Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Czy ty wiesz, jak pachnie wiosna, kiedy wszystko zaczyna budzić się do życia?”
Czas mija, nowe pokolenie rośnie i odnajduje się w polskiej rzeczywistości, nie zawsze z zamierzonym skutkiem. Małgosia i Emilka, śmiało patrząc w przyszłość, porzucają rodzinne strony, by wyjechać na studia. Wkraczanie w dorosłość okazuje się ekscytujące, ale niesie ze sobą zagrożenia, jakich się nie spodziewały. Nowe znajomości, pierwsze uczucia i pierwsze samodzielnie podejmowane decyzje odciskają piętno na ufnych sercach.
Czy młodzi ludzie nie powielą błędów rodziców? Czy wielkie miasta – Warszawa i Kraków – nie odciągną ich od rodziny, dając lepszą przestrzeń do życia?
Klimat lat 70. i ciepło rodzinnych relacji mieszają się tu z dramatami i burzliwymi emocjami, jakich doświadczają bohaterowie, a dom na podlaskiej wsi staje się azylem, gdzie można schronić się przed światem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 547
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by W. L. Białe Pióro & Joanna J. Pawłowska
Warszawa 2025
Okładka – zdjęcia i grafika: Agnieszka Kazała
Zdjęcie Autorki na okładkę: Konrad Kierebiński
(Zakład Fotograficzny Agnieszki i Konrada Kierebińskich)
Redakcja: Agnieszka Kazała
Korekta: Daria Siwek
Skład i łamanie: WLBP
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
www.wydawnictwobialepioro.pl
Wydanie: II, Warszawa 2026
ISBN: 978-83-67788-94-6
~ 1 ~
Emilka weszła właśnie w wiek, kiedy dziewczęta nie podobają się sobie i bardzo krytycznie oceniają swoją fizjonomię. Tak samo było i z nią. Na swej twarzy dostrzegała jedynie duży nos i uszy, a wystające kości obojczyków doprowadzały ją do rozpaczy. Nawet gdy sąsiadka zza płotu powiedziała kiedyś do jej matki, że dziewczyna wyrasta na prawdziwą piękność, pomyślała wtedy: „może i wyrasta, ale jeszcze nie wyrosła”. Zresztą nigdy nie wierzyła w tanie komplementy. O, gdyby powiedział to jakiś chłopiec, na pewno brzmiałoby to bardziej wiarygodnie.
Długie jasnobeżowe włosy najczęściej niedbale splatała w gruby warkocz lub upinała w koronę nisko na karku. Jej zielone oczy otaczały ciemne rzęsy i gęste brwi wygięte w trójkątny łuk, a zawsze czerwone usta przysparzały kłopotów w szkole. Wychowawczyni, pani Aldona Kwaśna, pewnego razu kazała jej natychmiast wytrzeć „tę czerwoną szminkę”. Przestraszona podeszła wtedy do polonistki, wyjęła z kieszeni fartuszka chusteczkę do nosa i mocno wytarła nią usta. Następnie podała ją nauczycielce, która ze zdziwieniem spojrzała na czysty, nieskalany czerwienią materiał i przy całej klasie powiedziała spokojnym głosem:
– Przepraszam cię, drogie dziecko.
Emilka była osóbką niezwykle wrażliwą – nadmierna wrażliwość i niepewność siebie, utrudniała jej kontakty z rówieśnikami. Niemalże każda krytyka lub jakakolwiek kłopotliwa sytuacja w szkole czy w domu wywoływały potoki łez i powodowały, że zamykała się w sobie.
– Jak to dziecko poradzi sobie w życiu, gdy na tym świecie trzeba mieć albo szerokie plecy, albo szpiczaste łokcie, aby się nimi mocno rozepchnąć? – biadoliła ciotka Helena. – Ale niech tylko skończy podstawówkę, to zabiorę ją do siebie, do Krakowa, a tam już na pewno będzie musiała zahartować swoją wydelikaconą duszę.
Emilka ubolewała nad tym, że chłopcy nie zwracają na nią uwagi, podczas gdy Małgosia od najmłodszych lat rozkochiwała w sobie kolegów. To dziewczę radziło sobie doskonale w każdych warunkach. Była zupełnie inna niż siostra. Nigdy nie splatała mocno ściemniałych od czasów dzieciństwa brązowych włosów, a jej zielone oczy, nabrawszy barwy ciemnej, niemal szmaragdowej, spoglądały figlarnie na świat. Świadoma swojej urody, odważna i niepokorna nieraz przysparzała zmartwień rodzicom, ale z zupełnie innego powodu niż siostra.
– To charakterek ciotki Heleny – mówił zadowolony Tadeusz. – Wyrośnie z niej silna i bezkompromisowa kobieta.
– Mocna jak stonka – pokpiwała z tych zachwytów Klaudyna. – W życiu trzeba być elastycznym i liczyć się z innymi…
– Wiem, że nasza Małgosia ma dobre serce – przerwał żonie Tadeusz. – Przypomnij sobie jak zawsze opiekowała się Emilką… a nawet teraz, Jackiem.
– Co do Mili, to równie często ją wykorzystywała – przekomarzała się Klaudyna.
Gdy Emilka zaczęła naukę w pierwszej klasie Liceum Ogólnokształcącego, które zostało utworzone przy Szkole Podstawowej w Kornakowie, Małgosia rozpoczynała klasę trzecią. Wszyscy w szkole znali ładną i energiczną dziewczynę, która nie dość, że świetnie się uczyła, to jeszcze bardzo aktywnie udzielała się społecznie. Emilkę pochłaniało doskonalenie gry na pianinie i czytanie książek. Nie znajdowała zbyt wiele czasu na naukę przewidzianą programem liceum, zresztą tak naprawdę interesowały ją jedynie historia i literatura. Dzięki łatwości zapamiętywania, jeśli tylko profesor naprawdę starał się przekazać ją uczniom, niezbędną wiedzę wynosiła z lekcji. Wystarczało to, aby nie mieć problemów w nauce. Gorzej jednak było z przedmiotami ścisłymi, których jej wrażliwy muzyczny umysł po prostu nie przyswajał. Zresztą nie zależało jej na dobrych ocenach, chciała po prostu skończyć to liceum i zająć się wyłącznie muzyką.
Na pierwszej lekcji fizyki, gdy profesor Skrzypiński wyczytał jej nazwisko, sprawdzając listę obecności, zapytał:
– Czy Małgorzata Hrzanowska jest twoją siostrą?
– Tak, panie profesorze – odparła speszona Emilka.
– Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że tak jak siostra będziesz moją prawą ręką.
Emilka zarumieniła się i, sama zdziwiona swoją śmiałością, odpowiedziała:
– Obawiam się, panie profesorze, że fizyka nie jest moją mocną stroną.
Stary profesor, który ponad czterdzieści lat starał się udowodnić swoim uczniom, że fizyka to wielkie okno otwierające się na poznanie tajemnic świata, docenił szczerość uczennicy i, mimo mizernych osiągnięć, zawsze stawiał jej trójkę z klasówek, niezależnie od tego, że nie zawsze na nią zasługiwała.
Gorzej było z matematyką, ale tylko do momentu pierwszej akademii szkolnej z okazji Święta Pracy. Gdy dziewczyna w czasie uroczystości zagrała mazurka Chopina, tak zauroczyła swoją grą ciało pedagogiczne, że w większości uznali po cichu, że nie ma co męczyć jej matematyką lub chemią, bo i tak dziewczyna zostanie pianistką. Za to historia i języki – polski, rosyjski i angielski – szły jej jak z płatka. Poza grą na pianinie Emilka uwielbiała czytać powieści historyczne. Piątkowa Małgosia nigdy nie przebrnęła przez Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, a Emilka nie tylko przeczytała epopeję z prawdziwą przyjemnością, ale potrafiła wyrecytować z pamięci wiele najładniejszych, według niej, fragmentów.
– Małgosiu, rozwiąż mi to zadanie – mówiła proszącym głosem Emilka – nie wiem, jak to zrobić.
Siostra zajęta odrabianiem lekcji, wymamrotała pod nosem:
– Zaraz. Jak skończę swoje zadania, ale w zamian napiszesz mi z polaka o roli chochoła w Weselu Wyspiańskiego.
Emilka zrobiła zdziwioną minę i odparła zirytowana:
– No przecież ja tego nie znam. Nie czytałam tego!
– Oj tam. – Małgosia podniosła głowę na siostrę. – Tu masz opracowania, to sobie poczytasz. Mówiąc to, rzuciła jej na biurko cienką książeczkę z opracowaniami lektur szkolnych.
Emilka wzięła książkę i zaczęła szukać fragmentów dotyczących Wesela, a po odnalezieniu zagłębiła się w lekturze i po niedługim czasie zajęła się wypracowaniem dla siostry.
Pracę dziewczynek przerwało wejście do pokoju koleżanki starszej z sióstr – Haliny, która spojrzała na otwarty zeszyt do fizyki z rozwiązanymi zadaniami domowymi.
Emilka nie lubiła tej zarozumiałej i czasami bardzo niesympatycznej dziewczyny, nawet dziwiła ją zażyłość siostry z taką osobą. Zresztą trudno było powiedzieć, która z nich miała większy wpływ na tę drugą.
– O widzę, że skończyłaś. To zabieram! – powiedziała Halina i bezceremonialnie schowała obłożony w brązową, plastikową okładkę zeszyt do przewieszonej przez ramię czerwonej torebki.
– Tylko nie zapomnij przynieść do szkoły! – ostrzegła Małgosia.
– Nie ma obaw, przecież nigdy nie zapomniałam. Zbieraj się czekają na nas w ruinach. Ci co zawsze.
Małgosia śpiesznymi ruchami odłożyła na bok książki i zeszyty. Następnie szybko wstała od swojego biurka, stojącego na przeciwległej ścianie, na wprost, identycznego mebla siostry.
– A moje zadanie? – Emilka była zaniepokojona obrotem sprawy.
Siostra zdjęła z siebie czarną sukienkę i zmieniła ją na wyjętą z szafy granatową koszulę w białe rumaki i granatowe dżinsy z napisem „Wrangler” na tylnej kieszeni. Szybkimi ruchami przebrała się w przygotowane ubrania.
– Dokończ wypracowanie, a ja niedługo przyjdę i zrobię ci to zadanie.
Emilka spojrzała uważnie na Małgosię, chciała zaprotestować, ale wstyd jej było kłócić się z nią przy Halinie, więc spuściła głowę i zabrała się do kończenia wypracowania.
Na drugi dzień przed lekcją matematyki, zgłosiła profesorowi brak pracy domowej. Oczywiście w dzienniku znalazł się drugi minus. Za trzy minusy była pała, czyli dwója, więc teraz naprawdę musiała się pilnować.
Wakacje Małgośka spędzała najczęściej na obozach wędrownych, dzięki czemu do końca liceum zwiedziła bardzo wiele pięknych zakątków Polski. Emilka wolała zostawać w domu lub jechać do Drzymlina do dziadków niż na jakiś tam obóz, gdzie nie było pianina. W Drzymlinie bardzo często spędzała wakacje z bratem, ciotką Justyną oraz jej synem Ksawerym. Bardzo lubiła atmosferę domu dziadków umeblowanego starymi, ale dobrze utrzymanymi meblami, pełnego wykrochmalonych delikatnych serwetek, falbaniastych poduszek i kwiecistych zasłonek w oknach. Najbardziej lubiła siedzieć w kuchni pachnącej wiszącymi przy białej kaflowej kuchni ziołami, zbieranymi w czasie wiosny i lata przez babcię Wandę i Janeczkę mieszkającą z Kornackimi od wczesnej młodości.
Jacek nie odstępował dziadka Juliusza przy pracach gospodarczych, gdyż twierdził, że kiedyś to on będzie gospodarzem w Drzymlinie.
– Nie martw się, dziadku, niedługo się tu przeprowadzę i będę gospodarzył – powtarzał często z szerokim uśmiechem.
Dzięki niewielkiej różnicy wieku Ksawery i Jacek świetnie się dogadywali. Emilka chętnie, na prośbę babci Wandy i ciotki Justyny, pilnowała, aby chłopcy nie oddalali się z siedliska. Bardzo często też, ulegając ich wizjom przygody, włóczyła się z nimi po wsi albo po okolicznych łąkach i lasach.
Pewnego razu pod balami drzewa leżącymi pod płotem niedaleko drewutni, znalazła sobie dom matka wraz z czterema młodziutkimi jeżykami. Zwierzęta tak przyzwyczaiły się do obecności ludzi, że po jakimś czasie zaczęły wychodzić spod sterty bali i zachowywały się tak, jakby Ksawery i Jacek stanowili stały element ich otoczenia. Pozwalały się brać na ręce oraz wsadzać na przyczepę dużego drewnianego samochodu. Chłopcy wozili malutkie jeże po całym podwórku, karmili je zielonymi listkami sałaty, kapusty oraz poili wodą.
Niestety matka zwierzątek widocznie nie czuła się bezpiecznie w tak wielkiej bliskości ludzi, ponieważ którejś nocy po prostu wyprowadziła się z całą gromadką w nieznane miejsce.
Nieobecność zwierząt najbardziej przeżył Ksawery i nie przekonywały żadne tłumaczenia ni argumenty. Codziennie biegł do miejsca, gdzie jeszcze niedawno mieszkały jego pupile, a gdy po raz kolejny przekonywał się, że niestety nie wróciły pod ścięte bale, uderzał w płacz.
W końcu Janeczka, przyniosła chłopcom maleńkiego kota.
– O, mata, to przybłęda bez matki i ojca – mówiła, wyciągając zza pazuchy kociaka wyjątkowej urody, bowiem o sierści w czterech kolorach: rudym, czarnym, szarym i białym. – Nie buczta już, bo jeże latoś już nie wróco… Może być dopiero na drugi rok.
– To chyba jest tygrysek – stwierdził Jacek, głaszcząc prężącego grzbiet kociaka.
Janeczka nalała mu mleka do blaszanej miseczki, a kociak, widocznie bardzo spragniony, zaczął je pić, mlaskając zachłannie różowym języczkiem.
– O patrzajta, jaki był głodny. Ale nie weźmieta go do siebie, bo bedzie mu sie ckniło za Dzymlinem.
Jednak Jacek tak przyzwyczaił się do kociaka, że zabrał go ze sobą do domu, do Kornakowa.
~ 2 ~
Ciotka Helena, gdy tylko gościła w Kornakowie, namawiała Hrzanowskich, aby pozwolili jej zabrać Emilkę do Krakowa.
– Ależ, znajdzie tam najlepszych profesorów i nie będzie musiała dojeżdżać do Warszawy – przekonywała, a wręcz straszyła ciotka. – Mówię wam o tym, żebyście nie zmarnowali jej talentu.
W tym samym czasie do przestronnej kuchni dobiegały dźwięki muzyki. To Mila ćwiczyła zapamiętale utwory na konkurs pianistyczny przeznaczony dla młodzieży do lat osiemnastu, który miał się odbyć w marcu w Warszawie. Największym jej marzeniem było jednak wzięcie udział w Ogólnopolskim Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina. Była świadoma tego, że ewentualny sukces mógł otworzyć jej drogę do szeroko pojętej kariery zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej.
– Sami słyszycie, jak ona gra! A o czym ja mówię, co też wy możecie słyszeć – deliberowała bliska łez Helena.
– Ciociu, naprawdę nie jesteśmy głusi i robimy wszystko…
– W jej wypadku wszystko to za mało! – przerwała ciotka.
Klaudyna jak każda zwyczajna matka bardzo się bała rzucić swoje dziecko na tak nieznany grunt, jakim niewątpliwie był Kraków.
– Ciociu – próbowała tłumaczyć – to naprawdę jest jeszcze dziecko… do tego bardzo wrażliwe i uczuciowe.
Tadeusz, który do tej pory siedział przy stole i z przyjemnością palił papierosa, nie wtrącał się do rozmowy, tylko przysłuchiwał się argumentom wypowiadanym przez żonę i ciotkę. Zgasił niedopałek w malutkiej porcelanowej popielniczce i przerwał kobietom:
– Dobrze! Na razie Emilka ma konkurs, na którym jej bardzo zależy, więc nie będzie jeździła z Krakowa do stolicy, bo z Kornakowa ma bliżej. W razie konieczności w Warszawie może zamieszkać u mojej kuzynki, Wiesi, skąd ma tylko parę kroków do szkoły muzycznej i profesora Bluma… Ale pomyślimy o tym, żeby od przyszłego roku zamieszkała jednak u cioci.
– Oczywiście, jeśli sama będzie chciała – dodała Klaudyna, która cały czas uważała, że córka nie może być zmuszana do poświęcania swoich młodych lat wyłącznie grze na pianinie.
Tydzień przed konkursem marcowym Emilka spędziła właśnie u Wiesi, a właściwie na dodatkowych lekcjach u profesora Bluma. Czuła się zwyczajną dziewczyną ze wsi i wydawało jej się, że wszyscy biorący udział w rywalizacji na pewno będą od niej lepsi. Przed nią występowało kilkoro młodych pianistów. Dziewczyna słuchała ich, coraz jaskrawiej widząc swoje niedoskonałości.
Chyba nie mam po co wychodzić…. Może się wycofać? – myślała w panice, czując jak palce zaczynają jej drętwieć ze zdenerwowania, gdy nagle zobaczyła wchodzącą za kulisy, uśmiechniętą ciocię Helenę.
– Jesteś od nich lepsza. Nie denerwuj się.
Emilka nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie poproszono ją na scenę. Przez głowę przeleciała jej tylko jedna myśl:
Żeby się nie skompromitować.
Kiedy tylko dotknęła klawiatury wszystkie wątpliwości uleciały i została wyłącznie muzyka. Wypełniła całą jej duszę i ciało. Skończywszy, ukłoniła się publiczności i szybko zeszła ze sceny. Mimo gromkich braw, jakie docierały do niej, ledwie żywej z emocji, nie wyszła już na scenę, aby ukłonem podziękować publiczności, ale podeszła do profesora Bluma i wymamrotała przez zaciśnięte gardło:
– Chyba się pomyliłam…
– Było bardzo dobrze – odpowiedział profesor.
Niebawem ogłoszono wyniki i okazało się, że Emilia Hrzanowska wygrała konkurs. Młoda pianistka była tak oszołomiona i zaskoczona, że kilka razy dopytywała profesora:
– Czy to ja? To prawda?
– Prawda. Byłaś najlepsza – odpowiadał ten z uśmiechem.
Ciotka Helena nie była zdziwiona.
– Mówiłam, mówiłam!? – wykrzykiwała do wycierającej łzy Klaudyny i rozpromienionego radością Tadeusza.
Gdy później wspominali ten dzień, Klaudyna twierdziła, że sama nie wie, co było w tamtym momencie silniejsze: euforia i radość czy zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem. W każdym razie profesor Blum i Helena przekonali Hrzanowskich, że córka wakacje powinna spędzić na grze pod kierunkiem dobrego nauczyciela. Zdecydowano, że w lipcu i sierpniu zamieszka z Wiesią i będzie ćwiczyć pod okiem profesora. Na czas letniej przerwy od szkoły Emilka przeniosła się więc do Warszawy.
Wiesia zajmowała malutkie dwupokojowe mieszkanie na parterze w dwuklatkowym bloku. Mniejszy pokój odstąpiła Emilce. Były w nim tylko szafa, wersalka nakryta cepeliowskim pasiakiem oraz mały stolik i krzesło. Dzięki kolorowemu dywanikowi i pomarańczowym zasłonom pokój był dosyć przytulny i Emilka dobrze się w nim czuła.
Ciocia Wiesia bardzo cieszyła się z obecności dziewczyny i opiekowała się nią najlepiej, jak potrafiła. Zdrowo ją odżywiała, dbała, aby jej ubrania były zawsze czyste i wyprasowane, odprowadzała ją na lekcje do profesora Bluma, a po kilku godzinach przychodziła, aby zabrać ją do domu. Zadbała nawet o towarzystwo rówieśników i poznała ją z córką sąsiadów Adelą Kowal.
Adela co prawda była starsza od Emilki o rok, miała już skończone szesnaście lat, ale dziewczynki szybko się do siebie zbliżyły. Na początku Emilka podchodziła do tej znajomości dosyć nieufnie, ale po paru dniach, wizyty sąsiadki zaczęły stanowić dla niej prawdziwe urozmaicenie w monotonnym spędzaniu czasu z ciotką lub profesorem.
Pewnego razu Adela zapytała ciotkę z niewinną minką:
– Czy możemy dzisiaj iść z Emilką na spacer?
– No pewnie, że tak. Przyda jej się pooddychać świeżym powietrzem… ona ciągle siedzi w domu.
Emilka założyła szerokie spodnie we wzory i czerwoną bluzkę z rozszerzanymi rękawami, a na szyi zawiesiła srebrny łańcuch z zawieszką w kształcie słonecznika – prezent od cioci Heleny. Ubrana w ciemną spódniczkę i czarną koszulkę na ramiączka, z bladą cerą i płowymi włosami Adela, przy Emilce wyglądała po prostu nijako.
Dziewczyny wyszły z klatki schodowej i ruszyły przed siebie szerokim chodnikiem, mieszając się z przechodniami.
– Miałaś już chłopaka? – zapytała Adela.
– Tak. To Bogdan z mojej klasy… Spotykaliśmy się – odparła obojętnie Mila. Nie do końca wiadomo, dlaczego skłamała. Może nie chciała, żeby ta warszawianka myślała, że Emilka jest taką zwykłą wiejską gęsią.
– Pójdziemy do „Krokodyla”. Tam pokażę ci takiego fajnego chłopaka. Wszystkie dziewczyny z dzielnicy lecą na niego… Mi też się podoba.
Nagle Adela skręciła i weszła na schodki kamienicy z wysokimi oknami zdobionymi rzeźbionymi gzymsami. Pociągnęła za sobą Emilkę. Po chwili weszły do sali wypełnionej stolikami, przy których, otoczeni szarym dymem papierosowym, siedzieli w większości młodzi ludzie.
Stanęły w progu. Niektóre twarze odwróciły się w ich kierunku i taksowały wzrokiem Emilkę. Widocznie byli to stali bywalcy, więc nieznana dziewczyna wzbudziła ich zainteresowanie.
Emilka zauważyła, że wszyscy są starsi od niej, a przynajmniej tak wyglądali.
– Chodźmy stąd! Nie podoba mi się tu.
– Coś ty! Będzie fajnie – odpowiedziała zdziwiona Adela i znowu pociągnęła Emilkę za sobą w kierunku dwuosobowego stolika, od którego odchodziła właśnie jakaś para.
Usiadły przy stoliku, a warszawianka zapytała:
– Masz pieniądze?
– Mam. – Emilka wyjęła ze skórzanej listonoszki dwadzieścia złotych.
– Co ci kupić? – zapytała Adela, bezceremonialnie wzięła pieniądze i wstała z zamiarem podejścia do bufetu.
– Herbatę – odpowiedziała Emilka i zaczęła udawać, że szuka czegoś w torbie, wciąż czuła na sobie ciekawskie spojrzenia. Miała ochotę już wyjść, ale nie chciała zostawić tam koleżanki bez uprzedzenia. Uniosła głowę, gdy ta postawiła przed nią szklankę wypełnioną lurowatą herbatą z dwiema kostkami cukru położonymi na spodeczku, a przed sobą wysoki kufel z piwem.
– Zobacz! Zobacz! Przyszedł! – popiskiwała półgłosem podekscytowana Adela. – No zobacz, w wejściu… Ten ciemniejszy… w białych spodniach.
Na progu stało dwóch chłopaków, a właściwie mężczyzn. Obydwaj byli średniego wzrostu, ten którego wskazywała Adela miał proste, długie włosy do ramion zaczesane na bok. Emilka nie widziała go dobrze w tumanach dymu. Zauważyła tylko, że miał na sobie białe spodnie i błękitną polówkę, a jego jasnowłosy towarzysz ciemnogranatowe dżinsy i koszulę w paski. Rozglądali się uważnie po sali, w końcu ich wzrok zatrzymał się na stoliku, przy którym siedziały. Powiedzieli coś do siebie i podeszli do bufetu. Wysunęli spod niego dwa krzesła i ruszyli w kierunku stolika Emilki i Adeli.
– Cześć! Można? – zapytał blondyn.
– Cześć! Ależ tak. Oczywiście – rozpływała się w usłużności Adela. – Zapraszamy.
Mężczyźni przedstawili się – ten z długimi, ciemnymi włosami, z mocną szeroką szczęką i wyraźnym wgłębieniem w brodzie miał na imię Janusz, natomiast wyglądający sympatyczniej blondyn o krótszych od kolegi włosach i prostej grzywce spadającej na oczy – Rafał.
Adela przedstawiła siebie i Emilkę, następnie zaczęła mówić jak najęta na temat jakości piwa podawanego w lokalu, po czym szybko przeszła do książki, którą ostatnio przeczytała. Rozprawiała na temat Opowieści biblijnych Kosidowskiego. Była przygotowana, gdyż temat wiary stał się ostatnio bardzo modny wśród młodzieży lat siedemdziesiątych.
Janusz przyniósł cztery piwa, jedno z nich podsunął Emilce, usiłując nachalnie spojrzeć jej w oczy. Żaden z nich wyglądem nie przypadł jej do gustu. Wręcz przeciwnie nie wzbudzali jej zaufania. Czuła się nieswojo w tym lokalu i w tym towarzystwie, milczała więc, starając się nie patrzeć na towarzyszy.
– Dziękuję, nie lubię piwa – odburknęła i odsunęła z niechęcią kufel.
– A próbowałaś kiedyś? – zapytał Janusz, patrząc na nią z coraz większym zainteresowaniem.
– Nie. Ale nie mam ochoty… Zresztą… muszę już iść.
– Coś ty! Zostań, niedługo razem wyjdziemy. – Właśnie tego Emilka chciała uniknąć, więc wstała, gwałtownie odsuwając krzesło od stolika. – Emila, no nie bądź dzikuską. Zaraz wychodzimy – zaczęła przekonywać Adela.
Janusz również wstał, położył swoją rękę na jej ramieniu i zaczął mówić jej prawie do ucha, wciskając głowę w jej włosy:
– No zostań jeszcze. Bardzo cię proszę.
Emilka usiadła, aby odsunąć głowę chłopaka od siebie, jednocześnie zdejmując ze swojego ramienia jego rękę. Janusz również usadowił się przy stoliku i zaczął pić piwo. Teraz nie spuszczał już z niej wzroku.
– Ada, my to się znamy z widzenia, a skąd taka piękna dziewczyna znalazła się w naszej przystani? – zapytał, nie odwracając głowy od Emilki.
Adela, która liczyła na to, że Janusz ze względu na nią przysiadł się do stolika, była zawiedziona i zła, odpowiedziała więc dobitnie:
– Ze wsi, Januszku, ze wsi.
– A więc to taki piękny, polny kwiatuszek.
Mimo to, że Emilce zrobiło się nawet miło po tym komplemencie, ponownie wstała i szybko zapytała, patrząc na Adelę:
– Gdzie jest toaleta?
Ada wskazała jej ciemne drzwi ruchem głowy, zadowolona, że zostawi ją na chwilę samą z mężczyznami. Emilka ruszyła we wskazanym kierunku, przedzierając się między gęsto ustawionymi stolikami, zajętymi o tej porze do ostatniego miejsca. Gdy dotarła do toalety odwróciła się w kierunku Adeli, a zobaczywszy, że ta zajęła swoją paplaniną koleżków, ruszyła szybkim krokiem do wyjścia i opuściła lokal. Na ulicy najpierw pobiegła przed siebie, a za rogiem rozejrzała się i zaczęła sobie przypominać, gdzie ma teraz iść, aby dotrzeć do domu ciotki. Była pierwszy raz w tej okolicy, więc nie miała pewności czy na pewno idzie w dobrym kierunku. Zatrzymała jakąś kobietę niosącą wypchane siatki w obydwu rękach i zapytała:
– Jak dojdę do ulicy Dzierżyńskiego?
Kobieta bez wahania odwróciła się i odpowiedziała:
– Tu panienka skręci za róg i już będzie. A jaki numer, bo to długa ulica.
– Dziękuję. A, to ja już trafię.
~ 3 ~
Dopiero na drugi dzień późnym popołudniem znów przyszła Adela. Nie miały okazji spotkać się wcześniej, bo za namową profesora Bluma Emilka została dłużej na lekcji i po prostu waliła sobie w klawiaturę dla przyjemności – często tak określała swoją grę. Jeden z uczniów wyjechał na parę dni, więc wykorzystała jego nieobecność. Grała długo i z wielkim zacięciem, aż profesor wszedł do sali fortepianowej i powiedział:
– Milka, czasami trzeba też jeść. Idź już do domu… Pewnie kiedy grasz, to nie czujesz głodu. To tak jak ja.
Pomimo zakazów Emilki, która nie chciała, aby ciotka ją odprowadzała i przyprowadzała, Wiesia już miała iść po nią do profesora. Na początku, gdy nie znała dobrze drogi, jej obecność dawała dziewczynie poczucie bezpieczeństwa, ale po paru dniach, stwierdziła, że to jest niepoważne, bo ona nie jest małym dzieckiem i sama będzie chodziła na zajęcia.
Gdy wróciła do domu, Adela czekała na nią w pokoju. Przeglądała książki, które Emilka przywiozła ze sobą z Kornakowa. Otwierała każdą, tak jakby szukała zawartych w nich ilustracji.
– Przeczytałaś je? – zapytała zaciekawiona.
– Nie, tych dwóch jeszcze nie. – Wyjęła ze sterty dwie z nich i podała Adeli.
– Żartujesz? Naprawdę je przeczytałaś? Wszystkie? Siedem? – dopytywała zdumiona.
– A ty? Tego Kosidowskiego nie przeczytałaś? – powiedziała pewnym głosem Emilka.
Przypomniała sobie opowieści w „Krokodylu”, od razu poznała, że koleżanka blefuje. Przecież ta książka, to historyczne ustalenie faktów zawartych w Biblii, a ona opowiadała o nich jak o bajkach. Znała dobrze tę lekturę i bardzo ją lubiła, gdyż dzięki niej rozszyfrowała pewne niezrozumiałe dla niej tajniki wiary. U niej w klasie przeczytało ją kilka osób. Jedni dlatego, że chcieli zaimponować kolegom, a inni, bo naprawdę ich zainteresowała. W każdym razie książka z biblioteki Hrzanowskich krążyła po klasie i na pewno, tylko u niektórych odleżała się nie czytana.
– No wiesz! Skąd ci to przyszło do głowy? – Adela była zdezorientowana i rozzłoszczona. – Dobrze, wiem… Trochę się wygłupiłam. Ale przecież musiałam z nimi o czymś rozmawiać. – Spuściła głowę i wróciła do przeglądania książek. Nagle gwałtownie podniosła ją i napadła na Emilkę: – A ty co!? Niby taka inteligentna i nic! Nawet gęby nie otworzyłaś? – Za chwilę ściszyła głos i już spokojnie dodała: – Tak mi zależy na Januszu… Myślisz, że się kapnęli?
Emilce nagle zrobiło się szkoda koleżanki, więc aby ją pocieszyć powiedziała:
– Myślę, że oni też tego nie czytali, więc nie masz się czym przejmować.
Humor dziewczyny gwałtownie się poprawił i znowu zaczęła pokrzykiwać na Emilkę:
– A dlaczego uciekłaś?!
– Bo było mi niedobrze od tego dymu – na poczekaniu wymyśliła kłamstewko, które niewiele mijało się z prawdą.
– Żałuj, było super! – I już o wiele spokojniej dodała: – Bardzo im się spodobałaś… Mówili mi, żebyś tam jeszcze ze mną przyszła.
– Nie, nie pójdę tam więcej – postanowiła Emilka spokojnie, ale kategorycznie.
Adela zdała sobie sprawę, że nie przekona tej wieśniaczki, aby poszła z nią do kawiarni, a obiecała Januszowi, że ją przyprowadzi. Nie była głupia, wiedziała, że Januszowi nie chodzi o nią, tylko właśnie o tę zwariowaną pianistkę. Nie była z tego zadowolona, ale pocieszyła się szybko:
Pianistka wyjedzie, a ja zostanę. Teraz muszę zrobić wszystko, aby się do niego zbliżyć… i to dzięki Emilii – kombinowała przebiegle.
W każdą niedzielę rano i środę po południu ciocia Wiesia chodziła do kościoła. W środy oczywiście Emilka zostawała w domu sama. Dobrze wiedzieli o tym sąsiedzi, którzy mieszkali w jednym bloku już z piętnaście lat.
Wiedziała o tym również Adela i nie omieszkała wykorzystać tej wiedzy.
W środę, gdy tylko Wiesia wyszła z domu, do drzwi jej mieszkania ktoś zapukał. Ubrana w krótką letnią sukienkę Emilka leżała na wersalce i czytała książkę. Wstała by otworzyć drzwi. Ku jej wielkiemu zdziwieniu na progu stał Janusz z białym goździkiem w ręce, którym zakrywał sobie twarz, a właściwie zgrabny nos.
– Cześć! Nie gniewaj się, że przyszedłem… Można? – zapytał i podał jej kwiat.
Emilka była tak bardzo zaskoczona wizytą tego prawie nieznajomego chłopaka, że przyjęła goździk i wystękała bezmyślnie:
– Proszę.
Janusz wszedł pewnym krokiem prosto do pokoju Emilki.
– Tu możemy porozmawiać? – zapytał i bez skrępowania usiadł na wersalce, rozkładając obydwie ręce na jej oparciu. Emilka weszła za nim i usiadła na krześle, z daleka, na ile pozwalały gabaryty pokoju. Przyjrzała się gościowi, wydał jej się jeszcze starszy niż przy pierwszym spotkaniu. – O widzę, że nie masz wakacji… – powiedział, spoglądając na stertę książek.
– Właściwie… to nie mam, bo ciągle mam zajęcia.
– Tak, wiem – nie dał jej dokończyć zdania. – Ada mówiła… Może byś mi coś zagrała?
– Tu nie mogę, bo u cioci nie ma pianina – odpowiedziała z lekkim uśmiechem, doceniając jego zainteresowanie.
Janusz opuścił ręce z oparcia i przysunął się do jej krzesła.
– Wiesz, bardzo mi się podobasz… – mówił, patrząc bezczelnie w jej oczy. – Bardzo. Pierwszy raz czuję coś takiego. Dlatego zdobyłem twój adres od Ady, żeby móc cię zobaczyć. Tak nagle wyszłaś wtedy z kawiarni.
– Nie lubię takich miejsc. Za dużo tam dymu. – Nie wiadomo dlaczego, chciała, żeby tak myślał. Żeby nie traktował jej jak dziecko, które przestraszyło się tego miejsca i tych obcych, starszych ludzi wokół siebie. – Wiesz, musisz już iść, bo za chwilę przyjdzie ciocia. A ja po prostu nie lubię się tłumaczyć z banalnych spraw. Chyba rozumiesz?
Janusz spojrzał na nią trochę zdziwiony, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że opiekunka dziewczyny nie byłaby zachwycona, gdyby go tu zastała.
Jednak spodobała jej się ta jego swoboda i bezpretensjonalność. Nikt nigdy nie traktował jej jak dorosłej. Mimo że był starszy, pewny siebie i trochę zarozumiały, wyraźnie czuła nad nim przewagę. Nie potrafiła sprecyzować, dlaczego i w czym tkwiła ta przewaga, ale im dłużej przebywała z Januszem, tym bardziej nabierała pewności siebie.
Ciocia Wiesia weszła do mieszkania dosłownie parę minut po wyjściu mężczyzny, a tuż za nią przyszła Adela, którą oczywiście rozpierała ciekawość. Wparowała do pokoju Emilki, natychmiast zamknęła za sobą drzwi i zapytała głośnym szeptem:
– No i jak? Prawda, że jest fantastyczny?
Emilka spojrzała na Adelę i poczuła się w jakiś dziwny sposób wyróżniona i dowartościowana. Już nie była zakompleksioną zwykłą dziewczyną ze wsi, a co najważniejsze nawet to zainteresowanie nią, zaczynało jej się podobać coraz bardziej.
Jak łatwo można było ją ująć komplementami. W domu była Milusią, młodszą siostrą, tą delikatną, dziecinną, wymagającą opieki i kontroli córeczką mamusi i tatusia. Nawet to, że tak świetnie grała na fortepianie, nie podnosiło jej dojrzałości w oczach całej rodziny. Wszyscy uważali ją za dziecko. Bardzo utalentowane muzycznie, ale dziecko. Dopiero teraz przy Adzie, zaczynała czuć się dorosła i ta dorosłość zaczynała jej trochę mącić w głowie.
Po całym mieszkaniu zaczął się unosić zapach smażonych naleśników, za które w kuchni wzięła się ciocia Wiesia.
– No słyszysz?! Jest fantastyczny!
– Nie wiem?… Taki sobie… Chyba jest za stary? – odpowiedziała obojętnie, wydymając usta.
– Zgłupiałaś! – krzyknęła zdumiona Adela. – On ma dopiero dwadzieścia jeden lat.
Emilka spojrzała na nią karcąco i zwróciła jej uwagę:
– Cicho bądź, bo ciocia usłyszy, a po co ma wiedzieć, o czym rozmawiamy.
– Ale umówiłaś się z nim? Umówiłaś się? – wyszeptała teraz Adela, wpatrując się w nią wytrzeszczonymi oczami.
Emilka spojrzała na nią zdziwiona i czując wagę słów, które za chwilę miała wygłosić, co dodało jej jeszcze większej pewności siebie.
– Nie. I nie mam zamiaru się z nim umówić – powiedziała obojętnie, unosząc w górę oczy.
Rozczarowanie sąsiadki sprawiło jej wielką przyjemność. Adela nie mogła sobie wyobrazić, jak można odrzucić kogoś takiego jak Janusz. Ona nigdy by tego nie zrobiła. Po dłuższej chwili ciszy zapytała:
– Pójdziesz ze mną do koleżanki w sobotę. To bardzo fajna dziewczyna… też lubi muzykę. Gra na gitarze.
– No nie wiem, czy nie pojadę do domu.
– Postaraj się. Będzie fajnie, zobaczysz.
Emilka miała jechać do Kornakowa z bratem mamy, wujkiem Adamem, który chciał wykorzystać kilka dni wolnych od pracy w szpitalu, aby odwiedzić rodziców i żonę spędzającą tam wakacje razem z synem Ksawerym.
Rozmowę dziewcząt przerwała ciotka Wiesia, wnosząc do pokoju talerze ze zwiniętymi w ruloniki naleśnikami z dżemem truskawkowym.
– Przyniosłam wam kolację, pewnie jesteście głodne. Wiem, że tacy młodzi ludzie jak wy są zawsze głodni… Acha, Miluniu, dzwoniłam do wujka Adama, aby się upewnić co do tego wyjazdu… Wujek prosił, żeby ci powtórzyć, że pojedziecie dopiero w niedzielę, bo coś mu wypadło w szpitalu.
– Jak to!? Dopiero w niedzielę? – odpowiedziała naprawdę zawiedziona Emilka.
– Stęskniłaś się już za domem… Moje biedne dziecko. Może zrobiłabyś sobie z tydzień przerwy i poćwiczyła w Kornakowie, przecież tam jest pianino.
– Oj, nie martw się, przejdziemy się w sobotę do mojej koleżanki, Gabrysi, to ci szybko dzień zleci – wtrąciła przymilnie Adela.
~ 4 ~
Adela tak natarczywie przekonywała Emilkę, żeby poszła z nią do koleżanki, że ta w końcu uległa namowom. Trochę udawała brak chęci do wyjścia z sąsiadką, a tak naprawdę zmęczona była już monotonią podobnych do siebie dni. Jak każdą dziewczynę w jej wieku i ją ciągnęło do towarzystwa, imponowało jej też zainteresowanie chłopców.
Janusza spotkała jeszcze tylko raz, gdy pewnego dnia wracała od profesora. Czekał na nią niedaleko bloku ciotki i odprowadził do domu. Przez ten krótki odcinek drogi prawił jej komplementy, jakich nigdy wcześniej nie słyszała od nikogo. Miała na sobie prostą, krótką sukienkę w granatowo zieloną łączkę i płaskie, granatowe sandały. W ręku trzymała nieodłączny atrybut codziennych wędrówek na ulicę Ogrodową – do domu profesora Bluma – czyli dużą skórzaną torbę wypełnioną nutami.
– Jeszcze ci nie mówiłem, że masz piękne nogi – komplementował ją Janusz, stając o parę kroków dalej i przyglądając się całej jej sylwetce.
– Przestań. I tak nie wierzę w te twoje laudacje.
– W co takiego? – nie zrozumiał.
Wiedziała, że nie będzie wiedział co to znaczy, toteż specjalnie użyła tego słowa.
– Inaczej w pochlebstwa… Nie wierzę ci i naprawdę nie wiem, po co to mówisz.
Mężczyzna zmieszał się nieznacznie. Bardzo nie lubił, gdy ktoś dawał mu do zrozumienia, że przewyższa go w czymkolwiek. Zdawał sobie sprawę, że Emilka jest zupełnie inną dziewczyną, niż wszystkie, które poznał w swoim dwudziestojednoletnim próżnym życiu.
– Mówię to, co myślę. To jest prawda. Jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką znam.
Emilka uśmiechnęła się ukradkiem. Szła, patrząc przed siebie. Nie chciała, aby dostrzegł jej narastające zainteresowanie i poczucie zadowolenia.
– Muszę już iść, bo ciocia czeka na mnie z obiadem.
– Przecież jesteś już dużą dziewczyną i możesz się trochę spóźnić. Ciotka poczeka – przekonywał.
Doszli już do drzwi klatki schodowej. Emilka szybko je otworzyła i weszła na schody, na pożegnanie rzuciła:
– Nie, ciocia nie może czekać. Cześć.
Była świadoma trywialności jego komplementów, a mimo to zaczynał jej się podobać. Specjalnie go odtrącała, a i tak widziała jego niegasnące zainteresowanie. Małgosia mi nie uwierzy, jak jej o nim opowiem – myślała z satysfakcją. Szła po schodach zadowolona z siebie. Gdy ciocia Wiesia otworzyła drzwi, zobaczyła jej szczęśliwą, uśmiechniętą twarz i błyszczące zielone oczy.
– Chyba dzisiaj dobrze ci się grało, bo jesteś cała w skowronkach. Chodź od razu do kuchni, bo już nalałam zupę.
Emilka weszła do jasnej łazienki umyła ręce i przyjrzała się sobie w lusterku.
– Chyba jednak jestem ładna – powiedziała do siebie i zaczęła rozczesywać potargane wiatrem włosy, i ponownie splatać je w warkocz.
– Mila, zupa stygnie! – Dobiegło ją wołanie ciotki.
W kuchni usiadła przy małym stoliku. Ledwie przełknęła kilka łyżek zupy pomidorowej i skubnęła pieczeni z ziemniakami i mizerią. Odsunęła od siebie talerz, jak najszybciej chciała zająć się szykowaniem na wizytę do koleżanki Adeli. Ciocia Wiesia łapiąc ją za ramiona, posadziła z powrotem na taborecie.
– O nie, moja droga, nie dam ci się zamorzyć. Siadaj i kończ obiad!
Emilka wiedziała, że ciotka nie odpuści, więc najszybciej jak potrafiła wepchnęła w siebie całe drugie danie i poszła do pokoju. Szukając odpowiedniego ubrania, krzyknęła do ciotki:
– To o której mogę wrócić?
Wiesia zajrzała do pokoju i odpowiedziała:
– Noo …najpóźniej o dziewiątej, kiedy jeszcze jest widno… A co ty się tak stroisz? – zagadnęła, widząc porozrzucane na wersalce ubrania.
– Nie chcę, żeby pomyślały, że wyglądam jak wieśniara.
W końcu wciągnęła na siebie krótką spódniczkę w figury geometryczne i obcisłą szarą bluzeczkę, przewiązała w talii skórzany pasek z długimi frędzlami, na nogi włożyła wiązane do kolan rzymianki. Złapała z wieszaka swoją listonoszkę i wybiegła przed blok, gdzie czekała na nią Adela ubrana w sukienkę w kwiaty. Spojrzała krytycznie na Emilkę i nie ukrywając zachwytu, zapytała:
– A skąd masz takie gitowe buty?
– Nie wiem… Mama kupiła mnie i siostrze – odpowiedziała obojętnie.
Adela przekonała ją, że szybciej będzie tramwajem, który akurat podjechał na przystanek. Emilka zdziwiona była, że nie wysiadły na pierwszym przystanku, ale Adela szybko ją uspokoiła, mówiąc:
– W Warszawie przystanki są bardzo często.
Tramwaj zatrzymywał się jeszcze kilka razy, ale Ada nie przesuwała się do wyjścia.
– Czy daleko jeszcze? – zapytała trochę zaniepokojona, bo zupełnie nie znała tych rejonów miasta.
– Już tu. – Dziewczyna ruszyła przed siebie i wysiadła z tramwaju.
Emilka pospiesznie wyskoczyła za nią. Szły kawałek drogi, mijając przechodniów, w końcu skręciły w stronę czteropiętrowego bloku i weszły w głąb drugiej klatki schodowej, której ciemne brudne ściany ozdobione były napisami wyrytymi jakimś ostrym narzędziem. Z mieszkania na pierwszym piętrze dochodziła bardzo głośna muzyka. Emilka posłusznie weszła tam za Adelą. Przedpokój wyłożono boazerią, teraz pociemniałą, co sprawiało, że miejsce nie było widne. Po dłuższej chwili z pokoju wyszła wysoka, dobrze zbudowana dziewczyna, a właściwie kobieta, ubrana w długą sukienkę z rozcięciem sięgającym wysoko za kolana. Nad górną powieką miała mocno wytuszowane rzęsy, natomiast dolne narysowała mocną czarną kreską. Między palcami prawej ręki trzymała dymiącego papierosa.
– To jest Gabi – przedstawiła ją Adela.
– Cześć. To ta mała? – zapytała Gabi, przyglądając się uważnie Emilce. – No rzeczywiście, ładniutka.
Za moment, ku zaskoczeniu Emilki, z pokoju wyszedł poznany w kawiarni Rafał, a za nim nikt inny tylko Janusz. Tym razem obydwaj ubrani byli w granatowe dżinsy i ciemne koszule.
Emilce nie spodobała się Gabrysia, toteż ucieszyła się z obecności chłopaka. Czuła się obco, ale i niezręcznie – zdała sobie sprawę, że Adela celowo ją oszukała, na jej twarzy nie było widać cienia zdziwienia, gdy zobaczyła znajomych z kawiarni.
Wszyscy weszli do pokoju, gdzie na środku w takt utworu Bielszy odcień bieli zespołu Procol Harum tańczyły przytulone do siebie dwie pary.
– Halo! To jest moja dziewczyna! Emilia! – krzyknął Janusz do tańczących, którzy spojrzeli na nią i, uniósłszy do góry dłonie na znak powitania, powiedzieli obojętne:
– Cześć.
Janusz wziął Emilkę za rękę i zaczęli tańczyć. Adela również zajęła się tańcem z jakimś nowo przybyłym chłopakiem z długimi, sięgającymi ramion, przetłuszczonymi włosami. Gabi siedziała na kanapie, a obok niej Rafał, który od niechcenia głaskał ją po udzie wydobywającym się przez głębokie rozcięcie w sukience.
Wszyscy dobrze się bawili, Janusz nie odstępował swojej, jak powiedział, dziewczyny na krok i nie dopuszczał do niej żadnego z obecnych tam młodych mężczyzn. To bardzo ją uspokoiło i naprawdę zaczęła się dobrze bawić. Widziała, że zrobiła wrażenie na uczestnikach prywatki. Wszyscy oprócz niej raczyli się piwem lub winem. Adela piła równo z całym towarzystwem. Emilia próbowała jej zwrócić uwagę, że ma już dosyć, lecz tamta tylko zaśmiała się głośno i krzyknęła jej do ucha:
– Ty szczęściaro!
Machnęła więc na nią ręką i wróciła do tańca z Januszem.
Dobrze, że chociaż on tu jest, bo nie wiem, jak wróciłabym do domu – pomyślała pełna nadziei.
– Chcesz pojeździć na rowerze? – zapytał nagle.
Spojrzała na niego zaskoczona propozycją, ale znajdując w tych słowach możliwość opuszczenia mieszkania Gabi, szybko odpowiedziała, że chętnie.
Wziął ją za rękę i wprowadził do prawie pustego pokoju, w którym stały jedynie: nakryta wzorzystą kapą wersalka i rower – składak, usytuowany na dwóch podpórkach, w taki sposób, że można było na niego wsiąść i swobodnie pokręcić pedałami.
– No to wsiadaj – zaśmiał się i pomógł Emilce usadowić się na siodełku.
Bardzo ją to rozbawiło, zachichotała, po czym usiadła na siodełku i zaczęła zawzięcie pedałować. Jej krótka spódniczka przy każdym ruchu podnosiła się coraz wyżej nad kolana, a długie frędzle wiązania paska, zsunęły się między nogi. Janusz jedną ręką trzymał siodełko roweru, a drugą zaczął odwiązywać jej pasek.
– Bo ci się wkręci między szprychy – powiedział i odrzucił pasek pod ścianę. – Ale ty masz oczy… możesz nimi zaczarować… Chyba się w tobie zakochałem.
Emilka zarumieniła się i z większą siłą zaczęła kręcić pedałami. Nie była aż tak naiwna, zdawała sobie sprawę, że Janusz przesadza, nie wierzyła we wszystko, co mówił, ale te słowa, wprowadzały ją w radosny nastrój.
Janusz nachylił się do niej i pocałował ją w policzek, na co Emilka szybko odwróciła głowę, następnie zeskoczyła z roweru i próbowała odsunąć od siebie napierającego na nią chłopaka, ale on przytrzymał ją i pocałował w usta. Zaczęła odpychać go od siebie, mówiąc w coraz większym zdenerwowaniu:
– Nie wygłupiaj się! Chodźmy stąd, chodźmy potańczyć.
Ale on nie słuchał tylko szarpnął ją i pociągnął za sobą na wersalkę. Zaczęli się szamotać. Chłopak nagle zmienił się w nachalnego, nieustępliwego ordynusa.
– No przecież ja ciebie kocham… Nie bądź dzieckiem… – mówił, podciągając jej bluzkę.
– Zostaw mnie! Słyszysz, zostaw!
Nagle zmienił ton i, nie panując nad sobą, krzyczał jej do ucha:
– Ty głupia, no…! Co ty sobie wyobrażałaś, ty kretynko! Ty wiocho jedna! – sapał nad jej głową, wyraźnie zdenerwowany jej oporem. Przyciskał ją swoim ciężkim ciałem, podciągając z powodzeniem jej spódniczkę.
To, co wydarzyło się chwilę później, było dla niej wielkim zaskoczeniem, połączonym z ohydą, obrzydzaniem i wstrętem. Cały czas bezsilnie usiłowała zepchnąć z siebie napastnika, drapała go po twarzy, próbowała kopnąć go unieruchomioną nogą i wtedy niechcący uderzyła stopą w stojący przy ścianie rower, który, upadając na podłogę, wywołał huk słyszalny w całym domu.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wpadł Rafał.
– Weź go! Pomóż mi! – krzyczała rozpaczliwie Emilka. – Pomóż mi!
Rafał złapał Janusza od tyłu za ręce i odepchnął na ścianę.
– Porąbało cię! Co ty jej zrobiłeś! – wydarł się na przyjaciela. – Ty kretynie, ona jest niepełnoletnia!
Emilka zerwała się z kanapy, wybiegała do przedpokoju, chwyciła swoją torbę wiszącą na wieszaku i podbiegła do wyjścia z mieszkania, na klatce nerwowymi ruchami poprawiała na sobie ubranie. Potem pognała, nie rozglądając się, przed siebie. Biegła tak, płacząc z kilkanaście minut, nie wiedząc gdzie, byle dalej od tego domu, od Janusza. Byle dalej… Zaczynało się ściemniać. Na ulicy było jeszcze trochę ludzi, którzy zwracali uwagę na biegnącą, płaczącą dziewczynę, ale nikt jej nie zatrzymał, nie zapytał, co się stało, oprócz jednej eleganckiej, starszej kobiety, która krzyknęła w jej kierunku:
– Czy coś ci się stało!?
Emilka jednak minęła ją bez odpowiedzi. Wreszcie zmęczona, przestała biec i zaczęła iść szybkim krokiem. Z przerażeniem stwierdziła, że teraz to, już zupełnie nie wie, gdzie jest. Zatrzymała się i zaczęła rozglądać po okolicy. Wszyscy mijali ją obojętnie i nikogo już nie zainteresowała zapłakana dziewczyna. Wyjęła z torby chusteczkę, wytarła oczy, nos i zaczęła myśleć, jak ma wrócić do domu.
– Przystanek – powiedziała do siebie.
Zaczęła się rozglądać i szukać wzrokiem przystanku. Wtedy zobaczyła budkę telefoniczną. Była pusta. Przeszła na drugą stronę i zamknęła się w niej. Na szczęście książka telefoniczna nie miała tylko okładki. Teraz zaczęła się zastanawiać do kogo zadzwonić. Ciocia Wiesia odpadała, nie miała telefonu. I nagle jak olśnienie przebiegła jej przez głowę myśl:
Wujek! No przecież wujek Adam powinien być w szpitalu.
Zaczęła przeglądać kartki o cienkich, kruszących się rogach, aż znalazła numer do szpitala, w którym pracował. Wykręciła właściwe cyfry i zamarła w oczekiwaniu. Po dłuższej chwili w słuchawce usłyszała miły, kobiecy głos. Zaczęła mówić szybko, starając się opanować drżenie głosu.
– Poproszę doktora Kornackiego, mówi Emilia Hrzanowska.
– Nie wiem, czy jeszcze go zastanę, bo widziałam jak przed chwilą wychodził – odpowiedział głos w słuchawce.
– Bardzo panią proszę – jęknęła Emilia. Usłyszała kroki oddalające się od telefonu i głos kobiety:
– Panie doktorze! Telefon!
– Nie ma mnie już! – Usłyszała głos wujka Adama jak z głębi studni.
– Jakaś Emilia! Może warto! – odkrzyknęła wesoło kobieta.
Adam zdziwiony podszedł do telefonu, w słuchawce usłyszał tylko szloch Emilki.
Musiało się coś stać – pomyślał i najspokojniej jak mógł, zaczął pytać:
– Emilka?
– Tak, wujku… – odpowiedziała łamiącym się głosem.
– Co się stało? – zapytał Adam zmuszony odczekać dłuższą chwilę, zanim między szlochaniem usłyszał w słuchawce:
– Przyjedź po mnie…
– Dobrze, już jadę, ale gdzie jesteś? – zapytał pełen obaw.
– Nie wiem – odpowiedziała dziewczyna, wciąż łkając w słuchawkę. – Zaraz zobaczę.
W tym momencie niepokój Adama sięgnął zenitu.
Emilka rozejrzała się w budce i na szczycie kamienicy zobaczyła na metalowej tabliczce nazwę ulicy.
– To ulica Chrobrego. Jestem w budce telefonicznej – powiedziała już prawie spokojnie.
– Czekaj tam na mnie. Przy tej budce, dobrze?
Zdenerwowany Adam znalazł Emilkę stojącą opodal budki telefonicznej, daleko od domu Wiesi. Ponieważ dziewczyna była zapłakana i nieskora do opowieści, zdecydował się dać jej czas. Zapytał tylko:
– Czy ciocia wie, gdzie jesteś?
– Tak… niezupełnie… miałam być o dziewiątej w domu.
– To pewnie umiera z niepokoju. Chcesz jechać do Konstancina?
Emilka czuła, że powinna wrócić do ciotki, lecz propozycję wujka przyjęła z wielką ulgą.
Adam pojechał najpierw do ciotki. Gdy znaleźli się w jej mieszkaniu, kazał Emilce spakować swoje rzeczy, a sam poszedł wytłumaczyć zdenerwowanej kobiecie spóźnienie dziewczynki. Co powiedział? Tego nie słyszała, ale musiało to być coś, co ją uspokoiło, ponieważ gdy weszła do pokoju powiedziała tylko:
– Powinnam ci dać numer telefonu do sąsiadów z góry, abyś zawsze w razie czego miała, gdzie zadzwonić.
~ 5 ~
Po nieprzespanej nocy w Konstancinie i szybkim śniadaniu, już o ósmej Emilka jechała do domu do Kornakowa.
Adam wiedział, co robi. Nie chciał narażać siostrzenicy na pytania jego teściowej i jej matki, które – z czystej dobroci serca i, co by nie mówić, nadmiernej troskliwości – pewnie chciałyby z nią porozmawiać. A tak zdążyły tylko zapytać o kolejny konkurs pianistyczny i jakieś nieistotne sprawy związane z wakacjami, zaś pośpiech mężczyzny tłumaczyły sobie jego ciągłym brakiem czasu.
– Musisz troszkę zwolnić Adasiu… nie można tak żyć w ciągłym pośpiechu… – powiedziała bardzo zafrasowana babcia Zofia.
– Nie martw się, babciu, daję radę. A teraz właśnie jadę odpoczywać… Emilko, gotowa jesteś? – mówił jak zwykle ze śmiechem, który tak lubiły wszystkie kobiety wokół niego.
– Tak, wujku, gotowa – odpowiedziała krótko z powagą.
– A spakowałaś pidżamę? – zapytała teściowa Adama i machnęła ręką. – A nawet gdyby została…
– Wszystko spakowałam – odpowiedziała Emilka, starając się przywołać uśmiech na swoją twarz. Nie mogła się już doczekać, kiedy wreszcie będzie u siebie i zostanie tam już na zawsze. Już nigdy nie opuści swojego domu. – Nikt mnie do tego nie zmusi – zdecydowała w myślach.
Wujek nie nakłaniał jej do jakichkolwiek wyjaśnień. Przez całą drogę do Kornakowa najczęściej milczeli albo miło gawędzili o pogodzie oraz pięknie mijanych krajobrazów. Gdy dojeżdżali do Kosowa Kornacki powiedział:
– Mila, nie chcesz, to naprawdę nie musisz mi się tłumaczyć, ale czy nie sądzisz, że jeśli musiałem troszkę nakłamać cioci Wiesi, aby ją uspokoić… to nie powinnaś…
– Tak, wujku – przerwała mu. – Powinnam, ale jeszcze nie teraz, nie dziś. Byłam na prywatce z taką Adą… sąsiadką cioci… Ale nie spodobało mi się… więc wyszłam i… po prostu zabłądziłam.
– To mi wystarczy – powiedział Adam, chociaż to, co powiedziała, właśnie wystarczyło, aby nabrał pewności, że musiało się coś wydarzyć, coś o czym nie chciała mówić. – Dobrze, że zadzwoniłaś – podsumował.
Z daleka było już widać zabudowania Kornakowa. Po obu stronach drogi rozciągały się połacie żółtopomarańczowego rżyska, przetykane zielonością łąk i gęsto obrosłymi liśćmi łodyg ziemniaków.
Na łąkach pasły się niewielkie stada biało czarnych krów, między którymi dostojnie chodziły bociany. Ptaki upodobały sobie te okolice ze względu na typowo rolniczy region, gdzie nie usytuowano zakładów przemysłowych. Poza tym, był to jeden z najpiękniejszych terenów o niepowtarzalnych, nizinnych krajobrazach.
W domu była tylko mama Emilki. Klaudyna jak zwykle w gustownej sukience i ustami umalowanymi na czerwono, wyglądała jak wyjęta z innej bajki. Przewiązana wzorzystym fartuszkiem stała przy kaflowej kuchni i nacierała ziołami duży kawał mięsa leżący w brytfannie.
– O rany, już jesteście! – zawołała i szybkim krokiem podeszła do zlewu, odkręciła wodę i opłukała ręce z ziół.
– Nie cieszysz się!? – Zaśmiał się Adam i postawił brązową torbę podróżną Emilki przed wejściem do kuchni.
Klaudyna szybko wytarła ręce w ściereczkę i przywitała brata buziakiem w policzek, zaś córkę mocno przytuliła.
– Moje słoneczko! – powiedziała. Spojrzała na Emilkę, odsuwając ją od siebie i przyglądając jej się uważnie. – Chyba za dużo pracujesz – stwierdziła – bo coś zmizerniałaś.
Za chwilę z piwnicy przyszedł Tadeusz, niosąc w koszyku drewno. Przywitał szwagra oraz córkę i zajął się rozpalaniem pod kuchnią.
– Po co ten gaz w butli, skoro i tak gotujesz na zwykłej kuchni. Ach te kobiety… – westchnął, patrząc na Klaudynę, a następnie na Emilkę, która, aby się czymś zająć, jadła żółte renklody leżące na półmisku na stole i oblizywała palce oblane ich sokiem.
Adam wypił szybko kawę w towarzystwie siostry oraz szwagra, po czym ruszył w dalszą drogę – do rodziców, do Drzymlina, gdzie czekała na niego reszta rodziny. Szczególnie niecierpliwie oczekiwał go jego synek, który uwielbiał przebywać na wsi, ale bardzo tęsknił za ojcem.
Emilka wyszła przed dom, usiadła na szerokich prowadzących do niego schodach i oparła się o jedną z dwóch kolumn zdobiących wejście do niedawno odrestaurowanego dworku. Przyglądała się ludziom, którzy właśnie wyszli z kościoła. Wszyscy odświętnie ubrani kłaniali się sobie nawzajem z szacunkiem i chętnie zatrzymywali na krótkie rozmowy. W tłumie zobaczyła swoją najlepszą koleżankę ze szkoły – Sabinę. Udała, że jej nie zauważyła i czmychnęła czym prędzej z powrotem do domu. Minęła mały przedsionek, przeszła długi wyłożony terakotą korytarz z łukowatym sufitem i białymi ścianami ozdobionymi obrazami autorstwa męża ciotki Heleny. Wreszcie wyszła przez taras do ogrodu, przeszła aleją starych lip i skryła się za krzewami malin. Położyła się na bujnej trawie i, spoglądając w niebo, usiłowała zabawić się w bajkę. Gdy z Małgosią były małe, często kładły się na trawie i, patrząc na kłębiące się obłoki, wymyślały bajki dla Jacusia. Wyobrażały sobie, że po niebie wędrują nie obłoki, lecz różne zwierzęta i postacie. Braciszek kładł się koło nich, uważnie patrzył w niebo i wierzył we wszystko, co mu opowiadały.
Dzisiaj jednak Emilka nie mogła sobie wyobrazić owieczek, zamiast puchatych, białych chmur wędrujących szybko po niebie. Jej głowa drugi dzień zajęta była wczorajszymi wydarzeniami. Co dziwne nawet nie nienawidziła Janusza za to, że tak ją upokorzył, skrzywdził, tak podszedł tymi przymilnymi, urzekającymi słówkami. Nienawidziła siebie za to, że mu uwierzyła, że słuchanie jego prymitywnych komplementów sprawiało jej taką przyjemność, że była taka naiwna. Przez cały czas słyszała nad sobą jego dyszący głos i słowa: „ty kretynko… ty głupia”.
Miał rację – myślała – jestem kretynką, która myślała, że jest nie wiadomo kim. Pianistka, wielka artystka… Pokazał mi kim jestem.
Nagle poczuła się ubrudzona, przez jakąś oblepiającą ją maź. Poczuła, że natychmiast musi się wykąpać, mimo że brała prysznic w Konstancinie wieczorem i wcześnie z rana. Wstała gwałtownie z ziemi i pobiegła do domu, na górę, gdzie miała wspólny z Małgośką pokój, obok którego znajdowała się łazienka.
– Emilko! – dobiegł ją z dołu głos matki. – Chodź tu na dół.
– Zaraz zejdę tylko się przebiorę! – odkrzyknęła.
Wyjęła z torby podróżnej swoje dżinsowe bermudy, żółtą bawełnianą bluzkę, nowy biustonosz i wyszywane w czerwone kwiatki figi, których jeszcze ani razu nie miała na sobie. Zabrała wszystko i poszła do łazienki. Rozebrana weszła do wanny i szybko oblała się ciepłą wodą, opryskując prysznicem błękitne kafelki. Namydliła porządnie gąbkę i zaczęła trzeć całe ciało aż poczuła, że skóra zaczyna ją piec nieprzyjemnie. Wytarła się w miękki ręcznik w kolorowe paski, wciągnęła na siebie czyste ubrania i dopiero wtedy zeszła na dół.
Mama z ojcem siedzieli już w pokoju na krzesłach z wysokimi oparciami, przy dużym owalnym stole nakrytym haftowanym w kwiaty obrusem, zastawionym złoconym, świątecznym serwisem obiadowym.
Oczywiście jak w każdą niedzielę z wazy unosiła się woń rosołu zmieszana z zapachem świeżej naci pietruszki, pieczeni wyjętej przed chwilą z piecyka kaflowej kuchni i ciemnozielonego koperku, którym posypane były drobne młode ziemniaki. Klaudyna wiedziała, że Emilka bardzo lubi sałatę, więc zrobiła ją na słodko z gęstą śmietaną.
– Zerwałam ostatnie dwie główki sałaty. U nas już nie będzie… – powiedziała. – Milusiu, podaj kompot, dzbanek stoi w serwantce.
Emilka podeszła do serwantki oszklonej z trzech stron wąskimi paskami kryształowych szyb, wyjęła ostrożnie porcelanowy ćmielowski dzbanek w drobne różyczki. Pomału poszła do kuchni, gdzie nalała do niego z garnka kompotu. Idąc z kuchni, zapytała zdziwiona:
– A gdzie Małgosia i Jacek?
Wcześniej jakoś nie spostrzegła ich nieobecności.
– Jacek przejmuje gospodarkę dziadków – zażartowała Klaudyna. – Powiedział, że jeszcze trochę i całkiem się przeniesie do Drzymlina, a Małgosia już powinna tu być, opala się nad Liwcem…
Na te słowa trzasnęły drzwi wejściowe i do pokoju jak bomba wpadła Małgorzata. Pięknie opalona, ubrana w króciutką, rozpinaną na całej długości plażową sukienkę, z rozpuszczonymi złocisto brązowymi włosami wyglądała perfekcyjnie.
– O jeszcze nie zaczęliście! – krzyknęła wesoło. – Tak się śpieszyłam… Cześć, Milka. – Rzuciła koszyk z ręcznikiem do kuchni i usiadła zdyszana przy stole.
– Małgośka do łazienki … ręce umyć! – rozkazał Tadeusz. – Poczekamy na ciebie.
Dziewczyna wybiegła z pokoju, po czym szybko wróciła. Tadeusz nałożył żonie i sobie makaronu domowej roboty, a potem podał go siedzącej obok Emilce.
Gdy rosół został nalany do czterech talerzy, wszyscy zajęli się jedzeniem.
– Ale byłam głodna – trajkotała Małgosia. – Woda wyciąga. A ty co tak nic nie mówisz? – zwróciła się do siostry. – Kiedy wracasz do Warszawy?
Emilka przełknęła rosół i patrząc w talerz, odpowiedziała:
– Nigdy.
– Jak to nigdy?! – zapytała zdziwiona Małgorzata, wciągając głośno makaron do buzi.
Tadeusz i Klaudyna nagle przestali jeść i spojrzeli zdziwieni na siebie.
– Małgosiu! – powiedziała matka karcącym tonem, udając, że nie dosłyszała tego „nigdy”. – Trochę kultury.
– Nigdy? – powtórzyła Małgosia, nie reagując na słowa matki.
– Nigdy… to znaczy nigdy… Zostaję w domu.
– A twoja gra? – Drążyła dalej siostra i ostrożnie włożyła łyżkę z gorącym rosołem do ust.
– Daj jej teraz spokój. Zjedzcie obiad, później o tym porozmawiamy – uciął temat Tadeusz.
Zapadła cisza. Nikt już o nic nie pytał. Wszyscy troje potraktowali odpowiedź dziewczynki za żart albo chwilowy kaprys. Po dojedzeniu rosołu Tadeusz wstał, wziął w ręce duży kuchenny nóż oraz widelec i z chirurgiczną dokładnością pokroił rumianą pieczeń na równiutkie grube plastry.
Gdy drugie danie dobiegło końca Klaudyna przyniosła pucharki z lodami o smaku kawy posypane tartą czekoladą.
– A co ty tak nic nie gadasz? Zawsze to jej się buzia nie zamyka, a dzisiaj to tylko je. Może to prawda…
– Co, prawda? – zapytała Emilka.
Tadeusz spojrzał uważnie na młodszą córkę i zapytał:
– Chcesz trochę wakacji spędzić w domu?
Emilka spuściła głowę, nie chcąc patrzeć mu w oczy, i odpowiedziała:
– Tak, tatku, chcę zostać w domu, ale nie trochę… Chcę zostać i nigdzie już nie wyjeżdżać.
Teraz wszyscy jak na komendę spojrzeli na Emilkę z niedowierzaniem. Pamiętali przecież jak bardzo chciała wyjechać do Warszawy, aby pod opieką profesora Bluma doskonalić technikę gry na fortepianie. Jak bardzo zależało jej na zakwalifikowaniu się do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego, który miał odbyć się za dwa lata. I nagle…
Zastanawiali się, co spowodowało taką zmianę.
– Jak to? To nie chcesz już lekcji u profesora Bluma? – Klaudyna starała się mówić jak najspokojniej. Jeszcze się nie zdenerwowała, jeszcze nie wierzyła w powagę słów, które padały.
– Nie wiem, czy jeszcze chcę grać… Ale wiem, że nie pojadę już do Warszawy. Nie pojadę tam i już!
Na te słowa w drzwiach pokoju stanęła zasapana Wiesia z przepraszającym wyrazem twarzy.
– Przyjechałam… – oświadczyła. – Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale muszę porozmawiać z Emilką.
Wszyscy wlepili tym razem oczy w ciotkę. Nie byli zdziwieni jej przyjazdem, bo zawsze przyjeżdżała bez zapowiedzi, ale konsternację wywołało to, że musi porozmawiać z Emilką, która przecież dopiero co od niej wróciła. W końcu Tadeusz, zachowując zimną krew, wstał, wyjął z kredensu talerze, postawił je i poprosił Wiesię do stołu.
– Siadaj, Wiesiu, rosół jeszcze gorący. Pewnie jesteś głodna. Później porozmawiamy.
Długo jeszcze siedzieli przy stole, gawędząc o wszystkim, tylko nie o Emilce.
Adam tuż przed przyjazdem do Kornakowa zadzwonił do Tadeusza i powiedział mu o wydarzeniach z poprzedniego dnia. Ojca bardzo zaniepokoiła przygoda córki, ale, podobnie jak Adam, nie chciał zmuszać jej do zwierzeń. Dlatego teraz chciał jej oszczędzić rozmowy z ciotką. On i Klaudyna od razu zauważyli, że jest jakaś inna, bardzo zgaszona, że nie ma w niej dawnej energii i gadatliwości.
– Dziewczyny, na siedemnastą idziemy do kościoła, żebyście nie zginęły. Możecie już iść na górę – powiedziała do córek Klaudyna.
Gdy dziewczęta poszły do swojego pokoju, Klaudyna spojrzała na Wiesię karcąco jak na małe dziecko i powiedziała:
– Przecież mogła Wiesia przyjechać razem z Adamem i Emilką, a nie autobusem z przesiadką.
– Mogłam, ale jak oni jechali, to ja jeszcze nie miałam zamiaru jechać. Ale jak zostałam sama, to zaczęłam się martwić o Milusię, bo jak ona wyjeżdżała, to była taka dziwna… Czy coś się stało, coś źle zrobiłam? – zapytała zatroskana.
Klaudyna nie do końca wtajemniczona w przygodę córki, usłyszawszy to, również zaczęła się niepokoić.
– Tadeusz! Czy ja o czymś nie wiem? – Spojrzała z karcącą miną na męża.
– Oj, nic takiego. No po prostu zabłądziła w Warszawie – odpowiedział, bagatelizując sprawę, Tadeusz.
Nagle Wiesia wstała z krzesła, złapała się za głowę i zaczęła krzyczeć piskliwym głosem:
– To przez tę Adę! No tę córkę sąsiadów! A miała się nią opiekować! Po co ja ją puściłam z tą dziewuchą?! A wczoraj to przyszła do mnie i przyniosła pasek Emilki, bo zostawiła go u niej. Ale była zdziwiona, że Emilka wyjechała, tak bez pożegnania. Musiałam przyjechać, bo to wszystko bardzo mnie zaniepokoiło, no i zdenerwowało!
– Przecież nic się nie stało. Zabłądziła i bardzo się przestraszyła – uspakajał kobiety Tadeusz.
– No dobrze, ale dlaczego powiedziała, że nie chce już tam wracać? – drążyła dalej Klaudyna. – No dlaczego?
Wiesia usłyszawszy to zaczęła szlochać:
– To znaczy, że było jej u mnie źle. A tak się starałam… tak się starałam.
Klaudyna przestraszona teraz płaczem Wiesi, podeszła do niej i zaczęła tłumaczyć:
– Niech się Wiesia uspokoi. Przecież wszyscy wiemy, jaka Milka jest wrażliwa. Na pewno bardzo tęskniła za domem i stąd to wszystko.
Wiesia wyciągnęła ze swojej beżowej torebki wykończoną koronką, białą chusteczkę do nosa, otarła oczy, wyczyściła głośno nos i już całkiem spokojnie powiedziała:
– Jeśli to tylko o to chodzi, to o siedemnastej dziesięć mam autobus do Węgrowa….
– Przede wszystkim to tylko Mila wie, dlaczego nie chce wracać do Warszawy. Gdy będzie chciała, to nam wszystko wyjaśni. Myślę, że to wymaga czasu. Na pewno bardzo tęskniła za domem, a teraz wstydzi się przyznać – powiedział Tadeusz z uśmiechem, sam nie bardzo wierząc w to, co mówi. Chciał tylko uspokoić kobiety.
– Skoro Milka nie jedzie, to i Wiesia zostanie u nas. Odpocznie trochę od stolicy – zdecydowała Klaudyna głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Twarz Wiesi rozweseliła się gwałtownie.
– To ja pomogę Dusi w ogrodzie, bo wiem, że tam zawsze jest coś do zrobienia – odpowiedziała, spoglądając przez okno na kwiaty.
~ 6 ~
Ludzie tu są inni niż w Warszawie – stwierdziła Klaudyna. Kiedyś bardzo ją denerwowało, to zainteresowanie wszystkich sąsiadów ich rodziną. Trwało to dosyć długo, dopóki nie zrozumiała, że nie chodzi tu o wtrącanie się do czyjegoś życia, ale – poza zwykłą ciekawością – był w tym ogrom życzliwości i chęć pomocy. Przekonała się o tym już pierwszej wiosny, gdy z zapałem zaczęła urządzać ogród. Matka, zajęta wiosennymi pracami w swoim Drzymlinie, nie miała czasu, aby przyjechać do córki, do sąsiedniej wsi i pomóc jej w sadzeniu roślin. Klaudyna już nie pamięta, jak to było, kto z sąsiadów pierwszy zjawił się w jej ogrodzie i przyniósł pierwszą sadzonkę ciemnoczerwonych piwonii, które co roku rozrastały się i rozkwitały dostojnie jak księżniczki wśród innych kwiatów. Sąsiadki przychodziły z różnymi roślinami, a przede wszystkim – z dobrymi radami.
– Tu, pani Klaudyno, to się nie uchowają. Maliny, to trzeba w słońcu. – tłumaczyła Lodzia Pająkowa, mieszkająca tuż za płotem ich ogrodu, na terenie rozparcelowanego dawnego parku Kornackich. – A te hortensje, to muszą mieć trochu cienia, bo tak lubią najlepiej.
Klaudyna kupiła na rynku w Węgrowie cztery olbrzymie, gliniane donice, wsadziła w nie hortensje i postawiła na tarasie wychodzącym na ogród. Wokół domu posadziła mnóstwo róż. Tak więc róże witały wszystkich swoim zapachem. Tuż przed wejściem do domu, po obu stronach schodów, pięły się na drewniane drabinki, a te wysokie – żółte i różowe – zaglądały do okien pokojów wychodzących na ogród. Na początku Klaudyna walczyła o każdą posadzoną roślinkę, ale po latach starała się, aby nic nie zaburzyło rozwoju wszystkich kwiatów, krzewów i drzewek owocowych, a jej walka dotyczyła ograniczania nadmiernego rozrostu bujnych roślin.
Na samym końcu ogrodu, w miejscu udeptanej przez dzieci biegające na przerwach po dawnym boisku szkolnym ziemi Tadeusz z ojcem Klaudyny posadzili drzewa owocowe. Rosły tam więc dwie jabłonie antonówki, papierówka i najbardziej odporna na mróz i choroby mohringera o słodko-winnym truskawkowym smaku. Dalej w głębi ogrodu znalazły swoje miejsce wiśnie kelleris oraz owocująca jasnoczerwonymi owocami czereśnia carmen i żółtoróżowa vega.
Szczególnie czereśnie były obiektem troski Klaudyny i Wiesi, która dużą część roku, spędzała w Kornakowie. Owoce te były łakomym kąskiem nie tylko dla ptaków, ale również dzieciaków, które obrywały niedojrzałe guguły, łamiąc przy tym bezlitośnie gałęzie wychodzące na polną drogę.
Pewnego roku Małgosia mocno zdenerwowana kolejną złamaną gałęzią, napisała na wielkim kartonie prośbę, aby nie niszczyć gałązek drzewek, oraz że wszystkich chętnych zaprasza na poczęstunek. Następnie wystawiła za płot miskę pełną dojrzałych owoców.
– Nie mogę tego zrozumieć – była wręcz oburzona – przecież prawie wszyscy we wsi mają czereśnie i wiśnie w swoich ogródkach. Wiem to na pewno, sama widziałam.
– Widocznie kradzione lepiej smakuje – dopowiedział jej rezolutny Jacek.
Słysząc to, Tadeusz wtrącił się do rozmowy:
– A stare porzekadło mówi, że kradzione nie tuczy.
– Ależ tuczy, tatku, tuczy, ale kieszenie, bo cudze zjedzą, a swoje sprzedadzą na targu w Węgrowie – podsumowała Małgosia.
W każdym razie, gdy Małgosia wystawiła miskę i plakat pod zwisającymi za ogrodzenie gałęziami, dewastacje się skończyły. Oczywiści niewiele owoców zostawało za płotem, ale skończyło się bezduszne łamanie gałęzi.
Gdy proboszcz, urzędujący od czterdziestu pięciu lat na parafii w Kornakowie, chodząc po kolędzie, odwiedził rodzinę Hrzanowskich, zobaczył dawną szkołę od wewnątrz pierwszy raz po gruntownym remoncie. Przy kolacji, którą z wielką starannością przygotowała Klaudyna, powiedział:
– Piękny dom i piękni ludzie, którzy tu mieszkają. Cieszę się bardzo, że zdecydowaliście się państwo odbudować tę ruinę.
Faktycznie, Klaudyna – z pomocą ciotki Heleny i Justyny – włożyła w ten dom cały swój talent do aranżacji wnętrz, pomysłowość i serce. Połączyły tu meble przywiezione z Warszawy z tymi, bez których ciotka Helena nie wyobrażała sobie swojego dawnego domu, gdzie wraz z rodzicami i bratem Juliuszem, ojcem Klaudyny i Adama, spędziła najpiękniejsze przedwojenne lata swojego dzieciństwa i młodości. Dzięki temu do odnowionego dworku wróciły, co prawda nieliczne już stare meble, które z wielką pieczołowitością pielęgnowane były przez rozsianą po Polsce i mocno uszczuploną przez wojnę rodzinę.
Hrzanowscy bardzo zaprzyjaźnili się z leciwym proboszczem – Melchiorem Skórą. Ten pamiętał dworek jeszcze z czasów jego przedwojennej świetności. Przybył do Kornakowa jako młody wikary, spędził tu wojnę, aż wreszcie objął probostwo. Był to przesympatyczny, mądry człowiek, można z nim było porozmawiać o wszystkim, bez obawy, że zostanie to powtórzone niewłaściwej osobie. Poza sąsiadami i rodziną był on częstym gościem u Hrzanowskich. Szczególnie Tadeusz lubił wizyty proboszcza, gdyż wreszcie znalazł kompana do niekończących się rozmów na tematy, o których w tym czasie każdy bał się nawet myśleć, a cóż dopiero wypowiadać się głośno.
– Gdy byłem młodym… no takim chłopakiem, myślałem o tym, żeby zostać księdzem. Wydawało mi się, że w dzisiejszych, komunistycznych czasach tylko księża, zamknięci w swojej małej społeczności, w pewien sposób odizolowani od innych, mogą być ludźmi wolnymi.
– O jak bardzo się pan myli, Tadeuszu. Nawet nie zdaje pan sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy wmieszani w tę polityczną machinę. To my zbieramy na swoje głowy wszystkie ludzkie problemy i to od nas ludzie oczekują pomocy i rady, bardzo często w sprawach, od których w dzisiejszej Polsce zostaliśmy całkowicie odsunięci. A chociażby nasz prymas Wyszyński, który, jak zapewne wiecie, pochodzi tu z naszych stron, bo on się rodził w Zuzeli. On to na swoich kazaniach w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Krzyża domagał się możliwości swobodnego wyrażania swych żądań dla wszystkich Polaków. Po prostu wolności w wypowiadaniu swoich myśli. A gdzie można teraz tak naprawdę mówić rzeczy, które kolidują z ideologią naszego państwa? Jeśli nie ma się prawdziwych przyjaciół albo rodziny podzielającej nasze spojrzenie na Polskę i świat, często zostaje tylko konfesjonał albo ambona.
– Podobno kardynał Wyszyński spotkał się z Gierkiem i ostrzegał go przed grożącą Polsce katastrofą gospodarczą.–Tadeusz wyjął z serwantki karafkę z nalewką pigwową, sam ją robił według recepty teścia, i dalej zagadywał gościa: – Czy ksiądz chciałby, żeby kościół miał większy wpływ na politykę, na rządzących… na wszystko? Czy…
– Broń Panie Boże! – przerwał mu ksiądz Melchior. – Nigdy! Kościół poza głoszeniem słowa Bożego, powinien zawsze być wsparciem dla wszystkich ludzi i tych prawych, i złoczyńców, i tych błądzących. Każdy człowiek musi mieć kogoś, kto chociaż go wysłucha. Taką rolę właśnie ma spełniać kościół. Kościół nigdy nie powinien mieszać się do władzy, dopóki ta władza nie krzywdzi i nie dyskryminuje nikogo. Księża związani z rządzącymi, nigdy nie są i nie będą obiektywni, i często też odpychają od siebie tych, którzy myślą inaczej.– Ksiądz Skóra zamyślił się i nagle, jakby wyrwany z zadumy powiedział głośniej, niż było to konieczne: – Polejże, panie Tadeuszu, jeszcze po kieliszeczku tej naleweczki, bo coś nam się markotno zrobiło.
Tadeusz zdjął ozdobny kurek ze szklanej karafki i nalał do stojących na stole kieliszków złocistej nalewki.
– A dlaczego pan w końcu nie zostałeś księdzem?
Tadeusz postawił karafkę, podrapał się za uchem i odpowiedział:
– Najpierw to dlatego, że uparłem się, żeby zostać inżynierem, mimo to że cztery razy nie zostałem przyjęty na Politechnikę, z wiadomych względów. A potem… potem to poznałem moją żonę.
– To już wiem, że na pewno nie żałuje pan, że nie przywdział sutanny.
Tadeusz nie odpowiedział księdzu, tylko przerywając temat, zagadnął:
– To może jeszcze po kieliszeczku? Wie ksiądz, ja myślę, że każdy ma tu, na ziemi, do wypełnienia jakąś misję, nadaną mu z góry już przy narodzeniu i nie możemy narzekać na to, co nas w życiu spotkało. Bo wtedy chyba lżej jest żyć i przyjmować wszystko z pokorą, jeśli wiemy, że tam na górze wiedzą, co robią i że wszystko, co nas tu dotyka, ma swój sens, a nawet potrzebę.
– Często ludzie buntują się, a później okazuje się, że jednak Pan Bóg wiedział, po co zadał cierpienie.
Tadeusz nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo wsparcie księdza, będzie mu potrzebne w wielu momentach jego życia i życia jego najbliższych.
~ 7 ~
Stenia szła z pracy, lekko utykając na prawą nogę.
Po co ja założyłam te nowe buty? Na tyle godzin i do tego, żeby w kiosku nie było zwykłego plastra z opatrunkiem – myślała zła na cały świat.
Buty były bardzo ładne – brązowe, z prawdziwej miękkiej skóry. Cóż z tego, kiedy obtarły jej pięty i narobiły pęcherzy. Przypomniała sobie teraz, jak matka przed jej wyjściem z domu, zobaczywszy nowe czółenka na jej nogach, powiedziała:
– Steniu w nowych butach, to najpierw chodzi się po mieszkaniu, a nie idzie od razu na tyle godzin do pracy, a jeszcze masz zebranie z rodzicami po lekcjach.
– Kiedy one są naprawdę bardzo wygodne – odparła pewna siebie córka, która mimo że sama była już babką, przy matce zawsze czuła się małą dziewczynką.
– Wygodne buty to robił Zuker przed wojną, można było wyjść od niego z zakładu w nowych butach, iść na wesele i tańczyć całą noc. Teraz to jeszcze tylko „Syreny” są w bardzo dobrym gatunku. – Tu starsza pani przerwała i po dłuższej chwili zapytała córkę: – A wiesz, dlaczego?
– No nie wiem – odpowiedziała niedbale Stenia, śpiesząc się do pracy.
– Bo w tym zakładzie majstrami są starzy, przedwojenni szewcy.
Stenia przypomniała sobie poranną rozmowę z matką. Szła właśnie przez park, który w październikowym słońcu mienił się kolorami liści na drzewach.
Jesień jednak jest piękna, dopóki nie opadną wszystkie liście i nie zaczną się listopadowe mgliste i deszczowe, szare dni. Jeszcze muszę wejść po zakupy do sklepiku – przypomniała sobie. – Oj, nie dam rady, siadam.
W parku o tej porze nie było już wielu spacerujących, więc tylko nieliczne ławki były zajęte. Stenia usiadła na jednaj, między ceglastoczerwonymi liśćmi starego rozłożystego dębu docierały tu promienie słoneczne. Położyła obok siebie ciężką torbę z zeszytami uczniów i odchyliła twarz w kierunku słońca. Poczuła przyjemne ciepło, zamknęła oczy i na krótką chwilę zapadła w błogi stan sennego odrętwienia. Coraz wyraźniej słyszała czyjeś kroki zbliżające się w jej kierunku. Podniosła powieki i spojrzała przed siebie niewidzącymi od słońca oczami.
– Stenia! – Usłyszała nagle prawie nad sobą lekko zachrypnięty kobiecy głos.
Zrobiła z dłoni daszek nad oczami, aby przyjrzeć się kobiecie i ze zdziwieniem oraz zadowoleniem zawołała:
– Alina, o Boże, to ty?
– Ano właśnie, o Boże… nikt inny, tylko ja.
Alina była jej najlepszą przyjaciółką z czasów szkolnych. Mieszkały niedaleko siebie i obydwie ukończyły Liceum Pedagogiczne. Gdy przyjaciółka wyszła za mąż za swojego profesora pedagogiki, starszego od niej o dziewiętnaście lat Bogdana, wyjechała z Konstancina i zamieszkała w Koszalinie. Zrobiła to celowo, aby uciec przed złośliwością najbliższego środowiska, które nie mogło jej wybaczyć, że profesor Kot zostawił dla niej żonę i dwóch synów.
– Co robisz w Konstancinie?
– A zdziwisz się. Wróciłam na stare śmieci. Rodzice zostawili mi w spadku dom, więc stwierdziliśmy, że taki ładny dom i to w takim miejscu, nie może stać pusty. – Zaśmiała się krótko i ciągnęła: – Bogdan dostał pracę w Warszawie, a ja… właśnie szukam pracy. Byłam na rozmowie w przedszkolu, tu za parkiem. A co u ciebie?
– Jestem babcią, mam cudownego wnuka. Justysia też jest nauczycielką, a jej mąż jest lekarzem ortopedą – opowiadała rozpromieniona Stenia.
Lata obeszły się ze Aliną łaskawie, a może raczej opanowała do perfekcji technikę makijażu oraz stroju tuszującego mankamenty figury.
A ja nie muszę się tak malować i tuszować – pomyślała Stenia z satysfakcją, przyglądając się z bliska kobiecie. – Dobrze, że urodę odziedziczyłam po matce, ona też ma jeszcze ładną twarz, bez zmarszczek.
Przyjaciółki rozmawiały długo, opowiadając o najważniejszych wydarzeniach ze swojego życia, wszak nie widziały się prawie trzydzieści lat – rozstały się, kiedy Stenia była jeszcze panną. Niespodziewanie na dworze zrobiło się ciemno. Umówiły się na kolejne spotkanie za tydzień, w sobotę w małej kawiarence niedaleko parku.
Stenia wróciła do domu. Matkę zastała pochyloną nad przedwojenną maszyną Singer. Zajęta była szyciem białych firanek przeznaczonych na kuchenne okno. Starsza pani szyła sprawnie, łącząc ze sobą bawełnianą koronkę z gładkim materiałem bez ułatwiającej pracę fastrygi.
– Wiesz, mamo, spotkałam w parku Alinę Kot. Pamiętasz ją? – zagaiła, stojąc w przedpokoju. Umieściła na wieszaku beżowy płaszcz z popeliny i z ulgą zmieniła czółenka na domowe pantofle. – O, jak mi dobrze – pomyślała. – Nie ma to jak wygodne buty.
– No! Jeszcze nie mam takiej sklerozy! Oczywiście, że pamiętam! – obruszyła się Zofia, nie odwracając głowy od terkoczącej maszyny.
– Mamo, ale ona wygląda! Jak zwykle rewelacyjnie. Modnie ubrana, włosy prosto od fryzjera.
– Mówisz to tak, jakbyś sama była zaniedbaną kurą domową. – Zofia nie mogła już słuchać tych zachwytów nad Aliną. – A mówiła coś o siostrze? O Teresie.
– Nie, nic nie wspominała. Krótko rozmawiałyśmy, ale umówiłyśmy się w „Bombonierce” w sobotę.
– Podobno od lat nie rozmawiają ze sobą. Myślałam, że to Teresa mieszkała w domu z rodzicami. Pamiętam, że jeszcze zeszłej jesieni ją tu widywałam.
– Nie wiem. Alina mówiła, że mieszka w domu po rodzicach. Może z Teresą?
– Aj tam, to nie nasza sprawa. Skończyłam! – oznajmiła Zofia z satysfakcją i, trzymając za rogi firankę, pokazała ją córce. – Ładna?
– Bardzo ładna! Zawiesimy na Boże Narodzenie, a te stare niech jeszcze wiszą. Pójdę do Justysi. Zaniosę jej masło, bo prosiła, żeby jej kupić.
Na klatce schodowej słychać było dochodzące z góry burczenie odkurzacza. Wchodząc po kamiennych schodach, Stenia zobaczyła sąsiadkę, Genię, odkurzającą przedpokój swojego mieszkania przy otwartych drzwiach. Genia po ślubie z listonoszem, Henrykiem Karą, zdecydowała się zostawić sobie również swoje dawne nazwisko. Tłumaczyła to tym, że gdyby pozbyła się nazwiska Gutek, naprawdę mogłaby ją jakaś kara za to spotkać.
– Dzień dobry pani Steniu! – krzyknęła wesoło Genia i wyłączyła zagłuszający ją odkurzacz. – Co słychać?
