Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Lena nie wierzy w wielkie gesty ani w walentynkową miłość. Woli rysować w ciszy małego miasteczka, które ma swoją duszę. Maks patrzy na świat przez obiektyw aparatu i wie, jak to jest chcieć więcej niż pozwala przeszłość. Kiedy ich drogi się przecinają, rodzi się uczucie delikatne, ciche, ale prawdziwe - takie, które nie potrzebuje obietnic. To historia o bliskości, która pojawia się niespodziewanie. O wyborach, które podejmują inni. I o tym, że niektóre osoby zostają w nasz na zawsze - nawet jeśli znikają.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 50
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1 Zanim nauczono mnie zapomina ć Joanna Lisowska 2026 2
Dla pierwszej miłości – tej, która zmienia wszystko.
3 ROZDZIAŁ 1 Lena, 1 lutego 2022 Zimą miasto brzmiało inaczej. Jakby wszyscy bali się mówić za głośno, żeby nie spłoszyć śniegu. Lubiłam to. Dlatego właśnie dość często zaszywałam się w czytelni przy oknie, ubrana w za duży sweter po starszej siostrze, z rękawami nachodzącymi na dłonie. Szkicownik leżał na moich kolanach, a ja rysowałam czyjeś dłonie z pamięci. Włosy opadały mi na twarz, ciemne i wiecznie nie do końca ułożone. Zawsze zapominałam je spinać. Wolałam patrzeć na papier niż na swoje odbicie w szybie. Nie zauważyłam, kiedy ktoś usiadł naprzeciwko. Dopiero cień przesuwający się po kartce sprawił, że uniosłam wzrok. Był starszy ode mnie. To było pierwsze, co pomyślałam. Drugie – że wyglądał tak, jakby nie pasował do tego miejsca. Miał na sobie ciemną kurtkę, lekko przetartą na ramionach, i szalik niedbale owinięty wokół szyi. Jego włosy były brązowe, trochę za długie, jakby zapomniał o fryzjerze, a oczy… błękitne. Takie, które naprawdę patrzą. Na ramieniu wisiał mu aparat. Nie nowy, raczej taki, który wiele już widział. 4 -– Przepraszam – powiedział cicho. Zamknęłam szkicownik szybciej, niż planowałam. Zwykle ludzie mi przeszkadzali, kiedy tworzyłam. Nawet jeśli mieli dobre intencje. -– W porządku – odpowiedziałam, poprawiając rękaw swetra. Skinął głową. Przez chwilę myślałam, że zaraz wstanie. Ale jego wzrok zatrzymał się na moich dłoniach pobrudzonych grafite m. -– Rysujesz? – zapytał. -– Czasem. Nie wiedziałam, dlaczego nie powiedziałam po prostu „tak”. Może dlatego, że rysowanie było czymś bardziej intymnym niż wszystko inne. Uśmiechnął się lekko. -– Ja fotografuję. Też czasem. Uniósł aparat. Skórzany pasek był popękany, a metalowe elementy starte. -– Co fotografujesz? – zapytałam. -– Rzeczy, które wyglądają, jakby zaraz miały zniknąć. 5 Patrzył przy tym nie na mnie, tylko gdzieś obok, jakby widział tam coś, czego ja jeszcze nie zauważyłam. -– A potem? -– Potem próbuję je zatrzymać. Choć na chwilę. Za oknem śnieg zaczął sypać gęściej. Jego płatki odbijały się w szybie, rozmywając odbicia naszych twarzy. Zauważyłam wtedy, że chłopak ma delikatnie zarysowane kości policzkowe i lekki cień zarostu, jakby nie golił się od kilku dni. -– Maks – powiedział po chwili. -– Lena. Moje imię zabrzmiało zwyczajnie, kiedy je wypowiedziałam. Max tylko się uśmiechnął. -– Mogę zobaczyć? – zapytał, wskazując na szkicownik. Zawahałam się. Moje rysunki były bardziej szczere niż ja sama. Ale podałam mu go. Przeglądał kartki powoli, uważnie. Nie komentował od razu. -– Nie rysujesz tego, co widać – powiedział w końcu. – Tylko to, co zostaje. Coś ścisnęło mnie delikatnie w klatce piersiowej. Jakby zobaczył mnie wyraźniej, niż byłam na to gotowa. 6 Kiedy oddawał mi szkicownik, nasze palce zetknęły się na ułamek sekundy. Cofnęłam szybko dłoń. Poczułam ciepło, którego na ten moment nie chciałam anal izować. -– Często tu przychodzisz? -– Kiedy chcę, żeby świat był cichszy. -– Ja wtedy biorę aparat i wychodzę. Pomyślałam wtedy, że robimy dokładnie to samo, tylko różnymi narzędziami.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to spotkanie będzie początkiem czegoś kruchego. Czegoś, co pojawi się bez zapowiedzi i zniknie bez pożegnania. Na razie siedziałam naprzeciwko chłopaka z aparatem. I cisza, którą zawsze się otaczałam, po raz pierwszy nie była pusta.
7 ROZDZIAŁ 2 Lena, 6 lutego 2022 Drugie spotkanie było przypadkiem. Takim prawdziwym, nieudawanym. Stałam na przystanku z rękami schowanymi w kieszeniach kurtki, z plecakiem zsuniętym na jedno ramię. Było zimno, a śnieg, który wcześniej wydawał się lekki i przyjemny, teraz topniał na chodnikach, zostawiając brudne kałuże. Nie myślałam o niczym szczególnym. O tym, że znowu zapomniałam rękawiczek. O tym, że mama będzie marudzić, że wracam za późno. -– Lena? Odwróciłam się i przez moment nie byłam pewna, czy to naprawdę on. Ale był. Ta sama kurtka, ten sam aparat, ten sam spokojny sposób patrzenia. -– Maks – powiedziałam, trochę zaskoczona. Uśmiechnął się, jakby spotkanie mnie tutaj było czymś zupełnie naturalnym. -– Też zapomniałem rękawiczek – rzucił, wskazując na swoje dłonie. 8 Parsknęłam cicho. Sama nie wiem dlaczego. Autobus nie przyjeżdżał. Minuty mijały wolno. -– Masz chwilę? – zapytał nagle. – Moglibyśmy się przejść. Zanim zamarzniemy. Zawahałam się tylko przez sekundę. Spacer był taki… łatwy. Szliśmy obok siebie. On robił zdjęcia – nie mnie, nie sobie – tylko miastu. Latarnie, ślady butów na śniegu, puste ławki. Ja co chwilę wyciągałam szkicownik, rysując fragmenty ulic, jego dłonie, kiedy poprawiał pasek aparatu. Rozmawialiśmy o niczym i o wszystkim. O tym, że świat wygląda inaczej przez obiektyw. O tym, że rysowanie uczy cierpliwości. O ciszy, którą oboje lubiliśmy bardziej niż hałas. -– Mogę? – zapytał w pewnym momencie. Nie od razu zrozumiałam. Dopiero, gdy uniósł aparat. Wzruszyłam ramionami. -– Jeśli nie każesz mi pozować. Uśmiechnął się. 9 Nie patrzył na mnie długo, jedno kliknięcie. Prawie go nie zauważyłam. -– Gotowe – powiedział, chowając aparat. To było dziwne uczucie. Jakby ktoś zabrał ze sobą fragment chwili, o której jeszcze nie wiedziałam, że będzie ważna. Pożegnaliśmy się szybko, bez obietnic o następnym spotkaniu. Bez żadnych planów. W domu zamknęłam się w pokoju szybciej niż zwykle. Rodzice byli w kuchni. Słyszałam ich głosy – rozmowa o pracy, o czymś, co miało się wydarzyć „niedługo”. Nie wsłuchiwałam się. Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam szkicownik. Zaczęłam rysować Maksa . Powoli, uważnie. Nie od razu jego twarz – najpierw dłonie. Zawsze miałam do nich jakiś sentyment. Potrafiły pokazywać, ile ludzie musieli przeżyć, by być tam, gdzie są teraz. Potem narysowałam jego aparat. Sposób, w jaki pochylał głowę, kiedy patrzył przez obiektyw. Wróciłam do tego samego rysunku kilka razy, poprawiając linie, ścierając, zaczynając od nowa. Chciałam, żeby był idealny. Nie wiedziałam jeszcze, dlaczego. Z dołu dobiegł do mnie głos mamy. -– Lena, musimy później porozmawiać. 10 Zignorowałam go. Jeszcze przez chwilę, jeszcze tylko jedna linia.
Nie wiedziałam wtedy, że niektóre rozmowy zmieniają wszystko. Ani że ten chłopak z aparatem stanie się kimś, kogo będę rysować długo po tym, jak zniknie z mojego życia.
11 ROZDZIAŁ 3 Maks, 2 lutego 2026 Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat i pierwszy raz w życiu poczułem, że oddycham naprawdę. Wyprowadziłem się od rodziców jako osiemnastoletni dzieciak. Nie było wielkiej kłótni, dramatycznych pożegnań ani walizek rzucanych na podłogę. Po prostu któregoś dnia spakowałem swoje rzeczy i wyszedłem. Alkohol był w naszym domu od zawsze. Wiedziałem, że jeśli zostanę, skończę dokładnie tak samo. A ja chciałem czegoś więcej. Chciałem ciszy, chciałem wyboru. Aparat był jedyną rzeczą, którą zabrałem bez wahania.
