Kości niezgody - Lisa Regan - ebook
BESTSELLER

Kości niezgody ebook

Regan Lisa

4,6

43 osoby interesują się tą książką

Opis

Mimo palącego bólu w rękach Josie nie przerywa reanimacji aż do przyjazdu karetki. Gdy sanitariusze odciągają ją od zimnego, wątłego ciała, Noah łamiącym się głosem podaje czas zgonu ukochanej matki.

Josie Quinn i jej partner Noah jadą na wieś, by zjeść obiad w jego rodzinnym domu. Na miejscu z przerażeniem odkrywają, że matka mężczyzny,

Colette, leży w ogrodzie z ustami pełnymi ziemi i nie daje znaków życia. Ekipa Josie przeszukuje dom i okolicę. Dlaczego w pobliżu ciała zakopano paciorki różańca i co oznacza ukryta teczka, oznaczona nazwiskiem

Drew Pratta – najsłynniejszego zaginionego w historii miasteczka Denton? W dodatku wpis w pamiętniku prowadzonym przez Colette sugeruje powiązania między nią a Drew i jego zmarłym bratem.

Czy Josie uwierzy w to, co nie do pomyślenia – że ta uczynna starsza kobieta odpowiada za śmierć obu mężczyzn? I czy świeży związek z Noahem przetrzyma takie oskarżenie?

Jak głęboko trzeba będzie kopać, by odnaleźć prawdę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (106 ocen)
75
19
10
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malwi68

Dobrze spędzony czas

"Kości niezgody" autorstwa Lisy Regan to trzymający w napięciu thriller. Główna bohaterka, detektyw Josie Quinn, razem z partnerem Noahem zostaje wplątana w skomplikowaną historię, gdy odkrywają ciało matki Noaha w ogrodzie z ustami pełnymi ziemi. Autorka doskonale buduje atmosferę tajemnicy i niepewności, gdy bohaterowie próbują rozwikłać zagadkę śmierci oraz związki z przeszłością rodziny Noaha, zwłaszcza z najsłynniejszym zaginięciem w historii miasteczka. Narracja prowadzona przez Josie pozwala zanurzyć się w jej myślach i emocjach, co dodaje głębi całej historii. Wątki związane z miłością, lojalnością i zawierzeniem dodają tej opowieści wielowymiarowości. "Kości niezgody" to nie tylko pasjonująca zagadka kryminalna, ale także historia o relacjach międzyludzkich i poszukiwaniu prawdy za wszelką cenę. Fani gatunku z pewnością nie będą zawiedzeni tym pełnym zwrotów akcji i zaskakujących momentów thrillerem. Autorka Lisa Regan w "Kości niezgody" prezentuje nie tylko dynamiczną akc...
20
livhannah

Nie oderwiesz się od lektury

polecam :) kolejna książka o Josie Quinn - jak zwykle trzyma w napięciu :)
20
Aniitaa

Nie oderwiesz się od lektury

CZEKAM NA KOLEJNY TOM, ŚWIETNA
10
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

świetna polecam
00
mozale

Nie oderwiesz się od lektury

polecam. trochę zaskakujące rozwiązanie. czekam na następną historię
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nału:The Bo­nes She Bu­ried
Pro­jekt okładki © GHO­ST­DE­SIGN
Fo­to­gra­fie na okładce© Getty Ima­ges, Shut­ter­stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK, PA­TRYK MŁY­NEK
Re­dak­cjaUR­SZULA ŚMIE­TANA
Ko­rektaALEK­SAN­DRA WIĘK-RUT­KOW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght © Lisa Re­gan, 2019 First pu­bli­shed in Great Bri­tain in 2019 by Sto­ry­Fire Ltd tra­ding as Bo­oko­uture.
Po­lish edi­tion © Pu­bli­cat S.A. MMXXIV (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6667-8
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

Mo­nice Eb­benga i Bo­ni­cie Klatt.

Mó­wie­nie wła­snym gło­sem ma wielką moc.

PRO­LOG

Krzyki ją ści­gały, ota­czały ją ze wszyst­kich stron, gdy bie­gła po kra­wę­dzi, by w końcu znik­nąć w mroku. Czuła pod sto­pami kłę­bo­wi­sko ro­ślin i ka­mie­nie. Po jej pra­wej stro­nie otwie­rała się prze­paść głę­boka na setki stóp. A w każ­dym ra­zie na tyle wy­soka, że upa­dek skoń­czyłby się śmier­cią. Po le­wej wy­ra­stała ściana gę­stego lasu.

Kiedy roz­brzmiał pierw­szy strzał, usko­czyła w lewo, żeby się schro­nić mię­dzy drze­wami.

Ga­łę­zie ude­rzały ją w ręce i twarz, wy­ci­na­jąc w ja­snej skó­rze cien­kie krwawe li­nie. Na­gle za­ha­czyła pal­cami u nóg o ko­rzeń i stra­ciła rów­no­wagę. Upa­da­jąc, wi­działa zbli­ża­jące się li­ście i ka­mie­nie, ude­rzyła łok­ciem o wielki głaz i jej ra­mię prze­szył prze­raź­liwy ból, który do­tarł aż do głowy. Na­dal sły­szała do­bie­ga­jące z od­dali krzyki. Ła­piąc po­wie­trze ury­wa­nymi hau­stami, ze­rwała się na nogi. Trzy­mała łok­cie bli­sko ciała. Z oczu pły­nęły jej łzy, lecz pa­nika i chęć prze­trwa­nia wio­dły ją głę­biej w las.

Na­gły wy­strzał prze­szył noc.

Mu­siała uciec jak naj­da­lej od obo­zo­wi­ska, ale gęst­nie­jące wio­senne li­sto­wie za­sła­niało świa­tło księ­życa, po­grą­ża­jąc las w kom­plet­nej ciem­no­ści. Z któ­rej strony przy­bie­gła?

Ko­lejny strzał był jak trza­śnię­cie bi­cza, ale kiedy wo­kół niej roz­nio­sło się echo, nie po­tra­fiła roz­po­znać kie­runku, z któ­rego padł. Ru­szyła przed sie­bie, pró­bu­jąc zdrową ręką uto­ro­wać so­bie drogę i ma­jąc na­dzieję, że od­dala się od strza­łów. Pod pal­cami czuła korę i ga­łę­zie drzew, pod sto­pami trza­skały pa­tyki i pędy. Zła­pał ją skurcz mię­śni ły­dek. Jak długo bie­gła? Miała wra­że­nie, że całe go­dziny, ale to nie mo­gła być prawda.

Od­głos ła­ma­nej w po­bliżu ga­łęzi uru­cho­mił w jej gło­wie prze­peł­niony pa­niką krzyk. Ob­ró­ciła się, ale wi­działa tylko czerń. Po­tem roz­legł się głos – zimny i spo­kojny, prze­ci­na­jący ją na wskroś ni­czym ostrze noża, pa­ra­li­żu­jący.

– Na­prawdę my­śla­łaś, że uda ci się uciec?

– Pro­szę – jęk­nęła. – Pro­szę, nie.

U pod­stawy czaszki po­czuła twardy wy­lot lufy.

– Już ni­gdy mnie nie zo­sta­wisz.

ROZ­DZIAŁ 1

Wo­kół drzwi­czek pie­kar­nika wy­do­by­wał się gę­sty, czarny dym. Kasz­ląc, Jo­sie na­ci­snęła wy­łącz­nik i za­częła wy­ma­chi­wać ścierką. Po dru­giej stro­nie po­miesz­cze­nia roz­legł się jęk alarmu prze­ciw­po­ża­ro­wego.

– Cho­lera – za­klęła.

Zo­sta­wiła pie­kar­nik i za­częła bie­gać od okna do okna, otwie­ra­jąc je i pró­bu­jąc wy­pu­ścić dym na ze­wnątrz. Po­śród sy­gnału alar­mo­wego usły­szała głos No­aha:

– Jo­sie? Nic ci nie jest? Co się, do dia­bła, dzieje?

Prze­su­nęła jedno z ku­chen­nych krze­seł, we­szła na nie i ze­rwała puszkę alar­mową ze ściany. Za­częła ude­rzać nią o stół, aż wy­pa­dły ba­te­rie i za­pa­dła ci­sza. Od­rzu­ciła urzą­dze­nie od sie­bie i po­słała No­ahowi za­wsty­dzony uśmiech.

– Co ty wy­pra­wiasz? – za­py­tał, wa­chlu­jąc się ręką, żeby od­go­nić tro­chę dymu od oczu.

– Wszystko w po­rządku – wy­mam­ro­tała. – Nic się nie pali.

– Wy­gląda, jakby coś się jed­nak pa­liło.

Jo­sie po­de­szła z po­wro­tem do pie­kar­nika, wło­żyła rę­ka­wice ku­chenne i się­gnęła w czerń, szu­ka­jąc kra­wę­dzi formy do cia­sta. Na wi­dok tego, co wy­cią­gnęła, oboje się skrzy­wili.

– Co... to było? – spy­tał Noah.

Wrzu­ciła wszystko do zlewu, mó­wiąc:

– To miało być cia­sto z ma­li­nami. Twoja mama lubi ma­liny, prawda?

Twarz męż­czy­zny wy­krzy­wiła się w gry­ma­sie, w któ­rym było wi­dać po tro­sze współ­czu­cie, a po tro­sze scep­ty­cyzm, ze szczyptą prób za­cho­wa­nia po­wagi.

– No tak, ale je­śli chcia­łaś przy­go­to­wać coś na de­ser, brow­nie by wy­star­czyło. Albo babka.

Jo­sie wska­zała blat w kuchni, gdzie pię­trzyły się trzy po­zo­stałe formy do pie­cze­nia – rów­nież spa­lone na wę­giel.

– Tu­taj jest brow­nie, tu była babka, a tam jest dia­bel­skie cia­sto cze­ko­la­dowe z to­rebki, od Betty Cro­ker. Na­wet je udało mi się przy­pa­lić.

Noah oparł się o fra­mugę drzwi kuchni i za­krył usta dło­nią. Jo­sie wy­ce­lo­wała w niego rę­ka­wicę.

– Ani mi się waż śmiać.

Spo­mię­dzy pal­ców za­py­tał:

– Może by tak przy­go­to­wać coś na zimno? Ga­la­retkę? Coś pro­stego.

– Osza­la­łeś? Nie przyjdę do two­jej mamy na obiad z ga­la­retką.

– No to może ku­pimy? – pod­su­nął. – Coś nie­skom­pli­ko­wa­nego.

Nie było naj­mniej­szych szans, by Jo­sie przy­szła do domu Co­lette Fra­ley z czymś nie­skom­pli­ko­wa­nym. Matka No­aha sły­nęła jako do­sko­nała go­spo­dyni. Wszystko, co przy­go­to­wy­wała, wy­glą­dało prze­pysz­nie, a sma­ko­wało jesz­cze le­piej. Przy domu miała bujny, ko­lo­rowy, ide­al­nie wy­pie­lę­gno­wany ogród, a do tego wszyst­kiego znaj­do­wała czas na szy­cie pięk­nych koł­der, które prze­ka­zy­wała dzie­ciom z do­mów dziecka. To z pew­no­ścią z my­ślą o niej wy­my­ślono Pin­te­rest. Lu­dzie tacy jak Jo­sie nie mo­gli się rów­nać z róż­nymi pa­niami Fra­ley tego świata.

Co­lette już i tak le­dwo ją to­le­ro­wała, ale po raz pierw­szy wy­zna­czyła jej za­da­nie – przy­nie­sie­nie de­seru na ich co­mie­sięczny wspólny obiad. Jo­sie po­trak­to­wała tę prośbę zgod­nie z in­ten­cją – jako wy­zwa­nie – i po­przy­się­gła so­bie, że za­służy na cho­lerny me­dal. Chyba. Je­śli uda jej się upo­zo­ro­wać coś ku­pio­nego w skle­pie na wła­sne dzieło.

Oparła się bio­drem o blat.

– Ona mnie ni­gdy nie po­lubi, prawda? Na­wet gdy­bym z za­mknię­tymi oczami przy­go­to­wała su­flet cze­ko­la­dowy, ni­czego by to nie zmie­niło.

Noah zbli­żył się do niej dwoma swo­bod­nymi kro­kami i chwy­cił ją za ra­miona.

– Za dużo my­ślisz. Po pro­stu bądź sobą. Prze­kona się do cie­bie.

„Nie­prawda”, po­my­ślała Jo­sie, ale nie chciała znów się o to kłó­cić. Spo­ty­kali się od roku i przez ten czas zro­zu­miała, że naj­waż­niej­szą osobą w ży­ciu No­aha jest matka. Był naj­młod­szym z trojga ro­dzeń­stwa, ale jego brat miesz­kał w Ari­zo­nie – na dru­gim końcu kraju – a sio­stra z mę­żem w od­le­gło­ści dwóch go­dzin jazdy. Ro­dzice No­aha się roz­wie­dli, kiedy był na­sto­lat­kiem, i o ile Jo­sie się orien­to­wała, żadne z dzieci nie utrzy­my­wało kon­tak­tów z oj­cem.

Spoj­rzała na ze­gar na mi­kro­fa­lówce.

– No to chyba trzeba coś ku­pić. Mu­simy być na miej­scu za pół go­dziny.

– Po­wiemy jej, że by­łaś za­jęta pracą – za­pro­po­no­wał. – I nie mia­łaś czasu nic upiec.

Par­sk­nęła na to śmie­chem.

– Ja­koś mi się nie wy­daje, by to po­mo­gło. – Myśl o roz­mo­wie z Co­lette na te­mat pracy przy­po­mniała jej, że kilka lat wcze­śniej po­strze­liła jej syna pod­czas wy­jąt­kowo stre­su­ją­cej i zło­żo­nej sprawy za­gi­nio­nych dziew­cząt. Jo­sie i Noah byli wy­so­kimi rangą funk­cjo­na­riu­szami po­li­cji w Den­ton i w ciągu ostat­nich kilku lat pra­co­wali nad spra­wami na tyle waż­nymi i bul­wer­su­ją­cymi, by tra­fić do ogól­no­kra­jo­wych me­diów.

Noah za­czął za­my­kać okna.

– Po pro­stu idź się prze­brać – po­ra­dził. – Bę­dzie do­brze.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej Jo­sie sie­działa w sa­mo­cho­dzie No­aha, trzy­ma­jąc na ko­la­nach pu­dełko z ku­pio­nym w skle­pie brow­nie. Je­chali ulicz­kami Den­ton, a jej sa­mo­po­czu­cie nie po­pra­wiło się ani tro­chę. Mia­sto miało około dwu­dzie­stu pię­ciu mil kwa­dra­to­wych po­wierzchni, a znaczną część tego ob­szaru sta­no­wiły dzie­wi­cze gó­rzy­ste te­reny środ­ko­wej Pen­syl­wa­nii. Były tam kręte jed­no­pa­smówki, gę­ste lasy i roz­le­głe wiej­skie osie­dla. Liczba miesz­kań­ców wy­no­siła po­nad trzy­dzie­ści ty­sięcy, a w cza­sie roku aka­de­mic­kiego ro­sła. Kon­flik­tów i prze­stępstw wy­star­czyło, by oboje mieli co ro­bić. Kiedy skrę­cili na pod­jazd przed do­mem Co­lette, Jo­sie po­czuła lekki skurcz żo­łądka. Obie­cała so­bie, że na­stęp­nym ra­zem zrobi to cho­lerne cia­sto z ma­li­nami, choćby miała przy tym spa­lić cały dom.

– Dziwne – mruk­nął Noah, kiedy za­par­ko­wał sa­mo­chód.

Po­dą­żyła za jego spoj­rze­niem do drzwi domu Co­lette. Sze­roko otwar­tych. Były to zwy­kłe grube drew­niane drzwi, po­ma­lo­wane na ra­do­sny błę­kit i ude­ko­ro­wane wła­sno­ręcz­nie wy­ko­na­nym wio­sen­nym wian­kiem z ło­dy­gami żół­tych sztucz­nych kwia­tów.

Zo­sta­wiła brow­nie na sie­dze­niu i ru­szyła za No­ahem. Ra­zem po­ko­nali trzy stop­nie do be­to­no­wego pod­wyż­sze­nia, na któ­rym stały ota­cza­jące drzwi do­niczki z kwia­tami.

Jo­sie po­ło­żyła mu dłoń na ra­mie­niu.

– Za­cze­kaj – po­wie­działa i się­gnęła do ka­bury na ra­mie­niu. Nie zna­la­zła jej jed­nak, bo nie byli w pracy. – Po­win­ni­śmy to zgło­sić? – za­py­tała.

Po­słał jej nie­pewny uśmiech.

– Co zgło­sić?

Jo­sie ru­szyła w stronę otwar­tych drzwi.

– Coś tu nie gra – szep­nęła.

Noah wy­buch­nął śmie­chem.

– Dla­czego tak my­ślisz? Mama zo­sta­wiła otwarte drzwi. Ostat­nio zda­rza jej się za­po­mi­nać, pa­mię­tasz?

Pa­mię­tała. Noah i jego sio­stra od­byli ostat­nio kilka dys­kret­nych roz­mów o tym, że na­le­ża­łoby ją prze­ba­dać pod ką­tem Al­zhe­imera lub de­men­cji, choć do­piero stuk­nęła jej sześć­dzie­siątka. Mimo to, wcho­dząc za No­ahem do sa­lonu Co­lette, rów­nież utrzy­ma­nego w od­cie­niach błę­kitu, Jo­sie nie po­tra­fiła zwal­czyć stra­chu, który za­gnieź­dził się w jej żo­łądku. Słab­nące świa­tło póź­no­po­po­łu­dnio­wego słońca prze­szy­wało po­kój, spra­wia­jąc, że par­kiet lśnił. Mała szu­flada ni­skiego sto­lika była otwarta, a jej za­war­tość roz­sy­pana na pod­ło­dze. Le­żały tam oku­lary Co­lette do czy­ta­nia, paczka chu­s­te­czek, dłu­go­pis i no­tat­nik. Jo­sie zro­biła krok w tamtą stronę. W szu­fla­dzie na­dal po­zo­stało kilka przed­mio­tów. Czyżby Co­lette cze­goś szu­kała?

– Mamo? – za­wo­łał znów Noah, prze­su­wa­jąc się w głąb domu.

W ja­dalni pa­no­wał pół­mrok i wszystko wy­glą­dało zwy­czaj­nie. Jo­sie za­częła się za­sta­na­wiać, czy Co­lette za­po­mniała o ich pla­no­wa­nej wi­zy­cie. Za­wsze po przy­jeź­dzie za­sta­wali na­kryty stół. W za­sa­dzie nie­za­leż­nie od oka­zji w ca­łym domu uno­sił się za­pach wspa­nia­łych po­traw go­spo­dyni.

– Noah – ode­zwała się Jo­sie. – Na­prawdę my­ślę...

On jed­nak był już w kuchni i znów na­wo­ły­wał matkę. Jo­sie szybko się po­ja­wiła za jego ple­cami. Górne świa­tło pa­dało na wy­sprzą­tane, czy­ste po­miesz­cze­nie. Wszystko wy­glą­dało, jakby było na swoim miej­scu, je­śli nie li­czyć ko­lej­nych dwóch otwar­tych szu­flad. Ich za­war­tość – ścierki do na­czyń, kor­ko­ciąg, menu re­stau­ra­cji na wy­nos, la­tarka, kilka świec i za­pal­niczka – zo­stała roz­rzu­cona po bla­cie.

Jo­sie za­ci­snęła dłoń na ra­mie­niu No­aha i od­wró­ciła go do tyl­nych drzwi, które rów­nież stały otwo­rem. Wy­czuła, że jego ru­chy stają się bar­dziej ener­giczne. Kiedy wy­cho­dzili tyl­nymi drzwiami, krzyk­nął jesz­cze raz:

– Mamo?

Ich buty za­to­piły się w gę­stej tra­wie, gdy ru­szyli, żeby zba­dać ogromny ogród. Jego te­ren wy­zna­czało wy­so­kie białe ogro­dze­nie oto­czone ra­ba­tami peł­nymi kwit­ną­cych kwia­tów, a w rogu stała nie­wielka drew­niana szopa. Jo­sie zro­biła krok w stronę pa­tio po­środku ogrodu, za­sta­wio­nego cięż­kimi me­ta­lo­wymi me­blami, i ba­dała wzro­kiem każdy cal po­wierzchni. Na­gle gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze i wska­zała coś wy­sta­ją­cego z ra­baty na od­le­głym krańcu.

– O mój Boże, Noah, czy to jest...

Słowa za­marły jej w gar­dle i ru­szyła bie­giem przez ogród, a Noah po­dą­żył za nią.

Co­lette le­żała na brzu­chu. Górna część tu­ło­wia spo­czy­wała w kwiet­niku, a z da­leka było wi­dać tylko jej wy­sta­jące stopy. Z bli­ska Jo­sie na­tych­miast zo­ba­czyła rę­ka­wice ogro­dowe na dło­niach i małą ło­patkę we­tkniętą w zie­mię kilka cali da­lej.

– Mamo! – wy­krzyk­nął Noah, a w jego gło­sie po­brzmie­wała pa­nika. Opadł na ko­lana, za nim uklę­kła Jo­sie. Wspól­nie prze­krę­cili Co­lette na plecy. Miała za­mknięte oczy, a po­liczki i ubra­nie uma­zane zie­mią. Szu­ka­jąc tętna na jej szyi, Jo­sie po­czuła pod pal­cami chłód. Nie wy­czuła na­to­miast pulsu.

Noah już na­chy­lał się nad klatką pier­siową matki. Po­ło­żył jedną dłoń na dru­giej, splótł palce i za­czął uci­skać. Kiedy li­czył do trzy­dzie­stu, Jo­sie od­chy­liła brodę Co­lette, żeby usta były otwarte i za­ci­snęła palce na jej no­sie.

– Te­raz! – za­wo­łał, kiedy skoń­czył uci­skać.

Jo­sie zbli­żyła usta do ust Co­lette i wdmu­chała po­wie­trze do środka. Do jej ust przy­cze­piło się coś cuch­ną­cego i ziar­ni­stego. Po­wie­trze nie do­cie­rało do klatki pier­sio­wej Co­lette tak, jak po­winno. Qu­inn za­nio­sła się kasz­lem, usia­dła i wy­tarła usta.

– Co ty wy­pra­wiasz? Jezu! Nie prze­sta­waj. Mu­simy ją ura­to­wać! – za­wo­łał Noah.

Ode­pchnął Jo­sie i za­ci­snął wargi na ustach Co­lette, ale po jed­nym od­de­chu rów­nież się od­su­nął, za­czął kasz­leć i pluć.

– To zie­mia. Noah, to jest zie­mia.

Ode­pchnęła go łok­ciem, wci­snęła pa­lec do ust Co­lette i wy­gar­nęła z nich małą bryłkę mo­krej, brą­zo­wej ziemi. Po­wtó­rzyła czyn­ność trzy lub cztery razy, ale drogi od­de­chowe wciąż nie były oczysz­czone. Po­czuła, że serce za­miera jej ze stra­chu. Obok niej Noah cał­ko­wi­cie znie­ru­cho­miał z ustami otwar­tymi w gry­ma­sie prze­ra­że­nia.

– Po­móż mi! – krzyk­nęła. – Po­móż mi ją prze­wró­cić na bok!

Jakby w zwol­nio­nym tem­pie Noah wy­cią­gnął rękę przed sie­bie, zła­pał matkę za ra­mię i po­pchnął, a Jo­sie prze­krę­ciła ją na bok, wciąż pró­bu­jąc pal­cami oczy­ścić drogi od­de­chowe z mocno ubi­tej ziemi. Kiedy uznała, że udało jej się wy­do­być już pra­wie wszystko, prze­wró­ciła Co­lette z po­wro­tem na plecy i pró­bo­wała wdmu­chać po­wie­trze do jej płuc. Prze­pływ był cał­ko­wi­cie za­blo­ko­wany.

Gdzieś z tyłu głowy Jo­sie po­ja­wiła się myśl, że Co­lette ode­szła, ale nie mo­gła znieść wy­razu ab­so­lut­nego prze­ra­że­nia na twa­rzy No­aha, więc kon­ty­nu­owała re­ani­ma­cję.

– Za­dzwoń pod dzie­więć­set je­de­na­ście – wark­nęła do niego i za­raz wró­ciła do uci­ska­nia klatki pier­sio­wej Co­lette. Noah, wciąż wpa­trzony w twarz matki, ani drgnął.

Kiedy Jo­sie za­wzię­cie re­ani­mo­wała, pot ście­kał jej z czoła na ko­niu­szek nosa, a stam­tąd ska­py­wał na nie­ru­chome ciało Co­lette.

– Te­raz, Noah. Już! Dzwoń pod dzie­więć­set je­de­na­ście!

Nie prze­sta­wała, choć bo­lały ją barki i ra­miona, twarz miała uma­zaną reszt­kami ziemi wciąż wci­śnię­tej do ust Co­lette i była spo­cona od stóp do głów. W końcu zja­wili się sa­ni­ta­riu­sze i de­li­kat­nie ją od­su­nęli. Jakby z od­dali do­cie­rało do niej, że prze­ka­zują so­bie in­for­ma­cje, za­stę­pują ją przy re­ani­ma­cji, a po kilku mi­nu­tach je­den z nich po­daje czas zgonu.

Po­tem usły­szała wy­cie – ni­skie, gar­dłowe i roz­dzie­ra­jące. To wył Noah.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki