Z dala od świateł - Tana French - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Z dala od świateł ebook i audiobook

Tana French

4,1

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Najnowsza powieść pierwszej damy irlandzkiego kryminału.

Nominowana do Goodreads Choice Awards 2020.

Mała miejscowość w małym kraju.

Żaden z jej mieszkańców nie jest taki, jaki się wydaje.

Trudno rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

Zwłaszcza jeśli się jest outsiderem.

Cal Hooper, były detektyw policji z Chicago, osiedla się na irlandzkiej wsi.

Zmęczony obracaniem się w środowisku przestępców, spodziewa się znaleźć tu spokój i poświęcić się wyłącznie remontowi domu i obcowaniu z przyrodą.

Kiedy jednak miejscowy dzieciak prosi go o pomoc w odnalezieniu brata, Cal przekonuje się, że nie uda mu się uciec od tego, czym zajmował się w przeszłości ­– raz policjant, zawsze policjant.

Musi sięgnąć po swoje stare metody, by przebić się przez gąszcz działań, motywów i wzajemnych relacji mieszkańców okolicy. Każdy z nich coś ukrywa, a wielu wolałoby, żeby przybysz z Ameryki zrezygnował ze swojego dochodzenia. I dają mu to odczuć w mniej lub bardziej brutalny sposób.

Cal powinien się bać, tylko że nie wie czego ani kogo. A twarde konkrety chowają się wśród meandrów mglistych historii.

Ukazanie się nowej powieści Tany French zawsze jest powodem do świętowania. Tym razem warto świętować podwójnie. I dwa razy przeczytać książkę. Dla opisanej w niej historii. I dla języka i stylu.

„The New York Times”

To jedna z najlepszych książek o utracie złudzeń, że ucieczka jest możliwa.

„The Washington Post”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 603

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 43 min

Lektor: Maciej Więckowski

Oceny
4,1 (149 ocen)
61
50
27
9
2
Sortuj według:
Miron74

Nie oderwiesz się od lektury

To jest powieść, która przypomina chwile gdy siedzi się na górskim strumieniem. Cisza spokój czujesz że żyjesz ale gdzies tam z tylu głowy czai się odrobina strachu przed gęstym lasem. To nie jest typowy kryminał. Ale zagadka wciąga bardziej niż byśmy na początku się spodziewali. Swietnie napisana. Czyta się jednym tchem. Gorąco polecam.
20
krystab

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniałą książka. Relacją głównego bohatera z odwiedzającym go dzieckiem, ich rozmowy, a raczej jego monologi, wzruszające. Książka warta przeczytania.
00
maszkaron

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna!!! Lektor również.... y ;) POLECAM
00
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Czytałam tylko jedną książkę tej autorki i po jej lekturze obiecałam sobie nadrobić wszystkie zaległości. Niestety nie do końca mi się to udało. Emerytowany detektyw Cal Hooper przenosi się do małej wsi w Irlandii. Po dwudziestu pięciu latach pracy w chicagowskiej policji i trudnym rozwodzie chce zamieszkać w cichym miejscu z widokiem, niezbyt daleko od przytulnego pubu. Planuje poświęcić się odbudowie zrujnowanej chaty, którą właśnie kupił, i pieszym wędrówkom po górach. Kiedy miejscowy chłopiec zwraca się do niego z prośbą o pomoc w poszukiwaniu zaginionego brata, a nikogo, zwłaszcza policji, to nie obchodzi, Cal decyduje się podjąć trop. Coś niedobrego się dzieje w tej wiosce i Cal nie spocznie, póki nie dowie się, co. Nawet kosztem upragnionego spokoju. Każdy z mieszkańców wsi coś ukry­wa, a wielu wo­la­ło­by, żeby Cal zre­zy­gno­wał ze swo­je­go do­cho­dze­nia, co na każdym kroku dają mu od­czuć. Autorka świetnie oddała klimat małej zamkniętej społeczności, gdzie wszyscy dobrze...
00
janielka

Dobrze spędzony czas

Fajna książka . Polecam
00

Popularność




NAJNOWSZA POWIEŚĆ PIERWSZEJ DAMY IRLANDZKIEGO KRYMINAŁU NOMINOWANA DO GOODREADS CHOICE AWARDS 2020

Mała miejscowość w małym kraju.

Żaden z jej mieszkańców nie jest taki, jaki się wydaje.

Trudno rozpoznać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

Zwłaszcza jeśli się jest outsiderem.

Cal Hooper, były detektyw policji z Chicago, osiedla się na irlandzkiej wsi. Zmęczony obracaniem się w środowisku przestępców, spodziewa się znaleźć tu spokój i poświęcić się wyłącznie remontowi domu i obcowaniu z przyrodą.

Kiedy jednak miejscowy dzieciak prosi go o pomoc w odnalezieniu brata, Cal przekonuje się, że nie uda mu się uciec od tego, czym zajmował się w przeszłości – raz policjant, zawsze policjant.

Musi sięgnąć po swoje stare metody, by przebić się przez gąszcz działań, motywów i wzajemnych relacji mieszkańców okolicy. Każdy z nich coś ukrywa, a wielu wolałoby, żeby przybysz z Ameryki zrezygnował ze swojego dochodzenia. I dają mu to odczuć w mniej lub bardziej brutalny sposób.

Cal powinien się bać, tylko że nie wie, czego ani kogo. A twarde konkrety chowają się wśród meandrów mglistych historii.

TANA FRENCH

Irlandzka pisarka urodzona w USA; wychowywała się w Irlandii, Malawi i we Włoszech. Od 1990 r. mieszka w Dublinie, gdzie ukończyła teatrologię oraz studia aktorskie w Trinity College i pracowała dla teatru, filmu i telewizji. Jest autorką ośmiu bestsellerowych powieści: Zdążyć przed zmrokiem (nagrody Edgara Allana Poe, Anthony, Macavity oraz Barry za debiut powieściowy), Lustrzane odbicie, Bez śladu (nagroda Irish Crime Fiction), Kolonia (nagroda „Los Angeles Times” w kategorii thrillera), Ściana sekretów, Ostatni intruz, Wiedźmie drzewoorazZ dala od świateł.

tanafrench.com

Tej autorki

ZDĄŻYĆ PRZED ZMROKIEM

LUSTRZANE ODBICIE

BEZ ŚLADU

KOLONIA

ŚCIANA SEKRETÓW. WIEM, KTO GO ZABIŁ

OSTATNI INTRUZ

WIEDŹMIE DRZEWO

Z DALA OD ŚWIATEŁ

Tytuł oryginału:

THE SEARCHER

Copyright © Tana French 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Łukasz Praski 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: Steven Hylands/Pexels.com

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-640-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Ann-Marie

1

Wychodząc z domu, Cal widzi, że gawrony coś złapały. Z tyłu, w mokrej wysokiej trawie i zielsku o żółtych kwiatach, zebrała się gromadka sześciu ptaków, które podskakują i atakują dziobami zdobycz. Coś małego, co jeszcze się rusza.

Cal stawia na ziemi worek pełen strzępów zdartych tapet. Zastanawia się, czy nie pójść po nóż myśliwski i nie skrócić cierpienia stworzeniu, ale gawrony mieszkają tu znacznie dłużej od niego. Próba mieszania się w ich sprawy byłaby z jego strony impertynencją. Dlatego spokojnie przysiada na omszałym stopniu schodków obok worka na śmieci.

Lubi gawrony. Czytał gdzieś, że są cholernie inteligentne; potrafią poznać człowieka, a nawet przynosić mu prezenty. Od trzech miesięcy stara się wkupić w ich łaski resztkami jedzenia, które zostawia na dużym pniaku bliżej końca ogrodu. Przyglądają się z obrośniętego bluszczem dębu, gdzie urządziły sobie kolonię, jak brnie tam i z powrotem przez trawę, i gdy tylko znajdzie się w bezpiecznej odległości, sfruwają, żeby kłócić się nad jedzeniem i wymieniać głośne uwagi. Popatrują jednak cynicznie na Cala, a kiedy próbuje podejść bliżej, natychmiast uciekają z powrotem na dąb i szydzą z niego, zrzucając mu na głowę gałązki. Wczoraj po południu, gdy zrywał w salonie zapleśniałą tapetę, na parapecie otwartego okna usiadł nieduży gawron z lśniącymi piórami, wrzasnął coś, co na pewno było obelgą, po czym machnął skrzydłami i odleciał, śmiejąc się skrzekliwie.

Ofiara na trawniku miota się, trzęsąc wysokimi źdźbłami. Duży ojciec gawron przyskakuje bliżej, wymierza potężny cios dziobem i stworzenie nieruchomieje.

Może to królik. Cal widuje je wczesnym rankiem, jak śmigają po rosie i skubią liście. Ich nory są gdzieś na łące za domem, przy dużym zagajniku leszczyn i jarzębin. Kiedy już dostanie pozwolenie na broń, sprawdzi, czy zapamiętał coś z lekcji dziadka o oprawianiu zwierzyny i czy uparte jak osioł łącze internetowe łaskawie pozwoli mu znaleźć przepis na potrawkę z królika. Gawrony tłoczą się wokół zdobyczy, dziobią z całej siły i wpierają nogi w ziemię, wyszarpując kawałki mięsa, a z drzewa sfruwają następne, żeby przyłączyć się do walki.

Cal przygląda im się przez jakiś czas, wyciągając przed siebie nogi i kręcąc młynka ręką, by rozluźnić ramię. Remont domu uruchamia w nim mięśnie, o których istnieniu zapomniał. Co dzień rano boli go coś innego, choć prawdopodobnie jednym z powodów jest spanie na materacu na podłodze. Jest na to za stary i za duży, ale nie ma sensu wnosić porządnych mebli do tego kurzu, wilgoci i grzyba. Sprawi je sobie, gdy doprowadzi dom do porządku i dowie się, gdzie je kupić – tym zawsze zajmowała się Donna. Tymczasem ból mu nie przeszkadza. Sprawia mu nawet satysfakcję. Oprócz pęcherzy i coraz grubszych odcisków, jest namacalnym i zasłużonym dowodem zmian, jakie nastąpiły w jego życiu.

Nadchodzi długi i chłodny wrześniowy wieczór, ale chmury skutecznie zasłaniają zachód słońca. Niebo, zasnute subtelnymi tonacjami szarości, rozpościera się w nieskończoność, podobnie jak pola i łąki w różnych odcieniach zieleni, wskazujących na ich przeznaczenie, podzielone długimi żywopłotami, kamiennymi murkami i gdzieniegdzie wąską drogą. Północny horyzont zamyka łańcuch niewysokich gór. Oczy Cala wciąż przyzwyczajają się do takich odległości, po latach spędzonych na oglądaniu miejskiej zabudowy. Krajobraz to jedna z niewielu cech rzeczywistości, które nie mogą człowieka rozczarować. Zachodnia Irlandia w internecie wyglądała pięknie; widziana na żywo wypada jeszcze ładniej. Powietrze jest wonne i soczyste jak kosz owoców; ma się wrażenie, że zamiast po prostu je wdychać, można zrobić coś więcej, na przykład ugryźć wielki kęs albo całymi garściami wcierać je w twarz.

Po pewnym czasie gawrony powoli się uspokajają, kończąc posiłek. Cal wstaje i podnosi worek ze zdartymi tapetami. Ptaki natychmiast przekrzywiają łebki, popatrując na niego bystrymi oczami, a gdy rusza przez ogród, podrywają się, żeby dźwignąć pełne brzuchy z powrotem na dąb. Cal taszczy worek do rogu ogrodu, obok przykrytej pnączami kamiennej szopy, i przystaje po drodze, by rzucić okiem na gawronią kolację. Zgadza się, młody królik, chociaż trudno byłoby go teraz rozpoznać.

Stawia worek obok innych i wraca do domu. Już sięga do klamki, gdy ptaki podnoszą raban, trzepoczą liśćmi i miotają wrzaskliwe przekleństwa. Cal nie odwraca się ani nie zwalnia kroku. Zamykając za sobą drzwi do kuchni, bardzo cicho rzuca przez zęby:

– Skurrrwysyn.

Od półtora tygodnia ktoś go śledzi. Prawdopodobnie dłużej, ale Cal zajmował się swoimi sprawami i zakładał, jak przypuszczałby każdy na takim pustkowiu, że jest tu sam. Uznał, że może wyłączyć swoje wewnętrzne systemy alarmowe. Pewnego wieczoru przygotowywał sobie kolację – smażył hamburgera na jedynym działającym nadrdzewiałym palniku kuchenki, podczas gdy w głośniku iPoda huczał Steve Earle, a on od czasu do czasu akompaniował mu na niewidzialnej perkusji – i nagle poczuł na karku dotyk gorąca.

Jego kark wyszkolił się w ciągu dwudziestopięcioletniej służby w policji Chicago. Cal traktuje go poważnie. Przemierzył kuchnię spokojnym krokiem, kiwając głową w takt muzyki i rozglądając się po blatach, jak gdyby czegoś szukał, a potem nagle przypadł do okna: nie było za nim nikogo. Zgasił palnik i szybko ruszył do drzwi, ale ogród był pusty. Okrążył go pod milionem błyszczących gwiazd i tarczą księżyca w pełni, która bieliła łąki i pola. Nie słyszał nic prócz pohukiwania sów.

Wytłumaczył sobie, że usłyszał podświadomie głos jakiegoś zwierzęcia zagłuszony przez muzykę. Tutejsze ciemności tętniły życiem. Kilka razy dobrze po północy siadywał na schodku za domem, żeby wypić parę piw i oswoić się z nocą. Widział krzątające się po ogrodzie jeże, lisa o lśniącej sierści, który przystanął, żeby posłać mu wyzywające spojrzenie. Raz pojawił się borsuk, większy i bardziej muskularny, niż Cal się spodziewał, i przemaszerował wzdłuż żywopłotu, a potem dał w niego nura; chwilę później w zaroślach rozległ się przenikliwy pisk i szelest liści pod łapami umykającego borsuka. W nocy każde z tych stworzeń zajmowało się swoimi sprawami.

Tamtej nocy, zanim położył się spać, na parapecie sypialni postawił dwa kubki i dwa talerze, a pod drzwi przysunął stary sekretarzyk. Po chwili powiedział sobie, że jest idiotą, i odstawił wszystko na miejsce.

Parę dni później, kiedy rano zrywał tapety i otworzył okno, żeby kurz i pył miały którędy uchodzić, gawrony wystrzeliły z drzewa, krzycząc na coś w dole. Za żywopłotem zaszurały oddalające się kroki, ale ciężkie i głośne, na pewno nie jeża, lisa ani nawet borsuka. Pobiegł tam natychmiast, znowu się jednak spóźnił.

Pewnie to tylko znudzone dzieciaki, które podglądały przybysza. Nie miały nic lepszego do roboty w zabitej dechami wiosce, z której do najbliższego miasteczka, zapadłej dziury na końcu świata, jest dwadzieścia pięć kilometrów. Głupio mu, że w ogóle brał pod uwagę inne możliwości. Mart, jego najbliższy sąsiad, zamyka dom tylko na noc. Gdy Cal ze zdziwieniem uniósł brew na tę wiadomość, szczupła twarz Marta zadrgała i śmiał się, dopóki nie zabrakło mu tchu.

– Tylko popatrz, w jakim to jest stanie – powiedział, wskazując w stronę domu Cala. – Co mogliby ci buchnąć? I kto miałby to zrobić? Może ja zakradnę się kiedyś rano i przekopię ci pranie, żeby znaleźć jakiś elegancki ciuch?

Cal też się roześmiał i odparł, że to by mu się akurat przydało, a Mart poinformował go, że jego własna garderoba w zupełności mu wystarczy, bo nie zamierza uderzać w konkury, po czym zaczął szczegółowo tłumaczyć, dlaczego nie ma takich planów.

Coś jednak jest na rzeczy. Nic wielkiego, drobiazgi, które machinalnie rejestruje jego zmysł gliniarza. Ryk silników na bocznych drogach w oddali, które dudnią basem o trzeciej nad ranem. Grupka chłopaków w rogu w głębi pubu, za młodych i niestosownie ubranych, rozmawiających za głośno i za szybko, z jakimś dziwnym akcentem; głowy odwracające się jednocześnie w stronę drzwi, kiedy wchodzi Cal; o sekundę za długie spojrzenia. Starał się nikomu nie mówić, czym się kiedyś zajmował, ale pewnie wystarcza im to, że jest tu obcy.

Głupi jesteś, powtarza sobie, włączając palnik pod patelnią i patrząc przez okno na ciemniejącą zieleń łąk, psa Marta biegnącego truchtem obok owiec, które spokojnie człapią w kierunku zagrody. Wystarczy parę lat patrolowania szemranych dzielnic, żeby w robotnikach rolnych zobaczyć gangsterów.

Znudzone dzieciaki, na dziewięćdziesiąt procent. Mimo to Cal ścisza muzykę, żeby nie uronić żadnego podejrzanego dźwięku; myśli o zainstalowaniu alarmu i to go wkurza. Przez lata Donna rzucała się na pokrętło głośności. Cal, to dziecko obok próbuje zasnąć! Cal, pani Scapanski dopiero co miała operację, myślisz, że szybciej wydobrzeje, jak popękają jej bębenki? Cal, co sąsiedzi o nas pomyślą? Że jesteśmy dzikusami? Chciał mieszkać na wsi między innymi po to, by słuchać Steve’a Earle’a tak głośno, żeby wiewiórki pospadały z drzew, chciał trafić na zadupie między innymi dlatego, by więcej nie instalować alarmów. Wydaje mu się, że nawet poprawiając sobie jaja w spodniach, do czego powinien mieć prawo każdy facet we własnej kuchni, musi oglądać się przez ramię. Może to dzieciaki, może nie, w każdym razie musi wyjaśnić tę zagadkę.

U siebie rozwiązałby to za pomocą paru dobrych i dyskretnych kamer zapisujących obraz bezpośrednio w chmurze. Tu, nawet gdyby jego wi-fi sobie z tym poradziło, chociaż w to wątpił, nie bardzo pasuje mu myśl, że musiałby pokazać nagranie na najbliższym posterunku. Nie wie, czym mogłoby się to skończyć: może wywołałby kłótnię sąsiedzką albo okazałoby się, że obserwator jest kuzynem policjanta, albo kto wie co jeszcze.

Zastanawiał się nad pułapką z linek rozciągniętych nad ziemią. Chociaż to najprawdopodobniej nielegalne, Cal jest raczej pewien, że nie byłoby z tym większego problemu; Mart już dwa razy proponował mu sprzedaż niezarejestrowanej strzelby, która poniewiera mu się w domu, a z pubu wszyscy wracają do domów samochodami. Sęk w tym, że Cal nie ma pojęcia, jakie skutki mogłyby wywołać jego działania.

A może nawet już wywołały. Słuchając Marta, Cal nabrał podejrzeń, że tutejsze sprawy są strasznie poplątane i trzeba bardzo uważać na każdy krok. Noreen, właścicielka sklepu w jednym z budynków, których dwa krótkie szeregi tworzą wioskę Ardnakelty, nie zamawia ulubionych ciastek Marta z powodu skomplikowanej historii z lat osiemdziesiątych, w którą byli zamieszani jej wujowie i ojciec Marta, a chodziło o prawo do wypasu. Mart nie odzywa się do farmera o niemożliwym do wymówienia nazwisku, który mieszka po drugiej stronie gór, ponieważ facet kupił szczeniaka spłodzonego przez psa Marta, choć z jakiegoś powodu nie powinien tego robić. Jest wiele podobnych opowieści, lecz Cal nie wszystkie rozumie, bo Mart snuje je bardzo pokrętnie, a on nie do końca łapie miejscowy akcent. Podoba mu się ta wymowa – soczysta jak tutejsze powietrze, wyrazista i jędrna, kojarzy mu się z zimnym nurtem rzeki albo górskim wiatrem – ale niewiele pojmuje ze sporych fragmentów rozmowy, a gdy skupia się na rytmie, jeszcze bardziej traci wątek. Udało mu się jednak wywnioskować tyle, że jeżeli usiądzie na czyimś stołku w pubie albo na spacerze przejdzie na przełaj przez czyjś kawałek ziemi, to może mieć znaczenie.

Kiedy tu przyjechał, był przygotowany na to, że zderzy się ze zwartym szeregiem nastawionym wrogo przeciwko obcemu. Nie przejmował się tym, o ile nikt nie podpali mu domu; nie szukał kumpli do golfa, nie zależało mu na zaproszeniach na przyjęcia. Nic z tych rzeczy. Ludzie okazali się życzliwi. Tego samego dnia, gdy przyjechał i zaczął wynosić i wnosić rzeczy do domu, Mart przywędrował do niego, by oprzeć się o furtkę i trochę pociągnąć go za język. Skończyło się na tym, że przyniósł mu starą minilodówkę i polecił dobry sklep z materiałami budowlanymi. Noreen wyjaśniła mu, kto jest czyim krewnym i jak zostać współwłaścicielem wiejskiej sieci wodociągowej, a później, gdy kilka razy ją rozbawił, zaczęła mu niby półżartem proponować, że wyswata go ze swoją owdowiałą siostrą. Staruszkowie, którzy chyba mieszkali w pubie na stałe, przestali zdawkowo kiwać głowami w odpowiedzi na uwagi o pogodzie i z zapałem tłumaczyli mu zasady gry o nazwie hurling, która zdaniem Cala wygląda jak hokej z typową dla niego szybkością, zwinnością i brutalnością, tyle że rozgrywa się nie na lodzie i bez większości ochraniaczy. Do zeszłego tygodnia miał wrażenie, że został tu przyjęty może nie z otwartymi ramionami, ale przynajmniej z pewnym zainteresowaniem, jak ciekawe zjawisko naturalne, na przykład foka, która zamieszkała w rzece. Oczywiście zawsze będą w nim widzieć outsidera, ale wydawało mu się, że nie mają z nim większego problemu. Teraz nie jest już taki pewien.

Tak więc cztery dni temu pojechał do miasta i kupił duży worek ziemi ogrodowej. Zdaje sobie sprawę z paradoksu sytuacji, skoro właśnie wydał większość swoich oszczędności na cztery hektary ziemi, ale jego gleba jest twarda i brylasta, naszpikowana małymi, ostrymi kamieniami i korzeniami traw. Do swojego planu potrzebował drobnego, wilgotnego i równego podłoża. Następnego dnia wstał przed świtem i rozsypał warstwę ziemi przed ścianami domu, pod każdym oknem. Żeby dostać się do odpowiedniej powierzchni, musiał wyrwać chwasty i pnącza i wygrabić kamyki. Chłodne powietrze przenikało do samego dna płuc. Pola i łąki wokół niego powoli jaśniały; gawrony obudziły się i zaczęły swoje kłótnie. Kiedy niebo się rozwidniło i w oddali rozległ się rozkazujący gwizd Marta przywołującego psa, Cal zmiął worek po ziemi i wcisnął na dno śmietnika, po czym wszedł do domu, żeby przygotować śniadanie.

Nazajutrz rano – nic; następnego dnia – też nic. Najwidoczniej ostatnim razem był bliżej celu, niż sądził, i musiał nastraszyć podglądaczy. Zajął się swoimi sprawami i przestał zerkać w okna i na żywopłoty.

Tego ranka zobaczył odciski butów w ziemi pod oknem salonu. Sądząc po fragmentach wzoru protektora, były to trampki, ale ślady nachodziły na siebie i były zbyt niewyraźne, żeby ocenić ich wielkość i liczbę intruzów.

Patelnia jest gorąca. Cal wrzuca na nią cztery plastry bekonu, bardziej mięsistego i smaczniejszego, niż jadał wcześniej, a gdy tłuszcz zaczyna skwierczeć, wbija dwa jajka. Podchodzi do iPoda leżącego na tym samym stole, przy którym jada posiłki – całe obecne umeblowanie składa się ze stołu pozostawionego przez poprzednich właścicieli, drewnianego sekretarzyka ze zniszczonym bokiem, dwóch wątłych krzeseł z laminatu, które też były w domu, oraz opasłego zielonego fotela, który kuzyn Marta chciał wyrzucić – i włącza, niezbyt głośno, Johnny’ego Casha.

Jeżeli czymś kogoś wkurzył, to głównym powodem musi być kupno tego domu. Znalazł go w internecie i wybrał, dlatego że w cenie był kawałek ziemi, w pobliżu znajdowało się niezłe miejsce do wędkowania, dach wyglądał porządnie, poza tym korciło go, by przejrzeć papiery wystające ze starego sekretarzyka. Cal już dawno nie miał na nic takiej ochoty, co uznał za dodatkowy argument, że musi mieć ten dom. Agenci z biura nieruchomości zażądali trzydziestu pięciu tysięcy. Kiedy zaproponował trzydzieści gotówką, o mało nie wyrwali mu ręki.

Nie przyszło mu wówczas do głowy, że ktoś inny mógłby sobie ostrzyć zęby na dom. Niski, szary, zupełnie przeciętny, zbudowany w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Pięćdziesiąt parę metrów kwadratowych, kryty łupkiem, z przesuwnymi oknami; odrobinę wdzięku dodają mu tylko duże kamienie węgielne i szeroki kamienny kominek. Fotografie w internecie wskazywały, że stoi pusty od lat, może nawet dekad: farba schodziła z niego płatami i pasami, w pokojach leżały przewrócone ciemnobrązowe meble i gnijące zasłony w kwiaty, przed drzwiami rosły młode drzewka, przez wybite okno wpełzały wąsy pnączy. Teraz już jednak wie, że komuś innemu może zależeć na tym domu, nawet jeśli powody nie wydają się całkiem jasne, i że osoba, która rości sobie do niego prawo, prawdopodobnie podchodzi do tego poważnie.

Cal nakłada jajka i bekon na dwie grube kromki chleba, polewa keczupem, wyjmuje z minilodówki piwo i stawia posiłek na stole. Donna ochrzaniłaby go za takie jedzenie, za brak odpowiedniej ilości błonnika i surowych warzyw, ale faktem jest, że choć korzysta tylko z patelni i mikrofalówki, udało mu się zrzucić parę kilogramów, może nawet więcej niż parę. Czuje to, nie tylko w pasie, ale też przy każdym ruchu: wszystko robi z zaskakującą lekkością. Na początku się zaniepokoił; wydawało mu się, jakby przestała działać na niego grawitacja, ale coraz bardziej mu się to podoba.

Zawdzięcza to sporej porcji ruchu. Prawie co dzień spaceruje przez godzinę czy dwie bez konkretnego celu, po prostu idzie przed siebie, żeby zorientować się w nowym terenie. Często moknie, ale w ogóle mu to nie przeszkadza: ma długą impregnowaną kurtkę, a deszcz zupełnie nie przypomina opadów, jakie zna, przybiera postać drobnej mgiełki, która wydaje się nieruchomo wisieć w powietrzu. Cal zazwyczaj nie nakłada kaptura, by czuć na twarzy tę wilgoć. Prócz tego, że sięga wzrokiem dalej niż kiedyś, jego słuch łowi dźwięki z oddali; od czasu do czasu dochodzi do niego słabe i stłumione beczenie owiec, ryk krów albo krzyki farmera z odległości chyba paru kilometrów. Czasami widzi kogoś pracującego po drugiej stronie pól, czasem ktoś jedzie perkoczącym traktorem wąską dróżką i kiedy go mija, unosząc rękę w pozdrowieniu, Cal musi zejść na bok, wbijając się w gęsty żywopłot. Po drodze widuje mocno zbudowane kobiety, taszczące ciężkie rzeczy po zagraconych podwórzach, i małe dzieci o czerwonych policzkach, które przypatrują mu się zza furtek, z buziami przyklejonymi do sztachet, a długonogie psy wściekle na niego ujadają. Czasem wysoko nad głową śmignie z krzykiem ptak albo z zarośli wystrzeli bażant prosto pod jego nogi. Cal wraca do domu z przekonaniem, że rzucając wszystko i przyjeżdżając tu, podjął właściwą decyzję.

Między spacerami, nie mając do roboty nic ciekawszego, w zasadzie cały czas remontuje dom, od rana do nocy. Zaraz po przyjeździe wymiótł gruby kokon pajęczyn, kurzu, martwych owadów i innego paskudztwa, które przez lata cierpliwie starało się wypełnić każdy centymetr kwadratowy domu. Następnie wstawił nowe szyby w oknach oraz wymienił sedes i wannę – jedno i drugie zostało poważnie uszkodzone przez kogoś, kto musiał mieć młot kamieniarski i głęboką awersję do armatury łazienkowej – bo nie chciał już dłużej srać do dziury w podłodze i myć się w wiadrze. Cal nie jest hydraulikiem, ale zawsze miał smykałkę do majsterkowania, poza tym ma poradniki wideo na YouTubie, kiedy internet akurat działa, i wyszło całkiem nieźle.

Później poświęcił trochę czasu na przejrzenie rzeczy po poprzednich właścicielach. Nie spieszył się, oglądając z uwagą każdy przedmiot. Ostatni lokatorzy bardzo poważnie podchodzili do religii: mieli obrazy świętej Bernadety, Matki Boskiej z rozczarowaniem malującym się na obliczu oraz niejakiego ojca Pio. Wszystkie były oprawione w tanie cienkie ramki i żółkły w kątach, gdzie odstawili je mniej pobożni spadkobiercy. Dawni właściciele lubili skondensowane mleko, którego pięć puszek stało w kuchennej szafce i wszystkie były przeterminowane o piętnaście lat. Mieli porcelanowe filiżanki w różowe wzorki, przerdzewiałe rondle, zwinięte w rulony ceratowe obrusy, figurkę dziecka w czerwonej pelerynie i koronie, z odłamaną i przyklejoną z powrotem głową, i pudełko z parą staromodnych męskich półbutów, mocno sfatygowanych i wyglansowanych na błysk, który wciąż było widać. Cal trochę się zdziwił, że nie ma tu żadnych śladów obecności nastolatków – puszek po piwie, niedopałków papierosów, zużytych prezerwatyw czy graffiti. Doszedł do wniosku, że ten dom jest dla nich za daleko. Wtedy uznał to za dobrą wiadomość. Teraz nie jest już taki pewny. Wolałby mieć na liście możliwość, że to nastolatki przychodzą sprawdzić, co się dzieje w ich dawnej melinie.

Papiery w sekretarzyku okazały się mało istotne: wyrwane z gazet i magazynów artykuły, starannie złożone w równe prostokąty. Cal szukał jakiegoś wspólnego wątku, który łączyłby teksty, ale bez powodzenia: znalazł artykuły o historii skautingu, uprawie groszku pachnącego, irlandzkich siłach pokojowych w Libanie, zapis melodii na flażolet i przepis na jakiś Welsh rarebit. Zachował te papiery, ponieważ w pewnym sensie to one go tu sprowadziły. Większość pozostałych rzeczy wyrzucił, łącznie z zasłonami, co teraz wydało mu się złym pomysłem. Zastanawiał się, czy nie wygrzebać ich z góry worków na śmieci, która rosła za szopą, ale pewnie jakieś zwierzę zdążyło je pogryźć albo na nie nasikać.

Wymienił rynny i rury spustowe, wlazł na dach, żeby wyeksmitować z komina krzepkie i gęste chwasty z żółtymi kwiatami, przeszlifował i polakierował podłogę z dębowych desek, a teraz pracował nad ścianami. Ostatni mieszkaniec miał dziwnie niekonwencjonalny gust, jeśli chodzi o wystrój wnętrz – albo po wyjątkowo okazyjnej cenie kupił parę puszek farby. Sypialnia Cala miała kiedyś intensywną barwę indygo, dopóki wilgoć nie poznaczyła ścian pasmami grzyba i białymi plackami gołego tynku. Mniejsza sypialnia była w jasnym miętowym kolorze. Część salonową pokoju od frontu pomalowano rdzawą, czerwonobrązową farbą, która przykryła odkształconą tapetę. Nie wiadomo do końca, o co chodziło z aneksem kuchennym, który wygląda, jakby ktoś miał zamiar wyłożyć go kafelkami, ale porzucił ten plan, żeby zająć się czymś innym, a w łazience nikt nawet nie podjął takich prób; to dobudowana klitka w głębi domu, z gipsowymi ścianami i podłogą z surowych desek, częściowo przykrytych resztką zielonego dywanika, jak gdyby była dziełem kosmitów, którzy słyszeli o czymś takim jak łazienka, ale nie bardzo znali się na szczegółach. Kiedy Cal, przy swoich stu dziewięćdziesięciu trzech centymetrach wzrostu, wcisnął się do wanny, miał kolana prawie pod brodą. Zamierza wyłożyć łazienkę płytkami, a potem zainstalować prysznic, ale to może zaczekać. Najpierw chce skończyć malowanie, dopóki pogoda pozwala mu otwierać okna. Było już parę takich dni, gdy niebo zasnuła gęsta szarość, z ziemi tchnęło chłodem, a wiatr pędzący przez setki kilometrów pól z łatwością przenikał jego dom – jak gdyby mury nie były dla niego żadną przeszkodą – niosąc Calowi ostrzeżenie i przedsmak zimy. Nieprzypominającej zasp i mrozów w Chicago – wie o tym z internetu – ale zimy pełną gębą, surowej, nieustępliwej i przebiegłej.

W trakcie jedzenia Cal przygląda się efektom całego dnia pracy. Przez lata tapeta w niektórych miejscach przyrosła do ściany, więc idzie mu wolno, ponad połowę udało mu się już jednak zedrzeć do gołego tynku; ścianę wokół kamiennego łuku kominka wciąż pokrywa odrapana warstwa czerwonobrązowej farby. Cal z zaskoczeniem łapie się na tym, że pokój w tym stanie nawet mu się podoba. Ma jakieś ukryte znaczenie. Gdyby był artystą, byłby skłonny zostawić go tak na jakiś czas, a po drodze może machnąłby parę obrazów.

Wciąż się nad tym zastanawia, kiedy w połowie posiłku kark znowu oblewa mu fala gorąca. Tym razem słyszy nawet odgłos, który wywołał to uczucie: szelest nieporadnej szamotaniny, który błyskawicznie cichnie, jakby ktoś potknął się i prawie wpadł w zarośla za oknem, ale uchronił się przed tym w ostatniej chwili.

Cal bez pośpiechu odgryza spory kęs kanapki, popija długim łykiem piwa i ociera pianę z wąsa. Potem krzywi się i z czknięciem nachyla, żeby postawić talerz na stole. Podnosi się z krzesła, wygina szyję, żeby chrupnęły w niej kręgi, i rusza do toalety, rozpinając po drodze pasek.

Okno w łazience uchyla się lekko i bezgłośnie, jak gdyby zawiasy zostały nasmarowane – bo rzeczywiście spryskał je WD-40. Dobrze przećwiczył ten manewr, więc wspina się na spłuczkę i przeciska przez okno znacznie zręczniej, niż można się spodziewać po kimś jego postury, co nie zmienia faktu, że rzucił służbę w patrolu między innymi dlatego, że miał serdecznie dość wspinania się, na co tylko się da, podczas pościgu za oprychami pakującymi się w różne idiotyzmy i nie zamierzał do tego wracać. Ląduje na ziemi, czując, jak puls przyspiesza mu w znajomym łowieckim rytmie. Tyłek ma otarty o framugę okna i jest coraz bardziej rozdrażniony.

Jego jedyną bronią jest krótka rura, która została po remoncie łazienki i leży schowana w krzakach. Nawet gdy ma ją w rękach, wydaje mu się, jakby nic nie miał; brakuje mu ciężaru pistoletu. Przez chwilę stoi bez ruchu, przyzwyczajając oczy do półmroku i nasłuchując, ale wieczór szemrze mnóstwem dźwięków i Calowi trudno wyłowić z nich ten istotniejszy od innych. Zrobiło się już ciemno; na niebie lśni ścigane przez strzępy chmur ostrze księżyca, rzucające słabe, niepewne światło i za dużo cieni. Cal ściska rurkę w dłoniach i dawnym wyćwiczonym krokiem, który idealnie łączy szybkość z ciszą, rusza w stronę rogu domu.

Pod oknem salonu czai się plama gęstszej ciemności, nieruchoma, z głową wysuniętą na tyle wysoko, by zajrzeć do środka nad parapetem. Cal rozgląda się uważnie, ale w trawie dookoła niczego nie zauważa: wygląda na to, że intruz jest sam. W świetle padającym przez okno dostrzega krótko ostrzyżonego jeżyka i rudy błysk.

Ciska rurkę i przypuszcza atak. Zamierza zwalić gościa z nóg, rozłożyć go na łopatki i potem zastanowić się, co dalej, ale trafia stopą na kamień. W ciągu sekundy, gdy wymachuje rękami, by nie stracić równowagi, facet podrywa się i ucieka. Cal rzuca się w półmrok, łapie go za ramię i ciągnie z całej siły.

Intruz stawia za mały opór, a jego ramię jest tak chude, że można zamknąć na nim dłoń. To dzieciak. Kiedy Cal zdaje sobie z tego sprawę, rozluźnia uścisk. Chłopak wije się jak żbik w potrzasku, syczy i zatapia zęby w jego dłoni.

Cal wydaje z siebie ryk. Chłopak wyrywa się i pędzi przez ogród jak rakieta, biegnąc po trawie niemal bezszelestnie. Cal rusza za nim, ale po kilku sekundach dzieciak znika w nierównej prędze cienia ciągnącego się wzdłuż przydrożnego żywopłotu i gdy Cal tam dobiega, nie ma już po nim śladu. Przedziera się przez żywopłot i rozgląda po drodze, która w cieniu okalających ją krzewów wygląda jak wąska wstążeczka. Pusto. Rzuca paroma kamykami w krzaki w różnych kierunkach, próbując wypłoszyć dzieciaka: nic z tego.

Wątpi, by chłopak miał jakieś posiłki – krzyknąłby do nich, wołając o pomoc albo żeby ich ostrzec – mimo to Cal na wszelki wypadek okrąża ogród. Gawrony smacznie śpią. Na ziemi rozsypanej pod oknem salonu są nowe ślady, z tym samym wzorem protektora podeszwy co ostatnio; nie ma ich nigdzie indziej. Cal wycofuje się w głęboki cień pod szopą i bardzo długo czeka, starając się opanować zdyszany oddech, ale z żywopłotów nie dochodzą szelesty, a przez pola i łąki nie przemyka chyłkiem żaden cień. Tylko jeden, i to dzieciak. Pewnie nie wróci, w każdym razie nie dzisiaj.

W domu ogląda rękę. Chłopak porządnie go dziabnął: trzy zęby rozcięły skórę, z jednej ranki sączy się krew. Cal kiedyś na służbie został ugryziony, a potem wpadł w kołowrót papierów, przesłuchań, badań krwi, sporów prawnych, tabletek i wezwań sądowych; trwało to parę dobrych miesięcy, dopóki nie przestał się orientować, co jest grane, i na żądanie wyciągał rękę albo składał podpis. Znajduje apteczkę, przemywa dłoń środkiem dezynfekującym, a potem przykleja plaster.

Jedzenie mu wystygło. Podgrzewa je w mikrofalówce i zanosi z powrotem na stół. Ciągle gra Johnny Cash, opłakując rozłąkę z Rose i synem drżącym, załamującym się barytonem, jakby już był duchem.

Cal nie czuje się tak, jak się spodziewał. Przecież liczył na to, że intruzami okażą się dzieciaki szpiegujące nowego mieszkańca domu – to był najlepszy z możliwych scenariuszy. Przypuszczał, że trochę im pogrozi, gdy będą uciekać z krzykiem i śmiechem, rzucając mu przez ramię wyzwiska, a potem pokręci głową, wróci do domu, utyskując na dzisiejszą młodzież jak zgryźliwy tetryk, i na tym skończy się cała historia. Może przychodziłyby jeszcze od czasu do czasu, żeby powtórzyć zabawę, ale to by mu w zasadzie nie przeszkadzało. Tymczasem, uśpiwszy zgodnie z planem swoją policyjną czujność, wróciłby do remontu, słuchał głośno muzyki i poprawiał sobie jaja w spodniach, ilekroć miałby na to ochotę.

Tylko że nie wydaje się, aby to miał być koniec, a jego policyjna czujność nie zamierza usypiać. Dzieciaki, które chcą dla hecy rozdrażnić nieznajomego, powinny się tu pojawić całą gromadą, hałasować, upojone własnym chojractwem jak kofeiną. Cal myśli o nieruchomej sylwetce skulonego pod oknem chłopaka, o jego milczeniu, kiedy złapał go za ramię, o zajadłości jego ataku, gdy z szybkością węża wbił mu zęby w dłoń. Dzieciak nie śledził go dla zabawy. Pojawił się tu w określonym celu. I wróci.

Cal kończy posiłek i zmywa naczynia. Nad oknem w łazience przybija płachtę malarską i bierze krótką kąpiel. Potem kładzie się w ciemności na materacu i z rękami pod głową patrzy przez okno na przysłonięte chmurami gwiazdy, słuchając wrzasków lisów, które daleko za polami załatwiają swoje porachunki.

2

Kiedy Cal wyciąga z domu uszkodzony sekretarzyk i uważnie go ogląda, mebel okazuje się starszy, niż przypuszczał, i lepszej jakości: bejcowany na ciemno dąb, finezyjne zawijasy wyrzeźbione w szczycie nad opuszczanym blatem i wzdłuż szuflad, kilkanaście małych ukrytych schowków. Cal przeniósł mebel do mniejszej sypialni, bo nie zamierzał się nim na razie zajmować, ale zdaje się, że dzisiaj może mu się przydać. Wytaszczył go na koniec ogrodu, w odpowiedniej odległości od żywopłotu i drzewa gawronów, a obok postawił stół, który miał posłużyć za warsztat, oraz skrzynkę z narzędziami. Skrzynka należała do garstki rzeczy, które przywiózł tu ze sobą zza oceanu. Większości narzędzi używał jeszcze jego dziadek. Są zdarte, sfatygowane i poplamione farbami, ale i tak sprawują się lepiej niż chłam, jaki można dzisiaj dostać w sklepach.

Największym uszkodzeniem sekretarzyka jest spore nierówne wgniecenie z wystającymi drzazgami, jak gdyby osoba, która szalała z młotkiem w łazience, na odchodnym potraktowała jeszcze w ten sam sposób drewniany bok mebla. Cal zostawia to sobie na koniec, gdy nabierze wprawy. Zamierza zacząć od prowadnic szuflad. Dwóch najwyraźniej nie ma, dwie pozostałe są wypaczone i pęknięte, więc wysunięcie i wsunięcie szuflady wymaga nie lada wysiłku. Wyjmuje obie, kładzie sekretarzyk na ziemi i ołówkiem odrysowuje kształt dwóch ocalałych prowadnic.

Pogoda mu sprzyja: jest słoneczny, dość ciepły dzień z lekkim wietrzykiem, słychać ptaszki w żywopłotach, pszczoły w polnych kwiatach; człowiek ma ochotę zrobić coś na dworze. Jest późny ranek w środku tygodnia, ale sądząc po wcześniejszych zdarzeniach, Cal nie uważa, by to zajęcie było stratą czasu. Nawet jeżeli zaraz nic się nie stanie, ma dużo roboty, dopóki nie skończą się lekcje w szkole. Pogwizduje przez zęby piosenki folkowe dziadka i dośpiewuje parę słów, gdy je sobie przypomina.

Słysząc szelest kroków w trawie, jeszcze dość daleko, nie przerywa pogwizdywania i nie unosi głowy znad sekretarzyka. Po chwili coś przedziera się z hałasem przez żywopłot i pod łokieć Cala wbija się mokry nos: Kojak, kudłaty czarno-biały owczarek Marta.

Cal prostuje się i macha do sąsiada.

– Co słychać? – pyta Mart zza ogrodzenia. Kojak odbiega długimi susami, żeby sprawdzić, co się pojawiło w żywopłocie, odkąd ostatni raz dał tam nura.

– W porządku – odpowiada Cal. – A co u ciebie?

– Wszystko jak ta lala. – Mart jest żylasty, pomarszczony i niewysoki; ma może metr siedemdziesiąt, puszyste siwe włosy, nos, który raz czy dwa złamał na zakrętach życia, i jest właścicielem bogatej kolekcji nakryć głowy. Dziś ma tweedowy kaszkiet, który wygląda, jakby został przeżuty przez jakieś gospodarskie zwierzę. – Co kombinujesz z tym gratem?

– Chcę go naprawić – mówi Cal. Siłuje się z drugą prowadnicą, ale nie potrafi jej wyjąć; mebel zrobiono porządnie, Bóg jeden wie kiedy.

– Marnujesz czas – stwierdza Mart. – Zajrzyj do ogłoszeń w internecie. Wybierzesz sobie pół tuzina takich za półdarmo.

– Potrzebuję tylko jednego biurka – wyjaśnia Cal. – I mam jedno.

Jego sąsiad ma wyraźną ochotę dalej go przekonywać, ale daje temu spokój na rzecz czegoś przyjemniejszego.

– Dobrze wyglądasz – zauważa, mierząc Cala wzrokiem od stóp do głów. Od początku nie szczędził mu pochwał. Uwielbia pogadać, a w ciągu sześćdziesięciu jeden lat życia wymaglował już do cna wszystkich w okolicy. Z jego punktu widzenia nowy sąsiad jest atrakcją porównywalną z Bożym Narodzeniem.

– Dzięki – odpowiada Cal. – Ty też.

– Mówię serio, chłopie. Jesteś bardzo szczupły. Gubisz brzuch. – A gdy Cal nie odpowiada, cierpliwie starając się obruszyć prowadnicę, pyta go: – Wiesz, czemu tak się dzieje?

– Bo robię to. – Cal wskazuje ruchem głowy na dom. – Zamiast przez cały dzień siedzieć na tyłku za biurkiem.

Mart energicznie kręci głową.

– Ale skąd! Powiem ci, jaki jest prawdziwy powód. Mięso. Kiełbaski i bekon od Noreen. Same lokalne produkty, takie świeże, że jeszcze kwiczą na talerzu. Nic tak dobrze nie robi na zdrowie.

– Wolę ciebie niż swojego dawnego lekarza – mówi Cal.

– Tylko posłuchaj. To amerykańskie mięso, które jadłeś u siebie w kraju, jest nafaszerowane hormonami. Szprycują nimi bydło, żeby je szybciej utuczyć. Jak myślisz, co się dzieje z człowiekiem, kiedy to zjada? – Mart czeka na odpowiedź.

– Chyba nic dobrego – rzuca Cal.

– Puchniesz od tego jak balon i rosną ci cycki jak u Dolly Parton. Wariactwo. Unia tego u nas zakazała. Przede wszystkim od tego się tyje. A skoro jesz porządne irlandzkie mięso, stracisz parę kilo. Ani się obejrzysz, a będziesz wyglądać jak Gene Kelly.

Mart najwyraźniej wyczuł, że Cala coś trapi, i postanowił wybić mu to z głowy – albo kierując się poczuciem sąsiedzkiego obowiązku, albo dlatego, że ma ochotę podjąć wyzwanie.

– Powinieneś to sprzedawać – radzi Cal. – Cudowny dietetyczny bekon Marta. Im więcej jesz, tym bardziej chudniesz.

Jego sąsiad chichocze, wyraźnie zadowolony.

– Widziałem, jak wczoraj jechałeś do miasta – mówi jakby mimochodem. Patrzy przez ogród na Kojaka, który z zapałem buszuje w kępie krzaków, zanurzony w gąszcz prawie po ogon.

– A tak. – Cal prostuje się. Wie, o co Martowi chodzi. – Zaczekaj. – Idzie do domu i wraca z paczką ciastek. – Tylko nie zjedz wszystkich od razu.

– Dżentelmen z ciebie. – Mart sięga nad ogrodzeniem po ciastka. – Kosztowałeś ich?

Jego ulubione ciastka to skomplikowane cacuszka z puszystych różowych pianek marshmallow, dżemu i kokosa, którymi zdaniem Cala można by przekupić pięciolatkę z wielką kokardą we włosach, żeby przestała się wydzierać.

– Jeszcze nie – mówi Cal.

– Słuchaj, trzeba je maczać. W herbacie. Pianka mięknie, dżem rozpływa się na języku. Nie ma nic lepszego. – Mart wpycha ciastka do kieszeni zielonej kurtki przeciwdeszczowej. Nie proponuje, że za nie zapłaci. Za pierwszym razem przedstawił Calowi prośbę o kupienie ciastek jako jednorazową przysługę, która sprawiłaby przyjemność biednemu staremu rolnikowi, więc ten nie zamierzał domagać się od nowego sąsiada zwrotu paru groszy. Potem Mart zaczął to traktować jako zwyczaj o długiej tradycji. Ilekroć brał ciastka, rzucał mu rozbawione spojrzenie, jakby wciąż go sprawdzał.

– Wolę kawę – odpowiada Cal. – To by nie było to samo.

– Tylko nie mów o tym Noreen – ostrzega go Mart. – Bo odetnie mnie od czegoś innego. Już coś wykombinuje. Lubi myśleć, że ma nade mną przewagę.

– Skoro mowa o Noreen… Jeżeli u niej będziesz, mógłbyś wziąć mi jakąś szynkę? Zapomniałem.

Mart wydaje przeciągły gwizd.

– Chcesz trafić na czarną listę Noreen? Zły pomysł, kolego. Sam popatrz, do czego mnie to doprowadziło. Nie wiem, co zrobiłeś, ale wal do niej z bukietem kwiatów i przeproś.

– Nie – rzuca Cal, bo chce się dzisiaj pokręcić przy domu. – Cały czas próbuje mnie zeswatać ze swoją siostrą.

Brwi Marta wędrują w górę.

– Z którą?

– Zdaje się, że mówiła o Helenie.

– Boże jedyny, to nie ma na co czekać. Myślałem, że chodzi o Fionnualę, ale Noreen musiała się spodobać twoja gęba. Lena ma głowę na karku. Jej mąż, Panie, świeć mu, był skąpiradłem jakich mało, a i za kołnierz nie wylewał, więc nie grożą ci wygórowane oczekiwania. Lena nie będzie się złościć, jeżeli wejdziesz do domu w zabłoconych butach albo puścisz bąka w łóżku.

– Wydaje mi się, że to mój typ. Gdybym szukał kandydatki.

– Poza tym to kawał baby, ani trochę nie przypomina tych młodych szczap, których w ogóle nie widać, jak staną bokiem do ciebie. Kobieta musi mieć trochę ciała. Aha… – Mart celuje palcem w sąsiada, a ten wybucha śmiechem. – To tylko twoje kosmate myśli. Wcale nie mówię o figo-fago. Czy powiedziałem coś o figo-fago?

Cal ze śmiechem kręci głową.

– No właśnie. Mówię tylko… – Mart opiera przedramiona o górną belkę ogrodzenia, przygotowując się do dłuższej przemowy – że jeżeli chcesz mieć w domu kobietę, to powinieneś wybrać taką, która zajmuje trochę miejsca. Nie ma co brać chudej dziewczyny, myszki z cieniutkim głosikiem, co to nieraz przez cały dzień nie odezwie się do ciebie słowem. Niewarta skórka wyprawki. Kiedy otwierasz drzwi, chcesz zobaczyć i usłyszeć swoją kobietę. Musisz wiedzieć, że jest, bo inaczej po co w ogóle brać sobie babę?

– Nie ma sensu – przyznaje Cal z szerokim uśmiechem. – Czyli Lena lubi gadać, tak?

– Powiedzmy, że da się słyszeć. Leć po swoją szynkę i poproś Noreen, żeby cię umówiła. Wyszoruj się porządnie, ogol tę szczecinę, włóż elegancką koszulę. Zabierz ją do miasta do restauracji, tylko nie do pubu, żeby nie gapiła się na nią ta gromada potępieńców.

– Ty powinieneś ją zabrać – sugeruje Cal.

Mart prycha.

– Nigdy się nie ożeniłem.

– Otóż to – mówi Cal. – Byłbym nie w porządku, gdybym chciał podbierać gadatliwe kobiety sąsiadom.

Mart gwałtownie kręci głową.

– Nie, nie. Podchodzisz do tego od dupy strony. Ile ty masz lat? Czterdzieści pięć?

– Czterdzieści osiem.

– Nieźle wyglądasz jak na ten wiek. Młody przez te hormony w mięsie.

– Dzięki.

– Tak czy siak, zanim facet skończy czterdzieści lat, zwykle jest żonaty albo nie. Kobiety mają swoje pomysły, swoje zdanie, a ja nie jestem przyzwyczajony do cudzych pomysłów na życie. Ty to co innego. – Mart wydobył to z niego wraz z innymi cennymi danymi osobistymi już przy pierwszym spotkaniu, a zrobił to z tak naturalną zręcznością, że Cal poczuł się jak amator.

– Mieszkałeś z bratem – zauważa Cal. Jeśli chodzi o informacje, jego sąsiad przynajmniej stosuje zasadę wzajemności: Cal wie już wszystko o jego bracie, który wolał ciastka przekładane kremem, był straszliwym idiotą, ale świetnie sobie radził przy kocących się owcach, złamał Martowi nos płaskim kluczem podczas kłótni o pilota do telewizora i cztery lata temu zmarł na udar.

– On nie miał pomysłów – odpowiada Mart z miną gracza, który właśnie zdobył punkt. – Był tępy jak noga stołowa. Nie pozwoliłbym, żeby jakaś kobieta weszła mi do domu ze swoimi pomysłami. Jeszcze zażyczyłaby sobie żyrandol albo pudla, albo kazałaby mi chodzić na jogę.

– Mógłbyś sobie znaleźć głupią – sugeruje Cal.

Mart zbywa to parsknięciem.

– Miałem dość głupoty brata. Ale znasz Dumbo Gannona? Z tamtej farmy? – Pokazuje na długi, niski budynek z czerwonym dachem po drugiej stronie pola.

– Aha. – Cal domyśla się, o kogo może chodzić. O jednego ze starszych bywalców pubu, mikrusa z wielkimi uszami, za które można by go podnieść.

– Dumbo ma trzecią żonę. Trudno uwierzyć, jak się popatrzy na to, pożal się Boże, chuchro, ale mówię, jak jest. Jedna mu umarła, druga uciekła i za każdym razem nie minął rok, a Dumbo znalazł sobie nową. Tak samo jak ja sprawiłbym sobie nowego psa, gdyby Kojak mi padł, albo kupiłbym nowy telewizor, gdyby siadł stary, Dumbo sprawia sobie nową kobietę. Bo potrzebuje kogoś, kto podrzucałby mu pomysły. Jak w domu nie ma baby, nie wie, co zjeść na kolację ani co obejrzeć w telewizji. A ty bez baby nie będziesz wiedział, na jaki kolor pomalować komnaty w tym swoim dworku.

– Zamierzam pomalować ściany na biało – informuje go Cal.

– Na biało i?

– I na biało.

– No właśnie! – triumfuje Mart. – Tyle że koniec końców zabraknie ci pewności. Przyzwyczaiłeś się do tego, że ktoś podrzuca ci pomysły. I zaczniesz szukać kogoś takiego.

– Mogę sobie sprowadzić fachowca od wystroju wnętrz – mówi Cal. – Jakiegoś hipstera z fantazją, który pomaluje mi pokoje na cytrusową zieleń i ciemny wrzos.

– Gdzie byś chciał takiego znaleźć w tej okolicy?

– Przywiozę go z Dublina. Będzie mu potrzebna wiza pracownicza?

– Zrobisz to samo co Dumbo – wyrokuje Mart. – Wszystko jedno, czy masz taki plan, czy nie. Ja się tylko staram, żebyś dobrze wybrał, zanim jakaś cherlawa lalunia zawróci ci w głowie, a potem uprzykrzy resztę życia.

Cal nie ma pojęcia, czy sąsiad naprawdę w to wierzy, czy wymyśla to na poczekaniu, licząc na kłótnię. Mart uwielbia się kłócić, tak jak uwielbia swoje ciastka. Czasem Cal z dobrosąsiedzkiej życzliwości podejmuje rękawicę, ale dzisiaj ma do niego kilka konkretnych pytań i wolałby, żeby potem sobie poszedł.

– Może za parę miesięcy – mówi. – Na razie nie będę zaczynał z żadną kobietą. Dopóki nie doprowadzę domu do takiego stanu, żebym mógł jej go pokazać.

Mart spogląda w stronę budynku i kiwa głową na potwierdzenie słuszności tego planu.

– Tylko nie ociągaj się za długo. Bo Lena upatrzy sobie kogoś stąd.

– Dom rozpadał się przez jakiś czas. Więc potrzebuję czasu, żeby go poskładać z powrotem. Wiesz, jak długo stał pusty?

– Pewnie z piętnaście lat. Może dwadzieścia.

– Wygląda na więcej – stwierdza Cal. – Kto tu wcześniej mieszkał?

– Marie O’Shea. Widzisz, ona nie znalazła sobie nowego chłopa, kiedy umarł Paudge, ale z kobietami to co innego. Zwykle mają mężów, jak mężczyźni żony, tyle że między jednym a drugim kobiety lubią sobie odpocząć. Marie była wdową tylko rok, a potem umarła, nie zdążyła odsapnąć. Gdyby Paudge zwinął się dziesięć lat wcześniej…

– Jej dzieci nie chciały domu?

– Wyjechały, jasna sprawa. Dwoje mieszka w Australii, jedno w Kanadzie. Nie powiem złego słowa o twojej posesji, ale to nie jest atrakcja, która ściągnęłaby ich do kraju.

Kojak, który porzucił penetrowanie krzaków, podbiega, merdając ogonem, do Cala i ten drapie go za uchem.

– Dlaczego teraz sprzedali dom? Kłócili się, co z nim zrobić?

– Z tego, co słyszałem, z początku nie chcieli się go pozbywać, dlatego że ceny szły w górę. Dobra ziemia się marnowała, bo idioci myśleli, że zrobi z nich milionerów. A potem… – twarz Marta rozjaśnia szatański uśmiech – jak przyszedł krach, nie mogli się go pozbyć. Nikt nie dałby im za niego pół szylinga.

– Hm. – Tak czy inaczej to mogło wywołać niechęć. – Nikt nie chciał go kupić?

– Mój brat – odpowiada szybko Mart. – Idiota. I tak mieliśmy kupę spraw na głowie. Naoglądał się za dużo Dallas. Marzyło mu się, że zostanie potentatem w hodowli bydła.

– Mówiłeś, zdaje się, że nie miał swoich pomysłów – zauważa Cal.

– To nie był pomysł, tylko zachcianka. Zdusiłem ją w zarodku. Pomysłów kobiet nie da się opanować. Zadepczesz w jednym miejscu, wyrastają w innym. Nigdy nie wiadomo, dokąd cię to zaprowadzi.

Kojak napiera na jego nogę, z lubością przymykając oczy i trącając łbem jego dłoń, ilekroć Cal zapomina o drapaniu za uchem. Cal zamierza sprawić sobie psa; wolał z tym zaczekać, dopóki nie doprowadzi domu do porządku, ale czemu nie miałby tego zrobić wcześniej?

– W okolicy mieszkają jacyś krewni tej O’Shea? – pyta. – Znalazłem rzeczy, które może chcieliby zabrać.

– Gdyby chcieli, mieli na to dwadzieścia lat – konstatuje logicznie Mart. – Co za rzeczy?

– Papiery – odpowiada ogólnikowo Cal. – Obrazy. Pomyślałem, że nie zaszkodzi sprawdzić, zanim je wyrzucę.

Mart w uśmiechu wyszczerza zęby.

– W Moneyscully, parę kilometrów stąd, mieszka siostrzenica Paudge’a, Annie. Jak masz ochotę pokazać jej te rzeczy, podrzucę cię tam, tylko po to, żeby zobaczyć minę Annie. Jej mama i Paudge nie mogli na siebie patrzeć.

– Chyba sobie daruję – mówi Cal. – Ma jakieś dzieci, które chciałyby mieć pamiątkę po ciotecznym dziadku?

– Wszystkie wyjechały. Do Dublina i Anglii. Z papierów możesz zrobić podpałkę do pieca. Albo sprzedać je przez internet jakiemuś innemu jankesowi, który chciałby mieć swój kawałek dziedzictwa.

Cal nie jest pewien, czy to miała być szpila. Nie zawsze wiadomo, jakie Mart ma intencje, ale na tym właśnie polega połowa przyjemności.

– Może tak zrobię – przyznaje. – Zresztą to i tak nie moje dziedzictwo. O ile wiem, moja rodzina nie ma irlandzkich korzeni.

– Wszyscy tam macie w sobie coś irlandzkiego – oświadcza z najwyższym przekonaniem Mart. – Tak czy inaczej.

– W takim razie chyba powinienem zatrzymać te rzeczy – kwituje Cal, po czym ostatni raz głaszcze łeb Kojaka i odwraca się do skrzynki z narzędziami.

Wszystkie znaki wskazują, że Annie raczej nie przysyła tu dzieci, żeby miały na oku rodową posiadłość. Cal wiele by dał za wskazówkę, kim mógł być ten chłopak – zdawało mu się, że zna już z grubsza wszystkich najbliższych sąsiadów, ale o żadnych dzieciach nie słyszał – gdyby jednak obcy facet w średnim wieku zaczął wypytywać o mieszkających w okolicy chłopców, najpewniej groziłoby mu lanie albo parę cegieł, które trafiłyby w okna, a to mu do niczego niepotrzebne. Szpera w skrzynce, szukając dłuta.

– Miłej roboty. – Mart odrywa się od ogrodzenia i prostuje plecy z grymasem bólu. Życie spędzone na pracy w gospodarstwie skruszyło mu stawy na proszek; ma kłopoty z kolanem, ramieniem i wszystkim pomiędzy. – Jak skończysz, wezmę to od ciebie na opał.

– Szynka – przypomina mu Cal.

– Prędzej czy później będziesz musiał spotkać się z Noreen. Nie możesz się tu chować i liczyć, że zapomni. Mówiłem ci, kolego: kiedy baba wbije sobie coś do głowy, nie ma na to siły.

– Możesz zostać moim drużbą – proponuje Cal, wciskając dłuto pod prowadnicę szuflady.

– Szynka w plasterkach kosztuje dwa euro pięćdziesiąt – informuje go Mart.

– Aha. Ciastka też – odparowuje Cal.

Mart wybucha rzężącym śmiechem i wali dłonią w ogrodzenie, które niebezpiecznie chwieje się i klekocze. Potem gwiżdże na Kojaka i razem odchodzą.

Wracając do pracy, Cal z uśmiechem kręci głową. Czasem podejrzewa, że Mart udaje wygadanego chłopka-roztropka albo dla jaj, albo żeby było mu łatwiej skłonić go do kupna ciastek czy wykorzystać go w jakimś innym celu. „Założę się – powiedziałaby Donna w dawnych czasach, gdy uwielbiali się nawzajem rozbawiać – założę się, że kiedy go nie widzisz, zakłada smoking i mówi jak królowa Anglii. Albo wkłada adidasy Yeezy, puszcza sobie Kanye Westa i tańczy do rapu”. Cal nie myśli o Donnie stale, jak na początku – żeby to osiągnąć, poświęcił długie miesiące wytrwałej pracy, słuchał muzyki na cały regulator i jak kretyn recytował składy drużyn futbolowych, ilekroć stawała mu przed oczami, ale w końcu się udało. Nadal jednak od czasu do czasu pojawia się w jego myślach, najczęściej wtedy, gdy natknie się na coś, co wywołałoby jej uśmiech. Zawsze uwielbiał uśmiech Donny, spontaniczny i pełny, który rozświetlał całą jej twarz.

Jak wynikało z obserwacji kumpli przechodzących ten proces, przypuszczał, że gdyby się upił, poczułby chęć, by do niej zadzwonić, dlatego przez jakiś czas trzymał się z daleka od alkoholu, okazało się jednak, że działa na niego inaczej. Po kilku piwach wydawała się odległa o miliony kilometrów, jak gdyby mieszkała w innym wymiarze, gdzie nie może jej dosięgnąć żaden telefon. Cal słabnie wtedy, gdy Donna pojawia się znienacka, zaskakuje go w niewinny wrześniowy poranek, wdzierając się w jego myśli taka świeża i żywa, że niemal czuje jej zapach. Nie pamięta wtedy, dlaczego lepiej nie wyjmować telefonu, „Cześć, kochanie, posłuchaj tylko”. Pewnie powinien usunąć jej numer, ale kiedyś będą musieli pogadać o Alyssie, zresztą i tak zna go na pamięć.

W końcu prowadnica puszcza i Cal wyciąga cęgami zardzewiałe stare gwoździe. Mierzy prowadnicę i zapisuje na niej wymiary. Kiedy pierwszy raz był w sklepie budowlanym, wziął parę kawałków drewna różnej wielkości, bo przecież miał skrzynkę narzędzi. Jedna sosnowa listwa ma niemal dokładnie szerokość prowadnicy, choć jest trochę za gruba, ale niewiele. Cal mocuje ją zaciskami do blatu stołu i zaczyna heblować.

Gdyby był u siebie w Stanach, złapałby znowu chłopaka, tym razem mocniej, i palnął kazanie o tym, co czeka gówniarzy, którzy zadzierają z glinami; postraszyłby go poprawczakiem za wtargnięcie na prywatny teren i napad z pobiciem, może na koniec trzepnąłby go po głowie i wypchnął za żywopłot. Tu nie jest gliniarzem i coraz częściej uświadamia sobie, że nie wie, jakie skutki mogą wywołać jego działania, więc taki plan w ogóle nie wchodzi w grę. Każdy krok musi być przemyślany i ostrożny, potrzebne jest też wyczucie.

Gdy drewno jest oheblowane do odpowiedniej grubości, nakreśla na nim dwie linie i każdą nacina piłą na głębokość pół centymetra. Trochę się obawiał, czy sobie poradzi, ale ręce pamiętają: narzędzia leżą w dłoniach, jakby były jeszcze ciepłe, odkąd ostatni raz ich używał, i gładko suną po drewnie. Miłe uczucie. Znowu pogwizduje, tym razem nie trzymając się żadnej melodii, po prostu przyjaźnie odpowiada na ptasie trele i świergoty.

Robi się tak ciepło, że Cal musi przerwać pracę, żeby zdjąć bluzę. Zaczyna starannie żłobić dłutem pasek drewna między równoległymi nacięciami. Nie spieszy się. Ten chłopak czegoś od niego chce. Cal chce mu dać szansę, by sam to sobie wziął.

Gdy zza żywopłotu dobiega pierwszy dźwięk, jest częściowo zagłuszony przez jego gwizd i chrobot dłuta, więc Cal nie jest pewien, czy naprawdę coś słyszał. Nie unosi wzroku. Bierze taśmową miarę i sprawdza długość rowka: wystarczająca na prowadnicę. Okrążając stół, żeby wziąć piłę, znowu to słyszy – wyraźny trzask gałązek, jakby ktoś dał nura albo uskoczył w krzaki.

Schylając się po piłę, Cal zerka na żywopłot.

– Jak chcesz popatrzeć, to z bliska będziesz miał lepszy widok – mówi. – Wyjdź i pomóż mi przy tym.

Za żywopłotem zapada cisza jak makiem zasiał. Aż wibruje w uszach.

Cal odcina prowadnicę, zdmuchuje trociny i przykłada do zużytej. A potem, nie unosząc ręki, rzuca ją jakby od niechcenia w stronę żywopłotu razem z arkuszem papieru ściernego.

– Masz – mówi do żywopłotu. – Przeszlifuj mi to.

Bierze dłuto i młotek, po czym wraca do wycinania rowka. Przeciągająca się cisza wskazuje, że propozycja Cala chyba nie została przyjęta. Po chwili jednak rozlega się szelest i ktoś powoli i nieufnie przeciska się przez żywopłot.

Cal nie przerywa pracy. Kątem oka dostrzega plamę czerwieni. Po długiej chwili słyszy nieregularny, przerywany chrzęst papieru ściernego w niewprawnych rękach.

– To nie musi być dzieło sztuki – dodaje. – Listwa idzie do środka, nikt nie będzie jej oglądał. Wystarczy, że usuniesz drzazgi. Szlifuj wzdłuż słojów, nie w poprzek.

Cisza. I znowu chrzęst.

– Robimy właśnie prowadnice do szuflady – tłumaczy. – Wiesz, co to jest?

Unosi wzrok. Zgadza się, to ten sam chłopak, którego przyłapał wczoraj wieczorem; stoi na trawie cztery metry od Cala i wpatruje się w niego, napinając wszystkie mięśnie, gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Mysie, krótko ostrzyżone włosy, za duża spłowiała czerwona bluza z kapturem, wytarte dżinsy. Ma może dwanaście lat.

Dzieciak kręci głową.

– Element, na którym trzyma się szuflada. Dzięki niemu można ją gładko wsunąć i wysunąć. Z boku szuflady jest listwa, która wejdzie w ten rowek. – Cal bardzo powoli pochyla się nad sekretarzykiem, żeby to pokazać. Oczy chłopaka pilnie śledzą jego każdy ruch. – Stare się już rozpadały.

Wraca do dłutowania.

– Najłatwiej byłoby użyć frezarki albo pilarki stołowej – ciągnie. – Ale nie mam ich pod ręką. Na szczęście mój dziadek lubił stolarkę. Kiedy byłem twojego wzrostu, pokazał mi, jak to robić ręcznie. Znasz się trochę na drewnie?

Znowu zerka w jego stronę. Dzieciak ponownie kręci głową. Jego szczupła i muskularna sylwetka świadczy o zwinności, ale kryje w sobie więcej siły, niż się wydaje, o czym Cal już wczoraj się przekonał. Twarz raczej przeciętna: ślady jeszcze dziecięcej okrągłości, rysy ani wyraziste, ani łagodne, ani ładne, ani brzydkie; w oczy rzuca się wysunięty podbródek i szare oczy nieruchomo utkwione w Calu, jakby porównywały jego twarz z danymi w komputerowej bazie wielkości zasobów CIA.

– No to się nauczysz – rzuca Cal. – Dzisiaj szuflady mają metalowe prowadnice, ale to stary mebel. Nie mam pojęcia, ile dokładnie ma lat… to zupełnie nie moja działka. Fajnie, gdyby się okazało, że mamy skarb, który nadaje się do Antiques Roadshow, ale to pewnie po prostu stary, nic niewart grat. Mimo to spodobał mi się. Chcę się przekonać, czy umiem doprowadzić go do stanu używalności.

Mówi, jakby zwracał się do bezpańskiego psa, który przybłąkał się na jego podwórko, spokojnym, opanowanym głosem, nie przejmując się za bardzo treścią. Chłopak nabrał już pewności i szlifuje szybciej i zręczniej.

Cal mierzy rowek i przycina drugą prowadnicę.

– Powinno wystarczyć. Pokaż.

– Jak to ma być do szuflady – odzywa się chłopak – to powinno być naprawdę gładkie. Inaczej będzie się zacinać.

Ma dźwięczny, beznamiętny głos, jeszcze przed mutacją, mówi z akcentem prawie tak wyraźnym jak u Marta. I nie jest głupi.

– Fakt – przyznaje Cal. – Dobra, nie musisz się spieszyć.

Staje w takiej pozycji, żeby kątem oka obserwować go przy pracy. Dzieciak szlifuje z zapałem, sprawdzając palcem gładkość każdej powierzchni i krawędzi; poprawia kilka razy, dopóki nie satysfakcjonuje go efekt. Wreszcie rzuca mu prowadnicę.

Cal łapie ją w locie.

– Dobra robota – chwali, przesuwając po niej kciukiem. – Popatrz. – Nakłada ją na wypust szuflady i przesuwa tam i z powrotem.

Chłopak wyciąga szyję, żeby się przyjrzeć, ale nie podchodzi bliżej.

– Jak po maśle – stwierdza Cal. – Potem ją nawoskujemy, żeby jeszcze lepiej się ślizgała, ale właściwie nie trzeba. Masz drugą.

Gdy sięga po prowadnicę, wzrok dzieciaka pada na plaster na jego dłoni.

– Tak. – Cal unosi rękę, żeby mógł się dobrze przyjrzeć. – Jak dostanę zakażenia, naprawdę się na ciebie wkurzę.

Chłopak w ułamku sekundy wybałusza oczy i napina mięśnie. Jego stopy ledwie dotykają trawy, jeszcze moment i ucieknie.

– Od jakiegoś czasu często mnie podpatrujesz – mówi Cal. – Masz jakiś powód?

Po chwili dzieciak kręci głową. Wciąż jest gotów zerwać się do ucieczki, wciąż czujnie wpatruje się w Cala, by zareagować na pierwszy gwałtowny ruch.

– Chcesz coś wiedzieć? Bo jeżeli tak, to teraz jest najlepszy moment, żeby spytać o to wprost, po męsku.

Chłopak znowu kręci głową.

– Coś ci we mnie przeszkadza?

Przeczący ruch głowy, tym razem bardziej zdecydowany.

– Zamierzasz mnie okraść? To byłby zły pomysł. Jeżeli się okaże, że to biurko nie jest cennym antykiem, to nie mam nic, co warto byłoby zabrać.

Energiczny ruch głowy na nie.

– Ktoś cię przysłał?

Grymas niedowierzania, jak gdyby Cal powiedział coś wyjątkowo dziwacznego.

– Nie.

– Robisz to regularnie? Śledzisz ludzi?

– Nie!

– No to o co chodzi?

Po chwili chłopak wzrusza ramionami.

Cal czeka na dalsze wyjaśnienia, ale na próżno.

– Okay – mówi. – Mniejsza z tym, dlaczego to robisz. Ale to się ma natychmiast skończyć. Odtąd, kiedy znowu zachce ci się na mnie popatrzeć, zrobisz to tak jak teraz. Twarzą w twarz. To moje jedyne ostrzeżenie, więcej nie będzie. Zrozumiano?

– Aha.

– Dobrze. Masz jakieś imię?

Wiedząc, że nie będzie musiał uciekać, chłopak odrobinę się rozluźnia.

– Trey.

– Trey… Ja jestem Cal. – Chłopak kiwa głową, jakby usłyszał potwierdzenie tego, co już wie. – Zawsze tyle gadasz?

Wzrusza ramionami.

– Muszę się napić kawy – informuje go Cal. – I przegryźć jakieś ciastko czy coś w tym rodzaju. Chcesz ciastko?

Jeżeli dzieciaka nauczono, żeby wystrzegał się obcych, to nie jest dobry ruch, Cal odnosi jednak wrażenie, że w ogóle niewiele go uczono. I rzeczywiście, Trey kiwa głową.

– Zasługujesz na ciastko. Zaraz wracam. Tymczasem przeszlifuj jeszcze to. – Cal rzuca mu drugą prowadnicę i nie oglądając się za siebie, rusza w głąb ogrodu.

W domu robi sobie duży kubek rozpuszczalnej kawy i znajduje paczkę herbatników z czekoladą. Może to rozwiąże Treyowi język, chociaż Cal w to wątpi. Nie potrafi rozgryźć tego dzieciaka. Może kłamał w jednym czy drugim, może nie. Cal wyczuwa u niego tylko niecierpliwość, tak stężoną, że wprawia w drżenie powietrze wokół niego jak żar unoszący się w słońcu nad asfaltem.

Gdy Cal wychodzi z domu, w zaroślach przy szopie węszy Kojak, a Mart opiera się o ogrodzenie, kołysząc trzymaną w ręce paczką szynki w plastrach.

– Niech mnie kule biją – mówi, przyglądając się sekretarzykowi. – Jeszcze dycha. Będę musiał poczekać na swoje drewno na opał.

Oszlifowana do połowy prowadnica i papier ścierny leżą w trawie. Chłopak o imieniu Trey zniknął, jak gdyby nigdy go tu nie było.

3

Przez kilka następnych dni Trey nie daje znaku życia. Cal nie uważa tego za zakończenie sprawy. Dzieciak sprawił na nim wrażenie dzikiego stworzenia, dzikszego niż większość z nich, a nieoswojone zwierzę potrzebuje czasu, by przetrawić nieoczekiwane spotkanie, zanim zdecyduje się wykonać następny krok.

Dzień i noc pada, lekko, ale nieustępliwie, więc Cal wnosi sekretarzyk do domu i wraca do zrywania tapet. Lubi, gdy tak pada. Ten deszcz nie ma w sobie agresji; jego miarowy rytm i zapachy, które przynosi przez okna, łagodzą obskurny wygląd domu i nadają mu nieco przytulności. Cal już wie, że dzięki niemu zmienia się krajobraz, zieleń nabiera intensywności, polne kwiaty unoszą głowy. Deszcz jest tu sojusznikiem, nie utrapieniem jak w mieście.

Cal jest raczej przekonany, że chłopak nie wytnie mu żadnego numeru w domu podczas jego nieobecności – jest na tyle pewien, że w sobotę wieczorem, gdy deszcz w końcu ustaje, postanawia się wybrać do pubu we wsi. To ponad trzy kilometry spaceru, dość daleko, by niepogoda zatrzymała go w domu. Marta i staruszków w pubie niezmiernie bawi jego upór w poruszaniu się pieszo, do tego stopnia, że odprowadzają go do domu, jadąc obok niego samochodem i głośno go dopingując albo wydając okrzyki, jakby pędzili stado do zagrody. Cal przypuszcza, że jego wóz – hałaśliwy, humorzasty i geriatryczny czerwony mitsubishi pajero – za bardzo rzuca się w oczy i mógłby zwrócić uwagę znudzonego policjanta, a nie byłoby rozsądnie zarobić mandat za jazdę pod wpływem, gdy ciągle czeka na pozwolenie na broń, którego mogą mu nie wydać, jeżeli znajdą się dowody, że nadużywa alkoholu.

– W ogóle nie powinni ci dawać broni – oznajmił mu barman Barty, gdy zwrócił na to uwagę.

– Dlaczego?

– Bo jesteś Amerykaninem. Z bronią w łapie wszyscy dostajecie małpiego rozumu. Z byle powodu naciskacie spust. Rozwalacie łeb facetowi, bo kupił w sklepie ostatnią paczkę ciastek Twinkies. Nie bylibyśmy tu bezpieczni.

– Co ty wiesz o Twinkies, mądralo? – rzucił ostro Mart z rogu, gdzie usadowił się przy piwie z dwoma kolegami. Jako sąsiad Cala czuje się w obowiązku bronić go przed częścią drwin, jakimi się go częstuje. – Kurczak się nadął i bażanta udaje. W domu tego nie miałeś.

– Przecież dwa lata pracowałem na dźwigach w Nowym Jorku, nie? Próbowałem Twinkies. Obrzydlistwo.

– I co, ktoś do ciebie strzelał?

– Nie. Nikt nie był taki głupi.

– A powinien – wtrącił jeden z kumpli Marta. – Wtedy przynajmniej mielibyśmy barmana, który umie nalać piwo z porządną pianą.

– Masz szlaban – zapowiedział mu Barty. – Zresztą niechby ktoś tylko spróbował.

– No i proszę – rzucił triumfalnie Mart. – Poza tym Noreen nie sprzedaje Twinkies. Daj spokój, niech sobie gość sprawi strzelbę. I daj mu piwo.

Pub o nazwie Seán Óg’s, wypisanej koślawymi celtyckimi literami nad wejściem, mieści się w tym samym zapuszczonym kremowym budynku co sklep. W ciągu dnia ludzie kursują tam i z powrotem, żeby kupić papierosy i wrócić do pubu, albo z piwem w garści idą do sklepu, żeby oprzeć się o ladę i pogadać z Noreen, wieczorami jednak drzwi łączące dwa lokale są zamknięte, chyba że Barty potrzebuje chleba i szynki, żeby zrobić komuś kanapkę. Podłoga ciasnego i i niskiego pubu jest wyłożona czerwonym linoleum, z ocalałymi gdzieniegdzie kawałkami wytartej wykładziny, którą najwyraźniej położono w przypadkowych miejscach; przy barze stoi eklektyczny zbiór poobijanych stołków, przy rozchwianych drewnianych stolikach – popękane ławy z zielonego PCW. Dekorację stanowią barwne chorągiewki utrzymane w tematyce piwnej, tablica z gumową rybą, która daje wyraz woli przetrwania, śpiewając I Will Survive, oraz rozpięta pod sufitem jak pajęczyna sieć rybacka. Ten, kto ją tam rozwiesił, dla artystycznego efektu wrzucił do niej parę szklanych kulek. Z biegiem lat klienci uzupełnili dzieło o mnóstwo podkładek pod szklanki, gumowiec i figurkę Supermana bez jednej ręki.