Kobieta, która skłamała - Claire Douglas - ebook + audiobook
BESTSELLER

Kobieta, która skłamała ebook i audiobook

Claire Douglas

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

161 osób interesuje się tą książką

Opis

Emilia Ward to zwyczajna kobieta mieszkająca w podmiejskiej części Londynu wraz z mężem i dwójką dzieci – nastolatką z pierwszego małżeństwa i kilkuletnim chłopcem z obecnego. Jest również poczytną autorką powieści o detektyw Mirandzie Moody.

Gdy Emilia rozpoczyna prace nad dziesiątą częścią serii, dzieje się coś niepokojącego: doświadcza incydentu żywcem wyjętego z jednej z jej książek. W pierwszej chwili uznaje, że to zbieg okoliczności. Ale potem to się dzieje znowu. I jeszcze raz.

Wszystko się zmienia, gdy ktoś z jej otoczenia umiera w taki sam sposób, jak ofiara w książce, którą właśnie pisze…

Dlaczego ktoś to robi?

Skąd wie, o czym pisze?

A jeśli Emilia i jej rodzina są następni?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 56 min

Lektor: Joanna Domańska
Oceny
4,3 (368 ocen)
172
135
48
12
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BarbaraMJ

Całkiem niezła

Lektorka psuje radość słuchania ciekawiej fabuły.
20
AnetaDK

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle nie zawiodłam się na autorce. Książka równie wciągająca jak poprzednie części.
10
Izaliverpool36

Nie oderwiesz się od lektury

Książka naprawdę dobra , fabuła wciągająca, mile zaskoczenie na końcu. polecam
10
wychowana_przez_ksiazki

Nie oderwiesz się od lektury

Zakończenie odrobinkę mnie zawiodło. Natomiast tempo akcji i ilości zwrotów, zdecydowanie wynagradza tę końcówkę.
10
jurek357

Nie oderwiesz się od lektury

Trochę długo rozkręca się historia, ale potem nie można przerwać czytania...
10

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Ty’a

– za następne dwadzieścia lat!

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

MAJ 2022

 

 

 

Nad górną wargą posterunkowego Anthony’ego Haddocka widać pot, grzywka przykleiła mu się do czoła, a krawat ma przekrzywiony. Pod jego oczami widnieją fioletowe smugi, koszula jest pognieciona. Emilia musi wyglądać na równie wyczerpaną – od wczoraj nie przespała ani minuty. Nie pamięta nawet, czy rano uczesała włosy (bo na pewno nie umyła zębów) i wciąż ma na sobie wczorajsze ubrania.

– Jeszcze raz chcę powiedzieć, że jest mi bardzo przykro z powodu pani straty – mówi szczerze. Jego wielka grdyka podskakuje przy przełykaniu śliny. Nie jest w stanie oderwać od niej wzroku. Wbija paznokcie w skórę, żeby się nie rozpłakać. Przecież nie może go za to winić, tego mężczyzny w wymiętej koszuli z krótkim rękawem, w której wygląda jak szóstoklasista. Powinna była się bardziej wykłócać, gdy została mu przedstawiona w zeszłym miesiącu. Może wtedy nie znaleźliby się tu, w tym dusznym, klaustrofobicznym pokoju w najgorętszy dzień tego roku.

Przesuwa się na krześle, spódnica przywiera do jej ud. Notatnik – ten sam, którego zaczęła używać za radą policjanta, gdy to wszystko się zaczęło – leży między nimi na stole. Jej piętnastoletnia córka, Jasmine, dała jej go w styczniu na urodziny, żeby mogła w nim zapisywać wszystko, co dotyczy jej nowej książki, pierwszej samodzielnej powieści. Na okładce znajdują się motyle, a Emilia zawsze uważała, że oznaczają odnowę, zmianę. Dojrzewanie. Ostatecznie nie spełnił swojego celu. Teraz kryje w sobie wszystkie pokręcone wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy. Makabryczne echa historii, które zostały już napisane. A teraz dodatkowo morderstwo osoby, którą kochała.

– Robimy wszystko, co w naszej mocy, by schwytać osobę, która jest za to odpowiedzialna. – Posterunkowy milczy przez chwilę, nie odrywając od niej wzroku, a potem dodaje: – Jest pani pewna, że to ktoś, kogo pani zna? – Haddock zerka na listę nazwisk, którą mu podała.

– Tak, jestem tego pewna. – Chciałaby się mylić, ale wie, że tak nie jest. – Jej ostatni rozdział przeczytali tylko moi bliscy przyjaciele i redaktorka. Książka nie została jeszcze opublikowana, a niektóre wydarzenia, zwłaszcza te z ostatnich tygodni, cóż, pochodzą z tego manuskryptu.

Kiwa głową, usta ma zaciśnięte. Nic nie mówi. Nie musi. Jego milczenie zawiera wszystkie kluczowe informacje.

Chodzi o to, że Emilii Ward, autorce bestsellerowej serii kryminalnej o komisarz Moody, kończy się czas. Na końcu Jej ostatniego rozdziału uśmierca ukochaną główną bohaterkę, komisarz Mirandę Moody. Jeśli schemat pozostanie niezmieniony, jeśli osoba, która to robi, chce się trzymać fabuły, to oznacza, że do zrealizowania została ostatnia rzecz.

Śmierć Moody.

A co za tym idzie, jej śmierć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

 

 

 

1

MARZEC 2022

 

 

 

To się dzieje, gdy Emilia jedzie autobusem do domu i patrzy na zachmurzone niebo, myśląc, że za dużo zjadła na lunch.

Przez ulice szybko przejeżdża radiowóz na sygnale, a za nim, w krótkich odstępach, dwa kolejne.

Nie myśli o tym za wiele. Kolejny wypadek. Już do nich przywykła. W końcu jest piątek, godzina szesnasta czterdzieści pięć w Londynie. Początek wzmożonego weekendowego ruchu.

Odchyla się na siedzeniu i zastanawia, czy zdoła jakoś poluzować pas spódnicy. Nie powinna była jeść tej szarlotki z kremem.

Z torby, która leży u jej stóp, wystaje egzemplarz „Grazia”, który kupiła przed tym, jak wsiadła do autobusu na High Street Kensington. Podróż ciągnie się naprawdę długo, w dodatku obawia się choroby lokomocyjnej, dlatego po niego nie sięga.

Obok niej siada starsza kobieta z wzorzystą pomarańczową chustką na głowie. Tuli do siebie długowłosego jamnika. Gdy autobus się zatrzymuje, wyrzucając z siebie opary, które wlatują do środka przez otwarte okno, ta prycha ze zniecierpliwieniem.

Odwraca się do Emilii ze zirytowaną miną.

– Rigsby za chwilę będzie musiał zrobić siku.

Pies spogląda na Emilię smutnymi, brązowymi oczami. Uśmiecha się uspokajająco do kobiety, ale pochyla się i przesuwa torebkę między udo a okno, w razie gdyby Rigsby postanowił opróżnić pęcherz na jej ukochaną torbę z Mulberry.

Znajdują się na Kew Road. Niedługo będą mijać Kew Gardens, ale przez awarię metra drogi są bardziej zapchane niż zwykle. I właśnie dlatego tkwi w autobusie, czując zapach nadziewanego pasztecika, którego je młody chłopak na siedzeniu przed nią, i zagrożona tym, że nasika na nią pies.

Nie może się doczekać, kiedy powie Elliotowi o swoim spotkaniu z redaktorką. Zadzwoniła do niego od razu po wyjściu z restauracji, przede wszystkim po to, żeby przypomnieć mu o odebraniu Wilfiego ze szkoły, ale nie miała okazji powiedzieć reszty.

Rano była bardzo zestresowana: nie mogła znaleźć ulubionej apaszki w panterkę, a potem zapomniała, gdzie położyła klucz od domu.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział Elliot, gdy już stała gotowa do wyjścia. Pocałował ją w policzek, żeby nie rozmazać pomadki. – Po prostu bądź szczera. Ona zrozumie. To twoja kariera.

I była szczera, przynajmniej do pewnego stopnia. Jej redaktorka Hannah, aż zbladła, gdy Emilia przyznała, że w dziesiątej części serii chce uśmiercić główną bohaterkę.

Hannah jest prawie w ósmym miesiącu ciąży, a Emilia martwiła się, że wywoła u niej wcześniejszy poród. Eleganckie palce Hannah ściskały szklankę z lemoniadą, jakby ktoś je do niej przymroził, gdy Emilia tłumaczyła, że zamiast części jedenastej chciałaby napisać samodzielną powieść, bo czuje, że historia komisarz Mirandy Moody dobiegła końca. Nie powiedziała, że ta dziesiąta część była najtrudniejszą książką, jaką przyszło jej napisać, i że w pewnej chwili obawiała się, że nie zdoła wymyślić wystarczająco dobrej fabuły.

Hannah potrzebowała dobrych kilku chwil, żeby odpowiedzieć.

W końcu odrzekła napiętym głosem:

– Seria o Moody sprzedała się w Wielkiej Brytanii w ponad dwóch milionach egzemplarzy. To ogromne ryzyko.

Emilia zdawała sobie z tego sprawę. I ją to przerażało. Ale jednocześnie czuła, że to już najwyższy czas na zamknięcie tej historii. Dziesięć książek w dziesięć lat, a pisanie Jej ostatniego rozdziału było naprawdę trudne.

Lunch zakończył się czymś w rodzaju rozejmu: Emilia miała przesłać pierwszą wersję Jej ostatniego rozdziału, włącznie z częścią, w której ginie Moody, a Hannah miała zobaczyć, czy to się sprawdzi. Jeśli nie, Emilia miała zmienić zakończenie i zrobić sobie przerwę. A potem napisać coś innego, zostawiając otwartą furtkę na powrót komisarz Moody.

Autobus nadal nie ruszył z miejsca, a Emilia widzi przed sobą jedynie sznur samochodów. Zastanawia się, czy nie iść dalej pieszo, bo stąd będzie to zaledwie dwudziestominutowy spacer, ale jeśli kierowca nie zgodzi się jej wypuścić, będzie musiała przejść z powrotem na swoje miejsce, mijając wszystkich tych ludzi.

Otwierają się podwójne drzwi z przodu, a do środka wsiada policjant. Pasażerowie milkną i spoglądają na siebie pytająco. Kobieta, która siedzi obok niej, odchyla się w prawo, żeby zobaczyć, co się dzieje, a potem odwraca do Emilii i pyta ostro:

– Co on tu robi?

Tak jakby Emilia znała odpowiedź.

– Może informuje kierowcę, że był wypadek – mówi uprzejmie Emilia. – Albo że droga jest zablokowana.

Policjant wysiada z autobusu, a kierowca wstaje i zwraca się do pasażerów.

– Bardzo mi przykro – mówi, twarz ma rumianą, a marynarka napina się na jego brzuchu – ale obawiam się, że dalej na drodze doszło do naprawdę poważnego wypadku. Niestety, będziecie państwo musieli tutaj wysiąść.

Ludzie jęczą i klną. Chłopak z siedzenia przed nią chowa resztę przekąski do torby. Kobieta obok narzeka głośno na niedogodności. Emilia myśli sobie, że przynajmniej Rigsby zrobi siku i patrzy, jak pasażerka stawia psa na podłodze tak delikatnie, jakby był zrobiony ze szkła.

Nie może się doczekać, żeby wysiąść, ale czeka cierpliwie, aż wszyscy wstaną i skierują się do wyjścia. Jej telefon dzwoni, akurat gdy wysiada z autobusu.

– Hej, Jas. – Wiatr się nasila, a ona otula się mocniej skórzaną kurtką żałując, że nie założyła czegoś cieplejszego. Tłum z autobusu zbiera się przed nią i Emilia za żadne skarby nie może tych ludzi wyprzedzić. Rigsby podnosi łapę przy najbliższej latarni.

– Gdzie jesteś? Wilf zachowuje się jak bachor, Elliot w ogóle go nie uspokaja, a tata miał mnie odebrać, ale się spóźnia. I nie mogę znaleźć moich spodni z wysokim stanem.

Emilia bierze głęboki oddech i przykłada telefon do drugiego ucha.

– Powinny być w suszarce. Już wracam do domu. Po drodze był jakiś wypadek.

– Wypadek? – Emilia słyszy strach w głosie córki. Mimo że jest nerwowa i przechodzi czas burzy hormonów, w głębi duszy pozostaje wrażliwa i martwi się o bliskich.

– Wszystko jest w porządku – zapewnia córkę. – To nie ma nic wspólnego ze mną. Ale musiałam wysiąść z autobusu.

– Elliot nie może po ciebie przyjechać?

Emilia rozgląda się po ulicy. Samochody stoją niemal zderzak w zderzak. Ktoś trąbi, na co od razu zgrzyta zębami. Dlaczego ludzie to robią? Przecież w ten sposób nie przyspieszą ruchu drogowego. Przeciska się przez grupę ludzi i przyspiesza kroku, jej obcasy stukają o chodnik.

– Nie. Jestem niedaleko, a ulice są zablokowane. Będzie szybciej, jak wrócę pieszo. – Milczy przez chwilę. – Myślałam, że tata odbierze cię ze szkoły.

Jasmine prycha.

– Coś mu wypadło, więc złapałam szkolny autobus. Powiedział, że przyjedzie po mnie do domu o osiemnastej…

Emilia wyobraża sobie, jak jej córka przewraca oczami. Wie, że Jasmine ma skomplikowaną relację z Jonasem.

– W porządku. Wrócę tak szybko, jak to możliwe. A twoje dżinsy…

– Wiem, wiem. Powiedziałaś, że są w suszarce. – W jej głosie słychać lekkość, co podnosi Emilię na duchu. Martwi się o Jasmine. Lockdowny miały zły wpływ na jej zdrowie psychiczne, choć Elliot był wspaniały, rozumiał ją i wspierał, bo jako nastolatek też cierpiał na stany lękowe. Jasmine zawsze miała problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, ale powrót do szkoły w dziesiątej klasie okazał się wyjątkowo dużym wyzwaniem. Naprawdę ma problem z ponownym się zaaklimatyzowaniem.

– Jeśli wyjdziesz przed moim powrotem, baw się dobrze u taty, i do zobaczenia w niedzielę. Kocham cię.

– Ja ciebie też – odpowiada Jasmine, po czym się rozłącza.

Emilia chowa telefon do kieszeni i przyspiesza. Chciałaby wrócić do domu, zanim Jasmine wyjdzie.

Myśli o swoim byłym mężu Jonasie oraz jego żonie Kristin – z którą się zresztą przyjaźniła – bawiących się z jej córką w szczęśliwą rodzinkę. Jakimś cudem udało jej się utrzymać dobre stosunki z Jonasem, ze względu na ich córkę, ale to nie zawsze było łatwe. O wiele trudniej jest wybaczyć Kristin.

Zarzuca torbę wyżej na ramię i żałuje, że nie założyła płaskich butów. Właśnie ma skręcić w boczną uliczkę, gdy dostrzega policjanta w odblaskowej kamizelce, który kieruje ruchem. Dwa wozy strażackie oraz mnóstwo radiowozów blokują drogę. Rozmyśla o tym, co mogło się wydarzyć.

 

 

 

 

 

 

 

2

 

 

 

– Nie wiem, co się dzieje, ale wszędzie była policja – mówi Emilia do Elliota, gdy przygotowują kolację w dużej, otwartej kuchni. To jej ulubione pomieszczenie w całym domu. Parkiet z jasnego drewna, marmurowe blaty i granatowe szafki. To centrum ich domu, miejsce, w którym wszyscy się gromadzą. Gdy wprowadzili się tutaj cztery lata temu, taka kuchnia była zaledwie marzeniem. Dopiero niedawno, po pięciu miesiącach prac budowlanych związanych z rozbudową i remontem, wszystko było gotowe. W zeszłym roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

– Nie mogłaś zapytać swojej przyjaciółki z policji, jak jej tam…?

Jej mąż ma tragiczną pamięć do imion. Wszyscy nazywają się po prostu „jak im tam”.

– Louise. Mogłam, ale ona pracuje w wydziale kryminalnym, więc wątpię, że miałaby jakieś informacje na ten temat. – Sięga do szafy i automatycznie wyjmuje cztery talerze, ale wtedy przypomina sobie, że Jasmine jest u ojca, więc chowa jeden z powrotem. Nienawidzi kiedy Jasmine nie ma w domu. Wydaje się wtedy zbyt wielki i zbyt pusty. Elliot powiedział, że Kristin ją odebrała, bo Jonas nie miał pewności, czy uda mu się wyjść z biura. To strasznie zirytowało Emilię. Widuje się z córką co drugi weekend – mógłby dopilnować, żeby chociaż wtedy kończyć pracę na czas.

Odwraca się i patrzy na Elliota, który stoi przy blacie kuchennym. Miękki, kaszmirowy sweter napina się na jego szerokich ramionach, podkreślając wąską talię i opaloną skórę.

Przez lata często zastanawiała się, czy gdyby Kristin uwzięła się na Elliota, to ten uległby jej tak samo jak Jonas. Jest zupełnie inny niż jej były i nie tylko w kwestii wyglądu – on jest ciemny i krępy, z kolei Jonas żylasty, o blond włosach i jasnej skórze – ale ma też inny charakter. Jonas zawsze lubił flirtować, bo podoba mu się, gdy inne kobiety uważają go za atrakcyjnego i czarującego. Chce, żeby wszyscy go podziwiali i zawsze znajduje się w centrum zainteresowania. Ostatni wychodzi z baru, bez przerwy spotyka się z innymi znajomymi. Elliot jest zupełnie inny: szczery, czasami wręcz brutalnie (raz, gdy pofarbowała włosy na ciemno, powiedział jej, że wygląda jak Morticia Adams), i często unika spotkań towarzyskich, ale przy nim Emilia wie, na czym stoi.

Elliot kieruje się do telewizora, który znajduje się w salonie połączonym z kuchnią, a w podwójnych drzwiach do ogrodu odbija się wnętrze pomieszczenia. Sięga po pilota, którego Wilfie rzucił na szarą, lnianą sofę.

– Może powiedzą coś o tym w wiadomościach. – Odwraca się do niej z uśmiechem i celuje pilotem w telewizor, a jej serce zalewa fala miłości. To dobry człowiek. Taki, na którym można polegać. Nie jest próżny. Jako autorka zarabia więcej od niego, a on w ogóle nie ma z tym problemu. To dzięki jej pieniądzom mogli sobie pozwolić na tę wiktoriańską willę z pięcioma sypialniami przy jednej z głównych ulic Richmond Hill. Gdy Jonas zobaczył ją po raz pierwszy, zaklął pod nosem.

Emilia miesza jedzenie na patelni, zadowolona, że kurczak i papryka ładnie skwierczą, a zapach sprawia, że burczy jej w brzuchu, mimo że zjadła naprawdę syty lunch.

– Tato! Mogę obejrzeć Porę na przygodę? – Ich ośmioletni syn Wilfie wpada do pokoju, ściskając w ręce kontroler od playstation, i przeskakuje z nogi na nogę. To ciemnowłosa kula eksplodującej energii.

– Poczekaj chwilę, młody – odpowiada Elliot. – Musimy coś sprawdzić w wiadomościach… Mama zobaczyła coś ciekawego w drodze do domu i chcemy…

Ale Wilfie już wyszedł. Elliot patrzy z uniesionymi brwiami na Emilię, a ona tylko się śmieje. Od dawna żartują, że ich syn nie potrafi ustać ani usiedzieć w miejscu, chyba że chodzi o spanie albo jedzenie. Przy jedzeniu się nie spieszy, tak samo jak ona.

– Kolacja prawie gotowa! – woła, choć nie dostaje żadnej odpowiedzi. Pozwala mu grać na konsoli tylko dlatego, że jest piątkowy wieczór. Zdecydowanie to wykorzystuje, odkąd wróciła do domu, praktycznie nie wynurza się z pokoju.

– Moment… To chyba to – mówi Elliot i idzie w jej stronę tyłem, nie odrywając spojrzenia od telewizora.

Emilia zdejmuje patelnię z kuchenki i staje obok niego. On obejmuje ją ramieniem. Czuje się przy nim taka malutka ze swoim metr sześćdziesiąt wzrostu, kiedy on ma prawie metr osiemdziesiąt.

Patrzą, jak na ekranie pojawia się napis „Z OSTATNIEJ CHWILI”, a po nim elegancko ubrana prezenterka z blond bobem omawia zdjęcia przedstawiające wejście do Kew Gardens, na których widać policję.

– W Kew Gardens w Londynie doszło dzisiaj do poważnego zdarzenia. Policja ewakuowała zwiedzających i zabezpieczyła Kew Road w obrębie ważnej atrakcji turystycznej z powodu podejrzenia ataku terrorystycznego. Pracownicy Kew Gardens otrzymali około szesnastej dwadzieścia pięć anonimową informację, że na terenie obiektu podłożono bombę. Torbę podróżną znalazła grupa saperów, ale przekazano nam, że była to mistyfikacja, a w środku znajdowało się stare radio tranzystorowe.

Prezenterka zaczyna omawiać kolejne informacje, więc Elliot wyłącza telewizor i odkłada pilota na stolik kawowy. Idzie w stronę płyty kuchennej, a ona podąża za nim, rozmyślając o tym, co właśnie usłyszeli.

Brzmi bardzo znajomo.

– Pewnie banda nastolatków myślała, że będzie śmiesznie – mówi Elliot, zaczynając nakładać jedzenie. – A to naprawdę poważna rzecz. Gdyby zostali złapani… – Podnosi wzrok i chyba zauważa jej minę, bo pyta, czy coś się stało.

Kręci głową.

– Nic. Po prostu… Nie wiem. To trochę dziwne.

– Co?

– W mojej pierwszej książce, wiesz, w Podpalaczu…

– Jak mógłbym zapomnieć? – mówi, jego spojrzenie łagodnieje. Poznali się w kawiarni, gdy pisała tę książkę, prawie jedenaście lat temu. Właśnie przechodziła przez rozwód i wynajmowała małe mieszkanie, gdzie mieszkała z Jasmine, po tym jak Jonas spłacił jej połowę ich wspólnego domu w Twickenham. Zawsze chciała napisać książkę, ale po studiach zatrudniła się w lokalnej gazecie.

Dowiedziała się, że jest w ciąży z Jasmine, gdy dopiero co dostała pracę jako autorka felietonów do jednego z niedzielnych dodatków. Miała dwadzieścia trzy lata, była spłukana i mieszkała z Jonasem, którego poznała na pierwszym roku studiów w Brighton, a ciąża nie była planowana. Gdy przekazała informację Jonasowi, ten się oświadczył, a kilka miesięcy później wzięli ślub. Była to skromna, szybka uroczystość w urzędzie stanu cywilnego.

Gdy Jasmine się urodziła, Emilia nie mogła wrócić do pracy na pełen etat. Opłaty za żłobek pochłonęłyby jej małą pensję, a rodzice mieszkali za daleko, żeby pomóc – choć nawet gdyby mieszkali w tym samym mieście, nie zgodziliby się na to. Dlatego zajmowała się freelancerką, kiedy tylko mogła. Gdy Jonas ją zostawił, każdą wolną chwilę spędzała na pisaniu książki o rozsądnej detektywce. O kimś silnym i odważnym, bo ona czuła się wtedy słaba i bezsilna.

Elliot wszedł wtedy do kawiarni nad rzeką podczas przerwy obiadowej, po spotkaniu z klientem. Gdy go zobaczyła, pomyślała sobie, że ma ciepłe, brązowe oczy. Że bije z nich dobro. Rozmawiali trochę po tym, jak go poprosiła, czy mógłby popilnować jej laptopa, bo musi iść do łazienki.

– Skąd wiedziałaś, że z nim nie ucieknę? – zapytał później.

– Bo masz twarz wzbudzającą zaufanie – odpowiedziała.

Nadal używa tego przeciwko niej, gdy oskarża go o zjedzenie ostatniej paczki chipsów albo wypicie resztki kawy.

Co, ja? Przecież mam wzbudzającą zaufanie twarz!

– O co chodzi? – pyta teraz, grzebiąc w szufladzie ze sztućcami.

– Cóż – mówi Emilia, niosąc talerze do dębowego stołu. – Pisałam o takim wydarzeniu. O fałszywym alarmie bombowym. Torba z radiem w Kew Gardens, pamiętasz?

Elliot odkłada sztućce na stół.

– Takie rzeczy się dzieją. To Londyn. Zwykły zbieg okoliczności. Napisałaś tę książkę wiele lat temu.

Oczywiście, że to zbieg okoliczności. Właśnie takie racjonalne myślenie kocha w swoim mężu. Ona rozpędza się od zera do setki w sekundę. Ale Elliot ma rację, to czysty przypadek. Podejrzewa, że to dzieciaki stroją sobie żarty.

Tak jak w jej książce.

Elliot wraca do wyspy kuchennej. Obserwuje go i stara się odeprzeć przeczucie, że to zbyt duży zbieg okoliczności. Minęło jedenaście lat od jej debiutu i przecież nie pamięta każdego zapisanego słowa. Ale wszystko do niej wraca.

Gdy zgłoszono podłożenie bomby w Kew Gardens, jej główna bohaterka, Miranda Moody, jechała Kew Road. Siedziała w autobusie, który musieli ewakuować.

I właśnie to jej się dzisiaj przydarzyło.

 

 

 

 

 

 

 

3

 

 

 

– Tędy. Ona jest tam…

Sierżant Saunders wskazuje na chłostany wiatrem budynek z widokiem na morze. Jest późne popołudnie, niebo przesłaniają gęste, białe chmury, a Saunders mocno tupie, żeby się rozgrzać, albo dlatego, że zaczyna już tracić cierpliwość. Z nim nigdy nie wiadomo. Jestem jego szefową, więc nie może mi powiedzieć, żebym ruszyła dupę, choć na pewno tak właśnie myśli. Nie mówię mu, że niemal wyprułam sobie flaki, żeby tu dotrzeć, ani że gdy zadzwonił, próbowałam przekonać mojego starego ojca, że jego żona – a moja matka – będzie miała lepiej w domu opieki. Ani że mój były mąż poinformował mnie, że ponownie się żeni.

Przez pięć lat wspólnej pracy nie powiedziałam mu o sobie ani jednej rzeczy związanej z życiem osobistym. Tak jest lepiej. A on nigdy nie przestaje gadać, więc wiem o nim wszystko. Poza piciem w barze z kumplami i kobietami, w których się zakochuje, a one nie odwzajemniają jego uczuć, niewiele się u niego dzieje.

Pokazujemy odznaki dwóm funkcjonariuszom, którzy pilnują wejścia do budynku, i zakładamy ochraniacze na buty. Teren zabezpieczono już taśmą policyjną. Unoszą ją, żebyśmy mogli wejść. Przechodzimy pod nią ostrożnie, żeby nie dotknąć drzwi, i wspinamy się po schodach. Brązowy dywan jest powycierany, ściany wyłożone drewnem w kolorze łososiowym.

Gdy docieramy na górę, od razu uderza mnie odór. Drzwi do jednego z pokojów stoją otworem, a technik kryminalistyki już pracuje w małej sypialni. Razem z Saundersem stoimy w progu, bardzo uważając, żeby niczego nie dotknąć, i czekamy, aż dostaniemy pozwolenie na wejście do środka. Z miejsca w którym stoimy, widzimy, że ofiara leży na plecach, ręce i nogi ma związane. Ma na sobie turkusową koszulę nocną z satyny, której przód jest cały przesiąknięty krwią.

Technik podnosi wzrok. To Celia Winters. Po pięćdziesiątce, zawzięta. Dobrze wiemy, że gdy wykonuje swoją pracę, lepiej nie włazić do pomieszczenia. Jest bardzo poważna i profesjonalna. Nikt nie zorientował by się, że jesteśmy przyjaciółkami, i że regularnie wychodzimy na drinki, najczęściej kończąc w barze z karaoke w centrum Plymouth.

– Zadźgana – oznajmia. – Kłuta wielokrotnie. Nie mam jeszcze dokładnego czasu zgonu, ale zgaduję, że nie żyje od co najmniej dwunastu godzin. Jest jeszcze coś. – Podchodzi do nogi ofiary. – Tutaj, na kostce…

Odwracam się do Saundersa, bo wiem, że jego mina i poziom adrenaliny będą identyczne jak moje. Wstrzymujemy oddech. Czekamy. Wiemy już, co powie.

– … znamię. Jak tatuaż, ale zrobiony scyzorykiem. Wykonane niedawno, myślę, że tuż przed jej śmiercią albo zaraz po niej. Pewnie go stamtąd nie widzicie, jest małe i precyzyjne. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam, ale przypomina głowę owada. Jest trójkątna, i do tego te dziwne oczy…

Wymieniamy z Saundersem spojrzenia. Wiemy dokładnie, co to jest, mimo że nie widzieliśmy tego od lat, a Saunders jedynie na zdjęciach.

Modliszka.

Do Celii chyba to dociera. Rozmawiałyśmy o tym, chociaż z nami nie pracowała, kiedy uderzył po raz ostatni.

Otwiera szeroko usta.

– Cholera – mruczy, patrząc mi w oczy.

Odpowiadam i nawet we własnych uszach brzmię ponuro.

– Wygląda na to, że wrócił.

 

 

 

 

 

 

 

4

 

 

 

Drzwi wejściowe są otwarte, światło ze środka pada na oszroniony chodnik. Jonas stoi do niej plecami, dlatego nie widzi, jak wysiada ze swojego nissana i stąpa ostrożnie, żeby się nie poślizgnąć.

Niezaradność jej byłego to jedna z tych rzeczy, za którymi Emilia zdecydowanie nie tęskni. Elliot zdążył już wysypać ich podjazd solą. Jak na początek marca jest naprawdę zimno.

– Pospiesz się! Twoja mama będzie tu za chwilę! – woła. Musiał ją usłyszeć albo wyczuć jej obecność, bo odwraca się i posyła spięty uśmiech. – Och. Cześć, Em. Wybacz, nie jest gotowa. Od czterdziestu pięciu minut powtarzam, żeby się zbierała. – Wzrusza ramionami, udając nonszalancję, ale z kilometra czuć od niego zdenerwowanie.

Czy Jasmine celowo stwarzała problemy? Jonas nie zawsze wie, jak radzić sobie z humorami ich córki.

– Co u niej? – pyta cicho Emilia.

– Nie było najgorzej. Wczoraj większość czasu spędziła zamknięta w pokoju, ale dzisiaj rano Kristin zabrała ją na zakupy. Wejdź, zmarzniesz na dworze. Napijesz się może herbaty? Może Jej Wysokość w tym czasie się ogarnie?

Wchodzi do środka i zatrzymuje się w korytarzu. Od czasu, gdy tu mieszkała, wystrój znacznie się zmienił. Teraz ściany mają ciepły, kamienny odcień, gdzieniegdzie wychylają się z nich mosiężne kinkiety, a na środku wisi ogromne lustro, które sprawia, że ta mała przestrzeń wydaje się o wiele większa. Jasmine powiedziała, że Kristin przechodzi ostatnio „fazę projektantki wnętrz”.

Emilia rozważa napicie się herbaty. Czasami, gdy nie ma Kristin, przyjmuje zaproszenie, ale tym razem dostrzegła jej samochód przed domem.

– Dzięki, ale powinnam wracać – mówi i przymyka za sobą drzwi.

– Pewnie. – Mina nieco mu rzednie, a ona przypomina sobie chwilę sprzed lat, około roku od ich rozstania, gdy Jonas odwożąc Jasmine, przyznał się Emilii, że za nią tęskni. Dopiero zaczęła spotykać się z Elliotem, więc zignorowała to wyznanie, traktując je jako nagły przypływ zazdrości wobec innego mężczyzny. A to było dla niego typowe. Od tamtego czasu nie wspomniał o tym ani razu, ale sama świadomość, że kiedyś miało to miejsce, jest dla niej niczym drogocenny klejnot, który czasami podziwia, a potem chowa z powrotem w zakamarkach pamięci.

– Jak książka? Skończyłaś pisać?

– Tak, wysłałam ją już do redaktorki.

– Co tym razem porabia komisarz Miranda Moody?

– Myślę, że to najmroczniejsza część. Opowiada o seryjnym mordercy, który piętnuje swoje ofiary rysunkiem głowy insekta. Zadźgane kobiety. Słodko i lekko! – Śmieje się skromnie. – Och, a Miranda ginie na samym końcu.

– Co? – Jonas wpatruje się w nią szeroko otwartymi oczami. – Dlaczego? Wiesz, że ją uwielbiam!

– Dostała dziesięć książek. Miała swój czas na to, by lśnić.

– Ale dlaczego?

– Bo chcę napisać coś innego.

– Twój wydawca na pewno nie jest zadowolony.

– Udało nam się wypracować kompromis – opowiada mu o lunchu z redaktorką, na którym była w piątek.

– Czyli Hannah czyta teraz ostateczną wersję?

– Cóż, wątpię, że robi to dzisiaj, przecież jest niedziela. Ale mam nadzieję, że niedługo tekst do mnie wróci, bo jeśli Hannah uzna, że to się nie uda, poprosi mnie o zachowanie otwartego zakończenia. Może Moody zostanie ciężko ranna, ale nie zginie… Jeszcze nie wiem. Może tak będzie lepiej.

– Uważam, że powinnaś zostawić otwarte zakończenie. Ale wiesz, ja jestem tylko fanem.

– Musisz tak mówić jako ojciec mojego dziecka!

– Co musi mówić?

Odwracają się, gdy Kristin wchodzi do korytarza. Ma metr siedemdziesiąt wzrostu, z czego większość to nogi. Ciemne włosy zebrała w luźny, ale elegancki kok na czubku głowy. Przez wycięcia na ramionach w swetrze wybija się sztuczna opalenizna. Ma niemal czterdzieści lat, a wygląda równie cudownie jak wtedy, gdy Emilia poznała ją na studiach. Od razu czuje się przysadzista i mocniej owija grubym płaszczem, jakby chciała się zasłonić.

– Rozmawialiśmy o najnowszej książce Em.

– Och, tak, jestem naprawdę zaintrygowana. Ostatnia była świetna.

To ta jedna rzecz, którą musi im przyznać. Od zawsze wspierali ją w pisaniu. Okazywali wręcz fascynację. Możliwe, że bali się, że ich postacie zostaną opisane w którejś z książek. Pióro silniejsze od miecza i tak dalej.

– Dzięki. – Emilia czuje, że robi jej się gorąco w twarz. Nigdy nie wie, jak podchodzić do Kristin. Nawet wtedy, gdy wciąż się przyjaźniły, Kristin w ułamku sekundy z czarującej zmieniała się w zgryźliwą. Ale zawsze podziwiała jej przebojowość i szelmowskie poczucie humoru. Nikt nie był w stanie rozbawić jej tak jak Kristin, gdy jeszcze się przyjaźniły. I choć jest naprawdę piękna, nigdy nie traktowała siebie zbyt poważnie – gdy wychodziły wieczorami, wygłupiała się na parkiecie, w ogóle nie przywiązując wagi do tego, jak wyglądała. Nawet teraz, po tylu latach, nadal tęskni za ich dawną przyjaźnią.

Kristin nachyla się w stronę Jonasa, a on obejmuje ją i uśmiecha się z zadowoleniem. Minęło jedenaście lat, ale Emilia nadal doznaje lekkiego wstrząsu, gdy widzi ich tak w sobie zakochanych. Czuje się, jakby przeniosła się do jakiegoś alternatywnego świata.

– Mamy wieści – wtrąca przyjaciółka.

– Och, tak? – Czy Kristin jest w ciąży? Jest zaskoczona, że jeszcze do tego nie doszło. Kristin zawsze powtarzała, że pewnego dnia chciałaby mieć dzieci. Emilia zerka na brzuch swojej byłej przyjaciółki, ale ten jest równie płaski co wtedy, gdy miały po dwadzieścia dwa lata.

– Przeprowadzamy się. Nareszcie!

Zalewa ją fala ulgi, że jeszcze nie będą mieli dziecka. Jasmine miała zaledwie cztery latka, gdy Emilia poznała Elliota, a trzy lata później pojawił się Wilfie. Coś takiego, informacja o nowym dziecku, które mogłoby się pojawić w rodzinie, nie wpłynęłaby dobrze na jej córkę.

– To świetnie. Dokąd?

Proszę, tylko nie Richmond. Proszę, tylko nie Richmond.

– Teddington. Koło śluzy. Piękny dom. I mnóstwo miejsca, prawda, kochanie?

Jonas potakuje i uśmiecha się, ale Emilia nie jest głupia.

Widzi panikę w jego spojrzeniu.

– Cieszę się waszym szczęściem. – Wie, że odkąd się rozstali, Jonas miał problemy finansowe, i spłacenie długów naprawdę nie było łatwe. W dodatku nigdy nie chciał się przeprowadzać. Usprawiedliwiał to tym, że ma stąd pięć minut do domu rodziców, ale Emilia podejrzewała, że to z lenistwa, i że po prostu nie chce w swoim życiu zamieszania.

Jednocześnie pamięta błysk zazdrości w jego oczach, gdy Emilia i Elliot kupili cztery lata temu willę. Ma przeczucie, że Kristin nie jest zbyt pomocna w sferze finansowej, bo co chwilę zmienia pracę.

– Dziękuję. – Niebieskie oczy Kristin błyszczą. – Naprawdę nie mogę się doczekać, aż zacznę urządzanie wnętrza. Rozważam białe ściany i jasne podłogi. Światło w tym domu jest naprawdę wyjątkowe. Poczekaj, aż zobaczysz. To cudowne, móc wybrać swój własny dom. Ten tutaj… – Rozgląda się po wąskim korytarzu. – To nie jest coś, co sama bym wybrała.

Jonas patrzy na Emilię z uniesioną brwią. Ona nic nie mówi, chociaż mocno ją kusi, by zapytać Kristin, jaki dom wybrałaby, gdyby pracowała w lokalnej gazecie za niską pensję w wieku dwudziestu trzech lat i do tego była w ciąży. Emilia zawsze uważała, że bardzo dobrze sobie poradzili z Jonasem, skoro w tak młodym wieku kupili dom. Ale Kristin nigdy nie musiała się martwić o takie rzeczy. Podróżowała sobie beztrosko po Australii ze swoim bogatym chłopakiem. Wszyscy myśleli, że go poślubi.

– Okej – mówi Emilia, sugestywnie zerkając na zegarek, choć bez okularów nic nie widziała. – Gdzie jest Jas?

Jonas odwraca się, by zawołać ich córkę, a Jasmine zbiega po schodach z plecakiem na ramieniu i telefonem przy uchu.

– Tak, tak, przecież mówiłam, że już idę. – Po tym zwraca się do słuchawki: – Oddzwonię, Nance. – Chowa telefon do kieszeni i odgarnia blond włosy z twarzy. Gdy dociera na dół, wsuwa nogi w masywne, białe buty, które nigdy się Emilii nie podobały.

– Chodź, kochanie. Wracajmy do domu – mówi, obejmując córkę ramieniem.

– Czy przyjedzie do nas ciocia Ottilie?

Po twarzy Emilii przemyka uśmiech. Zawsze doświadcza tej odrobiny przyjemności, gdy widzi, jak Kristin skręca się na dźwięk imienia ich niegdyś wspólnej przyjaciółki. Co prawda, Ottilie raczej nie rozmawiała z Kristin przez ostatnie jedenaście lat, ale gdy Emilia je sobie przedstawiła jako nastolatki, stały się we trzy niemal nierozłączne. Trwało to dobre parę lat. Jednak to Emilia znała Ottilie od jedenastego roku życia, kiedy poznały się w szkole z internatem. Dużo razem przeszły i ich więź nadal jest bardzo głęboka. Ottilie nigdy nie wybaczyła Kristin złamania czegoś, co nazywała „dziewczyńskim kodeksem”.

– Tak, przyjdzie Ottilie i dziadek Trevor. – Trevor to ojciec Elliota, więc technicznie rzecz biorąc, nie jest dziadkiem Jasmine, jednak ta dwójka od zawsze się uwielbiała.

– Co u Ottilie? – pyta Kristin, starając się wyglądać na niezainteresowaną, mimo że Emilia zdaje sobie sprawę z tej dziwnej fascynacji dawną przyjaciółką. Większość ludzi w ten sposób reaguje na Ottilie. To prawda, że jest wyjątkowa.

– Dobrze się jej wiedzie. Wręcz fantastycznie. Zaczęła się z kimś spotykać, ale jeszcze go nie poznałam. Mieszka w Niemczech. Poznała go, gdy odwiedzała tatę w Hamburgu.

– Cieszę się.

– A Elliot przygotowuje pieczeń.

Wie, że to dziecinne, ale Jonas beznadziejnie gotuje.

– Och, Elliot robi przepyszną pieczeń! – wykrzykuje Jas, co jeszcze bardziej cieszy Emilię.

– Jak cudownie – szczebiocze Kristin, gdy Emilia otwiera drzwi – jest móc jeść pieczone ziemniaki. Ja nie tknęłam węglowodanów od dwa tysiące ósmego!

Jasmine szybko tuli Jonasa i Kristin na pożegnanie, a Emilia popędza córkę w stronę samochodu, jednak na tyle wolno, by dziewczyna nie poślizgnęła się na oblodzonym chodniku. Czuje ulgę, że siedzi z powrotem w samochodzie. Boże, nie może się doczekać, aż Jasmine będzie wystarczająco duża, by jeździć sama, bo wtedy ona nie będzie musiała co dwa tygodnie widywać swojej byłej przyjaciółki.

 

 

 

 

 

 

 

5

 

 

 

Jasmine otwiera drzwi, rzuca plecak w kąt, tuż obok drogiego, zielonego roweru Elliota – obiecywał, że będzie na nim jeździł, ale jeszcze się to nie zdarzyło – po czym wpada przez podwójne szklane drzwi do przestronnego korytarza i leci prosto na górę. Emilia podnosi plecak. Nie ma siły wołać córki z powrotem na dół.

Właśnie chce zanieść go do pomieszczenia gospodarczego, gdy z „eleganckiego salonu”, bo tak nazywają jeden z pokoi, którego używają tylko, gdy mają gości, dobiega kobiecy głos. W środku stoi turkusowa, aksamitna sofa, a od podłogi do sufitu ciągną się półki z książkami, i nie ma tam telewizora.

Ottilie siedzi na miękkim fotelu przy oknie wykuszowym, wciąż ubrana w biały płaszcz ze sztucznego futra oraz w czapce na głowie, jej włosy swobodnie opadają na ramiona. Wygląda jak królowa śniegu. Elliot siedzi na sofie, w ręce trzyma kieliszek z winem. Gdy Emilia wchodzi do środka, jej mąż idzie sprawdzić, co z jedzeniem. Wygląda, jakby tylko czekał na pretekst i poczuł ulgę, że może wyjść.

Emilia wie, że towarzyskie pogawędki są dla niego trudne, nawet z Ottilie, która i tak nigdy nie dopuszcza go do słowa.

– Mils – piszczy Ottilie na jej widok, tylko ona tak nazywa Emilię, to pozostałość po szkolnych czasach. Zrywa się z krzesła i rzuca się w jej ramiona. Pachnie świeżym powietrzem i drogimi perfumami. Nie widziały się przez ponad miesiąc, ale Ottilie powitałaby ją w ten sposób, nawet gdyby widziały się wczoraj.

Emilia się śmieje.

– Jak Hamburg? I kiedy wreszcie poznam tego nowego chłopaka?

– Fantastycznie! Zresztą, jak zwykle. I – już niedługo, obiecuję. Ma na imię Stefan i naprawdę bardzo mi się podoba, jestem taka podekscytowana!

Emilia nie mówi, że jej przyjaciółka zawsze jest podekscytowana. Szczerze nie rozumie, dlaczego związki Ottilie po pewnym czasie się kończą. Nie licząc tego, że jej przyjaciółka otwarcie przyznaje się do ponadprzeciętnej niezależności i odmawia dostosowania swojego stylu życia do wymogów drugiej osoby.

– Pokój gościnny jest już gotowy, jeśli chcesz zostać – mówi, zabierając od Ottilie płaszcz i czapkę. Zwisają teraz z jej ramienia jak lis polarny.

– Dziękuję, ale wrócę potem do domu uberem. – Choć jej tata Charles mieszka w Niemczech, był na tyle sprytny, że pod koniec lat siedemdziesiątych kupił mieszkanie w South Kensington. Chociaż teraz, Ottilie wynajmuje je od niego za grosze, pod warunkiem że gdy wróci do Wielkiej Brytanii, będzie z nią mieszkał.

– Tata wygrzewa się w indonezyjskim słońcu ze swoją ostatnią miłością. – Przewraca oczami, ale Emilia wyczuwa, że tak naprawdę ją to boli. Jej mama umarła, gdy Ottilie była mała. Od zawsze szukała w swoim otoczeniu kogoś, kto mógłby wypełniać rolę matki w jej życiu, ale nigdy nie znalazła takiej kobiety wśród młodszych partnerek ojca. – Kiedy przyjedzie Trev?

Ottilie jest jedyną osobą, która może nazywać ojca Elliota „Trev”, ale to pewnie dlatego, że Trevor jest w niej trochę zakochany. Mama Elliota umarła osiem lat temu i choć razem z mężem podejrzewają, że Trevor miał od tamtego czasu jakieś kobiety, z nikim nie spotykał się na poważnie. Lubi raz w miesiącu wpadać na kolację, ale zawsze sam.

Emilia sprawdza zegarek.

– Będzie za jakieś pół godziny. Lepiej pójdę się przebrać.

Ottilie ma na sobie szmaragdowozieloną sukienkę w stylu lat trzydziestych z diamentowym zapięciem w pasie. Wygląda jak gwiazda filmowa, a Emilia nagle czuje się przy niej bardzo źle w boyfriendach i luźnym swetrze, mimo że przed odebraniem Jasmine trochę się pomalowała.

Elliot wraca z kieliszkiem wina.

– Hej, piękna, co u Jas? – pyta, podając jej kieliszek.

– Pobiegła na górę, żeby porozmawiać z Nancy – odpowiada i bierze łyk wina.

– Tak jak my w czasach szkolnych – komentuje Ottilie. – Pamiętasz, jak pani Maynard wyrzuciła nas z klasy, bo nie była w stanie nas uciszyć?

Elliot unosi brwi.

– Dlaczego mnie to nie zaskakuje?

– To było codzienne zjawisko – śmieje się Emilia. – Okej, muszę iść się przebrać.

Wypija więcej wina i podaje kieliszek Elliotowi. Zanim idzie na górę, zagląda do Wilfiego. Siedzi na kanapie w kuchni i ogląda kreskówkę, przeglądając „The Beano”.

– Niedługo przyjedzie dziadek – mówi, czochrając mu włosy.

Wilfie jęczy.

– To będzie nudna rozmowa dorosłych.

– Wiesz, że dziadek był w policji, gdy twój tata był mały. Mógłbyś go o to popytać. – W tym tygodniu Wilfie postanowił, że gdy dorośnie, chce pracować w policji, tak jak mama Toby’ego, Louise. W zeszłym miesiącu chciał być strażakiem.

– Chciałem o to zapytać mamę Toby’ego, ale jej nie było.

– Mama Toby’ego często pracuje, wiesz o tym. – Louise stała się bliską koleżanką Emilii, odkąd jej syn przeniósł się do szkoły Wilfiego w drugiej klasie, i naprawdę bardzo jej pomogła przy pracy nad najnowszą książką o Mirandzie.

Jednak przez to, że dużo pracuje, to głównie Frances, jej teściowa, odbiera Toby’ego ze szkoły i pojawia się przy różnych okazjach.

Chłopak wzdycha ciężko.

– Dobra. To zapytam dziadka, ale on jest stary. Co jeśli nie pamięta?

Trevor ma sześćdziesiąt dwa lata. Trudno powiedzieć, żeby był stary. Jest nawet bardziej wysportowany od niej, regularnie biega w półmaratonach.

Emilia się śmieje.

– Myślę, że będzie wszystko pamiętał. – Całuje go w czubek głowy i mówi, że idzie się przebrać. Wbiega po schodach do sypialni, otwiera szafę i wyciąga ubrania na łóżko. Decyduje się na ciemnoszare spodnie, które spłaszczają jej brzuch, czarny jedwabny top podkreślający duży biust, a potem szybko rozczesuje ciemne blond włosy.

Gdy schodzi na dół, widzi Trevora stojącego na werandzie, który stara się nie przewrócić roweru Elliota, gdy przekręca gałkę w wewnętrznych szklanych drzwiach. Na ramionach granatowego płaszcza widać cienką warstwę śniegu, a nos ma cały czerwony. Uśmiecha się do niej szeroko i podaje jej paczkę.

– Leżało pod drzwiami – mówi, a ona przejmuje od niego pudełko. – Mówiłem ci wcześniej, że powinnaś zamykać drzwi zewnętrzne.

– Przecież zamykam te w środku.

– Cóż, a jednak teraz nie są zamknięte. Mogłem wejść do środka. Poza tym szkło da się łatwo zbić.

Emilia przewraca oczami, udając frustrację.

– Typowa gadka ochroniarza.

Trevor przestępuje z nogi na nogę.

– W tej okolicy były ostatnio włamania. W zeszłym miesiącu splądrowano sklep.

Trevor pracuje jako ochroniarz w Currys. Mówi, że kocha tę pracę, bo dzięki niej czuje się użyteczny.

– Sklep jest w Brentford.

– Emilio. – Wypuszcza oddech, zirytowany.

– W porządku. – Unosi ręce. – Rozumiem. Zamykam wszystkie drzwi na noc. Tylko w ciągu dnia… no wiesz, wszyscy wchodzą i wychodzą. Poza tym uznałam, że rower Elliota jest za brzydki, żeby ktokolwiek chciał go ukraść.

Rzuca pudełko na stolik w przedpokoju, a ten ląduje obok wazonu z białymi liliami, które ktoś jej przysłał kilka dni temu. Przy bukiecie nie było żadnego liściku, więc uznała, że to albo jej wydawca, albo agent – choć oboje powiedzieli, że to nie oni.

Trevor zdejmuje płaszcz i wiesza go na stojącym w kącie wieszaku.

– Słyszałem, że będzie nam dzisiaj towarzyszyć cudowna Ottilie.

– Och, przestań z tym słodzeniem. Wiesz, że jest dla ciebie za młoda!

– A co to za różnica, dwadzieścia pięć lat? – Puszcza jej oczko i przeczesuje palcami rzadkie, siwe włosy. Od śmierci May mamy Elliota całkowicie posiwiał.

– Ach, Trev, wiesz, że jesteś moim numerem jeden – mówi Ottilie, wyłaniając się z salonu. Obejmuje go, bierze pod ramię i pozwala się zaprowadzić korytarzem w stronę kuchni, zupełnie jakby byli aktorami kroczącymi po czerwonym dywanie. Emilia ma już za nimi iść, gdy z góry schodzi Jasmine – widocznie przyjemny zapach pieczeni rozszedł się już po domu.

– Umieram z głodu. U taty wiecznie nie ma nic do jedzenia, poza obrzydliwymi waflami ryżowymi i sałatą. O, czy to moja paczka? – Jasmine przemyka tuż obok, pachnąc miętową gumą do żucia i jej ulubioną mgiełką arbuzową z Body Shop. Podnosi paczkę, uszczęśliwiona. – Zamówiłam notesy na Amazonie. – Ma obsesję na punkcie wyrobów papierniczych. Nagle mina jej rzednie. – A nie. To jednak dla ciebie.

Odkłada paczkę na stolik i rusza korytarzem, by dołączyć do pozostałych w kuchni. Emilia słyszy trzask korka, a potem śmiech Ottilie.

Podnosi przesyłkę. To nie może być z wydawnictwa, bo została zaadresowana na jej ślubne nazwisko Rathbone, a nie na panieńskie, służące za pseudonim – Ward. Ostatnim, co zamawiała, była bluzka z wyprzedaży, ale ta już dawno przyszła. Emilia zdążyła ją raz założyć i wrzucić na dno szafy, bo okazało się, że to był tylko nic nie znaczący zakup, poczyniony pod wpływem impulsu. Ciekawość zwycięża i Emilia otwiera paczkę. W środku jest kolejne pudełko, w kolorze królewskiego błękitu, z grawerem na wieczku, jakby było od jubilera. Może to jakiś prezent od Elliota. Chociaż nie wie, na jaką okazję. Nagle zastanawia się, czy mają jakąś rocznicę, o której zapomniała, ale to nie to. Poznali się w listopadzie, a pobrali w czerwcu. Ostrożnie wyjmuje błękitne pudełko z kartonu. Jest lekkie. Unosi wieczko, zaintrygowana. W środku, owinięta niebieskim papierem, leży mewa z ceramiki. Jest raczej brzydka i wygląda tanio, jakby została kupiona w jakimś sklepie z bibelotami albo na wyprzedaży garażowej. Nie od jubilera. A już na pewno nie od takiego, co wydaje towar w ślicznych grawerowanych pudełkach w kolorze błękitu. Wpatruje się w to, zdumiona. Podnosi ceramicznego ptaka, ale w ręce zostaje jej tylko korpus, bo głowa pozostaje w pudełku, oddzielona od reszty. Sprawdza całe wnętrze pudełka, potem kartonu. Spodziewa się znaleźć liścik, ale nic tam nie ma.

Miranda Moody ma fobię, boi się mew. To motyw odtwarzany w każdej z dziesięciu książek. Jeszcze raz sprawdza całą paczkę. Serce zaczyna bić szybciej. Paczka nie ma oznaczenia pocztowego. Wygląda na to, że została dostarczona osobiście.

I mimo dużego grzejnika, który ogrzewa wnętrze, przebiega ją zimny dreszcz.

 

 

 

 

 

 

 

6

 

 

 

Patrzę z odrazą, jak mewa połyka rybę w całości. Gardzę tymi istotami. Moja mama zawsze nazywała je podniebnym robactwem. Czuję ulgę, gdy ptak odlatuje. Odpalam papierosa i zaciągam się kilka razy. Słońce wisi nad horyzontem, rzucając pomarańczowe smugi na szarą powierzchnię wody. Niebo ma teraz rdzawy odcień. Ciągle dręczy mnie to, co niedawno widziałam. Jak świat może być jednocześnie tak piękny i brzydki?

– Proszę, twoja kawa – mówi Saunders i podaje mi kubek, po czym staje obok.

– Dzięki. – Odbieram od niego gorący napój. Saunders podskakuje, żeby usiąść koło mnie na murku. Ma trzydzieści pięć lat, jest o dwadzieścia dwa lata młodszy ode mnie i zaledwie kilka lat starszy od mojego syna. Przez większość czasu cholernie mnie denerwuje, ale teraz pociesza mnie jego obecność. Sączę za słabą kawę i wpatruję się w ciemniejące niebo. Wiatr się nasila i muska moje kostki, a ja mocniej chwytam kubek, żeby się ogrzać.

W końcu mówi:

– Nie wierzę, że wrócił.

– Wiem.

– To… mówiłaś, że ile to lat? Piętnaście?

– Szesnaście. Niemal co do dnia. Ostatnią ofiarę znaleźliśmy w lutym, w dwa tysiące piątym.

Pierwszy raz zamordował dwadzieścia pięć lat temu. Dopiero zaczęłam pracować jako detektyw w randze sierżanta, miałam trzydzieści dwa lata. To była jedna z największych i najbardziej frustrujących spraw o morderstwo, przy których kiedykolwiek pracowałam. Przez osiem lat zabił siedem kobiet – a przynajmniej o tylu wiedzieliśmy – i pozostał nieuchwytny, a potem nagle rozpłynął się w powietrzu.

– Czy to na pewno on? – kontynuuje Saunders. – Po tak długim czasie?

Już to przerabialiśmy. Wiem, że Saunders gada, żeby zabić ciszę. Zawsze tak robi. Gdy tylko jest cicho, otwiera buzię. Chociaż akurat dzisiaj jestem mu za to wdzięczna. Nic mnie w życiu tak nie pogrążyło jak niemożliwość rozwikłania tamtych morderstw. Ta sprawa była moją największą porażką. Czuję się winna za śmierć tych wszystkich kobiet, które zginęły z jego rąk. Często nie przesypiam nocy.

Saunders dotyka swoich ciemnych, nastroszonych włosów, które wyglądają, jakby były ułożone na żel. Wpatruje się z namysłem w morze, jakby to ono znało wszystkie odpowiedzi.

Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale nie dopuszczam go do słowa.

– Naprawdę miałam nadzieję, że umarł. Ale taka przerwa może jedynie oznaczać, że siedział w więzieniu. Musimy sprawdzić każdego, kto został niedawno zwolniony. Ktoś, kogo wsadzono szesnaście albo siedemnaście lat temu. Po jego ostatniej ofierze.

– To była Belinda Aberdale – wymawia powoli, jakbym miała usłyszeć to po raz pierwszy. A to przecież ja mu podawałam te nieszczęsne nazwiska. W dwa tysiące piątym wciąż się uczył. Nazwiska siedmiu ofiar na stałe wyryły się w mojej pamięci. Pamiętam piegowatą twarz Belindy, jakbym ją widziała wczoraj. Ciemne włosy, niebieskie oczy, lekko krzywy uśmiech. Miała czterdzieści dwa lata. Żona, matka, siostra, córka.

– Nie uważasz, że to naśladowca, prawda?

Zastanawiałam się nad tym, gdy byliśmy na górze, a Celia pokazywała nam wyryte znamię. Był to prymitywny rysunek. Skomplikowany, ale widać, że wykonany pospiesznie. Tak jak wszystkie inne. Przypomina głowę insekta… mój dawny szef, nadkomisarz Charles Bentley-Gordon, nazwał to coś modliszką i tak już zostało, nawet po jego odejściu z policji.

– Nigdy nie upubliczniliśmy informacji o znamieniu – mówię. Gaszę papierosa o murek i biorę łyk kawy. – Nie wspomnieliśmy o nim w żadnym oświadczeniu ani prasie. – Zeskakuję i ruszam plażą w stronę budynku, gdzie Celia kończy pracę. Saunders idzie za mną.

– Zostań – nakazuję, gdy docieramy do domu. – To zajmie tylko minutę.

Kiwa głową i zaczyna rozmawiać z dwoma funkcjonariuszami, którzy pilnują wejścia. Idę po schodach, a na spotkanie wychodzi mi Celia. Ma poważny wyraz twarzy.

– Tutaj jesteś – mówi na mój widok. – Czy możesz tam ze mną podejść? Muszę ci coś pokazać. To może być ważne.

 

 

 

 

 

 

 

7

 

 

 

We wtorkowy poranek Emilia siedzi w swoim biurze na poddaszu. Hannah ma zadzwonić o dziesiątej. Do tego czasu na pewno się nie zrelaksuje. Nadal martwi się tym, co redaktorka powie na temat jej ostatniej książki.

Stara się znaleźć sobie zajęcie, bez przekonania podnosi z klawiatury stos papierów. Są tam między innymi kartki urodzinowe sprzed sześciu tygodni, nigdy ich nie wyrzuca. Chowa je do pudełka pod biurkiem. Naprawdę powinna tu posprzątać. Reszta domu pozostaje nieskazitelna, ale dopiero tutaj, w swoim biurze, może być prawdziwą, nieogarniętą sobą. Na szczęście Elliot i dzieciaki trzymają się od tego pokoju z daleka. Raz, gdy jej mąż zobaczył, jaki tu bałagan, zażartował, że to miejsce wygląda, jakby ktoś się do niego włamał.

– Nie rozumiem, jak możesz pracować w takim chlewie – powiedział. I często to powtarza. Może to echo czasów, gdy pisała w ciasnym mieszkanku, w którym żyła z Jasmine, zanim zamieszkała z Elliotem. Ten bałagan dookoła jest dla niej pocieszający.

Stoi na środku pokoju i rozgląda się dookoła: na biurku jest masa książek i papierów, stoi tam też kubek z niedopitą kawą, w którym na dnie zaczyna rosnąć pleśń. W kącie upchnęła statyw i lampę pierścieniową, obok jest rowerek, który wciągnęła tu w czasie lockdownu, ale rzadko go używała – chyba jedynie w formie wieszaka na ubrania, które miała oddać na cele charytatywne. Na półce nad biurkiem postawiła pudełko ze zdekapitowaną mewą. Powinna była to od razu wyrzucić i naprawdę nie rozumie, dlaczego zachowała przesyłkę. Nie zamierzała nawet wspominać o mewie podczas kolacji, bo siedziały z nimi dzieci, ale po tym jak Jasmine i Wilfie pochłonęli swoje porcje i uciekli do pokojów, Ottilie odwróciła się do niej i zapytała:

– Co się dzieje, Mils? Cały wieczór błądzisz gdzieś myślami.

Wtedy opowiedziała im o „prezencie”.

– I ktoś po prostu zostawił to pod drzwiami? – Ottilie zmarszczyła brwi. – Pod wewnętrznymi?

Gdy potwierdziła, Trevor zaczął kolejny wykład o środkach bezpieczeństwa oraz niewpuszczaniu nikogo na werandę. Ottilie piła wino i siedziała z przekrzywioną głową, jakby oglądała spektakl.

– Założę się, że to jakiś zagorzały fan książek – powiedziała, machając ręką tak, że prawie przewróciła kieliszek z winem. Po alkoholu zawsze robiła się bardziej ożywiona. – Może mewa uszkodziła się w trakcie dostarczania.

– Po prostu niepokoi mnie to, że ten ktoś zna mój adres – powiedziała Emilia, odchylając się na krześle.

– Pewnie łatwo jest się tego dowiedzieć przez Companies House.

– Ale paczka była zaadresowana na nazwisko po mężu. Nie wiem. Z jakiegoś powodu to wydaje się być sprawą osobistą.

– Nie przejmowałbym się tym, skarbie – powiedział Elliot, dolewając sobie wina. – Czy to przez to, co się wydarzyło w piątek?

Oczywiście wtedy Trevor i Ottilie chcieli wiedzieć, co się wydarzyło w piątek, więc Emilia opowiedziała o fałszywym alarmie bombowym i jak bardzo przypominało to scenę z pierwszej napisanej przez nią książki.

Trevor poklepał ją uspokajająco po dłoni.

– To tylko zbieg okoliczności, nic więcej. Nie ma takiej możliwości, żeby ktoś zaaranżował to wszystko akurat wtedy, gdy jechałaś autobusem.

Teść pokręcił głową, sygnalizując, że to koniec sprawy. Ten sam mężczyzna, który dopiero co karcił ją za niezamknięte drzwi. Ale taki właśnie był Trevor. Zawsze uważała go za osobę trochę sprzeczną i gdy została mu przedstawiona dziesięć lat temu, nieszczególnie go polubiła. Uważała, że jest oschły i trochę rozstawia May po kątach. Latała za nim, jakby był królem, a ona zwykłą poddaną.

Gdy powiedziała o tym Elliotowi, zaśmiał się.

– Moja mama to uwielbia – powiedział wtedy. – Od kiedy nie mieszkam w domu, tylko w ten sposób czuje się użyteczna. Poza tym rodzice kochają się do szaleństwa.

Elliot był jedynakiem, a May opowiedziała jej kiedyś, że chciała mieć więcej dzieci, jednak kolejne ciąże kończyły się poronieniami. Emocjonalny ciężar stał się nie do zniesienia, więc zaprzestali prób. May zmarła nagle w wieku pięćdziesięciu sześciu lat z powodu tętniaka, zaledwie rok po tym, jak jej jedyny syn się ożenił i kilka miesięcy po tym, jak po raz pierwszy trzymała wnuka na rękach.

– Nigdy nie sądziłam, że Elliot się ustatkuje, kochana – powiedziała, tuląc Emilię w dniu ich ślubu. – Był w poważnych związkach, ale od zawsze zarzekał się, że nie jest stworzony do małżeństwa. A potem poznał ciebie. Ty go zmieniłaś.

Dopiero po śmierci teściowej Emilia zrozumiała głębię miłości Trevora do żony. Bez niej był strasznie zagubiony, jej odejście go osłabiło. Popadł w depresję, która nie odpuszczała przez niemal rok. Emilia i Elliot zachęcali go, by sprzedał dom rodzinny w Devon i przeprowadził się bliżej nich. Trochę to trwało, ale ostatecznie Trevor kupił mieszkanie w Isleworth i znalazł w Brentford pracę jako ochroniarz. Zajął się byciem dobrym dziadkiem dla Jasmine i Wilfiego, a przez te wszystkie lata Emilia bardzo go polubiła. Nie miała wątpliwości, że kocha wnuki – czego nie mogła powiedzieć o swoich rodzicach, których widywała naprawdę rzadko, mimo że mieszkali w Guildford, od którego dzieliła ją godzina jazdy. Często żałuje, że nie ma tak mocnej więzi z rodzicami jak Elliot.

W Trevorze było coś uspokajającego – Elliot to po nim odziedziczył. Coś w ich osobowościach sprawiało, że Emilia czuła się bezpieczna. Mimo to, gdy Ottilie i Trevor wyszli wieczorem, posłuchała teścia i zamknęła wszystkie drzwi na klucz.

Dzwoni telefon, a jej żołądek momentalnie się zaciska. Szybko podnosi komórkę.

– Okej, przyznaję. To wyszło naprawdę dobrze – mówi bez żadnych wstępów Hannah, co jest dla niej typowe.

Emilia oddycha z ulgą i zabiera z fotela stos papierów, żeby móc usiąść, telefon trzyma między uchem a ramieniem.

– Czyli mogę nie zmieniać zakończenia?

– To twoja książka. Jeśli zabijesz Mirandę, nie będziesz jej mogła wskrzesić, nie będzie powrotu. Seria się skończy. Ale przynajmniej odejdzie z przytupem.

Emilia odchyla się na krześle i wygląda przez okno, które wychodzi na ogród. Ze swojego miejsca widzi sylwetkę Elliota kręcącego się po zewnętrznym biurze. Czy może to zrobić? Ma trzydzieści osiem lat. Była ostrożna z pieniędzmi i wie, że przeżyje, jeśli jej kariera dobiegnie końca.

– Czuję, że to właściwy krok – przyznaje. – Że czas iść dalej. Chcę napisać o czymś innym. Będzie mi brakować Mirandy, ale…

– To emocjonalne zakończenie – wtrąca Hannah. – Jej śmierć. Poruszyła mnie.

– Och, to dobrze. – Emilia czuje szarpnięcie w sercu. Płakała, gdy pisała ten ostatni rozdział, w którym Miranda umiera. To był pierwszy raz, gdy płakała podczas pisania. Ale Miranda przeobraziła się dokładnie w kogoś, kogo Emilia chciała stworzyć. A gdy ją zabiła, poczuła, że jakaś jej część umarła razem z nią.

Rozgląda się po oprawionych w ramki książkach, zdobiących pudroworóżowe ściany jej biura, i czuje spełnienie, nawet jeśli zabarwione zmartwieniem i poczuciem winy. Zapewnia samą siebie, że to koniec: historia żyje swoim życiem i nie ma powrotu. Kiedy oddaje książkę, zawsze czuje się niepewnie, nie jest wtedy gotowa na to, by zacząć nową, bo poprzednia historia wciąż w niej żyje, niczym sen, z którego nie może się otrząsnąć. Już zaczyna tęsknić za Mirandą, a to budzi w niej wątpliwości. A jeśli popełnia duży błąd?

– Zaraz zabiorę się za wprowadzanie poprawek. Niewiele mam do zrobienia, tekst jest dobry. Świetna robota, Emilio. To bardzo sprytne. Jestem pod wrażeniem.

Emilię zalewa poczucie winy. Gdyby tylko Hannah znała prawdę.

 

 

 

 

 

 

 

8

 

 

 

Emilia sięga po pudełko z mewą z odciętą głową i zamyka za sobą drzwi do biura. Pomieszczenie znajduje się na samej górze, na przerobionym poddaszu i obok sypialni gościnnej. Obserwuje gołębia, który spaceruje po oknie dachowym, jego nóżki stąpają po szkle.

Schodzi wąskimi schodami, a gdy dociera do kuchni, wyrzuca mewę do kosza, zastanawiając się, dlaczego nie zrobiła tego zaraz po otrzymaniu przesyłki.

Przygotowuje kawę rozpuszczalną dla Elliota, zakłada płaszcz i buty, a potem przechodzi przez oszroniony trawnik do jego biura w ogrodzie. Zbudowali je podczas pierwszego lockdownu, żeby Elliot miał zaciszne miejsce do pracy (choć teraz trzy razy w tygodniu jeździ do biura w centrum Londynu). W środku zawsze pachnie drewnem i elektroniką, ale w przeciwieństwie do jej biura, to jest starannie wysprzątane. Na biurku stoi ich ślubne zdjęcie i obok zdjęcie z Wilfiem, zrobione podczas wyjazdu do Land’s End, gdy ich synek miał cztery lata. Robią na nim głupie miny i wskazują na znak. Emilia zawsze czuje radość w sercu, gdy na nie patrzy. Poznała Elliota, gdy Jasmine była czterolatką. Myślała, że go to zniechęci, ale on zawsze traktował Jasmine, jakby była jego własną córką.

Gdy wchodzi do biura, jej mąż podnosi wzrok. Wygląda niesamowicie przystojnie w czarnym prążkowanym golfie. Jego ciemne, falowane włosy potrzebują fryzjera. Sterczą na końcach, jakby przeczesywał je rękami. Na nosie ma okulary do czytania. Wygląda w nich jak Patrick Dempsey.

– Dziękuję, piękna – mówi z uśmiechem, gdy podaje mu kawę w ulubionym kubku SuperTaty, który dostał od Wilfiego na dzień ojca. Bierze duży łyk i odstawia go na biurko. Zawsze ją zdumiewało, że jest w stanie pić napoje, gdy są takie gorące.

Opowiada mu o swojej rozmowie z Hannah, a on się uśmiecha.

– Czyli postanowione. To koniec przygód Mirandy?

– Na to wygląda. Nie wiem, co teraz napiszę, ale jestem podekscytowana, że będzie to coś innego.

– Przynajmniej będziesz teraz miała trochę czasu wolnego. Kiedy będę mógł przeczytać książkę?

– Jak Hannah mi ją odeśle. Czyli jeszcze nie teraz.

Za każdym razem, gdy wspomina ubiegły rok i to jak ciężko było napisać tę książkę, ogarnia ją niepokój. Odpędza te myśli i zmienia temat.

– Nad czym pracujesz? – Podchodzi do niego, staje obok i zerka na ustawione przed nim ekrany. Obejmuje ją w pasie. Ma przed sobą trzy monitory, każdy przedstawia inny obraz. Jest genialnym artystą, co odziedziczył po Trevorze, a talent ten przeszedł też na Wilfiego.

– Opakowania. Które podoba ci się najbardziej?

Patrzy na trzy kartony płatków śniadaniowych, każde różniące się kolorami i czcionką.

– To. – Wskazuje na ekran po lewej. – Podoba mi się pomarańczowe.

Ściska ją lekko.

– To też moje ulubione, ale ostateczną decyzję podejmie klient. A teraz uciekaj. Muszę działać dalej. I to tylko przez ciebie, bo oddałaś książkę, i nic nie robisz – droczy się. Emilia pochyla się, by go pocałować i wraca do domu. Ten wydaje się wielki i pusty. Zdecydowanie woli, gdy jest w nim pełno ludzi, tak jak w niedzielę, z dziećmi, teściem i przyjaciółmi. Dom jej rodziców zawsze był cichy. Jej ojciec służył w RAF, więc często się przenosili. Zawsze gdy wracała do domu – tego, w którym obecnie mieszkali, a mogło to być dosłownie wszędzie, od Szkocji po Kornwalię – w pobliżu nie było nikogo, żadnej rodziny, kuzynów, ciotek i wujków. Przez większość czasu nienawidziła szkoły z internatem, a jedynym plusem tam była Ottilie. Ale to i tak było lepsze niż siedzenie w domu z matką, która zawsze wydawała się zawiedziona swoim życiem, oraz ojcem, który za wszelką cenę próbował być w domu niewidzialny.

Emilia sięga po swoją torebkę. Ma kilka godzin, zanim pójdzie odebrać Wilfiego. Jasmine prosto ze szkoły idzie do przyjaciółki, więc wróci do domu dopiero po kolacji, a ona w tym czasie pójdzie do Richmond, pochodzi po sklepach. Wilfie potrzebuje nowych ubrań, bo dużo ostatnio urósł. Choć Elliot jest w swoim biurze w ogrodzie, zamyka zewnętrzne drzwi, pamiętając słowa Trevora. Otula się szczelnie płaszczem i zarzuca kaptur na głowę, bo mży.

Kiedy schodzi ze wzgórza, jej telefon wibruje. To wiadomość od Louise: Plany na jutro aktualne? Lata się nie widziałyśmy!

Odpisuje, nie zwalniając kroku: Nie mogę się doczekać! Tam gdzie zawsze? O tej samej godzinie?

Louise odpowiada niemal natychmiast: Tak! Naprawdę się cieszę na to spotkanie.

Emilia chowa telefon do kieszeni, a z jej twarzy nie znika uśmiech. Louise jest kilka lat młodsza, ale gdy usiadła koło niej podczas pierwszego spotkania z rodzicami w szkole, zdmuchnęła ciemną grzywkę z twarzy w kształcie serca i zażartowała: „Kurwa, co za poranek! Za wcześnie na gin z tonikiem, prawda?”, od razu wiedziała, że ją polubi. W workowatych dżinsach i bluzie w stylu oversize była niczym powiew świeżego powietrza po kilku poznanych eleganckich matkach, które gadały tylko o problemach z nianiami, obnosząc się ze swoim uprzywilejowaniem jak z ulubioną apaszką. Nigdy do nich nie pasowała, tak jakby wiedziały, że jest z zewnątrz, mimo akcentu, którego nauczyła się w szkole.

Gdy tylko Emilia i Louise zaczęły ze sobą rozmawiać, zrozumiały, że są wzajemnie zafascynowane swoją pracą. Przegadały cały poranek, ignorując wszystkich innych. Emilia tak bardzo polubiła Louise, że zasugerowała wyjście na drinka. Przez ostatnie dwa lata starały się spotykać, gdy tylko pozwalał na to grafik jej przyjaciółki, zwykle raz na parę miesięcy. Emilia nigdy nie miała problemu z nawiązywaniem przyjaźni. Stara się być ciepła, otwarta i towarzyska – czyli zupełnie inna niż jej rodzice – ale to, co się stało z Kristin, bardzo nią wstrząsnęło i od tego czasu jest ostrożniejsza, a z Louise spotyka się sama. Nawet Elliot jej nie poznał, chociaż to głównie dlatego, że Louise, jako singielka, wolałaby spotykać się tylko z nią. Emilia to rozumie.

Po rozstaniu z Jonasem nie chciała utrzymywać kontaktów z parami. Były Louise, Mike, to straszny gnojek, który – zdaniem Louise – uchyla się od zajmowania się dzieckiem, przerzucając rodzicielski obowiązek na swoją apodyktyczną matkę.

Emilia wciąż myśli o przyjaciółce, gdy dostrzega znajomą postać wychodzącą z małej francuskiej restauracji. To Jonas, ubrany w beżowy, elegancki płaszcz i garnitur. Towarzyszy mu bardzo atrakcyjna brunetka, przynajmniej dziesięć lat od niego młodsza. Ma na sobie obcisłą sukienkę i tak wysokie obcasy, że Emilia jest zdziwiona, że jeszcze się nie przewróciła. Zatrzymuje się w cieniu sklepu, serce jej przyspiesza. Nigdy wcześniej nie wpadła na swojego byłego męża w Richmond – jego biuro znajduje się w Moorgate – ale raz czy dwa dostrzegła tutaj kiedyś Kristin i udawała, że jej nie widzi. Teraz nie wie co robić, ani jak się zachować.

Słyszy śmiech brunetki, donośny i przeszywający niczym dźwięk widelca trącego o szkło. Patrzy, zszokowana, jak kobieta obejmuje jej byłego i nachyla się w jego stronę. To bardzo intymny gest i mimo wszystko trochę współczuje Kristin, bo nawet jeśli to nie romans, to coś więcej niż przyjaźń. Zatrzymują się na rogu, on pochyla się, by pocałować ją w policzek i prostuje się, chowając ręce do kieszeni. Kobieta znowu się śmieje, wyciąga rękę i czule głaszcze go po policzku, po czym odchodzi. Jonas stoi tak i przez jakiś czas się w nią wpatruje, aż kobieta znika za zakrętem. Emilia postanawia wyjść z cienia akurat wtedy, gdy Jonas przechodzi przez ulicę. Gdy ich spojrzenia się spotykają, czuje satysfakcję, bo po twarzy jej byłego męża rozlewa się rumieniec.

– Cześć – mówi Emilia, gdy do niej podchodzi. – Kto to był?

– Ach, to… eee… klientka – mówi ze wzrokiem wbitym w ziemię.

– Piękna kobieta.

Podnosi głowę, a Emilia momentalnie dostrzega w jego oczach poczucie winy.

– Och, Jonas.

Poczucie winy znika, przyjmuje postawę obronną.

– Co?

– Nie jestem fanką Kristin, ale myślałam, że ją kochasz.

– Bo kocham.

– Kupujecie dom.

Szura nogą.

– Posłuchaj. – Chwyta ją za ramię i przesuwa, by nie stała na drodze ludziom idącym w stronę parku. Zniża głos. – Proszę, nie mów o tym nikomu. Nic między nami nie ma. To tylko niewinny flirt, nic więcej.

– Tak samo zaczęło się z Kristin. Zdradziłeś ją?

– Nie, oczywiście, że nie.

Emilia zawsze myślała, że jest jej wierny, ale wtedy uciekł z Kristin. Myślała, że to czar i urok jej przyjaciółki, że go uwiodła, skłoniła do zdrady. Ale teraz zastanawia się, czy Kristin była w ogóle pierwsza. Widocznie dla niego bycie kochanym przez jedną cudowną kobietę to za mało. Myśli o Elliocie, który pracuje w biurze w domu, skupiony na projektach opakowań do płatków śniadaniowych. Jest naprawdę wdzięczna, że przy niej jest, powstrzymuje teraz łzy wzruszenia. Wie to już od dawna – Jonas wyświadczył jej przysługę. Gdyby nie odszedł do Kristin, odszedłby do innej.

– Ja tylko… Po prostu się nudzę – mówi tak cicho, że ledwie go słyszy. Patrzy na nią błagalnie. – Nie chcę nikogo skrzywdzić.

Wpatruje się w niego, zszokowana tą szczerością. Przez ułamek sekundy widzi w nim chłopca, którego poznała prawie dwadzieścia lat temu. Przez moment pamięta, jak się czuła, gdy zaprosił ją na randkę.

Ona, Emilia Ward, która nigdy wcześniej nie czuła się tak kochana, wyjątkowa i atrakcyjna jak inne. Desperacko pragnęła miłości, uwagi, a przez to zignorowała czerwone flagi: późne powroty do domu, flirtowanie z każdą pociągającą kobietą. Ottilie powiedziała, że nie do końca mu ufa, ale Emilia nie chciała słuchać. Była zauroczona.

Wzdycha.

– Ale w ten sposób ranisz ludzi. Najpierw zraniłeś mnie, a teraz zrobisz to samo Kristin. Po co w ogóle się żeniłeś, skoro teraz tak się czujesz? Rzecz w tym… – Tłumi narastający w niej gniew. – Gdy mnie zdradziłeś, nie tylko wyrządziłeś mi krzywdę, ale zniszczyłeś też przyjaźń.

– Przepraszam, jest mi naprawdę przykro. Gdybym mógł to cofnąć… – Wygląda na zagubionego, czubek nosa ma czerwony z zimna i Emilia mimo wszystko mu współczuje. Może uda jej się przemówić mu do rozumu. Powstrzymać przed zrobieniem Kristin tego, co zrobił jej.

Zaczyna padać, więc szybko podejmuje decyzję.

– Masz czas, żeby napić się kawy? – pyta.

 

Niemal godzinę siedzą w małej kawiarni, gdzie pachnie mokrymi parasolkami oraz kawą. Właśnie w tym miejscu odbywają pierwszą od lat szczerą rozmowę. On opowiada o tym, jak sfrustrowany jest Kristin i jej wiecznymi zmianami ścieżki zawodowej, tym że niewystarczająco zarabia, i że ma za duże wymagania.

– Wiesz, mi jest dobrze w domu w Twickenham. Było mnie na niego stać, a teraz będziemy musieli zaciskać pasa.

Emilia mówi, popijając cappuccino.

– Rozumiem Kristin, to jasne, że nie chce mieszkać w domu innej kobiety.

– Przecież nie mieszkasz tam od dziesięciu lat. To już nie jest dom innej kobiety.

– Wiesz, co mam na myśli. My go wybraliśmy, razem. Posłuchaj, musisz być z nią całkowicie szczery. Tak jak ja i Elliot.

– Poważnie? – Unosi brew. – Czyli mu powiesz, że byłaś na kawie ze swoim byłym mężem?

– Oczywiście. Dlaczego miałabym to zatajać? Nie mam nic do ukrycia.

Przygląda się jej przez chwilę, a potem kręci powoli głową.

– Jesteś dobrą osobą, Em. Przepraszam za to, jak cię traktowałem, naprawdę przepraszam.

Rumieni się i odpowiada, że to było dawno i już nie ma znaczenia.

Jonas odsuwa od siebie wypitą do połowy americano.

– To kiedy będę mógł przeczytać twoją kolejną książkę? Muszę mieć jakieś korzyści jako były mąż pisarki kryminałów.

Wie, że według Elliota to dziwne, że pozwala Jonasowi na czytanie jej książek przed publikacją, ale on zawsze wspierał jej karierę, nawet po rozstaniu. I, mimo jej przewinień, Kristin także.

– Prześlę ją do ciebie po redakcji. – Dopija cappuccino.

– Świetnie. Nie mogę się doczekać, aż przeczytam, jak uśmiercisz Mirandę.

Rozmawiają jeszcze przez jakiś czas, a potem Jonas wychodzi, bo musi wracać do biura. Po zakupieniu koszulek dla Wilfiego, Emilia wraca na wzgórze i rozmyśla o swojej rozmowie z byłym mężem. Rączka plastikowej torby wżyna się w jej nadgarstek, więc czuje ulgę, gdy dociera do domu.

Deszcz przestał padać, ale chmury w kolorze stali zbierają się złowieszczo na niebie. Na skraju trawy, przy podjeździe, rośnie drzewo, które jeszcze nie puściło liści. Elliot zasadził je, gdy tylko się tu wprowadzili, jeszcze nie osiągnęło pełnej wysokości. Gałęzie są gołe. Gdy przechodzi obok, zauważa, że na jednej z nich coś wisi. Nie ma już tak dobrego wzroku, dlatego musi zmrużyć oczy, ale gdy podchodzi bliżej dostrzega brudne, żółte, sterczące włosy, małe ciało i pomarszczoną twarz. Lalka trolla. Do szyi ma przywiązany sznurek, a ten jest przymocowany do gałęzi. Obserwuje go przez chwilę, gdy kołysze się na wietrze, w głowie ma gonitwę myśli. Czy została powieszona wtedy, kiedy dostarczono jej paczkę? Gdy wychodziła z domu, nie zauważyła, czy coś wisiało na drzewie. Spokój, który czuła po kawie z Jonasem, znika niczym płomień gaszonej zapałki.

Lalki trolli pochodzą z drugiej książki o Mirandzie, Jego wizytówki, o seryjnym mordercy, który zostawiał je wiszące na drzewach.

Po zamordowaniu swoich ofiar.

Elliot.

Biegnie dookoła domu, do ogrodu, i pędzi prosto do biura Elliota. Nie widzi go przez szklane drzwi, ale i tak otwiera je na oścież. Nie ma go tam. Stoi w progu, zdezorientowana.

Elliot nie wyszedłby tak po prostu, nie zamykając za sobą biura, biorąc pod uwagę drogi sprzęt, jaki się w nim znajduje. Kubek, w którym przyniosła mu wcześniej kawę, leży na podłodze. Pędzi przez ogród do domu, szarpie się z zamkiem, próbując wcelować w niego kluczem.

– Elliot! – wrzeszczy. – Elliot!

Ale odpowiada jej cisza.

 

 

 

 

 

 

 

9

 

 

 

– Spójrz tutaj – mówi Celia, wskazując na otwarty świetlik w korytarzu. – Jestem pewna, że właśnie tędy sprawca wszedł do środka.

Podnoszę wzrok. To duży świetlik, idealny, by mogła się przez niego przecisnąć szczupła i niewysoka osoba, a do tego znajduje się na tyle nisko, że z łatwością da się z niego zeskoczyć.

Ale do tego sprawca musiałby być w miarę sprawny i szybki. Czy znał ofiarę, czy po prostu miał po drodze? Wracam myślami do pozostałych ofiar. Każda została zabita, gdy w domu nie było nikogo innego, zwykle wcześnie rano, a zabójca wchodził do budynku przez świetlik albo okno.

Tylko przy Jennifer Radcliffe, drugiej ofierze, nigdy się nie dowiedzieliśmy, którędy wszedł do domu. Żadnych otwartych drzwi, wybitych szyb. To było dla nas naprawdę kłopotliwe, ale działo się to na samym początku, gdy dopiero odkrywaliśmy, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą.

Odwracamy się na dźwięk ciężkich kroków na schodach. Saunders wspina się po nich, sapiąc.

– Rozmawiałem z kobietą z piętra niżej, Lorraine Butterworth, to ona zadzwoniła na policję. Wczoraj wieczorem nie było jej w domu, ale twierdzi, że ofiara to Trisha Banks, trzydzieści dziewięć lat. Singielka, bezdzietna. Pracowała w Poundland. – Sprawdza swój notes. – Wygląda na to, że była cichą osobą i ceniła prywatność, wprowadziła się tu zaledwie sześć miesięcy temu. Wcześniej była w Londynie. Lorraine zrozumiała, że coś jest nie tak, gdy poszła na górę, by przekazać Trishy paczkę, a drzwi były uchylone. Otworzyła je i zobaczyła ofiarę leżącą na łóżku. Wybiegła i zadzwoniła na policję.

– Bardzo dobrze. Czy możesz przejść się po sąsiadach i dowiedzieć się, czy coś słyszeli, albo czy mają jakieś informacje na temat ofiary? Gdzie teraz jest Lorraine?

– Na dole, uspokaja ją posterunkowa Doyle.