Zamieć - Karolina Wójciak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zamieć ebook i audiobook

Karolina Wójciak

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

716 osób interesuje się tą książką

Opis

Z powodu szalejącej zamieci Callie zostaje uwięziona na niewielkiej stacji w Zopkios razem z niepełnosprawnym umysłowo współpracownikiem, Griffinem. Przypuszczając, że w tych trudnych warunkach pogodowych nikt nie odważy się podróżować autostradą przez góry, przygotowuje się na nudną, nocną zmianę. Przyjeżdża jednak ciężarówka i wysiadają z niej dwaj zdyszani, przerażeni mężczyźni. Callie postanawia udzielić im schronienia, lecz szybko odkrywa, że bardziej nie mogła się pomylić. Pomogła komuś, komu nie warto zaufać.

Kanada, zima, 1988 rok. W miejscu odciętym od cywilizacji giną cztery osoby. Kto je zabił i dlaczego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 40 min

Lektor: Agata Bieńkowska, Janusz Zadura

Oceny
4,5 (483 oceny)
335
87
33
19
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
renis25

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna i chyba najlepsza książka, wciąga niesamowicie, nie da sueyjej odłożyć.
60
1caelestis1
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Moim zdaniem to najlepsza książka tej Autorki! Wciąga od pierwszych minut... uwielbiam tych lektorów!!!
50
Eliss1104

Nie oderwiesz się od lektury

Jeżeli nie macie czasu na czytanie, nie bierzcie tej książki do ręki. Bo jak już zaczniecie, nie będziecie w stanie się oderwać.
50
Adella60

Nie oderwiesz się od lektury

Inteligentny thriler. Bez potknięć w akcji. Znakomicie naszkicowane postacie i ich psychologiczne wnętrza. Ich wzajemne roszady.
50
Elsu112

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana jednym tchem. Trzyma w napięciu, niesamowity zwrot akcji. Czyli wszystko to, do czego przyzwyczaiła nas wspaniała Autorka.
50

Popularność




© Copyright by Karolina Wójciak, 2024

North Vancouver, styczeń 2024

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Pierwsza korekta: Justyna Luszyńska – Zyszczak.pl

Skład DTP: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Druga korekta: Natalia Kocot – Zyszczak.pl

Projekt okładki: Karolina Wójciak

Wykonanie okładki: D.B. Foryś – www.dbforys.pl

Żaden fragment książki – łącznie z okładką – nie może być publikowany ani wykorzystywany w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-67308-25-0

Annie Wojdylak,

jesteś niezastąpiona!

Ten, kto wini innych, ma przed sobą długą drogę do przebycia. Ten, kto wini siebie, jest w połowie drogi. Ten, kto nie wini nikogo, dotarł do celu.

– stare chińskie przysłowie

Callie

Brookmere w prowincji Kolumbia Brytyjska, Kanada

24 listopada 1988

Godzina 17:10

– Callie?

– No! – warknęłam do telefonu szefowej. – Goddammit no!1

– Skąd wiesz, o co chodzi?

– Dzwonisz do mnie chwilę po piątej. Powód może być tylko jeden. Co tym razem jej się stało?

– Zatruła się czymś. Mówi, że nie może wyjść z łazienki. Brandon ma ją zabrać do szpitala, jeśli nic się nie zmieni.

Zaklęłam ponownie pod nosem.

– Jest w ciąży, sama rozumiesz. – Alex westchnęła.

– Nie, nie rozumiem. Nie rozumiem też tego układu, w którym to ja kryję wszystkim dupy. – Zerknęłam na fotel z moim ulubionym kocem, książką i parującą herbatą czekającymi na mnie na stoliku obok. Wzięłam dziś wcześniejszą kąpiel. Zamierzałam poczytać i iść spać.

– Przepraszam, ale nie mamy wyjścia.

Gdzieś z tyłu głowy majaczyło mi to zdanie, które pojawiało się zawsze, kiedy Alex ściągała mnie do pracy: mogła sama się zająć stacją paliw.

– A Griffin? – Sięgnęłam po ostatnie koło ratunkowe.

– Wiesz, że on nie da sobie rady.

– To po co go zatrudniałaś? Wyjaśnij mi: w jakim celu ten człowiek zajął to miejsce? Jeśli dobrze pamiętam, mówiłaś o facecie, który ciągnąłby nocne zmiany. Miał być silny, odporny na stres i radzić sobie z najtrudniejszym klientem. Co poszło nie tak z tym genialnym planem?

– Griffin jest słodki.

– I niepełnosprawny.

– Trochę opóźniony w rozwoju, ale taki przystojny. Sama przyznaj.

– Nie interesuje mnie, jaką ma buźkę, jeśli nie nadaje się do pracy. Nie możesz mu zaufać, nie możesz go zostawić samego na zmianie, więc po co on nam?

– Dofinansowanie – wypaliła bezbłędnie. – Dopłacają mi do niego. Utrzymam go jeszcze przez tę zimę, kiedy jest mało ludzi, a na sezon wymienię na kogoś innego. Słowo.

– Kto zastąpi Kate, gdy urodzi?

– Ja.

Zamilkłam. Musiało być naprawdę cienko, jeśli Alex postanowiła zakasać rękawy i przejąć zmiany Kate. Do tej pory, kiedy mówiła o pracownikach, nie wliczała w to grono siebie.

– Proszę cię, pomóż mi – błagała tym swoim miękkim głosem.

– Ostatni raz. Następnym razem, jeśli jej coś będzie, zastąpi ją Brandon. Nie ja – zaznaczyłam, wiedząc, jak głupie jest to żądanie.

– Dziękuję. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

Poprosiłabym o dopłatę, lecz po sugestii o problemach finansowych taki tekst nie brzmiałby właściwie. W tej małej wsi rynek pracy nie istniał, a oferty nie wyrastały jak grzyby po deszczu. Zwykle bywało tak, że jeśli ktoś dorwał jakąś robotę – poza tą na roli w mieście poniżej pasma górskiego – obejmował to stanowisko do śmierci. Młodzi uciekali teraz do większych miast. Tu życie wymierało. Zostały: biegnąca przez góry autostrada, jedyny na ponad sto dwadzieścia kilometrów zjazd i nasza niewielka stacja paliw, na której pracowaliśmy we troje – Kate, Bill i ja.

Bill niedawno obchodził sześćdziesiąte piąte urodziny. Na imprezie padały żarty, że należało mu się już przejście na emeryturę. Alex uśmiechała się wtedy kwaśno, bo bez niego jej życie bardzo by się skomplikowało. Pracował na tej stacji, odkąd powstała. Umiał naprawić na niej wszystko i – co najważniejsze – jako najlepszy przyjaciel ojca Alex, Bena, który tę stację zbudował, a następnie przekazał córce, stanął na wysokości zadania po jego śmierci i zajął się zarówno Alex, jak i wszelkimi formalnościami. Dla niej, matki czwórki dzieci, przejęcie biznesu w pełni stanowiłoby nie lada wyzwanie. Dzięki Billowi mogła spać spokojnie.

Jej mąż pracował w Albercie przy odwiercie ropy. Poza tym, że przesyłał pieniądze, nie pomagał. Przyjeżdżał jedynie w luźniejszych okresach. Bywały jednak zimy, podczas których Alex prosiła go o pozostanie na miejscu. Przejazd przez góry autostradą śmierci niósł ze sobą zbyt duże ryzyko. W tym roku zima zapowiadała się na długą, mroźną i męczącą. Już teraz, pod koniec listopada, kurzyło tak, jakby śnieg chciał nas zasypać żywcem.

– A ten przygłup też przyjedzie na noc? – dopytałam, wracając do rozmowy.

– Nie mów tak o nim – upomniała mnie. – Nie jego wina, że jest niepełnosprawny.

– Nie nazwałabym go tak, gdybym nie musiała go niańczyć. Łazi za mną, jąka się i zachowuje dziwnie. Z innym, normalnym moglibyśmy spać na zmianę. Z nim nie da rady.

– A dlaczego niby nie?

– No proszę cię. Jemu nie można ufać. Ciągle trzeba mieć go na oku. Jeszcze wytnie jakiś numer, bo w tym jego małym móżdżku nie starczy miejsca na elastyczność potrzebną na dostosowanie się do sytuacji.

– Bądź dla niego dobra, Callie. Chce pomóc.

– Doskonale wiesz, że w tej dziurze nie było innego chętnego do roboty, więc przydzielili ci osobę, która nie mogła się nigdzie zahaczyć. Jesteś świadoma, że nie spełniał warunków żadnego pracodawcy. Tu, w górach, to ostatnie miejsce, gdzie mógł się komuś przydać, a i tak się nie przydaje.

– Odśnieża – przypomniała mi.

– Fakt, to mu wychodzi świetnie – przyznałam. – Ale tylko to.

– Mamooo! – usłyszałam tak blisko telefonu, że aż go odsunęłam od ucha.

– Sorry, Callie, I gotta go2.

Zakończyłam połączenie, wróciłam do sypialni, przebrałam się w wygodne ciuchy, włożyłam dwie pary skarpet, w tym jedne wełniane, buty z futrem, puchową kurtkę, czapkę z nausznikami oraz rękawiczki i wyszłam na zewnątrz. Najpierw musiałam oczyścić podjazd. Gdybym wiedziała, że będę wyjeżdżać, zajęłabym się tym od razu, po powrocie z miasta, a tak pozwoliłam, aby to białe gówno pokryło całą drogę. Odśnieżyłam jedynie fragment, który był potrzebny do wydostania się z podwórka, zostawiłam auto na chodzie, zaparzyłam dużo herbaty w termosie, zamknęłam swoją chatkę, wskoczyłam za kierownicę, zmieniłam bieg i ruszyłam. Łańcuchy na kołach zazgrzytały, lecz po chwili samochód wytoczył się spod wiaty. Wycofałam do drogi. Przedzierając się przez śnieg sięgający kostek, zmierzałam w kierunku autostrady. Droga zajmie mi ponad sześćdziesiąt minut, bo w tych warunkach prędkość powyżej czterdziestu na godzinę to niepotrzebne ryzyko.

W lokalnym radiu zapowiadano, że będzie prószyło przez całą noc. Rozważałam zadzwonienie do Alex i uproszenie ją o zostawienie Griffina samego. Pewnie ludzie się przestraszą i jak zwykle przez kilka dni będzie pusto. Góry uczyły pokory. Zmuszały do dostosowania się do natury. Dopóki zamieć nie minie i nie odśnieżą, nikt nie pojedzie trasą, więc Griffin spędziłby zmianę na zamiataniu podłogi, układaniu towaru, który nie wymaga układania, i słuchaniu muzyki. Jeden pas świeżo oczyszczonej trasy powoli pokrywał się białą warstwą. Gdzieś na horyzoncie mrugało żółte światło odśnieżarki. W ciągu dnia kursowała tędy częściej. W nocy ograniczano się do jednego przejazdu. Ruch i tak zamierał na kilka godzin, więc nie było sensu marnować pieniędzy.

Zanim ojciec Alex postawił w Zopkios pierwszą szopę mającą służyć za punkt do odpoczynku, nie istniała nawet autostrada. Najpierw był to szlak. Ben sprzedawał w tej budce produkty z upraw lokalnych rolników. Oferował paliwo, a nawet miejsce do spania, jeśli ktoś nie mógł podróżować dalej. Kiedy więc dwa lata temu wybetonowano mu trasę z prawdziwego zdarzenia, cieszył się jak dziecko. Niestety zmarł rok temu. Nie doczekał rozwoju, o którym zawsze marzył: mrowia turystów, dostawców zatrzymujących się u niego gigantycznymi ciężarówkami, parkingu wypełnionego po brzegi. Jeśli już ktoś zjeżdżał, to najczęściej po to, żeby skorzystać z toalety.

Przed swoją śmiercią Ben, chcąc pozyskać jak najwięcej klientów, zainwestował dużo pieniędzy i umieścił wiele znaków już za samym Hope o jedynej czynnej stacji. Zobowiązał się świadczyć usługi przez całą dobę ze względu na dystans między stacjami. Gdyby ktoś źle oszacował spalanie i ominął tę przed nami, mógłby nie dotrzeć do kolejnej. Pomoc w górach nie nadchodziła aż tak szybko. Latem nie stanowiło to większego problemu, bo można było przejść się po pomoc, ale zimą sytuacja bardzo się komplikowała. Stojący na poboczu pojazd mógł zniknąć pod śniegiem w parę godzin, a jeśli jeszcze ktoś „genialny” – bo i takie przypadki się zdarzały – postanowił zostawić samochód gdzieś głębiej, znalezienie go stawało się jeszcze bardziej wymagające. W trakcie burzy śnieżnej, gdy widoczność spada do zaledwie kilku metrów, łatwo o przegapienie czegoś istotnego. Do tego dochodziły głodne i polujące na łatwą ofiarę dzikie zwierzęta.

Westchnęłam, dostrzegłszy neon stacji. Na podjeździe stało auto Griffina. Za każdym razem, kiedy widziałam go wsiadającego za kółko, zastanawiałam się, kto wpadł na pomysł, aby dać mu prawo jazdy i na dodatek wysłać go w góry. Jednego razu dopytywałam, czy wie, jak jeździć w łańcuchach i czy potrzebuje pomocy.

„D… d… dwa… dwa…” – wyjąkał.

„Co: dwa?” – Czekałam na odpowiedź.

„Wru… wru…” – Pokazywał coś ręką.

„Griffin, dasz sobie radę?” – zapytałam, ale on nie reagował, więc niewiele myśląc, złapałam go wtedy za ramiona.

Wyrwał się jak rażony prądem. Potem Alex mi wyjaśniła, że dla niektórych upośledzonych dotyk jest niczym przemoc i trzeba dać im przestrzeń.

Zajechałam od tyłu. Wóz schowany za budynkiem nie zamarznie tak szybko, jak by to się stało, gdyby stał z przodu, razem z toyotą Griffina. To też mu kiedyś tłumaczyłam, ale skapitulowałam, bo nie udało mi się do niego dotrzeć. Potem patrzyłam, jak skrobał te wysokie szyby land cruisera przez co najmniej pół godziny.

Wysiadając, zerknęłam na przykryty skuter śnieżny. Gdyby Bill był młodszy, poprosiłabym go o ciągnięcie zmiany jak lekarz, czyli przez pełną dobę. Zrobiłby to dla mnie bez zastanowienia. Teraz jednak, kiedy jego serce wysiadało, kiedy co chwilę walczył o skierowania na badania i jeździł do Stanów diagnozować się prywatnie, nie miałam sumienia. Przeciwnie – wydawało mi się, że jako młoda kobieta powinnam zastępować go wcześniej, skracając jego czas pracy. Dobrze wiedziałam, że gdyby było go stać, przeszedłby na emeryturę już dziś.

Griffin odśnieżył przejście od tyłu, z przodu, zjazd z autostrady i jeszcze przestrzeń dookoła dystrybutorów. Musiał niedawno skończyć. W taką pogodę rzeczywiście się przydawał.

Popchnęłam drzwi i weszłam do środka. Obaj spojrzeli w moją stronę, bo dzwonek nad skrzydłem zagrał melodyjkę.

– Callie? – odezwał się Bill i zerknął na zegarek.

– Kate… – powiedziałam poirytowana, używając jej imienia jako wytłumaczenia całego zamieszania.

– Tak, wiem, źle się poczuła. Ale co ty tu robisz?

– Przyjechałam do pracy? Na zastępstwo? – odparłam pytającym tonem, bo dziwiłam się, że tego nie rozumiał. Przecież ktoś musiał przejąć zmianę Kate.

– Czemu się z nami nie skontaktowałaś? Powiedziałbym ci, żebyś nie jechała. Pada dzisiaj jak złe.

– Sądziłam, że to ustalone między wami, skoro Alex do mnie dzwoniła, prosząc o zastępstwo – wyjaśniłam, zastanawiając się, dlaczego Billa dziwiła moja obecność. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie jest w stanie ciągnąć dwóch zmian. Nawet jeśli położy się spać. – Cześć, Griffin – odezwałam się do kolegi, podchodząc ciut bliżej.

Podniósł rękę. Załapał. Akurat dzisiaj styki mu zadziałały. Wiele razy lekceważył mnie kompletnie. Mogłam do niego mówić, nawet o coś prosić, a on nie reagował. Najbardziej irytowało mnie to, że był wielkim chłopem, który mógł się przydać. Zamiast tego stanowił ciężar. Co więcej, stał się też dodatkowym obowiązkiem i to przez niego tłukłam się godzinę, bo nie pojmował, na czym polega pilnowanie stacji.

– Pójdę się przebrać – oświadczyłam, a Bill skinął głową.

Weszłam na zaplecze, zdjęłam swoją ciężką kurtkę i włożyłam lżejszą. Odwiesiłam na wieszak czapkę i szalik. Odruchowo położyłam na grzejniku rękawiczki, choć aż tak ich nie zmoczyłam przy odśnieżaniu.

Odwróciłam się, usłyszawszy za plecami skrzypnięcie drzwi. Bill z wyraźnym zmieszaniem odszedł do swojej szafki.

– Ja mogę zostać, dzisiaj i tak nikt nie przyjdzie – tłumaczył.

– Ale już jestem.

– Możesz wrócić.

– No proszę cię. Pokonałam tyle kilometrów tylko po to, żeby wrócić? Jedź do domu, odpoczniesz. Nic mi nie będzie.

Zerknęłam na jego zmęczoną twarz. Na podkrążone oczy. Od jakiegoś czasu wyglądał kiepsko. Niezdrowo. Jakby praca na stacji go dużo kosztowała. Jak tak teraz na niego patrzyłam, utwierdzałam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam, biorąc tę zmianę. Bill musiał więcej odpoczywać. Zatroszczyć się o swoje zdrowie, bo w ostatnim czasie schudł. Mizerniał na naszych oczach.

– Zawsze mam wyrzuty, kiedy wypada wam noc w takich warunkach – kontynuował.

– Bill, jest okej. Nie przejmuj się. Dam sobie radę.

Stał skonsternowany. Rozumiałam jego troskę. On już tak miał, że przejmował się wszystkimi. Zachowywał się jak nasz ojciec. Alex swojego straciła, mój się wyprowadził. Griffin… cóż, może miał ojca, może nie. Od niego nie dało się niczego wyciągnąć, więc to inna kategoria. W każdym razie Bill jako najstarszy czuł się za nas odpowiedzialny.

– Nie przejmuj się – powtórzyłam. – Nie pierwsza moja noc i nie ostatnia.

– Wiesz, jak uruchomić agregat, gdyby zabrakło prądu?

Spojrzałam na niego wymownie.

– Robiłam to nieraz, serio.

– Wiesz, jak w radiu trzeba delikatnie naciskać…

– Bill – weszłam mu w słowo. – Naprawdę się nie martw. Będzie dobrze. Mam tylko jedną prośbę.

– Mów. Pomogę.

– Zabierz Griffina. Wolę być sama niż z nim.

– Dlaczego?

– Dobrze wiesz dlaczego.

Trzeba albo być ślepym, albo mieć tak złote serce jak Bill, żeby ktoś pokroju Griffina nie doprowadzał do szału. Zwłaszcza kiedy człowiek wie, że akurat dzisiaj można będzie spać.

– On ci odśnieży rano, zaniesie paliwo do generatora – reklamował go tak, jakbym miała się bez niego nie obejść.

– I wkurwiał – uzupełniłam. – Nie zapominaj o najważniejszym.

Delikatnie się uśmiechnął.

– Mogę spróbować – rzekł.

– Nie, nie mów, że spróbujesz. Po prostu to zrób. Nie wiem… zagadaj, poproś o pomoc, cokolwiek – poradziłam. – On cię posłucha. Lubi cię bardziej niż mnie – dodałam, co oczywiście było prawdą.

Griffin od razu po tym, jak dostał tę posadę, zaczął łazić za Billem niczym pies za panem. Bill zaś, jak przystało na starszego człowieka z anielską cierpliwością, zajmował się tym dorosłym dzieckiem. Tłumaczył mu wszystko, pokazywał, jak co się robi. Obserwując ich razem, zachodziłam w głowę, jak Griffin sobie radzi, kiedy nie ma nikogo w pobliżu. Czasami się zastanawiałam, czy któregoś dnia nie dostaniemy telefonu z informacją, że niechcący się śmiertelnie zranił albo spalił, albo wyrządził komuś krzywdę. To ostatnie było chyba najgorsze, bo Griffin zdawał się nie zauważać różnicy pomiędzy jego możliwościami a możliwościami innych, zwykłych ludzi. W tym facecie było coś, co powodowało ciągłe napięcie mięśni. Może postura. Świadomość, ile ma siły. Wachlował łopatą, jakby nic nie ważyła. Dwudziestokilogramowe worki pełne soli przenosił z taką łatwością, jakby to były małe paczki z ryżem.

– Spróbuję – powtórzył Bill. Ubrał się w swój kombinezon, włożył czapkę, chwycił kask i gogle, a następnie wyszliśmy do sklepu.

Griffin siedział dokładnie w tym samym miejscu co poprzednio. Przeglądał coś. Chyba karty. Bill nauczył go grać w pokera i od tamtej pory nie słyszałam o niczym innym, tylko o Texas Hold’em.

– Oszukujesz, tak nie można – skarcił go Bill, gdy ten wyciągał te karty, które mu pasowały. – Sprzątnij to. Idę do domu.

Obserwowałam ich interakcję z nadzieją na pomyślny finał. Griffin zgodnie z poleceniem wstał. Przewyższał Billa o dobrych trzydzieści centymetrów. Niewiele mu brakowało do dwóch metrów. Zaczął nieporadnie składać talię, dbając o to, aby konkretne kolory się stykały i aby wszystkie asy sparowały się z asami, króle z królami i tak dalej. To porządkowanie zajmie długie minuty.

Przeniosłam wzrok na Billa i poprosiłam go niemo o interwencję. Wzruszył ramionami.

– Griff, pomożesz mi? – zapytał, a ten nic. Jak beton. Nadal układał te swoje durne karty. – Griff, słyszałeś mnie?

Ani drgnął.

Klasnęłam, co wyrwało go z amoku. Skupiłam jego uwagę na sobie, więc wskazałam dłonią Billa, sugerując, że to on go tak przestraszył. Choć Griffin milczał, jego spojrzenie paraliżowało. Przeszywał mnie wzrokiem tak, jakby wiedział. Jakby czuł, że go oszukałam. Wpatrywałam się w jego czarne niczym węgle oczy i zastanawiałam, dlaczego natura tak z niego zadrwiła. Dała mu urodę i siłę, ale nie rozum.

– Griff – wznowił Bill. – Dzisiaj nikogo nie będzie. Callie zamknie stację, zgasi światło i pójdzie spać. Pojedziemy do domu. Ja do siebie, ty do siebie, dobrze?

Czekałam na skinienie głową, jakiś sygnał, lecz na próżno. Wrócił do przerwanej czynności.

Westchnęłam ciężko.

– Musisz iść! – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.

Zatrzymał się.

– K… k… ka… ka… kar… ty – wydukał. – Ka… ka… – sylabizował, kręcąc głową na boki.

– Chodź, Griff – zachęcał Bill. – Pomogę ci ułożyć.

Podszedł do niego. Niechcący dotknął jego ramienia. Griffin odskoczył jak oparzony i upuścił talię, rozsypując ją pod ich nogami. Rzucił się na podłogę w panice.

– K… k… ka… kar… ty… – Zbierał je w kupkę rękami jak rozlaną wodę.

– Ja pierdolę – zaklęłam pod nosem.

Griffin zaczął się bujać w przód i w tył. Bill pokiwał do mnie głową, sygnalizując mi w ten sposób poddanie się. Doszłam do takiego samego wniosku – nie da się go stąd zabrać po dobroci. Nachyliłam się do Billa i szepnęłam:

– Może spróbuj go wziąć za rękę. On ci pozwoli na kontakt.

– Przecież przed chwilą się odsunął.

– Bo go zaskoczyłeś. Podejdź od przodu, żeby cię widział. Gadaj do niego. Jak do… – Zamilkłam. Wypowiedzenie na głos, żeby gadał jak do zwierzaka, zakrawało na chamstwo.

„On jest chory” – powtarzałam sobie w myślach. To nie jego wina.

– Jak do dziecka – wybrnęłam najlepiej, jak potrafiłam.

Zaciśnięte usta Billa sugerowały, że wcale nie chciał tego robić. Nie dziwiłam się. Najchętniej wróciłby do żony, do ciepłego łóżka i o nas zapomniał. Zmienił jednak pozycję, zbliżył się do kolegi, uklęknął na jedno kolano i pomógł mu zebrać talię. Nie mogłam na to pozwolić. Staruszek i niepełnosprawny na podłodze, a ja – najmłodsza – stojąca nad nimi. Zajęłam miejsce obok. Zdążyłam dotknąć jednej z kart, gdy wielka dłoń Griffina nagle zmieniła kierunek. Popchnął mnie, zanim Bill zawołał: „Griff, nie!”. Przerażenie zrobiło swoje. Mimowolnie krzyknęłam. Serce waliło mi jak oszalałe, adrenalina skoczyła, a jedyną myślą, jaka pojawiła się w głowie, była chęć ucieczki. Poleciałam tak daleko, że aż uderzyłam w jeden z regałów. Część towaru pospadała mi na głowę. Na szczęście były to tylko przekąski. Nic, co mogło zabić.

Bill z trudem się podniósł i podszedł. Ponownie kucnął, aby zrównać się ze mną nadal oszołomioną.

– Nic ci się nie stało? – zapytał zatroskany. – Boże, Callie, poleciałaś jak szmaciana lalka, ale… on nie chciał…

Znów zaklęłam pod nosem. Wstałam na równe nogi. Griffin oczywiście wrócił do układania kart. Nawet nie sprawdził, czy nic mi się nie stało. Właśnie to mnie najbardziej przerażało. Gdybym sobie rozbiła głowę albo potrzebowała pomocy, nie wiem… szybkiej akcji ratowniczej, wykrwawiłabym się, podczas gdy on segregowałby asy.

– Callie – powiedział głośno Bill. – Callie, popatrz na mnie.

Nieświadoma świdrowania wzrokiem Griffina wróciłam spojrzeniem do Billa.

– Co? – warknęłam.

– On nie jest agresywny. Widziałem jego akta, czytałem je. Trzeba dać mu przestrzeń, a ty naciskasz, pospieszasz go. Wymagasz od niego czegoś, czego nie jest w stanie wykonać.

– Bill, a gdyby to był klient? Gdyby ktoś z zewnątrz chciał mu pomóc?

– Twoim zadaniem jest powiedzieć takiej osobie, żeby tego nie robiła.

– A jeśli mnie nie będzie? Jeśli, powiedzmy, odwrócę wzrok na kasę albo… nie wiem… będę w toalecie? Jestem tylko człowiekiem, mam potrzeby – tłumaczyłam, ale on zdawał się nie traktować mnie serio. – Na litość boską, nie mogę go brać ze sobą do kibla!

– I nikt tego od ciebie nie wymaga. Tylko daj mu przestrzeń.

Zacisnęłam usta. Dlaczego mam niańczyć starego chłopa? Żeby było bardziej komicznie, on za tę „pracę” też dostawał pieniądze. Tak samo jak Bill, Kate i ja, którzy wywiązywaliśmy się ze swoich obowiązków należycie. Nie jak Griffin.

– Ja zostanę – zaoferował Bill.

– Nie, nie ma mowy.

– Przestraszyłaś się. To nie jest dobre…

– Miałam powód do strachu – weszłam mu w słowo. – Popchnął mnie.

– Wiem, widziałem. Nie spodziewałem się tego.

– Ja też.

– Ale jestem pewien, że nie chciał. Przestraszył się, że mu zabierzesz karty. Wyciągnęłaś po nie rękę bez uprzedzenia go.

– Wiem. – Wypuściłam nerwowo powietrze ustami. Powoli dochodziłam do siebie.

Za to Griffin nadal nie zwracał na mnie uwagi. Nawet nie zarejestrował tego wydarzenia.

– Najważniejsze, że nic się nie stało – podkreślił Bill.

– Ale mogło.

Skinął głową. Nic więcej nie mógł powiedzieć. Doskonale wiedział, jakie szanse miałabym w starciu z Griffinem. Dostrzegałam plus tej sceny: rozegrała się na oczach Billa. Nikt potem nie stwierdzi, że fantazjuję, bo mam problem z niepełnosprawnymi albo nie lubię tego faceta. Chciałam pomóc, ale zostałam zaatakowana. To po części moja wina, bo powinnam była trzymać się z daleka. Finał mówił jednak wystarczająco dużo i stawiał mnie w roli poszkodowanej.

– Dlatego ja z nim zostanę. Jedź do domu – polecił pewnie.

– Nie mogę ci na to pozwolić.

– Callie…

– Nie, Bill. Tak nie wypada i już.

– Ale boisz się go. Boisz się tego, co może zrobić.

– Tak, ale to też jakaś nauczka dla mnie. Tak jak mówiłeś, muszę dać mu przestrzeń.

Wmawiałam również samej sobie, że takie rozwiązanie zagwarantuje mi bezpieczeństwo. Naprawdę chciałam w to wierzyć. Do tej pory miałam go za nieogarniętego. Nieporadnego. Wielkiego i niegroźnego. Teraz… już nie byłam co do tego taka pewna.

– Dzisiaj zajechały dosłownie trzy samochody – przekonywał. – Tylko jedni zapowiedzieli, że wrócą. Jechali z transportem w stronę Hope. To było jakieś trzy godziny temu.

Zerknęłam na zegarek. Pewnie pojawią się koło jedenastej. O ile odważą się wyruszyć w tę śnieżycę. Większość ludzi poddaje się, kiedy widoczność spada do kilkunastu metrów. Strach potęgowany jest pustkami na trasie. Podczas burzy śnieżnej nikogo nie ma obok. Są tylko: czarna noc, sypiący z ukosa śnieg, światła niewystarczające, aby oświetlić drogę przed maską, minimalna prędkość i poczucie, że w razie wypadku mogą minąć godziny, zanim nadciągnie pomoc.

– Bill, tym bardziej dam sobie radę.

– A Griffin?

– Zamknę go w szatni. Niech tylko wejdzie tam na chwilę i pyk.

– Nie. Proszę cię, Callie. On spanikuje i będzie jeszcze gorzej.

– Przecież żartowałam – dodałam, choć ten pomysł kusił.

– Jesteś pewna?

– Że go nie zamknę czy że z nim zostanę? – Siliłam się na lekkość.

– Że zostaniesz.

– Tak, ale… – Podniosłam palec. – To moja ostatnia zmiana z nim. Rozumiem, że odśnieża jak dziki, że jest pomocny i że część do odśnieżarki kiedyś w końcu przyjdzie. Ja to wszystko rozumiem, ale jeśli mam na rano, on ma przychodzić na noc; jeśli mam na noc, on ma być rano. Chcę się z nim mijać. Możesz to załatwić?

Bill patrzył na mnie bezbronny. To nie zależało od niego. Na początku Alex starała się wyjaśnić Griffinowi koncepcję grafiku, lecz dla tego faceta przychodzenie do pracy w określonej porze stanowiło abstrakcję. Tak jak wychodzenie. Wracał do domu, gdy się znudził. W zasadzie jeździł do wynajętego mu w Hope chyba przez rodzinę mieszkania jedynie na spanie. Zaraz po przebudzeniu przyjeżdżał tutaj. Jadł produkty ze sklepu, pił wodę z kranu i kręcił się z kąta w kąt. Jedyne, co wykonywał sumiennie, to zlecenia pracy fizycznej. Wystarczyło mu pokazać, co trzeba zrobić. Za pierwszym razem, kiedy chwycił łopatę, odśnieżył cały teren stacji łącznie z trawą – bez minuty przerwy. Pękaliśmy ze śmiechu, bo nie dawaliśmy rady mu wyjaśnić, gdzie jest granica. Teraz Bill brał łopatę, rysował linię, przy której należy się zatrzymać, i oddawał narzędzie, a Griffin kursował po zaznaczonym obszarze.

– Ja wiem, że dla młodej kobiety taki mężczyzna to zagrożenie.

– Bill, ciebie też zmiótłby z powierzchni ziemi, gdyby chciał, i dobrze o tym wiesz. Właśnie dlatego tak się z nim bujałeś przy tych kartach, zamiast mu je po prostu odebrać. Jesteś ostrożny. Nie to, co ja.

Spuścił głowę.

– On już kiedyś coś zrobił, prawda? Już cię tak nastraszył? – drążyłam.

Milczał.

– Bill. Muszę wiedzieć. Ja z nim pracuję, na litość boską!

– To była moja wina. Zaskoczyłem go – przyznał niejasno, a ja wypuściłam ustami powietrze.

– Dlaczego zachowałeś to dla siebie? Wspomniałeś chociaż Alex? Albo ostrzegłeś ciężarną Kate?

– Pogadam z nimi.

Słysząc skruchę w jego głosie, postanowiłam odpuścić. Nie należał do osób, które niepotrzebnie ryzykują. Zobaczył, jak niewiele trzeba, aby ten łagodny wielkolud stał się zagrożeniem.

– Dzięki. To naprawdę ważne.

– Wiem, dlatego proszę cię, żebyś mu pozwoliła robić, co chce. Paczka chipsów czy napój gazowany to żaden koszt w porównaniu z tym, co zyskuje Alex.

Płacenie komukolwiek za odśnieżanie w zimie, za koszenie trawy w lecie, za mycie wszystkich powierzchni, w tym betonu, naprawdę sporo kosztuje. W mojej małej wsi chyba już nikt nie byłby w stanie się tym zajmować bez uszczerbku na zdrowiu. Nasza miejscowość zestarzała się zbyt wcześnie. Brakowało młodych ludzi do tej pracy.

– Tak, wiem. – Westchnęłam.

Bill podszedł do Griffina, pomachał ręką, aby skupić jego uwagę, i pokazał mu walające się po podłodze produkty, które wcześniej spadły mi na głowę.

– O… o… oookej, oookej, oookej.

Te słowa powtarzane w kółko przez Griffina drażniły mnie jak nic na świecie.

Czy on nie mógł niczego powiedzieć raz? Nie mógłby najpierw sformułować zdania w głowie i dopiero wtedy go wymówić?

Wróciłam za ladę, usiadłam na fotelu takim jak przy biurkach prezesów i popatrzyłam na Griffina. Wciąż przekładał karty. Bill się zakrzątnął, przeprosił i wyszedł. Zostałam sama z tym przerośniętym dzieckiem.

1Goddammit! (ang.) – niech to szlag! (Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

2I gotta go (ang.) – muszę iść.

Godzina 18:15

Griffin układał wszystko z takim pietyzmem, jakbym miała go rozliczać z odległości między paczkami chipsów. Samo patrzenie na niego doprowadzało mnie do irytacji. Chcąc zająć czymś głowę, zerknęłam do zeszytu, na utarg dobowy. Syknęłam przez zęby. Nic dziwnego, że Alex martwiła się o przyszłość. Nasza malutka stacja nie przetrwa. Konstruowano auta z coraz większymi bakami, turyści kupowali prowiant przed wyjazdem na Coquihallę. Brookmere stało się więzieniem bez szans na rozwój. Już nikt się tutaj nie budował. Wobec tego nie było czym zachęcić ludzi do przystanku.

Zatrudnianie aż czterech osób nie miało najmniejszego sensu. Nasza męczarnia na tej stacji też. Griffin – a raczej jego dofinansowania z rządu i ulgi – faktycznie ratował nas przed bankructwem. Może powinnam być za niego wdzięczna? Podniosłam wzrok, biorąc go ponownie na radar. Właśnie odszedł od regału, na którym układał produkty, i przeszedł do następnego. Zaczął wyrównywać butelki z napojami. Przewróciłam oczami. Nikt ich nie dotykał od ostatniego razu, kiedy je poprawiał. Nabrałam ochoty, żeby mu je poodwracać etykietami do tyłu tylko po to, aby miał zajęcie.

Obejrzał się, jakby wiedział, że na niego patrzę. Znów wstrzymałam powietrze. To, jak jedno jego spojrzenie paraliżowało, dziwiło mnie samą. Podskórnie czułam zagrożenie. Przytłaczała mnie obecność tego człowieka, mimo że dzieliło nas kilka metrów. Świadomość jego krzepy napinała moje mięśnie i przygotowywała je do walki. A przecież wiedziałam, jaki byłby mój los, gdybym wykonała jeden fałszywy ruch i rzeczywiście musiała się bronić. Choćbym nie wiem jak się starała, nie widziałam w nim tego łagodnego baranka, za którego uważali go Alex i Bill. Może to, co nas różniło, to rzeczywiście posiadanie dzieci. Nie miałam takiego instynktu jak oni, więc nie odnajdywałam się w roli opiekunki.

Przez chwilę się rozglądał, po czym tak jak stał, czyli bez kurtki, czapki i rękawiczek, wyszedł na zewnątrz i zaczął na nowo odśnieżać. Pocieszałam się myślą, że przydługie włosy i broda w jakimś stopniu ogrzeją mu ten pusty łeb. Temperatura oscylowała w granicach minus piętnastu. Jako ta przewidująca i świadoma konsekwencji odmrożenia powinnam do niego wyjść choćby z czapką i szalikiem. O kurtce mogłam zapomnieć, bo jeszcze w tym jego chorym mózgu zrodziłby się pomysł, że go wyrzucam. Ze strachu przed kolejną interakcją powstrzymałam się od jakiegokolwiek działania. Ewidentnie ode mnie uciekał, więc powinnam dać mu tę przestrzeń, o której tyle razy wspominał Bill.

Obserwując solidną pracę Griffina, modliłam się, aby go zmęczyła do tego stopnia, że nie będzie miał sił tutaj siedzieć i pojedzie do siebie. Może właśnie to podświadomie robiłam? Uprzykrzałam mu życie, żeby nie chciał ze mną spędzać czasu?

Godzina 19:05

Natura drwiła z Griffina. Niektórzy pokusiliby się o określenie tego zjawiska pogodowego mianem śnieżycy. Prószyło coraz mocniej. Gdy tylko oczyścił fragment kostki brukowej, po chwili beton, nad którym pracował kwadrans temu, zakrywała kolejna warstwa. Biegał z łopatą jak Syzyf. Aż było mi go żal.

Wstawiłam wodę, przygotowałam dla nas po kubku mocnej orange pekoe i wyszłam z jednym parującym płynem na mróz. Odruchowo się skuliłam, kiedy wiatr przeniknął przez moje ubrania. Jak Griffin mógł spędzić tyle czasu na zewnątrz bez kurtki?

Pomachałam, skupiając jego uwagę. Wyciągnęłam w jego stronę herbatę, a on zinterpretował ten gest właściwie. Oparł łopatę o ścianę, a następnie przejął ode mnie naczynie. Patrzył przed siebie, jakby podziwiał to, co mu się udało osiągnąć w ciągu ostatniej niepełnej godziny.

– Wejdź do środka – poprosiłam. – Zmarzniesz. Nie możesz tak stać. Jesteś zgrzany od ruchu, nie powinieneś stać na mrozie.

Trzymałam jedną ręką drzwi, wypuszczając ciepłe powietrze i wychładzając pomieszczenie. Nie uśmiechało mi się rozmawianie w progu, ale czekałam. Zerknęłam na kubek. Co gdyby Griffin wpadł w szał i chlusnął we mnie gorącym napojem? Mimowolnie odsunęłam się od niego. Stanęłam ciut z tyłu, na wypadek gdyby rzeczywiście zechciał to zrobić. Wyobraźnia już podpowiedziała mi, jaki ruch w razie czego wykonać. Musiałby się odwrócić, a to dałoby mi czas na reakcję. Mogłabym się schować za drzwiami i użyć ich jako tarczy.

Obrócił się, jakby chciał wejść do środka, więc przytuliłam się plecami do ściany, żeby go przepuścić. Usiadł na krześle za ladą. Dokładnie tam, gdzie stał mój kubek. Powinnam podejść czy poczekać, aż wypije i wróci do pracy? Zaryzykowałam. Usiadłam. Nie zajęłam jednak krzesła jak zrelaksowana osoba. Przygotowana do skoku w każdej chwili ledwie dotykałam pośladkami siedziska.

– Przepraszam, że cię zdenerwowałam wcześniej – zaczęłam. – Nie chcia…

– Ś… ś…

– Co?

– Śśś… śśświa… świa… świat-tła! Świat-tła! Świat-tła! – Zerwał się, potrącając mnie i pokazując palcem kogoś, kto jednak postanowił opuścić dom.

– Kurwa mać! – zaklęłam, bo chlapnął na mnie naparem.

Zrobił to niechcący, lecz poparzenie doskwierało tak samo niezależnie od intencji. Ciepło na materiale spodni błyskawicznie zmieniło się w zimno. Świetnie! Nie przyniosłam niczego na zmianę, więc przyjdzie mi czekać, aż plama wyschnie.

Griffin, zupełnie nie zauważając szkód, jakich narobił, dopadł do drzwi. Otworzył je i przytrzymał dla dwóch mężczyzn. Jedno spojrzenie na ich twarze wystarczyło, abym napięła wszystkie mięśnie.

Na ich twarzach malował się dziwny strach. Zachowywali się tak, jakby przed czymś uciekali. Jakby się czegoś bali. Wahałam się, o co zapytać, podczas gdy oni rozglądali się po stacji w sposób, który sugerował, że spodziewali się znaleźć tu coś lub kogoś konkretnego, nie nas. Wstrzymałam powietrze, podejrzewając, że może sprawdzają, czy dalibyśmy radę się przed nimi obronić.

Obaj ubrani w takie same kurtki khaki podeszli bliżej lady.

– Czy masz tu jakiś kontakt z Hope albo Merritt? – odezwał się jeden z przybyszów.

– Mam radio. – Wskazałam urządzenie za sobą. – Coś się stało?

Spojrzeli najpierw na siebie, potem na Griffina.

– Potrzebujecie pomocy? – ponowiłam pytanie.

– Tak.

– Nie – odpowiedzieli w tym samym momencie.

Nie wiedziałam, jak zareagować.

Popatrzyłam na ich auto. Wielka ciężarówka stała na światłach i jakby na nich czekała. Po raz pierwszy pomyślałam, że siła Griffina może się przydać, jeśli ci dwaj postanowili nas obrobić. Jeszcze tego brakowało, aby zabrali nam towar czy drobne z kasy.

Szacowałam ich możliwości. Byli w średnim wieku. Może nawet bliżej pięćdziesiątki. Raczej niewysportowani. Jednemu odznaczał się brzuch pod kurtką. Tacy jednak też mogą mieć krzepę – a nawet jeśli nie krzepę, to broń. Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, czy obecność Griffina wystarczy, żeby ich odstraszyć.

– Był wypadek – zaczął ten bardziej przy kości.

– Wypadek? – powtórzyłam, znowu zerkając na ciężarówkę. Nie dojrzałam żadnego wgniecenia. – Gdzie? Na autostradzie?

– Lawina zeszła. Odcięła trasę. Byliśmy uwięzieni pod śniegiem.

Zadrżałam. To chyba najstraszniejsze, co może spotkać człowieka w górach. Mieli szczęście, że siedzieli w wysokiej ciężarówce. Auto osobowe o wiele trudniej wygrzebać. Już nie wspominam o tym, że najpierw trzeba samemu z niego wysiąść, a otwieranie drzwi pod zaspą wymaga nie lada wysiłku.

– W którą stronę jechaliście?

– Na południowy zachód. Do Vancouver.

– Uff. – Odetchnęłam z ulgą. Bill był bezpieczny. On zmierzał w drugą stronę, do Brookmere.

– Lawina zeszła nagle – ciągnął ten grubszy. – Huknęło i zobaczyliśmy, jak śnieg się stacza. Leciały wielkie, zbite jak kra kawałki, a potem… ja się zatrzymałem. Choć bałem się gwałtownie zahamować, zrobiłem to, żeby uniknąć wjechania w epicentrum. Jezu… – Na samo wspomnienie zbladł. – Uderzyło w nas tyle śniegu, że przez moment było biało. Nic nie widzieliśmy. Myśleliśmy, że nas całkiem przysypało.

– Nie taką ciężarówkę – stwierdziłam. Większe niebezpieczeństwo stanowiło zepchnięcie z trasy, a następnie ze zbocza.

Niewątpliwie najedli się strachu, lecz nie było aż takiego zagrożenia. Tłumaczenie im działania natury niczego nie wniesie, więc odpuściłam sobie przekonywanie ich do swojej racji. Obaj zdawali się mocno poruszeni. Pewnie o niczym bardziej nie marzyli niż o powrocie do bezpiecznego, ciepłego domu.

– Ile kilometrów jest do Merritt z tego miejsca? – zapytał szczuplejszy, potwierdzając moje przypuszczenia.

– Spokojnie ponad siedemdziesiąt. Do Hope bliżej, ale jeśli zeszła lawina, to dzisiaj tam nie dojedziecie.

– Możesz zapytać, jak wygląda droga z powrotem do Merritt?

Odwróciłam się do nich plecami. Szybko jednak usiadłam bokiem. Kilka razy wywoływałam zapytanie, aż w końcu ktoś poinformował o burzy śnieżnej w całym paśmie górskim. Ostatni pług zjechał z autostrady do nas, do Brookmere. Według operatora niewprawiony kierowca, który na dodatek nie zna trasy, nie poradzi sobie w takich warunkach. Powinniśmy założyć, że skoro nie widać asfaltu i nadal niemiłosiernie sypie, na chwilę obecną nie ma przejazdu. Dopóki pogoda się nie uspokoi, odśnieżanie pustej jezdni to tylko strata czasu i pieniędzy. Operator ma wyjechać nad ranem, kiedy zgodnie z prognozą aura poprawi się na dłużej.

Wszyscy słuchaliśmy uważnie. Nawet Griffin, który nic z tego nie rozumiał.

– Czy tu jest jakiś domek dla gości?

Pomyślałam o pokoju, który Ben kiedyś zbudował z myślą o turystach. Od dawna nikt w nim nie zostawał. Pościel, nawet jeśli nie zaczęła wilgotnieć i gnić, z pewnością nie nadawała się do użytku. My korzystaliśmy z łóżka w szatni, gdzie temperatura utrzymywała się na przyzwoitym poziomie. Tamto pomieszczenie, obecnie służące za magazyn, stanowiło zdecydowanie gorsze rozwiązanie niż przespanie się w szoferce ciężarówki – ciepłej i czystej.

– Nie ma. Jesteśmy tylko my i niewielka wieś czterdzieści kilometrów na północ – odparłam. – Przez góry – dodałam, aby byli tego świadomi.

– Jechaliśmy tamtędy rano.

– Rano? – powtórzyłam.

– Tak, ponad trzy godziny wygrzebywaliśmy się ze śniegu. Plus dojazd tutaj. Paliwo nam się powoli kończy.

– Mamy wystarczające zapasy, możecie spokojnie zatankować. – Uśmiechnęłam się przyjaźnie. Do baku takiego pojazdu wejdzie niezła ilość.

– Masz kontakt z tą wsią?

– Z Brookmere? Tak. Przez radio. Przed chwilą z nimi rozmawiałam. To oni się zgłosili.

– Czy możesz poprosić, żeby ktoś wyszedł na trasę i sprawdził, jak jest dalej? Przejechał kilka kilometrów na północ?

Zaśmiałam się. Mężczyźni, zbici z tropu, nie odczytali znaczenia tego prostego przekazu i przyglądali mi się jak szalonej. Zdałam sobie sprawę, że nie dotarło do nich, jak durną prośbę wystosowali.

– W taką pogodę? W imię czego? – zapytałam serio.

– Niesienia pomocy – stwierdził kwaśno ten tęższy.

– W ramach niesienia pomocy to ja mogę wam zaparzyć herbatę i pozwolić posiedzieć na ławce pod ścianą. – Wskazałam zbity z bali ciężki mebel. Ręczna robota ojca Alex.

– Ale możesz chociaż poprosić?

– Ja znam tych ludzi. To moi sąsiedzi. Głównie starsi ludzie. Nikt nie będzie ryzykował, żeby sprawdzić drogę. Oni też chcą spokoju… i ciepła.

Zaklął pod nosem niezadowolony z odpowiedzi.

– To pilne! – naciskał podniesionym głosem.

– Rozumiem. Każdemu się spieszy, ale proszę mi wierzyć na słowo. Z naturą się nie igra. Jeśli zeszła lawina, to znaczy, że lepiej siedzieć w domu, zamiast się włóczyć i szukać przygód.

– My tu mamy więźnia – warknął pierwszy. – Proszę zapytać!

– Nie. – Pokręciłam głową. – Nie mam obowiązku wypełniać waszych poleceń. Nie macie pojęcia, jak się zachować w takiej sytuacji. Odmawiam narażania bliskich mi ludzi na pewną śmierć. Jeśli taki dziadek wyjedzie z domu i wypadnie z trasy albo zejdzie kolejna lawina, nie poradzi sobie jak wy, młodsi.

Grubszy odszedł, klnąc pod nosem. Krążył po pomieszczeniu, intensywnie myśląc. Chyba nie dopuszczał do siebie świadomości, że nie mają innego wyjścia i muszą tu zostać. Po chwili wrócił do lady.

– Co tu jest?

– Nie rozumiem.

– Jakie miejscowości, jakie możliwości?

– Nie ma nic – wyjaśniłam szybko. – Znajdujemy się pomiędzy Hope a Merritt. Jest tylko sto dwadzieścia kilometrów autostrady przez góry. Są pojedyncze domy, rolnicy, ale… nic poza tym. Rzeka.

– I żadnego kontaktu z cywilizacją?

– Żadnego poza radiem.

Przez chwilę nad czymś dumali, aż w końcu jeden pociągnął drugiego na stronę. Rozmawiali cicho, zdradzały ich jednak emocje. Dyskutowali o czymś, o czym każdy z nich miał inne zdanie. Nie mogli się zgodzić co do decyzji, jaką powinni podjąć. Jeśli postanowią zatankować i jechać dalej, nie będę ich powstrzymywała.

– Dobrze – odezwał się w końcu ten szczuplejszy, surowszy. – Zostaniemy tu.

Skinęłam głową. Nie mogłam im odmówić schronienia.

Usiedli na ławce pod ścianą. Zamienili parę słów, aż w końcu jeden z nich wyciągnął pieniądze i do mnie podszedł.

– Musimy zatankować.

Zmarszczyłam czoło, bo położył na ladzie mniej, niż wypadało za cały bak.

– To na początek – dodał, a ja przyjęłam gotówkę zaskoczona, że chce zapłacić z góry.

Griffin stał jak kołek, obserwując całą scenę. Dla niego obecność tych ludzi była jak spektakl w teatrze. Podczas gdy oni kompletnie go ignorowali, on śledził każdy ich ruch. Jeden z mężczyzn po dokonaniu płatności udał się do wyjścia, drugi został w środku. Griffin, niewiele myśląc, ruszył za tym idącym na zewnątrz. Facet od razu to zarejestrował.

– Halo! Czekaj tu! – rozkazał mu, wyciągając rękę, jakby chciał go zablokować.

– Nie dotykaj go! – krzyknęłam, zanim rozpętałoby się piekło. – On jest niegroźny, ale… – Pokręciłam głową. – Jest upośledzony, niewiele rozumie z tego, co tu się dzieje, i klienci są dla niego rozrywką. Pewnie chce pomóc.

– Niech zostanie! – polecił mi, jakbym posiadała moc zatrzymania kolegi.

– Proszę mi wierzyć na słowo, że lepiej będzie, jeśli pójdzie. Popatrzy na ciężarówkę, pomoże zatankować i wróci.

– Nie potrzebuję pomocy. Niech zostanie.

– Griff – zwróciłam się do towarzysza. – Poczekasz tu ze mną?

Nigdy nie przepuścił okazji, żeby pędzić do dystrybutora. Z miłością patrzył, jak wyświetlacz odmierza litry paliwa. Nie zliczę, ile razy gapił się na tę idiotycznie prostą czynność do samego końca. Po całym dniu bez klientów pewnie mu tego brakowało. Tak jak mogłam się spodziewać, pokręcił głową.

– Griffin, proszę, zostań. Ten człowiek nie chce pomocy. Da sobie radę sam.

– J… j… ja… p… p… po… po… pom-mo… pom-mo… pom-mo…

– On chce pomóc – wyjaśniłam, nie mogąc słuchać jego jąkania.

Człowiek zmierzył Griffina wzrokiem. Widział chłopa. Wielkiego i dziwnego. Zachowującego się jak dziecko, ale jakoś tak inaczej, nieprzewidywalnie. Choć spodziewałam się innej reakcji, zmiękł i skinął głową.

Wyszli. Zobaczywszy, że klient przyspiesza, Griffin wyprzedził go biegiem. Nie mógł się doczekać, aż sięgnie po pistolet do paliwa. Dotarł pierwszy i zaczął się szarpać z dystrybutorem.

Westchnęłam ciężko. Zapewne nieświadomy, za ile zapłacili, naleje za dużo. Klienci przeważnie płacili uczciwie, litując się nad jego kalectwem. Trafiali się też tacy, którzy nie mieli zaufania do upośledzonego i po tankowaniu przychodzili do mnie z gotówką, choć Griffin kręcił się po placu gotowy służyć pomocą. Ci tutaj mieli dość całej tej sytuacji, więc pewnie nie starczy im cierpliwości do Griffina. Czułam ich irytację na odległość.

Ten, który został, zdjął czapkę, ukazując przyklejone do czoła, wilgotne od potu włosy. Potarł je.

– Wszystko w porządku? – zagadnęłam.

– Tak, opadłem z sił. Kopaliśmy rękami – wyjaśnił. – Jestem cały mokry. – Złapał się za kurtkę i zaczął nią wachlować.

– Nie mam nic na przebranie.

– A ten głupek? – Skinął głową na Griffina.

– Pytasz, czy ma jakieś ubrania? Wątpię. Zresztą nawet gdyby miał, nie oddałby czegoś swojego. On by tego nie zrozumiał.

– Tak sądzisz?

– Ja to wiem. Trudny z niego przypadek i jak mówiłam, lepiej mu na coś pozwolić, niż stawiać opór.

– Zawsze myślałem, że chorzy są drobni. Skuleni. Tacy… – Zamilkł, szukając odpowiedniego słowa.

– Wyglądający łagodnie – dopowiedziałam za niego. – Sprawiający wrażenie bezbronnych?

– Tak! – ucieszył się z mojego trafnego opisu. – Właśnie to.

– Kiedyś też tak myślałam – przyznałam. – Ale potem zmieniłam zdanie. Czytałeś może Lot nad kukułczym gniazdem?

– Nie, nie znam tej książki.

– Kesey postanowił umieścić akcję w szpitalu psychiatrycznym – opowiadałam. – Na dodatek zastosował inny ciekawy zabieg. Przedstawił cały przekrój pacjentów, a Wódz, który odgrywa kluczową rolę, to wielkolud. Łagodny jak baranek wielkolud, który stracił rozum.

– Jak ten tutaj.

– Coś w ten deseń. – Uniknęłam jednoznacznej odpowiedzi, bo wspomnienie dzisiejszego popchnięcia nadal wywoływało we mnie dziwne uczucia. – W każdym razie kiedy Alex, nasza szefowa, go przedstawiła, pomyślałam, że jest jak Wódz.

Wydął usta, przyglądając się Griffinowi tankującemu ciężarówkę.

– A co taki głupek tutaj robi? Jest do ochrony?

– Można tak powiedzieć. Ale też pracuje fizycznie. Sprząta kibel, odśnieża. Tak jak Wódz.

– I jak wy mu tłumaczycie, co ma robić?

– Różnie. Na migi, trochę na zasadzie naśladowania, czyli ja mu coś pokazuję, a on powtarza.

– I nie kwestionuje tego, co mu każesz?

– Ma swoje zdanie. Potrafi zaprotestować, ale jeśli chodzi o pracę, lubi zadania. O wiele chętniej wypełnia polecenia dotyczące pracy fizycznej.

– A co mu się stało, że taki jest? Jakiś wypadek czy taki się urodził?

– Nie wiem. Szefowa ma jego dokumenty, potwierdzenie niepełnosprawności, ale nigdy mnie nie interesowało, dlaczego taki jest.

– Czyli nie da się tego wyleczyć?

– Nie sądzę. Przyjechał tu jakoś rok temu i od tamtego czasu się nie zmienił. Jest tak samo wkurzający, tak samo niekumający niczego i tak samo ciężko harujący. Można się spalać w tłumaczeniu mu czegoś, ale nie da się go zmienić.

– To twój samochód? – Wskazał na toyotę Griffina, zmieniając temat.

– Jego.

– On umie jeździć? – Wrócił do mnie wzrokiem zaskoczony.

– Tak.

– Taki debil i jeździ? I rozumie, że ma nie wjeżdżać w ludzi?

– Tak, rozumie – syknęłam poirytowana. – Poza tym, że czasami dziwnie się zachowuje, jest całkiem normalny. – Aż sama się zdumiałam, że opisałam go w taki sposób. Czułam irracjonalną potrzebę bronienia kolegi przed tym gościem.

– To może wyślemy tego głupka, żeby pojechał i sprawdził.

– Słucham?!

– Wygląda na nieświadomego ryzyka…

– I właśnie dlatego nie możesz go wysyłać w śnieżycę na autostradę! – zaprotestowałam zbulwersowana, że używa niepełnosprawności przeciwko Griffinowi.

– Skoro tu dojechał, to znaczy, że jest niezłym kierowcą. A jeśli ktoś nie jest świadomy ryzyka, to ma więcej odwagi.

– Ale też czuje ból i strach! – sprzeciwiłam się ostro.

– Tacy ludzie są inni. Jakby… opatrzność nad nimi czuwała. Mówię ci. Pojedzie i wróci. Ta toyota ma łańcuchy, jest przystosowana. Będzie dobrze.

– Nie! Nie wyrażam zgody! Jestem za niego odpowiedzialna – skłamałam. – Odpowiadam karnie przed sądem – ściemniałam, jakbym walczyła o własne dziecko.

Wrócił jego towarzysz. Griffin oczywiście podążał za nim.

– Jeff – zwrócił się chudy do pulchnego, siadając obok niego na ławce. – A gdyby wysłać tego głupka?

– Nazwij go tak jeszcze raz, a spędzisz kolejnych paręnaście godzin na zewnątrz. Ewentualnie w ciężarówce. – Zerknęłam na wóz. Zza auta unosiła się chmura spalin. Dlaczego zostawili silnik na chodzie? Bali się, że go nie uruchomią, jeśli zmarznie?

– Koteńku, nie denerwuj się – rzekł do mnie pieszczotliwie ten szczupły. – To była tylko propozycja.

– Masz odpalone auto – zmieniłam szybko temat.

– Tak, bo w środku jest więzień. Nie możemy go zostawić bez nawiewu. W tej blaszanej puszce szybko robi się lodówka. I o ile nie miałbym nic przeciwko, gdyby zdechł, o tyle zawód zobowiązuje mnie do traktowania go należycie.

– I zamierzacie trzymać auto odpalone przez całą noc? – Przeskakiwałam wzrokiem po ich twarzach, szukając odpowiedzi.

– Nie ma innej opcji. On nie może wysiąść.

Pomyślałam o litrach zmarnowanego paliwa. Ale skoro to nie moje pieniądze, nie powinnam się martwić kosztami. Jeśli będą tankować na bieżąco, my dzięki temu zarobimy.

– Dlatego dobrze by było, żeby pojechał i sprawdził.

– Nie, Griffin nigdzie nie pojedzie – postawiłam sprawę jasno.

– J… j… ja… p… p… po… – wyjąkał mój towarzysz, przestępując z nogi na nogę. Zagotował mi krew w sekundę. Chyba bardziej niż strażnicy, bo oni przynajmniej przyjmowali moje argumenty.

– O, widzisz. Chce pomóc. – Chudy pokazał go dłonią.

– On nie wie, co mówi. Nie bierz jego słów na serio.

Strażnik wstał i zaczął powoli pokonywać dystans pomiędzy ławką a Griffinem. Zaraz zacznie go przekonywać, a ten dureń pewnie posłucha. Poirytowana również wstałam. Czułam, jak napina mi się każdy mięsień. Jeśli będzie trzeba, powstrzymam Griffina siłowo.

– Jesteś dobrym chłopakiem – urabiał go koleś. – Trzeba pomóc. Pomożesz? Pojedziesz?

– P… p… p… po… poooja…

Wyszłam zza lady.

– Już mówiłam – oświadczyłam stanowczo. – Griffin nigdzie nie jedzie. Jest śnieżyca.

– Ale on chce. Ma ochotę. Widzisz? – Szczupły, zmieniając ton głosu, ponownie zwrócił się do Griffina: – Gdy się jedzie w nocy w śniegu, to płatki tworzą zasłonę, w którą się wjeżdża. To taki niekończący się wodospad puchu.

– P… p… puch – wydukał Griffin z ekscytacją.

– Jak ci nie wstyd? – rzuciłam, stając między nimi, tyłem do Griffina. Mierzyłam wzrokiem strażnika. Miał głupkowaty wyraz twarzy. To chyba satysfakcja, że tak szybko zachęcił Griffina do wyjazdu w ryzykownych warunkach. Jakby chciał powiedzieć, że on jest zbyt cenny, za to mój kolega nie ma żadnej wartości.

Griffin przewyższał mnie o głowę i prędzej wyglądaliśmy jak ojciec i córka niż dwoje dorosłych. Czułam jednak potrzebę powstrzymania go, zanim da się namówić na coś tak niebezpiecznego. Słyszałam od Alex, że jeździł tylko w jedną stronę, do Hope, dokładnie tam, gdzie osunął się śnieg. Pewnie jeszcze ani razu nie udał się na północ. Nawet gdyby zrozumiał, na czym polega zadanie, i gdyby mu się udało przebić przez zamieć, nie poradziłby sobie w innym mieście. Tak wolno się uczył. Co gdyby to jego odcięła lawina? Albo – co gorsza – gdyby uległ wypadkowi? Przecież nie reaguje logicznie.

– To pełnoletni człowiek. Skoro ma prawko, może sam o sobie decydować. Chodź. – Mężczyzna skinął na niego głową.

– Nie, Griff – odezwałam się, stając tym razem przodem do wielkoluda. – Odśnieżysz przed wejściem? Zobacz, napadało. – Użyłam mowy ciała, zachęcając go do spojrzenia w bok.

Ani drgnął. Wpatrywał się w moje oczy tak, jakby tylko sekunda dzieliła go od zaatakowania mnie na oczach tych ludzi. Czy on aż tak mnie nie lubił, aby właśnie teraz zrobić mi na złość? Czy w ogóle pojmował koncepcję postępowania na przekór innym? Pewnie tak.

– Pojedziesz? – zapytał strażnik, a Griffin skinął głową. – Do Merritt, prawda? Wiesz, gdzie jest Merritt?

– Griff. – Starałam się mówić tak spokojnie jak Bill. – Jest burza. Jest niebezpiecznie. Możesz ulec wypadkowi, może cię zasypać lawina. Rozumiesz, co to znaczy? Możesz znaleźć się kilka metrów pod śniegiem. – Koloryzowałam, bo takie zwały raczej nie spadłyby tak wysoko w górach, lecz wolałam skłamać i go zatrzymać, niż postawić na prawdomówność. – Śnieg cię przysypie. Spadnie na auto, na ciebie. Na głowę.

Facet za mną się zaśmiał.

– Z czego rżysz? – warknęłam na niego, posyłając mu pełne pogardy spojrzenie.

– Jeśli on nie czai nawet tego, tym bardziej nie zrozumie, że może umrzeć.

– Ale ja rozumiem!

Gdybym wiedziała, że ten dryblas zareaguje inaczej, odciągnęłabym go na bok. Tłumaczyła jak dziecku, dopóki by nie pojął, czego od niego oczekuję. Bałam się jednak go dotknąć. Jeśli stanę mu na drodze, popchnie mnie. Pewnie gdyby nie wydarzenie sprzed godziny, miałabym większą odwagę. Teraz to wspomnienie blokowało mnie przed podjęciem jakiegokolwiek działania. Mogłam jedynie prosić. Snułam scenariusze, straszyłam go… Niestety na próżno.

– P… p… po… poooj-ja… pojad-dę – wymęczył.

– To jedź. – Irytacja wzięła górę. – Jedź i nie wracaj.

Pomaszerowałam za ladę, choć kipiałam złością. Durny wielki chłop.

– Będziecie go mieć na sumieniu. Obaj. Ty. – Wskazałam tego, który go namawiał. – I ty, bo na to pozwoliłeś.

– Mam go zatrzymać siłą? – Chudy uśmiechnął się głupkowato. – Sam chciał jechać. Zobacz, jaki jest chętny.

Było im bardzo na rękę wysłać mięso armatnie. Wróci i zda relację, a oni pojadą. Nie wróci, więc zostaną i poczekają na pomoc. Kto by się przejmował opóźnionym w rozwoju.

Cisnęły mi się na usta przekleństwa, kiedy widziałam, jak tłumaczyli mu, na czym polega misja. Wciąż zmuszali go do potwierdzania, że wszystko załapał. Gdy przytrzymali mu otwarte drzwi, coś we mnie pękło.

– Jezu, ludzie, bez kurtki go puszczacie?!

Obaj na mnie spojrzeli.

– Będzie w samochodzie, tam jest ciepło.

– Dajcie mi chwilę – poprosiłam.

Pobiegłam na zaplecze, nie mając pewności, czy zastanę ich, gdy wrócę. Wyniosłam Griffinowi jego kurtkę, czapkę i szalik. Chciałam mu je podać, ale nawet nie wyciągnął po nie ręki. Obraził się. Gdyby to Bill wręczył mu rzeczy, wziąłby je bez zawahania. Słyszałam, jak sobie ze mnie żartowali, ale się nie zniechęcałam. Wpadłam na pomysł, że powinnam postawić na zachowania bezwarunkowe, więc rzuciłam ciuchy ku Griffowi. Instynktownie ją złapał. Dopiero kiedy to zrobił, przyszło mi do głowy, że mógłby odebrać ten gwałtowny ruch jako atak. Na szczęście włożył kurtkę i czapkę. Tę drugą oczywiście tył na przód.

Zgarnęłam z półek kilka butelek wody, paczek suszonej wołowiny, jakieś batony, dwie czekolady i chrupki. Wybiegłam za nimi. Griffin już siedział za kierownicą, więc otworzyłam drzwi pasażera i wrzuciłam do środka wałówkę. Zatrzasnęłam je za sobą, aby nie mógł wywalić produktów, po czym wróciłam do budynku. Tych kilka kroków na zewnątrz zmroziło mnie do szpiku kości. Jeśli stanie mu samochód albo zasypie go lawina, ten cymbał może nie wyjść z tego cało.

Do ostatniej chwili liczyłam, że nie pojmie, czego od niego oczekują, i nie wyruszy. Patrzyłam jednak przerażona, jak wycofał. Toyota wytoczyła się ze stacji. Zanim skręcił na autostradę, zatrzymał się, jakby sprawdzał, czy nic nie jedzie, choć droga była pusta. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Po chwili światła zniknęły za ścianą śniegu.

Zadowoleni z siebie mężczyźni wrócili do środka.

– Powiedz przez radio, że jedzie kierowca, i poproś, żeby ktoś go wypatrywał – polecił mi ten szczuplejszy. – Dodaj, że to ten głupek od was. Ludzie na pewno go znają i mu pomogą.

– Spłoniesz w piekle, gnido – wyrzuciłam z siebie.

– Ooo, nieładnie.

– Go fuck yourself! – krzyknęłam, tracąc fason.

– Spokojnie, te emocje są niepotrzebne. Sprawa jest ważna. Przysłużył się państwu. Zrobił coś dobrego. Godnego podziwu. Zostanie bohaterem.

Prychnęłam niczym kot.

– Złożę na was skargę! Nie daruję wam! Jak można być taką padliną, żeby wysłać na pewną śmierć kogoś, kto nie rozumie, na co się pisze? On nie wie nawet, że powinien wkładać kurtkę, zanim wyjdzie na zewnątrz. Boże… – Urwałam, nie mogąc sobie wybaczyć, że go nie zatrzymałam. Może powinnam zaryzykować walkę? Teraz czułam, że za słabo się postarałam.

– Skargę? Za to, że wypełniamy obowiązki? Za to, że staramy się dostarczyć groźnego człowieka w wyznaczone miejsce? Nie rozumiesz. Mamy na pace więźnia. Mordercę. Zawnioskował o rozprawę w Vancouver, więc zgodnie z prawem musimy go tam przewieźć. Wysłaliśmy pismo z prośbą o przesunięcie terminu rozprawy, ale oni tam, w cieple gówno wiedzą o zimie w górach. Nie możemy się rozdzielić, nie możemy go zostawić. Mamy związane ręce. Ten głupek to jedyna opcja.

– Nie jest głupkiem – zaprotestowałam, choć kilka godzin temu sama go tak nazwałam.

– Jest i udowodnił to, pchając się sam w śnieżycę. – Chudszy się zaśmiał.

– Głupki zawsze mają szczęście – odezwał się ten drugi, chyba Jeff. – Jakby matka natura nie chciała, żeby głupek zginął. Zauważyłeś to?

– Na wojnie też nie giną najpierw ci, którym trudno przychodzi myślenie.

– Nie mogę tego słuchać – wtrąciłam. – Jeśli to nie problem, wróćcie do auta, ja zamknę stację i pójdę spać.

Choćbym nie wiem jak się starała, nie zasnę ze świadomością, że Griffin przedziera się przez zamieć. Zależało mi jednak na pozbyciu się tych dwóch. Nie chciałam słuchać ich debilnych komentarzy. Nic mnie tak nie denerwowało jak ta zuchwałość i brak szacunku do drugiego człowieka.

– Teraz coś zjemy i się napijemy. Trzeba odzyskać energię.

– Możecie zjeść w samochodzie – zaproponowałam.

– Czy mi się zdawało, czy wcześniej mówiłaś o obowiązku podania nam herbaty?

Milczałam. Nigdzie nie zapisano prawa nakazującego pomagać podróżnym. Robiliśmy to sami z siebie. Z chęci niesienia pomocy, kiedy warunki atmosferyczne nie rozpieszczały.

– Skoro ustaliliśmy już, co i jak, wstaw wodę. Zjemy tutaj.

Nie udało mi się ich wygonić.

Kupili trochę suszonej wołowiny, kilka batonów, poprosili o kawę i usiedli z tym wszystkim na ławce. Rozmawiali przyciszonymi głosami, co w zasadzie rozwiązywało sprawę. Nie musiałam ich już słuchać. Dobijała mnie jednak niepewność. Czy Griffin da radę? Liczyłam kilometry, szacując prędkość, z jaką mógł jechać. O której powinien dotrzeć do Brookmere? Czy będzie wiedział, gdzie skręcić? Z domu, nawet tego położonego najbliższej autostrady, nie widać trasy, kiedy śnieg kurzy tak jak teraz. Mimo to podjęłam próbę nawiązania kontaktu. Może ktoś zobaczy samochód i chociaż potwierdzi, że Griffin tam dojechał?

Niezależnie od tego, ile razy usiłowałam uzyskać łączność, odpowiadała mi cisza. Posiadaliśmy bardzo dobre radio CB ze wzmacniaczem sygnału i gwarantujące kontakt na długim dystansie. Jedenastometrowa antena łapała zasięg zarówno z Hope, jak i z Brookmere. Dzisiaj sprzęt niestety nie działał. I choć to nie pierwszy taki raz, ogarnął mnie dziwny niepokój, gdy słyszałam tylko ciszę.

Nigdy tego nie praktykowałam, lecz w tym momencie zaczęłam się modlić. Patrzyłam, jak śnieg za oknem zacina pod kątem czterdziestu pięciu stopni, i powtarzałam w myślach wygrzebane z pamięci słowa modlitwy. Nikt nie zasługuje na strach związany ze świadomością, że się utknęło i że poza śniegiem, ciemnością oraz pustą przestrzenią nie ma w pobliżu nic.