Oszukana - Karolina Wójciak - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Oszukana ebook i audiobook

Karolina Wójciak

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Historia przedstawiona na dwóch osiach czasowych. Rok 1979 i 2022. Krystyna, Bogusia, Kazimierz, Maria, Milena i Kilian. Pięć postaci, bezwzględna rywalizacja kobiet, dwa morderstwa i 43 lata skrywania tajemnic.

Krystyna to pisarka, autorka bestsellerów, szanowana kobieta, matka i wdowa. Ceni elegancję, dobre maniery i pozycję, jaką wypracowała sobie przez lata. Kiedy syn Kilian przedstawia jej Milenę – swoją ukochaną – starsza pani początkowo próbuje zaakceptować jego wybór. W celu lepszego poznania potencjalnej synowej namawia ją na wspólne stworzenie thrillera. Ten pomysł, choć nietypowy, wydaje się dziewczynie idealną szansą na zacieśnienie więzi z przyszłą teściową, a przy okazji świetną zabawą. Z upływem czasu jednak fabuła wymyka się spod kontroli, a akcja zaczyna mrozić krew w żyłach.

Milena chce się wycofać, ale pewnych umów nie da się zerwać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (751 ocen)
525
163
37
24
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
borys89

Nie oderwiesz się od lektury

Niby jesteś taki mądry i wiesz jak się zakończy bo czytałaś już wszystkie poprzednie, ale gdzie tam. Kolejny raz autorka zostawia nas z rozwaloną głową i pytaniem „co tu się wydarzyło?” Majstersztyk ! Uwielbiam, kocham miłością nieskończoną wszystkie książki Karoliny. Gorąco polecam !
50
gagatula

Z braku laku…

mnie nie porwała...
51
MaggieMP

Całkiem niezła

Taka sobie, przekombinowana i niedorzeczna fabula.
40
ka_ta
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Gdy już myślisz że znasz zakończenie fabuła nagle skręca w zupełnie inną stronę. To moje pierwsze spotkanie z autorką ale chętnie sięgnę po inne książki
40
MalFraG

Nie oderwiesz się od lektury

Jak każda książka tej niesamowitej Autorki jest sztosem, to ta dotknęła mnie najbardziej .. doskonała. Porywająca Zmuszająca do refleksji, przemyśleń Dziękuje za 15 książkę .. dziękuje
41

Popularność




© Copyright by Karolina Wójciak, 2023

North Vancouver, wrzesień 2023

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Pierwsza korekta: Justyna Luszyńska – Zyszczak.pl

Skład DTP: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Druga korekta: Natalia Kocot – Zyszczak.pl

Projekt okładki: Karolina Wójciak

Wykonanie okładki: Mateusz Cichosz – @magik.od.skladu.ksiazek

Żaden fragment książki – łącznie z okładką – nie może być publikowany ani wykorzystywany w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN 978-83-67308-21-2

Oszukana to wciągający thriller psychologiczny, który zachwyca świetnie skonstruowaną fabułą i nieprzewidywalnymi zwrotami akcji. Finezyjnie uknuta intryga zapewni ciągłe zaskoczenia, a bogata pisarka i jej przyszła synowa tworzą iście wybuchowy duet. Gorąco polecam!

Dominika Orluk, @rude.kadry

Obgryzione paznokcie, szeroko otwarte oczy, napięcie od pierwszej do ostatniej strony… A do tego książka w książce, czyli motyw, który uwielbiam! I twist! Zwrot akcji, który wbija w fotel! Jednego możecie być pewni… Karolina znowu namiesza wam w głowach!

Agnieszka Bendkowska, @__pinklife

Tej książki nie da się zapomnieć. Wciąga, szokuje i prowadzi do zakończenia, które wbije Was w fotel. Nie wiem, skąd autorka bierze pomysły na takie historie, ale zdecydowanie chcę więcej!

Joanna Ćwiertka, @panda_zksiazka_

To bardzo zawiły i intrygujący thriller psychologiczny, potęgujący z każdą stroną w czytelniku obawę, że coś tu nie gra, a wszystko ma drugie dno. Wejdziecie w świat, w którym fikcja literacka miesza się z realnym życiem, a prawda okaże się okrutnie szokująca…

Agnieszka Rybska, www.blonderka.pl

Wójciak prowadzi czytelnika przez powieść niczym pan swojego osiołka z marchewką przed pyszczkiem. Każda próba bycia sprytniejszym od niej w konsekwencji jest równoznaczna z uderzeniem bata w kark i pogardliwym śmiechem autorki w tle. Czytelnik nie ma tu prawa na własne scenariusze, zachcianki czy życzenia. Jedyne, co może, to poddać się lekturze i czekać na paraliż myśli. To będzie znak, że doszliśmy do zakończenia.

Aneta Marciniak, @amatorka_ksiazek

W tej książce autorka pokazuje Wam wszystkie elementy układanki w swoim czasie, ale robi to w tak inteligentny sposób, że dopóki nie są ułożone, nie domyślacie się, jak będzie wyglądał cały obrazek. Poznając i dopasowując poszczególne części tej historii, nie mogłam się oderwać, a efekt bardzo, ale to bardzo mnie zaskoczył.

Justyna Gumiela, @justynagumiela

Choćbym nie wiem jak się starała, i tak nie udało mi się przewidzieć absolutnie nic z jej książek. Wy też nie próbujcie, bo na to nie da się wpaść. Usiądźcie i przygotujcie się na ogromny szok.

Marta Sarnecka, @bookholiczka_poleca

Karolina z każdą kolejną książką zaskakuje coraz bardziej i tworzy historie, od których nie sposób się oderwać. Intrygują, ciekawią i wciągają, wywołując burzę emocji sprawiających, że opowiedziana historia na długo pozostaje w naszych głowach. Ta książka to prawdziwa uczta czytelnicza, a zakończenie szokuje i zwala z nóg.

Ania Pawłusiów, @ania_reads

Z całego serca polecam Wam książkę, po której przeczytaniu będziecie mieć kaca czytelniczego. Jej intrygująca fabuła wciąga od pierwszej do ostatniej strony. Niczego nie będziecie pewni, a zakończenie dosłownie zwala z nóg. Jeśli jesteście gotowi na takie emocje, sięgnijcie po Oszukaną już dziś!

Katarzyna Czarnecka-Kuc, @matkaksiazkoholiczka

Każda książka Karoliny Wójciak to istny emocjonalny rollercoaster. Tym razem jednak przeszła samą siebie, już od pierwszych stron fundując czytelnikowi zawrotne tempo z odważnym, wielokrotnym twistem. Dwie linie czasowe, kryminalna zagadka sprzed lat, książka w książce, nikczemna gra, mistyfikacja i oszustwo, które pozostawią Was w emocjonalnych zgliszczach na wiele godzin, a może nawet dni. Polecam!

Anna Krukowska, @czytam.z.kotem

Karolina Wójciak z zabójczą precyzją mąci czytelnikowi w głowie, jednocześnie zapewniając wyborną rozrywkę. Wsiąknijcie w tę utkaną z intryg i kłamstw historię, w której pierwsze skrzypce gra manipulacja – gwarantuję, że nie pożałujecie!

Weronika Trzęsień, @ver.reads

Piekielnie dobra historia okraszona fascynująco niepokojącym klimatem, podana w zupełnie unikatowej formie. Autorka bez skrupułów wikła bohaterów w makabryczne wydarzenia i bezpardonowo uzewnętrznia mroczną stronę ich osobowości. Pierwszorzędna rozrywka, która totalnie namiesza Wam w głowach!

Gabriela Setla, @gabriela_setla_

Kiedy myślisz, że w książkach przeczytałeś już wszystko, wtedy zjawia się ona i znowu to robi. Karolina Wójciak po raz kolejny zadziwia oraz szokuje i robi to w najlepszy możliwy sposób. Z precyzją godną najlepszego chirurga prowadzi przez niewiarygodną intrygę utkaną z ludzkich żądz, słabości, cierpienia i zemsty, by na koniec pozostawić Was tylko z własnymi myślami. Usiądźcie wygodnie i pamiętajcie, że ostrzegałem…

Adam Matyjaszczyk, @zaczytany.tata

Prócz stosowania niesamowitej intrygi autorka porusza ważne społecznie tematy i robi to w najlepszy możliwy sposób. Daje do myślenia, nie ocenia, nie wybiela – po prostu przedstawia pewną historię. Jak mnie się to podobało! Krótko mówiąc, to był po prostu majstersztyk.

Katarzyna Ziembicka, @aellirenn_czyta

Dedykuję tę książkę młodej parze,

Markowi i Barbarze.

Mając siebie w sercu,

stanęliście na ślubnym kobiercu.

Sprawiliście mi tym dużo radości,

więc życzę Wam pomyślności,

ale też dużo zdrowia i szczęścia

dla Waszego obejścia.

Obyście zawsze się kochali

i na nic sobie nie żałowali.

Widząc, ile macie do siebie miłości,

nie mogę się doczekać, aż przyjadę w gości.

Rok 1978

Para pijanych studentów wracała z najlepszej warszawskiej hotelowej restauracji. Prowadzili się nawzajem, przyciskając do siebie ciała – trochę z powodu zimna, trochę z powodu upojenia, a trochę z pożądania. Śmiali się, wspominając wspólną zabawę. Ona liczyła na związek, on – na seks, więc gdzieś pośrodku ich potrzeby miały szansę się spotkać. W zależności od tego, które z nich będzie w stanie pójść na kompromis.

– Kaziu – zaczęła dziewczyna, walcząc z czkawką. – Nikomu nie powiesz?

– Nieee.

– Jeszcze nigdy nie byłam tak pijana.

– Zawsze jest ten pierwszy raz.

Chłopak, wykorzystując stan koleżanki, chwycił ją pod pachę. Jego dłoń jednak ześlizgnęła się niżej. Bez skrupułów zaczął miętosić jej pierś. Z jego obserwacji wynikało, że podobało jej się to niedyskretne łapanie okazji, a skoro nie protestowała, on nie przestawał.

Panowała już ciemność, chłód smagał twarze. Ich uszu dobiegały odgłosy miasta – ktoś coś krzyknął, zaśmiał się, gdzieś zatrąbił samochód, zadzwonił tramwaj. Życie toczyło się sennym tempem, kiedy zbliżali się do stancji dziewczyny. Młoda piękność przygryzła wargę, zastanawiając się, czy zaprosić młodzieńca na górę, czy to zbyt pochopna decyzja. Należała do grona dobrze prowadzących się panien i tak chciała być przez niego postrzegana, ale przecież obiecał, że nikomu nic nie powie. Podobał jej się, nawet bardzo. Druga szansa na takie spotkanie mogła szybko nie nastąpić. Kobieta, z którą dziewczyna mieszkała, zazwyczaj pilnowała jej jak oka w głowie, ale dzisiaj… zwłaszcza o tej porze… powinna się jeszcze bawić na weselu. Prawdopodobieństwo, że jej się znudziło i wróciła wcześniej, było niewielkie.

– Chcesz wejść? – zapytała wprost, przygryzając nerwowo wargę z niepewności.

Kazio podniósł ją, nie mogąc się doczekać zbliżenia, i biegiem pokonał schody niewielkiej kamienicy w centrum miasta. Nikt niczego nie widział ani nie słyszał. Nikt nie zapamiętał koloru jego płaszcza. Nikt nawet nie wiedział o obecności tych dwóch osób tamtego dnia w tamtym miejscu.

Rok 2022

Krystyna

Przeciągnęłam się, po raz kolejny patrząc ukradkiem na monitor komputera. Z białego ekranu spoglądały zdania, które napisałam, i stworzone przeze mnie postacie. Nic mi się nie podobało. Nic. Kompletnie nic.

– Pani Krysiu… – Do pokoju zapukała i jednocześnie weszła moja gosposia, pani Bogusia. – Zrobiłam herbatkę. Z miodem. Jak pani lubi. Pozwoliłam sobie też dołożyć łyżeczkę konfitur z malin. Od siostry ze wsi przywiozłam. Lubi pani, prawda?

Uśmiechnęłam się. Sposób bycia tej kobiety doprowadziłby do szału niejednego. Robiła coś, zanim pomyślała o konsekwencjach. Teraz najpierw dodała maliny, a potem zapytała, czy lubię. Mogłabym rzucić w nią tą filiżanką wściekła za popsucie herbaty, której jeszcze nie zdążyłam spróbować, ale dopatrywałam się w działaniu tej kobiety troski. Czegoś, czego bardzo mi brakowało – zainteresowania, dbania i rozpieszczania.

– Poproszę. – Wskazałam na jeszcze wolny fragment biurka, na którym mogła postawić tacę.

– Co pani pisze? – zagadała typowo dla siebie.

– Bestseller – pochwaliłam się i zaśmiałam. – Jak osiemdziesiąt dwie poprzednie książki. Taki sam, oparty na tym samym schemacie. On piękny, ona zresztą też. Trochę kłopotów, dużo miłości i na koniec kilka prawd o nas.

– O nas?

– O ludziach, o kobietach.

– Jakich prawd?

– Że kobiety są silne i nie potrzebują mężczyzn, a mężczyźni mogą płakać i odpuścić z udawaniem macho.

– Ja to panią podziwiam. – Przysiadła na fotelu nieproszona. – Pani tak pisze te książki. Nie nudzi się pani?

– Potwornie. Ale nie mogę tego powiedzieć mojemu wydawcy. Na spotkaniach czaruję czytelników tym, co chcą usłyszeć, czyli… – Wiedziałam, że zaraz o to zapyta. – Czyli że to dla mnie frajda i, rzecz jasna, najlepsze, co mogło mnie spotkać. Idealny zawód.

– I że pani kocha to, co robi – dopowiedziała, bo to zdanie faktycznie zawsze padało, kiedy ktoś pytał, dlaczego wybrałam pisanie książek jako zawód.

Przeżyłam już swoje życie, odchowałam dzieci i pochowałam męża. Zostałyśmy tylko ja i książki. No i pani Bogusia. Od lat wykonywałam tę samą pracę. Praktycznie na zamówienie. Pisałam dokładnie to, co się sprzedawało. Po jakimś czasie wystarczyło nazwisko. Nikt nie kwestionował sensu powstania osiemdziesiątej trzeciej takiej samej historii.

– To dlaczego te książki nadal się sprzedają? – zauważyła słusznie Bogusia. Mimo powtarzalności obie utrzymywałyśmy się na niezłym poziomie z mojej pracy.

Mogłybyśmy się ganiać na ponad trzystu metrach kwadratowych mojej pięknej powojennej willi. Wcześniej rozważałam zmianę miejsca zamieszkania, ale uśmiechałam się za każdym razem, kiedy patrzyłam na ściany. To tu spędziłam swoje najszczęśliwsze lata. Dbanie o ten dom z biegiem czasu stało się wyzwaniem, więc zatrudniłam pomoc. Pani Bogusia zrezygnowała z posady woźnej w szkole, gdzie w ogóle nie była szanowana przez młodzież, i przyszła do mnie gotować, sprzątać i towarzyszyć mi w codzienności.

– Wie pani, dlaczego mimo tego samego schematu ludzie nadal sięgają po te romanse? – zapytałam i nie czekając na odpowiedź, zaczęłam mówić: – Bo nadal nie wierzą w miłość. Nadal potrzebują zapewnienia, że ona gdzieś tam jest, łączy kolejne pary. Nawet jeśli to wymyślone postacie. Kobiety czytają i marzą: „może ja będę tą następną”. Tylko że… – Urwałam na chwilę. – Czasy się zmieniły. Sensem życia nie jest już wyłącznie dobre zamążpójście. Trzeba pisać o kobietach, które chcą jeszcze czegoś poza tą miłością. Muszą być niezależne, mieć swoje życie. No i pieniądze.

– Jak pani.

– Jak ja – przyznałam i się uśmiechnęłam. – A teraz pani wybaczy, ale muszę napisać ten tekst, bo wydawca mi nie daruje.

– Oczywiście, oczywiście.

Podeszła do dużego drewnianego okna i bez słowa uprzedzenia otworzyła je ze skrzypnięciem.

– Otworzyć tu pani okno? – zapytała, gdy już układała firanki po bokach, a świeże powietrze owiało moje plecy. – Dam pani ten szydełkowy sweterek – dodała i znów bez prośby o pomoc położyła mi go na ramionach. – Od razu lepiej, prawda?

Dobra z niej kobieta, ale niecierpiąca sprzeciwu. Czasami wydawało mi się, że jej opieka nade mną sięgała daleko ponad to, co ustaliłyśmy. Nazywała mnie artystką, siebie – pracownicą. Chyba odpowiadał jej układ, w którym ja nie mam pojęcia o podstawowych rzeczach, za to bryluję intelektualnie, ona z kolei dysponuje ogromną wiedzą potrzebną do przetrwania, a książki to dla niej nuda i nikomu niepotrzebne bzdury.

Mój telefon zabrzęczał zaraz po tym, jak Bogusia wyszła. Kierowana ciekawością zawróciła, wzięła komórkę i jakby nigdy nic przeczytała mi na głos wiadomość – wszystko oczywiście w celu ułatwienia mi radzenia sobie z technologią. Była młodsza ode mnie o dekadę, czyli dla przeciętnego dwudziestolatka równie stara jak ja. Po pewnym czasie różnica wieku się zaciera. Kobieta po pięćdziesiątce niewiele odstaje od innej po sześćdziesiątce, a ta po siedemdziesiątce – od tej po osiemdziesiątce. Wszystkie jesteśmy tak samo stare, pomarszczone i niewidzialne dla społeczeństwa.

Ja miałam swoją sławę, poczucie, że coś osiągnęłam, że jestem kimś. Ludzie kochali mnie i moje książki. Bogusia zaś miała tylko mnie – kobietę, której życie wydawało się dużo ciekawsze i nieosiągalne dla kogoś takiego jak ona.

Podziękowałam jej kulturalnie, przejęłam telefon i poprosiłam, aby zostawiła mnie samą. Przeczytałam zaproszenie na kolację z okazji moich siedemdziesiątych urodzin. Córka oczekiwała eleganckiego stroju i dobrego humoru. W tym wieku ani jedno, ani drugie już dobrze nie leży.

Męcząc się z maleńką klawiaturą dotykową telefonu, utworzyłam odpowiednią wiadomość, aby wyrazić entuzjazm i potwierdzić przybycie. Poproszę panią Bogusię o podwózkę, a potem odbiór – jak w czasach, kiedy to ja woziłam taksówkami dzieci do kolegów na zabawę. Teraz to mnie wożono.

Milena

Nic mnie tak ostatnio nie stresowało jak konieczność wyjścia z rodziną mojego chłopaka. Pod tak wieloma względami się różniliśmy – i nie chodziło tylko o wychowanie. Dzieliła nas przepaść w postaci statusu materialnego. Ich było stać na wszystko. Najlepsze szkoły, ubrania; matka intelektualistka, ojciec lekarz, i to nie byle jaki, bo chirurg. Nie zarabiają tak śmiesznych pieniędzy jak moi rodzice, którzy zadowalali się państwowymi posadami. Ojciec nieprzerwanie od trzydziestu lat pracował jako kierowca śmieciarki. Mama kwitła w księgowości miejskich zakładów komunalnych.

Przez całe dzieciństwo wołano na mnie „szambiarka”. I co z tego, że to nazwa pojazdu. Co z tego, że ojciec nie jeździł po szambo, tylko opróżniał kosze w mieście. Dla dzieciaków nie miało to żadnego znaczenia. Tłumaczenia mamy w połączeniu z czasem upływającym na ciągłym słuchaniu tego samego budowały wokół mnie coraz grubszy pancerz. Ten z kolei ułatwiał parcie do tego, na czym mi zależało. Nawet gdy oberwałam, nawet kiedy ktoś podciął mi nogi w biegu, wstawałam, otrzepywałam się i mówiłam sobie: „Nie rycz, mała. Głowa do góry i pamiętaj, na czym ci zależy”. A zależało mi na pozycji. Na szacunku, zmianie życia na lepsze. Na tym, aby ludzie nie odważyli się powiedzieć o mnie niczego złego.

Stałam przed lustrem, przykładając do ciała raz czarną, raz szarą, a raz burgundową sukienkę. Bałam się oceny stroju oraz mnie samej. Może nawet kombinowałam, jak się ukryć pod materiałem, aby matka Kiliana nie mogła zajrzeć w głąb mnie. Jeśli jest taka błyskotliwa, jak mówił Kilian, przekonanie jej do siebie może się okazać trudniejsze, niż mi się na początku wydawało.

To spotkanie powinno się odbyć wyłącznie w gronie najbliższych składającym się z matki, Kiliana i Alany. No, ewentualnie jeszcze z udziałem męża Alany, Sebastiana – jako tego, który został zaakceptowany. Mnie mieli dopiero poznać. Co jeśli matka zezłości się na syna za wybór właśnie tego dnia na oficjalne przedstawianie swojej dziewczyny? Przecież obchodziła jubileusz. To jej święto. Powinni się skupić na niej, nie na mnie.

Wypuściłam powietrze przez usta, czując, jak drżę. Usłyszałam z korytarza dźwięk otwieranych drzwi, następnie brzdęk kluczy rzucanych na szafkę, potem odgłos otwieranej szafy wnękowej, a na końcu stuknięcie butów odkładanych na półkę. Mój chłopak stanowił pod tym kątem ideał. Tyle kobiet narzekało na bałaganiarskich partnerów – takich, którzy nie wiedzą, co to odkurzacz czy szufelka, którzy mają dwie lewe ręce nie tylko do sprzątania, ale też do prania czy gotowania. Ot, taki kwiat narodu, którego bierze się do siebie bezpośrednio od matki i który przechodzi jak z hotelu z obsługą dwadzieścia cztery na dobę do hotelu z niemal równie dobrym serwisem. Ciut gorszym, bo wiadomo, że u mamusi wszystko lepsze. Kilian przeczył wizerunkowi skupionego na zarabianiu pieniędzy współczesnego faceta, który jest sierotą w domu. Niestraszne mu były zarówno porządki, jak i robienie kariery. Bardzo karny, solidny i sumienny mężczyzna. Jak unikatowy model.

– Cześć, kochanie. – Podszedł, luzując krawat. Zatrzymał się, pocałował mnie w policzek i usiadł w fotelu. – Ale dzień… – Nie dokończył.

– Która? – Poprzykładałam do siebie wszystkie trzy sukienki jedna po drugiej, dając mu jak najmniej czasu do namysłu. Nauczyłam się już, że większość mężczyzn wybiera pierwszą. Ewentualnie tę, którą kobieta trzymała najdłużej.

– Bordowa – powiedział od razu.

– Wybierasz ją, bo do mnie pasuje, czy dlatego, że podoba ci się kolor?

Zaśmiał się.

– Poproszę łatwiejszy zestaw pytań.

– Co takiego się działo w pracy? – spytałam.

– Nie chcę o tym nudzić w domu.

– Ale mnie to nie nudzi. – Uśmiechnęłam się zachęcająco. – To element twojego życia, więc jeśli chcesz się tym podzielić…

– Wiesz, że ludzie, którzy narzekają, mają trwale zmieniony mózg? – wszedł mi w słowo. – Proces narzekania zmienia ich w dosłownym tego słowa znaczeniu.

– Ciekawe. W sumie dla niektórych narzekanie staje się hobby. Wręcz sposobem odbierania codzienności.

– Gotowa?

– Nie. Najchętniej bym uciekła. Nie jestem gotowa i chyba nigdy nie będę. Boję się, a przez to nawet kombinuję, co zrobić. I wiesz, do jakiego wniosku doszłam?

Uśmiechał się, ja też. I choć żartowałam, ten pomysł naprawdę zrodził się w mojej głowie jako jedno z rozwiązań mających mi pomóc uniknąć konfrontacji.

– Myślałam, żeby po wyjściu przed blok specjalnie się przewrócić, zwichnąć kostkę… cokolwiek… i zostać w domu.

Rozbawiłam go na tyle, że wstał, podszedł i objął mnie od tyłu. Patrzyliśmy na swoje odbicia w lustrze.

– Pokochają cię – zapewnił.

– Nie chcę narzekać, żeby mi się nie zmienił mózg, ale co, jeśli nie? Co jeśli…

– Nie ma co jeśli. Jeśli ja cię kocham, oni też cię pokochają.

– Tak myślisz?

– Jestem tego pewien.

– A co, jeśli zapytają o moje pochodzenie? O rodziców i ich pracę?

– Powiesz prawdę. W mojej rodzinie ceni się szczerość i to, jaki człowiek jest, a nie to, jak dobrze potrafi grać. Po prostu wyluzuj i bądź sobą. – Pocałował mnie w szyję.

– Jest coś, o czym nie powinnam wspominać?

Zmarszczył brwi, jakby nie rozumiejąc, o co pytam. Wyjaśniłam więc:

– Nie wiem, jakieś drażliwe tematy, konflikty rodzinne, tajemnice. Coś, co mogłoby wywołać niepotrzebny kwas.

– Nieee. – Pokręcił głową. – Nie ma niczego takiego w mojej rodzinie. Odkąd pamiętam, omawialiśmy problemy otwarcie. Rodzice siadali z nami przy stole, przedstawialiśmy im zagadnienie, oni pochylali się nad sprawą, radzili nam na podstawie swojego doświadczenia i nigdy nas nie uciszali, mówiąc, że coś im nie pasuje albo jest nieistotne. Nawet kiedy się przeciwko czemuś buntowaliśmy, słuchali naszej argumentacji. Dawali nam szansę na przekonanie ich do swojego zdania.

Zestawiłam to z moją rodziną. Tata potrafił wykrzyczeć mnie i siostrze, że jeśli czegoś nie zrobimy, to pas nam wytłumaczy, w czym rzecz, i przekona nas do wypełniania poleceń.

– Chcę powiedzieć – odezwał się Kilian po chwili – że możesz mówić, co tylko chcesz. I wiem, że powtarzam to w kółko, ale serio wyluzuj i bądź sobą. Nie myśl o niczym innym niż to, że jesteśmy razem. Mamy siebie i świat jest piękny.

– Kiedy liczę błogosławieństwa w życiu, ciebie liczę dwa razy – przyznałam szczerze.

Choć w takich momentach zwykle zaprzeczał, jakby wcale nie był kimś wyjątkowym, to zawsze się uśmiechał, kiedy go chwaliłam. Lubił to – zresztą jak każdy. Jeszcze nie spotkałam człowieka, który nie przepada za byciem komplementowanym, zwłaszcza przy rodzinie.

Puścił mnie, zanim jednak odszedł, ucałował czubek mojej głowy. Ta drobna czułość dodawała mi otuchy i siły. Wiedziałam, jak bardzo zaangażował się w nasz związek, jak poważnie go traktował. Nie wspomnę o moich potrzebach, które respektował. Martwienie się o cokolwiek innego niż my nie wnosiło nic poza niepotrzebnym stresem.

– A to co? – zapytał z gabinetu.

Nawet nie zauważyłam, kiedy tam wszedł.

Stanęłam w progu pokoju i oparłam się o futrynę.

– Aaa, to – powiedziałam z uśmiechem. – Wysoki Sądzie, na swoją obronę…

Wybuchnął śmiechem, przekładając kartki z kupki na kupkę.

– Chciałam się przygotować – zapewniłam zgodnie z prawdą.

– Wow. – Odwrócił jedną zapełnioną tekstem i wyciągnął rękę w moją stronę. – I czytałaś to wszystko?

– Tak. Czytałam o niej, o każdej książce, o szkole, o życiu, o macierzyństwie. Chciałam ją poznać przez to, co stworzyła.

– A czytałaś którąś jej książkę?

– Pewnie. Niejedną. Tę dedykowaną tobie też.

Znów go rozbawiłam.

– To taka nierzeczywista książka. – Podniósł wzrok znad wydruków. – O Alanie napisała dużo ciekawszą, pokazała jej siłę charakteru.

– Ale to nie jest o tobie – upierałam się. – Ja tam nie widzę podobieństw.

– No wiesz co! – Udał obrażonego. – Jestem tam takim geniuszem.

– Tak, ale to historia chłopca znalezionego w lesie przez starszą kobietę, która go wychowuje jak własnego syna, wypuszcza w świat i której on potem pomaga. Niestety chłopiec zataja jej obecność przed ludźmi z zewnątrz, bo sądzi, że nikt jej nie zrozumie. Ona dziwaczka, zielarka, lekarka z torbą pełną tego, co znalazła w lesie. On geniusz na uniwersytecie, na którym, notabene, znajduje miłość. I to właśnie ta dziewczyna uczy go kochać nieidealną przybraną matkę dokładnie taką, jaka jest. Akceptuje nie tylko jego, ale też ją, więc i chłopiec przestaje ukrywać kobietę i w końcu okazuje jej bezwarunkową miłość. – Zrobiłam przerwę, żeby zaczerpnąć powietrze. – Gdzie tu jesteś ty? To nie o tobie.

– No wiem, wiem. Przecież się droczę. Ale… kurde, tak dobrze znasz tę fabułę.

– Kiedyś się zastanawiałam, co skłania matkę pisarkę do dedykowania książki własnemu dziecku. Czy to wiadomość do niego? A może przemyca w dziele coś z siebie, ze swoich uczuć, obaw?

– Bardzo dobre pytanie. Zadaj jej dzisiaj.

– A co, jeśli zadedykowała ci ją, bo tak wypadało?

Zaśmialiśmy się jednocześnie.

– To najwyżej ją urazisz i będziesz musiała przepraszać. – Walczył z napadem śmiechu.

– O Jezu, nie zniosłabym tego. – Pokręciłam nerwowo głową. – Wyobraź to sobie: obrażenie potencjalnej teściowej na pierwszym spotkaniu.

– Ty i obrażenie kogoś? – Uśmiechnął się serdecznie. – Jesteś słodka jak cukierek.

– Jesteś kochany, aleee… – Szukałam rozwiązania. – Może umówimy się na jakiś gest… wiesz… jak ludzie, którzy grają w karty i są w tej samej drużynie.

– A po co ten gest? – Zmarszczył czoło.

– Jeśli coś palnę albo poruszę newralgiczny temat, dasz mi sygnał, że mam się zamknąć albo wycofać. Znasz swoją matkę na tyle dobrze, że będziesz wiedział, zanim ja…

– Dobra – podekscytował się. – Jeśli pociągniesz za ucho, to znaczy, że potrzebujesz pomocy – podsunął dość oklepany pomysł.

– No wiesz co – prychnęłam. – Ja mówię serio.

– Ja też.

– Tak? – Przekrzywiłam głowę. – To jaki ty wykonasz gest, żeby dać mi cynk, że coś palnęłam?

– Standardowy. Kopnę cię pod stołem.

Szłam na niebotycznie wysokich szpilkach, używając Kiliana jako podpory zarówno psychicznej, jak i fizycznej. Przeklinałam je od momentu ich włożenia. Nie wiem, co mi przyszło do tego durnego łba, żeby kupować tak wysokie i niepraktyczne buty. Tyle dobrego, że chociaż były piękne.

Przy stoliku siedziała już cała grupa. Ten widok w pierwszej chwili przyprawił mnie o palpitacje serca. Nie wypadało! Jako ostatnia powinna wejść jubilatka.

– Jeśli się spóźniliśmy – wycedziłam, sztucznie rozciągając w uśmiechu usta – to… – Nie dokończyłam odpowiednio grzecznego przeproszenia popartego wymyślonym naprędce powodem, takim jak wypadek na trasie, bo właśnie podeszliśmy na tyle blisko, że kolejne moje słowo dobiegłoby ich uszu.

– Mamo! – zawołał Kilian. – Jak dobrze cię widzieć. To jest Milena, kobieta mojego życia.

Zaprezentował mnie tak, że gdybym to ja była jego matką, nie polubiłabym partnerki syna.

Tyle się mówi, że kobietą życia faceta powinna być własna matka, a on wyskoczył z tym podczas przedstawiania swojej dziewczyny. Nie narzeczonej, tylko dziewczyny. Serce dudniło mi tak mocno, jakby ktoś obok grał na perkusji. Słyszałam je w głowie, miałam nawet wrażenie, że moje ciało drga w rytm wybijany przez ten mięsień i oni wszyscy to widzą.

Krystyna podała mi rękę odzianą w wysokie atłasowe rękawiczki. Jak żyję nie widziałam czegoś takiego na żywo. W filmach kostiumowych – owszem. W teatrze, może na balu studniówkowym w późnych latach dziewięćdziesiątych, ale nie współcześnie. A może moda stawała na głowie i teraz nikt nie przejmował się tym, co powiedzą inni?

– Bardzo mi miło panią poznać. – Uścisnęłam jej dłoń, przyglądając się nałożonym na tkaninę pierścionkom.

Kilian nachylił się i pocałował matkę w policzek.

– Tak dużo o pani słyszałam – ciągnęłam, mając nadzieję, że właściwie dobieram słowa, a język się nie plącze i nie zamienia ich w bełkot.

– Ja również słyszałam o tobie same superlatywy. – Uśmiechnęła się przyjaźnie. – Jesteś jedyną dziewczyną, którą mój syn do mnie przyprowadził. Do tej pory nazywał swoje koleżanki jedynie rozpraszaczami. Ty z kolei pozwalasz mu się skupić. To coś niezwykłego, nieprawdaż?

Ciepło wypełniało mnie od brzucha aż po czubek głowy, skupiając swoją falę na twarzy. Zapewne czerwieniłam się jak sześciolatka recytująca wiersz na pierwszej w życiu akademii. Wszyscy czekali na jakąś błyskotliwą reakcję, a mój mózg dostał zatwardzenia. Nic, kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy. Czy to komplement i mam podziękować, czy zbłaźnię się, dziękując? A może powinnam odbić piłeczkę i pochwalić jej wychowanie Kiliana?

– Mamo – odezwała się Alana. – Daj dziewczynie spokój. Nie widzisz, że się stresuje?

– Siadaj, dziecko. – Kobieta wskazała mi krzesło obok siebie. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tu jesteś. I nie, nie chodzi tylko o to, że mój syn zaczyna się statkować. To ważne, owszem, ale nie najważniejsze. Wiesz, co jest najważniejsze? – Patrzyła na mnie, a w mojej głowie panowała pustka jak na pustyni. – To, że nie będę musiała mówić o swoim wieku. Że twoja obecność odwróci uwagę od moich urodzin i każdy zapomni, jak stara jestem.

Wszyscy się zaśmiali, w tym ja. Tyle że oni radośnie i od serca, ja – nerwowo.

– Synku – zwróciła się do Kiliana, dotykając delikatnie wierzchu jego dłoni. – Czy zrobisz nam ten zaszczyt i zamówisz wino? Dobre wino. Drogie wino. – Puściła mi oko. – Dzisiaj mamy tyle okazji, że nie możemy sobie żałować.

– Tak jakbyś kiedykolwiek sobie żałowała – skomentowała Alana i zwinnym, delikatnym ruchem rozłożyła serwetkę na kolanach.

Ta kobieta też wyróżniała się niezwykłymi manierami, choć jej uroda nie zachwycała tak jak w przypadku mojego chłopaka. On upodobnił się do matki, ale miał dużo drobniejszą posturę niż ona. Krystyna była wyjątkowo wysoką i postawną kobietą. Odziedziczył po niej za to piękne zielone oczy, oprawę tak samo wyraźnie zarysowaną jak u niej. Usta – mimo że jej bez dwóch zdań sztuczne – nadal przypominały kształtem wargi mojego ukochanego. Alana z kolei przejęła po matce chyba tylko kolor włosów, o ile obydwie się nie farbowały. Po Krystynie spodziewałabym się wszystkiego – jako adwokatka kobiet walczących o prawo do robienia z własnym wizerunkiem, co tylko zechcą, mogła nosić nawet perukę. Pamiętam jej pierwsze występy w telewizji: jak mówiła o noszeniu biustonosza jako narzuconej przez mężczyzn formie niewoli. Reklamowała swobodę, wyglądając przy tym jak marzenie większości Polek. Miała dostęp do niekończącej się gotówki męża, więc poprawiła wiele i mówiła o tym bez skrępowania. Nikt nie kwestionował jej wyborów ani bezpośredniości w temacie wyglądu. A wyglądała zjawiskowo, w ogóle nie jak pani po siedemdziesiątce.

– Chciałabym… – Sięgnęła po dłonie moją i Alany, która siedziała po jej drugiej stronie. – …z całego serca podziękować za waszą obecność, za oddanie, za znoszenie moich humorów, za uczynienie mnie waszą matką. Spędzanie życia z wami jest dla mnie zaszczytem. To wyróżnienie mieć obok bliskich, którzy chcą patrzeć, jak zdmuchuję świeczkę po raz enty. Oglądanie w waszych oczach radości to dla mnie największy prezent.

Jak ona pięknie mówiła. Tak lekko i otwarcie. Jednocześnie pamiętała, aby każdemu z nas poświęcić chwilę, a nie patrzeć tylko na jedno dziecko – ulubione. Zachwycała mnie swoją osobą na każdym kroku. Gesty, uśmiechy, dotyk. To wszystko było takie płynne, naturalne. Jak u damy, która zna swoją wartość, ale nie musi jej nikomu udowadniać i dzięki temu może być ludzka. Łączyć dostojność z normalnością. Jedynie ona to umiała. Jeszcze nie spotkałam się z kimś takim jak Krystyna Brzezińska.

Rok 1979

Bogusia

Kiedy po czterech latach nauki odebrałam dyplom zespołu szkół medycznych, patrzyłam na papier i nie mogłam uwierzyć, że jestem pielęgniarką. Miałam iść do szpitala, pracować z chorymi, pomagać lekarzom i żyć dokładnie tak, jak chciała moja matka – kobieta, której życie naznaczone wojną utrwaliło w głowie przekonanie o tym, jak ważne jest mieć w domu kogoś z dyplomem medycznym. Zostałam wysłana do Warszawy z głębokiej wsi, gdzie mieszkało dwanaścioro dzieci w jednej izbie. Jako czwarta z kolei, po trzech braciach, najstarsza siostra miałam przetrzeć szlaki rodzeństwu i udowodnić, że przy odpowiednim nakładzie pracy można wiele osiągnąć. Poza odpowiedzialnością za rodzeństwo poprzez dawanie przykładu ciążyła na mnie również konieczność zwrócenia tego, co zainwestowali we mnie rodzice. Ojciec już planował, jak spożytkuje moją pierwszą pensję, której jeszcze nie dostałam. Ba, nie zdążyłam nawet znaleźć pracy.

Wróciłam na stancję i pochwaliłam się dyplomem rodzinie, u której pracowałam. Zajmowałam się dziećmi, sprzątałam i gotowałam w zamian za dach nad głową. Tak naprawdę robiłam za gosposię i matkę, choć miałam zaledwie dwadzieścia lat i zero pojęcia o życiu. Nie mogłam się doczekać momentu, aż się stamtąd wyprowadzę.

– Nie myśl sobie, że jak teraz masz papier, to od razu zajmiesz się inną robotą – prychnęła pani Stefania, patrząc na mnie jak na gorszy sort człowieka.

Miała kamienicę, na której parterze otworzyła zakład krawiecki. Wykonywała poprawki, szyła ubrania, płaszcze jesienne, palta na zimę. Brała wszystkie możliwe zlecenia, bo przy pięciorgu dzieci i mężu piekarzu należało odkładać na czarną godzinę każdy grosz. Ludzie nie wyglądali lepszych czasów, jakby nie umieli zapomnieć o tych złych. Przygotowywali się na to, że może być jeszcze gorzej, a mnie ten ciągły strach i gadanie o oszczędzaniu doprowadzały do szału.

– Przebierz się. Dzieci trzeba ogarnąć. Ja idę na dół. Mam pracę. – Dwa ostatnie słowa wypowiedziała tak, jakby chciała mnie nimi opluć.

Zrobiłam, co kazała, i stanęłam przy garach, żeby ugotować coś dla całej gromady. Pani Stefania nauczyła mnie oszukiwać na potrawach: dawać więcej tego, co tańsze. A ponieważ maluchy zjadały wszystko z kopytami – jak zwykle mawiała – trzeba było imać się każdej sposobności na oszczędność. Karmiąc najmłodsze dziecko, marzyłam o własnym domu, o usługującej mi gosposi, o życiu, jakiego nigdy nie znałam i nawet nigdzie nie widziałam.

Przepustką do tego życia okazał się telegram z przydziałem na stanowisko pielęgniarki w jednym z warszawskich szpitali. Czyli będę robiła dokładnie to samo co tutaj, ale za pieniądze.

Rok 2022

Krystyna

Patrząc na moje dzieci odświętnie ubrane i siedzące przy stole w wykwintnej restauracji, nie mogłam uwierzyć, że to już ten moment. Oboje będą mieć niedługo swoje latorośle. Przekażą dalej geny i będą tworzyć naszą rodzinę przez kolejne pokolenia. Córka już mnie wtajemniczyła. Wiedziałam o jej ciąży. Jednak jak przystało na skromną, wrażliwą kobietę, czekała z tą wieścią na odpowiedni moment. Pozwalała bratu cieszyć się dziewczyną, którą przyprowadził po raz pierwszy.

Stresowała się biedulka, ale niepotrzebnie. Co mogłabym zrobić? Okazać złośliwość? Nie przywitać jej z otwartymi ramionami? Tak postępują prości ludzie, którzy nie potrafią zasłonić zgorzknienia kulturą niczym parawanem. Na szczęście nie musiałam się silić na sympatię, bo dziewczyna od razu mi się spodobała. Nie mogłam się doczekać, aż poznam ją bliżej.

– Czy mogę mieć propozycję? – zapytałam Kiliana po tym, jak złożył zamówienie na dwie butelki wina: białego i czerwonego.

– Proszę. – Uśmiechnął się do mnie szeroko.

– Mileno – skierowałam słowa do jego wybranki – czy możemy zwracać się do siebie po imieniu?

– Nieee – zaprzeczyła, kładąc sobie dłoń na piersi. Jej blond loki aż drgnęły od tego gwałtownego ruchu. – Mnie nie wypada. Ja… mnie… naprawdę nie wypada.

– Niby czemu?

– Bo pani jest sta… – Urwała.

– Jeśli uważasz, że słowo „starsza” mnie obrazi, to się grubo mylisz. Obrazisz mnie, jeśli mi odmówisz – zastrzegłam surowo, a potem się uśmiechnęłam i zmieniłam głos na łagodniejszy. – Chociaż w ten sposób będę mogła poczuć się młodsza, a nie jak piernik, co ma więcej świeczek na torcie niż kości w ciele.

– To niemożliwe. Dorosły człowiek ma dwieście sześć kości – zauważyła bystro moja córeczka.

– Mądra dziewczynka – pochwaliłam ją, co sprawiło jej przyjemność. – A teraz jeszcze raz. – Wyciągnęłam dłoń do Mileny. – Krystyna.

Zerknęła na Kiliana, szukając u niego ratunku. Skinieniem głowy pozwolił jej przystać na tę propozycję. Nie zostawiając mnie dłużej z ręką wiszącą nad talerzem, zawarła umowę. W ciągu tego wieczoru pewnie jeszcze nieraz odruchowo użyje zwrotu grzecznościowego, ale ja postawiłam sobie za cel ją tego oduczyć. Niech się czuje mile przyjęta.

Słyszałam od syna o jej pochodzeniu i o stresie wynikającym z różnicy statusów. Czytała za mało moich książek, jeśli uważała, że rodowód jest dla mnie najważniejszy. Jako matka chciałam jedynie dobrej partnerki życiowej dla Kiliana. Reszta to tylko dodatki – jak pantofle do sukienki. Możesz włożyć najlepsze, od projektanta, ale te za parę groszy z targu zaprowadzą cię w to samo miejsce.

Milena

Gdybym miała podsumować jednym słowem ten wieczór, użyłabym wyrazu „magia”, ewentualnie innych podkreślających to, jak wyjątkowo się czułam, ale żadne z określeń nie byłoby w stanie odzwierciedlić atmosfery, która powstała dzięki tej kobiecie. Krystyna cieszyła się ze wszystkiego: z ciąży córki, z naszego związku, ze swojego wieku. Mówiła o życiu, o książkach i o planach na przyszłość. Zaprosiła mnie nawet na wspólną herbatę. Jeszcze nikt mi jej nie zaproponował w celu samego spożywania tego napoju. Miałam wpaść na typowy brytyjski rytuał. Imponowały mi ta chęć bawienia się królewskimi tradycjami i próba zarażenia nimi młodych.

Najbardziej jednak zaskoczyła wszystkich, kiedy zapytana o plany pisarskie na chwilę zamilkła. Oblizała umalowane na czerwono usta i wydęła je, jakby zamierzała cmoknąć.

– Mój wydawca już zarobił na mnie tyle, że mogę w końcu zrobić coś szalonego – powiedziała ogólnikowo.

– Co to znaczy: zrobić coś szalonego? – zapytała Alana. – Czyżbyś miała aż tak zaszaleć, że przejdziesz na ty z panią Bogusią? – zażartowała, a Kilian zaśmiał się rozbawiony czymś, czego ja nie załapałam.

– Nie mogę – przyznała wprost. – Jeśli zacznę się zwracać po imieniu do tej kobiety, wejdzie mi na głowę. To kurtuazyjne „pani Krysiu” stoi między nami jak ostatni bastion. Jeśli się poddam, ona zacznie mną zarządzać jak kiedyś hrabia spadkiem po bogatym wuju. Nie dam się jej – wytłumaczyła uroczo.

– Nadal nie rozumiem, dlaczego ją jeszcze trzymasz – dziwiła się jej córka. – Teraz są agencje i szkolone do tego kobiety, niesamowite profesjonalistki. Takie, których obecności nawet nie odczujesz. Za to się im płaci – powiedziała, a ja dopiero teraz pojęłam, że rozmowa zboczyła na temat sprzątaczki.

– Starych drzew się nie przesadza. – Krystyna uciekła się do wyświechtanej odpowiedzi, którą wiele starszych osób wymigiwało się od zmiany. – A tak po prawdzie, choć Bóg jest prawdą – dodała jako przerywnik – lubię ją. Ta jej wścibskość, to rozpanoszenie się w moim domu podpowiedziało mi charakter wielu postaci. Bo widzisz… Dla mnie ona jest inspiracją. Gdzie ja bym poznała taką bezpardonową kobietę? A tak mam pod nosem studium osobowości.

– To o czym będzie najnowsza książka? – podchwycił Kilian. – Tym razem o pani Bogusi?

– Hmmm. Chciałabym napisać coś krwistego…

– Jakiego? – przerwał jej syn.

– Coś takiego, co nie niesie ukrytych prawd o człowieku i nie podkreśla, jak ważne są rozwój, miłość i rodzina.

– A co? – Tym razem wyrwało się to z moich ust.

– Chciałabym się skupić na niedoskonałości człowieka. Na tym, jak potrafi zrobić coś potwornego, rzecz jasna, kierowany odpowiednią motywacją.

– Zabić? – domyśliłam się.

– Tak. – Wypięła dumnie pierś. – Zresztą… – Sięgnęła po kieliszek i upiła odrobinę słomkowego płynu. Zamknęła oczy na kilka sekund, delektując się smakiem. – Nie chcę odejść zapamiętana jako specjalistka od dobrego. Dobre związki, dobre domy, dobrzy ludzie.

– Czyli to będą złe związki, złe domy i źli ludzie – podsunęłam, a ona uniosła brwi z uznaniem, choć niczego wielkiego nie odkryłam.

Zapadła cisza. Każde z nas starało się wyobrazić sobie Krysię piszącą thriller czy kryminał z właściwą jej dostojnością, obyciem i kulturą. Nie pasowała do tych gatunków.

– A co na to twoi czytelnicy? Zastanawiasz się, co powiedzą? – Alana zabrała głos jako pierwsza, werbalizując chyba wszystko, o czym pomyśleliśmy.

Jeśli Krysia chciała zaskoczyć odbiorców, może jej się udać, ale czy sprzeda inną historię niż te, do których przywykli? To już większa niewiadoma.

– Przez czterdzieści lat życia pisałam to, czego ode mnie wymagano, żeby zadowolić czytelników i wydawców. Czas zaszaleć.

W pierwszym momencie pomyślałam, że jest chora. Toczy ją nieuleczalny rak albo coś innego równie poważnego, przez co, zamiast brnąć w bezpieczną pracę, postanowiła postawić wszystko na jedną kartę. Nabrała odwagi, by sięgnąć po marzenia. Mówiła o tym wielokrotnie na kartach swoich powieści, do znudzenia tłumaczyła czytelniczkom, jak ważne jest samospełnienie bez oglądania się na innych. Motywowała kobiety do walki o cele, zanim będzie za późno i życie wraz ze wszystkimi zmarnowanymi szansami przeleci im koło nosa. Ale jedno pozostawało zaskakujące. Skoro dysponowała taką wiedzą, dlaczego sama postanowiła zaryzykować dopiero na starość?

– A mnie się ta wizja podoba – przyznałam. – Po pierwsze autor pokazuje w ten sposób swoje możliwości, po drugie przedstawia nowe opcje grupie czytelników przyzwyczajonych do jednego gatunku, a po trzecie łapie powiew świeżości.

– Dziękuję. – Krysia zaczęła mi bić wytłumione rękawiczkami brawo. – Właśnie o to chodzi. Tę książkę zadedykuję tobie. – Wskazała mnie palcem. – Jako pierwsza we mnie uwierzyłaś… Kto to słyszał, żeby nikt nie wierzył w Krystynę Brzezińską. Po tylu latach… po tylu nagrodach… – Choć pewnie tylko udawała poruszoną zwątpieniem własnych dzieci, naprawdę wyczuwałam lekkie rozczarowanie gdzieś głęboko w jej sercu.

Wracając do domu, czułam się tak, jakbym nie dotykała stopami ziemi. Zgodnie z tym, co twierdził mój ukochany, alkohol miał mi dodać skrzydeł, ale mnie się wydawało, że to jednak zasługa jego matki. On się z nią wychował, znał ją dobrze. Dla mnie zaś ludzie tacy jak ona istnieli wyłącznie w książkach i filmach. Co więcej, drżałam na myśl o dniu, kiedy moi rodzice staną twarzą w twarz z Brzezińską, potkną się na manierach oraz omawianych tematach i mnie skompromitują. Wmawiałam sobie, że skoro Krystyna napisała historię o wstydzie związanym z pochodzeniem, powinna rozumieć i zauważyć podobny problem na żywo. Pytanie tylko, czy faktycznie starczy jej tolerancji, kiedy sytuacja dotknie jej bezpośrednio. Chciałam mieć nadzieję, że tak.

– Wiesz… – odezwał się po chwili Kilian, ale urwał. Nachylił się do taksówkarza. – Tutaj, w osiedle, w tę dużą bramę – wydał polecenie, wskazując palcem, jakby mężczyzna widział te ruchy.

– Co cię zastanowiło? – Sięgnęłam po jego dłoń i splotłam nasze palce.

– Zastanowiło?

– Zacząłeś coś, ale nie do kończyłeś.

– A, tak! Racja. – Uśmiechnął się. – Chodzi o moją mamę, o to, co mówiła dzisiaj. Nie daje mi to spokoju, wiesz? – Odwrócił się do mnie. – Nie rozumiem jej. Sama zobacz. Ma pieniądze po tacie, tantiemy, sprzedaje swoje historie jako scenariusze do filmów. Naprawdę nie musi już pracować.

– Ale może chce. Może to sprawia jej przyjemność. Może nie ma nic poza tym. Może bez tego siedziałaby i gapiła się w okno.

– Tak, ale pisanie to nie jedyna rzecz, jaką może robić. Weźmy na przykład wakacje. Mogłaby wyjechać gdzieś dalej. Ona nigdy nie była za granicą, wiesz?

– Naprawdę?

– Tak. Zawsze były terminy, książki. Korekty. Zawsze to, tamto. Ciągle odkładała odpoczynek na później i… jak dzisiaj powiedziała o tym, że nie chce po sobie zostawić… – Prawie zadławił się ze wzruszenia. – Nie wiem, na co ona czeka…

Czyli on też to wyłapał. Uśmiechnęłam się. Który facet zwróciłby uwagę na taki szczegół? Tylko ktoś wyjątkowy, wrażliwy i nieograniczający zasięgu wzroku do czubka własnego nosa.

– Tego później może nie być – odezwał się z żalem. – Może nigdy nie nadejść. Mama może przegapić szansę na to, żeby po prostu cieszyć się życiem.

– Wiem. – Pogłaskałam jego rękę wolną dłonią. – Ale na to niestety nie mamy wpływu.

– Czy powinienem jej powiedzieć, że nie musi już pracować? Ma wystarczająco dużo pieniędzy na godną starość, a jeśli myśli o swoich dzieciach, to… to… – Szukał puenty, patrząc mi w oczy. – Czy ja mogę jej powiedzieć, że już nie musi odkładać, pomagać nam? – Skrzywił się, odbierając ostatnie pytanie jako haniebne. Zakładał, że jako samodzielny facet sam musi się utrzymać. – Czy zabrzmię dziecinnie, jeśli jej to powiem? Tylko jak ubrałbym to w słowa? Powiedzieć, że mnie i Alanie jest dobrze i powinna zrobić coś dla siebie?

– Nie mam pojęcia. Nie znam jej na tyle, ale sądzę, że jeśli powiesz to, co masz w sercu, zrozumie. Jeśli zobaczy, co tobą kieruje… Wiesz, co mam na myśli?

– Chyba tak. Muszę zadbać o odpowiedni przekaz, bo sama zobacz… Co jeśli poczuje się niepotrzebna? Co jeśli pomyśli, że odstawiam ją na boczny tor, bo zarabiam i niczego mi nie brakuje?

– Może tak pomyśleć – przyznałam. Po tym, jak poznałam tę kobietę, dostrzegłam w niej więcej niż we własnych rodzicach, którzy wszystko brali dosłownie. Nie doszukiwali się podwójnego znaczenia w usłyszanych słowach.

– Wyobraź sobie tę rozmowę. – Gestykulował poruszony. – Ja jej będę tłumaczył, że czas na emeryturę, na odpoczynek, a ona się obrazi, bo to tak, jakbym sugerował, że jest stara i powinna odpuścić.

Analizowałam jego wypowiedź i rzeczywiście – dla kogoś ambitnego oraz aktywnego zawodowo sugestia, aby przestał pracować, jest jak wytknięcie palcem, stwierdzenie, że już się do tego nie nadaje.

– Nie podpowiem ci, jak powinieneś postąpić – przyznałam szczerze. – Musisz iść na żywioł. Zagadać z nadzieją, że pójdzie pomyślnie.

– A co, jeśli nie? – zapytał, a ja wzruszyłam ramionami.

– Jest jeszcze opcja, że sama to widzi i stąd wynika decyzja o napisaniu właśnie takiej książki. Jako ostatniej. Może to jej sposób na pożegnanie się z czytelnikami?

Nie odpowiedział. Myślami poszybował gdzieś w kierunku matki, a ja wyciągnęłam portfel. Kiedy płaciłam za kurs, Kilian wysiadł i nawet nie podał mi ręki. Zupełnie o mnie zapomniał, co mu się nie zdarzało. Odszedł gdzieś daleko – i mentalnie, i fizycznie.

Wygramoliłam się z taksówki, stanęłam na nogi i poczułam, że moje stopy błagają o litość. Poczekałam, aż samochód odjedzie. Zdjęłam buty i pobiegłam boso za ukochanym.

Ponad tydzień później umówiłam się na spotkanie z Krystyną, bo z niewiadomych przyczyn dwukrotnie przełożyła herbatę, którą miałyśmy wspólnie wypić. Znów przeżywałam, dobierałam stroje i czułam mrowienie na ciele. Tym razem darowałam sobie pytanie Kiliana o zdanie. Ta kolacja wytrąciła go z równowagi do tego stopnia, że nie kochaliśmy się ani razu, odkąd wróciliśmy. Ciągle dumał o czymś, czego nie chciał mi zdradzić. Czy naprawdę aż tak bał się o matkę? Może też podejrzewał u niej jakąś chorobę?

Od rana spieszyłam się w pracy. Wybiegałam myślami do spotkania. Starałam się nawet układać w głowie odpowiedzi na pytania, jakie Krysia może mi zadać. Bo tak, potrafiłam przewidzieć, w jakim celu mnie zaprosiła. Każdą matkę interesowało to samo: skąd pochodzi wybranka jej syna, jakie ma plany na przyszłość, jakie poglądy – ale też takie podstawowe rzeczy jak sposób mówienia o własnych rodzicach. Czym dla przyszłej synowej jest dom rodzinny? Czy zamierza stanąć między matką a synem?

Przygotowywałam sobie długie wypowiedzi, które postanowiłam okrasić spontanicznymi żartami – przy czym wymówione na głos już na miejscu zaskoczą tylko ją. Będę czekać na moment powiedzenia ich jak aktor na swoją kwestię podczas odgrywania roli. A kiedy ten żart wybrzmi, będę się śmiała tak samo jak Brzezińska. Musiałam wypaść korzystnie. Innej opcji nie brałam pod uwagę.

Biegnąc po południu do taksówki, mało się nie zabiłam, bo wpadłam na jakiegoś przypadkowego człowieka. Jednego z tych, którzy wyrastają jak spod ziemi i jeszcze mają pretensję o potrącenie ich. Przeprosiłam pospiesznie i wsiadłam zdyszana do samochodu. Podałam adres taksówkarzowi, nawet na niego nie zerkając. Od razu wyciągnęłam lusterko z torebki. Choć nigdy wcześniej tego nie robiłam, dzisiaj zabrałam cały arsenał kosmetyków. Skoro nie miałam czasu na nowy makijaż, poprawienie tego wykonanego rano było moją jedyną szansą na odpowiednie zaprezentowanie się.

– Randka? – zagaił kierowca.

– Yhy – potwierdziłam. Faktycznie można tak określić to spotkanie, bo moja rola sprowadzała się do uwodzenia. Nie mężczyzny, lecz kobiety. Nie w celu zawarcia związku, ale jak inaczej określić dołączenie do czyjejś rodziny?

– Niech się pani nie denerwuje. Będzie dobrze.

Ta drobna rada wywołała uśmiech na moich ustach. Urzekło mnie to, że los skrzyżował moją drogę najpierw z człowiekiem rozwścieczonym potrąceniem, a zaraz po tym – z typem tatusia chcącego dodać mi otuchy.

– Dziękuję. Jadę na spotkanie z matką mojego chłopaka.

– Aaa. – Zaśmiał się. – Teściowa.

– Jeszcze nie. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek nią będzie. Nie rozmawiamy na razie o ślubie.

– Mój syn też nie chce ślubu. Mówi, że to przeżytek. Da pani wiarę?

– Dam. Ludzie już nie chcą iść do kościoła, a w urzędzie jest tak… sucho, oficjalnie.

– A pani?

– Co: ja?

– Pani by chciała ślubu czy raczej woli obejść się bez tego papierka, jak to teraz młodzież mówi?

– Ja… – Zamyśliłam się. Nie, nie nad odpowiedzią. Tę znałam bardzo dobrze.

Moje myśli poszybowały w kierunku spotkania. Jak odpowiem na to pytanie, jeśli Krysia mi je zada? Jeżeli potwierdzę zdanie młodych, mogę ją urazić, bo jako kobieta z klasą może wyznaje zasadę formalnego zakładania rodziny. Równocześnie jako aktywistka nie powinna popychać kobiet do ołtarza tylko dlatego, że tak wypada. Jeśli stwierdzę, że chcę ślubu, odbierze mnie jako małomiasteczkową, zahukaną dziewczynę, która pragnie podkreślić swoją wartość przed znudzonym urzędnikiem. Ktoś mnie chciał, ktoś mi się oświadczył – czy nie właśnie to krzyczą obrączka i pierścionek zaręczynowy noszone z odpowiednim pietyzmem?

– Pani by chciała – odpowiedział za mnie kierowca.

– Ale to nie takie proste…

– Dlaczego? Kocha go pani?

Zaśmiałam się. O takich rzeczach jeszcze nie gadałam w taksówce.

– Jeśli pani kocha, to jest proste. Jeśli on panią kocha, jeszcze prostsze. Problem zaczyna się wtedy, kiedy któreś z dwojga nie kocha. Z jedną małą różnicą: kobiecej miłości starczy za dwoje, męskiej już nie.

– Tak pan sądzi? – Przysunęłam się do niego.

– Ja to wiem. Widziałem tyle małżeństw. Jak kobieta kocha, zrobi wszystko w celu utrzymania rodziny: poświęci siebie, swoje potrzeby, żeby tylko nie pozwolić na rozpad małżeństwa. Mąż będzie mógł robić, co chce, bo ona zostanie przy nim niezależnie od tego, jak bardzo będzie ją wykańczała ta miłość. Z kolei jak kobieta nie kocha, nic nie będzie się kleiło. Każdy gest, każde słowo męża będzie jej działało na nerwy, a tak się nie da żyć na dłuższą metę. Jeśli kobieta nie będzie miała interesu finansowego, żeby zostać, odejdzie. Wie pani… – Zerknął na mnie przelotnie, uśmiechając się zadowolony ze swojego przemówienia. – …że statystycznie to kobiety częściej występują o rozwód? Jak baba nie kocha, choćby nie wiem co, małżeństwa z tego nie będzie.

Analizowałam jego słowa. Jeszcze nie miałam odpowiedniego doświadczenia, żeby wyciągać wnioski dotyczące związków. Kto kogo kochał i czy kochał wystarczająco. Ten mężczyzna zasiał we mnie wątpliwość. Po co mi to?

Powinnam się skupiać na zadaniu i nie dawać się rozpraszać takimi pogaduszkami. Sprawa przecież nie dotyczyła mnie. Kochałam Kiliana ze wzajemnością.

Wysiadłam przed domem i oniemiałam. Mogłam się spodziewać willi, czegoś budzącego zachwyt, ale to? Nogi się pode mną ugięły. Powinnam była poprosić o spotkanie na neutralnym gruncie, gdzieś, gdzie nie czułabym się malutką dziewczynką patrzącą na czyjś dom jak na muzeum.

Niewiele myśląc, nacisnęłam przycisk domofonu. Sekundę później z głośnika rozległo się krótkie, pozbawione emocji „proszę”. Nie padło pytanie o to, kim jestem ani po co przyszłam. Zerknęłam w bok, na czarne urządzenie zamontowane nad furtką. No tak, obserwowały mnie. Czy powiedziałam coś na głos do samej siebie po tym, jak wysiadłam z taksówki? Jakieś słowa pocieszenia? Jakiś komentarz nie na miejscu typu „o ja pierdolę”, mający wyrazić zachwyt nad budynkiem? Przestałam się pilnować przed bramą. Jeśli faktycznie coś nieświadomie wypaliłam, co powinnam teraz zrobić? Zażartować z tego? Rzucić jakiś komentarz czy po wejściu udać głupią? Tego akurat nie musiałam grać. Błysnęłam głupotą, jeszcze zanim przekroczyłam próg.

W drzwiach czekała na mnie niska, przysadzista kobieta w bluzce i staromodnej spódnicy do połowy łydki. Jej duże piersi w źle dobranym biustonoszu wyglądały jak trójkąty. Do tego ta fryzura godna starszej pani, która każdego dnia tapiruje włosy. Przy tak pełnej twarzy te sterczące kłaki sprawiały, że głowa zdawała się jeszcze większa.

Uśmiechnęła się delikatnie, zapraszając mnie do środka. Gdy przekroczyłam próg, odwróciła mnie do siebie plecami i sięgnęła po mój płaszcz, który włożyłam raczej dekoracyjnie, a nie w celu zapewnienia sobie ciepła. Zdjęła mi go z ramion ostentacyjnie. Kiedy zwróciłam się do niej twarzą, zobaczyłam, że jest skupiona. Nie odezwała się słowem, kiedy równie stanowczo wyciągnęła z szafy kapcie o rozmiar lub nawet dwa za duże i rzuciła je pod moje stopy. Podniosła brwi, jakby dając mi do zrozumienia, że albo wejdę w kapciach, albo nie wejdę wcale. Zdjęłam prawie sześciocentymetrowe szpilki, odsunęłam je stopą na bok i skorzystałam z zaoferowanych mi płaskich laczków w niemodną niebiesko-szarą kratę. Po włożeniu tego koszmarnego obuwia czułam się tak, jakbym nagle uderzyła piętami w podłogę. Byłam przyzwyczajona do chodzenia na wysokich obcasach, więc łażenie w za dużych kapciach działało mi na nerwy jak mało rzeczy na świecie.

Kobieta nagrodziła mnie uśmiechem. Poprosiła o przejście za nią do pokoju, gdzie zapewne czekała pani Brzezińska. Pani Krystyna. Krysia. Przypomniałam sobie o naszej umowie i zwracaniu się do siebie po imieniu. Jezu, jakie to będzie trudne…

Szurałam kapciami, bo przy próbie podniesienia stóp klapały z impetem o podłogę. Sunęłam więc jak postać komediowa albo ktoś, kto próbuje wyfroterować parkiet. W końcu drzwi się otworzyły, a ja dojrzałam kasztanowłosą postać zwróconą do mnie tyłem. Krysia siedziała pochylona nad laptopem. Przerwałam jej pisanie? Będzie zła? Jeśli właśnie teraz dopadła ją wena, powinnam się wycofać, dać jej przestrzeń, bo natchnienie może już nie wrócić w takiej sile i formie.

– Czy my przeszkadzamy? – zapytałam żywo poruszona widokiem pisarki w pracy.

– Pani Krysi? – odezwała się gosposia. – Pani Krysi to całe życie trzeba przeszkadzać, inaczej nosa nie wyściubia z komputera.

Teraz rozumiałam, o czym mówiła na kolacji jej córka. Pani Bogusia przypominała apodyktyczną kurę domową, która zbyt pewnie poczuła się w kurniku. Alana i ja usunęłybyśmy kogoś takiego w mgnieniu oka, Krysia za to wykazywała się o wiele większą cierpliwością do ludzi i posyłała im serdeczny uśmiech. To w sumie dobry znak dla mnie. Potrafiła wybaczyć impertynencję. Może jeśli ja popełnię jakąś gafę – a taka na pewno się przydarzy – Brzezińska będzie równie wyrozumiała co w przypadku gosposi.

– Nie przeszkadzasz, kochanie – odparła, po czym zerknęła na moje stopy. – Pani Bogusiu, prosiłam przecież.

– Podłogi świeżo pomyte.

– Mnie nie przeszkadza – skłamałam, poruszając stopami jak w twiście.

Wolałabym stanąć przed nią odstawiona, dumna i najpiękniejsza, jaka tylko mogłam dzisiaj być. Tymczasem czułam się niczym Kopciuszek i jeszcze musiałam zapewniać, jak mi się podoba to niezręczne wymuszenie włożenia kapci, oraz udawać niewzruszoną sugestią, że podłogi są ważniejsze niż ja.

– Jej nie przeszkadza. – Służąca wykorzystała moje słowa. – Dobry człowiek doceni czyjąś pracę, a tu trzysta metrów podłóg. Kto by miał siłę to czyścić.

– Proszę o herbatę, angielską, w dzbanku. I ciasteczka – wydała polecenie Krystyna bez łapania oddechu pomiędzy wypowiadanymi z piękną dykcją słowami.

– Kupiłam bardzo dobrą wędlinę, wędzoną.

– Pani Bogusiu, łosoś, kapary i ser brie. – Krystyna mówiła to tak, jakby prezentowała nam te specjały, a nie prosiła o przygotowanie ich.

– Pani to te sztuczności lubi. – Gosposia się wzdrygnęła. – Zdrowego by pojadła, lepiej by się poczuła. Może książkę by lepszą napisała.

– Tak zrobię, ale jutro.

Podziwiałam Krystynę za tę anielską cierpliwość. Patrzyła bez cienia złości na podwładną, co więcej, tłumaczyła jej coś, co powinno być dla niej niepodważalną świętością. W końcu Bogusia dostała polecenie, nikt jej nie pytał o zdanie.

– Usiądź. – Wskazała mi kanapę naprzeciw. – Chcesz swoje buty?

– Nie, naprawdę… to żaden… – cedziłam, podchodząc powoli do mebla.

– Nie lubisz narzekać – zauważyła, a ja się uśmiechnęłam. Zdobyłam u niej punkt. Co tam niewygoda. Co tam dreptanie jak pingwin o krótkich nóżkach, skoro udało mi się pozyskać jej uznanie.

– Staram się patrzeć na wszystko pozytywnie. Jeśli dla kogoś coś ma znaczenie, kim ja jestem, żeby mówić, że nie ma.

– O. – Wystawiła palec do góry, po czym sięgnęła po telefon i zaczęła coś w nim stukać. – Zapisałam sobie.

– Czyli to prawda?

– To, że trzeba uważać przy pisarzu na słowa, jakie się wypowiada? – Podniosła zaczepnie brew. – Oczywiście, że tak. Pisarz obserwuje. Jego życie polega na patrzeniu i słuchaniu. Na analizowaniu każdej sytuacji i każdego człowieka. Pisarz jest trochę jak podglądacz w krzakach.

– Mam nadzieję, że wypadnę dobrze.

– Oj. – Skrzywiła się. – Zupełnie o tym nie myśl. Jesteś fantastyczną dziewczyną, a mój syn to szczęściarz, że go zechciałaś. Nie masz powodów do obaw. Skradłaś moje serce już podczas pierwszego spotkania.

Rozpogodziłam się. Tego mi było trzeba. Słów otuchy.

– Chciałabym cię lepiej poznać – wznowiła po sekundzie. – Co lubisz? Jaka jesteś? Co cię interesuje? Co sprawia, że wstajesz rano z uśmiechem, i co zmazuje ci go z twarzy? Co budzi twoją ciekawość, a co sprawia, że zamykasz się na nowości?

Uchyliłam usta w szoku. Nie przewidziałam takich pytań, nie przygotowałam na nie odpowiedzi. Nie miałam w zanadrzu ani jednego spontanicznego, błyskotliwego żartu. Miało być o moim pochodzeniu, o rodzicach, o planach na życie, a tymczasem Krysię interesowało co innego. Ja.

– Dużo tych pytań. – Odchrząknęłam, nie wiedząc, od czego zacząć.

– Za trudne? – zapytała jakby rozczarowana. – To przejdziemy do tego później, a teraz opowiedz, jak poznałaś mojego syna.

Ugryzłam się w język. Powinnam wrócić do tamtych tematów czy skupić się na tym ostatnim? Raz twierdziłam, że nie narzekam, a za chwilę narzekałam na zbyt duże zainteresowanie mną. Choć tempo tej rozmowy było takie samo jak każdej innej, odnosiłam wrażenie, że mój czas na reakcję jest krótszy.

– Opowiedz o was – poprosiła, jakby rzucając mi koło ratunkowe.

Krew zaczęła się ścigać w moich żyłach. Czułam jej pulsowanie w skroniach i gdzieś w klatce piersiowej. Potarłam kapciem o kapeć rozczarowana własną osobą. No mów! – popędzałam samą siebie.

– Poznałam Kiliana w szpitalu – zaczęłam i przełknęłam ślinę, jakbym wyznała grzech, a przecież powinnam być radosna i czarująca. Poprawiłam się na kanapie i po wzięciu oddechu kontynuowałam: – On przyjechał na ostry dyżur, a ja byłam wtedy na dyżurze… To znaczy na praktykach. To był mój drugi albo trzeci… dyżur.

Dyżur, dyżur, dyżur. Tyle powtórzeń w tak krótkiej wypowiedzi. Pisarce, która zajmuje się dobieraniem słów, moja niemożność wyrażenia się w bardziej elokwentny sposób musiała przysparzać sporo bólu. Czułam, jak pocą mi się dłonie, jak wzrok Krystyny przeszywa mnie na wskroś. Powtarzałam sobie słowa Kiliana o byciu sobą, o wyluzowaniu i tym motywowałam się do działania.

– Przyszła do mnie pielęgniarka – kontynuowałam – z informacją, że jest pacjent, który został uderzony kijem. Przeszłam do gabinetu, trzymając kartkę z jego danymi. Biorąc pod uwagę niezwykłe, rzadko spotykane imię, spodziewałam się obcokrajowca. Zaczęłam do niego mówić po angielsku… on mi odpowiedział. I tak rozmawialiśmy. Ja go pytałam o uraz, on tłumaczył. Potem wszedł jakiś kolega, chyba ten, który go uderzył… bo oni grali w golfa. – Czy wspomniałam o tym wcześniej, czy zapomniałam? Przecież to kluczowe. – W każdym razie on się do niego odezwał po polsku. Ja zaskoczona zapytałam, czy mówi po polsku, a on na to, że choćbym mówiła po serbsku, i tak by odpowiadał, bo to była komunikacja językiem miłości.

– Piękne – pochwaliła, a ja poczułam, że się rumienię.

– Zaprosił mnie na kawę. Wyszliśmy. I jakoś tak… zostało – dokończyłam swoją niezgrabną opowieść.

– Pracujesz jeszcze w szpitalu?

– Nie, to były tylko praktyki. Profesor mi je załatwił – odparłam nerwowo na wspomnienie tamtych wydarzeń, a ona uśmiechnęła się i pokiwała głową. – Teraz jestem w prywatnym gabinecie. Choć szpital był ciekawy. Przypadki bardziej ciekawe – dodałam, znów czując się jak idiotka powtarzająca wciąż te same słowa.

– To w czym tkwi różnica?

– W prywatnym gabinecie stomatologicznym ludzie zapisują się na zabiegi. Nie ma tego elementu zaskoczenia. Nagłych wypadków i złamań żuchwy. Jest bardziej… przewidywalnie.

– Więc dlaczego nie zostałaś w szpitalu?

– Ze względów finansowych. – Postawiłam na otwartość.

– Mój świętej pamięci mąż – zaczęła z szacunkiem – pracował w sektorze i publicznym, i prywatnym. Chyba właśnie z tego samego powodu. Chciał mieć ten dreszczyk emocji na dyżurze.

– Wielu lekarzy tak robi.

– Ale ty nie planujesz wracać?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi ponownie się otworzyły. Dopiero teraz zauważyłam, że są tutaj zamykane za każdym razem, gdy ktoś wychodzi z pomieszczenia. Pani Bogusia najpierw utorowała sobie przejście, następnie wjechała stoliczkiem na kółkach. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego. Ten niewielki gest przeniósł mnie do epoki elżbietańskiej, do salonu jakiejś ważnej hrabiny, do której ja, przedstawicielka ludu, przyszłam na ważną audiencję.

Wyprostowałam się, czując na sobie ciężar reprezentowania takich jak my – ludzi, którzy nigdy nie serwują herbaty w ten sposób. Zrobiło mi się głupio na wspomnienie pytania koleżanki, ile słodzi, i podawania jej napoju gotowego do picia. Cały ten pokój, ten wózek, powolne tempo gosposi budowały atmosferę. Chciałam pomóc, ale nie wiedziałam, jaka jest moja rola na takim spotkaniu.

Pani Bogusia podjechała pod stolik kawowy i postawiła na nim fikuśną porcelanę: dzbanek i dwie filiżanki na równie fikuśnych spodkach. Obok umieściła wysoką na trzy piętra paterę pełną pyszności: drobnych koreczków, krakersów i łódeczek z pieczonego chleba. Na dole znajdowały się słodkości: ciasteczka, torty i galaretki. Przełknęłam ślinę na widok tych łakoci. W innych okolicznościach próbowałabym wszystkiego i komentowała, co mi smakuje, a co nie. Przy Krysi nie mogłam sobie jednak na to pozwolić.

Zerknęłam na gosposię, która z pieczołowitością dekorowała stół jedzeniem. Tak, dekorowała, bo tej czynności nie można określić mianem podawania. Przesuwała serwetki i ustawiała świecznik, a na koniec wzięła z dolnej półki wózka dzbanuszek pełen stokrotek. Ten akcent rozłożył mnie na łopatki.

– Coś jeszcze, pani Krysiu? – Zlustrowała stół, jakby w myślach odhaczała listę.

– Może ciepłej wody z cytrynką?

– Już idę.

Kobieta wypchała pospiesznie wózek i przestrzegając rytuału, zamknęła za sobą drzwi. Siedziałyśmy, jakby ktoś wcisnął pauzę. Na coś z pewnością czekałyśmy, ale nie zamierzałam się ruszyć, dopóki gospodyni nie wykona pierwszego kroku. Po chwili pani Bogusia prawie wbiegła do pokoju. Postawiła na stoliku dwie miseczki z wodą, plasterkami cytryny i listkami mięty.

– To wszystko – skomentowała Krysia.

Czekałam, aż gosposia dygnie jak przed królową i wycofa się w półukłonie. Nie doczekałam się jednak. Odwróciła się na pięcie i po prostu wyszła.

– Proszę. – Krysia wskazała na stół.

Włożyła palce do wody, pomoczyła je chwilę, a następnie wytarła w serwetkę. Racja. Odświeżyła sobie dłonie. Nie chwyciła jednak niczego w palce. Posługiwała się sztućcami. Kręciło mi się w głowie z nadmiaru wrażeń.

Rozlała herbatę do filiżanek, zdjęła metalową pokrywę z podstawki i przysunęła w moją stronę tacę z cukrem, miodem i innymi słodzikami. Była przygotowana na wszystko. Obserwowałam ją z takim zachwytem, jakbym miała okazję oglądać wymierający gatunek.

– Wiesz, dlaczego cię zaprosiłam? – Podała mi filiżankę.

– Żeby mnie lepiej poznać – powtórzyłam to, co usłyszałam od niej wcześniej.

– Też, ale chcę, żebyś pomogła mi napisać thriller.

– Słucham?

– Czytasz thrillery?

– Tak, ale czytanie i pisanie to różnica. To jak z butami i szewcem. To, że noszę buty, nie oznacza, że umiem je zrobić. Jestem po stronie konsumenta, czytelnika, a nie wykonawcy.

– Ale jako konsument potrafisz wskazać, co w bucie uwiera. Właśnie dzięki temu, że dużo chodzisz, znasz produkt, w który ja zamierzam iść po raz pierwszy. – Korzystała dalej z mojej analogii, podczas gdy we mnie znów wzbierała fala ciepła. Czekałam, aż wypłynie mi na twarz.

– Ja… ja…

– Jesteś elokwentna, wysnuwasz fantastyczne wnioski, potrafisz obserwować.

– Czy to ma być thriller medyczny? – zapytałam, sądząc, że potrzebuje mnie jako konsultantki. Może pragnie pozyskać informacje o jakichś lekach albo substancjach, ewentualnie poznać sposób, w jaki dentysta przy użyciu gabinetowych substancji może zabić człowieka.

– Nie, nie sądzę. – Skrzywiła się nieznacznie. – Chcę napisać historię, która poruszy ludzi, ale nie tak jak romans. Która obudzi w nich ten pierwiastek, coś, czego się boją.

– Piękne założenie. Ale ja… choćbym nie wiem jak chciała, nie jestem w stanie pomóc.

– Lubiłaś pisać w szkole?

– Tak, ale…

– To wystarczy. Potrafisz ubrać myśli w słowa.

– Ja mam napisać ten thriller w całości? – Oczy wyszły mi z orbit. – Mam być ghostwriterem? Napisać za… ciebie?

– Nie, skąd. Chcę, żebyśmy nad tym usiadły we dwie. Omówiły możliwości, to, co może zrobić bohater. Skonstruowały fabułę, określiły moment kulminacyjny i ukrytą tajemnicę.

Zdałam sobie sprawę, że cały czas trzymałam filiżankę. Odstawiłam ją. Miałam ochotę uciec. Gdybym tylko przygotowała się na tę sytuację, zadbałabym o wyrażenie się w sposób kulturalny, ale stanowczy. Teraz panika zalała mnie niczym fala tsunami.

– Przykro mi… – Przybrałam najmilszy wyraz twarzy, na jaki mogłam się zdobyć, abym przez tę odmowę nie wyszła na wredną. – Nie jestem w stanie tego zrobić. Nie mam takiej wyobraźni.

– Zostało mi kilka miesięcy – powiedziała, patrząc gdzieś w podłogę.

Mimowolnie uchyliłam usta. Szybko je zamknęłam, zdawszy sobie sprawę, jak prostackie jest takie okazywanie emocji.

Miałam rację. Dobrze zinterpretowałam jej postawę podczas kolacji. Była chora, a ten thriller to coś, o czym marzyła, ale czego nigdy nie miała odwagi napisać.

– Przykro mi… naprawdę… – Zsunęłam się z krawędzi kanapy i dotknęłam dłoni Krysi. – Rozumiem, że nikt nie wie.

– Nikt. I nikt się nie dowie. – Podniosła wzrok. Przeszywała mnie pełnymi bólu oczami, zmuszając do złożenia obietnicy wbrew sobie.

– Nikt się nie dowie – potwierdziłam, zobowiązując się do kłamstwa wobec Kiliana. – Daję słowo.

– Więc jak sama rozumiesz… – Upiła łyk herbaty. – Jesteś moim planem awaryjnym. Jedni powiedzą, że cię wykorzystam, inni, że to będzie prezent. Ale ja na to patrzę inaczej. – Uśmiechnęła się zachęcająco. – Umieścimy na okładce oba nazwiska. Jeśli skończysz książkę beze mnie, możesz nawet wydać ją jako swoją…

– Jako swoją?! Nigdy! – przerwałam jej, a potem tego pożałowałam. Nie powinnam wchodzić w słowo starszej osobie.

– Podpiszemy umowę z wydawcą tak, abyś to ty otrzymywała tantiemy.

Wstała, podeszła do biurka, chwyciła leżący na nim plik kartek i wróciła. Niespiesznie odszukała jakiś fragment. Pokazała mi zapis, który już miała odpowiednio sformułowany. Wszystko wskazywało na to, że załatwiła umowę, zanim się ze mną spotkała. To oznaczało jedno: nie zakładała odmowy. Gdyby wzięła pod uwagę taką ewentualność, nie prosiłaby prawnika czy kogoś, kto się tym dla niej zajmował, o przygotowanie papierów.

– Tutaj. – Wskazała pomalowanym na czerwono paznokciem paragraf z pogrubionym tytułem „Wynagrodzenie”. Dostrzegłam pod nim jakieś procenty.

Buzowały we mnie emocje. Tekst umowy zlewał się i rozmazywał. Na niczym nie mogłam się skupić.

– Ale dlaczego? – Przeniosłam na nią spojrzenie.

– Bo chcę, żebyś ograniczyła pracę w gabinecie i przychodziła do mnie tak często, jak to możliwe. Chcę napisać tę książkę w miesiąc, góra dwa. Możesz to dla mnie zrobić?

– Tak… ale ja… mimo szczerych chęci… – Miętosiłam serwetkę na kolanach. – Ja… nie mam tego w sobie.

– Każdy ma. – Uśmiechnęła się. – Pisanie książek to kłamanie. Jedni kłamią lepiej, drudzy gorzej. Nie wątpię, że kiedyś kłamałaś. Nie pytam dlaczego. Chodzi jedynie o umiejętność przedstawienia komuś nieprawdy tak, aby jej nie kwestionował. Tylko tyle.

Łatwo powiedzieć. Zapomniała o umiejętności opowiadania, tworzenia historii i używania języka, który zachwyci ludzi. Jest jeszcze techniczna strona, a ja ostatnie wypracowanie pisałam w liceum.

– Dam ci coś do przeczytania. – Ponownie wstała, sięgnęła po pojedynczą kartkę z biurka i podała mi ją.

– Co to jest?

– Przeczytaj.

Oparłam się wygodnie i nabrałam w płuca powietrza, choć nie zamierzałam wypowiadać na głos ani jednego słowa. Sunęłam wzrokiem po zdaniach.

– Bardzo dobre! – pochwaliłam, wpatrując się w kartkę z historią dziejącą się ponad czterdzieści lat temu.

– Autor już na początku musi złożyć czytelnikowi obietnicę – powiedziała z dumą. – Jeśli tego nie zrobi, jeśli nie chwyci czytelnika za gardło już pierwszym akapitem, to go straci.

– Właśnie dlatego się nie nadaję…

– A co byś zmieniła? – Puściła moje sprzeciwy mimo uszu.

Zamyśliłam się. Wróciłam wzrokiem do kartki. Rzucało mi się w oczy kilka drobnostek, ale czy miałam prawo krytykować autorkę tylu książek?

– Mów – ponagliła.

– Nie nadawałabym bohaterowi imienia Kazio – przyznałam. – Kazio to fajny chłopak. Może zabawny student, może…

– Może? – Uniosła brew, czekając.

– Szurnięty psychopata, który używa zdrobnienia, żeby wzbudzić zaufanie – dokończyłam, a ona się uśmiechnęła.

– Jesteśmy w domu! – Klasnęła w dłonie. – Zrobimy tak. Ja będę pisała, a ty będziesz czytała. Chcę, żebyś była na bieżąco z każdym zamkniętym rozdziałem. Chcę, żebyś szukała inspiracji. Pisała mi notki o tu. – Wyjęła spod stolika zeszyt, tak jakby czekał tam na ten moment od zawsze. Ona naprawdę wiedziała, że mnie przekona, zanim tu przyszłam. – Notuj, jak widziałabyś rozwój akcji. Co wniosłyby do historii postacie, gdyby zrobiły daną rzecz.

– Rozumiem, ale…

– Na koniec to omówimy, a jeśli nie starczy nam czasu, podejmiesz decyzję, czy twoja praca powinna zastąpić moją. Ufam ci w stu procentach.

Zatkało mnie. Przecież my się w ogóle nie znałyśmy. Czy nie mówi się, że każda książka jest dla autora jak własne dziecko? Jak mogła mi powierzyć coś tak bliskiego sercu, nie mając pojęcia, co z tym zrobię? Co jeśli za bardzo uwierzę w swoje możliwości, za mocno popłynę i postanowię zmienić jej powieść nie do poznania?

– Postaram się załatwić dla ciebie wszystko tak, abyś miała taką wygodę pisania, jaką mam ja – zapewniła.

– Wszystko, czyli co?