Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
12 osób interesuje się tą książką
Czy to my wybieramy miłość? A może to miłość wybiera nas?
Lily i Adam tworzyli szczęśliwe małżeństwo aż do chwili, gdy Adam poważnie zachorował. W swoich ostatnich chwilach prosi Lily o coś zupełnie niespodziewanego: ma odnaleźć dawnego przyjaciela, Josha, i pogodzić się z nim.
Josh i Lily byli w dzieciństwie nierozłączni, lecz tuż przed ślubem dziewczyny ich drogi nagle się rozeszły. Od tamtej pory nie widziała go ani razu. Spełniając ostatnią wolę męża, Lily wyrusza na poszukiwanie Josha – i szybko odkrywa, że ich relacja jest znacznie bardziej skomplikowana, niż była gotowa przyznać. A kiedy poznaje szokujący powód ostatniego życzenia Adama, będzie musi całkowicie zaufać swojemu sercu…
Dla fanów Paige Toon, Colleen Hoover i Nicholasa Sparksa – Dani Atkins przedstawia emocjonalną historię, której bohaterka mierzy się z żałobą i poczuciem winy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 452
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 11 godz. 3 min
Lektor: Dani Atkins
Tytuł oryginalny: Always You and Me
Copyright © 2025 by Dani Atkins Copyright for the Polish Edition © TIME S.A. 2026 Copyright for the Polish Translation © Monika Skowron 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Katarzyna Wojtas Korekta: Dominika Ładycka / e-DYTOR Projekt okładki: Emma Rogers Zdjęcie na okładce © Pauline Lewis / Getty Images Adaptacja okładki: Ewa Popławska Zdjęcie autorki na okładce © Hanna Cousens 2017
Wydawca: TIME S.A., ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN: 9788383437798
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Cassidy
Witaj, maleńka
Dzwonek ogłaszający koniec odwiedzin rozbrzmiewał od dawna. Po prostu go ignorowałam. Niemal pragnęłam, żeby ktoś się zjawił i mi to zarzucił, ponieważ szukałam pretekstu do kłótni. Przepełniała mnie wrząca wściekłość, taka, która grozi wybuchem, niczym lawa z krateru drzemiącego wulkanu.
– Nienawidzę cię – oznajmiłam Bogu, w którego nie wierzyłam, tak na wszelki wypadek, na przekór wszystkiemu, gdyby akurat czaił się po drugiej stronie lustra z widocznymi zaciekami, w damskiej toalecie.
Postanowił nie odpowiadać, a w lustrze zobaczyłam jedynie odbicie kobiety wyglądającej na dekadę starszą niż moje trzydzieści lat, jak wynikało z daty widniejącej na akcie urodzenia. Wyglądałam jeszcze gorzej niż na zdjęciu paszportowym, choć nigdy nie przypuszczałam, że było to fizycznie możliwe.
Moje oczy nie były podpuchnięte i zaczerwienione, ponieważ przychodzi taki czas, gdy już brakuje łez. Widziałam w nich tylko bolesny smutek z powodu czegoś, co jeszcze się nie zdarzyło. Ale wydarzy się tej nocy.
Moje włosy były świeżo umyte nie dlatego, że dbałam o wygląd, ale ponieważ Adam zawsze lubił chować twarz w moich długich kasztanowych kosmykach i zaciągać się jabłkowym zapachem szamponu. Mogliśmy jeszcze robić przynajmniej to, choć minęły tygodnie, odkąd zdołał mnie objąć i całować, aż brakowało mi tchu, i upłynęło jeszcze więcej czasu, odkąd miał siłę podnieść mnie, zanieść do naszej sypialni, położyć mnie na chłodnej, świeżej pościeli i…
– Dość tego – zapalczywie wypaliłam do swojego odbicia. – Nie wracaj do tego, Lily.
Drzwi za moimi plecami otworzyły się, a ja natychmiast spuściłam wzrok, kiedy rozpoznałam inną osobę regularnie odwiedzającą hospicjum.
Kobieta była starsza ode mnie, miałyśmy w zwyczaju skinąć sobie głową w windzie lub na korytarzu, dwie uchodźczynie w kraju, którego nigdy nie chciałyśmy odwiedzić. Nie wyobrażałam sobie, że jeszcze kiedykolwiek ją zobaczę, gdy ten dzień dobiegnie końca.
Porwałam garść ręczników papierowych, za bardzo się spiesząc, by trwonić choćby dwadzieścia sekund, których potrzebowała suszarka na osuszenie moich dłoni. Gdy wślizgnęłam się z powrotem do pokoju Adama, odruchowo zerknęłam na zegar na ścianie. Nie było mnie sześć minut. Sześć minut, których nigdy nie zdołam wydrzeć z powrotem.
Adam miał zamknięte oczy, ale zamrugał i otworzył je, słysząc szuranie krzesła, które przysunęłam bliżej do łóżka. Powoli obrócił ku mnie głowę, tak jakby miał niezwykle kruche kości i zardzewiałe ścięgna. Gdy się skrzywił, ja też poczułam ten sam ból.
– Cześć, piękna – powiedział głosem brzmiącym, jakby miał sto lat.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Tylko dla ciebie.
Z trudem przełknął, a ja w mgnieniu oka zerwałam się na równe nogi i sięgnęłam po wodę w szklance i słomkę. Wsunęłam dłoń pod jego szyję i uniosłam mu głowę z poduszki, ponieważ już nie miał siły, żeby zrobić to sam. Wniósł prawie dwuipółmetrową choinkę na trzecie piętro do naszego mieszkania zaledwie trzy miesiące temu, a dziś tak prosty ruch jak podniesienie głowy, żeby napić się z cholernego kubka-niekapka, przekraczał jego możliwości.
Na chwilę odwróciłam wzrok i wyjrzałam przez okno, bo nie chciałam, żeby dostrzegł złość w moich oczach. Adam był najlepszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam – najlepszym człowiekiem zdaniem każdej osoby, która kiedykolwiek go poznała – a fakt, że nikt nie będzie miał już szansy, by dowiedzieć się, jak jest totalnie niesamowity, gdy ten dzień dobiegnie końca, doprowadzał mnie do szału.
Widziałam po jego oczach, że już się napił, więc odłożyłam jego głowę na poduszki.
– Boli cię? Mam kogoś zawołać? – Moja ręka już unosiła się nad guzikiem „wezwij”.
Zaprzeczył ruchem głowy. Przez leki był ospały, a przez ostatnie kilka dni, odkąd oznajmiono nam, że nasz czas ostatecznie dobiega końca, nie chciał brać żadnych.
– Nie zamierzam tracić ani jednej sekundy w zawieszeniu. Jeśli tylko tyle czasu nam zostało. – Wtedy wybuchnęłam płaczem, nie mogłam się powstrzymać, a on wziął mnie za rękę, po czym mówił dalej: – Jeśli to koniec, to chcę być z tobą tu i teraz, aż do ostatniego tchnienia.
– Będziesz ze mną jeszcze dłużej. Mówiliśmy, że na zawsze, pamiętasz? Napisaliśmy to w przysiędze. Nie wymigasz się od tego, draniu.
– Nie jestem pewien, czy śmierć to miganie się – powiedział ostrożnie. – Ale to prawda, nie dotrzymuję słowa. I bardzo, bardzo mi przykro, że ci to robię, Lily. Chyba powinnaś mnie pozwać.
Taki był Adam, zdeterminowany, by wywołać uśmiech na mojej twarzy, nawet wtedy, gdy pękało mi serce.
– Czy Fletcher jeszcze tu jest? – spytał niespodziewanie.
Przełknęłam z zakłopotaniem, zanim odpowiedziałam. Krótkotrwała pamięć Adama zaczęła się gubić, niczym sygnał radiowy chybiający radiostację i podpadający pod inną częstotliwość.
– Nie, kochanie. Reagan zabrała go do siebie kilka godzin temu. Pamiętasz?
Obserwowałam, jak facet, którego kocham, o IQ pozwalającym mu na członkostwo w MENSIE, próbował zebrać kilka elementów rozsypanej układanki pamięci i z powrotem je ułożyć.
Fletcher to pies Adama. Był w jego życiu dłużej niż ja i naprawdę nie wiedziałam, co bym zrobiła, gdyby hospicjum nie pozwoliło mi przyprowadzić go na ostatnią wizytę.
Pielęgniarka, którą o to spytałam, zrobiła głęboki wdech, zanim odpowiedziała, a ja byłam gotowa sypać jak z rękawa przekonującymi argumentami, które zbierałam przez większą część poprzedniej nocy.
– Oczywiście, może pani – odparła. – Niech pani przyprowadzi go jutro.
I zamiast podziękować jej za uprzejmość, natychmiast wybuchnęłam płaczem, bo wiedziałam, co znaczy to ustępstwo. Zegar odmierzający pozostały nam czas zaczął tykać nieco głośniej.
Fletcher był niezbyt rozgarniętym border colliem, czuł pociąg do pożerania kapci, korespondencji i od czasu do czasu nawet skarpetek. Nie miałam pojęcia, jak zareaguje na obce otoczenie pełne nieznajomych dźwięków i zapachów.
Siedział obok mnie na fotelu pasażera w samochodzie, gdy jechaliśmy do hospicjum, przynajmniej ten jeden raz się nie wiercił, nie drapał szyby ani nie próbował siadać mi na kolanach. Gdy zatrzymaliśmy się na parkingu, wyprostował się i spojrzał wprost na niski budynek z czerwonej cegły, który stał się domem jego właściciela na ostatnie cztery tygodnie.
Wydobył z siebie pojedynczy, smętny skowyt.
– Czujesz go, Fletch? Wiesz, że tu jest?
Fletcher spojrzał na mnie wzrokiem, który nagle wydał się porozumiewawczy.
– Musisz być dziś grzeczny – powiedziałam do niego, przypinając smycz do obroży. – Nie możesz nikogo denerwować.
Pies Adama patrzył, jak łzy płyną po moich policzkach, tak jakby chciał powiedzieć, że na to już odrobinę za późno.
– Zabrałam cię, żebyś się z nim pożegnał, piesku – wyszeptałam łamiącym się głosem.
Fletcher przyglądał mi się z niemal ludzkim wyrazem empatii na pyszczku.
– Ale ty chyba już to wiesz, prawda?
Przez dwie godziny pies Adama siedział obok łóżka w zasięgu dłoni jego pana, która głaskała jego jedwabiste uszy tak samo, jak robiła to tysiąc razy wcześniej. I nie zrobi ani razu więcej. I choć przez to pękało mi serce, myślę, że stary dobry przyjaciel przy boku pomógł uleczyć serce Adama.
Pod koniec odwiedzin podniosłam psa i położyłam go na łóżku.
Wszędzie wokół były kroplówki i jakieś rurki, ale Fletcher, który prawdopodobnie był najbardziej niezdarnym czworonogiem na świecie, nie zahaczył o nic. Tylko leżał na materacu i wpatrywał się w swojego pana z oddaniem dorównującym mojemu. Oboje kochaliśmy tego mężczyznę z całego serca. I tej nocy oboje mieliśmy go stracić.
Personel hospicjum przypominał niewidzialne anioły, dyskretnie zakradające się do pokoju Adama i czmychające z niego przez całą noc, czuwające nad nim, czuwające nade mną, regulujące maszynerię, a potem cicho rozpływające się w cieniu. Ktoś wyłączył górną lampę o ostrym świetle, przez co pomieszczenie było skąpane w przyćmionym blasku lampki przy łóżku. Nadal było wystarczająco jasno, żeby widzieć każdy szczegół twarzy, obok której planowałam się budzić przez następne sześćdziesiąt lat albo i dłużej. Ta myśl dopadła mnie znienacka i to, co akurat mówiłam, zagłuszył mój szloch.
– Och, kochanie – powiedział Adam, gdy udało mu się podnieść rękę z materaca z siłą, którą, jak sądziłam, zdążył stracić. – Chodź tutaj.
Podeszłam do niego, znajdując drogę wśród plątaniny kabli i rurek, i położyłam głowę na jego piersi. To było moje ulubione miejsce do spania, z uspokajającym miarowym biciem serca docierającym wprost do mojego ucha. Dziś w nocy rytm był nierówny, niczym piosenka grana w złym tempie. Puls przyspieszył w nagłym ożywieniu, a potem zwalniał, gdy pojawiały się nieznośnie długie odstępy przed kolejnym uspokajającym uderzeniem serca.
– Adam zwolni – usłyszałam. – Będzie zaspany, może sporo spać. Nie będzie chciał jeść ani pić. Stopniowo jego ciało zacznie się zatrzymywać.
– Czy… czy to będzie bolało? – spytałam z zapłakaną twarzą, bo nie zawracałam sobie głowy tym, żeby ocierać łzy.
– Nie dopuścimy do tego – łagodnie powiedziała lekarka. – Podamy mu wszystko, czego będzie potrzebował.
Później w kółko odtwarzałam te słowa w myślach. Ponieważ to, czego mój mąż potrzebował – cudu – to była ta jedna rzecz, której nikt nie mógł mu dać. Nie było lekarstwa na chorobę, która zabierała go sobie i okradała nas z jego obecności.
– Chodź pod kołdrę – powiedział Adam cicho.
– Jestem prawie pewna, że nie wolno – wyszeptałam, ale już zrzucałam buty i wpatrywałam się ze zmartwieniem w drzwi, kiedy obuwie spadło na podłogę z donośnym łoskotem.
– Chyba mnie nie wyrzucą, bo jestem niegrzeczny.
– A będziemy niegrzeczni? – spytałam, próbując wywołać uśmiech na jego twarzy. Adam miał najpiękniejszy uśmiech ze wszystkich osób, które kiedykolwiek poznałam.
– Chciałbym – powiedział z żalem, głęboko patrząc mi w oczy.
Wydawało się to zupełnie niepoprawne, że nawet po tych wszystkich latach wciąż pamiętałam nasz pierwszy raz, a jednak nie mogłam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio się kochaliśmy.
Wiedziałam tylko tyle, że było to gdzieś pomiędzy coraz większym bezwiednym zmartwieniem się uporczywymi symptomami choroby Adama a dniem, kiedy siedzieliśmy, bladzi jak kreda i przerażeni, w gabinecie onkologa.
– Panie doktorze, proszę mówić prosto z mostu – poprosił go Adam. – Nie znoszę owijania w bawełnę. Jak bardzo jest źle?
Lekarz zamilkł na dłuższą chwilę. Nie musiał zerkać na wyniki badań ani odnosić się do zdjęć rentgenowskich rozłożonych w wachlarzu przed nim. Spojrzał Adamowi prosto w oczy.
– Źle – powiedział cicho. – Jest źle.
Minuty po cichu zamieniały się w godziny. Przyszła kolejna zmiana personelu i na korytarzu przed pokojem Adama zrobiło się ciszej.
– Mów do mnie – powiedział Adam, podczas gdy leżałam obok niego, zwinięta w precel.
– Co?
Blado się uśmiechnął.
– Cokolwiek. Chcę tylko słyszeć twój głos. Powiedz mi, co o mnie pomyślałaś, jak się poznaliśmy.
– Proste. Pomyślałam, że chujek z ciebie. O wiele zbyt pewny siebie.
Lekko się zaśmiał, ale jego śmiech zamienił się w przejmujący napad kaszlu. Płuca nie działały już prawidłowo. Oddech przestał być cichy. Pojawiło się chrypienie, które, jak wiedziałam, miało już nie zniknąć.
Zrobiłam to, o co mnie prosił, opowiadałam mu historie, które bez wyjątku zaczynały się od słów: „A pamiętasz, jak…”. Wywoływały nasz uśmiech, doprowadzały nas do łez – ale to nic złego, ponieważ śmialiśmy się i płakaliśmy razem. A „razem” było luksusem, który nie miał być nam dany na wiele dłużej.
Adam, jakby wyczuwając, że moje myśli skręcają w ciemną uliczkę, mocniej mnie objął. Było już po północy i w hospicjum panowała niemal zupełna cisza, pominąwszy ciche kroki przemierzające korytarz.
– Lily, jest coś, o co muszę cię poprosić. Chcę, żebyś coś mi obiecała.
– Jeszcze więcej obietnic? – powiedziałam, próbując brzmieć pogodnie, ale coś w jego tonie wywołało gęsią skórkę na moich ramionach.
Kazał mi obiecać całe mnóstwo rzeczy przez te ostatnie dni i tygodnie. Większość z nich była dość wykonalna.
– Obiecaj mi, że będziesz pamiętała o regularnym oddawaniu auta do przeglądu.
– Martwisz się o samochód? – spytałam z niedowierzaniem.
– Martwię się o ciebie. Nie chcę zatruwać sobie życia wiecznego stresem, bo jeździsz z niesprawdzonymi hamulcami.
Prócz rozbawienia ujrzałam w jego oczach prawdziwą troskę.
– Dobrze, kochany. Obiecuję, że będę regularnie zaglądała do warsztatu.
Jednak nie każda obietnica była tak łatwa do złożenia.
– Obiecaj mi, że polecisz do Australii w przyszłym roku, tak jak planowaliśmy.
Smutno pokręciłam głową na te słowa.
– Nie chcę bez ciebie. Ta podróż to było nasze marzenie.
Adam wziął mnie za rękę i delikatnie ją uścisnął.
– To wciąż nasze marzenie. A kiedy staniesz na górze Sydney Harbour Bridge, będę tuż obok. Obiecuję.
Nawet mi się to spodobało, więc zgodziłam się też na to.
– No to mów – powiedziałam do niego w ciszy hospicyjnego pokoju.
– To tak naprawdę obietnica w dwóch częściach, ale to najważniejsze, o co cię poproszę.
Wyglądał bardzo poważnie, wpatrując się we mnie. Prawie tak, jakby już wiedział, jak zareaguję.
– W porządku. Bez względu na wszystko obiecuję, że to zrobię – odparłam, przebiegając palcami po jego zmarszczonym czole.
– To dobrze – przyznał Adam i powoli przytaknął. – Bo chcę, żebyś znalazła Josha i pogodziła się z nim.
– Nie. – To słowo wystrzeliło ze mnie, zanim zdołałam się ocenzurować. – Absolutnie nie – dodałam z naciskiem.
Próbowałam wyrwać się z jego objęć, ale panował nade mną – pod każdym względem – zaskakująco mocno.
– Muszę wiedzieć, że nic ci nie będzie, kiedy odejdę, Lily. Musisz się z nim zobaczyć.
– Nie, nie muszę – powiedziałam, tym razem delikatniej, ale z równym przekonaniem. – I nic mi nie będzie, skarbie. Już ci mówiłam. Będę smutna i ze złamanym sercem przez bardzo długi czas, może już zawsze, ale nie muszę widzieć się z gościem, który w ostatnich słowach do mnie powiedział, że nigdy więcej nie chce mnie widzieć.
– To była moja wina – powiedział Adam drżącym głosem.
– Wybrałam ciebie, nie Josha – przypomniałam mu, całując go w usta, które wydały się suche jak papier ścierny. – Zawsze będę wybierała ciebie. W tym życiu i w przyszłym.
Adam pokręcił przecząco głową i jedno z urządzeń podłączonych do jego ciała zaczęło niepokojąco pikać. Denerwował się, a to ostatnie, czego chciałam.
– Proszę, Lily. Zrób to dla mnie. Pojedź tam i spotkaj się z nim. Posłuchaj, co ma ci do powiedzenia. A potem, gdy już to usłyszysz… wybacz mu. A potem wybacz mnie.
– Gadasz bzdury – stwierdziłam trzęsącym się głosem.
Czy to był początek końca? Ostrzegli mnie, że Adam może wydawać się zdezorientowany lub nawet mieć urojenia, a teraz kazał mi odwiedzać mężczyznę, którego rzuciłam, żeby być z nim; jeśli to nie były urojenia, to ja nie wiem.
– Nie musisz teraz rozumieć, dlaczego cię o to proszę, ale obiecaj, że to zrobisz.
Przeciągle westchnęłam, jakby z głębi serca.
– Dobrze. Skoro to tyle dla ciebie znaczy, to zrobię to.
– I nie zwlekaj za długo. Odwiedź go wkrótce. Obiecaj.
– Obiecuję.
Prawdopodobnie istnieje specjalne miejsce w piekle dla ludzi, którzy okłamują umierających, a ja byłam już jedną nogą w nim.
To stało się w ciemności, w środku nocy, kiedy tak wielu wojowników w końcu przegrywa swoją walkę. Wiedziałam, że się zbliża, po zmartwionym wyrazie oczu pielęgniarek, które przychodziły, by sprawdzić jego stan.
Starałam się zejść z łóżka, ale pielęgniarka przełożona, ta, za którą nigdy za bardzo nie przepadałam, powstrzymała mnie, zdecydowanie kładąc rękę na moim ramieniu.
– Nigdzie się nie ruszaj – powiedziała cicho.
Nie mogłam przełknąć guli w gardle.
– Czy chce pani, żeby ktoś z panią posiedział? – Obróciła głowę i skinęła na zacieniony kąt. – Mogłybyśmy tam usiąść i pomilczeć.
Przecząco pokręciłam głową.
– Wolałabym, żebyśmy zostali tylko we dwoje.
Znów położyła mi rękę na ramieniu i ścisnęła je.
– W porządku. Rozumiem. Proszę zadzwonić, jeśli zmieni pani zdanie.
Adam z trudem trzymał otwarte oczy tak długo, jak tylko mógł; walczył, żeby być ze mną przez każdą sekundę, która nam została. Ale jego ciało się męczyło, a ja krzywdziłam go, chcąc zatrzymać go jeszcze chwilę dłużej przy sobie.
– Zamknij oczy, kochany.
– Nie chcę. Wolę cię widzieć.
Pochyliłam się nad nim i delikatnie go pocałowałam.
– Jestem tam, pod twoimi powiekami, nieważne, czy je otworzysz, czy zamkniesz.
– Jesteś i na zawsze pozostaniesz miłością mojego życia, Lily.
– A ty mojego.
Na chwilę zamknął oczy.
– Pamiętaj, proszę, o co cię poprosiłem.
– Pamiętam. Wszystko pamiętam – zapewniłam. Przynajmniej to nie było kłamstwo. Pewne rzeczy zostaną ze mną już na zawsze.
– A teraz zamknę oczy – powiedział tak słabym głosem, że ledwo go słyszałam.
– Dobry pomysł.
– Do zobaczenia wkrótce, Lily.
– Z pewnością.
I to było drugie kłamstwo, które wypowiedziałam do niego tej nocy.
Piętnaście minut później odstępy między jego oddechami stawały się coraz dłuższe i dłuższe, i nagle, cicho, z tą samą godnością i brawurą, które go wyróżniały, Adam Tennant – mój mąż, mój najlepszy przyjaciel i miłość mojego życia – po prostu przestał być.
Wpatrywałam się w jego twarz, która – po raz pierwszy od kilku miesięcy – wyglądała na pozbawioną bólu. Z kącika ust umknęła mu łza, która przycupnęła na kości policzkowej niczym upuszczony klejnot. Pochyliłam się i czule zebrałam ją pocałunkiem.
Obudziłam się na długo przed budzikiem, patrząc, jak smoliste lutowe niebo w końcu zmienia się z czarnego w szare. Sądziłam, że jestem gotowa na ten dzień, ale teraz, gdy w końcu nadszedł, czułam się wyłącznie przytłoczona.
Nagle materac zapadł się w moich nogach i spojrzałam na Fletchera, który chyba zdawał sobie sprawę, że zakaz wstępu do łóżka może zostać dziś uchylony. Poklepałam pustą połowę małżeńskiego łóżka i pies Adama – mój nowy pies – wdrapał się niczym psi komandos, żeby położyć się obok mnie.
Trudno było stwierdzić, co było gorsze: budzenie się przez wiele miesięcy w środku nocy i szukanie ręką Adama przez chłodne prześcieradło, czy dzień, w którym moja podświadomość w końcu przyjęła, że nigdy go tam nie znajdzie.
Ale on wciąż był obok mnie, nawet dwanaście miesięcy po śmierci, zwłaszcza dzisiaj, w rocznicę dnia, kiedy go straciłam.
„Pierwszy rok będzie najgorszy” – powtarzali mi ludzie na pogrzebie. Myślę, że ich słowa miały mnie pocieszyć, zapewnić mnie, że życie w końcu będzie lepsze, ale wtedy czułam, jakby kopali leżącego.
Te pierwsze trzysta sześćdziesiąt pięć dni stanowiły tor przeszkód skonstruowany z pierwszych razów. Niektóre kłuły jak rany zadane nożem, inne przypominały przecięcie skóry papierem, niespodziewanie ostre i bolesne jak żałoba. Można było się spodziewać, że pierwsze święta Bożego Narodzenia, pierwsze urodziny i pierwsza rocznica będą bolały – i tak było. Ale jeszcze gorsze były te razy, które dopadały znienacka. Pierwszy raz, gdy ktoś nieznajomy niewinnie pyta: „Ma pani męża?” i nie masz pojęcia, jak odpowiedzieć, bo w swoim sercu nadal masz i zawsze będziesz miała.
Fletcher musiał stwierdzić, że dzisiaj można przesuwać granice, bo wdrapał się jeszcze wyżej na łóżko i położył łebek na gładkiej poduszce bez wgniecenia obok mnie.
– Niezła próba, piesku, ale nie śpisz w łóżku.
Uśmiechnęłam się na myśl, że gdyby to Adam został sam, pies pewnie już dawno zająłby moją pustą połowę materaca.
Musiało minąć prawie pół roku, żebym zebrała się na odwagę i wyprała poszewkę na poduszkę Adama. Co noc przytulałam się do jego poduchy, zaciągałam pozostałym zapachem jak narkomanka, aż nic z niego nie zostało. Przekroczyłam ważny etap, kiedy w końcu zwinęłam ją i wrzuciłam do pralki. Wciąż pamiętam, jak drapałam w szybę, gdy zbyt późno zmieniłam zdanie, a pralka z furkotem ruszyła do akcji i zalała bęben wodą z mydlinami. Kiedy wyjęłam poszewkę po praniu, zakopałam twarz w jej mokrym materiale, ale wyczuwałam tylko płyn zmiękczający. Jego nazwa była niezwykle myląca, bo ani trochę nie rozmiękczył mojej żałoby twardej jak kamień.
Zsunęłam nogi z łóżka, wstałam i ruszyłam do łazienki. Na półkach nie było już kosmetyków Adama, ale jego szczoteczka do zębów nadal tkwiła obok mojej w szklance przy zlewie. Moja ręka wyciągnęła się po nią, ale gwałtownie ją cofnęłam, nie mając pewności, czy zamierzam ją wyrzucić, czy jej użyć. Nie mogłam się zdecydować, co gorsze.
Fletcher porzucił łóżko i cierpliwie czekał obok blatu, kiedy weszłam do kuchni. Po dwóch gryzach tostu z marmoladą wyrzuciłam resztki do psiej miski. Nic dziwnego, że przez ostatni rok zeszczuplałam w talii, tymczasem Fletcher przybrał w pasie. Niemal słyszałam, jak Adam udziela mi ostrej reprymendy, więc włożyłam grubą puchową kurtkę i przygotowałam się na dłuższy niż zwykle spacer z Fletcherem, by zlikwidować naddatki.
Opiekuj się moim psem – polecił mi Adam, po czym uroczyście obrócił się do psiska i równie poważnie powiedział: – A ty opiekuj się moją żoną.
Staraliśmy się, Fletcher i ja, ale w niektóre dni samo postawienie kroku, a potem kolejnego, zdawało się wyzwaniem. Nauczyłam się, że nie można wyprzedzić żałoby, bo ona zawsze wie, gdzie cię znaleźć, za to można być do tego stopnia zajętą osobą, że zdoła się tylko wcisnąć w przerwy w twoim życiu, zamiast zakopać cię pod lawiną smutku.
Dlatego moja firma oferująca dekorowane torty nigdy nie działała tak prężnie i nie przynosiła takich zysków. Reagan, którą początkowo zatrudniłam do pomocy tylko na dwa dni w tygodniu, teraz działała ze mną na pełen etat. Pracowałam ciężej i dłużej niż kiedykolwiek wcześniej, a skutki tego było widać czarno na białym w arkuszach kalkulacyjnych. Adam byłby ze mnie bardzo dumny. Zawsze wierzył we mnie i w moje marzenia, wysłuchiwał moich planów i wspierał mnie, kiedy postanowiłam, że przyszła pora, by zaryzykować i przenieść działania z maleńkiej, ciasnej kuchni mojego dawnego mieszkania do stosownych pomieszczeń. Nigdy nie żałowałam tej decyzji w przeciwieństwie do innych, które podjęłam.
Myśl ta przywołała wspomnienia, które nie chciały zostać uciszone. Jak zwykle poczucie winy płynące ze złamanej obietnicy kłuło moje sumienie niczym sto igieł. Na szczęście Fletcher w sam czas odwrócił moją uwagę, wracając z patykiem, który właśnie znalazł. Rzucałam mu go, aż rozbolała mnie ręka, i nawet on znudził się zabawą.
Gdy wróciliśmy do mieszkania, zaczęłam co najmniej tuzin obowiązków domowych tylko po to, by je porzucić. Niewystarczająco mnie rozpraszały i nie mogłam się uspokoić. Zazwyczaj poczucie, że Adam wciąż jest ze mną w domu, który wspólnie stworzyliśmy, stanowiło ogromną otuchę. Potrafiłam znaleźć go w wibrującej geometrycznej tapecie, którą wybrał na korytarz – tej, którą, jego zdaniem, jeszcze pokocham… tyle że tak się nie stało. Był też w absurdalnie niepraktycznej kremowej kanapie, którą wybrał, a na której widać było każdy ślad, tak jak to przewidywałam, a także stałaby się zupełnie niepraktyczna, gdybyśmy w końcu mieli dzieci. Odsunęłam od siebie tę myśl, parzącą, jakbym za bardzo zbliżyła się do ognia.
Kubki w szafce kuchennej, obrazy na naszych ścianach, wszystko, co mieliśmy, wiązało się z wyjątkową naszą historią. Właśnie to ukryte pochodzenie każdego przedmiotu wprawiało mnie w poczucie, że Adam wciąż chodzi tuż obok mnie po pustym mieszkaniu.
Ale dziś wyczułam coś innego. Nie po raz pierwszy czułam, że Adam może być mną rozczarowany.
Przywróciłam poduchom kremowej kanapy pierwotny kształt, okładając je pięściami, tak jakby osobiście mnie obraziły. Nie lubiłam rozmyślać o ostatnich godzinach Adama, bo on nie chciałby, żebym takiego go zapamiętała. Jednak wspomnienie obietnicy, którą na mnie wymusił – tej jednej obietnicy, której wciąż nie dotrzymałam – nie chciało dać się uciszyć.
Opadłam na poduchy, a Fletcher natychmiast wskoczył na kanapę i położył łebek na moich kolanach, wpatrując się we mnie spojrzeniem pełnym wyrzutu.
– Tylko nie ty też – wyszeptałam, drapiąc go za uszami.
Zrobiłam wszystko, o co prosił mnie Adam. Mechanicy z warsztatu w okolicy znali mnie po imieniu i nawet zmieniłam datę naszej zaplanowanej podróży do Australii. Ale – i było to spore ale – nie odezwałam się do Josha, choć powiedziałam, że to zrobię.
– Nawet nie wiedziałabym jak – powiedziałam do mojego niezainteresowanego psa. – Nie mam pojęcia, gdzie mieszka, ani jak miałabym się z nim skontaktować.
I właśnie na tym zależało Joshowi.
Nigdy więcej już się nie odezwę, Lily. Tak będzie najlepiej dla wszystkich, jeśli zupełnie zerwiemy kontakt.
Czy naprawdę mu uwierzyłam, kiedy to powiedział? Czy wówczas sądziłam, że bolesne słowa, którymi rzucał jak nożami, zostaną zapomniane, a my odnajdziemy do siebie drogę powrotną i znów będziemy przyjaciółmi? Ale Josh mówił śmiertelnie poważnie. Usunął konta z portali społecznościowych i nawet zmienił numer telefonu. Nie miałam pojęcia, gdzie mieszka ani gdzie pracuje. I gdybym miała być szczera, to wolałabym, żeby tak zostało. Nasza kłótnia otworzyła zapadlisko, które pochłonęło w całości naszą przyjaźń, tak jakby w ogóle nie istniała.
Z dnia na dzień Josh przestał być najważniejszym człowiekiem w moim życiu i stał się kimś, kogo kiedyś znałam. I tak było przez sześć ostatnich lat. I zostałoby tak dalej, gdyby mój mąż nie kazał mi przyrzec, że odszukam Josha.
Miałam poczucie, jakby ściany mieszkania powoli zbliżały się do siebie i chciały mnie zmiażdżyć, więc zerwałam się na równe nogi, prawie spychając zaskoczonego Fletchera na podłogę. Dostawałam wiele propozycji dotrzymania mi towarzystwa zarówno od przyjaciół, jak i rodziny. Otrzymałam nawet zaproszenie od Andie – mojej najlepszej przyjaciółki ze studiów – żebym odwiedziła ją w Nowym Jorku, ale odrzuciłam wszystkie oferty. Zaczynałam się zastanawiać, czy to nie był błąd.
– Jak zamierzasz spędzić tę sobotę, Lily?
Pytanie padło zza góry ptysiów i waty cukrowej. Zrobiłam krok do tyłu, żeby podziwiać croquembouche, który razem z Reagan budowałyśmy przez prawie cały dzień, po czym odpowiedziałam z zaskakującą szczerością.
– Będę zajadała się czekoladą, słuchała smutnych piosenek i oglądała stare albumy ze zdjęciami.
Reagan wyłoniła się zza tradycyjnego francuskiego deseru weselnego, smutno kręcąc głową.
– A może spędzisz go z Polly i ze mną? – zaproponowała, przechylając głowę na bok; mogłabym przysiąc, że zgapiła ten ruch od mojego psa. – Wiesz, że moje dziecko kocha cię bardziej ode mnie.
Uśmiechnęłam się ze smutkiem i wytarłam klejące ręce w ściereczkę.
– Jej uczucia są w stu procentach odwzajemnione, ale nawet twoja urocza pięciolatka nie zmieni mojego zdania. I tak byłoby ze mnie beznadziejne towarzystwo.
Teoretycznie Reagan i ja raczej nie nazywałyśmy siebie przyjaciółkami. Ona była ode mnie o osiem lat młodszą, samotną mamą, która ledwo wiązała koniec z końcem dzięki wielu różnym dorywczym zajęciom. Radośnie przyznała, że nie wie, co to „crème Pat” z Listonosza Pata, mimo to po pięciu minutach rozmowy postanowiłam dać jej tę pracę.
– Zatrudniłaś kogoś, bo miał poczucie humoru? – spytał mnie z niedowierzaniem Adam tamtego wieczoru.
Bezradnie wzruszyłam ramionami.
– Chyba tak – odpowiedziałam, ani trochę nie żałując decyzji.
Cztery lata później wciąż jej nie żałowałam.
Jedną z najlepszych cech Reagan było to, że wiedziała, kiedy przycisnąć, a kiedy odpuścić.
– A niech cię, Lily. Wiedziałam, że się nie zgodzisz – powiedziała, zdejmując klamrę z włosów i przeczesując palcami oberżynowe pasemka. Jedyną barwniejszą rzeczą od języka Raegan były jej włosy, które zmieniały kolor właściwie co miesiąc. – Ale jakby co, możesz wpaść – zapewniła, szybko i mocno mnie przytulając.
Choć zaproszenie wydało się kuszące, gdy rozglądałam się po domu, który był tak pełny Adama, a jednocześnie tak pusty bez niego, to właśnie tylko tu chciałam teraz być.
Zdjęłam starą torbę podróżną z szafy, zadowolona, że w końcu robię coś pożytecznego. Znalezisko w postaci zapomnianej pary czarnych skarpetek Adama upchniętych w róg torby na chwilę ostudziło mój zapał.
– Skarpetki! – powiedziałam z niedowierzaniem, głośno wydmuchałam nos i po dziesięciu minutach wyrzuciłam masę wilgotnych chusteczek do śmietnika. Chyba wiedziałam, że nie przetrwam tego dnia bez płaczu, ale nie spodziewałam się, że rozłoży mnie para starych skarpetek.
Wrzuciłam trochę ubrań do torby, po czym zapakowałam do psiego plecaka miski i jedzenie dla psa. Moi rodzice nie mieli własnych zwierząt, ale zawsze mówili, że Fletcher to ich „psiwnuk”, na co Adam się śmiał i przewracał oczami. Łatwo było zauważyć, że moi rodzice przepadali za Adamem i od pierwszego razu, gdy przyprowadziłam go do domu, mój tata nazywał go swoim „synem” – gdybyście znali mojego tatę, wiedzielibyście, że to nie byle co. Przechodzili żałobę za mnie i ze mną przez minione dwanaście miesięcy i naprawdę nie wiedziałam, co sobie wyobrażałam, twierdząc, że będę umiała przeżyć ten dzień bez nich.
Nie zmartwiłam się, gdy nikt nie odebrał, kiedy zadzwoniłam do domu, ponieważ odkąd rodzice przeszli na emeryturę, byli jeszcze bardziej zajęci. Chcemy upchnąć wszystko teraz, żeby móc pilnować dzieciaki, kiedy zdecydujecie się z Adamem na pociechy – zażartował mój tata kilka lat temu. Była to uwaga rzucona mimochodem, ale mój mózg nadal nie chciał wyrzucić jej z pamięci.
Gdybyśmy tylko je mieli… – pomyślałam ze smutkiem, siadając za kierownicą auta.
Czasami trudno było orzec, czy zeszły rok byłby lepszy, czy może niezmiernie gorszy, gdybyśmy z Adamem nie odkładali planów na dziecko na później. Ależ byliśmy głupi, sądząc, że mamy mnóstwo czasu, by spełnić nasze marzenia.
Podróż przebiegła bez przygód, a drogi były do tego stopnia ruchliwe, by zmusić mnie do skupienia się na jeździe. W domu, w którym się wychowałam, niestety panowała ciemność, kiedy zaparkowałam na podjeździe. Fletcher zdawał się poznawać miejsce, w którym po kryjomu dostawał przysmaki, więc podskakiwał już na tylnym siedzeniu z podekscytowania.
Zerknęłam na niego do tyłu z uśmiechem. Może nie było w naszym życiu dzieci, ale dzielenie minionego roku z Fletcherem, który kochał Adama równie mocno, co mnie, sprawiło, że zupełnie nieznośne ostatnie dwanaście miesięcy były trochę bardziej znośne.
Weszłam do domu, Fletcher wyprzedził mnie niemal z prędkością światła, urządzając zupełnie niepotrzebne poszukiwania moich rodziców. Brak ich samochodu na podjeździe potwierdził, że jeszcze nie wrócili.
Zawędrowałam do kuchni, wdychając znajomy zapach domu, aromat tak cenny, że zapłaciłabym górę pieniędzy, żeby zamknąć go we flakonie. Nalałam wody do miski Fletchera i do czajnika dla mnie. Gdy czekałam, aż się zagotuje, otworzyłam tylne drzwi, tak żeby pies mógł wyhasać się w ogródku, a kiedy wybiegł, ruszyłam za nim w szybko zmierzchające popołudnie. Coś było nie tak. Coś było inaczej. Podniosłam wzrok i tak głośno westchnęłam, że Fletcher przestał szukać czegoś w dziwnych rabatkach kwiatowych i podbiegł do mnie.
Drzewo. Drzewo zniknęło. Stary jawor w ogródku na tyłach sąsiadów, na który wchodziłam tysiąc razy lub więcej, powinien wznosić się majestatycznie obok płotu, a jego konary górować nad naszym ogródkiem, ale ja widziałam tylko niebo.
Zerknęłam z oddali na dom sąsiadów. Przeszedł z rąk do rąk kilka razy od czasu moich wspinaczek na drzewo. Nie miałam pojęcia, kim byli obecni właściciele, ale już ich nienawidziłam za bezwzględne wyrąbanie moich wspomnień z dzieciństwa.
Fletcher tanecznie podskakiwał u moich stóp, gdy przedarłam się przez chaszcze do luźnych sztachetek w płocie. Jednak nie znalazłam miejsca, w którym młodsza wersja mnie przeciskała się przez sztachety rozchylane przez mojego dawnego wspólnika od zabawy.
– Powaliło je w strasznej burzy w zeszły listopad – powiedziała moja mama, jednocześnie zaprzątnięta wyjmowaniem z lodówki składników na nasz wieczorny posiłek.
– Dlaczego mi nie powiedzieliście?
Mama przestała sprawdzać datę ważności i smutno przyglądała mi się przez chwilę.
– Pomyślałam, że masz za dużo rzeczy na głowie, żeby myśleć jeszcze o starych drzewach – powiedziała czule.
Powoli przytaknęłam. Listopad to nie był dla mnie dobry czas. W tym miesiącu przypadała rocznica mojego ślubu. Pierwsza, którą spędziłam bez Adama.
– Trzeba było mi powiedzieć – stwierdziłam ze świadomością, że robię z igły widły, wielkie halo z czegoś, co nie powinno aż tyle dla mnie znaczyć. Ale znaczyło.
– Moim zdaniem to i tak cud, że nigdy nie skręciłaś sobie karku, spadając z tego cholernego drzewulca – powiedział tata, mierzwiąc mi włosy, tak jakbym wciąż była tamtą jedenastoletnią chłopczycą. – Gdybym wiedział, jak niebezpieczne wygłupy tam wyczyniasz z tym młodym przygarniętym przez Bakerów… jak mu było na imię? – spytał, szukając odpowiedzi u mojej mamy, wyroczni. Ale zdążyłam odpowiedzieć pierwsza. Dlaczego miałabym nie odpowiadać, skoro jego imię i tak chodziło mi po głowie cały dzień?
– Josh. Miał na imię Josh.
Mama odprawiła istne kulinarne czary i magicznie zamieniła kolację dla dwojga w ucztę dla trojga, przez co zaczęłam się zastanawiać, czy od początku wiedziała, że stanę dziś w ich progu. Pewnie to nie był też przypadek, że zaserwowała jedną z moich ulubionych potraw z dzieciństwa.
Odwiedziny przyniosły mi wszystko, na co liczyłam. Jechałam na oparach, a dzięki pobycie w miejscu, w którym dorastałam, nabrałam sił i odżyłam. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia i nie mogli poszczycić się takimi korzeniami, o czym dowiedziałam się zaskakująco szybko w życiu. Wróciłam myślami do teraźniejszości, ponieważ przeczuwałam, dokąd zmierzają. A dziś wieczorem chciałam myśleć tylko o Adamie.
Rozległo się lekkie pukanie do drzwi mojego pokoju. Obróciłam głowę, ale nie ruszyłam się z ławeczki przy oknie wykuszowym, przy którym narodziło się tyle moich dziecięcych marzeń i planów. Było to to samo miejsce pod tym samym rozgwieżdżonym niebem, ale miałam już za dużo lat, by wierzyć, że wystarczy o czymś marzyć, aby się spełniło.
– Wszystko w porządku, skarbie?
Odwróciłam się od szyby, czując się tak, jakbym z powrotem miała jedenaście lat. Mama podeszła do mnie. Gdyby nie zmarszczki na jej twarzy i siwizna we włosach, naprawdę uwierzyłabym, że cofnęłam się w czasie. Zwłaszcza że mama mnie objęła, a ja schowałam twarz w jej pocieszającym uścisku.
– Dzisiaj, tak czy siak, miało być chujowo, Lily.
Wyrwało mi się coś, dźwięk, który stłumiony przytuleniem mamy zabrzmiał w połowie jak szloch, a w połowie jak śmiech. Mama nigdy nie przeklinała, więc to wiele znaczyło, że zrobiła to teraz.
– Mamo, myślisz, że już zawsze będę tak bardzo za nim tęskniła? Sądziłam, że z czasem zrobi się łatwiej… ale wciąż tak bardzo mi ciężko bez niego.
Nie powiedziała mi, że ból zelżeje ani nie odgrzebała żadnego frazesu w dobrej wierze, tylko przytuliła mnie mocniej do siebie i pochyliła swoją głowę tak, że spoczęła na mojej.
– Wciąż codziennie o nim rozmawiamy z twoim tatą – zapewniła, choć głos lekko jej się łamał. Odsunęłam się nieco i wymieniłyśmy ten sam blady uśmiech. W oczach, które były w tym samym odcieniu zieleni, co moje, czaiły się łzy.
– Podobałoby mu się to – powiedziałam, wiedząc, że to prawda.
Mama przytaknęła.
– Ale nie podobałoby mu się to, że wciąż jesteś tak bardzo smutna. Chciałby, żebyś znów była szczęśliwa. Wiem, że właśnie tego by chciał.
Obietnica znów wysunęła się na pierwszy plan moich myśli niczym arogancka laska wciskająca się do kolejki. Moja głowa wydała się ciężka, gdy przyjęłam słowa mamy. Być może miałam więcej niż jeden powód, żeby tu dziś wrócić. Być może wiedziałam, że aby wykonać kolejny krok w przód, muszę wrócić do miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło.
– Idź stąd!
Lily wciąż nie mogła złapać oddechu po tym, jak się wspięła, a tę odrobinę powietrza, która jej została, natychmiast wciągnął nieznajomy wraz ze swoim niegrzecznym powitaniem.
– Hm, ale z ciebie przyjemniaczek – wysapała w końcu, zarzucając nogę na grubą gałąź, na którą w końcu się podciągnęła.
– No to gadaj – uparcie odparł chłopak. Wpatrywał się w nią spode łba, a Lily w odpowiedzi też patrzyła wilkiem. – Co ty tu robisz? To moje drzewo.
– Właściwie to drzewo należy do pana i pani Baker, naszych sąsiadów. A oni pozwalają mi na nie wchodzić.
– Kłamczucha – powiedział chłopak.
Lily zamrugała z niedowierzaniem. Nikt nigdy nie był dla niej tak nieuprzejmy przez całe jedenaście lat jej życia i szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Chłopak napędzał jej lekkiego stracha.
Gdy stało się jasne, że Lily nie miała już nic do powiedzenia, chłopak zaczął niechętnie zapełniać ciszę.
– Zawsze poznaję, gdy ktoś kłamie.
– Jak? – spytała Lily, zapominając, że właśnie postanowiła nigdy więcej nie rozmawiać z intruzem, który wtargnął do ogródka sąsiadów.
Chłopak wzruszył ramionami. Wyglądał na wysokiego, choć nie można było mieć pewności, bo siedział na gałęzi dobre cztery i pół metra nad ziemią. Zrobiło jej się trochę niedobrze, gdy o tym pomyślała. Nieznajomy miał rację. Nigdy wcześniej nie wdrapała się na drzewo i zagrożenia związane z przebywaniem na takiej wysokości dopiero teraz przyszły jej do głowy.
– Gdy ktoś cię cały czas okłamuje, zaczynasz to coraz lepiej widzieć. Cholera, chyba nie zemdlejesz, co?
W buzi Lily nagle zebrało się za dużo śliny, do tego się spociła, choć dzień w środku lata był dość rześki.
– Nie wiem. W życiu nie zemdlałam. Skąd mam wiedzieć?
Chłopak znów wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Nie wiem ani mnie to nie obchodzi”.
– Nie pytaj mnie. Pewnie się dowiemy, jak rozpłaszczysz się jak placek na ziemi.
Lily poczuła, jak płatki, które zjadła na śniadanie, wirują jej w żołądku.
– Do chuja pana, lepiej nie rzygaj na moim drzewie.
– Jesteś najbardziej niemiłym i wkurzającym chłopakiem, jakiego znam. Czemu jesteś taki okropny? – spytała Lily. Ciekawość była bardziej nieodparta niż potrzeba zwymiotowania.
– Nie wiem. Musiałabyś spytać moją kuratorkę. Pewnie wszystko jest w mojej kartotece.
– W jakiej kartotece? I jaka kuratorka? Kto to?
Chłopak przeciągle westchnął z udręczeniem, tak jakby dzielenie drzewa z dziewczyną było wystarczająco kiepskie, a ona na dodatek okazywała się ciemnotą.
– To ktoś, kto się tobą opiekuje.
– Tak jak mama czy tata?
Lily wiedziała, że nie wyobraziła sobie przelotnego smutku na twarzy młodego chłopaka, zanim zniknął, przepędzony wyrazem pogardy.
– Tak, mniej więcej. Nie wszystkim dostają się świetni rodzice.
Mdłości na szczęście minęły i Lily rozsiadła się nieco swobodniej na grubej gałęzi, ściskając ją udami, jakby ujeżdżała kucyka.
– Dlatego jesteś taki zły? Bo nie masz rodziców?
– Mam rodziców. Tylko takich do dupy, to wszystko. Dlatego jestem u… jak nazywają się ci ludzie, co tu mieszkają?
– Bakerowie. Janette i Gordon. Bardzo mili.
Chłopak zrobił minę.
– Obawiam się, że nie zabawię tu wystarczająco długo, by zobaczyć, czy to prawda, czy nie.
– Dlaczego?
– Często mnie przenoszą. Sprawiam kłopoty.
Powiedział to tak, jakby był to medal zasługi, który nosił z dumą na piersi.
– To smutne – powiedziała Lily ze swoim jedenastoletnim sercem gotowym polubić każdego, nawet niegrzecznego chłopca, który ją przeklinał.
– Nie musisz mi współczuć. Mnie to pasuje.
– Kłamczuch – stwierdziła Lily, szokując samą siebie tą ripostą. Nigdy wcześniej tak nikogo nie nazwała. – Myślę, że jesteś po prostu samotny. Moim zdaniem potrzebujesz przyjaciela.
– Tak, jasne. Właśnie dlatego postanowiłem wejść na duże, stare drzewo. Bo szukałem towarzystwa.
– Hm, no i zadziałało, co nie? Znalazłeś mnie. Mogę być twoją przyjaciółką.
– Nie musisz. Nie zostanę tu na długo.
Lily skrzywiła się w konsternacji. Naprawdę był z niego najdziwniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek spotkała. I zupełnie nie przypominał tych z jej klasy.
– Ale powiedz, ile masz lat? – spytała sąsiada z drzewa.
– Dwanaście. Niedługo skończę trzynaście.
– O, kiedy? – spytała Lily.
– A ty czemu pytasz? Chcesz mi wyprawić imprezę? Upiec mi tort?
Lily szeroko się uśmiechnęła.
– A może tak. Uwielbiam piec z mamą. Babeczki z lukrem najbardziej.
– Widać – ponuro powiedział chłopak. – Wyglądasz na wielbicielkę babeczek, tęcz i lukru.
– Tęcza i lukier. Słodko.
– Nie tak miało zabrzmieć – skwitował chłopak, nadal rozpaczliwie pragnąc być złośliwy, przynajmniej tak się zdawało Lily.
– Ale powiedz, co robiłeś na drzewie, jak tu weszłam?
– Co robiłem? Nic. – Przeszedł od razu w tryb obronny.
– Właśnie że coś robiłeś – powiedziała Lily, przesuwając się po gałęzi z wielkim zadowoleniem, że rano postanowiła włożyć dżinsy, nie szorty. – Jak tu zajrzałam, to się obróciłeś. Widać było, że ci głupio.
Chłopak nieświadomie przesunął się, zasłaniając pień jawora.
– Co tam chowasz?
– Naprawdę jesteś najbardziej wścibską małą dziewczynką na świecie, co nie?
– Nie jestem taka mała. Niedługo będę miała dwanaście lat.
– Dwanaście lat i nos do wtykania go w nie swoje sprawy – orzekł chłopak.
– Tak czy siak, jak masz na imię? Nie mogę nazywać cię „chłopakiem z drzewa”, prawda?
– Nie musisz mnie w ogóle nazywać. Ale jeśli już musisz wiedzieć, co tu robiłem, jak się tu wdrapałaś. – Odchylił się i Lily zobaczyła groźnie wyglądający ostry scyzoryk leżący przy jego nodze i pierwsze trzy litery imienia wyżłobione w pniu. – Lubię zostawiać swoje imię w każdym miejscu, gdzie mnie umieszczą.
– J… O… S… – odczytała na głos, tak jakby była znów w zerówce i próbowała wymówić nowe słowo. – Masz na imię Josh?
Chłopak prawie się uśmiechnął, ale w ostatniej chwili przegonił uśmiech.
– Ja jestem Lily. Wytniesz też moje imię na drzewie, jak już dokończysz swoje?
Chłopak niezobowiązująco wzruszył ramionami, ale Lily już wiedziała, że Josh zrobi to, o co go poprosiła.
– Fletcher! Fletcher!
Szeptanie najwyraźniej nie działało, więc podniosłam głos tak bardzo, jak się ośmieliłam, z niepokojem rozglądając się wokół, na wypadek gdyby ktoś ze straży sąsiedzkiej wyszedł z domu i skarżył się na zakłócanie ciszy wczesnym rankiem.
Fletcher albo niby przypadkiem ogłuchł, albo za dobrze się bawił, żeby zareagować na moją komendę. To była moja wina, że odpięłam go ze smyczy na końcu podjazdu. Zamiast posłusznie potruchtać do drzwi moich rodziców, nagle nastawił uszy, tak jakby coś go wołało. To był szczyt ironii, bo kiedy chwilę później próbowałam go wezwać, tylko mnie zignorował.
Obserwowałam, jak pędzi przez podjazd sąsiadów z prędkością, która przeczyła temu, ile tostów spałaszował przez ostatni rok.
Nawet wąski przesmyk pod bramą ogródka ani trochę go nie spowolnił. Pies jedynie przyparł brzuchem do ziemi i czmychnął pod ogrodzeniem, po czym zniknął z pola widzenia.
Rozejrzałam się, przekonana, że firanki muszą poruszać się w każdym oknie, gdy raźno ruszyłam śladem mojego psa do sąsiedniego ogródka, zerkając na sponiewierany pogodą znak „Na sprzedaż” wbity w trawnik. Mama wspomniała wczoraj wieczorem, że dom aktualnie stoi pusty i został wystawiony na sprzedaż pół roku temu.
Przez jedną okropną chwilę pomyślałam, że być może będę musiała wdrapać się na płot, żeby złapać mojego psa uciekiniera, ale brama była przymknięta, lecz niezakluczona, i zasuwka ustąpiła pod solidnym pchnięciem. Ogródek przypominał podmiejską dżunglę i ani trochę nie wyglądał tak jak wtedy, gdy mieszkali tu Bakerowie. Spędziłam tu tyle godzin w wieku od jedenastu do piętnastu lat, a jednak dziś ledwo rozpoznałam to miejsce.
Mignął mi puszysty ogon Fletchera, gdy pies zniknął w zaroślach, a ja po cichu żałowałam, że ten, kto mieszkał tu ostatnio, nie utrzymał ogrodzenia w dobrym stanie. Myśl o utracie czworonoga Adama była zbyt straszna, by w ogóle ją rozważać.
Szybko przebiłam się przez gęste chaszcze, prawie nie zauważając ani ciernistego krzewu róży, który zahaczył o moją pikowaną kurtkę, ani kłucia parzących pokrzyw, gdy rozchylałam je na boki. Jednak nie sposób było zignorować ogromnego, powalonego jawora. Założyłam, że pewnie dawno go uprzątnięto, ale nadal leżał właśnie tam, gdzie przewróciła go listopadowa burza. Jego korzenie były ogromne, sięgały do nieba niczym plątanina macek, szukając, lecz nie znajdując ziemi, z której je wyrwano.
Chwilowo zalała mnie fala smutku na widok niegodziwego końca istnienia drzewa, ale bardziej skupiałam się na Fletcherze, który jakimś cudem zdołał przeskoczyć przez upadły pień i dostał się między gałęzie.
Szczekał wystarczająco głośno, by obudzić wszystkich mieszkających przy ulicy, którzy jeszcze nie wstali.
– Ciii – syknęłam, jednocześnie szukając sposobu, jak dosięgnąć go przez gałęzie. – Tak to się kończy, jak nie przychodzisz, kiedy cię wołam.
Zrzuciłam z siebie kurtkę, zanim mogłaby uszkodzić się bardziej, i przegramoliłam się przez ogromny pień, żeby dosięgnąć psa, który zaczął piszczeć i wyglądał, jakby bardzo się nad sobą użalał.
Miałam poczucie, że to szczęśliwy zbieg okoliczności móc znów wspinać się na stary jawor, coś, czego nie spodziewałam się robić dwadzieścia lat albo i więcej po mojej pierwszej wspinaczce na te gałęzie. Na szczęście było łatwiej, gdy drzewo leżało w poziomie, i już za chwilę znalazłam się wystarczająco blisko Fletchera, żeby ujrzeć ulgę w jego oczach.
– Miało być odwrotnie, piesku, to ty miałeś uratować mnie przed niebezpieczeństwem – bąknęłam, przedzierając się przez gałęzie, żeby dosięgnąć obroży Fletchera i go stamtąd wyciągnąć.
Ale nagle, gdy pochylałam się nad nim, zobaczyłam coś, czego w życiu nie spodziewałam się znów zobaczyć. Odsunęłam na bok kilka patykowatych gałęzi, uwalniając płochliwego Fletchera i w pełni odsłaniając drzewo w miejscu, gdzie utknął.
Fletcher, który zdążył dostać nauczkę, próbował wdrapać mi się na kolana i z wdzięczności lizać po twarzy, ale prawie tego nie czułam. Z niedowierzaniem pokręciłam głową, przesuwając dłonią po wyżłobieniach w pniu, które prawie nie zatarły się z czasem. Imiona Josha i moje były wyraźnie widoczne, tak samo jak dwadzieścia lat temu, tego dnia, gdy wyciął je w drewnie.
Drzewo było ogromne, z pewnością miało ponad dwadzieścia metrów. Fletcher mógł zostać uwięziony w dowolnym miejscu na całej długości, a jednak znalazł się właśnie tutaj, obok znaku przypominającego o początku mojej przyjaźni z Joshem. Te dwa wyryte imiona na zawsze będą stanowiły pamiątkę tamtego dnia, kiedy stałam w oknie mojego pokoju i obserwowałam chłopaka, którego nigdy wcześniej nie widziałam, po czym weszłam na drzewo w ogródku sąsiadów i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu postanowiłam pójść za nieznajomym. Imiona oznaczały zadzierzgnięcie przyjaźni tak drogocennej, że po raz pierwszy złamano mi serce, kiedy cztery lata później Bakerowie przeprowadzili się wraz ze swoim przybranym synem. Jednak wtedy moje niemądre nastoletnie serce należało już do niego. Choć nigdy nie zebrałam się na odwagę, żeby mu to wyznać, rzecz jasna.
Teraz, dwie dekady później, z całą niezręczną historią między nami, znaczyło to tyle, co zeszłoroczny śnieg – w dużej części zabłocony – choć prośba mojego nieżyjącego męża stale dzwoniła mi w uszach, a los postawił mnie właśnie w tym miejscu, gdzie wszystko się zaczęło.
Podniosłam oczy ku niebu tak, jakby Adam naprawdę tam był, skrywał się przed moim wzrokiem za kłębiącymi się szarymi chmurami.
– Dobrze, kochanie. Rozumiem. Dopiąłeś swego. Odnajdę go. Bóg jeden wie jak, ale zrobię to… Jednak tylko dlatego, że mnie o to poprosiłeś.
– Bakerowie? Boże drogi, nie pomyślałam o nich od wieków. Dlaczego pytasz?
– Tak się zastanawiałam, czy masz ich aktualny adres, nic więcej – powiedziałam, próbując zabrzmieć nonszalancko, choć wcale mi się nie udawało. Mama przerwała składanie ubrań wyjętych z suszarki i przyglądała mi się przez chwilę, przechylając głowę na bok. Pamiętałam tę pozę z dawnych czasów.
– Wiesz, że pani Baker, Janette, odeszła, prawda?
Mama zwykle nie owijała w bawełnę, jak wiele osób robi to w obecności osoby pogrążonej w żałobie, i mówiła po prostu, że ktoś „nie żyje”. Przysięgam, że w zeszłym roku słyszałam chyba każdy eufemizm pod słońcem, od „został wezwany do domu” po „przekroczył tęczowy most”, choć jestem pewna, że to ostatnie wyrażenie zostało zarezerwowane jedynie dla psów i kotów.
Mama najwyraźniej wciąż pamiętała o wczorajszej przełomowej rocznicy. I nie mogła wiedzieć, że byłam na pogrzebie przybranej mamy Josha osiem lat temu.
– Tak. Wiedziałam. Jestem tylko ciekawa, czy nadal masz adres Gordona Bakera. No wiesz, ze świątecznych kartek czy coś.
Zaciekawienie mamy sięgnęło szczytu, czego starałam się uniknąć. Na jej twarzy zagościł też zaskakujący wyraz wyrzutów sumienia.
– Nie, Lily. Niestety straciliśmy kontakt z biegiem lat. Chyba kilka razy zmieniali adres po tym, jak się wyprowadzili.
Przeprowadzali się. Tyle wiedziałam.
– Potem słyszałam od wspólnego przyjaciela, że Gordon trafił do domu opieki kilka lat temu. Biedaczysko. Jego demencja bardzo się pogorszyła po tym, jak stracił Janette.
Tego nie wiedziałam. Poczułam ostre ukłucie smutku z powodu pary, która zawsze była tak niesamowicie dobra dla mnie, a wkrótce zaczęłam zamartwiać się o Josha, bo wiedziałam, że w rzeczywistości stracił obie osoby będące dla niego jak rodzice, bardziej niż jego biologiczni mama i tata.
– Nie wiesz, do którego domu opieki?
Mama przerwała próbę złożenia prześcieradła na gumkę w prostokąt i pochyliła się nad kuchennym stołem. Nagle poczułam się jak niewiarygodny świadek, który ma być przepytywany przez bardzo doświadczonego adwokata.
– O co w tym wszystkim chodzi, Lily?
Przygryzłam wargę, nie będąc pewna, czy chcę jej powiedzieć. Jakoś nigdy nie trafiła się odpowiednia chwila, by wyjaśnić jej wydarzenia sprzed sześciu lat i nieznośną sytuację, w jakiej się znalazłam. Kiedy rodzice z radością wydają tysiące funtów na ogromne wesele, pewnie nie chcą słuchać, że czterdzieści osiem godzin przed wielkim dniem stało się coś, co nagle kazało ci kwestionować to, czy dokonałaś właściwego wyboru.
Na szczęście cały ten chaos i niezdecydowanie zniknęły podczas mojej zażartej kłótni z Joshem i nigdy nie musiałam nikomu mówić, jak blisko byłam złamania dwóch serc za jednym zamachem.
To i tak już nie miało żadnego znaczenia. Ponieważ to Adam był właściwym wyborem. Kochałam go całym sercem i dalej będę go kochała do końca życia. Przez co poszukiwanie Josha wydawało się absurdalnym i bezsensownym przedsięwzięciem. Ale obiecałam.
– Chyba Muriel, nasza wspólna przyjaciółka, o której ci mówiłam, może mieć adres domu opieki. Mam ją spytać, jak następnym razem wybiorę się do miasta?
Zamilkłam na bardzo długą chwilę.
– Mamo, a czy możesz spytać ją dzisiaj? Teraz?
W oczach mojej mamy zobaczyłam milion niezadanych pytań.
Ale nie zadała żadnego z nich. To była jedna z cech, którą uwielbiałam w niej najbardziej. Wiedziała, kiedy naciskać, ale – co ważniejsze – wiedziała też, kiedy nic nie mówić.
Spora górka suchej psiej karmy wpadła z grzechotem do miski Fletchera, a po chwili wahania dosypałam jeszcze trochę. Nie byłam pewna, jak długo zostanę w domu opieki ani czy Gordon Baker w ogóle będzie skłonny się ze mną spotkać.
Domyślam się, że wszystko zależy od tego, ile Josh powiedział mu o naszym „poróżnieniu się”. Zmarszczyłam nos na to wyrażenie, ale nie przychodził mi do głowy żaden zamiennik.
Sprawdziłam dom opieki w internecie, gdy tylko wróciłam od rodziców w zeszły weekend. Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, ale luksusowe zabudowania wyglądające niemal jak hotel były dla mnie sporym zaskoczeniem. Zatrzymywałam się w pięciogwiazdkowych obiektach, które nie były tak szykowne.
Gdy telefon prowadził mnie do celu, próbowałam przypomnieć sobie wszystko, co wiedziałam o Bakerach. Okazało się, że jako nastolatka nie zwracałam większej uwagi na rodzinę mieszkającą obok. Wiedziałam, że nie mieli własnych dzieci i zostali zastępczymi rodzicami dość późno, postanawiając opiekować się tylko starszymi dziećmi, tymi z bardziej złożonymi problemami lub pochodzącymi z kłopotliwego środowiska. Zacisnęłam dłonie na kierownicy, ponieważ z pewnością mieli ręce pełne roboty z Joshem – albo przynajmniej tak było z początku, gdy do nich trafił. Jeśli istniała jakakolwiek zasada, to on łamał ją tylko po to, by ją złamać – tak mi opowiadał z zadowoleniem. Myślę, że przede wszystkim uwielbiał mnie szokować.
Dopiero lata później przyszło mi do głowy, że choć Josh lubił gadać, to właściwie nie pamiętam, żeby zrobił coś wyjątkowo strasznego. To znaczy, o ile nie uznać złamania komuś serca za zbrodnię. Bo gdyby ją za to uznać, to… cóż, wówczas Josh byłby recydywistą.
Ogrodzenie z kutego żelaza otaczało kręty podjazd prowadzący do głównego wejścia do Domu Opieki Redmount. Główny budynek to pojawiał się, to znikał za aleją drzew. Na pierwszy rzut oka prezentował się imponująco.
Podążyłam za strzałkami do miejsca wyznaczonego na parking dla odwiedzających i zatrzymałam się w wolnej zatoczce. Przez przednią szybę uważnie przyjrzałam się zabudowaniu, które niezwykle przypominało rezydencję z filmu historycznego, wraz ze starannie przystrzyżonym bluszczem opinającym cegły. Wczesnopopołudniowe słońce wisiało nisko na niebie, barwiąc szyby we wszystkich oknach na roztopiony pomarańcz.
Gdy wysiadłam z samochodu, natychmiast pożałowałam wybrania codziennych czarnych dżinsów i swetra. Każdy pojazd na parkingu – prócz mojego – wyglądał luksusowo. Uśmiechnęłam się na myśl, że prawie przyjechałam tu małą białą furgonetką, której używałyśmy do dostaw. Nie dało się ukryć, że mój pięcioletni Ford Fiesta nie dorównywał tutejszym autom.
Za to dobrze wybrałam porę odwiedzin. Parking szybko się zapełniał, sobotnie popołudnie najwyraźniej było często wybierane przez odwiedzających. Przeszłam w połowie przez żwirowany dziedziniec, kiedy się zawahałam. A co, jeśli ze wszystkich dni, które Josh mógł wybrać, postanowił odwiedzić swojego przybranego tatę właśnie dziś? Było chłodno, ale to nie przeszkodziło, by kropelki potu niespodziewanie wystąpiły nad moją górną wargą.
Byłam gotowa znów zobaczyć się z moim dawnym sąsiadem. Przećwiczyłam, co mu powiem, i byłam przekonana, że zdołam udać nonszalancję, którą chciałam emanować. Ale perspektywa wpadnięcia na chłopaka, który skradł moje serce, a potem dorósł i zamienił się w mężczyznę, który złamał mi serce – nie raz, ale dwa razy – cóż, to było coś zupełnie innego.
Wrażenie, że to wcale nie jest dom opieki, ale ekskluzywny hotel dostępny tylko dla członków elitarnego klubu towarzyskiego, taki, w którym można wyprawić wesele, tylko się nasiliło, gdy weszłam do środka. W hallu nie było nic chłodnego ani bezdusznego, za to nie brakowało eleganckich zabytkowych mebli oraz imponującej mahoniowej recepcji. Poczucie, że powinnam chodzić w szykownym kapeluszu z pudełkiem confetti, tylko się pogłębiło.
– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
Siliłam się na uśmiech, który prawie zamaskował mój niepokój.
– Mam nadzieję, że mi pani pomoże. Przyszłam w odwiedziny do jednego z mieszkańców. Do pana Gordona Bakera.
Kobieta uśmiechnęła się, sięgając po kartkę na podkładce do pisania na biurku.
– Spodziewa się pani?
– Hm… nie. Nie do końca. – Zastanawiałam się, czy poznała, że to oznacza: „ani trochę”. – Przepraszam. Pierwszy raz tu jestem. Nie zdawałam sobie sprawy, że muszę się zapowiedzieć.
Uśmiech recepcjonistki ani drgnął.
– Nie musi pani. Prowadzimy politykę otwartych drzwi dla rodziny i przyjaciół. – Spoglądała na mnie wyczekująco, widziałam, że czeka na wyjaśnienie, do której kategorii się zaliczam. Prawdę mówiąc, to do żadnej.
– Jestem jego dawną sąsiadką – powiedziałam, co było całkowitą prawdą. – I właśnie przejeżdżałam przez okolicę. – To akurat była wierutna bzdura. Jechałam dwie godziny, żeby tu dotrzeć, ale ona nie musiała o tym wiedzieć. – Pomyślałam, że zrobię mu niespodziankę, ale jeśli to kłopot, to proszę się nie martwić. Zawsze mogę wrócić innym razem – powiedziałam, wiedząc, że nigdy więcej tu nie wrócę. Przynajmniej mogłam stwierdzić, że próbowałam skontaktować się z Joshem. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy.
W moich myślach byłam już w pół drogi powrotnej do samochodu, kiedy młoda kobieta podała mi kartkę na podkładce z biurka.
– Och, nie. Oczywiście, że musi pani odwiedzić pana Bakera. To będzie dla niego prawdziwa atrakcja. Szczerze mówiąc, nieczęsto może liczyć na odwiedziny – dodała szeptem, tak jakby wyznawała mi tajemnicę.
Wzięłam długopis i kartkę, które mi podała. Zanosiło się na to, że koniec końców wizyta dojdzie do skutku.
– Czy wszyscy odwiedzający się wpisują? – spytałam, grając na zwłokę, tak by zdołać prześledzić wzrokiem listę gości, którzy dziś wpisali się do formularza przede mną.
– Tak. Takie mamy zasady.
Nie chciałam ani nie spodziewałam się zobaczyć imienia i nazwiska Josha Metcalfa na liście dzisiejszych gości. Nie było więc powodu, dla którego miałam poczuć zawód, gdy przesunęłam kartkę na podkładce po biurku. Ale byłam rozczarowana.
– Pan Baker jest w naszym skrzydle Starzęśli – poinformowała młoda opiekunka, którą wezwano, by zaprowadziła mnie do jego pokoju. Przesunęła kartą zawieszoną na smyczy na szyi po dyskretnie schowanym czytniku obok drzwi. Usłyszałam, jak wewnętrzny mechanizm klika i zwalnia blokadę. – Niektórzy rezydenci ze Starzęśli mają słabość do pieszych wycieczek – wytłumaczyła. – Nie są trzymani pod kluczem. Ale zamykamy drzwi, żeby nic im nie groziło.
Nadal boksowałam się ze znaczeniem tego stwierdzenia, kiedy zatrzymała się przy drzwiach. Obok nich wisiała tabliczka ze starannie wygrawerowanym imieniem zastępczego taty Josha. Nie było tu miejsca na odręcznie zabazgrane świstki papieru wciśnięte w oprawkę.
– Większość mieszkańców Starzęśli czuje się swobodniej, przyjmując gości we własnych pokojach. To dla nich mniej niepokojące.
Nie miałam pewności, jak czuje się tu pan Baker, ale ja sama zaczęłam się solidnie niepokoić. Czy popełniłam błąd, przychodząc tutaj?
Drzwi do pokoju były uchylone na kilka centymetrów. Było za późno, żeby się wycofać, ponieważ asystentka już lekko pukała w drewniany panel.
– Gordon? Możemy wejść? Ktoś przyszedł w odwiedziny.
Było słychać zza drzwi, że ktoś coś wymamrotał, zbyt cicho i niewyraźnie, by wiedzieć, czy oznacza to tak, czy nie. Asystentka otworzyła drzwi i cofnęła się, pozwalając mi wejść pierwszej do pokoju.
Bardzo dobrze wytrenowałam swoją twarz, żeby nie wyrażała szoku ani zaniepokojenia, kiedy Adam był w szpitalu, a później w hospicjum. Nikt nie chce, by osoby w odwiedzinach wyglądały na przerażone, gdy tylko spojrzą. Ale potrzebowałam chwili, zanim nakazałam rysom twarzy nie reagować na słabowitego mężczyznę usadzonego w fotelu uszaku obitym brokatem. Ani trochę nie przypominał pana Bakera z moich wspomnień. Jego dłonie były zaciśnięte na podłokietnikach, miał chude, szponiaste, kościste palce, do tego pokryte głębokimi zmarszczkami i starczymi plamami przedramiona. Widziałam, jak ręce zaciskają się na tapicerce, gdy zbierał się do wstania, wtedy niespodziewanie gula urosła mi w gardle. Pan Baker zawsze prezentował nienaganne maniery. Niezawodnie wstawał za każdym razem, gdy moja mama albo ja wchodziłyśmy do pokoju. Jak mogłam o tym zapomnieć?
Szczerze mówiąc, to była jedna z niewielu rzeczy, które rozpoznałam w tym posuniętym w latach dżentelmenie. Jego włosy zaczęły rzednąć już wtedy, gdy go ostatnio widziałam, a teraz miał ich na głowie tak niewiele, że można było policzyć pasma. Nie zmienił się na twarzy, a jednak wyglądał zupełnie inaczej. Tak jakby ktoś wykonał kauczukową maskę pana Bakera, po czym wystawił ją na słońce, gdzie się roztopiła i straciła kształt.
Jego oczy były załzawione i choć nie mogłam sobie przypomnieć ich dawnego koloru, bez względu na to, jaki był, dawno temu zblakł. Jego wargi poruszały się bezgłośnie, tak jak to bywa u starszych ludzi.
– Proszę nie wstawać – zaprotestowałam, wyciągając wyprostowaną rękę, tak jakbym kierowała ruchem, po czym podeszłam do fotela. – Nie jestem pewna, czy mnie pan pamięta, panie Baker… Gordonie – poprawiłam się, zażenowana sztywnością powitania. – Jestem Lily. Lily… Williams – powiedziałam, wracając do nazwiska, którego nie używałam od sześciu lat. – Kiedyś mieszkał pan obok nas w Elm Close. Moi rodzice to Tony i Barbara.
Zarzuciłam go mnóstwem informacji w kilka sekund i widziałam, że próbował je przetrawić… ale mu się nie udało.
– Może pójdę przygotować drobny podwieczorek? – zaproponowała kobieta, która mnie tu przyprowadziła. Obejrzałam się na nią przez ramię, nagle nie mając pewności, czy jestem gotowa zostać sam na sam z kimś, kto wyglądał tak, jakby podmuch wpadający przez lekko uchylone okno mógł go zwiać z fotela.
– Proszę nie robić sobie kłopotu – powiedziałam, ale kobieta już stała w drzwiach.
– Och, żaden kłopot. Zwykle podajemy Gordonowi herbatę mniej więcej o tej porze.
Po czym zniknęła, a ja przez chwilę czułam się jak dziecko podrzucone na imprezę, na którą wcale nie chciało iść.
Powoli się obróciłam. Usta Gordona wciąż mieliły, tak jakby dano mu wyjątkowo klejącą krówkę tuż przed moim przyjazdem. Podniósł drżącą dłoń i pokazał na fotel niedaleko jego. Zrobiłam, co mi kazał, i przysiadłam na brzegu, nie będąc na tyle odprężona, by rozsiąść się i oprzeć na poduchach.
– Czy ja cię znam? – spytał niespodziewanie.
Przełknęłam ze skrępowaniem. Nie było mowy, żeby ten uroczy skołowany staruszek miał nagle rzucić z pamięci adresem albo numerem telefonu nastolatka, którego przygarnął dwadzieścia lat temu. Do diabła, co ja sobie myślałam?
– Mam na imię Lily – powtórzyłam. Tym razem nie zafundowałam mu całej historyjki.
Gordon Baker przytaknął, lekki uśmiech błąkał się na jego wąskich wargach.
– Znałem kiedyś jedną Lily. Prawdziwą rozrabiakę. Zawsze chodziła po drzewach.
Wyprostowałam się na fotelu.
– To byłam ja! – wykrzyknęłam z zachwytem. – To ja jestem tamtą Lily. Wspinałam się na stary jawor w ogródku na tyłach waszego domu.
Pan Baker spojrzał na mnie, po czym pokręcił przecząco głową, tak jakby było mu przykro, że to on musi przekazać mi tę wiadomość, że niestety coś mi się pomyliło.
– Nie. Ta Lily, którą znałem, była młodą dziewczyną. Nie mogła mieć więcej niż jakieś dwanaście lat. Ale był z niej chudzielec! Choć miała dobre serce.
To był zbyt heroiczny wysiłek dla jego szwankującej pamięci, żeby skojarzyć wspomnienia o jedenastoletniej mnie z kobietą po trzydziestce, która siedziała teraz przed nim. Postanowiłam więc, że ja też będę mówiła o tej młodszej wersji mnie, tak jakbyśmy – ona i ja – były zupełnie niespokrewnione.
– Pamięta pan, że Lily przyjaźniła się z jednym z chłopców, których przygarnął pan z Janette?
Za późno zorientowałam się, że popełniłam błąd. Na wspomnienie imienia jego nieżyjącej żony twarz pana Bakera nagle się zmieniła.
– Znałaś moją Janette? Widziałaś ją ostatnio? Wciąż ich pytam, dlaczego mnie nie odwiedza, ale nie chcą mi nic powiedzieć.
Bezradnie rozejrzałam się dookoła. Czy nie wiedział, że jego żona zmarła? Czy nie pamiętał, że był na pogrzebie, na którym ja też się zjawiłam? Nie chciałam mu tego mówić.
Na szczęście przed wyjaśnieniem całej sprawy od nowa uratował mnie brzęk naczyń i odgłos kółek toczących się po wyłożonych drewnianym parkietem korytarzu. Odwróciłam się z ulgą, gdy młoda kobieta weszła z powrotem do pokoju, niosąc tacę zastawioną czajnikiem z herbatą, filiżankami i spodkami oraz markizami na talerzyku.
– Ach. Już podwieczorek? – spytał Gordon z nutką radosnego wyczekiwania w głosie. Na jego twarzy nie było śladu po zmartwieniu, które gościło tam jeszcze kilka sekund temu, gdy pytał mnie o swoją żonę. – Pozwólcie, że skoczę do kibelka – dodał staruszek, po czym z trudem wstał i z szuraniem ruszył do pomieszczenia, które, jak się domyślałam, było jego prywatną łazienką w pokoju.
Zaczekałam, aż usłyszę kliknięcie zamykanych drzwi, po czym odwróciłam się znów do kobiety, która właśnie odłożyła tacę z herbatą i ciasteczkami.
– On… wydaje się raczej skołowany. Pytał mnie o żonę, dlaczego go nie odwiedza. Czy nie wie, że zmarła?
Młoda asystentka nie wyglądała na ani trochę zmartwioną moimi słowami, choć kiedy je wypowiadałam, towarzyszyła mi troska.
– Czasami wie. A czasem nie. Jego pamięć przypomina starą lornetkę skierowaną w przeszłość. Jeśli Gordon ma dobry dzień, lornetka potrafi skupić na chwilę, ale przeważnie w najlepszym razie widzi rozmazany obraz.
– Nie ma więc sensu pytać go o coś takiego jak adres mailowy czy numer komórki, bo to go przerośnie?
Kobieta wymownie uniosła brwi.
Pokręciłam głową.
– Przepraszam. Głupie pytanie. Wiedziałam, że cierpi na demencję, ale nie miałam świadomości, jak to wygląda.
– Nie ma dwóch takich samych przypadków. Ani dwóch takich samych dni. Ich wspomnienia rozmywają się szybciej, niż mogłaby pani uwierzyć. Warto pamiętać o tym, że gdy mówimy Gordonowi o śmierci żony, on jakby słyszy to po raz pierwszy i przechodzi żałobę po niej, tak jakby to było wczoraj, jak gdyby jeszcze przed chwilą była obok niego.
Jej słowa stanowiły dla mnie cios. Minął rok od straty mojego męża, a ja absolutnie nie pozbierałam się po pierwszym powalającym uderzeniu, że nie będzie go już ze mną. Wyobraziłam sobie, że muszę przechodzić tę agonię raz po raz. Niewyobrażalne.
Gordon wyszedł z łazienki, a uprzejma asystentka, sprawdziwszy wszystko, co powinno być u niego zapięte na guzik albo zamek, znów zostawiła nas samych.
Mężczyzna zdawał się zupełnie zapomnieć o smutku z przeszłości podczas wizyty w toalecie, a ja nie chciałam przywracać mu tych bolesnych wspomnień. Może gdzieś w wadliwych skarbcach jego pamięci znał obecne miejsce pobytu Josha, ale wspomnienia o przybranym synu będą nierozerwalnie splątane z tymi o zmarłej żonie. I pomimo obietnicy złożonej Adamowi nie zamierzałam robić nic, by zadawać temu kruchemu staruszkowi więcej bólu. Adam też nie chciałby, żebym tak postąpiła.
Wypiliśmy herbatę, a Gordon szybko schrupał cały talerz markiz. Porozmawialiśmy o ogrodach, o których nie wiedziałam prawie nic, mieszkając na najwyższym piętrze kamienicy.
– Wiesz, zbudowałem mały podest na tamtym starym jaworze dla młodej Lily i mojego chłopaka – powiedział Gordon, wychylając się na fotelu, czym sprawił, że okruszki ciastek spadły na podłogę.
Wyciągnęłam szyję, podekscytowana, że drzwi do przeszłości niespodziewanie się otwierają.
– To prawda. Przybił pan kilka desek na górnej gałęzi.
Gordon Baker zmrużył powieki.
– Kto ci powiedział? Rozmawiałaś z moim chłopakiem? Widziałaś się z nim?
– Z Joshem? Jego ma pan na myśli? Josh to był ten młody chłopak, którego przygarnęliście w dwa tysiące piątym roku. Zamieszkał z wami, bo… no cóż, nie miał zbyt szczęśliwego życia w poprzednim domu.
– Biedny chłopak miał najgorzej ze wszystkich. Prawie pękło mi serce, gdy się dowiedziałem, przez co przeszedł. To straszne, co niektórzy ludzie wyrządzają swoim dzieciakom.
Przełknęłam kolejną gulę w gardle.
– Tak jest, Gordon. Tak jest. Ale Josh miał szczęście. Miał ciebie i… – przystopowałam, zanim znów wpadłam w otchłań. – Mógł na ciebie liczyć, że się nim zaopiekujesz – dokończyłam.
– Chcesz zobaczyć zdjęcie? – spytał Gordon Baker, po czym wstał i podszedł do masywnej dębowej komody, która przyciągnęła moją uwagę, gdy tylko weszłam do pokoju, nie tylko rustykalnym urokiem, lecz także kolekcją fotografii w ramkach stłoczoną na blacie. Większość pokazywała o wiele młodszych Gordona i Janette. Portretowała całą gamę mód na przestrzeni kilku dekad.
Dłoń staruszka kręciła się wokół ramek, szukając tego zdjęcia, które chciał mi pokazać, tymczasem rozglądałam się po kolekcji za mężczyzną o ciemnych włosach, wyraźnych kościach policzkowych i najbardziej intensywnym spojrzeniu brązowych oczu, jakie kiedykolwiek widziałam. Żadna ze sfotografowanych postaci w ramkach nie pasowała do opisu.
– Tu jest. To ta mała Lily, o której ci opowiadałem.
Podał mi zdjęcie w pozłacanej ramce stojące na samym tyle. Wpatrywałam się dłuższą chwilę w fotografię, której nie widziałam prawie dwadzieścia lat. Zrobiono ją podczas letniego grilla około dwóch lat po tym, jak Josh zamieszkał z Bakerami. Na zdjęciu było wiele innych osób z sąsiedztwa – w tym moi rodzice, którzy wyglądali młodziej, niż zapamiętałam. Stałam z boku głównej grupy, z hot dogiem w dłoni i ręką Josha od niechcenia zarzuconą na moje ramiona.
Gordon stanął obok mnie i wpatrywał się w kadr ze zmieszaną miną.
– Tu jest. Lily. Ale nie jestem pewien, kto to jest ten chłopak obok niej.
Wyjął zdjęcie z moich rąk, podniósł je blisko swojej twarzy, aż nosem niemal muskał szybkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
