Zarzewie mroku. Dzieci Międzyświata, tom 1 - Libera Mateusz - ebook
NOWOŚĆ

Zarzewie mroku. Dzieci Międzyświata, tom 1 ebook

Libera Mateusz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Tego lata stare słowiańskie legendy znów staną się żywe!

Wakacje w Strygowicach miały być zupełnie zwyczajne: rowery, tajna baza w lesie i wieczory spędzane z przyjaciółmi. Wszystko zmienia się jednej nocy, gdy w pobliskim borze ginie para nastolatków. Plotki szybko rozchodzą się po miasteczku, ale Kuba, Antek, Filip i Felicja czują, że za tą tragedią kryje się coś przerażającego. W ciemności między drzewami czai się bowiem coś, o czym mówiły tylko stare słowiańskie wierzenia.

Kiedy w ich kryjówce pojawia się zagubiona dziewczyna twierdząca, że pochodzi z XI wieku, wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli. Jagna zna prawdę o bestii polującej w lesie – o istocie, rodem ze słowiańskich legend. Za jej pojawieniem się stoi jednak ktoś jeszcze – Weles, słowiański bóg ciemności.

Jeśli przyjaciele nie znajdą sposobu, by zamknąć wrota między światami, Strygowice staną się miejscem początku czegoś znacznie gorszego. Bowiem pradawne słowiańskie moce nie zapominają…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 356

Data ważności licencji: 2/3/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

Tom 3. Opiekun lasu

Tom 4. Szczodry wieczór

Prequel: Syn Welesa

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

Płachytka

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast zdobywca

Tom 1. Przysięga

Tom 2. Wieszczba

Tom 3. Nawałnica

Tom 4. Hańba

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

Tom 2. Wola Żmija

 

Lucie Ortega

cykl Szept moczarów

Tom 1. Światła nad moczarami

 

Agata Suchocka

Klątwa południcy

Znamię wodnika

 

Iwona Poczopko

Na imię mi zemsta

 

Mateusz Libera

cykl Dzieci Międzyświata

Tom 1. Zarzewie mroku

 

Józef Ignacy Kraszewski

Stara baśń

 

 

 

Copyright © by Mateusz Libera

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Dagmara Michalak

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68923-19-3

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszelkie postacie, wydarzenia oraz miejsca przedstawione w tej książce są wytworem wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub zmarłych, a także do istniejących miejsc czy zdarzeń, fantastycznych i nie, jest całkowicie przypadkowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z dedykacją dla młodzieży polskiej.

Żebyście zawsze odróżniali prawdę od fałszu,

piękno od brzydoty, dobro od zła.

 

 

 

 

 

 

 

PLAYLISTY BOHATERÓW

 

 

 

 

 

 

1. KUBA:

• M.C. Hammer – U Can’t Touch This (1990)

• Goo Goo Dolls – Iris (1998)

• Bomfunk MC’s – Freestyler (1999)

• Linkin Park – In the End (2000)

• Coldplay – Trouble (2000)

 

2. FELICJA:

• Bajm – Ta sama chwila (1993)

• Varius Manx – Piosenka księżycowa (1994)

• Hey – List (1995)

• Edyta Górniak – Kolorowy wiatr (Pocahontas) (1995)

• Myslovitz – Długość dźwięku samotności (1999)

 

3. ANTEK:

• Eminem – The Real Slim Shady (2000)

• Limp Bizkit – Rollin’ (2000)

• The Offspring – Original Prankster (2000)

• Paktofonika – Jestem Bogiem (2000)

• Gorillaz – Clint Eastwood (2001)

 

4. FILIP:

• Mike Oldfield – Moonlight Shadow (1983)

• Liquido – Narcotic (1998)

• Eiffel 65 – Blue (Da Ba Dee) (1998)

• Backstreet Boys – I Want It That Way (1999)

• Pokémon – Czy już wszystkie masz? (2000)

 

5. IZABELA:

• Guns N’ Roses – Sweet Child O’ Mine (1987)

• Nirvana – Smells Like Teen Spirit (1991)

• Michael Jackson – Give In to Me (1993)

• Red Hot Chili Peppers – Californication (1999)

• t.A.T.u. – Я сошла с ума (Ya Soshla S Uma) (2000)

 

6. DAWID:

• Lady Pank – Zawsze tam, gdzie ty (1990)

• Kult – Gdy nie ma dzieci (1998)

• Republika – Mamona (1998)

• Ich Troje – A wszystko to… (bo ciebie kocham)! (1999)

• Pidżama Porno – Twoja generacja (2001)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Igen, jött egy gyöngyhajú lány

Álmodtam, vagy igaz talán

Így lett a föld, az ég

Zöld meg kék, mint rég

 

Tak, przyszła dziewczyna o perłowych włosach

Śniłem, a może to była prawda

I tak ziemia i niebo stały się

Zielone i niebieskie jak dawniej

 

Omega, Gyöngyhajú lány

(Dziewczyna o perłowych włosach)

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

DAWID

 

 

 

 

Później żałowałem, że zamiast pojechać prosto do domu, skręciłem na skrzyżowaniu w stronę remizy. Być może ominęłaby mnie ta sprawa, widok tych zmasakrowanych ciał, rozszarpanych i powyginanych we wszystkie strony. Po tym wszystkim zacząłem przeklinać tamten dzień, a raczej wieczór, jeśli mam być dokładny. Z drugiej jednak strony nie zrobiłem nic złego. Ot, znalazłem się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie… A jednak myśl o tym, co zobaczyłem, została ze mną już na zawsze. Tak po prostu.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co się dokładnie wydarzyło. Nikt ze Strygowic nie wiedział.

Jechałem szybko, bo droga była prosta, z obu stron zamknięta liniami drzew.

Włosy targane podmuchami wiatru co jakiś czas przysłaniały mi oczy. Trzymany w ustach papieros dawał złudne poczucie dorosłości. Polonez warczał dźwięcznie, gdy przyspieszałem, z satysfakcją mijając drzewa, stare znaki drogowe i wyloty leśnych dróg. Czułem się wolny. Nie, ja byłem wolny. Od roku.

Mając samochód, mogłem jechać, dokąd chciałem. Nikt nie był w stanie mi tego zabronić.

Wracając w rodzinne strony, co robiłem dosyć rzadko, zjechałem w kierunku Mokoszy, małej miejscowości leżącej tuż pod miastem, oddalonej o mniej niż cztery kilometry od znaku wyznaczającego kraniec przedmieścia. Lubiłem tę szosę. Przypominała tunel, zwłaszcza teraz, latem, kiedy bujne korony drzew stykały się ze sobą w kilku miejscach. Nocą prawie nikt tędy nie jeździł, poza grupami nastolatków zmierzającymi na dyskotekę. Niektórzy szli pieszo. Czasami zdarzało się, że ktoś kogoś potrącił. Kiedy nie świecił księżyc, było tu naprawdę ciemno.

Dopaliwszy ćmika, wyrzuciłem go przez uchylone okno. Już miałem sięgnąć do radia, by je podgłośnić, kiedy nagle blade światło błysnęło mi z oddali prosto w oczy. Szybko zorientowałem się, że to latarka – i nie myliłem się. Ściągnąłem nogę z gazu. Po chwili minąłem grupę roześmianych dziewcząt. Uśmiechnąłem się do nich przelotnie. Wiedziałem, że nie należę do tych szarmanckich kolesi, umiejących szczerzyć się jak faceci z okładek „Bravo”, ale widząc, jak śledzą wzrokiem mijający je samochód, nie chciałem pozostać im dłużny.

W końcu zobaczyłem remizę w Mokoszach, prosty budynek z odpadającym tynkiem i dwuspadowym czerwonym dachem, z którego okien błyskały kolorowe światła, rozproszone przez przykurzone firany.

Zjechałem z drogi prosto na udeptany trawnik, zakręciłem kierownicą i zaparkowałem prostopadle do innych samochodów, ustawionych we względnym porządku tuż przy rowie. Zgasiłem światła i silnik. Jeszcze siedząc w wozie, widziałem zbliżające się postacie. Nie byli to moi kumple, bo tych nigdy nie miałem, bardziej znajomi, z którymi mijałem się na szkolnych korytarzach. Ten, który odezwał się jako pierwszy, był mi chyba z nich wszystkich najbliższy.

– No proszę, cesarz przyjechał odwiedzić prowincję.

Wypił. Najpierw usłyszałem to w jego głosie, później dostrzegłem trzymaną w dłoni butelkę jabola. Towarzyszący mu kumple oparli się o mój samochód.

– Siemasz, stary, jak leci? – odpowiedziałem, zgrywając luzaka. W rzeczywistości nie lubiłem sytuacji, gdy ktoś mi się przygląda. – Widzę, że melanż się rozkręca – dodałem, wysiadając. Nie mogłem szeroko otworzyć drzwi, by przypadkiem nie uderzyć któregoś z tych kolesi. Było ich kilku. Znałem ich twarze, ale nie imiona, poza Erykiem, który spoglądał na mnie tak, jakbym był mu coś dłużny.

– Przyjechałeś się tu lansować? – Jego pytanie zawisło w powietrzu. Ciszę na moment wypełnił refren piosenki The Rhythm of the Night.

Zauważyłem, że jest nieco podenerwowany. Miesiąc wcześniej on i jego kumple z technikum pisali maturę. Teraz pewnie wszyscy czekali na wezwanie do wojska.

– Chodzi o samochód? A co, miałem tu przyjechać hulajnogą czy na składaku? – odparłem zuchwale, widząc, jak jeden z tych gości przygląda się rdzy na błotniku.

– Który to rocznik? – zapytał, a ja odetchnąłem w duchu, mając nadzieję, że konfrontacja z pijanym Erykiem nie dojdzie do skutku.

– Osiemdziesiąty ósmy, silnik jeden-sześć benzyna.

– Biały. Rdzę będzie widać – bąknął ten sam koleś. – O, tu już widzę.

Ściągnąłem wargi z niezadowoleniem. Już chciałem mu powiedzieć, żeby spieprzał, ale nie mogłem. Dopiero co przyjechałem.

– No trudno – westchnąłem. – To się wylakieruje, co nie?

Nie doczekałem się odpowiedzi. Eryk zmierzył mnie przenikliwym spojrzeniem.

– Fajki mam. Ruskie. Kuzyn tirem przewiózł. Chcesz kupić?

– Dzięki, ale mam swoje.

– Nie spróbujesz nawet?

– Wiesz co, może później.

Spodziewałem się, że będzie naciskał, ale ku mojemu zdziwieniu Eryk odpuścił i dał mi przejść. Jego koledzy z kolei przestali już badać moje auto. Nareszcie.

„Obok stoją inne, dlaczego wybrali akurat moje?”

Przestałem zastanawiać się nad tym faktem, choć głupio mi było odwracać się plecami, wiedząc, że wciąż kręcą się po tym prowizorycznym parkingu.

Odetchnąłem nieco i podszedłem do remizy. Powitały mnie kolejne znajome twarze, kilku chłopaków i kilka dziewczyn z równoległej klasy. Potem minąłem Zośkę z mojej. Przelotne spotkanie zaowocowało krótką wymianą zdań.

– Cześć, Dawid! Jak tam na polibudzie? – zapytała z uśmiechem. Dobrze pamiętałem te jej krzywe zęby. Zawsze dziwiłem się, że ma gdzieś, czy inni zwrócą na nie uwagę.

– Wporzo – odpowiedziałem. Była tą dziewczyną, którą niewielu rówieśników się interesowało, ale każdy przychylnie reagował na jej widok. Mnie zawsze było jej żal i trochę dziwiłem się, że przyszła na dyskotekę.

Ta chwila ciszy wydała mi się krępująca.

„Co jeszcze mam jej powiedzieć?”

Zośka nie pochodziła z najbiedniejszej rodziny. Zresztą studia były przecież darmowe, jeśliby nie brać pod uwagę kosztów wynajmu akademika. Może po prostu dalsza edukacja nie była dla niej. Mało kto wyjeżdżał ze Strygowic. Ja byłem jednym z nielicznych, którzy rzucili się na głęboką wodę.

„Pewnie dlatego wszyscy tutaj patrzą na mnie z ukosa”.

Nie dość, że przyjechałem własnym autem, to jeszcze prosto z dużego miasta. W tych stronach faktycznie musiało to być coś niezwykłego.

Zbliżyłem się do budynku, a muzyka, która do tej pory przyjemnie wypełniała nocną rzeczywistość, teraz zaczęła mocniej dudnić mi w uszach. Koniec szkoły warto było hucznie poświętować… Ale przyszli tu nie tylko uczniowie z liceum i technikum – moi rówieśnicy również, a także starsi, dwudziestoparolatkowie chętni wyrywać nastolatki.

Przeczesałem opadające na czoło włosy, po czym wsadziłem palce w kieszenie jeansów. Miałem nadzieję, że ktoś mnie rozpozna. Faktyczny znajomy, a nie ktoś taki jak Eryk. Być może miałem szczęście, a być może pecha, kiedy przed oczami znowu ujrzałem krzywozębną Zośkę.

– Czekasz na kogoś? – zapytała otwarcie. W dłoni trzymała zieloną butelkę z piwem. Nie wiedziałem, skąd ją wytrzasnęła.

– I tak, i nie – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie wiedziałem, po co tu dzisiaj przyjechałem. Chyba tylko po to, by poczuć więź z rodzinnym miastem. – Widziałaś… Widziałaś może Izę?

Dlaczego o niej wspomniałem? Byłem prawie pewien, że jej tu nie ma.

– W sensie Warecką? – zapytała po chwili wahania. – Nie, no coś ty… To chyba nie jej klimaty, nie? Ale wiesz co… Kaśka o ciebie pytała.

– S-serio?

– No tak. Chyba nadal się w tobie buja… Słyszałam, jak mówiła coś o tobie koleżance, która wychodziła zapalić. Może już wie, że tu jesteś.

– Może. – Zmarszczyłem brwi z zażenowania. – A tak zmieniając temat… Co u ciebie słychać?

„Z krótkiej rozmowy w długą. Z deszczu pod rynnę, ty durniu”.

– A wiesz, jak to ja…

„No właśnie nie wiem, bo nigdy mnie nie obchodziłaś”.

Zacisnąłem usta w kreskę, czekając, aż zacznie kontynuować.

– Zrobiłam sobie rok przerwy, bo nie wiedziałam, jakie studia wybrać. Myślałam o pedagogice albo psychologii…

„A jednak być może będzie kolejną, która wyrwie się z tej dziury”.

– To zajebiście – odpowiedziałem zbyt pogardliwie, przez co szybko dodałem: – Fajnie, wiesz, liczę, że się dostaniesz. Serio.

– To pewnie będzie uniwersytet – ciągnęła, a ja czułem, że tracę cierpliwość. – Jak to jest studiować?

– Hmm… Co by tu powiedzieć… – mówiłem, przeciągając głoski i wodząc wzrokiem po mijających nas ludziach. – Nie będę cię wkręcał: raz jest lepiej, raz gorzej. Sporo zakuwania, ale przynajmniej ogarniasz to, co chcesz, a nie jak w budzie…

– No tak, tak – przytaknęła nieco speszona.

– Myślę, że podobnie będzie na uniwerku – dodałem, poprawiając kołnierzyk jeansowej kurtki.

„Może to jej wystarczy i sobie pójdzie. Nic do niej nie mam, ale to tylko koleżanka z byłej klasy”.

Nic bardziej mylnego. Zośka uśmiechnęła się kącikiem ust, łyknęła trochę Warki Strong i zadała kolejne pytanie, które jeszcze mocniej zbiło mnie z tropu:

– Lecimy na parkiet? Skoro i tak na nikogo nie czekasz…

Nie wiedziałem, skąd się u niej wzięła ta śmiałość. Zapamiętałem ją jako szarą myszkę z drugiej ławki. Czy przez rok aż tak bardzo mogła się zmienić? Czym jeszcze zaskoczy mnie powrót w rodzinne strony?

Pytanie zawisło w powietrzu. Przypomniałem sobie o nim, gdy spojrzałem Zośce w oczy. Te miała akurat dosyć ładne. Dodawały uroku na tyle, że przynajmniej nie nazywali jej brzydulą.

„Pewnie nikt jej tego nigdy nie powiedział, ale musiała coś podejrzewać. Nigdy nie widziałem jej z żadnym chłopakiem”.

Wpadłem jak śliwka w kompot, choć, jakby rzekł mój dziadek, raczej nawarzyłem sobie piwa, które teraz musiałem wypić. Byłem za miękki w tych sprawach. Zbyt łatwo łapałem z ludźmi kontakt wzrokowy. Zwykle nie z tymi, co trzeba.

– No co tak stoisz? Idziemy? – Jej słowa otrzeźwiły mnie bardziej niż chwilowy powiew wiatru znad pobliskiego lasu. Noc była ciepła i gwiaździsta.

Kiedy Zośka usłyszała w końcu głośne: „What is love?” z piosenki Haddawaya, otworzyła szeroko usta z ekscytacją. Stojące obok dziewczyny zapiszczały, odstawiły niedopite piwa na parapet i ruszyły jedna za drugą w kierunku drzwi.

„Gorzej być nie mogło”.

Nie mogłem się wywinąć. Zośka chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę wejścia. Gwałtownie wpadłem z nią do środka. W sali było gorąco, przy podłodze unosiła się para. Kolorowe światła błyskały po ścianach. Miałem wrażenie, że deski remizy płoną, ale z jakiegoś powodu nikt ich nie gasi. Dyskoteka rozkręciła się na dobre za sprawą kilku topowych utworów zagranych jeden po drugim.

Zaczęliśmy więc tańczyć. Wciąż nie mogłem wyjść z podziwu – Zośka, która jeszcze rok temu płakała na korytarzu z powodu zagrożenia z matematyki, teraz prężyła się jak struna, energicznie i z pasją, choć brakowało jej wprawy. Co jakiś czas któraś z dziewczyn zerkała na nią z politowaniem, ale ona się tym nie przejmowała. W przeciwieństwie do mnie.

Dałem się wplątać jak dureń, ale nie chciałem robić jej przykrości. Nie zasługiwała na to.

Po dłuższej chwili Zośka nachyliła się, by mnie o coś zapytać. Poczułem zapach piwa wydobywający się z jej ust.

– Pewnie nie możesz pić, bo prowadzisz – zaczęła, krzycząc mi prosto do ucha – ale gdybyś chciał wypić chociaż jedno piwko, to mogę ci skołować!

Już mnie to nawet nie dziwiło. Dziewczyna była w swoim żywiole.

– W sumie… Czemu nie…

– Co?!

„Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewała”.

Rzuciłem więc krótkie:

– Chodźmy!

Wyszliśmy na zewnątrz bocznym wejściem. Nim się zorientowałem, zabalowałem tam z nią na cztery piosenki.

– Bez piwa to ci pewnie ciężko, co? – roześmiała się, schodząc po stromych schodach. Poręcz, która tu niegdyś była, ktoś musiał wyrwać.

– Gdzie idziemy? – zapytałem, widząc, że zbliża się do przypadkowej sterty gruzu. – Aaa, no i wszystko jasne.

Zośka sięgnęła do szczeliny między betonowymi złomami i wyciągnęła alkohol, tym razem w puszce.

– Trzymaj.

Nieco zmieszany odebrałem napój.

– W aucie mam portfel. Oddać ci siano?

Machnęła ręką i zachichotała.

– Daj spokój!

„Cholera, zostaliśmy sami, a najlepsze jest to, że nie zamierzałem spędzać dzisiejszego wieczoru z Zośką”.

Bałem się, że to podryw. Miałem wrażenie, że sytuacja zaraz obróci się o sto osiemdziesiąt stopni i będzie mi się śniła po nocach, a tego wolałem uniknąć.

Przysunęła się, ale chyba przypadkowo. Taktycznie przestąpiłem z nogi na nogę, oddalając się minimalnie. W tym stanie nie miała szansy tego zauważyć. Słyszałem, że coś bełkocze, ale myślałem tylko o Kaśce. Była tu i mogła mnie z nią nakryć.

To słowo jakoś dziwnie opisywało tę sytuację.

Inny by się cieszył, że tak się sprawy mają, ale ja nie byłem typem podrywacza, na pewno nie w stosunku do dziewczyn takich jak Zośka.

„Jakby się tu wykręcić?”

Dopiłem to piwo, gawędząc o jakichś pierdołach, po czym wreszcie mogłem wyciągnąć asa z rękawa:

– Muszę siku.

Kiwnęła głową, nieco zawiedziona, bo chyba zrozumiała, że i tak jej nie słuchałem. Ja natomiast nie czekałem na żadne przyzwolenie. Uciekłem od dziewczyny, która sobie coś ubzdurała. Groteskowa sytuacja zmusiła mnie do uśmiechu.

Faktycznie musiałem iść w krzaki. Minąłem więc remizę i podreptałem w kierunku lasu. Nogi mi zmiękły, gdy zza drzewa wychyliła się Kaśka Stelmaszczyk. Wszędzie poznałbym te pofalowane ciemne włosy, oczy w kształcie migdałów i szeroki uśmiech z wąziutką przerwą między jedynkami.

– Dawid – wypowiedziała moje imię, zamiast zapytać, czy to ja.

Poczułem się nieswojo, a serce zaczęło mocniej bić. Śledziła mnie, czy to było przypadkowe spotkanie? – Nie miałem pewności. Odpuściwszy sobie rozstrzyganie tego, spojrzałem jej w oczy.

– Cześć. – Uśmiechnąłem się onieśmielony.

– Co za spotkanie. – Podeszła do mnie. Rozpoznałem srebrny krzyżyk, który nosiła na łańcuszku. Metal odbijał kolorowe światła wystrzeliwujące z okien remizy. – Jakoś już się pogodziłam z tym, że wyjechałeś, a ty robisz mi coś takiego.

– Przepraszam… – Wzruszyłem ramionami.

„A mogłem zostać z Zośką, która jutro niewiele by pamiętała z tego wieczoru”.

Kaśka uśmiechnęła się kokieteryjnie. Nie była zła. Praktykowała te swoje gierki z durnych pisemek dla kobiet. Ja natomiast byłem czymś w rodzaju jej królika doświadczalnego, tak to rozumiałem.

Potrafiła wodzić mnie za nos. Czasami myślałem, że ta nasza znajomość do czegoś prowadzi, a później ona odwalała coś takiego, przez co odechciewało mi się z nią spotykać. To była prawdziwa sinusoida. Gdzie byłem teraz? Nie miałem pojęcia.

Jej kwiecista koszula nie zakrywała w pełni linii dekoltu, a słodkie perfumy, których zawsze używała, przywołały miłe wspomnienia. Iluzja życia niemogącego trwać wiecznie.

– Chyba nie przyjechałeś tu dla mnie? – zapytała melodyjnie. Wypity alkohol dodawał jej luzu.

Nie podobał mi się jej ton. Kreowała się na pustą lalę, która wabi wszystkich swoich seksapilem, a ja znałem ją dość dobrze i wiedziałem, że wcale taka nie jest. Potrafiła być zabawna, czuła, nawet inteligentna. Tym bardziej nie rozumiałem gry, w którą mnie wciąga.

– Przestań – wycedziłem, gdy zaczęła się przystawiać. – Idę za potrzebą.

Odpuściła. Pomyślałem, że teraz się pewnie obrazi. Znałem te humorki. Uśmiech nie zniknął jednak z jej twarzy, a sama Kaśka zachowywała się tak, jakby nic się nie stało.

– Tylko nie na lewo – powiedziała radośnie, zarzuciwszy włosami na bok.

W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co miała na myśli. Potem mnie olśniło.

„Po co innego ludzie z imprezy chodzą do lasu?”

Westchnąłem ciężko, choć przestałem się obawiać tego, co jeszcze mnie dziś spotka. Ruszyłem ścieżką i po chwili mogłem już zrobić to, po co tu przyszedłem.

Wracając w stronę dudniącej remizy, spostrzegłem parę zmierzającą do lasu. Przystanąłem na chwilę, by się im przyjrzeć. Rozpoznałem w nich licealistów, którzy w tym roku pisali maturę. On miał na sobie ortalionową kurtkę i spodnie cargo, ona rozpiętą koszulę boho, pstrokaty top i jeansową miniówkę. Wyglądali na takich, dla których impreza się kończy. Ledwo trzymali się na nogach. Nie pamiętałem ich imion, choć kojarzyłem te twarze. Występowali na szkolnych apelach i nieraz reprezentowali szkołę.

– Pomóc wam jakoś? – zapytałem, wychodząc z ukrycia. Nawet mnie nie zauważyli, byli zbyt zajęci sobą.

Poczułem dziwną potrzebę dowiedzenia się, co się stanie dalej. Poszedłem więc za zakochanymi. Wybrali jedną z popularniejszych ścieżek, usłaną butelkami i pogniecionymi puszkami po piwie. W blasku błyskających świateł mignęła mi też zielona etykieta napoju Lift, który należał do moich ulubionych.

Młodzi, których imion nadal sobie nie przypomniałem, w ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Szli dalej, prawdopodobnie szukając dogodnego miejsca do okazania sobie czułości.

„Bo gdyby chciało im się rzygać, już by to zrobili”.

Stanąłem na chwilę w miejscu i obejrzałem się za siebie. Dobiegł mnie znajomy głos Michała Wiśniewskiego śpiewającego o miłości. Mimowolnie zanuciłem refren: „A wszystko to… bo ciebie… na-na-na-na…”. Wtedy znów pomyślałem o Kasi. Uśmiechnąłem się nostalgicznie. Poczułem, że jeśli jest jakiś powód, dla którego tu dzisiaj przyjechałem, to być może jest nim ona.

„Cholera, a wydawało mi się, że to już przeszłość”.

Ta krótka myśl zbiła mnie z tropu. Zorientowałem się, że straciłem z oczu człapiących nastolatków. Gdzie się nagle podziali? Nie miałem pojęcia, ale będąc świadomym, w jakim stanie byli, czułem, że niewłaściwie byłoby ich teraz zostawić, przynajmniej nie upewniwszy się, że wszystko jest w porządku.

„Kolo wyglądał na nieco zdesperowanego”.

Postawiłem sobie ultimatum: zrobię kilka kroków i jeśli ich nie znajdę, to wracam. Wtedy usłyszałem przeraźliwy krzyk, który wywołał gęsią skórkę na moim ciele, mimo że noc była ciepła.

Przełknąłem ślinę. Odbiło mi się piwem; jego gorzki posmak delikatnie musnął moje podniebienie.

„Co to było?”

Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund. Już po chwili usłyszałem kolejny wrzask, jeszcze potworniejszy. Wtedy zrozumiałem, że pierwsza krzyczała dziewczyna, a dopiero potem chłopak. Ich zawodzenie było dzikie, zwierzęce, przerażające. Nie byłem pijany, a nawet jeśli to jedno piwo mogło zrobić jakąś różnicę, to w tamtym momencie natychmiast otrzeźwiałem.

Wiedziałem, że tylko ja mogłem to usłyszeć. Remiza znajdowała się kawałek stąd, a głośna muzyka z pewnością zagłuszyła dźwięk, który odbił się echem między sosnami. Naczytałem się chyba za dużo komiksów z superbohaterami, bo zamiast wziąć nogi za pas, ruszyłem w kierunku źródła tych mrożących krew w żyłach dźwięków. Powoli, ale miarowo stawiałem kolejne kroki. Nie wiedziałem, czy wciąż jestem na ścieżce, czy już z niej zboczyłem. Chęć sprawdzenia, co się stało, zepchnęła na drugi plan wszystkie pozostałe myśli.

Stąpałem ostrożnie po suchej leśnej ściółce. Myślałem, że moje kroki są tłumione, ale wcale tak nie było. Po prostu odłączyłem się od zbędnych bodźców, wytężając wzrok. Oddech stawał się coraz cięższy, pomimo że powietrze było naprawdę orzeźwiające. Zbliżałem się do czegoś niepokojącego. Czułem to. Ten głos… Co musiałoby się stać, by ktoś zaczął tak krzyczeć? Przeraźliwie, gardłowo, nieludzko.

Nie mogłem zawrócić. Zrobiło się za cicho. Musiałem wiedzieć.

Na ściółce znalazłem zapaloną latarkę. Przypomniałem sobie dziewczyny idące poboczem, które zaledwie dwie godziny temu mijałem po drodze.

„Czy to oznacza, że…”

Powiodłem wzrokiem po niewielkiej polanie. Pierwsze ślady krwi zobaczyłem w poświacie zaledwie metr od porzuconego przedmiotu.

Musiałem podnieść latarkę, była jedynym źródłem światła mogącym pomóc mi dowiedzieć się, co tutaj zaszło. Gdy to zrobiłem, ujrzałem coś, czego nie zapomnę do końca życia.

Sparaliżowany strachem, zastygłem, jakbym bawił się w „raz, dwa trzy, Baba Jaga patrzy”. Widziałem już w życiu świńskie podroby, jak miałem osiem lat, babcia poczęstowała mnie czerniną, a na domiar złego kiedyś, przez przypadek, podejrzałem wujka, który za stodołą siekierą mordował gęś na obiad… Ale to, co zobaczyłem tutaj, pod względem obrzydliwości znacznie przewyższało poprzednie doświadczenia.

Ten dziwny różowy sznur to były flaki. Nie sądziłem, że są takie długie. Ciągnęły się nie tylko po ziemi, wisiały także na niektórych nisko zwisających gałęziach. Dalej znalazłem ich właścicieli, a raczej to, co z nich pozostało. Kończyny oderwano od korpusu, szyję ozdabiały podłużne ślady, chyba po pazurach, a twarze wykręcał grymas bólu i przeogromnego cierpienia.

Nie żyli – dotarło to do mnie przeraźliwie lekko.

„Po prostu coś ich załatwiło, a ja zaraz się obudzę. Zajebisty sen, nie zapomnę go nigdy…”

Im dłużej tam stałem, tym bardziej zaczynałem rozumieć, że to rzeczywistość. Brutalna, surowa, odarta z wszelkich złudzeń, bezlitosna, szczególnie dla pary, która za dużo wypiła i postanowiła wybrać się na spacer do lasu.

Gdy pierwsza fala szoku odbiła się od brzegów mojej świadomości, nadeszła kolejna. Smród był nie do wytrzymania. Poczułem, jak wypite piwo razem z obiadem wracają tą samą drogą, którą dostały się do mojego żołądka. Czym prędzej uciekłem, zostawiając za sobą makabryczną scenerię. Zwymiotowałem jakieś dwadzieścia metrów od upiornego epicentrum zdarzeń.

Nie zamierzałem tam wracać. Raz jeszcze podjąłem próbę zanalizowania tego, co przed chwilą widziałem i czułem, aż nagle zorientowałem się, że w dłoni wciąż mam zakrwawioną latarkę…

„I trzymam ją jak kompletny idiota”.

Wciąż zgięty wpół spostrzegłem, że buty mam we krwi zamordowanych osób. Gdy dotarło do mnie to wszystko, mimo że nadal chciało mi się rzygać, zacząłem dziękować losowi, że morderca nie ruszył za mną. Lecz chwilę później uświadomiłem sobie, że moja sytuacja jest wciąż tak samo beznadziejna.

„Nie musiał mnie zabijać. Przecież teraz policja uzna mnie za sprawcę zbrodni”.

Wciąż nie rozumiałem, kto byłby zdolny do zrobienia czegoś takiego i to w tak krótkim czasie. Rozszarpane lub porąbane trupy wyglądały gorzej niż te w Quake’u czy innym Doomie.

Buty i latarka. Krew. Odciski palców. To wszystko wydawało się takie nierealne, a ja wciąż nie mogłem się obudzić. Musiałem działać. Nikt się jeszcze nie zorientował, że nie wróciłem. Ani Kasia, ani Zośka.Przynajmniej taką miałem nadzieję.

Stojąc jak kołek na skraju lasu, zacząłem skrupulatnie wycierać buty o trawę. Żałowałem, że nie jest jeszcze wilgotna. To trochę ułatwiłoby sprawę. Latarkę wytarłem o liście i schowałem do kieszeni kurtki. Następnie czym prędzej wymacałem kluczyki do Poloneza i ruszyłem pewnie w kierunku zaparkowanych aut.

Ze strachu nogi mi drżały, a zęby szczękały z zimna, choć jeszcze przed chwilą było mi bardzo gorąco.

Szczęście w nieszczęściu – nikt mnie już nie zaczepił. Wsiadłem do samochodu i czym prędzej odpaliłem silnik.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej