Zbrodnia po irlandzku - Aleksandra Rumin - ebook

125 osób właśnie czyta

Opis

Egzotyczne wycieczki to niebezpieczne hobby. Co roku kilkuset spragnionych wrażeń Polaków ginie podczas wakacyjnych wojaży. Dlatego nikogo nie dziwi, że nieszczęścia dotykają również uczestników wyprawy do Irlandii z biurem podróży „Hej Wakacje”. Nikogo poza pilotem wycieczki, którego męczy przeczucie, że coś tu nie gra. Tomasz Waciak nie ma jednak czasu na dochodzenia, bo musi się użerać z irlandzką pogodą, roszczeniową starszą panią, ciągłymi zmianami programu, zatruciami pokarmowymi i nieprzepartą ochotą, żeby strzelić sobie drinka. Albo trzy.
Druga powieść Aleksandry Rumin to cięta satyra na Polaków za granicą, pełna obyczajowych obserwacji, wyrazistych postaci i najdziwniejszych perypetii. No i zbrodni, rzecz jasna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2019 ALEKSANDRA RUMIN

All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © WYDAWNICTWO INITIUM

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:PIOTR CHOJNACKI

Korekta:KATARZYNA KUSOJĆ

Koncepcja okładki: PATRYK LUBAS

Wykonanie ilustracji okładkowej: DOMINIK BRONIEK

DTP:PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna:ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB

WYDANIE I

ISBN 978-83-62577-99-6

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:initium@initium.pl

facebook.com/wydawnictwo.initium

Skład wersji elektronicznej: MARCIN KAPUSTA

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

Sierpniowy poranek był wyjątkowo chłodny.

Rudolf Stanisławski żałował, że dał się namówić na przebieżkę po pobliskim lasku, bo cienki dres, który kupił w luksusowym sklepie z odzieżą sportową, nie chronił go przed przejmującym zimnem.

Koniec lata, psia twoja mać, pomyślał ze złością i spojrzał wymownie na przyspieszającego kompana, ale osiemdziesięcioletni Henryk Górski nic sobie nie robił z gwałtownego załamania pogody.

– Jeszcze jedno kółeczko, panie Rudolfie? – zapytał staruszek i demonstracyjnie ściągnął przepoconą koszulkę bez rękawów, ukazując światu muskularny tors.

– Innym razem, panie Henryku – wycedził Stanisławski, bo stracił czucie w palcach i zaczynał szczękać zębami. – Praca czeka! – próbował się usprawiedliwiać, bo nie chciał wyjść na mięczaka przed atletycznie zbudowanym sąsiadem.

– W takim razie nie zatrzymuję – dodał z uśmiechem emerytowany generał Henryk Górski, pseudonim Chyży, i ruszył ścieżką prowadzącą w głąb lasku. – Widzimy się w przyszłym tygodniu! – krzyknął na pożegnanie i zniknął za zakrętem.

– Po moim trupie – wyszeptał Rudolf. – Niedawno stuknęła mi pięćdziesiątka! Kiedy tak zramolałem? – zapytał przelatującego obok motylka, ale kolorowy owad nie raczył udzielić mu odpowiedzi.

Mężczyzna westchnął i ruszył truchtem w stronę domu, bo marzył o filiżance gorącej herbaty z wysokoprocentową wkładką.

Warszawa dopiero budziła się ze snu.

Ulice świeciły pustkami, po chodnikach przemykali nieszczęśliwi posiadacze czworonogów oraz przedstawiciele lokalnej bohemy, zwani pieszczotliwie menelami, którzy wracali do domu po nocnych wernisażach pod chmurką.

Rudolfowi została ostatnia prosta, marne kilkaset metrów, ale ledwo powłóczył nogami. Postanowił skrócić sobie drogę i skręcił w Kasprowicza. Od razu dostrzegł, że przed wejściem do biura stoi pani Kasia i zadziera głowę, a to oznaczało kłopoty.

– Dzień dobry! – wykrzyknął nieszczęsny biegacz i spojrzał na zegarek. – Dopiero wpół do siódmej! Co pani tu robi?!

– Dzień dobry, szefie – odparła Katarzyna Malinowska i poprawiła wściekle czerwony żakiet. Mimo wczesnej pory jej długie włosy zostały upięte w fikuśny kok, a usta starannie wyszminkowane. Sekretarka z dziesięcioletnim stażem wyglądała jak marzenie.

– Zadzwoniła Kisielewska. W nocy ukradli „H”! – Wskazała ręką na fantazyjny szyld złożony z pomarańczowych liter monstrualnych rozmiarów.

– A to granda! – Rudolf nie krył zdenerwowania i ze złością lustrował miejsce przestępstwa. – Świnie nie ludzie! Nie dość, że w zeszłym miesiącu buchnęli nam „W”, o nie! Teraz położyli łapy na „H”! Ta okolica schodzi na psy, pani Kasiu. Od początku twierdziłem, że to całe metro przyniesie nam więcej kłopotów niż korzyści. Nazjeżdżało się tego tałatajstwa i teraz mamy skutki! Zaraz… – Przyjrzał się uważniej ścianie nad wejściem. – Domalowali?!

– Domalowali, szefie! – Kasia cichutko zachichotała. – Mówiłam, że pomysł z oddzielnymi literami nie był najlepszy, bo łatwiej takie gwizdnąć! Całości by nie odkręcili, ale z pojedynczymi radzą sobie bez najmniejszego kłopotu. Fachowców nam trzeba. Znowu będziemy czekać w nieskończoność, aż artysta weźmie się do roboty…

Litery ginęły seriami.

Wiedzieli o tym właściciele lokalnych kafejek i sklepików. Najpierw padło na niezwykle popularny w okolicy barek „U Wujka”. Ktoś ukradł mosiężną literę „W” i w pustym miejscu nabazgrał różowym sprayem „CH”. Było z tego trochę śmiechu, przyjechała nawet telewizja, a przechrzczony punkt gastronomiczny dostał swoje pięć minut chwały.

Dwa dni później zniknęło kolejne „W”. Tym razem złodziej żartowniś podniósł rękę na przedsięwzięcie biznesowe Rudolfa. Wszyscy mówili, że „Hej Wakacje” to głupia nazwa dla biura podróży, ale on się uparł i od razu zamówił wymyślny szyld, którego głównym zadaniem było przyciąganie klienteli. Nikogo nie przyciągnął, bo stali klienci woleli robić rezerwacje przez internet i tylko nieliczni fatygowali się na Bielany. Utrata „W” nie odbiła się na obrotach firmy, ale napsuła krwi pracownikom.

„Hej akacje” budziło zdziwienie wśród przechodniów. Niektórzy myśleli, że to nowa siedziba sklepu ogrodniczego, który dawniej mieścił się przecznicę dalej i cieszył sporą popularnością, więc zachodzili do biura i dopytywali o najnowsze sadzonki. Rudolf się wściekał, ale artysta od szyldów okazał się nieugięty, bo prawdziwa sztuka wymaga czasu.

Minęły trzy tygodnie, napis był znowu kompletny, ale znad sklepu spożywczego po drugiej stronie ulicy zniknęło „H”. Nikt nie miał wątpliwości, że właśnie zaczęła się nowa seria. Rudolf żył w stanie ciągłej niepewności, aż wreszcie stało się najgorsze.

– Kisielewska ma z mieszkania świetny widok na całą ulicę, a że cierpi na bezsenność od dnia, w którym buchnęli jej „K”… – Kasia pozwoliła sobie na uśmiech, bo nadal pamiętała, jakiego rabanu narobiła kierowniczka sklepu zoologicznego „Kurka wodna”. Żart złodzieja odebrała bardzo osobiście i publicznie rozpaczała, że na stare lata zrobiono z niej burdelmamę. – Wandala nie widziała, ale od razu chwyciła za telefon, żeby mnie powiadomić, więc przyjechałam.

– Dziękuję, pani Kasiu.

– Co teraz zrobimy?

– „Gej Wakacje”? Cholerny bandyta! – grzmiał załamany właściciel. – Musimy zadzwonić do tego przeklętego artysty, a na razie zakryjemy jakąś szmatą…

– Ale czy ja dosięgnę… – zaczęła niepewnie pracownica, bo miała na sobie najlepszą garsonkę i na samą myśl o wygibasach na wysokości robiło jej się słabo.

– Proszę przynieść drabinę ze składziku. Jestem teraz na sportowo, więc szybciutko się uwinę. Przecież nie wypada, żeby się pani gimnastykowała w takim eleganckim kostiumie.

– A nie powinniśmy tego zgłosić?

– Komu?

– Odpowiednim organom. Policji, a może i wyżej. Niech w końcu złapią tę złodziejską łajzę, bo ludziom puszczają nerwy, że o stratach materialnych i moralnych nawet nie wspomnę!

– Proszę nie żartować. Nic nie mogą, nic nie potrafią zrobić. Pochodzą, pofotografują, a na końcu dostaniemy urzędowe pisemko, że sprawcy nie wykryto i tym podobne bzdury. Mała szkodliwość społeczna, więc nikogo to nie zainteresuje. Szkoda czasu i atłasu.

Pani Kasia skinęła głową, otworzyła drzwi do biura i posłusznie poszła poszukać drabiny. Szef został przed budynkiem i wciąż jeszcze szacował rozmiar zniszczeń, gdy usłyszał za plecami piskliwy głosik:

– Na ziemię, frajerze, bo strzelam!

Zaskoczony Rudolf odwrócił się na pięcie i ujrzał bardzo młodego, barczystego policjanta. Za nim stał drugi, lekko siwiejący na skroniach, o surowym wyrazie twarzy.

– Panowie… – zaczął, ale nie skończył.

Sekundę później leżał na chodniku, a gorliwy funkcjonariusz przyciskał go kolanem do ziemi.

– Oj, Pawełku! Jak cię uczyłem?! „Stać! Policja!”, a nie od razu rzucasz się do powalania klienta. A jak to jest zupełnie niewinny obywatel, co?!

– Jak niewinny, tatuś?! Przecież w dresie jest, znaczy się, że element przestępczy!

– Nie mów do mnie „tatuś”! Przecież jesteśmy na służbie! Ile razy mam ci powtarzać?! – dorzucił z wyrzutem starszy z policjantów, a w myślach pomstował, że los go pokarał takim durnym synem.

– Przepraszam, tatuś, to się więcej nie powtórzy, ale skoro gnój chodzi po okolicy w dresie, to bankowo coś kombinuje, bo po co stałby przed wejściem i oglądał litery? To na pewno ten złodziej, co go szukamy od tygodni – odpowiedział z przekonaniem młody i mocniej docisnął wyrywającego się mężczyznę. Właśnie chciał go uspokoić fachowym kopniakiem pod żebra, gdy w drzwiach ukazała się pani Kasia. Rzuciła okiem na policjantów, przeniosła spojrzenie na chodnik i zobaczyła sponiewieranego szefa.

– Co pan wyprawia! – wydarła się na funkcjonariusza. – Proszę go puścić! Natychmiast!

– Szanowna pani – zaczął starszy z policjantów – właśnie trwa interwencja, a my zatrzymaliśmy groźnego przestępcę, więc gdyby była pani łaskawa…

– Jakiego przestępcę?! To jest pan dyrektor Rudolf Stanisławski!

– Są w zmowie, tatuś! – włączył się młodszy. – Jak się lala będzie rzucała, to ją zdzielę pałką!

– Milcz, smarkaczu! – wrzasnął starszy, bo mina wytwornej damy mówiła mu, że wpadli jak śliwka w kompot. – Puść pana, bo zaszła straszna pomyłka.

Rudolf został podźwignięty na nogi, ale czuł się tak, jakby przejechała po nim ciężarówka.

– Złożę skargę… – wysyczał ze złością.

– I po co te nerwy, szanowny panie?

– Nawet na ochroniarzy do Biedronki was nie wezmą! – Teraz Rudolf otwarcie groził. – Do telewizji zadzwonię…

– Wykonujemy nasze obowiązki. – Starszy przestraszył się nie na żarty, bo z czwartą władzą wolał nie zadzierać. – Chodźmy, młody – rzucił po cichu do syna. – Bardzo przepraszamy!

Policjanci zwiewali, aż się za nimi kurzyło. Rudolf spojrzał na dres, który po bliskim spotkaniu z chodnikiem nadawał się tylko na szmaty.

– Pan idzie do domu, szefie – powiedziała Kasia. – Sama się tym zajmę… – Wskazała na odblaskową literę „G” nad wejściem.

– Nie, moja droga, mam lepszy pomysł. Proszę ją zostawić! Kto wie, a nuż zyskamy nowych klientów? Niech cała dzielnica wie, że jesteśmy otwarci na mniejszości! Każda reklama jest dobra! – rzucił sentencjonalnie i westchnął, bo poczuł się straszliwie zmęczony. – Skoczę się przebrać, pani Kasiu. O dziesiątej nawiedzi nas Baronowa Raszpla, więc o jedenastej chcę widzieć pracowników w konferencyjnej. Omówimy strategię na najbliższe tygodnie.

– Wszystkich, szefie? Pana Wawrzyńca też?

– Nie wymagam od pani rzeczy niemożliwych! – zaśmiał się Rudolf i pobiegł truchcikiem w stronę domu.

Od upragnionej filiżanki gorącej herbaty dzieliła go jedna przecznica, którą pokonał w rekordowym tempie. Skromna, dziesięciopokojowa willa przy ulicy Lipińskiej pogrążona była w ciszy. Rudolf poszedł prosto do kuchni, bo tam miał zazwyczaj najmniejsze szanse na spotkanie żony, ale tym razem Justyna Stanisławska czaiła się za kredensem.

– Dzień dobry, kochanie! – wrzasnęła znienacka i patrzyła z satysfakcją, jak małżonkowi wypada z ręki filiżanka i roztrzaskuje się o marmurową podłogę. – Jak się trenowało mojemu misiaczkowi?

– Przez ciebie dostanę zawału! – Rudolf spojrzał na Justynę ze złością, w głębi duszy życząc jej nagłej i bolesnej śmierci.

– Przepraszam, najsłodszy – zaszczebiotała. – Znowu zostawiłeś telefon w przedpokoju. Dzwonił hydraulik, ale jak tylko odebrałam, to się rozłączył. Bezczelność! Ale to dziwne, prawda? Mamy problem z rurami?

– Z jedną na pewno – odpowiedział Rudolf, zanim zdążył się ugryźć w język. – To są męskie sprawy, Justyno. Wolał rozmawiać ze mną, a nie z kimś, kto się na tym kompletnie nie zna. Oddzwonię. – Złapał za telefon i pognał na górę.

Gdyby się odwrócił, zobaczyłby kpiący uśmiech, który posłała mu małżonka.

W zaciszu łazienki Rudolf sprawdził połączenia: pięć nieodebranych od „hydraulika”. Niedobrze. Wybrał numer.

– To ja, Biedroneczko – wyszeptał do aparatu. – Nie uwierzysz, co mnie dzisiaj spotkało…

Rozdział 2

Biuro podróży „Hej Wakacje”, mieszczące się na parterze wiekowej kamienicy przy ulicy Kasprowicza, miało rzeszę wiernych klientów. Z tego powodu właściciela i dyrektora w jednej osobie, Rudolfa Stanisławskiego, rozpierała uzasadniona duma. Nie ufał wielkim przedsiębiorstwom turystycznym, dla których liczył się tylko zysk, a nie zadowolenie i wygoda podróżujących. W „Hej Wakacje” każdy mógł liczyć na indywidualne podejście i fachową obsługę, o którą dbali starannie wyselekcjonowani pracownicy.

Katarzyna Malinowska była prawdziwym skarbem i prawą ręką szefa. Do jej obowiązków należało organizowanie codziennej pracy biura i nadzorowanie trzech obrotnych, ale nieobliczalnych konsultantów, którzy zajmowali się szeroko rozumianą obsługą klienta.

Daniel, Dawid i Damian, czyli bielańskie „Trzy De”, ciągle coś rezerwowali, potwierdzali, przebukowywali i robili przy tym dużo zamieszania.

Za najbardziej tajemniczego pracownika Rudolfa uchodził Wawrzyniec Florczak, odpowiedzialny za pion techniczny, a więc serwisowanie komputerów i administrowanie stroną internetową. Rudowłosy informatyk zajmował niewielki pokoik na tyłach biura, z nikim nie rozmawiał i unikał ludzi jak ognia, ale pracował wzorowo, więc nie przejmowano się jego mrukliwością i ogólnym brakiem ogłady.

Oprócz szóstki stacjonarnych pracowników, którzy zawsze byli na miejscu, „Hej Wakacje” współpracowało z całą armią pilotów wycieczek, tłumaczy, rezydentów i innych specjalistów z branży turystycznej.

Zegar w kształcie tukana, który Rudolf przywiózł wiele lat temu z zagranicznych wojaży, wybił dziewiątą, gdy szef przekroczył próg biura. Stanisławski od razu udał się do gabinetu, bo została mu godzina na przygotowanie się do nieprzyjemnego spotkania.

Kasia dostała informację o planowanej wizycie i czekała w pogotowiu. Kiedy Baronowa Raszpla zjawiła się w „Hej Wakacje”, sekretarka serdecznie ją przywitała, a potem poprowadziła do salki konferencyjnej i zaproponowała filiżankę kawy.

Rudolf szykował się do ataku.

– Szanowna pani Downar-Wiśniowiecka! Jakże się cieszę z pani odwiedzin! To prawdziwy zaszczyt, najprawdziwszy! – zaczął przymilnie.

– Niech pan przestanie tak bezwstydnie kadzić starej kobiecie, panie Rudolfie, bo naprawdę nie wypada! – odpowiedziała wytworna dama w wytartym futrze, ale ucieszyło ją podejście gospodarza.

Maria Downar-Wiśniowiecka przywykła do tego, że się przed nią dyga, więc niczego innego nie oczekiwała. Ta legendarna wręcz wyniosłość przyniosła jej mało eleganckie przezwisko. Nikt nie mówił o niej inaczej jak Baronowa Raszpla, ale tylko za jej plecami, bo mimo zaawansowanego wieku dama budziła powszechny strach.

– Jakżebym śmiał! Jakżebym śmiał! Czy przemyślała pani moją propozycję?

– Nie jestem przekonana…

– Ale tak mało czasu zostało, naprawdę malutko. Last minute, więc i cena będzie przystępniejsza. Nie dopłaci pani ani grosza!

– Koszty nie grają roli – odparła klientka, chociaż oboje wiedzieli, że to nieprawda, bo z bajecznej fortuny po zmarłym mężu niewiele jej zostało.

– Oczywiście! Ale dlaczego nie skorzystać z nadarzającej się okazji? W pakiecie dorzucimy bilety wstępu gratis…

– Nie wiem, sama nie wiem… – przeciągała, bo chciała ugrać darmowe posiłki.

– …i kolacje, rzecz jasna. Podpisujemy umowę? – zapytał Stanisławski z nadzieją w głosie.

– Jak się nazywa ta cała wyprawa?

– „Szmaragdowa przygoda”. Nasz największy hit!

– Skoro cieszy się taką popularnością, to jakim cudem nadal są wolne miejsca? Niecały tydzień przed wylotem? – odparowała Baronowa Raszpla, ale Rudolf nie wyglądał na zaskoczonego.

– To nie jest jakaś tam Tunezja czy inne wylegiwanie się na plaży dla mało wymagających turystów. Mówimy o wyjeździe dla prawdziwych koneserów, ludzi o wysmakowanych gustach. Na liście uczestników mamy samych prezesów, naukowców i przedstawicieli wyższych sfer. Nie każdemu proponujemy „Szmaragdową przygodę”, tylko wybranym. – Dyrektor konspiracyjnie ściszył głos, jakby ci niewybrani mogli go usłyszeć.

– Ale co tam jest ciekawego do zwiedzania?

– Długo by wymieniać, szanowna pani. Program został opracowany przez naszych najlepszych specjalistów. Jedynie wyrafinowane zabytki, żadnego odpustu dla mas! Budowle sakralne, wyłącznie katolickie! A do tego piękno dzikiej przyrody i ożywcze powietrze znad oceanu!

– I trzysta deszczowych dni w roku? – zakpiła dama. – Z moimi schorzeniami…

– Obawiam się, że konkursowy voucher na niebagatelną kwotę pięciu tysięcy złotych jest ważny do trzydziestego pierwszego sierpnia. Jeżeli go pani nie zrealizuje, nagroda automatycznie przepada. – Rudolf postanowił odwołać się do legendarnego skąpstwa rozmówczyni. – Tak stanowi regulamin. O tej porze roku większość miejsc jest zarezerwowana. Została nam Ghana i Senegal, ale nie śmiem proponować, no i tego rodzaju wyjazd wiązałby się z dodatkowymi kosztami…

– Tak, rozumiem. Niech będzie. Gdzie mam podpisać? – zapytała, jakby robiła Rudolfowi największą łaskę na świecie.

– Tutaj, szanowna pani. Mam dla pani pakiet klienta: broszurki, plan wyjazdu, informacje dotyczące wylotu, przewodnik. Bardzo proszę.

Baronowa Raszpla chwyciła ślicznie zapakowane pudełeczko, ale nie raczyła podziękować. Odpłynęła z salki konferencyjnej, żegnana głębokimi ukłonami znękanego Rudolfa. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Stanisławski odetchnął i zawołał panią Kasię.

– Jak poszło, szefie?

– Dobrze, bardzo dobrze, znakomicie. Zgodziła się na „Szmaragdową przygodę”.

– Pan to umie czarować! – zaśmiała się Kasia. – Żeby tak samej Baronowej wcisnąć Irlandię, no, no! – chwaliła, bo szef naprawdę jej zaimponował.

Nowa wycieczka w ofercie biura „Hej Wakacje” okazała się jedną wielką porażką. Ludzie słyszeli nazwę i wykazywali zainteresowanie, a potem dowiadywali się, dokąd mieliby polecieć, i szybko rezygnowali. Do Irlandii można się wybrać do pracy na zmywaku, ale nie na letni odpoczynek, twierdzili ci bardziej uprzejmi. Reszta pukała się w głowę i żądała przedstawienia oferty wyjazdów all inclusive do Egiptu, Turcji czy Hiszpanii.

Rudolf tego nie rozumiał, bo wiele lat temu zakochał się w Szmaragdowej Wyspie i marzył o włączeniu Irlandii do oferty biura. Dwa miesiące przed planowaną premierą na liście chętnych było dokładnie zero przecinek zero osób, a szef, ślepo wierzący w powodzenie nowego kierunku, wcześniej zarezerwował po dziesięć pokoi dwuosobowych na całej trasie przejazdu i wpłacił zaliczkę. Pieniądze miały przepaść, a cała koncepcja wziąć w łeb. Wtedy Stanisławski wpadł na szatański pomysł.

– Ogłosimy konkurs! – oświadczył pracownikom. – Wylosuje się dziesięć osób i uroczyście wręczy vouchery na dowolny wyjazd… prawie dowolny. Wawrzyniec tak zmodyfikuje naszą stronę, żeby wpisanie kodu z vouchera automatycznie przekierowywało na zakładkę ze „Szmaragdową przygodą” i nie dało się zrobić samodzielnie innej rezerwacji, a tymi, którzy pofatygują się do nas, zajmę się osobiście!

– A jak ktoś się będzie upierał przy innej imprezie?

– Tak mu namnożę dodatkowych opłat, że się nie pozbiera! Ludzie uwielbiają gratisy, więc nikt nie będzie kręcił nosem na darmową wycieczkę. Jestem o tym przekonany!

– Na jakich zasadach będzie przebiegało losowanie? – dociekali konsultanci, bo sami mieli chrapkę na bezpłatne wakacje.

– Niech was o to głowa nie boli! Wawrzyniec opracował jakiś specjalny algorytm. Nie wiem, nie znam się, zostawmy to lepiej specjalistom.

– Ile to będzie kosztowało, szefie? – dopytywała pani Kasia.

– Tniemy koszty, gdzie się da, dlatego ograniczyłem liczbę uczestników. Skoro to przypadkowe osoby, które się nie znają, nie możemy wymagać, żeby mieszkały ze sobą w pokojach dwuosobowych, a dopłata do jedynki skutecznie zniechęci je do wyboru „Szmaragdowej przygody”. Niech zwycięzcy mieszkają jak paniska, a my sobie odbijemy na innych wyjazdach – zawyrokował. – To będzie grupa testowa: sprawdzą trasę, hotele… Na koniec imprezy damy im ankiety do wypełnienia i zgodnie z zawartymi w nich sugestiami zmodyfikujemy program.

Konkurs okazał się sukcesem, napisało o nim kilka gazet. Rudolf z uśmiechem wręczał kolejne vouchery na kwotę pięciu tysięcy złotych i cieszył się z dodatkowej reklamy. Po tygodniu od ogłoszenia wyników losowania na liście uczestników znalazło się dziewięć osób i wtedy do „Hej Wakacje” dotarła smutna wiadomość.

Pan Antoni Śledziona, który jako pierwszy dał się przekonać do wyjazdu, odszedł na łono Abrahama w wyjątkowo niecodziennych okolicznościach. Dostał rozległego zawału serca po tym, jak funkcjonariusze CBŚ pomylili kamienice i o szóstej rano wyważyli drzwi do jego mieszkania. Powalony na podłogę Antoni Śledziona, wzorowy obywatel i emerytowany geodeta, został spacyfikowany przez gorliwych funkcjonariuszy, a protesty biedaka zostały skwitowane kulturalną odpowiedzią: „Stul mordę, bandyto!”. CBŚ przeprosiło w mediach za to „małe nieporozumienie”, a niedoszły turysta wylądował w trumnie.

Jakby tego było mało, na tamten świat zabrał się drugi zapisany uczestnik – pan Sylwester Mączyński, ale jego historia okazała się mniej dramatyczna, bo alkohol metylowy wykończył wcześniej niejednego porządnego chłopa.

Rudolf załamał ręce, ale brakowało czasu, żeby szukać zastępstwa, bo czekały go jeszcze burzliwe pertraktacje z Baronową Raszplą.

– Mówi się trudno, rezerwuje się dalej! – stwierdził z przekonaniem. – Tylko osiem osób plus pilot i kierowca. Tak będzie nawet lepiej, bo wciśnie się całą dziesiątkę do mniejszego busa i tym samym zaoszczędzimy na transporcie.

Lista uczestników została w końcu zamknięta. Pozostało odliczanie dni do wyjazdu.

– No to mamy komplet! – wykrzyknął uradowany Rudolf. – Zawołaj pozostałych, zaczynamy zebranie! – zwrócił się do Kasi, ale ta ciągle stała w progu z niewyraźną miną.

– Szefie, mamy problem. Dzwoniła Barbara.

– I?

– Została przygnieciona przez słonia. Nie wróci ze Sri Lanki przez najbliższy miesiąc!

– Rany boskie, toż to tragedia! – wykrzyknął Stanisławski. Nie dlatego, że zrobiło mu się żal poturbowanej pilotki, ale dlatego, że to ona była w „Hej Wakacje” specjalistką od Wysp Brytyjskich. – Pani Kasiu, proszę zadzwonić do Anki. Będzie musiała przejąć Irlandię.

– Nic z tego, szefie. Jest w ciąży.

– Ciąża to nie choroba. Który miesiąc?

– Ósmy.

– To chyba latać może? – zapytał, chociaż z góry znał odpowiedź.

– Oczekuje narodzin trojaczków, więc wątpię, żeby się zgodziła. – Kasia parsknęła śmiechem. – Skontaktuję się z Bartoszem.

– Bartosz odpada. Za dobre sprawowanie wyjdzie dopiero w październiku. – Rudolf intensywnie myślał. – A Halinka?

– Przykuta do drzewa w Puszczy Białowieskiej.

– Na nikogo nie można liczyć! – pomstował Rudolf. – Zosia?

– Dochodzi do siebie po operacji powiększania pośladków – powiedziała z powagą Kasia. – Dajmy szansę Jędrkowi!

– Za duże ryzyko. Znowu nakradnie po hotelach i najemy się wstydu.

– Szkoda. Taką ładną suszarkę mi przywiózł z Kanady. I dwa komplety ręczników…

– Pani Kasiu, proszę sobie nie żartować! – Pogroził palcem Rudolf, ale sam się uśmiechnął, bo dzięki pilotowi kleptomanowi też się nieźle obłowił. – Zerknę do notesu na czarną godzinę… – Zawzięcie wertował kartki. – Zygmunt nie, bo podczas ostatniego meczu wdał się w bijatykę i wybili mu przednie zęby… Aldona ma zakaz wjazdu do większości europejskich państw… O! Wojtek! Dlaczego wcześniej o nim nie pomyślałem?!

– Otrzymał dar powołania i przebąkuje o wstąpieniu do seminarium. Uparł się, żeby go wysyłać wyłącznie do krajów biblijnych! – usłużnie przypomniała Kasia.

– Aneta?

– Dostarczyła zaświadczenie od lekarza. Fobia, ciężki przypadek.

– Czego się boi? Może jakoś da się obejść…

– Owiec, szefie, owiec!

– Jasna cholera! Przecież to takie sympatyczne zwierzaki!

– Kilka lat temu zaciął się, biedaczce, odtwarzacz DVD i przez kilka tygodni oglądała wyłącznie Milczenie owiec…

– Krystian?

– Karmiony dożylnie.

– Chcę wiedzieć…

– Nie chce pan, szefie.

– Franek?

– Wciąż na bezludnej wyspie.

– Że jak?

– Bierze udział w tym przygodowym reality show.

– To pewnie nie ma sensu pytać o Gośkę?

– Zdjęcia do kolejnego sezonu Warsaw Shore jeszcze się nie skończyły, a po nagraniu i tak przez kilka tygodni będzie nie do życia.

– Ula?

– Żeni się w najbliższą sobotę.

– Mówi się: wychodzi za mąż, pani Kasiu.

– Wiem, jak się mówi, szefie, ale ona się żeni. Ze swoją dziewczyną. Przecież dostał pan zaproszenie na wesele w Amsterdamie.

– Faktycznie! Gdzieś się tutaj poniewierało… – Zaczął przerzucać papiery, które walały się po całym biurku. – Jest! Urszula i Anouk… Myślałem, że Anouk to imię męskie.

– Żeńskie, szefie.

– Przypomnij mi, żebym jakieś kwiaty wysłał czy coś… – zamruczał Rudolf, bo kończyły mu się imiona w notesie. – Alicja?

– Odeszła z zawodu. Teraz zasiada w zarządzie Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Podobno zarabia tam kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.

– Myślałem, że skończyła kulturoznawstwo! Zna się na zbrojeniach?

– Zna odpowiednich ludzi, a to wystarczy.

– Skoro tak, to trochę żałuję, że nie byłem dla niej milszy. Pewnie by mi załatwiła państwową posadkę, a tak – muszę się z wami męczyć! – Rudolf udał oburzenie. – Hubert? Do tej pory nigdy mnie nie zawiódł!

– Jest w żałobie.

– Matko Boska! Po kim?!

– Po Zygfrydzie.

– Ktoś z rodziny?

– Pies rasy chihuahua.

– Litości! To biuro podróży czy dom wariatów?! – grzmiał Rudolf. – À propos, czy ktoś pamiętał o nakarmieniu lepszego sortu? – Spojrzał wymownie w stronę wielkiego akwarium, w którym pływały dwie rybki.

Zaledwie kilka miesięcy wcześniej były ich dziesiątki. Osobiście zamówił zbiornik na Allegro, a w kwestii doboru rybek zdał się na użytkownika „AguaMaster”, który reklamował się jako „wybitny ekspert z wieloletnim doświadczeniem”. Po tygodniu liczba mieszkańców akwarium spadła o dziewięćdziesiąt procent, a wkrótce zostały tylko dwie. Rudolf się wściekł, że ktoś mu wcisnął pokrytych łuską kanibali, i postanowił obić mordę „AguaMasterowi”. Znalezienie oszusta nie nastręczyło mu trudności – płacił przelewem, więc miał adres gada. Niestety winowajca okazał się chuderlawym czternastolatkiem, a na widok rozjuszonego Stanisławskiego zlał się w spodnie. Rudolf machnął ręką i został z pływającą parą z piekła rodem.

– W tym tygodniu dyżur przy Jarku i Leszku pełni Wawrzyniec, więc szczerze wątpię. – Kasia podeszła do akwarium i nasypała pokarmu.

Podwodne potwory rzuciły się do jedzenia, jakby nie jadły od stuleci.

– Mam senne koszmary przez te rybki… – zaczął zwierzenia Rudolf, ale szybko się zawstydził i wrócił do tematu: – Nie mamy wyboru. Ściągniemy Tomka.

– Szefie, czy to aby dobry pomysł?

– Jest naszym najlepszym pilotem i kropka! Postanowione! Do Irlandii poleci Tomek Waciak!

Rozdział 3

Młody mężczyzna wdrapał się na niski podest i zwrócił do osób zebranych w przykościelnej salce:

– Cześć, mam na imię Tomek i jestem alkoholikiem.

– Cześć, Tomek! – odpowiedzieli uczestnicy cotygodniowego mityngu AA.

– Jestem trzeźwy od… – kontynuował wysoki brunet z burzą niesfornych loków i łagodnymi szarymi oczami – …pięciu dni. – Ponownie policzył w pamięci. – Właściwie od sześciu, bo ostatnio strzeliłem tylko małe piwko, a przecież to się nie liczy, hi, hi, hi! – zachichotał nerwowo, ale nikt z obecnych mu nie zawtórował. – Przepraszam, publiczne wystąpienia mnie stresują.

– Spokojnie, bez pośpiechu. Jesteś wśród przyjaciół – dodawała mu otuchy terapeutka prowadząca spotkanie.

– Zacząłem pić dziesięć lat temu, bo wtedy zmarła moja matka – podjął Tomek. – Tylko cudem skończyłem studia, bo egzaminy zdawałem zalany w trupa, a na obronę pracy magisterskiej poszedłem na kacu. Chlałem ciągami, nie trzeźwiałem tygodniami, a potem nagle przestawałem i wracałem do względnej normalności. W końcu ojciec nie wytrzymał, zlał mnie na kwaśne jabłko i wysłał na przymusowe leczenie. Wtedy go przeklinałem, ale dzisiaj jestem mu dozgonnie wdzięczny. Wyszedłem na prostą, zrobiłem kurs na pilota wycieczek i życie wróciło do normy. Pięć lat temu zmarł ojciec i znowu wpadłem w ciąg. Zalewałem robaka przed pracą, po pracy, aż zacząłem zaglądać do butelki w trakcie roboty. Klienci pisali skargi, a czasami dochodziło do rękoczynów, ale za każdym razem wykręcałem się sianem. Kradłem, bluzgałem, spóźniałem się, zapominałem, gdzie zostawiłem grupę, gubiłem bilety wstępu, kilka razy próbowałem wsiąść na pokład niewłaściwego samolotu, awanturowałem się w zwiedzanych obiektach… Aż… Boże, to straszne… Przeze mnie jeden z turystów spadł z punktu widokowego…

– Chyba czytałem o tym w szmatławcu… – wtrącił jeden z uczestników, ale pozostali go uciszyli.

– Byłam tak zawiany, że nie wiedziałem, co robię. – Tomek nie krył emocji. – Podstawienie nogi starszemu mężczyźnie, który próbował zrobić efektowne zdjęcie żonie, wydało mi się wtedy znakomitym pomysłem. On spadał, a ja głośno się śmiałem… – Otarł łezkę. – Tak mi wstyd. W gazetach pisali, że facet się potknął, ale to nieprawda. Całe szczęście, że tylko złamał nogę i nikt nie widział, co dokładnie zrobiłem. Gdyby turyści nie byli zajęci pozowaniem i łapaniem odpowiedniego światła, to trafiłbym za kratki. Szef bardzo mi pomógł, zatuszował, bo mógł zatuszować, i dał drugą szansę. Wziąłem się w garść, rzuciłem picie, ale programy wycieczek objazdowych są pełne wizyt w browarach, degustacji win i odwiedzin w destylarniach, a ja mam taką słabą wolę… – Znów otarł łezkę i powiódł spojrzeniem po zebranych. Kiwali głowami ze zrozumieniem. – Staram się, naprawdę, walczę z nałogiem każdego dnia. Dziękuję… – Próbował zakończyć wywód, ale nagle rozdzwoniła się komórka, którą trzymał w tylnej kieszeni spodni.

– Panie Tomku, wyłączamy telefony! – upomniała go terapeutka i pogroziła palcem.

– Strasznie państwa przepraszam. Czekam na ważną wiadomość ze szpitala – skłamał bez mrugnięcia okiem i wyszedł z pomieszczenia. – Słucham? – wyszeptał do aparatu. – Tak, rozumiem. Teraz? – Podrapał się po głowie. – Będę za dziesięć minut. – Zakończył połączenie i ruszył szybkim krokiem w kierunku biura podróży, z którym współpracował od kilku ładnych lat.

Tomasz Waciak lubił spacerować po Bielanach. Od kiedy zabrali mu prawo jazdy za prowadzenie po pijaku, po dzielnicy przemieszczał się wyłącznie na piechotę. Tak było nie tylko wygodniej, ale i taniej, bo jako pilot wycieczek zagranicznych nie zarabiał przecież kokosów. Tomek minął właśnie barek „U Wujka” i ostatkiem sił powstrzymał się, żeby nie skoczyć na jednego. Gdyby tylko w okolicy nie pootwierali tylu sklepów monopolowych, pomyślał ze smutkiem. Na prawo „Alkohole 24/7”, na lewo „Bajeczna popijawa”, a na wprost majaczył „Róg nietrzeźwości”.

Nie pozostało mu nic innego, jak spuścić oczy i przyspieszyć kroku. Jeszcze dwieście metrów, sto, pięćdziesiąt. Uff, dotarł na miejsce.

Coś się zmieniło, od razu to zauważył. Odblaskowe „G” dawało po oczach. Tomek zaśmiał się w duchu. „Gej Wakacje”? Kto by się spodziewał?!

Właśnie przekraczał próg biura, kiedy zderzył się z panią Kasią.

– O, już pan jest! – krzyknęła na jego widok. – Szef czeka! Proszę się pospieszyć! – Popchnęła go w kierunku gabinetu Stanisławskiego.

– Pali się, pani Kasiu? – zażartował, ale sekretarka nawet się nie uśmiechnęła.

– Gorzej, panie Tomku, znacznie gorzej! – I chciała coś dodać, ale na korytarzu pojawił się Rudolf.

– No jesteś! – zwrócił się do pilota. – Wchodź! – Zaprosił gestem do środka. – Pani Kasieńko, dwa szatany proszę. Bez kofeiny nie damy rady!

Tomek, siadając w fotelu dla interesantów, zdenerwował się nie na żarty. Zostało mu sporo wolnego czasu. Wyjazd do Prowansji zaplanowano na drugi tydzień września. Skoro szef wezwał go teraz, coś się wydarzyło.

– Mamy nóż na gardle! – zaczął Rudolf. – Barbara nie zdąży wrócić ze Sri Lanki, a ja na gwałt potrzebuję pilota na „Szmaragdową przygodę”.

– Ale… – wtrącił się Tomek, jednak nie dane mu było dojść do słowa.

– Wiem, chłopcze! Kierunek ci nie pasuje, słabo znasz angielski i w życiu nie odwiedziłeś Irlandii, ale to musisz być ty! Do wyjazdu zostało kilka dni, nie ściągnę nikogo innego. Nie prosiłbym cię, ale nie mam wyboru. W końcu jesteś profesjonalistą. Co za różnica, jaki kraj odwiedzasz? Poczytasz sobie przewodnik, mam dla ciebie przygotowane materiały…

– Błagam, szefie, ja nie chcę… – załkał Tomek. – Ojczyzna whiskey i guinnessa? Z moimi… problemami?

– Wierzę w ciebie, Tomek. Przecież nie pijesz od…?

– Siedmiu miesięcy – odruchowo skłamał.

– Proszę, proszę! Piękny wynik. Gratuluję, chłopcze! Wiedziałem, że staniesz na nogi!

– Czy oni tam nie mają najwyższego na świecie spożycia alkoholu w przeliczeniu na jednego mieszkańca?

– Aleś wymyślił, Tomek, no naprawdę…

– Czytałem o tym w internecie!

– Masz nieaktualne dane! Proszę, przygotowałem wydruk. – Rudolf trzymał w ręku wymiętą kartkę. – Irlandia jest dopiero na czwartym miejscu! Czwartym! To nawet nie podium! Widzisz? Austria, Czechy i Niemcy, a dopiero potem Szmaragdowa Wyspa!

– Niemożliwe… Widziałem przecież…

– Może pomyliło ci się z tym: najwyższa konsumpcja herbaty! W tym rankingu faktycznie przodują! Rocznie tysiąc sto osiemdziesiąt cztery filiżanki na osobę! Herbatę lubisz?

– Lubię, pewnie, dlaczego miałbym nie lubić, ale…

– No widzisz! I po kłopocie! Poradzisz sobie, bez dwóch zdań! A w programie zaplanowaliśmy tylko jedną destylarnię…

– Którą? – wyszeptał, bo jego ukochanym napojem wyskokowym był trunek z logo Old Bushmills.

Whiskey stała się jego słabością. Jedną z wielu, rzecz jasna. Destylacja tego życiodajnego płynu rozpoczęła się w Irlandii przeszło tysiąc lat temu i od tego czasu pretendowała do miana sportu narodowego. Za alkoholową ambrozję wyczarowywaną z przefermentowanego zacieru zbożowego z dodatkiem drożdży, która latami leżakowała w drewnianych beczkach, nabierając niepowtarzalnego smaku i aromatu, dałby sobie obciąć mały palec albo i dwa. Niektórzy woleli szkocką, co Tomka bardzo dziwiło, bo w smaku przypominała mu detergent. Wiedział, o czym mówi. Parę razy na kacu sięgnął po butelkę różowego płynu i nigdy nie zapomniał tego smaku, chociaż usilnie próbował.

– No którą? – powtórzył pytanie.

– Old Jameson.

– Uff, co za ulga…

– A nie, mieliśmy problem z terminem. – Rudolf sprawdził w papierach. – Stanęło na Old Bushmills.

– Matko Boska…

– Raptem pół godzinki, nie licząc samego spożycia! Jakoś przetrzymasz!

– Ale…

– Żadnego „ale”! To nie jest nawet prawdziwy wyjazd. Pomyśl sobie, że zaliczasz występ przedpremierowy. Rozpoznasz teren, zweryfikujesz trasę, sprawdzisz wszystko na miejscu. Klientów wycieczka nie będzie kosztowała ani grosza, więc nie powinni psioczyć na niedociągnięcia.

– Mogę zobaczyć listę uczestników?

– Tomeczku, po co masz sobie zawracać tym głowę.

– Proszę!

– Prześlę ją przed wylotem…

– Szefie, chcę zobaczyć listę! – nalegał Tomek, bo czuł, że Rudolf coś ukrywa.

– Spokojnie, po co te nerwy? Proszę, oto ona! – Dyrektor wręczył pilotowi kartkę z ośmioma nazwiskami.

– Baronowa Raszpla?! – wykrzyknął pilot. – Nie ma mowy, szefie. Za żadne pieniądze. Po ostatniej wycieczce z tą harpią zapisałem się na dodatkową terapię. Wciąż mam koszmary! Ile ona na mnie skarg napisała? Dwanaście?

– Czternaście, ale kto by liczył? – zaśmiał się Rudolf. – Bądź mężczyzną! To tylko wiekowa dama o wysokich wymaganiach, którym bez problemu sprostasz. Dlaczego? Bo jesteś najlepszy! I trochę szacunku dla starszych! W końcu mąż Downar-Wiśniowieckiej walczył w powstaniu.

– W którym?

– A cholera go wie! Styczniowym, śląskim albo wielkopolskim. Co za różnica?!

– Szefie… – próbował Tomek, ale bezskutecznie.

– Przykro mi, ale klamka zapadła. Tutaj masz szczegóły, wykuj na blachę.

Tomek jęknął i przez chwilę rozważał zalanie się łzami tudzież wyznanie całej prawdy na temat rzekomej abstynencji, ale jeden rzut oka na zaciętą twarz Rudolfa wystarczył, żeby porzucił wszelką nadzieję.

Nie miał innego wyjścia – musiał polecieć do tej cholernej Irlandii.

Rozdział 4

Dzień 1

Zbiórka przy stanowisku odpraw „Hej Wakacje” na dwie godziny przed wylotem samolotu.

Przelot do Dublina. Krótki objazd stolicy Irlandii, podczas którego odwiedzimy tętniące życiem serce miasta, czyli rozrywkową dzielnicę Temple Bar. Czas wolny. Transfer do hotelu na przedmieściach Dublina, kolacja, nocleg.

Tomasz Waciak przewrócił się na drugi bok.

Budzik dzwonił i dzwonił, ale on miał to w głębokim poważaniu. Wrobili go w szmaragdowy koszmar, a teraz spędzi dziesięć dni na użeraniu się z turystami. I nie byle jakimi, bo najgorszymi z najgorszych!

Gdyby w Wikipedii znalazło się hasło „największy koszmar pilota wycieczek”, ilustrowałoby je zdjęcie Baronowej Raszpli. Nic jej nie pasowało, poczynając od koloru trawy, a na pogodzie kończąc. Na samą myśl o tym przerażającym skrzyżowaniu Cruelli De Mon z Dolores Umbridge przeszedł go dreszcz.

Budzik uparcie dzwonił. Tomek zamachnął się pięścią, ale jak zwykle nie trafił. Zły na siebie, Rudolfa i cały świat, zerwał się z łóżka i sięgnął po telefon. Nowa aplikacja pogodowa pozbawiła go złudzeń:

Dublin. Temperatura powietrza: +10°C, zachmurzenie całkowite, prawdopodobieństwo opadów: 100%, silny wiatr, biomet: superniekorzystny (brak skali).

Cudownie, po prostu cudownie, pomyślał Tomek i zaczął się ubierać.

Do odlotu samolotu pozostały niecałe cztery godziny.

Stoisko odpraw „Hej Wakacje” znajdowało się na uboczu, bo najlepsze miejsca zarezerwowano dla rynkowych gigantów. W hali panował straszliwy harmider. Tomka rozbolała głowa, ale próbował wyglądać profesjonalnie. Kiepsko mu to wychodziło. Na liście uczestników odhaczył siedem osób. Z każdą uprzejmie się przywitał, objaśnił, gdzie należy podejść, i życzył miłego lotu.

Do końca odprawy pozostało niewiele czasu, a Baronowa Raszpla wciąż się nie zmaterializowała. Tomkowi przyszło do głowy, że widocznie wyzionęła ducha, i uśmiechnął się do swoich myśli, kiedy usłyszał wrzask:

– Niech Antoni się pospieszy! No co za guzdrała! Szybciej, szybciej mówię!

To ona, nie było mowy o pomyłce. Maria Downar-Wiśniowiecka kroczyła w jego stronę, a za nią podążał zasuszony staruszek, na oko dziewięćdziesięcioletni, który na wątłych barkach dźwigał wiekową walizkę.

– Prędzej, niezguło! Do niczego się nie nadajesz! – kontynuowała dama, przedzierając się przez tłum podróżnych i tratując każdego, kto stanął jej na drodze.

Tomkowi zrobiło się żal starszego pana, więc opuścił stoisko i odebrał od niego walizkę, pod której ciężarem o mało się nie przewrócił.

– Dziękuję, synu – powiedział Antoni i złapał się za serce.

– Dobrze się pan czuje? – zapytał Tomek, bo staruszek wyglądał, jakby zamierzał paść trupem.

– To jest służący. On ma pracować, a nie się czuć! – odpowiedziała Baronowa Raszpla. – Antoni może wracać do domu, ale za brak zaangażowania potrącę z dzisiejszej dniówki! – zawyrokowała i odprawiła staruszka machnięciem ręki.

Służący ukłonił się nisko, potem z trudem wyprostował, stęknął, puścił do Tomka oko i podejrzanie szybkim krokiem oddalił się z hali odlotów.

– Maria Downar-Wiśniowiecka – przedstawiła się pilotowi. – Jestem oczekiwana.

– Tak, oczywiście – odparł Tomek i odhaczył ostatnie nazwisko na liście uczestników. – Proszę się udać do… – zaczął standardową formułkę, ale rozmówczyni mu przerwała.

– Czy my się znamy? – zapytała i zmrużyła oczy.

– Nie – skłamał pilot i próbował zmienić temat: – Proszę przejść…

– Na pewno? – dociekała kobieta. – Nieważne. Ma pan taką pospolitą twarz, że pewnie bez przerwy z kimś pana mylą. Walizkę proszę nieść, a nie ciągnąć. Ma pan przed sobą prawdziwy antyk, po świętej pamięci mamusi. Jeśli zostanie uszkodzona, obarczę pana kosztami. Idziemy! – zaordynowała i ruszyła przodem.

Tomek powinien był powiedzieć, że jest pilotem, a nie popychadłem, a do jego obowiązków nie należy noszenie bagażu za turystami, ale się nie odezwał. Walizkę zarzucił sobie na plecy, złapał małą torbę podróżną i poczłapał za Baronową Raszplą. Zbierało mu się na płacz, ale postanowił nie dać tej harpii satysfakcji.

Kłopoty wisiały w powietrzu. Kolejka do odprawy bagażu ciągnęła się w nieskończoność. Wśród oczekujących przeważali rodzice z wrzeszczącymi wniebogłosy dzieciakami. Baronowa Raszpla wyminęła wszystkich i stanęła na samym przedzie. Normalnie podobne zachowanie kończyło się zbiorowym linczem i interwencją policji, ale starsza pani emanowała godnością na kilometr, dlatego nikt nie śmiał zaprotestować. Wbiła się bez kolejki, więc widocznie miała do tego prawo.

– Miejsce przy przejściu. Pierwszy rząd – poleciła ostro.

– Nie przydzielamy miejsc. Każdy siada tam, gdzie ma ochotę. Kto pierwszy, ten lepszy – obwieściła młoda dziewczyna, która dopiero od tygodnia pracowała na lotnisku i słabo znała się na ludziach.

– Nie można wybrać miejsca? Boże, nie o taką Polskę walczył mój mąż…

– Jesteśmy liniami irlandzkimi…

– Tyle przelanej krwi, tyle wyrzeczeń, a traktują człowieka jak bydło! Mam się bić o miejsce, moja panno? Ja! Z moją pozycją, z moimi koneksjami… – Ale dziewczyna nie słuchała, bo zajęła się wypchaną do granic możliwości walizką.

– Trzydzieści cztery kilogramy. Limit wynosi dwadzieścia. Będzie musiała pani dopłacić albo wyjąć część rzeczy z…

– To jakiś żart? – zagrzmiała dama. – Ty wiesz, z kim rozmawiasz?

– Podróżnych obowiązuje limit bagażu, bez wyjątków! – Dziewczyna sięgnęła po broszurkę i zaczęła czytać: – „Każdy pasażer przekraczający dopuszczalny limit bagażu rejestrowanego zostanie obciążony opłatą według stawki obowiązującej w dniu podróży. Opłata za nadbagaż wynosi obecnie…”.

– W głowach im się poprzewracało! Limity wprowadzili, dobre sobie! Ja ci coś powiem, podfruwajko…

– Wstrzymuje pani kolejkę. Proszę uiścić dodatkową opłatę albo zabrać walizkę!

– Tylko nie tym tonem, smarkulo jedna! Chcę rozmawiać z twoim przełożonym! Natychmiast! Siksa będzie mnie pouczała. Z moją pozycją, z moimi koneksjami!

– Z pani pozycją nie powinna pani latać tanimi liniami lotniczymi! – Dziewczynie zaczynały puszczać nerwy. – Proszę się odsunąć albo wezwę ochronę.

– Pomiocie szatański… – zaczęła Baronowa Raszpla i unosiła dłoń, żeby wymierzyć dziewuszysku siarczysty policzek, ale do akcji wkroczył Tomek.

– Pani… – spojrzał na przypinkę z imieniem – …Anastazjo. Ja zapłacę za panią Downar-Wiśniowiecką. – Wyciągnął plik banknotów i delikatnie odsunął awanturującą się damę na bok, a następnie skierował ją do miejsca, w którym przeprowadzano kontrolę bezpieczeństwa.

– Bardzo przepraszam – rzucił do dziewczyny, która przyklejała do walizki kod kreskowy. – Choroba psychiczna – dodał szeptem i wskazał na oddalającą się Baronową Raszplę.

– Starość nie radość – rzuciła sentencjonalnie Anastazja i uśmiechnęła się do Tomka, bo przepadała za przystojnymi brunetami, ale Waciak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi i pognał za wyfiokowaną awanturnicą.