Linia lojalności - Natalia Sońska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Linia lojalności ebook i audiobook

Sońska Natalia

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Anita właśnie kończy zdawać egzaminy zawodowe i ma nadzieję na chwilę oddechu po latach nauki i pracy w kancelarii. Jednak jeden telefon przerywa jej zasłużony odpoczynek. Julita – starsza koleżanka po fachu, niegdyś wzór do naśladowania – prosi ją o pomoc w sprawie rozwodowej, w której sama staje się stroną.
 
Z pozoru zwyczajna sprawa rodzinna. W praktyce emocjonalna pułapka, w której Anita musi zmierzyć się nie tylko z lojalnością wobec Julity, ale i z własnymi uczuciami. Gdy na jej drodze pojawia się Adam – śledczy zaangażowany w sprawę o niepokojących powiązaniach – wszystko zaczyna się jeszcze bardziej komplikować.
 
Między prawem a sercem, między obowiązkiem a pragnieniem… czasem wystarczy jeden krok, by przekroczyć linię lojalności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 406

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Weronika Warchoł

Oceny
4,6 (223 oceny)
163
38
12
8
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MaagdaBin

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna kontynuacja serii z innymi bohaterami głównymi
20
boberekgosiaczek

Dobrze spędzony czas

Świetna jak i pozostałe
10
Ola84

Dobrze spędzony czas

Przyjemna, chociaż ta część bez napięcia.
00
Daga3663

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemny prawniczy romans 😄
00
annette63

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna, świetna pozycja z serii.
00

Popularność




Copyright © Natalia Sońska-Serafin, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Zuzanna Sołtysiak

Redaktorki prowadzące: Zuzanna Sołtysiak, Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Magdalena Białek, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © FreshSplash | iStock

Fotografia autorki na skrzydełku: © Paulina Czwagła | Fotoendorfina

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszystkie wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

ISBN 978-83-68692-44-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

Epilog

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Prolog

Telefon rozdzwonił się późnym wieczorem. Deszcz bębnił o parapet, rozmazując światła miasta na szybie tak, że wyglądały, jakby były rozciągnięte smugą farby… albo zakreślaczem. Kilkugodzinne siedzenie na podłodze wśród notatek i kodeksów dawało mi się już we znaki, więc z ulgą zrzuciłam wszystko z kolan i sięgnęłam po komórkę. Julita.

Była ode mnie starsza o kilka lat. Zawsze patrzyłam na nią z podziwem – już jako nastolatka obserwowałam, jak wracała przez osiedle z zajęć na wydziale prawa, pewna siebie, dorosła, z książkami pod pachą. Kiedyś nawet opiekowała się mną po szkole, a ja chodziłam za nią krok w krok, słuchając jej opowieści o tym, że będzie adwokatką, bo chce pomagać ludziom w najtrudniejszych momentach życia. To ona sprawiła, że sama zapragnęłam iść na prawo.

A teraz… byłyśmy dobrymi znajomymi i właśnie dlatego nie przyjęłam propozycji, by to w jej kancelarii odbyć aplikację. Bałam się, że mogłoby to popsuć nasze relacje. I miałam też trochę kompleks bycia tą młodszą, mniej doświadczoną, przez wiele lat dorastającą w jej cieniu, mimo że w dorosłym życiu nigdy nie dała mi odczuć, że jest starsza, mądrzejsza i „zna się lepiej”. Wręcz przeciwnie, była wsparciem nie tylko na studiach, ale i na aplikacji, gdy nachodziły mnie wątpliwości, o których niekoniecznie chciałam rozmawiać ze swoją patronką, mimo że i z nią relacje układały mi się bez zarzutu.

Przeszedł mnie lekki dreszcz, gdy zobaczyłam, że to ona. Julita nie dzwoniła bez powodu. Nie o takiej porze. I nie wtedy, gdy wiedziała, że zakuwam do egzaminów.

– Halo? – odezwałam się, wstając z podłogi.

Po drugiej stronie panowała cisza. Słyszałam tylko oddech, dziwnie nierówny, co już samo w sobie było niepokojące. Julita zawsze była opanowana, zawsze wiedziała, co powiedzieć.

– Potrzebuję… – zaczęła cicho, jakby zmuszała się do mówienia. – Potrzebuję dobrej prawniczki od rozwodów.

Parsknęłam nerwowo.

– Żartujesz sobie, tak? Przecież to ty jesteś najlepszą prawniczką rozwodową w tym mieście. Dlaczego miałabyś szukać kogoś innego?

Zapadła chwila ciszy. Potem usłyszałam słowa, które sprawiły, że aż przysiadłam na krześle:

– Bo tu chodzi o mój rozwód. – Głos jej zadrżał.

Świat na moment zwolnił. Ja – zapatrzona w nią od dziecka, pewna, że Julita jest niezniszczalna – nagle usłyszałam w jej głosie strach i bezradność.

1

Anita

Jeśli myślałam, że po egzaminie zawodowym będę miała choć chwilę wytchnienia, by zebrać siły i zwyczajnie odpocząć, to byłam w ogromnym błędzie. Albo po prostu nie znałam swojej patronki, skoro liczyłam na to, że się nade mną zlituje i da mi chociaż dzień czy dwa wolnego. Tymczasem właśnie się do mnie dobijała, bombardując kolejnym telefonem z samego rana. Czy to, że nie odebrałam już dwóch połączeń, nie było wystarczającym sygnałem, że śpię? Albo po prostu nie mogę w tej chwili odebrać? Na litość boską czy czyjąkolwiek inną, wczoraj zakończyłam czterodniowy maraton egzaminów zawodowych, więc potrzebowałam snu, regeneracji i trochę świętego spokoju! Szczególnie że była sobota!

Sięgnęłam jednak po omacku po telefon i ledwo patrząc na oczy, w końcu odebrałam.

– Judyta… – zaczęłam ochryple. – Wiesz, że jest sobota, a ja przez cztery ostatnie dni zdawałam egzamin końcowy?

– Z tej strony Julita – usłyszałam.

Odsunęłam od ucha telefon i mrużąc oczy, popatrzyłam na wyświetlacz. Faktycznie, w całym tym zmęczeniu musiałam po prostu źle odczytać nazwę kontaktu. I momentalnie zrobiło mi się głupio, że tak fatalnie oceniłam moją szefową. Może i była pracoholiczką, ale zapomniałam, że w tym swoim uzależnieniu zawsze wykazywała się też wyrozumiałością.

A zatem… Julita. Przyłożyłam telefon raz jeszcze do ucha.

– Cześć. Przepraszam, myślałam, że to moja szefowa – westchnęłam i powoli, bardzo powoli się podniosłam.

– Wybacz, że dzwonię w sobotę z samego rana – powiedziała, chyba w odpowiedzi na to, jak zaczęłam rozmowę – ale… dzwonię, póki mam w sobie dość siły i determinacji – dodała drżącym głosem.

Płakała, co potwierdziła głośnym pociągnięciem nosem. A ja zmarszczyłam brwi. Czyżby na tapet wróciła sprawa jej niedoszłego rozwodu? Jakieś pół roku temu, może trochę wcześniej, zgłosiła się do mnie z prośbą o pomoc. Nie była zdecydowana, by odejść od męża – potrzebowała rozwiać wszelkie wątpliwości związane z rozwodem, opieką nad dzieckiem i dalszymi konsekwencjami. A kiedy wyłożyłam jej to surowo, biorąc pod uwagę wszystkie aspekty, łącznie z winą męża, bo ta była ewidentna, zebrała się na odwagę. Napisałam dla niej pozew, zgodziła się ze wszystkimi twierdzeniami, dostarczyła odpowiednie dowody. Złożyłyśmy go do sądu. Nim jednak sędzia wyznaczył termin rozprawy, Julita… poprosiła o wycofanie powództwa. Ni z tego, ni z owego znów naszły ją wątpliwości, do tego doszły emocje i uczucia, które wciąż żywiła do swojego partnera, i ostatecznie stwierdziła, że chciałaby chyba dać mu drugą szansę. Chyba.

A ja pierwszy raz uświadomiłam sobie, jak bardzo się w ostatnim czasie zmieniła. Po urodzeniu dziecka poszła na urlop macierzyński i zatraciła samą siebie, pełną życia i pasji kobietę, stając się zahukaną, pełną wątpliwości, nawet co do własnej wiedzy, potulną owcą! Ona, która jeszcze nie tak dawno temu wygrywała sądowe batalie, i to głównie te dotyczące prawa rodzinnego! To był dla mnie pierwszy szok, bo drugim było właśnie wycofanie pozwu i argumentowanie tej decyzji tym, że jej mąż wszystko przemyślał i zaczął się starać.

Nie mogłam jej niczego sugerować, mimo że na podstawie klasycznego i schematycznego zachowania jej męża, Błażeja, wiedziałam, że nie zmieni się nic. Że jest krętaczem, kłamcą i oszustem, który nią manipuluje i bawi się jej emocjami. Ale nie mogłam decydować za nią, choć w imię naszej wieloletniej przyjaźni bardzo chciałam. To było jednak jej życie, jej decyzje i jej odpowiedzialność. Mogłam tylko sugerować i naświetlać konsekwencje, które przecież znała, ale w tej sytuacji coś przyćmiło jej zdrowy rozsądek. Być może wtedy znów ją urobił, być może kolejny już raz wysyłał sprzeczne sygnały, byle tylko zatrzymać ją przy sobie. Ale właściwie po co, skoro sam nie zamierzał się zmienić? Nie planował zakończenia romansu, co jasno wynikało ze wszystkich jego poczynań, bo mimo wielu rozmów i obietnic co rusz do Julity dochodziły sygnały, że tamten związek trwa nadal.

Ale ona była rozdarta pomiędzy tym, co dobre dla niej i dla jej dziecka, a nadzieją i utopijną wizją życia, które w rzeczywistości niestety było o wiele bardziej okrutne, niż chciałoby się je widzieć. Było mi jej po ludzku żal, choć mogłam się jedynie domyślać, co przechodzi i jak bardzo ją ta zdrada oraz szereg upokorzeń bolą. Widziałam, jak walczy, jak wierzy w tego człowieka, który z kolei szacunek do niej miał za nic. Potrafił nakładać maski w zależności od potrzeby, być dobrym ojcem, przykładnym kolegą z pracy, pomocnym synem i bratem dla swojej rodziny, a ostatecznie i tak był zwykłą egoistyczną świnią, myślącą tylko o sobie i swoich potrzebach. Był kreacją na potrzeby danej sytuacji – nic, kompletnie nic nie było w nim szczerego. A jednak Julita bardzo długo chciała w nim widzieć dobrego człowieka, który po prostu się w życiu pogubił.

A ja wtedy poczułam wyrzuty sumienia, że nie zauważyłam momentu, w którym to wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy Julita zaczynała się wycofywać i po prostu… znikać. Oczywiście, że z czasem rzadziej się spotykałyśmy, gdy ja rozpoczęłam pracę w kancelarii, ona też była pochłonięta swoją karierą. Potem poznała Błażeja, szybko się pobrali, a niecały rok temu urodziła im się córeczka. Przez cały ten czas starałyśmy się jednak utrzymywać kontakt i koleżeńskie relacje mimo braku czasu. Wtedy jeszcze nic niepokojącego nie rzuciło mi się w oczy. Widywaliśmy się raz na jakiś czas we wspólnym gronie znajomych i choć z Błażejem nigdy jakoś szczególnie się nie zaprzyjaźniłam, to lubiłam go – był miły, otwarty i towarzyski. A jak się później okazało, zbyt otwarty i zbyt towarzyski.

Kiedy Julita opowiedziała mi o tym, że wyszła na jaw jego zdrada i jak zaczął się wówczas zachowywać, obwiniając ją o to wszystko, czułam się tak, jakbym słuchała o zupełnie obcym człowieku. Jakby nie mówiła o Błażeju, który dał nam się poznać jako świetny mężczyzna, tylko o kimś innym, z kim nawet nie miałabym ochoty zamienić słowa.

A jednak życie brutalnie obnażyło prawdę. I jeśli ja poczułam się tym dotknięta, to jak z tym wszystkim musiała się czuć ona – jego żona, najbliższa osoba, która przecież go kochała i planowała z nim spędzić całe życie. I to najprawdopodobniej był dla niej punkt zwrotny. Niestety, jak na ten moment jeden z najtragiczniejszych w skutkach.

– Mam się domyślać, o co chodzi? – zapytałam niepewnie.

– Myślę, że zgadniesz bez problemu – odpowiedziała z przejmującym smutkiem w głosie. Aż mnie zabolało serce.

– Chcesz się spotkać?

– Tak, chciałabym zaktualizować stan sprawy i zrobić to jeszcze raz. A gdyby znów coś mi odbiło i chciałabym się wycofać… – Zawiesiła na chwilę głos. – Nie, już na pewno tego nie zrobię – dodała pewniejszym tonem.

– No… dobrze. – Zamyśliłam się na moment. – Kiedy masz czas? Chciałabyś się zobaczyć jeszcze dzisiaj? Jeśli chodzi o to, by kuć żelazo, póki gorące, bo jesteś zdeterminowana, to możemy się spotkać.

– A zrobi nam to jakąś różnicę?

– Dzień czy dwa na pewno nie, jeśli chodzi o pozew. Ale jeśli chcesz po prostu pogadać, wyrzucić z siebie wszystko, co ci ciąży, to myślę, że im szybciej, tym lepiej.

Westchnęła i zastanawiała się przez dłuższą chwilę. A potem przyznała, że jeśli mam czas, to wczesnym popołudniem miałaby możliwość, by przyjechać do kancelarii i ustalić wszystkie niezbędne szczegóły do złożenia pozwu po raz drugi. Umówiłam się z nią na czternastą, zakładając, że po załatwieniu formalności uda mi się ją jeszcze namówić na obiad.

Kiedy skończyłyśmy rozmawiać, odłożyłam telefon na szafkę nocną i spojrzałam na swoją poduszkę. Kusiła, by choć jeszcze na chwilę przyłożyć do niej głowę. Wiedziałam jednak, że jeśli teraz położę się i zasnę, później będzie mi znacznie trudniej podnieść się z łóżka.

Miałam inny plan na ten poranek i na cały dzień w ogóle. Chciałam odespać te wszystkie zarwane noce, a przede wszystkim ten maraton egzaminacyjny, który przeczołgał mnie nie tyle fizycznie, co psychicznie. Potrzebowałam oddechu i wolnego od wszystkiego, co było związane z moją pracą. Ale przyjaciółce nie mogłam odmówić. Założyłam więc, że przesunę swój odpoczynek o kilka dni, z nadzieją, że i Judyta się nade mną zlituje, pozwalając mi na kilka dni wolnego.

Miałam o tyle komfortową sytuację, że mogłam przynajmniej bez większego pośpiechu zjeść śniadanie, napić się kawy, wziąć prysznic i spokojnie dojechać do kancelarii. Wiedziałam, że poza tym jednym spotkaniem żadna praca dziś na mnie nie czeka, a to też w jakiś sposób sprawiało, że nie czułam presji wynikającej z obowiązków.

Kiedy weszłam do kancelarii, zastałam otwarte drzwi i kursującą pomiędzy swoim pokojem a sekretariatem Judytę. Wydała się bardzo zaskoczona moim widokiem, bo aż przystanęła w pół kroku.

– A co ty tutaj robisz? Dlaczego nie odpoczywasz, nie zbierasz sił i nie śpisz do oporu? – zapytała z wyrzutem, rozkładając ręce, po czym pochyliła się i zmrużyła oczy. – A może po tym egzaminie czujesz się już na tyle pewnie, że chcesz mnie wygryźć?

– Nic z tych rzeczy. – Pokręciłam rozbawiona głową. – Ale z tego, co mi wiadomo, pracoholizm nie jest zaraźliwy, więc nie muszę się obawiać.

– To co ty tutaj robisz? Mało ci prawa po ubiegłotygodniowym maratonie?

– Są rzeczy ważne i ważniejsze. Akurat ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej.

Moja patronka odchrząknęła i dumnie się wyprostowała.

– Ja, moja droga, tyram za dwie, bo moja aplikantka zdawała egzaminy zawodowe. – Uniosła brew. – Plus kilka innych rzeczy. – Machnęła już swobodnie dłonią.

– Mecenas Kostecki nie ma ci za złe, że zamiast spędzać z nim wolną sobotę, poświęcasz się od rana pracy?

Wzięła się pod boki.

– Patrzcie ją! – zaśmiała się z ironią. – Ledwo skończyła pisać egzaminy, a już obrosła w piórka! Wolałam cię, jak byłaś aplikantką, bo wtedy tak nie pyskowałaś. Muszę się w takim razie zastanowić, czy na pewno proponować ci tę współpracę, o której rozmawiałyśmy… – Udała, że się poważnie zastanawia.

– Jeśli tylko znajdziesz godne zastępstwo, chętnie ustąpię – odparłam twardo.

Patrzyła na mnie z uporem, po czym w końcu zobaczyłam malujący się na jej twarzy uśmiech. Judyta lubiła sobie tak postraszyć, jednak obie wiedziałyśmy, że koniec końców to tylko żarty.

Moja mentorka ukształtowała mnie zawodowo na swój obraz i podobieństwo, a mnie wcale to nie przeszkadzało. Była moim autorytetem w każdym aspekcie, przekazała mi niezbędną wiedzę i byłam jej wdzięczna za to, że wzięła mnie pod swoje skrzydła. A co najważniejsze – poza czysto służbową relacją, która była oczywiście na pierwszym miejscu – zawsze mogłam na nią liczyć też prywatnie, niemal jak na przyjaciółkę.

– Możesz być z siebie dumna, bo zbyt wysoko postawiłaś poprzeczkę, żeby chciało mi się szukać kogoś godnego twojego miejsca tutaj. – Cmoknęła teatralnie, a kiedy w końcu się rozluźniła, zapytała raz jeszcze: – No dobra, a tak całkiem poważnie: dlaczego nie odpoczywasz po egzaminach? Wczoraj wydawałaś się wykończona, gdy rozmawiałyśmy przez telefon.

– Pamiętasz moją znajomą, Julitę Wojtalę?

– Tę, którą miałaś rozwodzić, ale ostatecznie się wycofała? – upewniła się.

– Tak, tak. Sprawa wraca na bieg. Zadzwoniła rano, czy mogłabym ponownie wnieść powództwo, ale musimy je uzupełnić o kilka nowych informacji.

– Nie mogłyście poczekać do poniedziałku? W tej sytuacji dzień, nawet tydzień w tę czy w drugą niewiele już zmieni.

– Zasadniczo masz rację, ale chciałam to załatwić jak najszybciej, żeby znów się nie wycofała.

– Zasadniczo – odparła pogodnie, uśmiechając się pod nosem.

– Co?

– Nic. Po prostu robisz się bardzo podobna do mnie. I zastanawiam się, czy mam się cieszyć, czy jednak niepokoić. – Posłała mi ostatnie spojrzenie, po czym wmaszerowała do swojego gabinetu i zajęła się pracą.

Tymczasem ja sięgnęłam po akta Julity i zabrałam się do czytania, by przypomnieć sobie wszystkie istotne fakty. Usiadłam przy swoim biurku, rozłożyłam segregator, a kiedy po raz kolejny zaczęłam czytać pozew, znów ogarniał mnie ten charakterystyczny dyskomfort. Znaliśmy się tyle lat… Ale chyba prawdą jest, że to właśnie w trakcie rozwodu wychodzi, jaki kto jest naprawdę. Wtedy spadają wszystkie maski i ukazują się najczarniejsze strony charakteru. Tylko dlaczego w większości przypadków to musi być tak bardzo niesprawiedliwie i krzywdzące dla jednej ze stron?

Chyba właśnie ze względu na ładunek emocjonalny brałam tego typu sprawy naprawdę rzadko. W sumie do tej pory podporządkowywałam się głównie temu, co zlecała mi Judyta. Wprawdzie miałam swobodę w kwestii pozyskiwania własnych klientów i prowadzenia ich spraw pod okiem mojej patronki, ale z reguły miałam tyle pracy przy tych, które brała ona, że rzadko kiedy miałam czas jeszcze na coś swojego. No i sprawy rodzinne były jednak tymi z gatunku niewdzięcznych, które wolałam omijać. Ale Julicie nie mogłam przecież odmówić. Albo raczej nie chciałam, bo miałam poczucie, że mało kto tak rzetelnie i sumiennie poprowadzi ten rozwód. Tym bardziej że znałam praktycznie wszystkie szczegóły jej życia małżeńskiego, nawet te intymne, do których Julita z pewnością obcemu pełnomocnikowi by się nie przyznała.

– Mówiłam, sprawy rodzinne to bagno – usłyszałam nagle głos mojej patronki.

Podniosłam wzrok. Podeszła do mojego biurka.

– Rozwody i problemy rodzinne bliskich to bagno – sprostowałam.

– Wciąż się dziwię, że nie wysłałaś tej przyjaciółki do Agaty. Mówiłam ci, że dobrze by się nią zaopiekowała, zna się na rzeczy.

– Nie wątpię, ale mimo wszystko sumienie mi nie pozwoliło. Tym bardziej że Julita sama przecież wymiatała w sprawach rodzinnych.

– Kolejna rzecz, której musisz się jeszcze nauczyć: zostawiać sumienie i własne emocje przed drzwiami tej kancelarii.

– I to słowa tej, która prowadzi sprawy swojego brata. Nie mówiąc już o zaangażowaniu w inne procesy karne. – Spojrzałam na nią wymownie, bo choć w biurze nie mówiło się o tym głośno, wiedziałam, że ojciec Judyty ma postawione mocne zarzuty.

Przewróciła oczami i westchnęła ciężko.

– Cóż, akurat w tej kwestii nie musisz brać ze mnie przykładu. Choć to i tak jedynie wyjątek potwierdzający regułę.

– W takim razie i ja będę miała swój wyjątek. Nie mogę odmówić Julicie, nawet jeśli mecenas Adamska ma dużo większe doświadczenie.

– Rozumiem i szanuję.

– Czyli będę mogła liczyć na twoje podpisy? – Uśmiechnęłam się do niej łagodnie.

– Będziesz. Choć ja liczę na to, że za chwilę sama będziesz się podpisywać. Wiadomo, kiedy będą wyniki?

– Za miesiąc. Plus minus.

– Czyli jeszcze jakieś półtora do ślubowania. – Zamyśliła się na moment.

Kiwnęłam głową. Niestety, realnie tak to właśnie wyglądało. Co prawda dla mnie na razie niewiele się zmieniło, bo uprawnienia miałam takie same jak dotychczas, więc Judyta musiała do prowadzenia spraw wystawiać mi upoważnienia jako podkładkę, niemniej ten stan zawieszenia zawsze powodował lekką niepewność.

– Judyta?

– Tak? – Ocknęła się z zamyślenia i na mnie popatrzyła.

– A jeśli nie zdam?

Zmierzyła mnie surowym spojrzeniem. Nie zakładałam takiej opcji, czułam się raczej pewnie po każdym z egzaminów, szczególnie że konsultowałam swoje rozwiązania z kolegami i koleżankami z aplikacji i wychodziło na to, że powinny być poprawne. Ale nigdy nie można być pewnym na sto procent – do samego końca pozostanie we mnie niepewność, jak komisja oceni moją pracę.

– Nie ma takiej możliwości – powiedziała krótko.

– Zawsze jest.

– Och, daj spokój. Zdałaś, czuję to w kościach. A nawet jeśli nie, co oczywiście jest tylko hipotetycznym gdybaniem, to dla ciebie nic się nie zmieni, poza tym, że za rok będziesz musiała przejść to jeszcze raz. Tyle w temacie. A i tak zobaczysz, że za dwa miesiące doczepimy ci tu tabliczkę.

– Dobrze mieć w tobie taką optymistkę – zaśmiałam się krótko.

– Polecam się. – Uśmiechnęła się szeroko, po czym wyciągnęła coś ze swojego notatnika, który trzymała w rękach. – A tu masz coś, co pozwoli ci się zrelaksować. Należy ci się. Co prawda przechodziłam przez to już kilka lat temu, ale wiem, ile wyrzeczeń, zarwanych nocy i godzin stresu masz za sobą.

Położyła mi na biurku kopertę z logo podwarszawskiego spa z odręcznie zapisanymi moim imieniem i nazwiskiem. Ze zdumienia otworzyłam usta, a po chwili popatrzyłam na nią, zaskoczona.

– Co to jest? – zapytałam bezmyślnie.

– Wiesz co, chyba jednak zacznę wątpić w lotność twojego umysłu. – Teatralnie się skrzywiła, po czym postukała palcem w kopertę. – To jest, moja droga, niezapomniany, pełen relaksu weekend w pięciogwiazdkowym hotelu. Masz wykorzystać go do cna, tym bardziej że voucher jest dla dwóch osób. – Poruszyła energicznie brwiami. – I doceń to, bo ja od Jezierskich otrzymałam uścisk dłoni i wolne popołudnie po swoich egzaminach. – Wycelowała we mnie palcem.

– Judyta, ale… – Była niemożliwa. Uwielbiałam ją!

– Żadnego „ale”. Muszę dbać o swoich pracowników, a być może niebawem wspólników… – Uniosła dumnie głowę. – Niech to będzie dobra zapowiedź dalszej współpracy, podziękowanie za te trzy minione lata i nagroda za zdany egzamin. Bo będzie zdany, tak masz myśleć. Dograj sobie odpowiedni termin i baw się dobrze. – Uśmiechnęła się i puściła do mnie oko.

Wstałam, obeszłam swoje biurko i uścisnęłam ją serdecznie.

– Dziękuję! Nie wiem, co więcej powiedzieć… Nie spodziewałam się takiego prezentu…

– Tym bardziej się cieszę, że udało mi się cię zaskoczyć – odparła pogodnie, po czym wycofała się do swojego gabinetu, zostawiając mnie we wciąż niemałym zaskoczeniu.

Otworzyłam niepewnie kopertę. Voucher faktycznie był przeznaczony dla dwóch osób, na cały weekend, od piątku do niedzieli, z dodatkowymi zabiegami i kolacją. Miałyśmy z Judytą bliską relację, nawet bardzo jak na nasz układ szefowa–podwładna, ale nigdy nie rozmawiałyśmy jakoś szczególnie o swoim życiu osobistym. Wiedziałam, że ona spotyka się z mecenasem Kosteckim, to zresztą wyszło kilka miesięcy temu na jaw, gdy zaczęli razem pracować, a potem on znacznie częściej zaczął się pojawiać w kancelarii, nie zawsze w sprawach służbowych. Poza tym nie byłam głupia i niedomyślna – widziałam, co się dzieje, a Judyta nigdy nie zaprzeczała moim domysłom. No i przede wszystkim nie wiem skąd, ale moje koleżanki z roku też podłapały niemal od razu, że boski Kostecki, z którym miałyśmy zajęcia z gospodarczego, wpadł w sidła jakiejś pani mecenas. Jak dobrze, że nie dowiedziały się jakiej przed zakończeniem mojej aplikacji, bo przecież nie dałyby mi żyć!

Ja w sumie nawet nie bardzo miałam się z czego zwierzać swojej mentorce. Może poza tym, że jakiś czas temu jej brat wysilił się na marny podryw pod moim adresem, ale nie widziałam tu najmniejszych szans na choćby przelotną znajomość. W sumie w pewnym stopniu sama byłam sobie winna, bo od dawna skupiałam się głównie na pracy, a później na egzaminie, by zdać go jak najlepiej. Zwyczajnie nie miałam czasu ani przestrzeni na coś więcej w swoim życiu. I nie żeby jakoś szczególnie mi to doskwierało, ale… czasem przychodził taki moment, jak na przykład ten dzisiaj – znów popatrzyłam na wypisany imiennie voucher dla Anity Joniec i osoby towarzyszącej – gdy ta pustka stawała się zbyt przygnębiająca. Bo oczywiście mogłam zabrać ze sobą jakąś koleżankę, mogłam nawet zaproponować Judycie, by do mnie dołączyła, ale prawda była taka, że wolałabym mieć u boku kogoś więcej niż tylko przyjaciela.

Westchnęłam, schowałam prezent do szuflady i popatrzyłam na rozłożone przede mną akta. A może tak było lepiej? Cieszyć się samotnością, nie być od nikogo zależną, nawet emocjonalnie, i nie przejechać się za parę lat na darowanym zaufaniu i stworzonej więzi, tak jak teraz Julita?

Adam

Kolejną godzinę ślęczałem nad aktami jednej ze spraw, by wprowadzić do systemu niezbędne dane. Papierkowa robota, choć na razie wciąż aktualna, zaczynała odchodzić do lamusa. Z jednej strony to dobrze, że szliśmy z duchem czasu, z drugiej… zaliczałem się chyba do tego grona wapniaków, którzy woleli stare, tradycyjne metody i sposoby archiwizowania danych. Na tym wyrosłem w tej robocie i to mi się utrwaliło przez lata służby w policji. Niemniej trzeba się było dostosować, ale ile było przy tym rzucanych przekleństw, to tylko ja wiedziałem, i w sumie wszyscy, którzy siedzieli ze mną w biurze. Zresztą nie tylko ja pomstowałem na wadliwy system, nawet młodsi ode mnie, kadeci prosto po szkole, nierzadko woleli wracać do tradycyjnych papierowych akt niż wyszukiwać informacje w systemach informatycznych.

Odchyliłem się na krześle i założyłem ramiona za głowę, by nieco się rozprostować. Ta robota nie była spełnieniem moich marzeń, ale w gruncie rzeczy ją lubiłem. Jedyne wątpliwości nachodziły mnie wtedy, gdy natrafiałem na naprawdę grube, nieprzyjemne sprawy i wiedziałem, że będą ciągnęły się w nieskończoność. Jak na przykład ta, do której zostałem przydzielony w ostatnim czasie i co do której wciąż miałem wątpliwości, czy w ogóle powinienem się do niej włączać.

– Czołem, pracy! – usłyszałem i otworzyłem oczy, by zwrócić się w stronę drzwi. – Widzę, że też wyrabiasz nadgodziny – powiedział mój przyjaciel, z którym dzieliłem ten pokój.

Choć „przyjaciel” to było chyba zbyt duże słowo – po prostu się kumplowaliśmy, a ponieważ pracowaliśmy tu biurko w biurko, niejednokrotnie przy tych samych sprawach, siłą rzeczy ta koleżeńska relacja była dość… silna.

– Ta – westchnąłem. – I tak nie miałem żadnych planów na dzisiaj, a chciałem się obrobić z formalnościami, bo zaległości mi się tylko zbierają – przyznałem. – A ty? – zapytałem zaciekawiony, bo z tego, co wiedziałem, dziś też nie miał ani dyżuru, ani swojej zmiany.

Wziął głęboki wdech i wydął policzki. Milczał przez dłuższą chwilę.

– Jak by to powiedzieć… Przyszedłem po odrobinę świętego spokoju – zaśmiał się, choć nie było w tym ani odrobiny powodów do radości.

– Tutaj?

– Uwierz mi, wolę sajgon tutaj niż ten w domu. Tu przynajmniej nie muszę się angażować osobiście, a tam… – Pokręcił głową. – Co ci zresztą będę opowiadał, sam wiesz – dodał już bardziej żartobliwie, po czym usiadł przy swoim biurku i odpalił komputer.

Nie byłem pewien, czy powinienem drążyć, ale skoro sam nie ciągnął tematu, to stwierdziłem, że zwyczajnie nie chce o tym gadać. Tym bardziej że chwilę później sam zagadnął na temat pracy i prowadzonej sprawy, więc temat jego osobistych rozterek zupełnie się rozmył.

Ale jedno wiedziałem na pewno i przypomniałem sobie o tym po tej krótkiej rozmowie: już nigdy więcej się nie ożenię. Raz popełniłem ten błąd, słono za niego zapłaciłem, wyciągnąłem wnioski i wiedziałem, że nie dam się więcej wmanewrować w coś takiego. Luźne relacje, nawet związek, czemu nie. Ale nigdy nic aż tak poważnie, by po raz kolejny podpisywać ten diabelski cyrograf.

– Może jakieś piwo wieczorem? – zagaił znów Błażej, a ja podniosłem na niego wzrok.

W sumie miałem wolny wieczór, bo już od dawna niczego nie planowałem na czas po pracy. Prawdę powiedziawszy, leczyłem rany po krótkiej relacji z pewną panią mecenas, która w ostatnim czasie niespodziewanie znów się pojawiła w moim życiu. Wysoko postawiła poprzeczkę, bo dawno z nikim mi się tak dobrze nie rozmawiało, więc kiedy w pewnym momencie stwierdziła, że nie ma między nami chemii, a ta relacja zmierza donikąd, poczułem się zraniony, choć chyba wciąż miałem do niej pewien sentyment. Na tyle silny, by każda dziewczyna, z którą spotykałem się po niej, na starcie w jakiś sposób mi nie odpowiadała.

– Właściwie… to czemu nie. Masz pomysł na miejsce?

– Gdziekolwiek, byle dawali tam zimne piwo. – Wzruszył ramionami.

Pokręciłem głową lekko rozbawiony, po czym przyznałem, że w takim razie spotkamy się po prostu na Nowym Mieście, a potem zdecydujemy, gdzie konkretnie się wybrać. Zanim jednak ustaliliśmy coś więcej, dostałem telefon od prokuratora, który nadzorował moje śledztwo. Skąd wiedział, że akurat dzisiaj będę w robocie? Może po prostu na to liczył, niemniej nie miał skrupułów, by wezwać mnie do siebie, bym przekazał mu, co nowego wydarzyło się w prowadzonej przeze mnie sprawie. Co jednak więcej mogłem mu powiedzieć ponad to, o czym sam już wiedział? Odnosiłem w ogóle wrażenie, że traktuje tę sprawę nie tyle ambicjonalnie, co… osobiście? Jakby miał z całą tą grupą jakieś osobiste konflikty czy rachunki do wyrównania.

– Czyli Malczewski nadal milczy? – dopytał, gdy złożyłem mu relację z tego, co od naszego ostatniego spotkania udało mi się ustalić.

– Nie łudziłbym się, że kiedykolwiek się odezwie. Wie, co na niego mamy, więc nabrał wody w usta. Zapewne po to, by się dodatkowo nie obciążać.

– Niewiele może mu już zaszkodzić – skwitował prokurator.

– Może liczy na odpowiedni moment? No i zapewne jego papuga tak mu doradza. Dopóki się nie dowiedzą, kto ich wsypał, raczej będzie strategicznie milczał.

– Nie dowiedzą się. Nie mogą – odparł twardo.

– Może to by go w jakiś sposób złamało? Sam pan ostatnio wspomniał, że ta sprawa ma drugie dno i dobrze by było, gdyby Malczewski coś w końcu powiedział, bo mogłoby to pomóc w rozpracowaniu kolejnej struktury.

– Ta sprawa ma i drugie, i trzecie, a nawet czwarte dno. Ale Malczewski nie może się dowiedzieć, kto go wsypał. Kropka.

– Czyli mam rozumieć, że nasz „informator” – zaznaczyłem znak cudzysłowu w powietrzu – to już nie zwykła sześćdziesiona, tylko idziemy w świadka koronnego?

– To będzie zależało od tego, co uda nam się jeszcze ustalić. Poza grupą na miejscu rozpracowujemy jeszcze jedną, międzynarodową, a jeśli się okaże, że informacje, które pozyskaliśmy, przyniosą nam jakieś konkretne i zadowalające odpowiedzi… Zresztą obrońca Słonimskiego już złożył wniosek – zaśmiał się Pawlicki.

– I tak dość późno, patrząc na to, jak gwałtownie działa od samego początku.

– Cóż, zapewne nie jest to tak do końca JEGO taktyka procesowa – zauważył z przekąsem i zamyślił się na dłuższą chwilę.

Wiele w tej sprawie było niedopowiedzeń, sporo pytań, na które lepiej było sobie nie odpowiadać, ale w końcu ja też byłem śledczym i nawet jeśli ktoś nie powiedział mi czegoś wprost, potrafiłem dodać dwa do dwóch. Tym bardziej że miałem już do czynienia z młodym Słonimskim. A tu nazwisko z pewnością nie było przypadkowe.

Nawet jeśli jego obrońcą był sam mecenas Jezierski – warszawska sława w prowadzeniu podobnych trudnych procesów – to przecież wiedziałem, na czyje zlecenie, albo raczej prośbę, podjął się tej obrony: osoby, która była zbyt zaangażowana emocjonalnie w sprawę, by skupić się wyłącznie na surowym, pragmatycznym podejściu do tematu. I korciło mnie jak nigdy, by odezwać się do Judyty, mimo że oficjalnie przecież o niczym nie mogłem z nią rozmawiać. W ogóle nie mogłem zdradzać tajemnic śledztwa, a w tym przypadku dodatkowo sam Pawlicki już nieraz podkreślił, że musimy być wyjątkowo ostrożni. Trochę mnie to dziwiło, bo wojny gangów i porachunki półświatków nie były dla nas nowością. Co prawda nie zdarzały się zbyt często, ale mimo wszystko się zdarzały i każdy doświadczony prokurator wiedział, jak należy wówczas postępować. Ta sprawa wydawała mi się jednak zgoła odmienna, nie przez sam jej charakter, a właśnie przez zaangażowanie zbyt wielu znajomych mi osób.

Po spotkaniu poszedłem do mieszkania, bo nie miałem już zamiaru wracać dziś na komendę. Co prawda nie zrobiłem wszystkiego, co sobie założyłem, więc w poniedziałek poza standardowymi czynnościami czekał mnie jeszcze powrót do papierkowej roboty, ale dzisiaj chciałem się już tylko zrelaksować. I pewnie gdyby Błażej nie wyszedł z propozycją wyskoczenia na to piwo, sam bym mu to zaoferował albo wybrał się na trening. Miałem co prawda lekkie wyrzuty sumienia, że zamiast kickboxingu i aktywności fizycznej wybrałem posiadówkę połączoną z wlewaniem w siebie pustych kalorii, tym bardziej że miał mi to za złe Łukasz, mój trener, ale dzisiaj potrzebowałem właśnie takiej formy relaksu – krzyczały za tym i moje ciało, i umysł.

Kiedy dojechałem na Nowe Miasto i udałem się do Pinty, namierzyłem kumpla przy jednym ze stolików w rozłożonym już ogródku piwnym. Nie czekał na mnie, sączył już złoty napój. Nie miałem mu tego za złe, tym bardziej że widziałem od rana, że coś go mocno gryzie. Czy piwo było sposobem na jego troski? Jeśli jemu pomagało, to w sumie nic mi do tego. Podszedłem, by się przywitać, po czym zająłem miejsce przy stoliku.

– Dzisiaj jest całkiem przyjemnie na zewnątrz, więc usiadłem tutaj, ale gdybyś wolał się przenieść… – zaczął się tłumaczyć.

– Nie, jest w porządku. Szkoda się kisić w środku – przyznałem. – Zamawiałeś coś do jedzenia? – dopytałem, gdy kelner przeszedł obok nas z całkiem nieźle wyglądającym burgerem.

– Nie, zamówiłem tylko piwo. Wybacz, że nie poczekałem na ciebie, ale… strasznie chciało mi się pić. – Uśmiechnął się wymownie, a ja odpowiedziałem mu tym samym i pokręciłem nieznacznie głową.

Sięgnąłem po kartę, a chwilę później, gdy przyszedł kelner, zamówiłem piwo i wołowego burgera z frytkami. Byłem głodny, a ponieważ nie zdążyłem niczego przygotować już przed wyjściem z domu, skorzystałem z tego, że umówiliśmy się ostatecznie w jednej z tych knajp, w których podawali naprawdę dobre jedzenie. A gdy chwilę później ten sam kelner przyniósł mi piwo, upiłem łyk, rozkoszując się lekko wyczuwalną goryczką, po czym rozsiadłem się wygodniej na krześle i popatrzyłem uważnie na Błażeja.

– No dobra, stary. Chcesz o tym pogadać? – zacząłem wprost.

W pierwszej chwili udał, że nie wie, o co mi chodzi, po czym westchnął ciężko, też się napił i w końcu odpowiedział:

– Jesteś pewien, że chcesz słuchać tego dramatu?

– Jeśli potrzebujesz to z siebie wyrzucić, śmiało. Chyba że nie chcesz mówić o swoich prywatnych sprawach, to też rozumiem. Nie każdy ma taką potrzebę, by się uzewnętrzniać, nawet najbliższym. W każdym razie widzę, że coś jest mocno nie w porządku, bo od jakiegoś czasu snujesz się jak cień. Albo rzucasz jak węgorz dla równowagi.

Błażej znów wziął głęboki wdech, upił kolejny łyk piwa, zawiesił spojrzenie na punkcie gdzieś w oddali, aż w końcu się odezwał:

– Życie mi się trochę skomplikowało, a najgorsze jest to, że nie wiem, jak z tego wybrnąć, jakie wyjście i rozwiązanie byłoby najlepsze.

– Chodzi o twoje małżeństwo? – zapytałem wprost. – Zasugerowałeś to dzisiaj w robocie, dlatego pytam.

– Najogólniej mówiąc, to tak. Ale to się tyczy całego mojego dotychczasowego życia. Po prostu… – Zawiesił na moment głos. – Nie wiem, czy jestem w odpowiednim miejscu w swoim życiu. Wiem, zalatuje patosem, ale czuję się tak, jakbym zbłądził nie tam, gdzie trzeba, i choć podświadomie wiem, jak wrócić i że powinienem to zrobić, to… nie do końca chcę.

– To nowe miejsce podoba ci się bardziej? – zapytałem w tym samym tonie.

– Jest inne. Zupełnie różniące się od tego, co dotychczas znałem. Kuszące. A mnie dopadają myśli, że ma się tylko jedno życie. – Znów westchnął, a ja niemal poczułem ciężar tego wyznania i całego problemu, z którym mierzył się teraz Błażej.

Czy go rozumiałem? Nie wiem. Na pewno chciałem zrozumieć spojrzenie kumpla, motywy i wszystko, co nim kierowało. Nie byłem zresztą uprawniony do tego, by w jakiś sposób go oceniać, karcić czy linczować za to, co robi i dlaczego. Ale czy mogłem go jakoś naprowadzić? Doradzić?

– Upewnij się po prostu, że nikogo tym nie ranisz. I rób to, co czujesz – powiedziałem oględnie.

– Rzecz w tym, że wiem, że ranię. – Wzruszył ramionami. – I jestem na siebie cholernie zły za to, że mnie to nie rusza. Wiem, to brzmi jak paranoja, ale… – Pokręcił nieznacznie głową, jakby bał się dokończyć.

– Pytanie, stary, jakim ty chcesz być człowiekiem dla samego siebie. Jeśli uważasz, że to, co robisz, jest złe, to dobra wiadomość, bo to znaczy, że masz sumienie i odróżniasz dobro od zła, tylko być może faktycznie aż tak bardzo zobojętniałeś i się zagubiłeś, że już ci wszystko jedno. Pomyśl tylko, że za jakiś czas wiele może się zmienić, a ty obudzisz się z rachunkiem wystawionym przez sumienie i możesz nie być w stanie go spłacić. – Albo karma spłaci go za ciebie, pomyślałem, bo taki przypadek też już znałem.

Każdy dorosły człowiek był odpowiedzialny za własne czyny, każdy rozliczał się z nich przede wszystkim przed sobą. A jeśli ktoś miał w sobie na tyle dużo pewności siebie, by w swoich złych działaniach nie widzieć niczego złego albo nie czuć chociażby podstawowego dyskomfortu względem zranionej osoby, to dla mnie rachunek był prosty, a taki człowiek – stracony. Tylko co, jeśli w tym wszystkim tą osobą był mój kumpel? I choć zrozumiałem, o czym dokładnie mówi, i tego nie pochwalałem, to może miał jakieś… powody, jakieś wytłumaczenie dla tego, gdzie to życie go zwiodło.

– Jak to się w ogóle zaczęło? – zapytałem nagle.

– Co dokładnie? – Skrzywił się nieznacznie, nie rozumiejąc do końca mojego pytania.

– Dlaczego zrobiłeś ten pierwszy krok w złą stronę?

Znów wbił we mnie spojrzenie, a potem przeniósł je gdzieś w dal, milcząc jeszcze przez długie sekundy. W końcu jednak zaczął trochę pokrętnie tłumaczyć to, co nim kierowało: jak czuł się znudzony życiem i przygnębiony tym, co witało go każdego dnia w domu. Ja zastanawiałem się z kolei, ile jest w tym prawdy, a ile potrzeby usprawiedliwienia samego siebie. Znałem życie i wiedziałem, że w takich sytuacjach prawda jest bardzo zależna od emocji i potrzeby uciszenia sumienia.

2

Anita

Po sobotnim spotkaniu z Julitą całą niedzielę spędziłam na poprawianiu pozwu rozwodowego, by móc ponownie złożyć go do sądu. Materiał dowodowy był dość obszerny i wydawało mi się, że sąd nie powinien mieć wątpliwości co do orzeczenia o winie. Pozostawała tylko kwestia cofniętego powództwa, gdy Julita zdecydowała się dać mężowi drugą szansę i zapragnęła zawalczyć o swoje małżeństwo. Sąd może to rozpatrywać w różnoraki sposób, słyszałam nawet o przypadkach, w których uznał takie zachowanie za przebaczenie i o winie orzec nie chciał. Poinformowałam o tym przyjaciółkę, która przyjęła to ze względnym spokojem, choć przyznała, że kwestii winy nie odpuści, choćby dla samej zasady i względnego poczucia sprawiedliwości. Szczególnie że wszelkie fakty świadczyły przeciw niemu, ponieważ jego poprawa była jedynie kolejnym kłamstwem, a romans nadal trwał. Jedynie nieco bardziej się pilnował niż wcześniej.

Tak czy inaczej, byłam z niej dumna, że w końcu podjęła tę decyzję i wydawała się teraz bardziej zdecydowana niż poprzednim razem. Nie wątpiłam w kwestię tego, jak trudna była dla niej ta sytuacja – wiedziałam, jak bardzo boli ją to rozczarowanie człowiekiem, z którym planowała spędzić całe życie. Ja sama, gdy się nad tym zastanawiałam podczas czytania po raz kolejny pozwu, nie mogłam uwierzyć, że Błażej potrafi się zachować jak skończony dupek. Już nawet nie o samą zdradę chodziło, ale też o wszystko, co robił, i jak później oszukiwał, gdy to zaczęło wychodzić na jaw. Jak usiłował się ratować, próbując przerzucić winę za swoje błędy na Julitę. Jak wytykał jej zachowania, które przecież były reakcją na to, co sam zrobił!

Nie miałam szacunku do takich ludzi, byli dla mnie pasożytami żywiącymi się krzywdą innych. I szczerze wierzyłam, że prędzej czy później każdego takiego osobnika, bo na miano „człowieka” w tym przypadku jej mąż nie zasługiwał, boleśnie dopadnie karma. Los zawsze się odwracał, a równowaga w naturze musiała zostać zachowana.

W poniedziałek upewniłam się, że dołączyłam do pozwu wszystkie załączniki, spakowałam trzy egzemplarze do teczki i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Byłam umówiona na dziesiątą w czytelni akt w Sądzie Okręgowym, mogłam więc osobiście zanieść pozew na biuro podawcze.

Właśnie miałam wychodzić z kancelarii, gdy w sekretariacie natknęłam się na moją patronkę, jak zwykle w wiecznym pośpiechu.

– Wychodzisz? – zapytała, nie zwalniając kroku.

– Tak, na fotokopie i zawieźć pozew Julity. A czegoś ode mnie potrzebujesz?

– Owszem, podwózki! – odparła i sama otworzyła mi drzwi.

Wymieniłam zdziwione spojrzenie z Elwirą, naszą sekretarką, a potem, ponaglona przez Judytę, która już stała w drzwiach, wyszłam za nią w pośpiechu. Nie pierwszy raz narzucała mi takie tempo – zawsze mi się ono udzielało, więc teraz też już prawie za nią truchtałam, gdy wyszłyśmy z kamienicy i zmierzałyśmy w stronę mojego samochodu, zaparkowanego kilka metrów dalej.

– A co się stało z twoim autem? – zapytałam, gdy zatrzymałyśmy się na parkingu, bo jak na złość nie mogłam znaleźć kluczy w torebce.

– Musiałam oddać Kosteckiemu. – Westchnęła z żalem. – On odholował swoje do serwisu, bo padła mu elektronika, po czym pojechał moim samochodem na kilka dni na jakieś spotkania do Mińska Mazowieckiego. Chociaż odnoszę wrażenie, że odkąd wzięłam to nowe auto, jakoś chętniej się ze mną wymienia na samochody.

– Może dlatego, że wybrałaś sportową zabawkę, a mężczyźni to jednak duże dzieci? – Uśmiechnęłam się szeroko i z satysfakcją wyciągnęłam pilota do swojego auta.

– Może. Oby tylko zatrzymał się na wymianie takimi zabawkami, a nie na przykład… – Machnęła ręką, nie kończąc.

Zmarszczyłam brwi i wsiadłam z nią do środka, ale zanim odpaliłam silnik, zapytałam:

– Masz jakieś wątpliwości co do niego? – Popatrzyłam na nią z powagą.

– Żadnych. – Wzruszyła nieprzekonująco ramionami.

– Czyli tak sobie rzuciłaś bez powodu?

Zgromiła mnie spojrzeniem i znów wpatrzyła się w przednią szybę. Zamyśliła się, zupełnie nie jak Judyta – na jej twarzy wyraźnie wymalowała się nostalgia.

– A mało się teraz słyszy? Masz, kolejny przykład. – Wskazała na teczkę, którą położyłam przed przednią szybą.

– Wiele zależy od człowieka, nie uważasz? Poza tym chyba nie masz powodów, by wątpić w mecenasa Kosteckiego, a opieranie się na statystykach i jakichś ogólnych przykładach to chyba najgorsze, co można zrobić. A co z zaufaniem?

– A nie słyszałaś tego powiedzenia, że jak jest zbyt pięknie, to zaraz coś musi się zj… runąć?

Uśmiechnęłam się szeroko, bo jeśli Judyta zaczęła się hamować z przekleństwami, to naprawdę musiała być po uszy zakochana. Zdecydowanie złagodniała.

– Jeśli zaczniesz przyciągać takie myśli i przekonania, to na pewno runie. Ale tylko dlatego, że sama będziesz szukała powodu do rozstania i zaczniesz czepiać się drobiazgów.

– Po prostu… Boże, zabrzmię jak ckliwa romantyczka, którą nigdy nie byłam i nigdy nie chciałam się stać – pokręciła niezadowolona głową, po czym się łagodnie uśmiechnęła – ale nigdy się tak nie czułam. Tak dobrze, tak bezpiecznie, tak przyjemnie przy kimś. Nie znałam wcześniej tego uczucia, dlatego wydaje mi się takie nierealne i złudne – potwierdziła moje wcześniejsze wnioski.

– I dlatego czekasz na katastrofę, zamiast się cieszyć tym, co masz?

– Może. – Znów wzruszyła ramionami.

– To przestań. I naprawdę korzystaj z życia i z Kosteckiego. Jeśli jest dobrze, to nie ma co szukać na siłę jakiegoś wymyślonego haczyka. Bo mówię ci, że takie szczęśliwe historie też się zdarzają. Powiedziałabym nawet, że znacznie częściej niż te złe. Tylko ludzie wciąż boją się chwalić tym, że są po prostu szczęśliwi. A naprawdę każdy na to zasługuje! Nie ma co szukać dziury w całym. Nie zawsze musi być trudno i wyboiście. Choć tak na marginesie, wy też nie mieliście łatwych początków, prawda? Grunt to dobrze sobie wszystko poukładać i ustalić, by żyło się łatwiej – zakończyłam swój krótki monolog i ruszyłam.

Judyta odwróciła się w moją stronę całym ciałem i przez chwilę w milczeniu na mnie patrzyła.

– Anitko, czy ty się aby nie minęłaś z powołaniem? Może ty powinnaś praktykować jakiś mentoring, coaching albo nawet psychologię?

– Bo mówię to, co jest oczywiste? – Zaśmiałam się i spojrzałam na swoją patronkę, gdy zatrzymałyśmy się na najbliższych światłach.

– Bo mówisz to w taki sposób, że zaczynam ci wierzyć – odparła zupełnie poważnie, ale znałam ją na tyle dobrze, by dosłyszeć w tym zdaniu cień ironii.

– Dokąd cię zawieźć? – zapytałam po chwili, wciąż lekko się uśmiechając.

– Do prokuratury – odparła bez entuzjazmu.

– Nieczęsto fatygujesz się tam sama – zauważyłam.

– Fakt. Ale tym razem to sprawa, że tak powiem, rangi najwyższej.

– Powiesz coś więcej?

Wzięła głęboki wdech, a ja poczułam lekkie wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że Judyta jest w trakcie jakiejś prywatnej batalii sądowej i że zleciła Jezierskim obronę kogoś jej bliskiego, choć tym razem nie brata. Niemniej ciekawiło mnie, o co w tym wszystkim chodzi, ale jednocześnie widziałam, że nie jest skora do zwierzeń na ten temat.

– Na razie nie mogę. I nie do końca dlatego, że nie chcę, po prostu… To naprawdę coś dużego, a im mniej osób wie, tym lepiej – wytłumaczyła po chwili.

– Rozumiem. – Kiwnęłam głową.

Byłam niemal pewna, że sprawa ma związek z jej spalonym samochodem, że w jakiś sposób zaangażowany był w nią Kostecki, Michał zresztą pewnie też. Nie mówiąc już o prokuratorze Pawlickim, którego Judyta wręcz nie znosiła, a teraz z jakiegoś powodu musiała tolerować, bo jego nazwisko od kilku miesięcy przewijało się przez naszą kancelarię. Ale skoro twierdziła, że niewiedza jest w tej sytuacji lepsza, musiałam jej zaufać.

Wysadziłam ją pod Prokuraturą Okręgową, tak jak prosiła. Wysiadła z nietęgą miną, rzuciła, że wróci uberem albo taksówką, a potem pewnym krokiem ruszyła przed siebie. A ja skierowałam się w stronę Sądu Okręgowego na Alei Solidarności.

Znalazłam wolne miejsce postojowe w jednej z bocznych uliczek i udałam się w stronę budynku. Albo raczej gmachu sądu, który od zawsze mnie przytłaczał swoją przepastnością, i to w każdym tego słowa znaczeniu. Jeśli jednak naprawdę chciałam wykonywać ten zawód, to musiałam przywyknąć do tego rodzaju dyskomfortu. Pocieszające i budujące było jednak to, że bywałam tu już na tyle często, że niemal wszyscy policjanci stojący na bramkach przy wejściu kojarzyli mnie z widzenia. Nie musiałam więc wykładać torebki, wszystkich rzeczy osobistych na taśmę i przechodzić przez bramki jak zwykły interesant, a wystarczyło, że pokazałam swoją legitymację – jeszcze tę zieloną, choć miałam nadzieję, że niebawem będę mogła pochwalić się niebieską – by przepuszczali mnie bez tych wszystkich czynności.

W pierwszej kolejności skierowałam się więc do biura podawczego. Złożyłam pozew, mocno wierząc w to, że tym razem już do mnie nie wróci. Aż skrzyżowałam palce za plecami, za co od razu upomniałam się w myślach. Nie wierzyłam w tego typu zabobony, ale w tym przypadku lepiej było wykorzystać wszelkie możliwe środki i zaklęcia, byle tylko wszystko poszło po naszej myśli. W międzyczasie wysłałam do Julity esemesa, że złożyłam papiery, i machina na dobre ruszyła.