Zawsze ty i ja - Dani Atkins - ebook + audiobook + książka

Zawsze ty i ja ebook i audiobook

Atkins Dani

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy to my wybieramy miłość? A może to miłość wybiera nas?

Lily i Adam tworzyli szczęśliwe małżeństwo aż do chwili, gdy Adam poważnie zachorował. W swoich ostatnich chwilach prosi Lily o coś zupełnie niespodziewanego: ma odnaleźć dawnego przyjaciela, Josha, i pogodzić się z nim.

Josh i Lily byli w dzieciństwie nierozłączni, lecz tuż przed ślubem dziewczyny ich drogi nagle się rozeszły. Od tamtej pory nie widziała go ani razu. Spełniając ostatnią wolę męża, Lily wyrusza na poszukiwanie Josha – i szybko odkrywa, że ich relacja jest znacznie bardziej skomplikowana, niż była gotowa przyznać. A kiedy poznaje szokujący powód ostatniego życzenia Adama, będzie musi całkowicie zaufać swojemu sercu…

Dla fanów Paige Toon, Colleen Hoover i Nicholasa Sparksa – Dani Atkins przedstawia emocjonalną historię, której bohaterka mierzy się z żałobą i poczuciem winy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 452

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 3 min

Lektor: Dani Atkins

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nalny: Always You and Me

Copy­ri­ght © 2025 by Dani Atkins Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © TIME S.A. 2026 Copy­ri­ght for the Polish Trans­la­tion © Monika Skow­ron 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Kata­rzyna Woj­tas Korekta: Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Pro­jekt okładki: Emma Rogers Zdję­cie na okładce © Pau­line Lewis / Getty Ima­ges Adap­ta­cja okładki: Ewa Popław­ska Zdję­cie autorki na okładce © Hanna Cousens 2017

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN: 9788383437798

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Cas­sidy

Witaj, maleńka

Prolog

Dzwo­nek ogła­sza­jący koniec odwie­dzin roz­brzmie­wał od dawna. Po pro­stu go igno­ro­wa­łam. Nie­mal pra­gnę­łam, żeby ktoś się zja­wił i mi to zarzu­cił, ponie­waż szu­ka­łam pre­tek­stu do kłótni. Prze­peł­niała mnie wrząca wście­kłość, taka, która grozi wybu­chem, niczym lawa z kra­teru drze­mią­cego wul­kanu.

– Nie­na­wi­dzę cię – oznaj­mi­łam Bogu, w któ­rego nie wie­rzy­łam, tak na wszelki wypa­dek, na prze­kór wszyst­kiemu, gdyby aku­rat czaił się po dru­giej stro­nie lustra z widocz­nymi zacie­kami, w dam­skiej toa­le­cie.

Posta­no­wił nie odpo­wia­dać, a w lustrze zoba­czy­łam jedy­nie odbi­cie kobiety wyglą­da­ją­cej na dekadę star­szą niż moje trzy­dzie­ści lat, jak wyni­kało z daty wid­nie­ją­cej na akcie uro­dze­nia. Wyglą­da­łam jesz­cze gorzej niż na zdję­ciu pasz­por­to­wym, choć ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że było to fizycz­nie moż­liwe.

Moje oczy nie były pod­puch­nięte i zaczer­wie­nione, ponie­waż przy­cho­dzi taki czas, gdy już bra­kuje łez. Widzia­łam w nich tylko bole­sny smu­tek z powodu cze­goś, co jesz­cze się nie zda­rzyło. Ale wyda­rzy się tej nocy.

Moje włosy były świeżo umyte nie dla­tego, że dba­łam o wygląd, ale ponie­waż Adam zawsze lubił cho­wać twarz w moich dłu­gich kasz­ta­no­wych kosmy­kach i zacią­gać się jabł­ko­wym zapa­chem szam­ponu. Mogli­śmy jesz­cze robić przy­naj­mniej to, choć minęły tygo­dnie, odkąd zdo­łał mnie objąć i cało­wać, aż bra­ko­wało mi tchu, i upły­nęło jesz­cze wię­cej czasu, odkąd miał siłę pod­nieść mnie, zanieść do naszej sypialni, poło­żyć mnie na chłod­nej, świe­żej pościeli i…

– Dość tego – zapal­czy­wie wypa­li­łam do swo­jego odbi­cia. – Nie wra­caj do tego, Lily.

Drzwi za moimi ple­cami otwo­rzyły się, a ja natych­miast spu­ści­łam wzrok, kiedy roz­po­zna­łam inną osobę regu­lar­nie odwie­dza­jącą hospi­cjum.

Kobieta była star­sza ode mnie, mia­ły­śmy w zwy­czaju ski­nąć sobie głową w win­dzie lub na kory­ta­rzu, dwie uchodź­czy­nie w kraju, któ­rego ni­gdy nie chcia­ły­śmy odwie­dzić. Nie wyobra­ża­łam sobie, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek ją zoba­czę, gdy ten dzień dobie­gnie końca.

Porwa­łam garść ręcz­ni­ków papie­ro­wych, za bar­dzo się spie­sząc, by trwo­nić choćby dwa­dzie­ścia sekund, któ­rych potrze­bo­wała suszarka na osu­sze­nie moich dłoni. Gdy wśli­zgnę­łam się z powro­tem do pokoju Adama, odru­chowo zer­k­nę­łam na zegar na ścia­nie. Nie było mnie sześć minut. Sześć minut, któ­rych ni­gdy nie zdo­łam wydrzeć z powro­tem.

Adam miał zamknięte oczy, ale zamru­gał i otwo­rzył je, sły­sząc szu­ra­nie krze­sła, które przy­su­nę­łam bli­żej do łóżka. Powoli obró­cił ku mnie głowę, tak jakby miał nie­zwy­kle kru­che kości i zardze­wiałe ścię­gna. Gdy się skrzy­wił, ja też poczu­łam ten sam ból.

– Cześć, piękna – powie­dział gło­sem brzmią­cym, jakby miał sto lat.

Uśmiech­nę­łam się smutno.

– Tylko dla cie­bie.

Z tru­dem prze­łknął, a ja w mgnie­niu oka zerwa­łam się na równe nogi i się­gnę­łam po wodę w szklance i słomkę. Wsu­nę­łam dłoń pod jego szyję i unio­słam mu głowę z poduszki, ponie­waż już nie miał siły, żeby zro­bić to sam. Wniósł pra­wie dwu­ipół­me­trową cho­inkę na trze­cie pię­tro do naszego miesz­ka­nia zale­d­wie trzy mie­siące temu, a dziś tak pro­sty ruch jak pod­nie­sie­nie głowy, żeby napić się z cho­ler­nego kubka-nie­kapka, prze­kra­czał jego moż­li­wo­ści.

Na chwilę odwró­ci­łam wzrok i wyj­rza­łam przez okno, bo nie chcia­łam, żeby dostrzegł złość w moich oczach. Adam był naj­lep­szym czło­wie­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tka­łam – naj­lep­szym czło­wie­kiem zda­niem każ­dej osoby, która kie­dy­kol­wiek go poznała – a fakt, że nikt nie będzie miał już szansy, by dowie­dzieć się, jak jest total­nie nie­sa­mo­wity, gdy ten dzień dobie­gnie końca, dopro­wa­dzał mnie do szału.

Widzia­łam po jego oczach, że już się napił, więc odło­ży­łam jego głowę na poduszki.

– Boli cię? Mam kogoś zawo­łać? – Moja ręka już uno­siła się nad guzi­kiem „wezwij”.

Zaprze­czył ruchem głowy. Przez leki był ospały, a przez ostat­nie kilka dni, odkąd oznaj­miono nam, że nasz czas osta­tecz­nie dobiega końca, nie chciał brać żad­nych.

– Nie zamie­rzam tra­cić ani jed­nej sekundy w zawie­sze­niu. Jeśli tylko tyle czasu nam zostało. – Wtedy wybuch­nę­łam pła­czem, nie mogłam się powstrzy­mać, a on wziął mnie za rękę, po czym mówił dalej: – Jeśli to koniec, to chcę być z tobą tu i teraz, aż do ostat­niego tchnie­nia.

– Będziesz ze mną jesz­cze dłu­żej. Mówi­li­śmy, że na zawsze, pamię­tasz? Napi­sa­li­śmy to w przy­się­dze. Nie wymi­gasz się od tego, dra­niu.

– Nie jestem pewien, czy śmierć to miga­nie się – powie­dział ostroż­nie. – Ale to prawda, nie dotrzy­muję słowa. I bar­dzo, bar­dzo mi przy­kro, że ci to robię, Lily. Chyba powin­naś mnie pozwać.

Taki był Adam, zde­ter­mi­no­wany, by wywo­łać uśmiech na mojej twa­rzy, nawet wtedy, gdy pękało mi serce.

– Czy Flet­cher jesz­cze tu jest? – spy­tał nie­spo­dzie­wa­nie.

Prze­łknę­łam z zakło­po­ta­niem, zanim odpo­wie­dzia­łam. Krót­ko­trwała pamięć Adama zaczęła się gubić, niczym sygnał radiowy chy­bia­jący radio­sta­cję i pod­pa­da­jący pod inną czę­sto­tli­wość.

– Nie, kocha­nie. Reagan zabrała go do sie­bie kilka godzin temu. Pamię­tasz?

Obser­wo­wa­łam, jak facet, któ­rego kocham, o IQ pozwa­la­ją­cym mu na człon­ko­stwo w MEN­SIE, pró­bo­wał zebrać kilka ele­men­tów roz­sy­pa­nej ukła­danki pamięci i z powro­tem je uło­żyć.

Flet­cher to pies Adama. Był w jego życiu dłu­żej niż ja i naprawdę nie wie­dzia­łam, co bym zro­biła, gdyby hospi­cjum nie pozwo­liło mi przy­pro­wa­dzić go na ostat­nią wizytę.

Pie­lę­gniarka, którą o to spy­ta­łam, zro­biła głę­boki wdech, zanim odpo­wie­działa, a ja byłam gotowa sypać jak z rękawa prze­ko­nu­ją­cymi argu­men­tami, które zbie­ra­łam przez więk­szą część poprzed­niej nocy.

– Oczy­wi­ście, może pani – odparła. – Niech pani przy­pro­wa­dzi go jutro.

I zamiast podzię­ko­wać jej za uprzej­mość, natych­miast wybuch­nę­łam pła­czem, bo wie­dzia­łam, co zna­czy to ustęp­stwo. Zegar odmie­rza­jący pozo­stały nam czas zaczął tykać nieco gło­śniej.

Flet­cher był nie­zbyt roz­gar­nię­tym bor­der col­liem, czuł pociąg do poże­ra­nia kapci, kore­spon­den­cji i od czasu do czasu nawet skar­pe­tek. Nie mia­łam poję­cia, jak zare­aguje na obce oto­cze­nie pełne nie­zna­jo­mych dźwię­ków i zapa­chów.

Sie­dział obok mnie na fotelu pasa­żera w samo­cho­dzie, gdy jecha­li­śmy do hospi­cjum, przy­naj­mniej ten jeden raz się nie wier­cił, nie dra­pał szyby ani nie pró­bo­wał sia­dać mi na kola­nach. Gdy zatrzy­ma­li­śmy się na par­kingu, wypro­sto­wał się i spoj­rzał wprost na niski budy­nek z czer­wo­nej cegły, który stał się domem jego wła­ści­ciela na ostat­nie cztery tygo­dnie.

Wydo­był z sie­bie poje­dyn­czy, smętny sko­wyt.

– Czu­jesz go, Fletch? Wiesz, że tu jest?

Flet­cher spoj­rzał na mnie wzro­kiem, który nagle wydał się poro­zu­mie­waw­czy.

– Musisz być dziś grzeczny – powie­dzia­łam do niego, przy­pi­na­jąc smycz do obroży. – Nie możesz nikogo dener­wo­wać.

Pies Adama patrzył, jak łzy płyną po moich policz­kach, tak jakby chciał powie­dzieć, że na to już odro­binę za późno.

– Zabra­łam cię, żebyś się z nim poże­gnał, pie­sku – wyszep­ta­łam łamią­cym się gło­sem.

Flet­cher przy­glą­dał mi się z nie­mal ludz­kim wyra­zem empa­tii na pyszczku.

– Ale ty chyba już to wiesz, prawda?

Przez dwie godziny pies Adama sie­dział obok łóżka w zasięgu dłoni jego pana, która gła­skała jego jedwa­bi­ste uszy tak samo, jak robiła to tysiąc razy wcze­śniej. I nie zrobi ani razu wię­cej. I choć przez to pękało mi serce, myślę, że stary dobry przy­ja­ciel przy boku pomógł ule­czyć serce Adama.

Pod koniec odwie­dzin pod­nio­słam psa i poło­ży­łam go na łóżku.

Wszę­dzie wokół były kro­plówki i jakieś rurki, ale Flet­cher, który praw­do­po­dob­nie był naj­bar­dziej nie­zdar­nym czwo­ro­no­giem na świe­cie, nie zaha­czył o nic. Tylko leżał na mate­racu i wpa­try­wał się w swo­jego pana z odda­niem dorów­nu­ją­cym mojemu. Oboje kocha­li­śmy tego męż­czy­znę z całego serca. I tej nocy oboje mie­li­śmy go stra­cić.

* * *

Per­so­nel hospi­cjum przy­po­mi­nał nie­wi­dzialne anioły, dys­kret­nie zakra­da­jące się do pokoju Adama i czmy­cha­jące z niego przez całą noc, czu­wa­jące nad nim, czu­wa­jące nade mną, regu­lu­jące maszy­ne­rię, a potem cicho roz­pły­wa­jące się w cie­niu. Ktoś wyłą­czył górną lampę o ostrym świe­tle, przez co pomiesz­cze­nie było ską­pane w przy­ćmio­nym bla­sku lampki przy łóżku. Na­dal było wystar­cza­jąco jasno, żeby widzieć każdy szcze­gół twa­rzy, obok któ­rej pla­no­wa­łam się budzić przez następne sześć­dzie­siąt lat albo i dłu­żej. Ta myśl dopa­dła mnie znie­nacka i to, co aku­rat mówi­łam, zagłu­szył mój szloch.

– Och, kocha­nie – powie­dział Adam, gdy udało mu się pod­nieść rękę z mate­raca z siłą, którą, jak sądzi­łam, zdą­żył stra­cić. – Chodź tutaj.

Pode­szłam do niego, znaj­du­jąc drogę wśród plą­ta­niny kabli i rurek, i poło­ży­łam głowę na jego piersi. To było moje ulu­bione miej­sce do spa­nia, z uspo­ka­ja­ją­cym mia­ro­wym biciem serca docie­ra­ją­cym wprost do mojego ucha. Dziś w nocy rytm był nie­równy, niczym pio­senka grana w złym tem­pie. Puls przy­spie­szył w nagłym oży­wie­niu, a potem zwal­niał, gdy poja­wiały się nie­zno­śnie dłu­gie odstępy przed kolej­nym uspo­ka­ja­ją­cym ude­rze­niem serca.

– Adam zwolni – usły­sza­łam. – Będzie zaspany, może sporo spać. Nie będzie chciał jeść ani pić. Stop­niowo jego ciało zacznie się zatrzy­my­wać.

– Czy… czy to będzie bolało? – spy­ta­łam z zapła­kaną twa­rzą, bo nie zawra­ca­łam sobie głowy tym, żeby ocie­rać łzy.

– Nie dopu­ścimy do tego – łagod­nie powie­działa lekarka. – Podamy mu wszystko, czego będzie potrze­bo­wał.

Póź­niej w kółko odtwa­rza­łam te słowa w myślach. Ponie­waż to, czego mój mąż potrze­bo­wał – cudu – to była ta jedna rzecz, któ­rej nikt nie mógł mu dać. Nie było lekar­stwa na cho­robę, która zabie­rała go sobie i okra­dała nas z jego obec­no­ści.

– Chodź pod koł­drę – powie­dział Adam cicho.

– Jestem pra­wie pewna, że nie wolno – wyszep­ta­łam, ale już zrzu­ca­łam buty i wpa­try­wa­łam się ze zmar­twie­niem w drzwi, kiedy obu­wie spa­dło na pod­łogę z dono­śnym łosko­tem.

– Chyba mnie nie wyrzucą, bo jestem nie­grzeczny.

– A będziemy nie­grzeczni? – spy­ta­łam, pró­bu­jąc wywo­łać uśmiech na jego twa­rzy. Adam miał naj­pięk­niej­szy uśmiech ze wszyst­kich osób, które kie­dy­kol­wiek pozna­łam.

– Chciał­bym – powie­dział z żalem, głę­boko patrząc mi w oczy.

Wyda­wało się to zupeł­nie nie­po­prawne, że nawet po tych wszyst­kich latach wciąż pamię­ta­łam nasz pierw­szy raz, a jed­nak nie mogłam przy­po­mnieć sobie, kiedy ostat­nio się kocha­li­śmy.

Wie­dzia­łam tylko tyle, że było to gdzieś pomię­dzy coraz więk­szym bez­wied­nym zmar­twie­niem się upo­rczy­wymi symp­to­mami cho­roby Adama a dniem, kiedy sie­dzie­li­śmy, bla­dzi jak kreda i prze­ra­żeni, w gabi­ne­cie onko­loga.

– Panie dok­to­rze, pro­szę mówić pro­sto z mostu – popro­sił go Adam. – Nie zno­szę owi­ja­nia w bawełnę. Jak bar­dzo jest źle?

Lekarz zamilkł na dłuż­szą chwilę. Nie musiał zer­kać na wyniki badań ani odno­sić się do zdjęć rent­ge­now­skich roz­ło­żo­nych w wachla­rzu przed nim. Spoj­rzał Ada­mowi pro­sto w oczy.

– Źle – powie­dział cicho. – Jest źle.

* * *

Minuty po cichu zamie­niały się w godziny. Przy­szła kolejna zmiana per­so­nelu i na kory­ta­rzu przed poko­jem Adama zro­biło się ciszej.

– Mów do mnie – powie­dział Adam, pod­czas gdy leża­łam obok niego, zwi­nięta w pre­cel.

– Co?

Blado się uśmiech­nął.

– Cokol­wiek. Chcę tylko sły­szeć twój głos. Powiedz mi, co o mnie pomy­śla­łaś, jak się pozna­li­śmy.

– Pro­ste. Pomy­śla­łam, że chu­jek z cie­bie. O wiele zbyt pewny sie­bie.

Lekko się zaśmiał, ale jego śmiech zamie­nił się w przej­mu­jący napad kaszlu. Płuca nie dzia­łały już pra­wi­dłowo. Oddech prze­stał być cichy. Poja­wiło się chry­pie­nie, które, jak wie­dzia­łam, miało już nie znik­nąć.

Zro­bi­łam to, o co mnie pro­sił, opo­wia­da­łam mu histo­rie, które bez wyjątku zaczy­nały się od słów: „A pamię­tasz, jak…”. Wywo­ły­wały nasz uśmiech, dopro­wa­dzały nas do łez – ale to nic złego, ponie­waż śmia­li­śmy się i pła­ka­li­śmy razem. A „razem” było luk­su­sem, który nie miał być nam dany na wiele dłu­żej.

Adam, jakby wyczu­wa­jąc, że moje myśli skrę­cają w ciemną uliczkę, moc­niej mnie objął. Było już po pół­nocy i w hospi­cjum pano­wała nie­mal zupełna cisza, pomi­nąw­szy ciche kroki prze­mie­rza­jące kory­tarz.

– Lily, jest coś, o co muszę cię popro­sić. Chcę, żebyś coś mi obie­cała.

– Jesz­cze wię­cej obiet­nic? – powie­dzia­łam, pró­bu­jąc brzmieć pogod­nie, ale coś w jego tonie wywo­łało gęsią skórkę na moich ramio­nach.

Kazał mi obie­cać całe mnó­stwo rze­czy przez te ostat­nie dni i tygo­dnie. Więk­szość z nich była dość wyko­nalna.

– Obie­caj mi, że będziesz pamię­tała o regu­lar­nym odda­wa­niu auta do prze­glądu.

– Mar­twisz się o samo­chód? – spy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.

– Mar­twię się o cie­bie. Nie chcę zatru­wać sobie życia wiecz­nego stre­sem, bo jeź­dzisz z nie­spraw­dzo­nymi hamul­cami.

Prócz roz­ba­wie­nia ujrza­łam w jego oczach praw­dziwą tro­skę.

– Dobrze, kochany. Obie­cuję, że będę regu­lar­nie zaglą­dała do warsz­tatu.

Jed­nak nie każda obiet­nica była tak łatwa do zło­że­nia.

– Obie­caj mi, że pole­cisz do Austra­lii w przy­szłym roku, tak jak pla­no­wa­li­śmy.

Smutno pokrę­ci­łam głową na te słowa.

– Nie chcę bez cie­bie. Ta podróż to było nasze marze­nie.

Adam wziął mnie za rękę i deli­kat­nie ją uści­snął.

– To wciąż nasze marze­nie. A kiedy sta­niesz na górze Syd­ney Har­bour Bridge, będę tuż obok. Obie­cuję.

Nawet mi się to spodo­bało, więc zgo­dzi­łam się też na to.

– No to mów – powie­dzia­łam do niego w ciszy hospi­cyj­nego pokoju.

– To tak naprawdę obiet­nica w dwóch czę­ściach, ale to naj­waż­niej­sze, o co cię popro­szę.

Wyglą­dał bar­dzo poważ­nie, wpa­tru­jąc się we mnie. Pra­wie tak, jakby już wie­dział, jak zare­aguję.

– W porządku. Bez względu na wszystko obie­cuję, że to zro­bię – odpar­łam, prze­bie­ga­jąc pal­cami po jego zmarsz­czo­nym czole.

– To dobrze – przy­znał Adam i powoli przy­tak­nął. – Bo chcę, żebyś zna­la­zła Josha i pogo­dziła się z nim.

– Nie. – To słowo wystrze­liło ze mnie, zanim zdo­ła­łam się ocen­zu­ro­wać. – Abso­lut­nie nie – doda­łam z naci­skiem.

Pró­bo­wa­łam wyrwać się z jego objęć, ale pano­wał nade mną – pod każ­dym wzglę­dem – zaska­ku­jąco mocno.

– Muszę wie­dzieć, że nic ci nie będzie, kiedy odejdę, Lily. Musisz się z nim zoba­czyć.

– Nie, nie muszę – powie­dzia­łam, tym razem deli­kat­niej, ale z rów­nym prze­ko­na­niem. – I nic mi nie będzie, skar­bie. Już ci mówi­łam. Będę smutna i ze zła­ma­nym ser­cem przez bar­dzo długi czas, może już zawsze, ale nie muszę widzieć się z gościem, który w ostat­nich sło­wach do mnie powie­dział, że ni­gdy wię­cej nie chce mnie widzieć.

– To była moja wina – powie­dział Adam drżą­cym gło­sem.

– Wybra­łam cie­bie, nie Josha – przy­po­mnia­łam mu, cału­jąc go w usta, które wydały się suche jak papier ścierny. – Zawsze będę wybie­rała cie­bie. W tym życiu i w przy­szłym.

Adam pokrę­cił prze­cząco głową i jedno z urzą­dzeń pod­łą­czo­nych do jego ciała zaczęło nie­po­ko­jąco pikać. Dener­wo­wał się, a to ostat­nie, czego chcia­łam.

– Pro­szę, Lily. Zrób to dla mnie. Pojedź tam i spo­tkaj się z nim. Posłu­chaj, co ma ci do powie­dze­nia. A potem, gdy już to usły­szysz… wybacz mu. A potem wybacz mnie.

– Gadasz bzdury – stwier­dzi­łam trzę­są­cym się gło­sem.

Czy to był począ­tek końca? Ostrze­gli mnie, że Adam może wyda­wać się zdez­o­rien­to­wany lub nawet mieć uro­je­nia, a teraz kazał mi odwie­dzać męż­czy­znę, któ­rego rzu­ci­łam, żeby być z nim; jeśli to nie były uro­je­nia, to ja nie wiem.

– Nie musisz teraz rozu­mieć, dla­czego cię o to pro­szę, ale obie­caj, że to zro­bisz.

Prze­cią­gle wes­tchnę­łam, jakby z głębi serca.

– Dobrze. Skoro to tyle dla cie­bie zna­czy, to zro­bię to.

– I nie zwle­kaj za długo. Odwiedź go wkrótce. Obie­caj.

– Obie­cuję.

Praw­do­po­dob­nie ist­nieje spe­cjalne miej­sce w pie­kle dla ludzi, któ­rzy okła­mują umie­ra­ją­cych, a ja byłam już jedną nogą w nim.

* * *

To stało się w ciem­no­ści, w środku nocy, kiedy tak wielu wojow­ni­ków w końcu prze­grywa swoją walkę. Wie­dzia­łam, że się zbliża, po zmar­twio­nym wyra­zie oczu pie­lę­gnia­rek, które przy­cho­dziły, by spraw­dzić jego stan.

Sta­ra­łam się zejść z łóżka, ale pie­lę­gniarka prze­ło­żona, ta, za którą ni­gdy za bar­dzo nie prze­pa­da­łam, powstrzy­mała mnie, zde­cy­do­wa­nie kła­dąc rękę na moim ramie­niu.

– Ni­gdzie się nie ruszaj – powie­działa cicho.

Nie mogłam prze­łknąć guli w gar­dle.

– Czy chce pani, żeby ktoś z panią posie­dział? – Obró­ciła głowę i ski­nęła na zacie­niony kąt. – Mogły­by­śmy tam usiąść i pomil­czeć.

Prze­cząco pokrę­ci­łam głową.

– Wola­ła­bym, żeby­śmy zostali tylko we dwoje.

Znów poło­żyła mi rękę na ramie­niu i ści­snęła je.

– W porządku. Rozu­miem. Pro­szę zadzwo­nić, jeśli zmieni pani zda­nie.

Adam z tru­dem trzy­mał otwarte oczy tak długo, jak tylko mógł; wal­czył, żeby być ze mną przez każdą sekundę, która nam została. Ale jego ciało się męczyło, a ja krzyw­dzi­łam go, chcąc zatrzy­mać go jesz­cze chwilę dłu­żej przy sobie.

– Zamknij oczy, kochany.

– Nie chcę. Wolę cię widzieć.

Pochy­li­łam się nad nim i deli­kat­nie go poca­ło­wa­łam.

– Jestem tam, pod two­imi powie­kami, nie­ważne, czy je otwo­rzysz, czy zamkniesz.

– Jesteś i na zawsze pozo­sta­niesz miło­ścią mojego życia, Lily.

– A ty mojego.

Na chwilę zamknął oczy.

– Pamię­taj, pro­szę, o co cię popro­si­łem.

– Pamię­tam. Wszystko pamię­tam – zapew­ni­łam. Przy­naj­mniej to nie było kłam­stwo. Pewne rze­czy zostaną ze mną już na zawsze.

– A teraz zamknę oczy – powie­dział tak sła­bym gło­sem, że ledwo go sły­sza­łam.

– Dobry pomysł.

– Do zoba­cze­nia wkrótce, Lily.

– Z pew­no­ścią.

I to było dru­gie kłam­stwo, które wypo­wie­dzia­łam do niego tej nocy.

Pięt­na­ście minut póź­niej odstępy mię­dzy jego odde­chami sta­wały się coraz dłuż­sze i dłuż­sze, i nagle, cicho, z tą samą god­no­ścią i bra­wurą, które go wyróż­niały, Adam Ten­nant – mój mąż, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i miłość mojego życia – po pro­stu prze­stał być.

Wpa­try­wa­łam się w jego twarz, która – po raz pierw­szy od kilku mie­sięcy – wyglą­dała na pozba­wioną bólu. Z kącika ust umknęła mu łza, która przy­cup­nęła na kości policz­ko­wej niczym upusz­czony klej­not. Pochy­li­łam się i czule zebra­łam ją poca­łun­kiem.

Rozdział 1

Rok później

Obu­dzi­łam się na długo przed budzi­kiem, patrząc, jak smo­li­ste lutowe niebo w końcu zmie­nia się z czar­nego w szare. Sądzi­łam, że jestem gotowa na ten dzień, ale teraz, gdy w końcu nad­szedł, czu­łam się wyłącz­nie przy­tło­czona.

Nagle mate­rac zapadł się w moich nogach i spoj­rza­łam na Flet­chera, który chyba zda­wał sobie sprawę, że zakaz wstępu do łóżka może zostać dziś uchy­lony. Pokle­pa­łam pustą połowę mał­żeń­skiego łóżka i pies Adama – mój nowy pies – wdra­pał się niczym psi koman­dos, żeby poło­żyć się obok mnie.

Trudno było stwier­dzić, co było gor­sze: budze­nie się przez wiele mie­sięcy w środku nocy i szu­ka­nie ręką Adama przez chłodne prze­ście­ra­dło, czy dzień, w któ­rym moja pod­świa­do­mość w końcu przy­jęła, że ni­gdy go tam nie znaj­dzie.

Ale on wciąż był obok mnie, nawet dwa­na­ście mie­sięcy po śmierci, zwłasz­cza dzi­siaj, w rocz­nicę dnia, kiedy go stra­ci­łam.

„Pierw­szy rok będzie naj­gor­szy” – powta­rzali mi ludzie na pogrze­bie. Myślę, że ich słowa miały mnie pocie­szyć, zapew­nić mnie, że życie w końcu będzie lep­sze, ale wtedy czu­łam, jakby kopali leżą­cego.

Te pierw­sze trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni sta­no­wiły tor prze­szkód skon­stru­owany z pierw­szych razów. Nie­które kłuły jak rany zadane nożem, inne przy­po­mi­nały prze­cię­cie skóry papie­rem, nie­spo­dzie­wa­nie ostre i bole­sne jak żałoba. Można było się spo­dzie­wać, że pierw­sze święta Bożego Naro­dze­nia, pierw­sze uro­dziny i pierw­sza rocz­nica będą bolały – i tak było. Ale jesz­cze gor­sze były te razy, które dopa­dały znie­nacka. Pierw­szy raz, gdy ktoś nie­zna­jomy nie­win­nie pyta: „Ma pani męża?” i nie masz poję­cia, jak odpo­wie­dzieć, bo w swoim sercu na­dal masz i zawsze będziesz miała.

Flet­cher musiał stwier­dzić, że dzi­siaj można prze­su­wać gra­nice, bo wdra­pał się jesz­cze wyżej na łóżko i poło­żył łebek na gład­kiej poduszce bez wgnie­ce­nia obok mnie.

– Nie­zła próba, pie­sku, ale nie śpisz w łóżku.

Uśmiech­nę­łam się na myśl, że gdyby to Adam został sam, pies pew­nie już dawno zająłby moją pustą połowę mate­raca.

Musiało minąć pra­wie pół roku, żebym zebrała się na odwagę i wyprała poszewkę na poduszkę Adama. Co noc przy­tu­la­łam się do jego podu­chy, zacią­ga­łam pozo­sta­łym zapa­chem jak nar­ko­manka, aż nic z niego nie zostało. Prze­kro­czy­łam ważny etap, kiedy w końcu zwi­nę­łam ją i wrzu­ci­łam do pralki. Wciąż pamię­tam, jak dra­pa­łam w szybę, gdy zbyt późno zmie­ni­łam zda­nie, a pralka z fur­ko­tem ruszyła do akcji i zalała bęben wodą z mydli­nami. Kiedy wyję­łam poszewkę po pra­niu, zako­pa­łam twarz w jej mokrym mate­riale, ale wyczu­wa­łam tylko płyn zmięk­cza­jący. Jego nazwa była nie­zwy­kle myląca, bo ani tro­chę nie roz­mięk­czył mojej żałoby twar­dej jak kamień.

Zsu­nę­łam nogi z łóżka, wsta­łam i ruszy­łam do łazienki. Na pół­kach nie było już kosme­ty­ków Adama, ale jego szczo­teczka do zębów na­dal tkwiła obok mojej w szklance przy zle­wie. Moja ręka wycią­gnęła się po nią, ale gwał­tow­nie ją cof­nę­łam, nie mając pew­no­ści, czy zamie­rzam ją wyrzu­cić, czy jej użyć. Nie mogłam się zde­cy­do­wać, co gor­sze.

Flet­cher porzu­cił łóżko i cier­pli­wie cze­kał obok blatu, kiedy weszłam do kuchni. Po dwóch gry­zach tostu z mar­mo­ladą wyrzu­ci­łam resztki do psiej miski. Nic dziw­nego, że przez ostatni rok zeszczu­pla­łam w talii, tym­cza­sem Flet­cher przy­brał w pasie. Nie­mal sły­sza­łam, jak Adam udziela mi ostrej repry­mendy, więc wło­ży­łam grubą puchową kurtkę i przy­go­to­wa­łam się na dłuż­szy niż zwy­kle spa­cer z Flet­cherem, by zli­kwi­do­wać nad­datki.

Opie­kuj się moim psem – pole­cił mi Adam, po czym uro­czy­ście obró­cił się do psi­ska i rów­nie poważ­nie powie­dział: – A ty opie­kuj się moją żoną.

Sta­ra­li­śmy się, Flet­cher i ja, ale w nie­które dni samo posta­wie­nie kroku, a potem kolej­nego, zda­wało się wyzwa­niem. Nauczy­łam się, że nie można wyprze­dzić żałoby, bo ona zawsze wie, gdzie cię zna­leźć, za to można być do tego stop­nia zajętą osobą, że zdoła się tylko wci­snąć w prze­rwy w twoim życiu, zamiast zako­pać cię pod lawiną smutku.

Dla­tego moja firma ofe­ru­jąca deko­ro­wane torty ni­gdy nie dzia­łała tak pręż­nie i nie przy­no­siła takich zysków. Reagan, którą począt­kowo zatrud­ni­łam do pomocy tylko na dwa dni w tygo­dniu, teraz dzia­łała ze mną na pełen etat. Pra­co­wa­łam cię­żej i dłu­żej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, a skutki tego było widać czarno na bia­łym w arku­szach kal­ku­la­cyj­nych. Adam byłby ze mnie bar­dzo dumny. Zawsze wie­rzył we mnie i w moje marze­nia, wysłu­chi­wał moich pla­nów i wspie­rał mnie, kiedy posta­no­wi­łam, że przy­szła pora, by zary­zy­ko­wać i prze­nieść dzia­ła­nia z maleń­kiej, cia­snej kuchni mojego daw­nego miesz­ka­nia do sto­sow­nych pomiesz­czeń. Ni­gdy nie żało­wa­łam tej decy­zji w prze­ci­wień­stwie do innych, które pod­ję­łam.

Myśl ta przy­wo­łała wspo­mnie­nia, które nie chciały zostać uci­szone. Jak zwy­kle poczu­cie winy pły­nące ze zła­ma­nej obiet­nicy kłuło moje sumie­nie niczym sto igieł. Na szczę­ście Flet­cher w sam czas odwró­cił moją uwagę, wra­ca­jąc z paty­kiem, który wła­śnie zna­lazł. Rzu­ca­łam mu go, aż roz­bo­lała mnie ręka, i nawet on znu­dził się zabawą.

Gdy wró­ci­li­śmy do miesz­ka­nia, zaczę­łam co naj­mniej tuzin obo­wiąz­ków domo­wych tylko po to, by je porzu­cić. Nie­wy­star­cza­jąco mnie roz­pra­szały i nie mogłam się uspo­koić. Zazwy­czaj poczu­cie, że Adam wciąż jest ze mną w domu, który wspól­nie stwo­rzy­li­śmy, sta­no­wiło ogromną otu­chę. Potra­fi­łam zna­leźć go w wibru­ją­cej geo­me­trycz­nej tape­cie, którą wybrał na kory­tarz – tej, którą, jego zda­niem, jesz­cze poko­cham… tyle że tak się nie stało. Był też w absur­dal­nie nie­prak­tycz­nej kre­mo­wej kana­pie, którą wybrał, a na któ­rej widać było każdy ślad, tak jak to prze­wi­dy­wa­łam, a także sta­łaby się zupeł­nie nie­prak­tyczna, gdy­by­śmy w końcu mieli dzieci. Odsu­nę­łam od sie­bie tę myśl, parzącą, jak­bym za bar­dzo zbli­żyła się do ognia.

Kubki w szafce kuchen­nej, obrazy na naszych ścia­nach, wszystko, co mie­li­śmy, wią­zało się z wyjąt­kową naszą histo­rią. Wła­śnie to ukryte pocho­dze­nie każ­dego przed­miotu wpra­wiało mnie w poczu­cie, że Adam wciąż cho­dzi tuż obok mnie po pustym miesz­ka­niu.

Ale dziś wyczu­łam coś innego. Nie po raz pierw­szy czu­łam, że Adam może być mną roz­cza­ro­wany.

Przy­wró­ci­łam podu­chom kre­mo­wej kanapy pier­wotny kształt, okła­da­jąc je pię­ściami, tak jakby oso­bi­ście mnie obra­ziły. Nie lubi­łam roz­my­ślać o ostat­nich godzi­nach Adama, bo on nie chciałby, żebym takiego go zapa­mię­tała. Jed­nak wspo­mnie­nie obiet­nicy, którą na mnie wymu­sił – tej jed­nej obiet­nicy, któ­rej wciąż nie dotrzy­ma­łam – nie chciało dać się uci­szyć.

Opa­dłam na podu­chy, a Flet­cher natych­miast wsko­czył na kanapę i poło­żył łebek na moich kola­nach, wpa­tru­jąc się we mnie spoj­rze­niem peł­nym wyrzutu.

– Tylko nie ty też – wyszep­ta­łam, dra­piąc go za uszami.

Zro­bi­łam wszystko, o co pro­sił mnie Adam. Mecha­nicy z warsz­tatu w oko­licy znali mnie po imie­niu i nawet zmie­ni­łam datę naszej zapla­no­wa­nej podróży do Austra­lii. Ale – i było to spore ale – nie ode­zwa­łam się do Josha, choć powie­dzia­łam, że to zro­bię.

– Nawet nie wie­dzia­ła­bym jak – powie­dzia­łam do mojego nie­za­in­te­re­so­wa­nego psa. – Nie mam poję­cia, gdzie mieszka, ani jak mia­ła­bym się z nim skon­tak­to­wać.

I wła­śnie na tym zale­żało Joshowi.

Ni­gdy wię­cej już się nie ode­zwę, Lily. Tak będzie naj­le­piej dla wszyst­kich, jeśli zupeł­nie zerwiemy kon­takt.

Czy naprawdę mu uwie­rzy­łam, kiedy to powie­dział? Czy wów­czas sądzi­łam, że bole­sne słowa, któ­rymi rzu­cał jak nożami, zostaną zapo­mniane, a my odnaj­dziemy do sie­bie drogę powrotną i znów będziemy przy­ja­ciółmi? Ale Josh mówił śmier­tel­nie poważ­nie. Usu­nął konta z por­tali spo­łecz­no­ścio­wych i nawet zmie­nił numer tele­fonu. Nie mia­łam poję­cia, gdzie mieszka ani gdzie pra­cuje. I gdy­bym miała być szczera, to wola­ła­bym, żeby tak zostało. Nasza kłót­nia otwo­rzyła zapa­dli­sko, które pochło­nęło w cało­ści naszą przy­jaźń, tak jakby w ogóle nie ist­niała.

Z dnia na dzień Josh prze­stał być naj­waż­niej­szym czło­wie­kiem w moim życiu i stał się kimś, kogo kie­dyś zna­łam. I tak było przez sześć ostat­nich lat. I zosta­łoby tak dalej, gdyby mój mąż nie kazał mi przy­rzec, że odszu­kam Josha.

Mia­łam poczu­cie, jakby ściany miesz­ka­nia powoli zbli­żały się do sie­bie i chciały mnie zmiaż­dżyć, więc zerwa­łam się na równe nogi, pra­wie spy­cha­jąc zasko­czo­nego Flet­chera na pod­łogę. Dosta­wa­łam wiele pro­po­zy­cji dotrzy­ma­nia mi towa­rzy­stwa zarówno od przy­ja­ciół, jak i rodziny. Otrzy­ma­łam nawet zapro­sze­nie od Andie – mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki ze stu­diów – żebym odwie­dziła ją w Nowym Jorku, ale odrzu­ci­łam wszyst­kie oferty. Zaczy­na­łam się zasta­na­wiać, czy to nie był błąd.

– Jak zamie­rzasz spę­dzić tę sobotę, Lily?

Pyta­nie padło zza góry pty­siów i waty cukro­wej. Zro­bi­łam krok do tyłu, żeby podzi­wiać cro­qu­em­bo­uche, który razem z Reagan budo­wa­ły­śmy przez pra­wie cały dzień, po czym odpo­wie­dzia­łam z zaska­ku­jącą szcze­ro­ścią.

– Będę zaja­dała się cze­ko­ladą, słu­chała smut­nych pio­se­nek i oglą­dała stare albumy ze zdję­ciami.

Reagan wyło­niła się zza tra­dy­cyj­nego fran­cu­skiego deseru wesel­nego, smutno krę­cąc głową.

– A może spę­dzisz go z Polly i ze mną? – zapro­po­no­wała, prze­chy­la­jąc głowę na bok; mogła­bym przy­siąc, że zga­piła ten ruch od mojego psa. – Wiesz, że moje dziecko kocha cię bar­dziej ode mnie.

Uśmiech­nę­łam się ze smut­kiem i wytar­łam kle­jące ręce w ście­reczkę.

– Jej uczu­cia są w stu pro­cen­tach odwza­jem­nione, ale nawet twoja uro­cza pię­cio­latka nie zmieni mojego zda­nia. I tak byłoby ze mnie bez­na­dziejne towa­rzy­stwo.

Teo­re­tycz­nie Reagan i ja raczej nie nazy­wa­ły­śmy sie­bie przy­ja­ciół­kami. Ona była ode mnie o osiem lat młod­szą, samotną mamą, która ledwo wią­zała koniec z koń­cem dzięki wielu róż­nym doryw­czym zaję­ciom. Rado­śnie przy­znała, że nie wie, co to „crème Pat” z Listo­no­sza Pata, mimo to po pię­ciu minu­tach roz­mowy posta­no­wi­łam dać jej tę pracę.

– Zatrud­ni­łaś kogoś, bo miał poczu­cie humoru? – spy­tał mnie z nie­do­wie­rza­niem Adam tam­tego wie­czoru.

Bez­rad­nie wzru­szy­łam ramio­nami.

– Chyba tak – odpo­wie­dzia­łam, ani tro­chę nie żału­jąc decy­zji.

Cztery lata póź­niej wciąż jej nie żało­wa­łam.

Jedną z naj­lep­szych cech Reagan było to, że wie­działa, kiedy przy­ci­snąć, a kiedy odpu­ścić.

– A niech cię, Lily. Wie­dzia­łam, że się nie zgo­dzisz – powie­działa, zdej­mu­jąc klamrę z wło­sów i prze­cze­su­jąc pal­cami obe­rży­nowe pasemka. Jedyną barw­niej­szą rze­czą od języka Raegan były jej włosy, które zmie­niały kolor wła­ści­wie co mie­siąc. – Ale jakby co, możesz wpaść – zapew­niła, szybko i mocno mnie przy­tu­la­jąc.

Choć zapro­sze­nie wydało się kuszące, gdy roz­glą­da­łam się po domu, który był tak pełny Adama, a jed­no­cze­śnie tak pusty bez niego, to wła­śnie tylko tu chcia­łam teraz być.

Zdję­łam starą torbę podróżną z szafy, zado­wo­lona, że w końcu robię coś poży­tecz­nego. Zna­le­zi­sko w postaci zapo­mnia­nej pary czar­nych skar­pe­tek Adama upchnię­tych w róg torby na chwilę ostu­dziło mój zapał.

– Skar­petki! – powie­dzia­łam z nie­do­wie­rza­niem, gło­śno wydmu­cha­łam nos i po dzie­się­ciu minu­tach wyrzu­ci­łam masę wil­got­nych chu­s­te­czek do śmiet­nika. Chyba wie­dzia­łam, że nie prze­trwam tego dnia bez pła­czu, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że roz­łoży mnie para sta­rych skar­pe­tek.

Wrzu­ci­łam tro­chę ubrań do torby, po czym zapa­ko­wa­łam do psiego ple­caka miski i jedze­nie dla psa. Moi rodzice nie mieli wła­snych zwie­rząt, ale zawsze mówili, że Flet­cher to ich „psiw­nuk”, na co Adam się śmiał i prze­wra­cał oczami. Łatwo było zauwa­żyć, że moi rodzice prze­pa­dali za Ada­mem i od pierw­szego razu, gdy przy­pro­wa­dzi­łam go do domu, mój tata nazy­wał go swoim „synem” – gdy­by­ście znali mojego tatę, wie­dzie­li­by­ście, że to nie byle co. Prze­cho­dzili żałobę za mnie i ze mną przez minione dwa­na­ście mie­sięcy i naprawdę nie wie­dzia­łam, co sobie wyobra­ża­łam, twier­dząc, że będę umiała prze­żyć ten dzień bez nich.

Nie zmar­twi­łam się, gdy nikt nie ode­brał, kiedy zadzwo­ni­łam do domu, ponie­waż odkąd rodzice prze­szli na eme­ry­turę, byli jesz­cze bar­dziej zajęci. Chcemy upchnąć wszystko teraz, żeby móc pil­no­wać dzie­ciaki, kiedy zde­cy­du­je­cie się z Ada­mem na pocie­chy – zażar­to­wał mój tata kilka lat temu. Była to uwaga rzu­cona mimo­cho­dem, ale mój mózg na­dal nie chciał wyrzu­cić jej z pamięci.

Gdy­by­śmy tylko je mieli… – pomy­śla­łam ze smut­kiem, sia­da­jąc za kie­row­nicą auta.

Cza­sami trudno było orzec, czy zeszły rok byłby lep­szy, czy może nie­zmier­nie gor­szy, gdy­by­śmy z Ada­mem nie odkła­dali pla­nów na dziecko na póź­niej. Ależ byli­śmy głupi, sądząc, że mamy mnó­stwo czasu, by speł­nić nasze marze­nia.

* * *

Podróż prze­bie­gła bez przy­gód, a drogi były do tego stop­nia ruchliwe, by zmu­sić mnie do sku­pie­nia się na jeź­dzie. W domu, w któ­rym się wycho­wa­łam, nie­stety pano­wała ciem­ność, kiedy zapar­ko­wa­łam na podjeź­dzie. Flet­cher zda­wał się pozna­wać miej­sce, w któ­rym po kry­jomu dosta­wał przy­smaki, więc pod­ska­ki­wał już na tyl­nym sie­dze­niu z pod­eks­cy­to­wa­nia.

Zer­k­nę­łam na niego do tyłu z uśmie­chem. Może nie było w naszym życiu dzieci, ale dzie­le­nie minio­nego roku z Flet­che­rem, który kochał Adama rów­nie mocno, co mnie, spra­wiło, że zupeł­nie nie­zno­śne ostat­nie dwa­na­ście mie­sięcy były tro­chę bar­dziej zno­śne.

Weszłam do domu, Flet­cher wyprze­dził mnie nie­mal z pręd­ko­ścią świa­tła, urzą­dza­jąc zupeł­nie nie­po­trzebne poszu­ki­wa­nia moich rodzi­ców. Brak ich samo­chodu na pod­jeź­dzie potwier­dził, że jesz­cze nie wró­cili.

Zawę­dro­wa­łam do kuchni, wdy­cha­jąc zna­jomy zapach domu, aro­mat tak cenny, że zapła­ci­ła­bym górę pie­nię­dzy, żeby zamknąć go we fla­ko­nie. Nala­łam wody do miski Flet­chera i do czaj­nika dla mnie. Gdy cze­ka­łam, aż się zago­tuje, otwo­rzy­łam tylne drzwi, tak żeby pies mógł wyha­sać się w ogródku, a kiedy wybiegł, ruszy­łam za nim w szybko zmierz­cha­jące popo­łu­dnie. Coś było nie tak. Coś było ina­czej. Pod­nio­słam wzrok i tak gło­śno wes­tchnę­łam, że Flet­cher prze­stał szu­kać cze­goś w dziw­nych rabat­kach kwia­to­wych i pod­biegł do mnie.

Drzewo. Drzewo znik­nęło. Stary jawor w ogródku na tyłach sąsia­dów, na który wcho­dzi­łam tysiąc razy lub wię­cej, powi­nien wzno­sić się maje­sta­tycz­nie obok płotu, a jego konary góro­wać nad naszym ogród­kiem, ale ja widzia­łam tylko niebo.

Zer­k­nę­łam z oddali na dom sąsia­dów. Prze­szedł z rąk do rąk kilka razy od czasu moich wspi­na­czek na drzewo. Nie mia­łam poję­cia, kim byli obecni wła­ści­ciele, ale już ich nie­na­wi­dzi­łam za bez­względne wyrą­ba­nie moich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa.

Flet­cher tanecz­nie pod­ska­ki­wał u moich stóp, gdy przedar­łam się przez chasz­cze do luź­nych szta­che­tek w pło­cie. Jed­nak nie zna­la­złam miej­sca, w któ­rym młod­sza wer­sja mnie prze­ci­skała się przez szta­chety roz­chy­lane przez mojego daw­nego wspól­nika od zabawy.

* * *

– Powa­liło je w strasz­nej burzy w zeszły listo­pad – powie­działa moja mama, jed­no­cze­śnie zaprząt­nięta wyj­mo­wa­niem z lodówki skład­ni­ków na nasz wie­czorny posi­łek.

– Dla­czego mi nie powie­dzie­li­ście?

Mama prze­stała spraw­dzać datę waż­no­ści i smutno przy­glą­dała mi się przez chwilę.

– Pomy­śla­łam, że masz za dużo rze­czy na gło­wie, żeby myśleć jesz­cze o sta­rych drze­wach – powie­działa czule.

Powoli przy­tak­nę­łam. Listo­pad to nie był dla mnie dobry czas. W tym mie­siącu przy­pa­dała rocz­nica mojego ślubu. Pierw­sza, którą spę­dzi­łam bez Adama.

– Trzeba było mi powie­dzieć – stwier­dzi­łam ze świa­do­mo­ścią, że robię z igły widły, wiel­kie halo z cze­goś, co nie powinno aż tyle dla mnie zna­czyć. Ale zna­czyło.

– Moim zda­niem to i tak cud, że ni­gdy nie skrę­ci­łaś sobie karku, spa­da­jąc z tego cho­ler­nego drze­wulca – powie­dział tata, mierz­wiąc mi włosy, tak jak­bym wciąż była tamtą jede­na­sto­let­nią chłop­czycą. – Gdy­bym wie­dział, jak nie­bez­pieczne wygłupy tam wyczy­niasz z tym mło­dym przy­gar­nię­tym przez Bake­rów… jak mu było na imię? – spy­tał, szu­ka­jąc odpo­wie­dzi u mojej mamy, wyroczni. Ale zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć pierw­sza. Dla­czego mia­ła­bym nie odpo­wia­dać, skoro jego imię i tak cho­dziło mi po gło­wie cały dzień?

– Josh. Miał na imię Josh.

* * *

Mama odpra­wiła istne kuli­narne czary i magicz­nie zamie­niła kola­cję dla dwojga w ucztę dla trojga, przez co zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy od początku wie­działa, że stanę dziś w ich progu. Pew­nie to nie był też przy­pa­dek, że zaser­wo­wała jedną z moich ulu­bio­nych potraw z dzie­ciń­stwa.

Odwie­dziny przy­nio­sły mi wszystko, na co liczy­łam. Jecha­łam na opa­rach, a dzięki poby­cie w miej­scu, w któ­rym dora­sta­łam, nabra­łam sił i odży­łam. Nie wszy­scy mieli tyle szczę­ścia i nie mogli poszczy­cić się takimi korze­niami, o czym dowie­dzia­łam się zaska­ku­jąco szybko w życiu. Wró­ci­łam myślami do teraź­niej­szo­ści, ponie­waż prze­czu­wa­łam, dokąd zmie­rzają. A dziś wie­czo­rem chcia­łam myśleć tylko o Ada­mie.

Roz­le­gło się lek­kie puka­nie do drzwi mojego pokoju. Obró­ci­łam głowę, ale nie ruszy­łam się z ławeczki przy oknie wyku­szo­wym, przy któ­rym naro­dziło się tyle moich dzie­cię­cych marzeń i pla­nów. Było to to samo miej­sce pod tym samym roz­gwież­dżo­nym nie­bem, ale mia­łam już za dużo lat, by wie­rzyć, że wystar­czy o czymś marzyć, aby się speł­niło.

– Wszystko w porządku, skar­bie?

Odwró­ci­łam się od szyby, czu­jąc się tak, jak­bym z powro­tem miała jede­na­ście lat. Mama pode­szła do mnie. Gdyby nie zmarszczki na jej twa­rzy i siwi­zna we wło­sach, naprawdę uwie­rzy­ła­bym, że cof­nę­łam się w cza­sie. Zwłasz­cza że mama mnie objęła, a ja scho­wa­łam twarz w jej pocie­sza­ją­cym uści­sku.

– Dzi­siaj, tak czy siak, miało być chu­jowo, Lily.

Wyrwało mi się coś, dźwięk, który stłu­miony przy­tu­le­niem mamy zabrzmiał w poło­wie jak szloch, a w poło­wie jak śmiech. Mama ni­gdy nie prze­kli­nała, więc to wiele zna­czyło, że zro­biła to teraz.

– Mamo, myślisz, że już zawsze będę tak bar­dzo za nim tęsk­niła? Sądzi­łam, że z cza­sem zrobi się łatwiej… ale wciąż tak bar­dzo mi ciężko bez niego.

Nie powie­działa mi, że ból zelżeje ani nie odgrze­bała żad­nego fra­zesu w dobrej wie­rze, tylko przy­tu­liła mnie moc­niej do sie­bie i pochy­liła swoją głowę tak, że spo­częła na mojej.

– Wciąż codzien­nie o nim roz­ma­wiamy z twoim tatą – zapew­niła, choć głos lekko jej się łamał. Odsu­nę­łam się nieco i wymie­ni­ły­śmy ten sam blady uśmiech. W oczach, które były w tym samym odcie­niu zie­leni, co moje, cza­iły się łzy.

– Podo­ba­łoby mu się to – powie­dzia­łam, wie­dząc, że to prawda.

Mama przy­tak­nęła.

– Ale nie podo­ba­łoby mu się to, że wciąż jesteś tak bar­dzo smutna. Chciałby, żebyś znów była szczę­śliwa. Wiem, że wła­śnie tego by chciał.

Obiet­nica znów wysu­nęła się na pierw­szy plan moich myśli niczym aro­gancka laska wci­ska­jąca się do kolejki. Moja głowa wydała się ciężka, gdy przy­ję­łam słowa mamy. Być może mia­łam wię­cej niż jeden powód, żeby tu dziś wró­cić. Być może wie­dzia­łam, że aby wyko­nać kolejny krok w przód, muszę wró­cić do miej­sca, gdzie to wszystko się zaczęło.

Rozdział 2

Dwadzieścia lat wcześniej

– Idź stąd!

Lily wciąż nie mogła zła­pać odde­chu po tym, jak się wspięła, a tę odro­binę powie­trza, która jej została, natych­miast wcią­gnął nie­zna­jomy wraz ze swoim nie­grzecz­nym powi­ta­niem.

– Hm, ale z cie­bie przy­jem­nia­czek – wysa­pała w końcu, zarzu­ca­jąc nogę na grubą gałąź, na którą w końcu się pod­cią­gnęła.

– No to gadaj – upar­cie odparł chło­pak. Wpa­try­wał się w nią spode łba, a Lily w odpo­wie­dzi też patrzyła wil­kiem. – Co ty tu robisz? To moje drzewo.

– Wła­ści­wie to drzewo należy do pana i pani Baker, naszych sąsia­dów. A oni pozwa­lają mi na nie wcho­dzić.

– Kłam­czu­cha – powie­dział chło­pak.

Lily zamru­gała z nie­do­wie­rza­niem. Nikt ni­gdy nie był dla niej tak nie­uprzejmy przez całe jede­na­ście lat jej życia i szcze­rze mówiąc, nie miała poję­cia, co odpo­wie­dzieć. Chło­pak napę­dzał jej lek­kiego stra­cha.

Gdy stało się jasne, że Lily nie miała już nic do powie­dze­nia, chło­pak zaczął nie­chęt­nie zapeł­niać ciszę.

– Zawsze poznaję, gdy ktoś kła­mie.

– Jak? – spy­tała Lily, zapo­mi­na­jąc, że wła­śnie posta­no­wiła ni­gdy wię­cej nie roz­ma­wiać z intru­zem, który wtar­gnął do ogródka sąsia­dów.

Chło­pak wzru­szył ramio­nami. Wyglą­dał na wyso­kiego, choć nie można było mieć pew­no­ści, bo sie­dział na gałęzi dobre cztery i pół metra nad zie­mią. Zro­biło jej się tro­chę nie­do­brze, gdy o tym pomy­ślała. Nie­zna­jomy miał rację. Ni­gdy wcze­śniej nie wdra­pała się na drzewo i zagro­że­nia zwią­zane z prze­by­wa­niem na takiej wyso­ko­ści dopiero teraz przy­szły jej do głowy.

– Gdy ktoś cię cały czas okła­muje, zaczy­nasz to coraz lepiej widzieć. Cho­lera, chyba nie zemdle­jesz, co?

W buzi Lily nagle zebrało się za dużo śliny, do tego się spo­ciła, choć dzień w środku lata był dość rześki.

– Nie wiem. W życiu nie zemdla­łam. Skąd mam wie­dzieć?

Chło­pak znów wzru­szył ramio­nami, jakby chciał powie­dzieć: „Nie wiem ani mnie to nie obcho­dzi”.

– Nie pytaj mnie. Pew­nie się dowiemy, jak roz­płasz­czysz się jak pla­cek na ziemi.

Lily poczuła, jak płatki, które zja­dła na śnia­da­nie, wirują jej w żołądku.

– Do chuja pana, lepiej nie rzy­gaj na moim drze­wie.

– Jesteś naj­bar­dziej nie­mi­łym i wku­rza­ją­cym chło­pa­kiem, jakiego znam. Czemu jesteś taki okropny? – spy­tała Lily. Cie­ka­wość była bar­dziej nie­od­parta niż potrzeba zwy­mio­to­wa­nia.

– Nie wiem. Musia­ła­byś spy­tać moją kura­torkę. Pew­nie wszystko jest w mojej kar­to­tece.

– W jakiej kar­to­tece? I jaka kura­torka? Kto to?

Chło­pak prze­cią­gle wes­tchnął z udrę­cze­niem, tak jakby dzie­le­nie drzewa z dziew­czyną było wystar­cza­jąco kiep­skie, a ona na doda­tek oka­zy­wała się ciem­notą.

– To ktoś, kto się tobą opie­kuje.

– Tak jak mama czy tata?

Lily wie­działa, że nie wyobra­ziła sobie prze­lot­nego smutku na twa­rzy mło­dego chło­paka, zanim znik­nął, prze­pę­dzony wyra­zem pogardy.

– Tak, mniej wię­cej. Nie wszyst­kim dostają się świetni rodzice.

Mdło­ści na szczę­ście minęły i Lily roz­sia­dła się nieco swo­bod­niej na gru­bej gałęzi, ści­ska­jąc ją udami, jakby ujeż­dżała kucyka.

– Dla­tego jesteś taki zły? Bo nie masz rodzi­ców?

– Mam rodzi­ców. Tylko takich do dupy, to wszystko. Dla­tego jestem u… jak nazy­wają się ci ludzie, co tu miesz­kają?

– Bake­ro­wie. Janette i Gor­don. Bar­dzo mili.

Chło­pak zro­bił minę.

– Oba­wiam się, że nie zaba­wię tu wystar­cza­jąco długo, by zoba­czyć, czy to prawda, czy nie.

– Dla­czego?

– Czę­sto mnie prze­no­szą. Spra­wiam kło­poty.

Powie­dział to tak, jakby był to medal zasługi, który nosił z dumą na piersi.

– To smutne – powie­działa Lily ze swoim jede­na­sto­let­nim ser­cem goto­wym polu­bić każ­dego, nawet nie­grzecz­nego chłopca, który ją prze­kli­nał.

– Nie musisz mi współ­czuć. Mnie to pasuje.

– Kłam­czuch – stwier­dziła Lily, szo­ku­jąc samą sie­bie tą ripo­stą. Ni­gdy wcze­śniej tak nikogo nie nazwała. – Myślę, że jesteś po pro­stu samotny. Moim zda­niem potrze­bu­jesz przy­ja­ciela.

– Tak, jasne. Wła­śnie dla­tego posta­no­wi­łem wejść na duże, stare drzewo. Bo szu­ka­łem towa­rzy­stwa.

– Hm, no i zadzia­łało, co nie? Zna­la­złeś mnie. Mogę być twoją przy­ja­ciółką.

– Nie musisz. Nie zostanę tu na długo.

Lily skrzy­wiła się w kon­ster­na­cji. Naprawdę był z niego naj­dziw­niej­szy chło­pak, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała. I zupeł­nie nie przy­po­mi­nał tych z jej klasy.

– Ale powiedz, ile masz lat? – spy­tała sąsiada z drzewa.

– Dwa­na­ście. Nie­długo skoń­czę trzy­na­ście.

– O, kiedy? – spy­tała Lily.

– A ty czemu pytasz? Chcesz mi wypra­wić imprezę? Upiec mi tort?

Lily sze­roko się uśmiech­nęła.

– A może tak. Uwiel­biam piec z mamą. Babeczki z lukrem naj­bar­dziej.

– Widać – ponuro powie­dział chło­pak. – Wyglą­dasz na wiel­bi­cielkę babe­czek, tęcz i lukru.

– Tęcza i lukier. Słodko.

– Nie tak miało zabrzmieć – skwi­to­wał chło­pak, na­dal roz­pacz­li­wie pra­gnąc być zło­śliwy, przy­naj­mniej tak się zda­wało Lily.

– Ale powiedz, co robi­łeś na drze­wie, jak tu weszłam?

– Co robi­łem? Nic. – Prze­szedł od razu w tryb obronny.

– Wła­śnie że coś robi­łeś – powie­działa Lily, prze­su­wa­jąc się po gałęzi z wiel­kim zado­wo­le­niem, że rano posta­no­wiła wło­żyć dżinsy, nie szorty. – Jak tu zaj­rza­łam, to się obró­ci­łeś. Widać było, że ci głu­pio.

Chło­pak nie­świa­do­mie prze­su­nął się, zasła­nia­jąc pień jawora.

– Co tam cho­wasz?

– Naprawdę jesteś naj­bar­dziej wścib­ską małą dziew­czynką na świe­cie, co nie?

– Nie jestem taka mała. Nie­długo będę miała dwa­na­ście lat.

– Dwa­na­ście lat i nos do wty­ka­nia go w nie swoje sprawy – orzekł chło­pak.

– Tak czy siak, jak masz na imię? Nie mogę nazy­wać cię „chło­pa­kiem z drzewa”, prawda?

– Nie musisz mnie w ogóle nazy­wać. Ale jeśli już musisz wie­dzieć, co tu robi­łem, jak się tu wdra­pa­łaś. – Odchy­lił się i Lily zoba­czyła groź­nie wyglą­da­jący ostry scy­zo­ryk leżący przy jego nodze i pierw­sze trzy litery imie­nia wyżło­bione w pniu. – Lubię zosta­wiać swoje imię w każ­dym miej­scu, gdzie mnie umiesz­czą.

– J… O… S… – odczy­tała na głos, tak jakby była znów w zerówce i pró­bo­wała wymó­wić nowe słowo. – Masz na imię Josh?

Chło­pak pra­wie się uśmiech­nął, ale w ostat­niej chwili prze­go­nił uśmiech.

– Ja jestem Lily. Wytniesz też moje imię na drze­wie, jak już dokoń­czysz swoje?

Chło­pak nie­zo­bo­wią­zu­jąco wzru­szył ramio­nami, ale Lily już wie­działa, że Josh zrobi to, o co go popro­siła.

Rozdział 3

– Flet­cher! Flet­cher!

Szep­ta­nie naj­wy­raź­niej nie dzia­łało, więc pod­nio­słam głos tak bar­dzo, jak się ośmie­li­łam, z nie­po­ko­jem roz­glą­da­jąc się wokół, na wypa­dek gdyby ktoś ze straży sąsiedz­kiej wyszedł z domu i skar­żył się na zakłó­ca­nie ciszy wcze­snym ran­kiem.

Flet­cher albo niby przy­pad­kiem ogłuchł, albo za dobrze się bawił, żeby zare­ago­wać na moją komendę. To była moja wina, że odpię­łam go ze smy­czy na końcu pod­jazdu. Zamiast posłusz­nie potruch­tać do drzwi moich rodzi­ców, nagle nasta­wił uszy, tak jakby coś go wołało. To był szczyt iro­nii, bo kiedy chwilę póź­niej pró­bo­wa­łam go wezwać, tylko mnie zigno­ro­wał.

Obser­wo­wa­łam, jak pędzi przez pod­jazd sąsia­dów z pręd­ko­ścią, która prze­czyła temu, ile tostów spa­ła­szo­wał przez ostatni rok.

Nawet wąski prze­smyk pod bramą ogródka ani tro­chę go nie spo­wol­nił. Pies jedy­nie przy­parł brzu­chem do ziemi i czmych­nął pod ogro­dze­niem, po czym znik­nął z pola widze­nia.

Rozej­rza­łam się, prze­ko­nana, że firanki muszą poru­szać się w każ­dym oknie, gdy raźno ruszy­łam śla­dem mojego psa do sąsied­niego ogródka, zer­ka­jąc na spo­nie­wie­rany pogodą znak „Na sprze­daż” wbity w traw­nik. Mama wspo­mniała wczo­raj wie­czo­rem, że dom aktu­al­nie stoi pusty i został wysta­wiony na sprze­daż pół roku temu.

Przez jedną okropną chwilę pomy­śla­łam, że być może będę musiała wdra­pać się na płot, żeby zła­pać mojego psa ucie­ki­niera, ale brama była przy­mknięta, lecz nie­za­klu­czona, i zasuwka ustą­piła pod solid­nym pchnię­ciem. Ogró­dek przy­po­mi­nał pod­miej­ską dżun­glę i ani tro­chę nie wyglą­dał tak jak wtedy, gdy miesz­kali tu Bake­ro­wie. Spę­dzi­łam tu tyle godzin w wieku od jede­na­stu do pięt­na­stu lat, a jed­nak dziś ledwo roz­po­zna­łam to miej­sce.

Mignął mi puszy­sty ogon Flet­chera, gdy pies znik­nął w zaro­ślach, a ja po cichu żało­wa­łam, że ten, kto miesz­kał tu ostat­nio, nie utrzy­mał ogro­dze­nia w dobrym sta­nie. Myśl o utra­cie czwo­ro­noga Adama była zbyt straszna, by w ogóle ją roz­wa­żać.

Szybko prze­bi­łam się przez gęste chasz­cze, pra­wie nie zauwa­ża­jąc ani cier­ni­stego krzewu róży, który zaha­czył o moją piko­waną kurtkę, ani kłu­cia parzą­cych pokrzyw, gdy roz­chy­la­łam je na boki. Jed­nak nie spo­sób było zigno­ro­wać ogrom­nego, powa­lo­nego jawora. Zało­ży­łam, że pew­nie dawno go uprząt­nięto, ale na­dal leżał wła­śnie tam, gdzie prze­wró­ciła go listo­pa­dowa burza. Jego korze­nie były ogromne, się­gały do nieba niczym plą­ta­nina macek, szu­ka­jąc, lecz nie znaj­du­jąc ziemi, z któ­rej je wyrwano.

Chwi­lowo zalała mnie fala smutku na widok nie­go­dzi­wego końca ist­nie­nia drzewa, ale bar­dziej sku­pia­łam się na Flet­che­rze, który jakimś cudem zdo­łał prze­sko­czyć przez upa­dły pień i dostał się mię­dzy gałę­zie.

Szcze­kał wystar­cza­jąco gło­śno, by obu­dzić wszyst­kich miesz­ka­ją­cych przy ulicy, któ­rzy jesz­cze nie wstali.

– Ciii – syk­nę­łam, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc spo­sobu, jak dosię­gnąć go przez gałę­zie. – Tak to się koń­czy, jak nie przy­cho­dzisz, kiedy cię wołam.

Zrzu­ci­łam z sie­bie kurtkę, zanim mogłaby uszko­dzić się bar­dziej, i prze­gra­mo­li­łam się przez ogromny pień, żeby dosię­gnąć psa, który zaczął pisz­czeć i wyglą­dał, jakby bar­dzo się nad sobą uża­lał.

Mia­łam poczu­cie, że to szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści móc znów wspi­nać się na stary jawor, coś, czego nie spo­dzie­wa­łam się robić dwa­dzie­ścia lat albo i wię­cej po mojej pierw­szej wspi­naczce na te gałę­zie. Na szczę­ście było łatwiej, gdy drzewo leżało w pozio­mie, i już za chwilę zna­la­złam się wystar­cza­jąco bli­sko Flet­chera, żeby ujrzeć ulgę w jego oczach.

– Miało być odwrot­nie, pie­sku, to ty mia­łeś ura­to­wać mnie przed nie­bez­pie­czeń­stwem – bąk­nę­łam, prze­dzie­ra­jąc się przez gałę­zie, żeby dosię­gnąć obroży Flet­chera i go stam­tąd wycią­gnąć.

Ale nagle, gdy pochy­la­łam się nad nim, zoba­czy­łam coś, czego w życiu nie spo­dzie­wa­łam się znów zoba­czyć. Odsu­nę­łam na bok kilka paty­ko­wa­tych gałęzi, uwal­nia­jąc pło­chli­wego Flet­chera i w pełni odsła­nia­jąc drzewo w miej­scu, gdzie utknął.

Flet­cher, który zdą­żył dostać nauczkę, pró­bo­wał wdra­pać mi się na kolana i z wdzięcz­no­ści lizać po twa­rzy, ale pra­wie tego nie czu­łam. Z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ci­łam głową, prze­su­wa­jąc dło­nią po wyżło­bie­niach w pniu, które pra­wie nie zatarły się z cza­sem. Imiona Josha i moje były wyraź­nie widoczne, tak samo jak dwa­dzie­ścia lat temu, tego dnia, gdy wyciął je w drew­nie.

Drzewo było ogromne, z pew­no­ścią miało ponad dwa­dzie­ścia metrów. Flet­cher mógł zostać uwię­ziony w dowol­nym miej­scu na całej dłu­go­ści, a jed­nak zna­lazł się wła­śnie tutaj, obok znaku przy­po­mi­na­ją­cego o początku mojej przy­jaźni z Joshem. Te dwa wyryte imiona na zawsze będą sta­no­wiły pamiątkę tam­tego dnia, kiedy sta­łam w oknie mojego pokoju i obser­wo­wa­łam chło­paka, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, po czym weszłam na drzewo w ogródku sąsia­dów i z jakie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­nego powodu posta­no­wi­łam pójść za nie­zna­jo­mym. Imiona ozna­czały zadzierz­gnię­cie przy­jaźni tak dro­go­cen­nej, że po raz pierw­szy zła­mano mi serce, kiedy cztery lata póź­niej Bake­ro­wie prze­pro­wa­dzili się wraz ze swoim przy­bra­nym synem. Jed­nak wtedy moje nie­mą­dre nasto­let­nie serce nale­żało już do niego. Choć ni­gdy nie zebra­łam się na odwagę, żeby mu to wyznać, rzecz jasna.

Teraz, dwie dekady póź­niej, z całą nie­zręczną histo­rią mię­dzy nami, zna­czyło to tyle, co zeszło­roczny śnieg – w dużej czę­ści zabło­cony – choć prośba mojego nie­ży­ją­cego męża stale dzwo­niła mi w uszach, a los posta­wił mnie wła­śnie w tym miej­scu, gdzie wszystko się zaczęło.

Pod­nio­słam oczy ku niebu tak, jakby Adam naprawdę tam był, skry­wał się przed moim wzro­kiem za kłę­bią­cymi się sza­rymi chmu­rami.

– Dobrze, kocha­nie. Rozu­miem. Dopią­łeś swego. Odnajdę go. Bóg jeden wie jak, ale zro­bię to… Jed­nak tylko dla­tego, że mnie o to popro­si­łeś.

* * *

– Bake­ro­wie? Boże drogi, nie pomy­śla­łam o nich od wie­ków. Dla­czego pytasz?

– Tak się zasta­na­wia­łam, czy masz ich aktu­alny adres, nic wię­cej – powie­dzia­łam, pró­bu­jąc zabrzmieć non­sza­lancko, choć wcale mi się nie uda­wało. Mama prze­rwała skła­da­nie ubrań wyję­tych z suszarki i przy­glą­dała mi się przez chwilę, prze­chy­la­jąc głowę na bok. Pamię­ta­łam tę pozę z daw­nych cza­sów.

– Wiesz, że pani Baker, Janette, ode­szła, prawda?

Mama zwy­kle nie owi­jała w bawełnę, jak wiele osób robi to w obec­no­ści osoby pogrą­żo­nej w żało­bie, i mówiła po pro­stu, że ktoś „nie żyje”. Przy­się­gam, że w zeszłym roku sły­sza­łam chyba każdy eufe­mizm pod słoń­cem, od „został wezwany do domu” po „prze­kro­czył tęczowy most”, choć jestem pewna, że to ostat­nie wyra­że­nie zostało zare­zer­wo­wane jedy­nie dla psów i kotów.

Mama naj­wy­raź­niej wciąż pamię­tała o wczo­raj­szej prze­ło­mo­wej rocz­nicy. I nie mogła wie­dzieć, że byłam na pogrze­bie przy­bra­nej mamy Josha osiem lat temu.

– Tak. Wie­dzia­łam. Jestem tylko cie­kawa, czy na­dal masz adres Gor­dona Bakera. No wiesz, ze świą­tecz­nych kar­tek czy coś.

Zacie­ka­wie­nie mamy się­gnęło szczytu, czego sta­ra­łam się unik­nąć. Na jej twa­rzy zago­ścił też zaska­ku­jący wyraz wyrzu­tów sumie­nia.

– Nie, Lily. Nie­stety stra­ci­li­śmy kon­takt z bie­giem lat. Chyba kilka razy zmie­niali adres po tym, jak się wypro­wa­dzili.

Prze­pro­wa­dzali się. Tyle wie­dzia­łam.

– Potem sły­sza­łam od wspól­nego przy­ja­ciela, że Gor­don tra­fił do domu opieki kilka lat temu. Bie­da­czy­sko. Jego demen­cja bar­dzo się pogor­szyła po tym, jak stra­cił Janette.

Tego nie wie­dzia­łam. Poczu­łam ostre ukłu­cie smutku z powodu pary, która zawsze była tak nie­sa­mo­wi­cie dobra dla mnie, a wkrótce zaczę­łam zamar­twiać się o Josha, bo wie­dzia­łam, że w rze­czy­wi­sto­ści stra­cił obie osoby będące dla niego jak rodzice, bar­dziej niż jego bio­lo­giczni mama i tata.

– Nie wiesz, do któ­rego domu opieki?

Mama prze­rwała próbę zło­że­nia prze­ście­ra­dła na gumkę w pro­sto­kąt i pochy­liła się nad kuchen­nym sto­łem. Nagle poczu­łam się jak nie­wia­ry­godny świa­dek, który ma być prze­py­ty­wany przez bar­dzo doświad­czo­nego adwo­kata.

– O co w tym wszyst­kim cho­dzi, Lily?

Przy­gry­złam wargę, nie będąc pewna, czy chcę jej powie­dzieć. Jakoś ni­gdy nie tra­fiła się odpo­wied­nia chwila, by wyja­śnić jej wyda­rze­nia sprzed sze­ściu lat i nie­zno­śną sytu­ację, w jakiej się zna­la­złam. Kiedy rodzice z rado­ścią wydają tysiące fun­tów na ogromne wesele, pew­nie nie chcą słu­chać, że czter­dzie­ści osiem godzin przed wiel­kim dniem stało się coś, co nagle kazało ci kwe­stio­no­wać to, czy doko­na­łaś wła­ści­wego wyboru.

Na szczę­ście cały ten chaos i nie­zde­cy­do­wa­nie znik­nęły pod­czas mojej zażar­tej kłótni z Joshem i ni­gdy nie musia­łam nikomu mówić, jak bli­sko byłam zła­ma­nia dwóch serc za jed­nym zama­chem.

To i tak już nie miało żad­nego zna­cze­nia. Ponie­waż to Adam był wła­ści­wym wybo­rem. Kocha­łam go całym ser­cem i dalej będę go kochała do końca życia. Przez co poszu­ki­wa­nie Josha wyda­wało się absur­dal­nym i bez­sen­sow­nym przed­się­wzię­ciem. Ale obie­ca­łam.

– Chyba Muriel, nasza wspólna przy­ja­ciółka, o któ­rej ci mówi­łam, może mieć adres domu opieki. Mam ją spy­tać, jak następ­nym razem wybiorę się do mia­sta?

Zamil­kłam na bar­dzo długą chwilę.

– Mamo, a czy możesz spy­tać ją dzi­siaj? Teraz?

W oczach mojej mamy zoba­czy­łam milion nie­za­da­nych pytań.

Ale nie zadała żad­nego z nich. To była jedna z cech, którą uwiel­bia­łam w niej naj­bar­dziej. Wie­działa, kiedy naci­skać, ale – co waż­niej­sze – wie­działa też, kiedy nic nie mówić.

Rozdział 4

Spora górka suchej psiej karmy wpa­dła z grze­cho­tem do miski Flet­chera, a po chwili waha­nia dosy­pa­łam jesz­cze tro­chę. Nie byłam pewna, jak długo zostanę w domu opieki ani czy Gor­don Baker w ogóle będzie skłonny się ze mną spo­tkać.

Domy­ślam się, że wszystko zależy od tego, ile Josh powie­dział mu o naszym „poróż­nie­niu się”. Zmarsz­czy­łam nos na to wyra­że­nie, ale nie przy­cho­dził mi do głowy żaden zamien­nik.

Spraw­dzi­łam dom opieki w inter­ne­cie, gdy tylko wró­ci­łam od rodzi­ców w zeszły week­end. Nie mia­łam poję­cia, czego się spo­dzie­wać, ale luk­su­sowe zabu­do­wa­nia wyglą­da­jące nie­mal jak hotel były dla mnie spo­rym zasko­cze­niem. Zatrzy­my­wa­łam się w pię­cio­gwiazd­ko­wych obiek­tach, które nie były tak szy­kowne.

Gdy tele­fon pro­wa­dził mnie do celu, pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć sobie wszystko, co wie­dzia­łam o Bake­rach. Oka­zało się, że jako nasto­latka nie zwra­ca­łam więk­szej uwagi na rodzinę miesz­ka­jącą obok. Wie­dzia­łam, że nie mieli wła­snych dzieci i zostali zastęp­czymi rodzi­cami dość późno, posta­na­wia­jąc opie­ko­wać się tylko star­szymi dziećmi, tymi z bar­dziej zło­żo­nymi pro­ble­mami lub pocho­dzą­cymi z kło­po­tli­wego śro­do­wi­ska. Zaci­snę­łam dło­nie na kie­row­nicy, ponie­waż z pew­no­ścią mieli ręce pełne roboty z Joshem – albo przy­naj­mniej tak było z początku, gdy do nich tra­fił. Jeśli ist­niała jaka­kol­wiek zasada, to on łamał ją tylko po to, by ją zła­mać – tak mi opo­wia­dał z zado­wo­le­niem. Myślę, że przede wszyst­kim uwiel­biał mnie szo­ko­wać.

Dopiero lata póź­niej przy­szło mi do głowy, że choć Josh lubił gadać, to wła­ści­wie nie pamię­tam, żeby zro­bił coś wyjąt­kowo strasz­nego. To zna­czy, o ile nie uznać zła­ma­nia komuś serca za zbrod­nię. Bo gdyby ją za to uznać, to… cóż, wów­czas Josh byłby recy­dy­wi­stą.

* * *

Ogro­dze­nie z kutego żelaza ota­czało kręty pod­jazd pro­wa­dzący do głów­nego wej­ścia do Domu Opieki Red­mo­unt. Główny budy­nek to poja­wiał się, to zni­kał za aleją drzew. Na pierw­szy rzut oka pre­zen­to­wał się impo­nu­jąco.

Podą­ży­łam za strzał­kami do miej­sca wyzna­czo­nego na par­king dla odwie­dza­ją­cych i zatrzy­ma­łam się w wol­nej zatoczce. Przez przed­nią szybę uważ­nie przyj­rza­łam się zabu­do­wa­niu, które nie­zwy­kle przy­po­mi­nało rezy­den­cję z filmu histo­rycz­nego, wraz ze sta­ran­nie przy­strzy­żo­nym blusz­czem opi­na­ją­cym cegły. Wcze­sno­po­po­łu­dniowe słońce wisiało nisko na nie­bie, bar­wiąc szyby we wszyst­kich oknach na roz­to­piony poma­rańcz.

Gdy wysia­dłam z samo­chodu, natych­miast poża­ło­wa­łam wybra­nia codzien­nych czar­nych dżin­sów i swe­tra. Każdy pojazd na par­kingu – prócz mojego – wyglą­dał luk­su­sowo. Uśmiech­nę­łam się na myśl, że pra­wie przy­je­cha­łam tu małą białą fur­go­netką, któ­rej uży­wa­ły­śmy do dostaw. Nie dało się ukryć, że mój pię­cio­letni Ford Fie­sta nie dorów­ny­wał tutej­szym autom.

Za to dobrze wybra­łam porę odwie­dzin. Par­king szybko się zapeł­niał, sobot­nie popo­łu­dnie naj­wy­raź­niej było czę­sto wybie­rane przez odwie­dza­ją­cych. Prze­szłam w poło­wie przez żwi­ro­wany dzie­dzi­niec, kiedy się zawa­ha­łam. A co, jeśli ze wszyst­kich dni, które Josh mógł wybrać, posta­no­wił odwie­dzić swo­jego przy­bra­nego tatę wła­śnie dziś? Było chłodno, ale to nie prze­szko­dziło, by kro­pelki potu nie­spo­dzie­wa­nie wystą­piły nad moją górną wargą.

Byłam gotowa znów zoba­czyć się z moim daw­nym sąsia­dem. Prze­ćwi­czy­łam, co mu powiem, i byłam prze­ko­nana, że zdo­łam udać non­sza­lan­cję, którą chcia­łam ema­no­wać. Ale per­spek­tywa wpad­nię­cia na chło­paka, który skradł moje serce, a potem dorósł i zamie­nił się w męż­czy­znę, który zła­mał mi serce – nie raz, ale dwa razy – cóż, to było coś zupeł­nie innego.

Wra­że­nie, że to wcale nie jest dom opieki, ale eks­klu­zywny hotel dostępny tylko dla człon­ków eli­tar­nego klubu towa­rzy­skiego, taki, w któ­rym można wypra­wić wesele, tylko się nasi­liło, gdy weszłam do środka. W hallu nie było nic chłod­nego ani bez­dusz­nego, za to nie bra­ko­wało ele­ganc­kich zabyt­ko­wych mebli oraz impo­nu­ją­cej maho­nio­wej recep­cji. Poczu­cie, że powin­nam cho­dzić w szy­kow­nym kape­lu­szu z pudeł­kiem con­fetti, tylko się pogłę­biło.

– Dzień dobry. W czym mogę pomóc?

Sili­łam się na uśmiech, który pra­wie zama­sko­wał mój nie­po­kój.

– Mam nadzieję, że mi pani pomoże. Przy­szłam w odwie­dziny do jed­nego z miesz­kań­ców. Do pana Gor­dona Bakera.

Kobieta uśmiech­nęła się, się­ga­jąc po kartkę na pod­kładce do pisa­nia na biurku.

– Spo­dziewa się pani?

– Hm… nie. Nie do końca. – Zasta­na­wia­łam się, czy poznała, że to ozna­cza: „ani tro­chę”. – Prze­pra­szam. Pierw­szy raz tu jestem. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że muszę się zapo­wie­dzieć.

Uśmiech recep­cjo­nistki ani drgnął.

– Nie musi pani. Pro­wa­dzimy poli­tykę otwar­tych drzwi dla rodziny i przy­ja­ciół. – Spo­glą­dała na mnie wycze­ku­jąco, widzia­łam, że czeka na wyja­śnie­nie, do któ­rej kate­go­rii się zali­czam. Prawdę mówiąc, to do żad­nej.

– Jestem jego dawną sąsiadką – powie­dzia­łam, co było cał­ko­witą prawdą. – I wła­śnie prze­jeż­dża­łam przez oko­licę. – To aku­rat była wie­rutna bzdura. Jecha­łam dwie godziny, żeby tu dotrzeć, ale ona nie musiała o tym wie­dzieć. – Pomy­śla­łam, że zro­bię mu nie­spo­dziankę, ale jeśli to kło­pot, to pro­szę się nie mar­twić. Zawsze mogę wró­cić innym razem – powie­dzia­łam, wie­dząc, że ni­gdy wię­cej tu nie wrócę. Przy­naj­mniej mogłam stwier­dzić, że pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z Joshem. Zro­bi­łam wszystko, co w mojej mocy.

W moich myślach byłam już w pół drogi powrot­nej do samo­chodu, kiedy młoda kobieta podała mi kartkę na pod­kładce z biurka.

– Och, nie. Oczy­wi­ście, że musi pani odwie­dzić pana Bakera. To będzie dla niego praw­dziwa atrak­cja. Szcze­rze mówiąc, nie­czę­sto może liczyć na odwie­dziny – dodała szep­tem, tak jakby wyzna­wała mi tajem­nicę.

Wzię­łam dłu­go­pis i kartkę, które mi podała. Zano­siło się na to, że koniec koń­ców wizyta doj­dzie do skutku.

– Czy wszy­scy odwie­dza­jący się wpi­sują? – spy­ta­łam, gra­jąc na zwłokę, tak by zdo­łać prze­śle­dzić wzro­kiem listę gości, któ­rzy dziś wpi­sali się do for­mu­la­rza przede mną.

– Tak. Takie mamy zasady.

Nie chcia­łam ani nie spo­dzie­wa­łam się zoba­czyć imie­nia i nazwi­ska Josha Met­calfa na liście dzi­siej­szych gości. Nie było więc powodu, dla któ­rego mia­łam poczuć zawód, gdy prze­su­nę­łam kartkę na pod­kładce po biurku. Ale byłam roz­cza­ro­wana.

* * *

– Pan Baker jest w naszym skrzy­dle Sta­rzę­śli – poin­for­mo­wała młoda opie­kunka, którą wezwano, by zapro­wa­dziła mnie do jego pokoju. Prze­su­nęła kartą zawie­szoną na smy­czy na szyi po dys­kret­nie scho­wa­nym czyt­niku obok drzwi. Usły­sza­łam, jak wewnętrzny mecha­nizm klika i zwal­nia blo­kadę. – Nie­któ­rzy rezy­denci ze Sta­rzę­śli mają sła­bość do pie­szych wycie­czek – wytłu­ma­czyła. – Nie są trzy­mani pod klu­czem. Ale zamy­kamy drzwi, żeby nic im nie gro­ziło.

Na­dal bok­so­wa­łam się ze zna­cze­niem tego stwier­dze­nia, kiedy zatrzy­mała się przy drzwiach. Obok nich wisiała tabliczka ze sta­ran­nie wygra­we­ro­wa­nym imie­niem zastęp­czego taty Josha. Nie było tu miej­sca na odręcz­nie zaba­zgrane świstki papieru wci­śnięte w oprawkę.

– Więk­szość miesz­kań­ców Sta­rzę­śli czuje się swo­bod­niej, przyj­mu­jąc gości we wła­snych poko­jach. To dla nich mniej nie­po­ko­jące.

Nie mia­łam pew­no­ści, jak czuje się tu pan Baker, ale ja sama zaczę­łam się solid­nie nie­po­koić. Czy popeł­ni­łam błąd, przy­cho­dząc tutaj?

Drzwi do pokoju były uchy­lone na kilka cen­ty­me­trów. Było za późno, żeby się wyco­fać, ponie­waż asy­stentka już lekko pukała w drew­niany panel.

– Gor­don? Możemy wejść? Ktoś przy­szedł w odwie­dziny.

Było sły­chać zza drzwi, że ktoś coś wymam­ro­tał, zbyt cicho i nie­wy­raź­nie, by wie­dzieć, czy ozna­cza to tak, czy nie. Asy­stentka otwo­rzyła drzwi i cof­nęła się, pozwa­la­jąc mi wejść pierw­szej do pokoju.

Bar­dzo dobrze wytre­no­wa­łam swoją twarz, żeby nie wyra­żała szoku ani zanie­po­ko­je­nia, kiedy Adam był w szpi­talu, a póź­niej w hospi­cjum. Nikt nie chce, by osoby w odwie­dzi­nach wyglą­dały na prze­ra­żone, gdy tylko spoj­rzą. Ale potrze­bo­wa­łam chwili, zanim naka­za­łam rysom twa­rzy nie reago­wać na sła­bo­wi­tego męż­czy­znę usa­dzo­nego w fotelu uszaku obi­tym bro­ka­tem. Ani tro­chę nie przy­po­mi­nał pana Bakera z moich wspo­mnień. Jego dło­nie były zaci­śnięte na pod­ło­kiet­ni­kach, miał chude, szpo­nia­ste, kości­ste palce, do tego pokryte głę­bo­kimi zmarszcz­kami i star­czymi pla­mami przed­ra­miona. Widzia­łam, jak ręce zaci­skają się na tapi­cerce, gdy zbie­rał się do wsta­nia, wtedy nie­spo­dzie­wa­nie gula uro­sła mi w gar­dle. Pan Baker zawsze pre­zen­to­wał nie­na­ganne maniery. Nie­za­wod­nie wsta­wał za każ­dym razem, gdy moja mama albo ja wcho­dzi­ły­śmy do pokoju. Jak mogłam o tym zapo­mnieć?

Szcze­rze mówiąc, to była jedna z nie­wielu rze­czy, które roz­po­zna­łam w tym posu­nię­tym w latach dżen­tel­me­nie. Jego włosy zaczęły rzed­nąć już wtedy, gdy go ostat­nio widzia­łam, a teraz miał ich na gło­wie tak nie­wiele, że można było poli­czyć pasma. Nie zmie­nił się na twa­rzy, a jed­nak wyglą­dał zupeł­nie ina­czej. Tak jakby ktoś wyko­nał kau­czu­kową maskę pana Bakera, po czym wysta­wił ją na słońce, gdzie się roz­to­piła i stra­ciła kształt.

Jego oczy były załza­wione i choć nie mogłam sobie przy­po­mnieć ich daw­nego koloru, bez względu na to, jaki był, dawno temu zblakł. Jego wargi poru­szały się bez­gło­śnie, tak jak to bywa u star­szych ludzi.

– Pro­szę nie wsta­wać – zapro­te­sto­wa­łam, wycią­ga­jąc wypro­sto­waną rękę, tak jak­bym kie­ro­wała ruchem, po czym pode­szłam do fotela. – Nie jestem pewna, czy mnie pan pamięta, panie Baker… Gor­do­nie – popra­wi­łam się, zaże­no­wana sztyw­no­ścią powi­ta­nia. – Jestem Lily. Lily… Wil­liams – powie­dzia­łam, wra­ca­jąc do nazwi­ska, któ­rego nie uży­wa­łam od sze­ściu lat. – Kie­dyś miesz­kał pan obok nas w Elm Close. Moi rodzice to Tony i Bar­bara.

Zarzu­ci­łam go mnó­stwem infor­ma­cji w kilka sekund i widzia­łam, że pró­bo­wał je prze­tra­wić… ale mu się nie udało.

– Może pójdę przy­go­to­wać drobny pod­wie­czo­rek? – zapro­po­no­wała kobieta, która mnie tu przy­pro­wa­dziła. Obej­rza­łam się na nią przez ramię, nagle nie mając pew­no­ści, czy jestem gotowa zostać sam na sam z kimś, kto wyglą­dał tak, jakby podmuch wpa­da­jący przez lekko uchy­lone okno mógł go zwiać z fotela.

– Pro­szę nie robić sobie kło­potu – powie­dzia­łam, ale kobieta już stała w drzwiach.

– Och, żaden kło­pot. Zwy­kle poda­jemy Gor­do­nowi her­batę mniej wię­cej o tej porze.

Po czym znik­nęła, a ja przez chwilę czu­łam się jak dziecko pod­rzu­cone na imprezę, na którą wcale nie chciało iść.

Powoli się obró­ci­łam. Usta Gor­dona wciąż mie­liły, tak jakby dano mu wyjąt­kowo kle­jącą krówkę tuż przed moim przy­jaz­dem. Pod­niósł drżącą dłoń i poka­zał na fotel nie­da­leko jego. Zro­bi­łam, co mi kazał, i przy­sia­dłam na brzegu, nie będąc na tyle odprę­żona, by roz­siąść się i oprzeć na podu­chach.

– Czy ja cię znam? – spy­tał nie­spo­dzie­wa­nie.

Prze­łknę­łam ze skrę­po­wa­niem. Nie było mowy, żeby ten uro­czy sko­ło­wany sta­ru­szek miał nagle rzu­cić z pamięci adre­sem albo nume­rem tele­fonu nasto­latka, któ­rego przy­gar­nął dwa­dzie­ścia lat temu. Do dia­bła, co ja sobie myśla­łam?

– Mam na imię Lily – powtó­rzy­łam. Tym razem nie zafun­do­wa­łam mu całej histo­ryjki.

Gor­don Baker przy­tak­nął, lekki uśmiech błą­kał się na jego wąskich war­gach.

– Zna­łem kie­dyś jedną Lily. Praw­dziwą roz­ra­biakę. Zawsze cho­dziła po drze­wach.

Wypro­sto­wa­łam się na fotelu.

– To byłam ja! – wykrzyk­nę­łam z zachwy­tem. – To ja jestem tamtą Lily. Wspi­na­łam się na stary jawor w ogródku na tyłach waszego domu.

Pan Baker spoj­rzał na mnie, po czym pokrę­cił prze­cząco głową, tak jakby było mu przy­kro, że to on musi prze­ka­zać mi tę wia­do­mość, że nie­stety coś mi się pomy­liło.

– Nie. Ta Lily, którą zna­łem, była młodą dziew­czyną. Nie mogła mieć wię­cej niż jakieś dwa­na­ście lat. Ale był z niej chu­dzie­lec! Choć miała dobre serce.

To był zbyt hero­iczny wysi­łek dla jego szwan­ku­ją­cej pamięci, żeby sko­ja­rzyć wspo­mnie­nia o jede­na­sto­let­niej mnie z kobietą po trzy­dzie­stce, która sie­działa teraz przed nim. Posta­no­wi­łam więc, że ja też będę mówiła o tej młod­szej wer­sji mnie, tak jak­by­śmy – ona i ja – były zupeł­nie nie­spo­krew­nione.

– Pamięta pan, że Lily przy­jaź­niła się z jed­nym z chłop­ców, któ­rych przy­gar­nął pan z Janette?

Za późno zorien­to­wa­łam się, że popeł­ni­łam błąd. Na wspo­mnie­nie imie­nia jego nie­ży­ją­cej żony twarz pana Bakera nagle się zmie­niła.

– Zna­łaś moją Janette? Widzia­łaś ją ostat­nio? Wciąż ich pytam, dla­czego mnie nie odwie­dza, ale nie chcą mi nic powie­dzieć.

Bez­rad­nie rozej­rza­łam się dookoła. Czy nie wie­dział, że jego żona zmarła? Czy nie pamię­tał, że był na pogrze­bie, na któ­rym ja też się zja­wi­łam? Nie chcia­łam mu tego mówić.

Na szczę­ście przed wyja­śnie­niem całej sprawy od nowa ura­to­wał mnie brzęk naczyń i odgłos kółek toczą­cych się po wyło­żo­nych drew­nia­nym par­kie­tem kory­ta­rzu. Odwró­ci­łam się z ulgą, gdy młoda kobieta weszła z powro­tem do pokoju, nio­sąc tacę zasta­wioną czaj­ni­kiem z her­batą, fili­żan­kami i spodkami oraz mar­ki­zami na tale­rzyku.

– Ach. Już pod­wie­czo­rek? – spy­tał Gor­don z nutką rado­snego wycze­ki­wa­nia w gło­sie. Na jego twa­rzy nie było śladu po zmar­twie­niu, które gościło tam jesz­cze kilka sekund temu, gdy pytał mnie o swoją żonę. – Pozwól­cie, że sko­czę do kibelka – dodał sta­ru­szek, po czym z tru­dem wstał i z szu­ra­niem ruszył do pomiesz­cze­nia, które, jak się domy­śla­łam, było jego pry­watną łazienką w pokoju.

Zacze­ka­łam, aż usły­szę klik­nię­cie zamy­ka­nych drzwi, po czym odwró­ci­łam się znów do kobiety, która wła­śnie odło­żyła tacę z her­batą i cia­stecz­kami.

– On… wydaje się raczej sko­ło­wany. Pytał mnie o żonę, dla­czego go nie odwie­dza. Czy nie wie, że zmarła?

Młoda asy­stentka nie wyglą­dała na ani tro­chę zmar­twioną moimi sło­wami, choć kiedy je wypo­wia­da­łam, towa­rzy­szyła mi tro­ska.

– Cza­sami wie. A cza­sem nie. Jego pamięć przy­po­mina starą lor­netkę skie­ro­waną w prze­szłość. Jeśli Gor­don ma dobry dzień, lor­netka potrafi sku­pić na chwilę, ale prze­waż­nie w naj­lep­szym razie widzi roz­ma­zany obraz.

– Nie ma więc sensu pytać go o coś takiego jak adres mailowy czy numer komórki, bo to go prze­ro­śnie?

Kobieta wymow­nie unio­sła brwi.

Pokrę­ci­łam głową.

– Prze­pra­szam. Głu­pie pyta­nie. Wie­dzia­łam, że cierpi na demen­cję, ale nie mia­łam świa­do­mo­ści, jak to wygląda.

– Nie ma dwóch takich samych przy­pad­ków. Ani dwóch takich samych dni. Ich wspo­mnie­nia roz­my­wają się szyb­ciej, niż mogłaby pani uwie­rzyć. Warto pamię­tać o tym, że gdy mówimy Gor­do­nowi o śmierci żony, on jakby sły­szy to po raz pierw­szy i prze­cho­dzi żałobę po niej, tak jakby to było wczo­raj, jak gdyby jesz­cze przed chwilą była obok niego.

Jej słowa sta­no­wiły dla mnie cios. Minął rok od straty mojego męża, a ja abso­lut­nie nie pozbie­ra­łam się po pierw­szym powa­la­ją­cym ude­rze­niu, że nie będzie go już ze mną. Wyobra­zi­łam sobie, że muszę prze­cho­dzić tę ago­nię raz po raz. Nie­wy­obra­żalne.

Gor­don wyszedł z łazienki, a uprzejma asy­stentka, spraw­dziw­szy wszystko, co powinno być u niego zapięte na guzik albo zamek, znów zosta­wiła nas samych.

Męż­czy­zna zda­wał się zupeł­nie zapo­mnieć o smutku z prze­szło­ści pod­czas wizyty w toa­le­cie, a ja nie chcia­łam przy­wra­cać mu tych bole­snych wspo­mnień. Może gdzieś w wadli­wych skarb­cach jego pamięci znał obecne miej­sce pobytu Josha, ale wspo­mnie­nia o przy­bra­nym synu będą nie­ro­ze­rwal­nie splą­tane z tymi o zmar­łej żonie. I pomimo obiet­nicy zło­żo­nej Ada­mowi nie zamie­rza­łam robić nic, by zada­wać temu kru­chemu sta­rusz­kowi wię­cej bólu. Adam też nie chciałby, żebym tak postą­piła.

Wypi­li­śmy her­batę, a Gor­don szybko schru­pał cały talerz mar­kiz. Poroz­ma­wia­li­śmy o ogro­dach, o któ­rych nie wie­dzia­łam pra­wie nic, miesz­ka­jąc na naj­wyż­szym pię­trze kamie­nicy.

– Wiesz, zbu­do­wa­łem mały podest na tam­tym sta­rym jawo­rze dla mło­dej Lily i mojego chło­paka – powie­dział Gor­don, wychy­la­jąc się na fotelu, czym spra­wił, że okruszki cia­stek spa­dły na pod­łogę.

Wycią­gnę­łam szyję, pod­eks­cy­to­wana, że drzwi do prze­szło­ści nie­spo­dzie­wa­nie się otwie­rają.

– To prawda. Przy­bił pan kilka desek na gór­nej gałęzi.

Gor­don Baker zmru­żył powieki.

– Kto ci powie­dział? Roz­ma­wia­łaś z moim chło­pa­kiem? Widzia­łaś się z nim?

– Z Joshem? Jego ma pan na myśli? Josh to był ten młody chło­pak, któ­rego przy­gar­nę­li­ście w dwa tysiące pią­tym roku. Zamiesz­kał z wami, bo… no cóż, nie miał zbyt szczę­śli­wego życia w poprzed­nim domu.

– Biedny chło­pak miał naj­go­rzej ze wszyst­kich. Pra­wie pękło mi serce, gdy się dowie­dzia­łem, przez co prze­szedł. To straszne, co nie­któ­rzy ludzie wyrzą­dzają swoim dzie­cia­kom.

Prze­łknę­łam kolejną gulę w gar­dle.

– Tak jest, Gor­don. Tak jest. Ale Josh miał szczę­ście. Miał cie­bie i… – przy­sto­po­wa­łam, zanim znów wpa­dłam w otchłań. – Mógł na cie­bie liczyć, że się nim zaopie­ku­jesz – dokoń­czy­łam.

– Chcesz zoba­czyć zdję­cie? – spy­tał Gor­don Baker, po czym wstał i pod­szedł do masyw­nej dębo­wej komody, która przy­cią­gnęła moją uwagę, gdy tylko weszłam do pokoju, nie tylko rusty­kal­nym uro­kiem, lecz także kolek­cją foto­gra­fii w ram­kach stło­czoną na bla­cie. Więk­szość poka­zy­wała o wiele młod­szych Gor­dona i Janette. Por­tre­to­wała całą gamę mód na prze­strzeni kilku dekad.

Dłoń sta­ruszka krę­ciła się wokół ramek, szu­ka­jąc tego zdję­cia, które chciał mi poka­zać, tym­cza­sem roz­glą­da­łam się po kolek­cji za męż­czy­zną o ciem­nych wło­sach, wyraź­nych kościach policz­ko­wych i naj­bar­dziej inten­syw­nym spoj­rze­niu brą­zo­wych oczu, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Żadna ze sfo­to­gra­fo­wa­nych postaci w ram­kach nie paso­wała do opisu.

– Tu jest. To ta mała Lily, o któ­rej ci opo­wia­da­łem.

Podał mi zdję­cie w pozła­ca­nej ramce sto­jące na samym tyle. Wpa­try­wa­łam się dłuż­szą chwilę w foto­gra­fię, któ­rej nie widzia­łam pra­wie dwa­dzie­ścia lat. Zro­biono ją pod­czas let­niego grilla około dwóch lat po tym, jak Josh zamiesz­kał z Bake­rami. Na zdję­ciu było wiele innych osób z sąsiedz­twa – w tym moi rodzice, któ­rzy wyglą­dali mło­dziej, niż zapa­mię­ta­łam. Sta­łam z boku głów­nej grupy, z hot dogiem w dłoni i ręką Josha od nie­chce­nia zarzu­coną na moje ramiona.

Gor­don sta­nął obok mnie i wpa­try­wał się w kadr ze zmie­szaną miną.

– Tu jest. Lily. Ale nie jestem pewien, kto to jest ten chło­pak obok niej.

Wyjął zdję­cie z moich rąk, pod­niósł je bli­sko swo­jej twa­rzy, aż nosem nie­mal muskał szybkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki