie na czerwony podkoszulek, wędki gałęzi i potok pluskający do muszek: Cicho! Wystraszycie ryby!…

Na miejscu pola dwadzieścia lat temu rósł las. Pozostał po nim tylko wąski pas drzew. Mieszkałem w jednym z domów po drugiej stronie muru.

Nie tego się spodziewałem. Nie oglądam wiadomości irlandzkich. Zawsze w płynny sposób zmieniają się w ciąg przyprawiających o migrenę niewyraźnych postaci identycznych polityków o wzroku socjopatów, wydających bezbarwny, nic nieznaczący jazgot, zupełnie jakby ktoś za szybko odtwarzał płytę. Wolę zagraniczne wiadomości, w nich – przynajmniej tak mi się wydaje – poszczególni gracze czymś się od siebie różnią. Miałem mgliste wrażenie, że gdzieś w pobliżu Knocknaree znajduje się stanowisko archeologiczne i że toczy się wokół niego jakiś spór, ale nie znałem żadnych szczegółów ani dokładnej lokalizacji. Nie spodziewałem się tego, co zobaczyłem.

Zaparkowałem w zatoczce, w miejscu gdzie po drugiej stronie drogi stało kilka szop, pomiędzy furgonetką z laboratorium kryminalistycznego i dużym, czarnym mercedesem należącym do Coopera, lekarza sądowego hrabstwa. Wysiedliśmy z samochodu, a ja zatrzymałem się, żeby sprawdzić pistolet: był czysty, naładowany i zabezpieczony. Noszę kaburę na szelkach; każde inne bardziej widoczne miejsce wydaje mi się niezręczne, to pewnie jakiś ustawowy ekwiwalent szpanu. Cassie twierdzi, że trzeba pierdolić niezręczność, kiedy ma się metr pięćdziesiąt wzrostu i jest się młodą kobietą, odrobina rzucającej się w oczy władzy nie jest zła, i w związku z tym nosi pas. Ta rozbieżność często działa: ludzie nie wiedzą, kogo się bać, dziewczynki z pistoletem czy dużego faceta najwyraźniej bez broni, i ta dezorientacja powoduje, że zostają wytrąceni z równowagi.

Cassie oparła się o samochód i wygrzebała z torby papierosy.

– Chcesz?

– Nie, dzięki. – Sprawdziłem szelki, zacisnąłem paski, upewniłem się, że żaden nie jest przekręcony. Miałem wrażenie, jakby moje palce stały się grube i niezdarne, oddzielone od ciała. Nie chciałem, żeby Cassie rzuciła uwagę, że niezależnie od tego, kim była dziewczynka i kiedy została zabita, mało prawdopodobne, by morderca czaił się gdzieś za szopą, bo czuje potrzebę znalezienia się na muszce pistoletu. Odrzuciła do tyłu głowę i wydmuchnęła dym w stronę rosnących w górze gałęzi. Był to zwyczajny, irlandzki dzień lata, irytująco niezdecydowany, słoneczny, ale z przepływającymi po niebie chmurami i podmuchami wiatru, gotowy w jednej sekundzie obrzucić świat potokami deszczu albo promieniami oślepiającego słońca, albo jednym i drugim.

– Chodź – powiedziałem. – Zobaczymy ofiarę. – Cassie zgasiła papierosa o podeszwę buta, wcisnęła niedopałek z powrotem do paczki i ruszyliśmy przez drogę.

Między szopami kręcił się mężczyzna w średnim wieku, ubrany w prujący się sweter. Facet wyglądał na zagubionego. Kiedy nas dostrzegł, ożywił się.

– Detektywi – powiedział. – Państwo są detektywami policyjnymi, tak? Doktor Hunt… to znaczy Ian Hunt. Kierownik wykopalisk. Gdzie życzą sobie państwo… no cóż, biuro czy ciało, czy…? Nie jestem pewien, wiedzą państwo. Protokół i tego typu rzeczy. – Był to jeden z tych ludzi, na których widok zazwyczaj w głowie natychmiast pojawia się kreskówka: nagryzmolone skrzydła i dziób, Profesor Yaffle.

– Detektyw Maddox, a to detektyw Ryan – powiedziała Cassie. – Doktorze Hunt, może jeden z pana kolegów oprowadziłby detektywa Ryana po wykopaliskach, a pan pokaże mi ciało?

Co za prosię, pomyślałem. Czułem się roztrzęsiony, a jednocześnie otępiały, jakbym miał gigantycznego kaca i próbował się go pozbyć zbyt dużą ilością kofeiny; światło prześlizgujące się nad fragmentami miki widocznymi w zrytej ziemi zdawało się zbyt jasne. Nie potrzebowałem ochrony. Ale niepisana zasada moja i Cassie brzmi, że publicznie się sobie nie przeciwstawiamy. Czasami jedno z nas to wykorzystuje.

– Eee… tak – odparł Hunt, mrugając za szkłami okularów. Jakimś cudem wydawało się, że nieustannie coś upuszcza, żółte kartki w linie, chusteczki, które wyglądały, jakby ktoś je przeżuł, na wpół rozpakowane pastylki do ssania, i to nawet wtedy, gdy nic akurat nie trzymał. – Tak, oczywiście. Wszyscy są… Cóż, zwykle to Mark i Damien oprowadzają, ale sęk w tym, że to Damien… Mark! – Zawołał w przestrzeń w stronę otwartych drzwi szopy, wewnątrz dostrzegłem grupę ludzi zgromadzonych wokół nienakrytego stołu: kurtki wojskowe, kanapki i parujące kubki, grudki ziemi na podłodze. Jeden z chłopaków odłożył na stół karty i zaczął wydostawać się spomiędzy plastikowych krzeseł. – Kazałem im tam zostać – powiedział Hunt. – Nie byłem pewien… Dowody. Odciski stóp i… włókna.

– Doskonale – pochwaliła Cassie. – Postaramy się oczyścić miejsce zbrodni, tak byście mogli jak najszybciej wrócić do pracy.

– Zostało nam tylko kilka tygodni – odezwał się chłopak stojący w drzwiach szopy. Był niski i żylasty, w ciężkim swetrze wyglądał wręcz jak dzieciak, chociaż miał na sobie podkoszulek, zabłocone bojówki i martensy, a pod rękawami prężyły się wyrobione mięśnie, niczym u zawodnika wagi piórkowej.

– To lepiej się rusz i oprowadź mojego partnera – powiedziała mu Cassie.

– Mark – odezwał się Hunt. – Mark, oprowadź pana detektywa. To co zwykle, wiesz, dokoła wykopalisk.

Mark przez chwilę obserwował Cassie, potem skinął głową; najwyraźniej zdała jakiś test. Przeniósł wzrok na mnie. Miał dwadzieścia parę lat, długi, jasny kucyk i wąską, lisią twarz o bardzo zielonych, poważnych oczach. W obecności takich mężczyzn – mężczyzn, których interesuje wyłącznie to, co sami myślą na temat innych ludzi, a nie opinia innych na ich temat – zawsze czułem się niepewnie. Dysponują oni rodzajem żyroskopowej pewności siebie, która sprawia, że czuję się, jakbym nie potrafił sklecić prostego zdania, pretensjonalnie i tchórzliwie, w złym miejscu i w złych ciuchach.

– Będzie pan potrzebował gumiaków – oznajmił zgryźliwie, spoglądając na moje buty. Mówił z akcentem o twardym zabarwieniu, charakterystycznym dla hrabstw z pogranicza. – Zapasowe są w szopie z narzędziami.

– Dam sobie radę. – Zdawałem sobie sprawę, że na wykopaliskach archeologicznych kopie się rowy w błocie głębokie na kilka metrów, ale prędzej trupem padnę, niż spędzę poranek, brodząc w błocie w garniturze, człapiąc w pozostawionych przez kogoś gumiakach za tym facetem. Potrzebowałem czegoś: filiżanki herbaty, papierosa, czegokolwiek, co by pozwoliło mi usiąść na pięć minut i wymyślić, co robić.

Mark uniósł brew.

– W porządku. W tę stronę.

Ruszył ścieżką pomiędzy szopami, nie oglądając się nawet, czy za nim idę. Cassie uśmiechnęła się do mnie, kiedy za nim szedłem – złośliwym uśmiechem typu „Tu cię mam!”, dzięki któremu poczułem się odrobinę raźniej. W odpowiedzi podrapałem się w policzek środkowym palcem.

Mark zaprowadził mnie wąską ścieżką pomiędzy tajemniczymi wałami ziemi i stosami kamieni na drugą stronę wykopalisk. Jego chód przypominał sposób poruszania się zawodnika sztuk walk albo kłusownika, był to długi, lekki i sprężysty krok.

– Średniowieczny rów kanalizacyjny – oznajmił. Stadko wron zerwało się z opuszczonych, zabrudzonych taczek, ale po stwierdzeniu, że nie jesteśmy niebezpieczni, wróciły z powrotem do dziobania ziemi. – A to neolityczna osada. Ten obszar był zamieszkany prawie stale od czasów epoki kamiennej. Nadal jest. Proszę spojrzeć na tę chatę, pochodzi z osiemnastego wieku. To jedno z miejsc, gdzie planowano powstanie w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym ósmym. – Obejrzał się przez ramię w moją stronę, a ja poczułem absurdalną potrzebę wyjaśnienia mu swojego akcentu i poinformowania, że nie tylko jestem Irlandczykiem, ale pochodzę stąd, z pobliskiej miejscowości. – Człowiek, który tam mieszka, jest potomkiem tego, który ten dom zbudował.

Dotarliśmy do kamiennej wieży na samym środku wykopalisk. Przez przerwy w bluszczu widać było okienka strzelnicze, a z jednej strony opadał fragment rozwalonego muru. Wszystko to wyglądało mgliście, frustrująco znajomo, ale nie potrafiłem określić, czy dlatego, że faktycznie pamiętam to miejsce, czy dlatego, że wiedziałem, że powinienem je pamiętać.

Mark wyjął z bojówek paczkę tytoniu i zaczął skręcać papierosa. Wokół dłoni, w miejscu, gdzie zaczynają się palce, miał owiniętą taśmę maskującą.

– Walijski klan postawił ten donżon w czternastym wieku, w ciągu kolejnych kilkuset lat dobudowano zamek – powiedział. – Tu było ich terytorium, od wzgórz tam – machnął głową w stronę horyzontu i wysokich, zachodzących na siebie wzgórz pokrytych ciemnym lasem – do zakrętu rzeki poniżej, za tym szarym wiejskim domem. Byli buntownikami. W siedemnastym wieku mieli zwyczaj najeżdżać Dublin, aż po brytyjskie koszary w Rathmines, zabierali kilka pistoletów, walili w łeb każdego żołnierza, który im się nawinął pod rękę, a potem dawali nogę. Zanim Brytyjczycy zdążyli się zorganizować, żeby za nimi ruszyć w pościg, oni już byli w połowie drogi tutaj.

Potrafił opowiadać tę historię. Wyobrażałem sobie galopujące konie, światło pochodni i złowrogi śmiech. Za jego ramieniem widziałem Cassie, jak stoi przy taśmie policyjnej i rozmawia z Cooperem, robiąc notatki.

– Przepraszam – odezwałem się – ale obawiam się, że nie będę miał czasu na pełną wycieczkę. Chciałbym tylko z grubsza zobaczyć całe wykopaliska.

Mark polizał bibułkę, skleił skręta i znalazł zapalniczkę.

– W porządku – powiedział i zaczął pokazywać. – Neolityczna osada, rytualny głaz z epoki brązu, dom mieszkalny z epoki żelaza, domostwa wikingów, czternastowieczny donżon, szesnastowieczny zamek, osiemnastowieczny dom. – To właśnie przy „rytualnym głazie z epoki brązu” stała Cassie i technicy.

– Czy ktoś w nocy pilnuje wykopalisk? – spytałem.

Roześmiał się.

– Nie. Oczywiście zamykamy szopę ze znaleziskami i biuro, ale każda cenna rzecz natychmiast wędruje do centrali. No i zaczęliśmy zamykać szopę z narzędziami miesiąc czy dwa temu; zginęło parę narzędzi, a my odkryliśmy, że farmerzy w suche dni używają do nawadniania pól naszych węży. To wszystko. Jaki w ogóle sens ma pilnowanie czegokolwiek? Przecież i tak za miesiąc nic tu nie będzie. – Klepnął mur wieży; gdzieś nad naszymi głowami coś zerwało się do lotu.

– Dlaczego? – spytałem.

Wpatrywał się we mnie z pełnym niedowierzania obrzydzeniem.

– Za miesiąc – rzekł dobitnie – pieprzony rząd zryje buldożerami cały ten teren i zbuduje tu pieprzoną autostradę. Zgodzili się łaskawie zostawić wyspę z donżonem, więc mogą teraz gadać bzdury na temat tego, jak wiele zrobili dla zachowania naszego dziedzictwa.

Przypomniałem sobie sprawę autostrady z reportażu w wiadomościach: jakiś bezbarwny polityk wyrażał swoje oburzenie na archeologów, którzy chcieli, by podatnicy zapłacili wiele milionów za zmiany w planach. W tym momencie zapewne przełączyłem kanał.

– Postaramy się nie opóźniać waszych prac zbyt długo – powiedziałem. – A pies przy domu szczeka, kiedy ludzie podchodzą do wykopalisk?

Mark wzruszył ramionami.

– Na nas nie, ale nas zna. Karmimy go resztkami. Mógłby, gdyby ktoś przechodził blisko domu, zwłaszcza nocą, ale pewnie nie na kogoś przy murze. Nie jego terytorium.

– A co z samochodami, szczeka na nie?

– A szczekał na wasze? To pies pasterski, nie stróżujący. – Wydmuchnął wąski strumień dymu przez zęby.

Zatem zabójca mógł wejść na miejsce z którejkolwiek strony: drogą, z osiedla, nawet od strony rzeki, jeśli lubił utrudnienia.

– To na razie wszystko. Dziękuję za poświęcenie mi czasu. Jeśli mógłbyś poczekać z innymi, za kilka minut przyjdziemy i poinformujemy was o rozwoju sytuacji.

– Tylko proszę nie wchodzić na nic, co wygląda na obiekt archeologiczny – rzekł Mark i oddalił się wielkimi susami z powrotem do szop. Ruszyłem w górę zbocza, w stronę miejsca, gdzie znajdowało się ciało.

Rytualny głaz z epoki brązu był płaską, potężną bryłą, długą na jakieś dwa metry, szeroką i wysoką na metr, odłupaną od pojedynczego głazu. Pole dokoła zostało bezlitośnie zryte – nie tak dawno, sądząc po tym, jak miękka była ziemia – ale wyściółka wokół głazu została nienaruszona, dzięki czemu wyglądała niczym wyspa na wzburzonej połaci ziemi. Na głazie pośród pokrzyw i wysokich traw połyskiwało coś na niebiesko i biało.

To nie była Jamie. Tyle już mniej więcej wiedziałem – gdyby był na to choć cień szansy, Cassie przyszłaby mi powiedzieć – ale i tak poczułem w głowie pustkę. Dziewczynka miała długie, ciemne włosy, warkocz został zarzucony na twarz. To było wszystko, co zauważyłem na początku, ciemne włosy. Nawet do mnie nie dotarło, że ciało Jamie nie byłoby w takim stanie.