Dom pełen kłamstw - Karolina Wójciak - ebook + książka

Dom pełen kłamstw ebook

Karolina Wójciak

4,3

Opis

Wyobraź sobie, że żyjesz przez długie lata w szczęśliwym związku małżeńskim. A gdyby okazało się, że to była tylko iluzja?
NIGDY NIE UFAJ BEZGRANICZNIE.
Nagła śmierć męża Kai, Michała, powoduje, że na wierzch zaczynają wypływać kłamstwa mężczyzny. Dochodzenie związane z wypadkiem i badanie zagadkowego postępowania ofiary sprowadza do młodej wdowy Sebastiana, przystojnego policjanta. Dokąd zaprowadzi ich wspólne śledztwo?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 668

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (183 oceny)
100
56
16
8
3

Popularność




Mamie – wszystko zawdzięczam Tobie

Kaja

Nigdy nie sądziłam, że wydarzenia zżycia mogą utrwalić się wpamięci jako dźwięki iodczucia. Zawsze wydawało mi się, że wspomnienia to obrazy odtwarzane jak wfilmie albo jak zdjęcia ze starego albumu. Migawki pojawiające się przed oczami jak klatki wstarodawnej kliszy, które zczasem bledną itracą kontrast. Po to, by po jakimś czasie wtopić się wsiebie nawzajem. Potrafiłam zdbałością oszczegóły odtworzyć wiele scen ze swojego życia. Jednak ztego jednego wieczoru nie pamiętam niczego, co dotyczyło mnie bezpośrednio. Przypominam sobie tylko telefon ibrzmienie głosu oficera spokojnie donoszącego mi ośmierci męża. Nie pamiętam, co dokładnie powiedział, pamiętam jedynie jego głos ito, że było tak przeraźliwie cicho izimno. Byłam wtedy wdomu. Dzieci już spały. Policjant najpierw czekał na moją odpowiedź, apotem, starając się wypełnić ciszę, poradził mi, żebym poinformowała dalszą rodzinę otym nieszczęśliwym wypadku. Gdy się znim rozłączyłam, wpatrywałam się wtelefon, nie wiedząc, co dalej robić, mimo że przed momentem dostałam polecenie. Jedyną osobą, która od razu przyszła mi wtedy do głowy, była moja mama. Czekałam na połączenie dość długo, ajednostajny dźwięk wsłuchawce działał na mnie wręcz hipnotyzująco.

Gdy wkońcu ją obudziłam, od razu oznajmiłam:

– Michał nie żyje.

Więcej nie potrzebowałam mówić. Rozłączyłam się, azaraz po tym mój ogarnięty rozpaczą umysł przestał rejestrować dalsze wydarzenia.

Minęło już tyle czasu, że oswoiłam się zmyślą, że jestem sama, że moje dotychczas piękne iszczęśliwe życie się zmieniło, że już nic nie będzie takie samo. Nie będzie poranków włóżku ze skaczącymi po nas dzieciakami, nie będziemy ich łapać iłaskotać, aż zaczną piszczeć, nie będzie uśmiechów nad kawą, wieczornych spacerów ani tego potrzebnego mi do życia przytulania. Tego zapewnienia, że wszystko będzie okej. Tylko Michał tak potrafił. Nikt inny.

Byliśmy wyjątkową parą, żyliśmy bez większych kryzysów – jak wraju. Oczywiście zdarzało się, że Michał wkurzał mnie nieznośnie imiałam ochotę trzasnąć drzwiami, iwyjść. Zawsze kiedy ja krzyczałam, płakałam, on słuchał inic nie mówił. Agdy opadały emocje, jego reakcja była jedna: mówił, że to nie tak, jak ja to interpretuję, bo przecież on nie chciał źle, ajeśli mnie zranił, to zrobił to nieświadomie. Teraz już nie miałam na kogo się wściekać, komu powiedzieć, że mnie irytuje, ani kogoś, kto powiedziałby mi, że źle widzę rzeczywistość, aprawda jest taka, że nie mam powodu do zdenerwowania. Brakuje mi go na każdym kroku, wkażdym momencie dnia. Gdziekolwiek nie spojrzę, czegokolwiek nie dotknę, budzą się we mnie wspomnienia. Nie potrafię przestać onim myśleć. Otym, co moglibyśmy robić, gdyby nie wypadek. Los zabrał mi go tak niesprawiedliwie szybko, wydarł go zrąk, nie patrząc na to, że moje serce roztrzaskało się na milion kawałków.

Wieczorami jest cicho, arano, gdy się budzę, pościel obok jest nienaruszona itaka zimna. Nikt tam nie spał od dawna, mimo to zawsze zerkałam na jego poduszkę. Dotykałam miejsca, wktórym zawsze mogłam poczuć ciepło jego ciała. Choć to niedorzeczne, pomimo upływu tylu miesięcy tliła się wmojej głowie nadzieja, że może któregoś dnia obudzę się izobaczę go ponownie, amoje życie znów będzie radosne iszczęśliwe, takie, jakie było do tej pory.

Wjeden wieczór, na jednej zdróg nieszczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, że jego samochód wpadł wpoślizg, wypadł na drugą stronę jezdni idachował do rowu. Tylko tyle lub aż tyle spowodowało, że nie przeżył. Policja stwierdziła zgon na miejscu, przekonując mnie, że nie cierpiał. Tak, jakby to miało mnie wjakikolwiek sposób pocieszyć. Może ion nie cierpiał, ale mnie przeszywał ból nie do wytrzymania, gdy tylko pomyślałam oMichale. Wyrzucałam sobie, że gdybym zadzwoniła, może uchroniłabym go przed śmiercią? Oglądałam film, gdy on umierał.

– Może wezmę dzieci na weekend do siebie? – Pytanie mamy wyrwało mnie zzamyślenia.

– Nieee… dzięki, mamy już plan na sobotę. Chłopaki idą na basen, apotem jest jakieś przyjęcie urodzinowe… – wyjaśniłam, by nie sądziła, że odmawiam tylko po to, by ją spławić. – Już potwierdziłam, że będziemy.

– Tak, wiem ourodzinach. Mama tego chłopca rozmawiała ze mną wsprawie prezentu, ale pomyślałam, że może chcesz gdzieś wyjechać?

Rozumiałam, że chciała zmusić mnie do opuszczenia czterech ścian, ale gdzie miałam jechać? Sama? Gapienie się wtelewizor lub wksiążkę jest takie samo wkażdym miejscu na ziemi, niezależnie, czy płacę krocie za nocleg, czy zostanę usiebie, więc po co gdziekolwiek jechać. Nie miałam ani nastroju, ani chęci, ani nawet siły, by zmierzyć się zsamotnością gdzieś indziej niż wdobrze znanych mi miejscach. Doceniałam, że chciała mi pomóc, że zrezygnowała zpracy ibyła znami non stop, jak asystentka… choć nie, nawet więcej, jak lokaj wpakiecie zdzwoneczkiem, przybiegający na każde zawołanie. Cieszyłam się, że była, ale też czasami miałam już dość tego ciągłego bycia razem – jak wczasach, kiedy miałam naście lat.

– Agdzie ja mam jechać sama? – podjęłam temat.

– Nie wiem, może zaprosiłabyś kogoś na jakiś weekendowy wypad? Może koleżankę?

– Nie, to nie dla mnie.

Postanowiłam zmienić temat, zanim zacznie wymieniać osoby, które chętnie by ze mną pojechały.

– Widziałam list zubezpieczalni. Według nagłówka to któreś zkolei pismo, które nam wysłali. Nie mogę tego zlekceważyć po raz kolejny, bo… – urwałam na chwilę, nie wiedząc nawet, co by się stało, gdybym nie odpisała. – Muszę zająć się kwestią ubezpieczenia. Zacząć monitorować wydatki ikontrolować środki na życie. Mija już prawie osiem miesięcy, aja nie zrobiłam nic.

– Faktycznie musisz się tym zająć – powiedziała to jakoś zbyt entuzjastycznie, więc zerknęłam na nią badawczo.

Musiała to zauważyć, bo od razu pośpiesznie dodała:

– Wiesz… dobrze, że czemuś poświęcisz swoją uwagę.

Miałam wrażenie, że ostatnio każda nasza rozmowa tak się kończyła. Dawała mi rady – co ijak powinnam zrobić. Nie chciałam jej ranić ani odrzucać jej pomysłów, więc wolałam, jak zawsze, uciec. Odwróciłam się ibez słowa wyszłam zkuchni. Zostawiłam ją nad kipiącymi garnkami bez słowa wyjaśnienia. Udałam się do swojej samotni.

Ostatnie osiem miesięcy spędziłam wsypialni. Albo siedziałam wfotelu, albo leżałam na łóżku. Mama rzecz jasna narzekała na to, wołała mnie do salonu, do kuchni. Czasami szłam, ale tylko dlatego, że chciałam, by dała mi spokój. Kochałam ją za to, że gdy tylko dowiedziała się, że zostaliśmy sami, od razu złożyła wpracy wypowiedzenie iprzyjechała jeszcze tego samego dnia. Niczym nie musiałam się zajmować, ba – do dziś nie muszę. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz gotowałam albo zrobiłam coś dla dzieci czy wdomu. Niesamowite było, jak płynnie, niezauważalnie dla mnie weszła do naszej codzienności. Fakt, była dość młodą, energiczną kobietą. Nigdy nie słyszałam, by narzekała. Szybko się regenerowała, błyskawicznie rozwiązywała wszystkie konflikty, nawet zdziećmi, miałam wrażenie, że radzi sobie lepiej niż ja. Czasami ludzie myśleli, że to jej dzieci, no bo jaka babcia jest ruda, modnie ubrana, wstylu sportowej trzydziestolatki, ibawi się zdziećmi tak, jakby jej samej to sprawiało frajdę. Większość ludzi postrzega babcie jako niedołężne, spokojne istateczne osoby. Ona była zupełnie inna. Tak jakby stanowiła swego rodzaju zaprzeczenie, że liczba świeczek na torcie zobowiązuje ją do bycia poważną, stonowaną ipowolną.

Był majowy poranek. Cały świat zaczynał odrastać po ciężkiej zimie. Pierwszy raz rozumiałam ten trud powstawania na nowo. Na ulicy ludzie już tak się nie spieszyli do domów jak przez ostatnie bure miesiące, zbyt śmiało ściągali kurtki – jakby chcieli, by trochę słońca dotknęło ich wnętrza. Choć zazdrościłam im tej swobody, nadal niechętnie opuszczałam cztery ściany własnego domu. Wolałam pozostać obserwatorem, bo jak mogłabym się cieszyć ztych drobnych rzeczy, gdy Michała nie było obok. Szczęście jest przecież wtedy, gdy można je zkimś dzielić.

Na kanapie piętrzył się stos papierów. Odeszłam od okna izrobiłam sobie miejsce pomiędzy nimi. Delikatnie usiadłam, dbając oto, by niczego nie strącić zsiedziska. Brałam kolejno pliki dokumentów. Starałam się zrozumieć wszystkie regulaminy zapisane tak małą czcionką, że zakup lupy byłby tu całkowicie uzasadniony. Zapisy otym, kiedy trzeba jaki kwitek wypełnić, komu wręczyć osobiście, komu wysłać. Dalej było ojakichś kserach, zaświadczeniach. Robiłam sobie listę zzadaniami do wykonania. Ogrom pracy przytłaczał mnie, ale starałam się skupić irobić to sumiennie.

Dzieci były wszkole, mama, krzątając się po mieszkaniu, mijała mnie wciszy. Od czasu do czasu zadawała swoje standardowe pytania omoje biologiczne potrzeby. Oferowała herbatę, jedzenie, przekąski. Otwierała, azaraz po tym zamykała okna, uznając, że jednak wiosenny przeciąg mógłby nas przeziębić. Mówiła coś pod nosem, agdy prosiłam opowtórzenie, sądząc, że kierowała swoje słowa do mnie, machała ręką, dając mi do zrozumienia, że nie chciała mi przeszkadzać.

– Usiądź koło mnie na chwilę. – Klepnęłam kanapę, odpychając jednocześnie dokumenty na bok. – Czasami wyglądasz jak kopciuszek wdomu złej macochy.

Usłyszałam śmiech tak dziwnie zmieszany zradością izaskoczeniem.

– Ja tu kopciuszkuję już od dłuższego czasu – stwierdziła iusiadła obok mnie wyraźnie ucieszona zaproszeniem.

– Nie chce mi się tego wszystkiego czytać. – Wskazałam dokumenty. – Może zrobimy sobie herbatę, usiądziemy na balkonie ipogadamy?

– Dobrze, to już idę. – Wstała tak szybko, że usłyszałam świst powietrza.

– Dziś zrobimy inaczej. – Zatrzymałam ją prawie wbiegu, chwytając za rękę.

Zerknęła na mnie, na rękę, potem znów na mnie. Dotknęła swoją dłonią mojej iuśmiechnęła się serdecznie. Ten drobny gest, ten uśmiech wniknął we mnie gdzieś głęboko, rozgrzewając swoim ciepłem każdy centymetr mojego ciała.

– Usiądź na leżaku, ja wszystko przygotuję – zaproponowałam.

Nic nie mówiąc, poszła na taras. Weszłam do kuchni izaczęłam poruszać się po niej intuicyjnie, nie zastanawiając się, gdzie są torebki zherbatą, gdzie kubki, gdzie cukier. Otwierałam szafki, ale niczego nie mogłam znaleźć. Nagle spostrzegłam, że wszystko zostało poukładane zupełnie inaczej niż kiedyś, kiedy ja to zrobiłam. Uśmiechnęłam się, mimo że powinno mnie to zdenerwować… przecież ja tu nie żyłam, nie mieszkałam. Nic dziwnego, że mama zmieniła układ produktów tak, jak jej pasowało.

Po niewielkich trudnościach udało mi się przygotować napoje izaromatyczną herbatą parującą zwysokich porcelanowych kubków poszłam do mamy.

– Co to za herbata? – Podałam jej kubek, siadając obok niej na rozkładanym fotelu.

– Jakaś smakowa – odpowiedziała szybko. – Ładnie pachnie, prawda?

– Tak, bardzo. – Patrzyłam wciemnobrązowy płyn. – Gdzie ja byłam przez cały ten czas?

– Aczy to ważne? Czasami nie warto myśleć otym, co już za nami.

Patrzyła na mnie wnikliwie, ale chyba spostrzegła moje smutne spojrzenie iodwróciła wzrok wkierunku ulicy. Do tej pory każda próba rozmawiania omnie czy oMichale kończyła się tak, że zalewałam się łzami iprosiłam ją, by dała mi spokój. Nadal nie miałam wsobie takiej śmiałości, by używać słów „śmierć”, „żałoba”, „wdowa”, „sieroty”. Mama otym wiedziała. Nauczyła się ostrożnie między nimi lawirować, by nie sprawić mi przykrości. Co więcej, bojąc się reakcji, jaką mogłaby wywołać jednym złym sformułowaniem, wycofywała się, zanim delikatna tama powstrzymująca mnie od płaczu pękłaby, zalewając nas obie powodzią rozpaczy.

– Dziwi mnie – kontynuowałam – że muszę wypełnić tyle papierów, żeby dostać to, co nam się formalnie należy. Tyle lat płaciliśmy te przeklęte raty ubezpieczenia po to, żeby teraz udowodnić, że on naprawdę nie żyje iże oni naprawdę muszą wypłacić kasę.

– Przecież tak jest wszędzie: jeśli chcesz otrzymać jakiekolwiek pieniądze, musisz udowodnić swoje prawa do nich. Zapewne chcą wykluczyć możliwość próby wyłudzenia.

– No tak, ale tu chyba nie ma co weryfikować – stwierdziłam smutno. – Chyba będę musiała umówić się zagentką na spotkanie. Niech mi wyjaśni, co mam robić. Nie chcę palnąć jakiejś głupoty.

– Dobry pomysł. – Patrzyła na mnie przez chwilę, po czym powoli pociągnęła łyk herbaty. – Jak się czujesz?

– Ja? Chyba dobrze. Nic mnie nie boli… fizycznie.

– Apsychicznie?

– Nie wiem. Chyba jestem już pogodzona, już sama siebie zamęczyłam tym, jaka jestem, itym, co czuję.

Przytaknęła tylko, patrząc nieobecnym wzrokiem wdal. Posiedziałyśmy tak jeszcze trochę, ale nieubłaganie zbliżał się już czas na wyjście do szkoły po dzieci. Po raz pierwszy od dawna zrobiłam to osobiście. Niesamowite było to, że dla dzieci moja niespodziewana obecność po tylu miesiącach przerwy okazała się tylko przez chwilę nowością. Szybko zaczęli ze mną rozmawiać oszkole, apotem już samo się potoczyło. Ludzie, owszem, patrzyli na mnie, jakbym miała na czole jakiś finezyjny tatuaż, ale nikt nic nie powiedział – na szczęście. Choć nie interesowało mnie zbytnio, co omnie myślą, ich spojrzenia miały wsobie ogromną moc. Nie umiałam jednoznacznie określić, co się pod tym kryło. Doszukiwałam się wnich współczucia, zrozumienia, może nawet zwykłej ludzkiej ciekawości. Przyglądali mi się bacznie, jakby czekali na jakieś działanie zmojej strony, na coś szokującego. Tymczasem stałam, rozmawiałam zdziećmi izachowywałam się jak każdy inny rodzic. Po chwili znudzili się wodzeniem za mną wzrokiem izajęli się swoimi pociechami. Mogłam wkońcu odetchnąć.

Nauczyciele wszkole wiedzieli owypadku. Nie było to zresztą trudne do rozszyfrowania, biorąc pod uwagę, że ja zniknęłam zhoryzontu, amama przejęła wszystkie obowiązki: odprowadzała iodbierała dzieci ze szkoły, uczęszczała na wszystkie zebrania iuroczystości. Reprezentowała mnie, gdy maluchy wpadały wkłopoty igdy nauczyciele gratulowali im talentu czy osiągnięć. Ja zapadłam się pod ziemię. Przestałam istnieć.

Rodzice zkolei dowiedzieli się pocztą pantoflową. Znikim nie utrzymywałam bliższych relacji. Owszem, dzieci spotykały się czasami wweekendy, ale zżadną zmatek nie rozmawiałyśmy oosobistych sprawach. Ograniczałyśmy się jedynie do ustalenia, kto, skąd ioktórej odbiera dzieci. Jeśli maluchy zostawały unas, mama zmuszała mnie, bym chociaż pokazała się iprzywitała zrodzicami, apotem, gdy tylko drzwi się zamknęły, przejmowała obowiązki ipozwalała mi na powrót do mojej samotni. Wzwiązku ztym ja nie miałam kiedy poinformować tych ludzi oMichale, amama uważała, że dla dzieci będzie lepiej, jeśli jego sprawa zostanie między nami inie będzie wyciągnięta wobecności maluchów ani razu.

Ubezpieczalnia nie wyraziła zgody na wypłatę odszkodowania. Zażądali przedstawienia raportu zsekcji zwłok, tłumacząc, że okoliczności wypadku były nietypowe. Jak się okazało, prokuratura nie wnioskowała osekcję, bo nie znaleźli ku temu powodu. Nawet nie wiedziałam, czy ta decyzja została podjęta wporozumieniu znami, czy też to wzupełności należało do nich. Może nawet ktoś mnie zapytał oto, aja odmówiłam? Zresztą kogo ja chciałam oszukać, nawet nie pamiętam, jak wyglądał pogrzeb, aco dopiero mówić opodejmowaniu jakichkolwiek decyzji iplanowaniu działań, które mogłyby się okazać przydatne wprzyszłości.

Mama zorganizowała wszystko za mnie, aja tylko poszłam iotępiała uczestniczyłam we wszelkich uroczystościach. Kiedy było trzeba, klękałam, siadałam lub szłam. Jak prowadzona na sznurku marionetka. Jedno za to pamiętam doskonale. Miałam na sobie buty swojej mamy, onumer za duże, które utrudniały mi chodzenie. Teraz zastanawiałam się, dlaczego akurat wnich poszłam na pogrzeb. Może się pomyliłam? Amoże ktoś mi je podał iwłożyłam bezmyślnie, zupełnie tego nie rejestrując? Wtedy nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Zauważyłam je dopiero, gdy moje stopy zaczęły wnich pływać.

Na myśl oekshumacji drżałam ze strachu. Nie chciałam tego. Nie byłam wstanie się ztym jeszcze raz zmierzyć. Zdrugiej strony ubezpieczalnia postawiła warunek. Bez sekcji dokumenty nie zostaną nawet rozpatrzone. Gdyby nie ich wymogi, odmówiłabym od razu. Świadomość, że Michał pracował jako jedyny wnaszej rodzinie, popychała mnie do działania. To on nas utrzymywał, więc brak dochodu od kilku miesięcy iperspektyw zarobkowych zmuszały mnie do zaciśnięcia zębów iwykonywania telefonów. Mama oczywiście zaoferowała, że wszystkim się zajmie. Gdybym tylko dała jej notarialne upoważnienie do reprezentowania mnie, tym jednym papierkiem zdjęłaby zmoich ramion całą odpowiedzialność. Było to ogromnie kuszące, ale jednak zastanawiałam się, czy to nie była moja powinność, czy nie czas najwyższy sterować ikontrolować rzeczywistość, zamiast być obserwatorem tego, co się dzieje samo, bez mojej wiedzy, ingerencji czy akceptacji.

Po wielu rozmowach, pertraktacjach, kłótniach ipismach udało się wszystko zorganizować tak, że nie musiałam ruszać się zdomu. Zdalnie zarządzałam przebiegiem procesu, dbając oto, by tym razem nic mi nie umknęło. Nie wyraziłam zgody na ponowny pogrzeb, co rzecz jasna zbulwersowało rodzinę męża. Podobnie przyjęli moją decyzję oskremowaniu ciała Michała po sekcji. Nie wyobrażałam sobie, by po tym, jak poćwiartują jego ciało, miał, tak jakby nigdy nic się nie stało, wrócić do grobu. Potrzebują sekcji, okej – dostaną ją, apotem będzie tak, jak ja chcę. Nikt ani nic nie będzie już go niepokoić. Nigdy.

Wkrematorium wręczono nam urnę, bez świadków czy komentarzy. Wkażdym innym przypadku miałybyśmy czas na pożegnanie się ze zmarłym, ale wzwiązku ztym, że jego ciało nie nadawało się do oglądania, przyjechałyśmy do krematorium, jak już było po wszystkim. Wyczytali nazwisko idali potwierdzenie. Trzymając wrękach ten niby wazon wkwieciste wzory, poczułam się tak, jakby ktoś ze mnie zadrwił. Jakby chciał poznać moją granicę wytrzymałości. Czy dam radę jeszcze temu stawić czoła? Bo przecież to, co do tej pory przeżyłam, to zbyt mało. Kiedy powiedziałam mamie, że chciałabym tę urnę trzymać wdomu, nie przyjęła tego tak entuzjastycznie, jak się spodziewałam.

– Są miejsca przeznaczone właśnie do tego celu – przekonywała mnie.

– Ale ja chcę, żeby tu stała. – Wskazałam stolik pod oknem po tym, jak weszłyśmy zpowrotem do mieszkania. – Chcę, żeby był znami. Kiedy podejmowane były decyzje opogrzebie, przegapiłam ten moment, teraz chcę to nadrobić. Michał był dla mnie całym światem, chcę mieć go przy sobie. Czy to tak trudno zrozumieć?

– Dla ciebie to teraz może ijest dobry pomysł, ale jak wytłumaczysz to dzieciom? Jest grób, nagrobek ibędzie pusty? – Patrzyła na mnie jak na szaleńca. – Dzieciom będzie łatwiej mieć miejsce, które będą odwiedzać. Zachowaj porządek rzeczy. Żywi są wdomu, zmarli na cmentarzu.

– Jak to łatwo brzmi, kiedy to mówisz, ale ja bym wolała, żeby tu został – upierałam się przy swoim.

– Tak samo, jakbyś wolała, żeby żył, ale czy to cokolwiek zmieni? Znów tracisz rozpęd izaczynasz drobić wmiejscu. Ruszyłaś już przecież, czemu hamujesz?

– Oczym ty mówisz? Jakie hamowanie? – bulwersowałam się jej odpowiedziami.

Miałam odmienne oczekiwania. Sądziłam, że ta rozmowa podąży winnym kierunku. Byłam pewna, że mnie zrozumie, pomoże zrobić miejsce, by urna stała wcentrum naszego pokoju gościnnego. Tymczasem patrzyła na mnie zpolitowaniem.

– Mówię otwoi życiu, otym, co było. Nie oderwiesz się od tego, jeśli nie postąpisz tak, jak powinnaś. – Zrezygnowana usiadła na krześle przy stole izaczęła zwijać serwetkę bambusową wrulon, ewidentnie rozważając słowa, które wymówiła bardzo powoli. – Jestem tu od początku iwierz mi, widok, zktórym się codziennie rano spotykam iktóry widzę jako ostatni każdego wieczoru, nie napawa mnie radością. Już wiele razy myślałam, że umarłaś razem znim, że nie otworzysz się ani na mnie, ani na dzieci.

Widziałam łzy wjej oczach, ale nie zrobiłam nic. Czułam, jakby ktoś wylał mi taczkę betonu na stopy izablokował moje ruchy. Stałam, patrząc na jej zgarbioną postać – już nie wydawała mi się taka młoda. Nagle jej zmarszczki zdały się głębsze ijak gęsta sieć zakrywały jej twarz. Widziałam ten trud ioddanie, ale nie mogłam się ruszyć. Bałam się, że jakiekolwiek emocje spowodują, że pęknę wśrodku ijuż nic nie będę czuła.

– Kiedy podjęłaś ze mną rozmowę – kontynuowała po głębokim oddechu – zaczęłam wierzyć, że się ułoży, że przeżyjemy to… razem… że jednak chcesz żyć, że będziesz żyć, normalnie. Wmiarę normalnie – poprawiła się, tak jakby przewidywała, że od razu powiem, że nic już nie będzie normalne.

– Chcesz, żebym zapomniała, żebym udała, że go nie było, że go nie kochałam… – Czułam palące łzy płynące po moich policzkach.

Nie wiedziałam, czy tego akurat ode mnie chciała, ale chyba właśnie tego sama się bałam. Wydawało mi się, że jeśli miałabym go tak blisko, to nie pozwoliłabym na to. Kiedy zobaczyłam, że spuściła głowę, płacząc, coś się we mnie odblokowało. Odruchowo ruszyłam zmiejsca, nie myślałam otym, co powinnam zrobić. Dotknęłam delikatnie jej ramienia. Przepełniał mnie smutek, ale inny niż do tej pory. Było mi jej żal. Nagle na nowo włączyła mi się empatia. Zaczęłam odbierać czyjeś emocje. Wyglądało to tak jak zradiem, które syczy źle nastrojone, achwilę po przekręceniu pokrętła rozlega się czysta, pięknie brzmiąca muzyka. Bez szumów, bez trzasków. Jeden mały ruch powodujący taką różnicę.

– Dziecko – zaczęła, dusząc łzy – widzę twój ból, to, jak walczysz okażdy dzień. To, co kiedyś było między wami, dawało ci siłę, ateraz ci ją odbiera. Jemu to już nie robi różnicy, gdzie będzie, jak będzie ico będzie… ale masz dwoje dzieci, czekające na ciebie, na twoją miłość. Nie zapomnisz go, bo to niemożliwe… ale czas zająć się żywymi. Pomóż mi trochę tworzyć normalny dom.

Po raz pierwszy od kilku miesięcy zamieniłyśmy się rolami ito ja przytulałam, pocieszałam imówiłam, że będzie dobrze. Dotarło do mnie, jakie znaczenie miała moja decyzja. Musiałam pozwolić Michałowi odejść.

Zgodziłam się na pozostawienie urny na cmentarzu.

Wynik sekcji zwłok potwierdził, że śmierć nastąpiła błyskawicznie. Jednak testy toksykologiczne wykazały obecność środków odurzających. Czytając raport, zastanawiałam się, czy na pewno patrzę na wyniki Michała. Choć wyglądało to jak ewidentna pomyłka, parametry – wzrost, grupa krwi, uzębienie icechy szczególne – zgadzały się, więc obłędzie nie mogło być mowy. Nie docierało do mnie jednak, że użył jakiegoś narkotyku. Nigdy nic nie brał, nigdy nie widziałam niczego podejrzanego wjego zachowaniu. Wiedziałam, że czasem palił po kryjomu papierosy, ale narkotyki? To do niego zupełnie nie pasowało, to tak, jakby ktoś mi powiedział, że nie zauważyłam, że nie ma jednej nogi.

Ubezpieczalnia oczywiście znalazła szereg paragrafów wykluczających wypłatę odszkodowania. Zich regulaminu wynikało, że osoba powinna być święta, by zasłużyć na pieniądze, które wpłacała latami. Mimo wielu rozmów zagentką nie dało się zrobić prawie nic. Prawie nic, bo wymusiliśmy wypłatę odszkodowania ztytułu nieszczęśliwego wypadku. Owiele lepiej stałoby się, gdyby pieniądze przelane do ubezpieczyciela odkładane były na oddzielne konto. Nie dostaliśmy nawet zwrotu tego, co wpłaciliśmy. Zpunktu widzenia ubezpieczyciela mój mąż był narkomanem inieodpowiedzialnym człowiekiem, który sam zdecydował oswoim losie.

Kiedy zaczęłyśmy zmamą planować wydatki na najbliższe miesiące, okazało się, że przy bardzo oszczędnym wydawaniu udałoby się utrzymać dzięki tym pieniądzom nawet cały rok. Utrzymując jednak poziom taki jak do tej pory, nie mieliśmy szans przeżyć nawet pół roku. Nadszedł czas, by zastanowić się nad tym, czego naprawdę potrzebujemy, azczego można zrezygnować. Od początku naszego małżeństwa to Michał płacił rachunki, planował środki na koncie. Teraz mnie przyszło się tym zająć. Musiałam wczytać się whistorię konta, by zrozumieć, co, gdzie ikiedy przelewał. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przez osiem miesięcy nie pomyślałam oczymś tak trywialnym jak rachunek za gaz. Miałam nadzieję, że nie mamy żadnych zaległości, że mama itym się zajęła. Ogarnęło mnie przerażenie na myśl, jak dużo spraw miałam do załatwienia, aco najgorsze, nawet nie wiedziałam, od czego zacząć.

– Skoro pójdę do pracy, co jest nieuniknione – stwierdziłam – to może powinnam kupić samochód?

– Nawet jeśli zdecydujesz się na mały iużywany, to pochłonie to dużą część tego, co mamy. Apatrząc na to, że przez ostatnich kilka lat nie pracowałaś iże masz wykształcenie niezbyt popularne na rynku, to boję się, że możesz długo szukać pracy. Po prostu nie wiem, czy ten wydatek będzie miał sens – tłumaczyła skupiona.

Patrzyła na mnie, na dokumenty istarała się mi pomóc. Choć tak naprawdę trudno było znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia.

– Boże… jakie to wszystko beznadziejne…

– Może teraz takie się wydaje, ale może jest wtym jakiś cel – wypowiedziała szybko.

– Tak, wiem, żebym wkońcu wzięła trochę odpowiedzialności za życie, anie żerowała na innych.

– Nie tak to chciałam ująć. – Mama pogłaskała mnie po ramieniu. – Przecież wiesz, że ci pomogę, ijak nie ty, to ja coś znajdę.

Zerknęłam na nią. Znów mi się zdawała starszą niż jeszcze chwilę temu. Wzięłam głęboki oddech ina nowo zaczęłam przeglądać papiery. Mama włożyła okulary iteż pochłonięta danymi studiowała je zuwagą. Każda znas układała wmyślach plan na najbliższe miesiące. Dla mnie to będzie czas wysiłku spowodowany wdrażaniem się na nowo wrolę matki ipani domu. Bałam się bardziej niż wdniu, wktórym przywiozłam do domu pierworodnego syna ze szpitala.

– Może do ojca byś zadzwoniła ipoprosiła opomoc? – Mama przerwała ciszę.

– Na pewno tego nie zrobię! – wyrzuciłam zsiebie szybko. – Nie akceptował tego małżeństwa, nie zgadzał się, żebym tu mieszkała, więc teraz prosząc go opomoc, potwierdziłabym, że miał rację, gdy mówił, że nic dobrego ztego nie wyjdzie.

– Uparta jesteś, ale widać jeszcze nie jest tak źle – skwitowała moje słowa, wychodząc zpokoju.

Zawsze tak robiła. Kiedy uważała, że dyskusja jest zbędna, zostawiała mnie samą, tak jakby chciała, by jej słowa zawisły wpowietrzu iżebym powtarzała je wmyślach, analizując ich znaczenie. Wczasach kiedy mieszkałam znią pod jednym dachem, wywoływało to umnie napady złości, że tak bezceremonialnie odbierała mi możliwość zabrania głosu. Teraz już to na mnie tak nie działało. Nawet to, że poszła spać bez słowa pożegnania, nie zrobiło na mnie wrażenia. Zostałam przy stole, gdzie jeszcze chwilę temu siedziałyśmy razem. Poskładałam wszystkie dokumenty, dopisałam do notatek konieczność zlustrowania konta iwydatków. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że gdybym kiedykolwiek zainteresowała się tematem utrzymywania domu, teraz byłoby mi łatwiej. Wiedziałabym, od czego zacząć, atak patrzyłam jedynie na sumę na koncie iszacowałam, ile tak naprawdę może kosztować życie. Nie miałam pojęcia nawet ocenie bochenka chleba.

Następnego dnia wstałam razem zmamą, pomogłam też dzieciom przygotować się do szkoły. Żartowałyśmy iopowiadałyśmy różne historie zczasów, gdy chłopcy byli bardzo mali. Przez rozmowy byliśmy spóźnieni, więc prawie biegiem próbowaliśmy dogonić czas. Nauczycielka dość niemiłą uwagą podsumowała moją pierwszą samodzielną poranną wizytę wszkole. Upomniała mnie głosem pozbawionym emocji, prosząc ozwrócenie uwagi na chaos, jaki wprowadziłam wejściem do klasy po dzwonku. Przeprosiłam izuśmiechem wyszłam na korytarz. Była pierwszą osobą, która nie bała się powiedzieć czegoś, co mogło sprawić mi przykrość. Dla równowagi wżyciu potrzebowałam różnych emocji, anie tylko poklepywania po plecach..

Po powrocie do domu włączyłam komputer. Odruchowo otworzyłam strony, które zawsze przeglądałam. Pocztę, wiadomości iFacebooka, gdzie czekało na mnie mnóstwo powiadomień. Wielu znajomych wten sposób postanowiło złożyć mi kondolencje. Czytając wszystkie wiadomości, wktórych deklarowano mi pomoc, dotarło do mnie, że ta moja samotność przez ostatnie miesiące była moim wyborem. Ludzie wcale się nie odwrócili. Po dotarciu do propozycji spotkań poczułam taki spokój, że jednak świat zauważył moją tragedię.

Wszystkie wiadomości były prawie takie same, ztakimi samymi ciepłymi słowami, mającymi na celu wyrażenie oddania moich znajomych iich gotowości do pomocy. Jedna znich się wyróżniała. Była to krótka informacja:

Cześć, jestem Wojtek – Michała kolega zpracy. Spotkaliśmy się kiedyś, ale możliwe, że mnie nie pamiętasz. Jak będziesz miała chwilę czasu, to się odezwij. Chciałbym ci coś przekazać.

Wpierwszej chwili pomyślałam, że zapewne chce oddać mi jego rzeczy zbiurka. Jednak czytałam tę wiadomość kilka razy, wyczuwając wniej jakieś drugie dno. Sprawdziłam datę – wysłał to ponad trzy miesiące temu. Mogło być już za późno, ale mimo to odpisałam, że mam czas każdego dnia. Po dosłownie kilku sekundach od wysłania mojej wiadomości pojawił się komunikat:

Jutro 12:30, lunch wchińskiej knajpie koło biura?

Odpisałam szybko, że przyjadę. Zaskoczyłam samą siebie błyskawiczną akceptacją jego propozycji. Chciałam jak najszybciej uporać się ze sprawami Michała, ato zpewnością była jedna znich. Zaczęłam się nawet zastanawiać, co zrobię zprzedmiotami. Może dorzucę je do kartonów wszafie, gdzie czekała na mnie reszta jego rzeczy, które dostałam od policji po wypadku. Na samą myśl okolejnym zadaniu potrząsnęłam głową. Skupiłam się na Wojtku. On zawsze rzucał się woczy. Pamiętałam go doskonale. Przystojny, wysoki, aż za wysoki, szczupły, ztym kuszącym uśmiechem, mającym wsobie jakąś tajemnicę. Nie zdziwiłabym się, gdyby kelnerki wrestauracjach ulegały jego czarowi, mając znim do czynienia przez trzy minuty podczas przyjmowania zamówienia. Zawsze opowiadał omuzyce, okoncertach, na jakie chodził ijakie grał, osporcie, szalonych wyprawach przez pustynie czy osurfowaniu wprzeróżnych wodach świata. Michał zawsze mówił, że mimo iż Wojtek jest bardzo atrakcyjny dla kobiet, życie znim było ogromnie trudne. Wszystko przez to, że bardzo poświęcał się pracy iswoim pasjom. Kobiety stanowiły dla niego zaledwie dodatek do całości, anie główny powód, dla którego żył.

Po południu chłopcy zostali na placu zabaw, aja, siedząc na ławce, obserwowałam ich zabawę. Kiedy przyszli poprosić, bym dołączyła do nich iodgrywała rolę kasjera wsklepie, sprawiło mi to nieskrywaną radość.

– Pamiętaj – odezwał się do mnie Staś – musisz liczyć dokładnie kamyki, bo inaczej Jeremi będzie oszukiwał.

Zaśmiałam się ztego ostrzeżenia izapytałam:

– On zawsze oszukuje, prawda?

– Tak… – Pokazując palcem, policzył kamienie, którymi zaraz miał zamiar zapłacić za towary zgromadzone przez nich wcześniej, aktóre ja miałam sprzedawać. – Jeremi, ile masz?

– Dwanaście – odpowiedział szybko młodszy.

– Zobacz – zwrócił się do mnie Staś – jeszcze nie zaczęliśmy się bawić, aon już ma odwa więcej niż ja. Rozdałem nam po równo! Jak możesz mieć więcej? Pokaż! – odezwał się do brata zprośbą oweryfikację.

Następnego dnia wszystko szło już płynnie ijakoś tak samo zsiebie. Wszkole byliśmy na czas, wdomu udało mi się posprzątać własny bałagan, bo cała reszta była już uprzątnięta przez moją mamę. Apunktualnie odwunastej trzydzieści dotarłam do restauracji China Town. Wchodząc do środka, podałam nazwisko Wojtka, by kelner mógł zaprowadzić mnie do odpowiedniego stolika. Zaskoczyło mnie, że obok niego siedziała kobieta. Nie mówił, że będzie sam, ale też nie uprzedzał, że przyjdzie zkimś.

– Cześć. – Wyciągnęłam rękę na przywitanie najpierw wkierunku Wojtka, który szybko wstał iuścisnął moją dłoń, odrobinę za mocno.

Wyczułam nerwową atmosferę.

– To moja dziewczyna… – Skierował wzrok na swoją towarzyszkę.

– Narzeczona – przerwała mu. – Weronika, miło mi.

– Kaja – przedstawiłam się sama, widząc zszokowaną minę Wojtka.

Wymieniliśmy uściski dłoni iniezręczne spojrzenia. Nie rozumiałam sytuacji inie wiedziałam, od czego zacząć. Czy zapytać wprost oto, co dla mnie ma? Czy też może dopytać, czy nie przeszkadzam? Wmyślach powtarzałam sobie jego wiadomość, gdzie pojawiło się słowo „lunch”, więc to chyba oznaczało, że mieliśmy jednak zjeść razem.

– Weronika dowiedziała się, że wychodzę dzisiaj zjeść tutaj, ipostanowiła do nas dołączyć. – Powiedział to tak, że nawet ja zrozumiałam, że nie spodziewał się tego itłumaczył jej obecność, sugerując, że nie była mile widziana.

– Ej – pacnęła go dłonią wramię, co nie wyglądało zbyt przyjaźnie – gdyby to było jakieś służbowe spotkanie, tobym nie śmiała się wpraszać, ale przecież na pogaduchy to chyba można, nie? – zwróciła się do niego, ale szybko przekierowała wzrok na mnie.

Poczułam, że oczekuje ode mnie potwierdzenia.

– Nie przeszkadzasz – zapewniłam. – Jest mi ogromnie miło cię poznać.

Atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej niezręczna po mojej, jak się okazało, nieudanej próbie rozładowania jej. Zapadła długa cisza. Weronika zaczęła czytać menu, Wojtek patrzył na mnie, przygryzając dolną wargę. Wyglądał ładnie, jak zawsze. Elegancko ubrany izadbany wkażdym calu. Jedyne, co do niego teraz nie pasowało, to ten niepokój. Ewidentnie zastanawiał się, co zrobić. Nie chciałam być dla nikogo ciężarem.

– Może dasz mi to, co masz dać, aja zostawię was samych? – zaproponowałam. – Wsumie to całkiem niedawno jadłam śniadanie.

Spojrzenie Wojtka od razu powiedziało mi, że poruszyłam temat, którego on wogóle nie chciał zaczynać. Nie wobecności narzeczonej.

– Aco masz? – Weronika go zlustrowała.

Po raz kolejny zmierzyliśmy się zciszą. Zastanawiałam się, czy powinnam coś powiedzieć, starać się wytłumaczyć. Zdezorientowana czekałam jednak na jego ruch.

– To nic materialnego… chciałem pogadać… – Spojrzał najpierw na mnie, potem na Weronikę. Widząc nasze zmieszanie, nie miał już wyboru. Odchrząknął ikontynuował: – Przed śmiercią Michała dużo się działo wfirmie… są pewne informacje, które powinny do ciebie dotrzeć. To wszystko.

– Jakie informacje? – zapytałam zaskoczona.

Wtym czasie podeszła kelnerka. Zebrała nasze zamówienia, posłała szeroki uśmiech Wojtkowi izapytała, czy zapisać wszystko na jeden rachunek. Jej pytanie spowodowało, że Weronika odezwała się jako pierwsza.

– Kaja płaci oddzielnie, więc dwa rachunki. – Wskazała mnie ręką, akelnerka podążyła wzrokiem za jej ruchem irzuciła coś cicho pod nosem, co zapewne było potwierdzeniem, że zrozumiała.

Kiedy chciała już odejść, Wojtek zatrzymał ją:

– Przepraszam, koleżanka się pomyliła. – Zaakcentował te słowa tak, jakby chciał Weronice świadomie sprawić przykrość, używając właśnie takiego określenia. – Jeden rachunek poproszę.

Wciągnęłam powietrze, spodziewając się, że zaraz będę świadkiem wybuchu Weroniki. Byłam więcej niż pewna, że mu tego nie przepuści. Zanim jednak cokolwiek zdążyła zrobić, Wojtek bardzo asertywnie zwrócił się do niej:

– Pozwól mi decydować otym, czy chcę zapłacić za swojego gościa.

Złożyła ręce jak karateka przed walką iukłoniła mi się. Zrozumiałam, że to był gest przeprosin, po którym nastąpiła kolejna długa cisza. Przebywanie znimi przy jednym stoliku stanowiło swego rodzaju torturę. Wojtek zaciskał zęby, ja czekałam na rozwój wydarzeń, aWeronika chwyciła kartę win iczytała ją ztakim przejęciem, jakby na każdej stronie były numery wygranych wtotka na najbliższych kilka losowań. To spotkanie nie miało najmniejszego sensu, aprzedłużanie go graniczyło zmasochizmem. Gdybym mogła, od razu bym wyszła. Zatrzymywało mnie jednak zachowanie Wojtka. Ten niepokój, to, że zjakiegoś względu chciał mnie wtajemniczyć wsprawy firmy, oraz to, że łączył je zMichałem.

– Jakie informacje? – ponowiłam pytanie, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą.

– Związane zpracą, rozliczeniami, nadgodzinami izobowiązaniami.

– No dobrze, ale co ztego wynika? Bo na razie podajesz jakieś terminy, które nic mi nie mówią.

Wojtek ewidentnie szukał wsobie odwagi, by zacząć mówić otwarcie otym, co tak naprawdę miał na myśli.

– Dwa dni po śmierci Michała nerwowo niszczono dokumenty…

– Co?! Jakie dokumenty? – wybuchnęłam. – Jaki to ma związek zjego śmiercią? Awogóle skąd wiesz, że to ma jakikolwiek związek zjego śmiercią? – Potrząsnęłam głową, zaprzeczając. – Tak jakby niszczenie dokumentów wdużych firmach było czymś niezwykłym.

– Wojtek ma czasami tak, że mu się wydaje, że wfirmie jest spisek, coś, co ukrywają – stwierdziła Weronika, unosząc brwi, co zapewne miało oznaczać poirytowanie.

– Spisek? – uśmiechnęłam się na dźwięk tego słowa. – Przeciwko komu? Michałowi?

– Nie, zudziałem Michała.

– Skończ już te teorie – strofowała go narzeczona. – To niedorzeczne, co mówisz.

– Wiem, że trudno to udowodnić, ale… – przerwał na chwilę ispojrzał na mnie tak przenikliwie, jakby chciał mnie tym spojrzeniem przekonać do swoich racji – …prześledziłaś to fikcyjne konto, które Michał miał założone pod twoim panieńskim nazwiskiem?

– Jakie konto? – Otworzyłam szeroko oczy zprzerażenia. – Nie wiem nic ożadnym fikcyjnym koncie.

– Nie, konto jest prawdziwe, ajedynie właściciel jest fikcyjny. Musisz je znaleźć, tam są duże pieniądze. Piotr nie kontaktował się jeszcze ztobą? Masz jeszcze komputer Michała?

– Tak, mam… nie, Piotr się nie kontaktował – odpowiedziałam nieprzytomnie na dwa pytania jednocześnie.

Przypomniałam sobie kondolencje Piotra podczas pogrzebu, atakże zapewnienia opomocy. Jako szef zachował się adekwatnie do sytuacji. Nie naciskał na żadne rozliczenia. Nie pisał, nie dzwonił, by mnie pośpieszyć. Zapewne czekał na kontakt zmojej strony, dając mi tyle czasu, ile potrzebowałam. Piotr, mimo że był starszy ode mnie tylko odziesięć lat, miał wsobie taką mądrość, która wyróżniała go ztłumu. Zawsze uśmiechnięty, życzliwy. Wielokrotnie chwalił Michała za jego pracę. Wynagradzał go bardzo hojnie premiami kilkukrotnie przewyższającymi miesięczną pensję. Dzięki temu mieliśmy nowy samochód, świetne wakacje iżycie na takim poziomie, że onic nie musieliśmy się martwić.

Nie, to niemożliwe. Nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, żeby ten człowiek miał złe intencje, niszczył dokumenty czy zakładał fikcyjne konta.

– Musimy zgrać zniego dane – przerwał moje myśli Wojtek – zanim poproszą cię ozwrot komputera.

– Musimy? – zapytałam podejrzliwie. – A jaki ty masz w tym interes?

Wojtek patrzył wrogo, zły na mnie ina Weronikę, inawet chyba na kelnerkę, która przyniosła dania. Przyglądałam mu się uważnie. Zupełnie nie rozumiałam, czemu tak mu na tym zależało. Ta pasja wjego oczach, kiedy otym mówił, była wręcz namacalna.

– Chcę ci pomóc – odparł prawie przez zaciśnięte zęby, kładąc nacisk na ostatnie słowo wtaki sposób, że wywołał we mnie poirytowanie.

– Taki zciebie dobry samarytanin… – wyśmiałam jego intencje. – Na pewno Piotr nie wie otym spotkaniu iotym, że chcesz wyłudzić ode mnie dane Michała.

– Słuchaj – widziałam narastającą wnim wściekłość, bo jego ton momentalnie zmienił się wszorstki – nie możesz mu nic powiedzieć, musisz mi pomóc…

– To teraz ja mam pomóc tobie? – zauważyłam. – Czyli jest coś, na czym ci zależy! Albo zaczniesz mówić otwarcie ocałej sprawie, albo nie mamy oczym rozmawiać.

– Okej. Nie tak miała wyglądać ta rozmowa. – Wziął głęboki oddech, apo chwili kontynuował: – Zaczynamy sobie skakać do oczu, zamiast współpracować. Spotkajmy się umnie wdomu dziś lub jutro. Zdaje się, że tu nie dojdziemy do porozumienia. – Przeczesał ręką swoje czarne włosy ichwycił je mocno tuż nad karkiem. – Nie mam złych intencji, chcę pomóc nam obojgu.

– Wyglądasz jak maniak jakiś – podsumowała dość trafnie emocje Wojtka Weronika.

– Muszę to przemyśleć – wycedziłam, wstając iszykując się do wyjścia.

– Zostań – poprosił cicho, po czym wskazał na mój talerz. – Nic nie zjadłaś.

– Dzięki za troskę, ale nie umiem jeść, kiedy ktoś próbuje wywrócić cały mój światopogląd iwmówić coś, czego bym się nigdy nie spodziewała. – Wkładając płaszcz, dodałam: – Dzięki za rozmowę ispotkanie. Wiem, gdzie cię szukać.

Wdrodze powrotnej do domu zastanawiałam się nad tym, co jeszcze chwilę temu omawialiśmy nad słodko-kwaśnym kurczakiem. Mój mąż ifikcyjne konto? Czy można już mówić opraniu pieniędzy? Piotr wyglądał czasami jak anioł ztym swoim delikatnym wyrazem twarzy, złotymi włosami iniebieskimi oczami. Jak ktoś taki mógł być oszustem? Mając miliony, prężnie rozwijającą się firmę, najlepszych ludzi na rynku, po co miałby ryzykować ibawić się wjakieś machlojki. Zdrugiej strony przy takich pieniądzach ludzie zaczynają ryzykować. Przypomniałam sobie, jak kiedyś po powrocie do domu Michał dał mi kopertę wypchaną banknotami.

– Zobacz, jaki twój mąż ma łeb! – Wręczył mi to tak radośnie, jak dziecko pokazuje dorosłemu supernowoczesną zabawkę.

– Wow! Sporo tego. – Zważyłam wdłoni kopertę tak, jakby były wniej złote dukaty, anie banknoty. – Skąd to masz?

– Wostatniej chwili przed przetargiem zagrałem va banque. Zadzwoniłem do Piotra ipowiedziałem mu, że mam przeczucie, że trzeba obniżyć cenę za projekt, bo inaczej nie przejdzie. Piotr się wahał, mówił, żeby składać tak, jak jest. Uparłem się, że obniżymy omilion. Piotr nie chciał się zgodzić. Przekonywał mnie, że nie mam podpisów na tej stronie, którą chcę wymienić, iże to ważny projekt, ale wiesz, rozłączyłem się znim, przedrukowałem ofertę zobniżoną ceną do przetargu, podniosłem kwoty wkolejnych latach tak, żeby wyszło na to samo, iwygraliśmy! Mamy kontrakt na wiele następnych lat! To jest dojna krowa, żyła złota! – emocjonował się swoim osiągnięciem.

– Ipodrobiłeś podpisy? Piotr się nie wściekał? – Skupiłam się na szczegółach, które dla niego były jedynie koniecznością na drodze do sukcesu, zupełną błahostką.

– Tak, zrobiłem wszystko, jak było woryginale, aczy się wściekał, to właśnie masz wręku dowód.

Rozpierała go duma iradość. Podszedł do mnie, uśmiechając się od ucha do ucha. Przytulił mnie mocno.

– Co kupujemy? – zapytał, szybko zmieniając temat.

Właśnie to nas gubiło, to kupowanie. Wydawaliśmy wszystko. Wymienianie samochodów, wakacje, spa, koncerty, wyjazdy weekendowe, najlepsze hotele, kilkudniowe wojaże offroadowe, na które Michał zabierał nawet kolegów zpracy. Te przyjemności chłonęły pieniądze błyskawicznie. Fakt, kupiliśmy luksusowe mieszkanie wdobrej okolicy, które wpełni zostało zaaranżowane przez najlepszej klasy projektanta. Dzieliłam klatkę ze sławami ztelewizji, na co nigdy nie byłoby mnie stać, gdyby nie mój mąż. Dobrze, że chociaż to miałam na własność, inaczej wszystko by było roztrwonione. Nigdy nie sądziłam, że te czasy tak szybko odejdą.

Zamknęłam oczy, żeby jeszcze raz dokładnie przypomnieć sobie tę sytuację, tę jego radość. Wtedy widziałam to tak: oddawał się pracy, podejmował ryzyko, liczył się ze stresem, porażkami isukcesami, robił to dla dobra firmy, dla Piotra, dla kasy. Byliśmy jak duża machina, wktórej wszystkie tryby pracowały bezawaryjnie. Rozpierała mnie duma, że tak fantastycznie mu poszło, że gdyby nie on, to nie wygraliby tego przetargu. Nie kwestionowałam jego decyzji, nie pytałam, czy jego postępowanie było legalne. Wierzyłam mu izakładałam, że wszystko, co robił, było dobre. Musiało być, bo następnego dnia jedliśmy obiad wtowarzystwie Piotra izastępcy szefa Rafała wnajbardziej modnej, drogiej iszpanerskiej restauracji, jaką tylko stolica znała. Widziałam, że Piotr patrzył na Michała zszacunkiem ipodziwem, że traktował go wyjątkowo. Rafał był mniej entuzjastyczny, ale on nigdy nie okazywał żadnych emocji. Kiedy Piotr dopytywał odzieci, omoje pasje izajęcia, Rafał sam zsiebie wtrącał opowieści oswojej rodzinie. Śmialiśmy się długo iszczerze. Idealny obrazek, idealna firma, idealna relacja.

Zaczęłam się zastanawiać, czy Wojtek nie chciał zszargać dobrego imienia Michała, amoże robił to zzazdrości, ponieważ sam nigdy nie odniósł tak spektakularnych sukcesów. Co więcej, nigdy nie miał takiej relacji zPiotrem, nigdy nie był tak blisko. Może zrozumiał, że jemu to się nigdy nie uda, ipostanowił odegrać się za to na Michale? Amoże to wszystko to jakiś atak na Piotra?

Przesiadki iczekanie na przystankach mnie irytowały. Znaszego prywatnego samochodu, którym owego feralnego dnia Michał pojechał wdelegację, nie zostało nic. No, prawie nic – dostałam kawałeczek papieru potwierdzający wywiezienie na złom szczątków pojazdu. Swoją drogą była to kolejna rzecz do zrobienia na mojej liście: załatwienie spraw związanych zsamochodem, ubezpieczenia izłożenie ostatecznego podpisu na wysłanie go do kasacji. Zapewne za parking tej kupy złomu przez tyle miesięcy trzeba będzie słono zapłacić.

Mama zadzwoniła, że Jeremi spadł zjakiegoś wysokiego miejsca na placu zabaw iże musiała natychmiast iść do szkoły, by go odebrać. Zapewniła mnie, że nic się nie stało, aJeremi skarżył się jedynie na ból ręki. Złamania zostały wykluczone przez szkolną pielęgniarkę, więc było to pewnie tylko stłuczenie. Brak samochodu imożliwości szybkiego dojazdu do szkoły powodowały we mnie narastającą złość. Po tylu latach niezależności, jaką dawał własny pojazd, przyszło mi przełknąć dumę izłość isiedzieć na drewnianej ławce obok śpiącego bezdomnego, iwyglądać po raz tysięczny, czy mój autobus już nadjeżdża. Autobusy zatrzymujące się na przystanku pierdziały na mnie czarną chmurą spalin, od bezdomnego zalatywał kwaśny zapach moczu iogólnego, trudnego do zidentyfikowania smrodu, ana dodatek, żeby uzupełnić ten obraz rozpaczy, dwa gołębie próbowały zjeść zżutą gumę rozdeptaną na placek na chodniku. Zmuszona siedzieć tam wwarunkach, które kiedyś uznałabym za nieludzkie, obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by odmienić swój los.

Wieczorem dostałam wiadomość od Wojtka na Facebooku:

Przepraszam za dzisiaj. Byłem poirytowany tym, że Weronika przyszła. Nie miałem cierpliwości na spokojną rozmowę. Wiem, że ona mnie wyśmiewa. Wiem też, że ciężko ci uwierzyć, że twój mąż był tak naprawdę kimś innym, że robił brudną robotę Piotrowi iże dostawał za to naprawdę pokaźne pieniądze. Myślę, że Michał czuł się bardzo pewnie. Niczego wam nie brakowało, to po co miał cię wtajemniczać wto, co się dzieje, jeszcze byś się niepotrzebnie zamartwiała. Pewnie któregoś dnia dałby ci te pieniądze, tak jak te pozostałe koperty zbonusami od Piotra. Gdybym nie miał podstawowego dowodu, tobym wogóle nie zaczynał tematu. Był projekt, który początkowo prowadziłem ja. Po kilku tygodniach miałem luźną rozmowę zMichałem, wktórej wspomniałem mu, że zauważyłem błąd wzapisie regulaminu umowy. Obaj stwierdziliśmy, że gdyby ktoś chciał, to na tej umowie mógłby zarobić krocie. Po jakimś czasie spotkaliśmy się we trzech wgabinecie Piotra ichłopaki powiedzieli, że zobaczą, czy da się faktycznie spożytkować ten niekorzystny zapis, który pozwoli im się nieźle obłowić. Byłem trochę załamany, bo ten projekt był dla mnie ważny, poświęciłem na niego dużo czasu, ale zgodnie zrozporządzeniem Piotra przekazałem zarządzanie projektem Michałowi. Po kilku dniach zerwali umowę. Pamiętasz sprawę Mobila? Było głośno oniej nawet wmediach. Oni zrobili to świadomie, dla kasy. Spotkajmy się jeszcze raz.

Faktycznie przypominam sobie, że Michał szczycił się, że zapobiegł próbie wpędzenia firmy wolbrzymie długi. Mówił, że wielka firma komunikacyjna chciała ich zniszczyć. Nie dopytywałam wtedy oszczegóły, więc teraz nie umiałam wyrokować, która wersja była prawdziwa.

Zobaczyłam, że Wojtek jest dostępny na Facebooku. Odpisałam, że spotkamy się niebawem, bez podawania jakichkolwiek konkretów. Potrzebowałam więcej czasu na przemyślenie tego, co chciałabym zrobić zinformacjami, jakie mi przekazywał. Po chwili dostałam kolejną wiadomość:

Nie zostawiaj tego tak, pomogę Ci odzyskać to, co jest Twoje. Może Michał nie był święty, ale na pewno robił to dla Was.

Stukałam nerwowo paznokciami wblat biurka. To niemożliwe, żeby mój mąż był zamieszany wtakie afery. Nie lubiłam, kiedy ktoś nie zostawiał mi wyboru iswoim zachowaniem stawiał mnie wsytuacji, wktórej musiałam zrobić coś, co nie współgrało zmoimi przekonaniami. Powoli, cedząc słowa, odpisałam:

Jest mi ogromnie miło, że chcesz mi pomóc, ale wgłowie mam jedną myśl: co Ty ztego będziesz miał? Nie chce mi się wierzyć, że robisz to zdobroci serca. Amoże jednak jest ukryty powód? Może liczysz na część tej kasy? To nie jest atak… chcę po prostu wiedzieć, na czym stoję, znać Twoje zamiary.

Wahałam się, czy wysłać tak sformułowane pytania, czy to nie był za ostry ton, ale wzasadzie czemu tylko ja miałam być przypierana do muru? Wysłałam. Od razu widziałam, że zaczął pisać, ale nic nie wysyłał. Po chwili informacja otym, że pisze, zniknęła, po czym pojawiła się na nowo. Ewidentnie nie wiedział, co odpisać. Po długim czasie oczekiwania dostałam krótką wiadomość:

Dlatego właśnie musimy się spotkać.

Zbyłam go zapewnieniem, że odezwę się do niego wnastępnym tygodniu, jak znajdę chwilę czasu. Wspomniałam odługim dniu ikonieczności wstawania rano zdziećmi, przeprosiłam iuciekłam zchatu.

Rano dzieciaki opowiadały swoje sny. Nie dowierzałam, że tak niewinne osoby mogą mieć czasem takie dziwne istraszne koszmary. Zawsze wydawało mi się, że zły sen to swego rodzaju odreagowanie negatywnych, mrocznych emocji zcałego dnia. Adzieci, jako chronione przed okropnościami życia, powinny nie znać tych lęków, aż dorosną. Zdrugiej strony moje doświadczyły czegoś strasznego – straciły ojca.

Śniadanie upłynęło nam zatem na słuchaniu opowieści ohorrorach, potworach, smokach, lawach iinnych okropnościach. Wyobrażając sobie ich sny, doszłam do wniosku, że sama bałabym się tych wszystkich straszydeł.

Mama uwijała się jak wukropie, by zdążyć ze wszystkim na czas. Tego dnia Staś miał prezentację wszkole – jego zadaniem było przedstawić jak najwięcej sum dających ten sam wynik. Każde dziecko losowało liczbę imiało pokazać najwięcej możliwych kombinacji matematycznych wcelu osiągnięcia tego wyniku. Wdrodze do szkoły opowiadał otym zwielkim przejęciem ipytał omoje pomysły. Wszystko, oczym wspominałam, już miał zapisane, więc zpoczuciem wyższości poinformował mnie, że wogóle się nie znam na matematyce. Chciałam powiedzieć, że Michał się znał, ale ugryzłam się wjęzyk. Nie widziałam sensu wprzypominaniu im otym. Ku mojemu zaskoczeniu chłopcy wogóle nie pytali oMichała, tak jakby nigdy nie mieli ojca. Fakt, że dużo pracował, często nie było go wdomu, ale wydawało mi się, że była między nimi ta nić porozumienia. Zastanawiałam się, czy to moja mama odbyła znimi te najtrudniejsze rozmowy oumieraniu iodchodzeniu ze świata, czy też nie tęsknili za nim wcale inie odczuwali jego braku. Zdrugiej strony nie pytali też oto, dlaczego ja zachowywałam się tak długo jak warzywo.

Po powrocie do domu zobaczyłam kartkę zinformacją na stole, jak wczasach, gdy nie istniały telefony. Podniosłam ją iprzeczytałam, że mama pojechała na jakieś badania zojcem. Nie wynikało zniej, które znich będzie widziało się zlekarzem, ale wytłumaczyłam sobie, że zapewne są to jakieś kontrolne badania, bo przecież powiedzieliby mi, gdyby to było coś poważnego. Obiecałam sobie, że gdy wróci, poświęcę jej więcej czasu, zapytam, jak się czuje, co jej dolega, oczym myśli. Zastanawiające było to, że można przebywać wczyimś towarzystwie dwadzieścia cztery godziny na dobę inie mieć pojęcia otym, co się dzieje wżyciu tej osoby. Zapewne gdybym nie była taka skupiona na sobie, zauważyłabym to już wcześniej. To też musi się zmienić. Niedługo moja lista rzeczy do zrobienia będzie łatwiejsza do spisania na papierze toaletowym.

Zzamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Nie byłam przyzwyczajona do tego hałasu. Muzyka, którą mam przypisaną do numeru swojej mamy, była znajoma iprzyjazna, zaś standardowy dzwonek, dla wszystkich pozostałych numerów, wydawał się agresywny iupominający. Odebrałam szybko.

– Witam, ztej strony Agnieszka – przedstawiła się agentka ubezpieczeniowa. – Czy możemy chwilę porozmawiać? Proszę powiedzieć, jeśli mam zadzwonić później.

– Nie, jest okej. Proszę mówić.

– Mam dla pani idobrą, izłą wiadomość… – zawiesiła głos, czekając na moją reakcję.

Po tych wszystkich emocjach, które przebiegły po mnie wostatnim czasie jak stado antylop po stepie, zamieniając wszystko wnic nieznaczący pył, nic nie było już wstanie sprawić, bym zadrżała ze strachu.

– Proszę mówić – powtórzyłam po raz kolejny zapewnienie, że jestem wstanie zmierzyć się ztym, co chce mi przekazać.

– Zacznę od tego, że przed każdą wypłatą odszkodowań sprawdzamy najpierw, czy nie ma żadnych zabezpieczeń finansowych ztytułu wypłaty odszkodowania. Co dokładnie oznacza, czy polisę można wypłacić uposażonemu, czy też jest jakiś inny podmiot, któremu się te pieniądze prawnie należą. Wpani przypadku polisa niestety nie zostanie wypłacona, ponieważ zabezpieczeniem kredytu, jaki pani małżonek wziął na swoje nazwisko, jest właśnie jego polisa na życie. – Agnieszka tłumaczyła wszystko spokojnie, tak jakby informowała mnie opogodzie na przyszły tydzień.

– Ale ojakim kredycie pani mówi? – dopytałam.

Żadnego kredytu nie mieliśmy inie było wydatku, na który potrzebne byłyby pieniądze zkredytu. Za wszystkie przyjemności płaciliśmy przecież gotówką lub kartą, ściągając należność znigdy nietopniejących środków na koncie.

– To był kredyt gotówkowy, ale nie mam niestety wglądu wszczegóły poza formalnościami, takimi jak: data zawarcia umowy iwysokość raty. Natomiast mogę dodać, że nie wszystkie pieniądze zpolisy zostaną wykorzystane. Jest niewielka suma, którą pani wypłacimy.

To chyba miała być ta dobra wiadomość, bo jak do tej pory nie umiałam doszukać się niczego pozytywnego wtym, co usłyszałam. Może wjej rozumieniu dobre było to, że nie musiałam spłacać kredytu imiałam czyste konto, bez zadłużeń. Czyste konto. Tak, to było bardzo dobre określenie.

– Przykro mi, że przekazuję pani takie informacje po tym wszystkim, co się stało…

– Taką ma pani pracę. Proszę się nie tłumaczyć… rozumiem – przerwałam potok litości ipocieszeń, jaki miałam zaraz usłyszeć.

Ludzie często wypowiadają takie słowa automatycznie, bez większego zaangażowania, bo tak wypada, bo tak się robi, bo uznaje się to za taktowne. Zapewne na koniec dodałaby, że jakoś się wszystko ułoży iże mąż na pewno nie chciał mnie martwić.

– Gdyby miała pani jakieś pytania, proszę, śmiało.

– Mam pytanie, owszem. Jaką sumę dostanę? – zapytałam rzeczowo, nie oczekując zbyt wiele.

– Niewiele ponad dwadzieścia tysięcy złotych. – Agentka przerwała na moment, apo chwili ciszy, wypełnionej jedynie szelestem kartek, dodała: – Ztego wynika, że kwota około czterystu trzydziestu tysięcy złotych zostanie przelana na konto banku.

Podziękowałam za informację irozłączyłam się. Starałam się wyobrazić sobie przedmioty owartości zbliżonej do kwoty kredytu. Co to mogło być? Coś, za co zapłacił gotówką. Czemu też tak bezmyślnie zabezpieczył ten kredyt polisą na życie? Zapewne zakładał, że prędzej spłaci kredyt, niż skończy się jego życie. Tak czy inaczej powinien mnie poinformować. Jakie to przykre dowiadywać się od zupełnie obcych ludzi, że mój mąż zrobił coś za moimi plecami i– co gorsza – świadomie nie wtajemniczał mnie wswoje decyzje.

Powtarzałam sobie wmyślach, że muszę opracować plan działania zuwzględnieniem planu finansowego na najbliższe miesiące. To, co do tej pory uznawałam za pewne, po raz kolejny musiało zostać zweryfikowane. Przez wiele lat nie zastanawiałam się nad wydatkami, nad tym, czy byłoby nas stać na coś, czy nie. Może los wysłał mnie na kilka lat na wakacje po to, abym teraz miała siłę do walki iodpracowała wszystko, co wcześniej przyszło tak łatwo. Nadszedł moment, wktórym wygodne życie stało się przeszłością imiłym wspomnieniem. Teraźniejszość powodowała, że czułam smutek iżal. Nie umiałam wytłumaczyć, czy byłam zła na agentkę, na Michała, czy na samą siebie. Na pewno użalanie się nad sobą inazywanie uczuć wniczym mi nie pomogły, ale tak trudno było zrozumieć nowe życie, aprzede wszystkim do niego przywyknąć.

– To wszystko dzieje się tak szybko – zaczęłam tłumaczyć mamie po tym, jak dołączyłam do niej wieczorem wkuchni. – Gdy wydaje mi się, że już nic mnie nie zaskoczy, dowiaduję się oczymś nowym, czego nie byłam wstanie przewidzieć…

– Rozumiem cię, masz wrażenie, jakbyś wróciła zpodróży izastała…

– Nie. – Potrząsnęłam głową. – Mam wrażenie, że podróż dopiero się zaczyna.

– Damy radę – zapewniła mama iodwróciła się do mnie plecami, by wyłączyć zmywarkę. – Coś wymyślimy.

Popatrzyłam na nią zwahaniem. Bardzo chciałam jej wierzyć, że uda nam się żyć normalnie. Cały czas jednak powracałam myślami do rozmowy zagentką.

– Czy banki nie są zobowiązane do informowania małżonków okredytach? Czy nie ma takiego prawa, że żona musi wyrazić zgodę na kredyt męża? – formułowałam na głos swoje wątpliwości.

– Askąd wiesz, że wziął ten kredyt, jak byliście małżeństwem? – zauważyła słusznie mama.

– To miałoby sens, ale polisa na życie to była oferta zfirmy Piotra wramach rozszerzenia pakietu dbania opracowników, więc jeśli zabezpieczył kredyt polisą, to myślę, że wziął go, jak już byliśmy po ślubie, ito dobrych kilka lat.

– Pytałaś odaty? Kiedy wziął kredyt?

– Nie, zresztą to była rozmowa zagentką ubezpieczeniową, anie zbankiem. Być może ona ma taką wiedzę, ale nie pytałam oto. Nie przyszło mi do głowy.

– No tak. – Mama spojrzała na mnie poważnie. – To wogóle nie pasuje do Michała.

– Wiem – stwierdziłam smutno. – Dlatego tak bardzo mnie to szokuje.

Mama starała się jakoś wytłumaczyć postępowanie Michała, zapewniając mnie, że ona też nie owszystkim rozmawiała zojcem. Jej słowa miały być dla mnie pocieszeniem, ale nie umiałam tego tak postrzegać. Nie taki miałam obraz swojego związku.

– Ajak twoje badania? – zmieniłam temat. – Które zwas było ulekarza? Wszystko wporządku?

– Tak, wszystko dobrze. Nie martw się. – Mama obdarowała mnie uśmiechem, takim samym jak wczasach dzieciństwa, kiedy miałam pięć lat. Nie wspominając, kogo dotyczyła wizyta, dodała: – To tylko rutynowe badania.

– Obiecaj mi, proszę, że gdy cokolwiek będzie się działo, powiesz mi otym od razu. Nieważne, czy to dotyczy zdrowia, czy innej sprawy. Mam już dość odkrywania prawdy po czasie.

– Dobrze. – Mama podeszła do stołu, ale nie usiadła.

Zrozumiałam, że chciała coś szybko powiedzieć iodejść bez dłuższych dyskusji.

– Ojciec chce, żebym wróciła do domu. – Zawiesiła na chwilę głos. – Mówił, że już czas, żebyś zajęła się wszystkim sama… Powiedziałam mu, że masz jeszcze sprawy, których uporządkowanie zajmie kilka tygodni, iże za jakiś miesiąc przeprowadzę się do niego.

– Rozumiem – odpowiedziałam dość cicho.

Naprawdę rozumiałam imimo że nie miałam zojcem najlepszych relacji, wiedziałam, że nie robił tego ze złości. Całkowicie naturalne było, że chciałby mieć swoją żonę wdomu. Nie przypominałam sobie ani jednej sytuacji, kiedy odwiedziłby nas wmoim mieszkaniu wciągu ostatnich miesięcy. Trudno mi było stwierdzić, jak często rodzice się widywali ijeśli tak, to gdzie. Czy ojciec przyjeżdżał tutaj, czy też mama jeździła do niego, gdy dzieci były wszkole? Być może nawet zabierali chłopców do siebie, żeby spędzić razem trochę czasu. Nie umiałam oto zapytać, więc porzuciłam temat. Dawniej zapewne zadałabym wiele pytań. Wnikałabym wich stosunki. Dzisiaj wyglądało to zupełnie inaczej. Nie zagłębiałam się wproblemy, które nie były moim udziałem.

Mama wyszła zkuchni, zostawiając mnie samą przy stole. Mimo że był to ciężki dzień iwzasadzie powinnam się załamać ipłakać, czułam się dobrze. Przesiadłam się na kanapę zkomputerem na kolanach, rozważając obejrzenie jakiegoś filmu. Za wyliczanie pieniędzy iszacowanie budżetu postanowiłam zabrać się rano. Otworzyłam Facebooka. Zaczęłam przeglądać stronę główną, wyświetlającą wydarzenia zżycia moich znajomych. Jedna zmoich dawnych przyjaciółek opublikowała zdjęcie testu ciążowego. Pogratulowałam jej izanim przeszłam do następnego wpisu, pojawiła się prywatna wiadomość od niej zpytaniem, co umnie. Zuwagi na to, że kiedyś byłyśmy bardzo blisko, rozważałam, czy napisać jej szczerze otym, co się dzieje wmoim życiu, czy też odpisać tak, jak wypadało, że wszystko okej. Zdobyłam się jedynie na: „wiesz, jak jest”. Zasypała mnie kolejnymi wiadomościami, informując mnie, że przestała pracować, że jest wdomu, że chętnie się spotka na pogaduchy, że możemy odświeżyć kontakt. Nie było to jednak takie proste. Za dużo nas teraz dzieliło. Jej życie na pewno było kolorowe iradosne, podczas gdy moje miało jedynie różne odcienie szarości. Zapewniłam ją, że odezwę się, jak już załatwię wszystkie sprawy. Może do tego czasu moje życie nabierze barw.

Wróciłam do czytania pozostałych wiadomości na Facebooku. Zupełnie bez zaskoczenia otworzyłam tę od Wojtka. Poprosił omój numer telefonu ikolejne spotkanie tak szybko, jak to możliwe, na – jak to określił – przyjaźniejszym gruncie. Wysłałam mu krótki tekst. Zaproponowałam spotkanie następnego dnia, podczas pobytu dzieci wszkole.

ZW – zobaczyłam wiadomość od niego wysłaną sekundę po mojej.

ZW? Aco to znaczy?

Po chwili oczekiwania spostrzegłam, że Wojtek coś pisał.

To oznacza „zaraz wracam” wskrócie. Prowadziłem samochód imusiałem zjechać na pobocze. Nie umiem pisać ijechać jednocześnie :)

Zerknęłam na zegar. Było chwilę po dwudziestej drugiej. Nim zaczęłam pisać, pojawiła się kolejna wiadomość:

Wracam właśnie zpracy, czy mogę podjechać do Ciebie na chwilę?

Nie mam warunków na przyjmowanie gości otej porze. Mama śpi, dzieci śpią. Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.

OK, rozumiem, to może mógłbym Cię zabrać gdzieś na miasto lub nawet do siebie, do domu. Weronika na bank nie śpi ibędzie zadowolona ztowarzystwa…

Nie wspominałam spotkania zWeroniką tak miło, żeby traktować kolejną sposobność zobaczenia jej jako coś wartego mojego wysiłku. Gdy czytałam te wiadomości, zastanawiałam się jedynie nad tym, dlaczego tak mu zależy na spotkaniu. Budziło to moją ciekawość. Zanim zdrowy rozsądek zaczął mnie strofować argumentami typu, że jest już późno, że nie powinnam wychodzić zdomu bez uprzedzenia, że to były tylko szalone wymysły Wojtka, odpisałam:

OK, możemy się spotkać. Wszystko mi jedno gdzie.

Choć tak naprawdę miałam nadzieję, że nie zaproponuje swojego mieszkania.

Będę za 10 minut. Jak możesz, to zejdź na dół, wiem, które to osiedle, ale nie wiem, gdzie dalej, B4N.

B4N?

Szyfr, którego nie byłam wstanie odczytać, skupił moją uwagę, zupełnie odciągając ją od faktu, że Wojtek wiedział, gdzie mieszkam. Tłumaczyłam sobie, że być może kiedyś odwoził Michała albo rozmawiali otym, gdzie kto mieszka. Zatrzymałam na chwilę rozpędzone myśli pytaniem, czy to bezpieczne wychodzić zkimś, kogo się słabo zna. Odpowiedzialna strona mnie spowodowała, że wyrwałam kartkę znotatnika izostawiłam mamie informację zdanymi Wojtka – tego, co onim wiedziałam, było niewiele. Po powrocie do komputera zastałam wyjaśnienie. B4N to skrót od bye for now. Czułam się staro, nie rozumiejąc obowiązujących obecnie szyfrów, tak jakby cała epoka minęła, odkąd ostatni raz czatowałam zludźmi.

Pośpiesznie się przebrałam, odświeżyłam izeszłam na dół. Moje osiedle to było skupisko czterech apartamentowców ustawionych wdwóch równoległych do siebie liniach. Na obu końcach znajdowały się parkingi dla gości. Przeszłam najpierw wjedną stronę osiedla, ale panująca cisza iciemność szybko przegoniły mnie wdrugą stronę. Tuż za bramą wjazdową stało zaparkowane auto zpatrzącymi na mnie złowrogo włączonymi światłami. Pomyślałam osarnach iinnych zwierzętach, które wobliczu tych dwóch jasnych strumieni światła ogarnia paraliż. Poczułam nerwowość izawahałam się niepewna, czy powinnam podejść izapytać się, czy to on, czy też poczekać na kontakt zjego strony – oile to była właściwa osoba.

– Cześć – usłyszałam głos ze strony groźnych świetlnych „oczu”.

Zrobiłam sobie dłonią daszek nad brwiami jako sygnał, że nic nie widzę. Musiał zrozumieć mój gest, bo po chwili wyłączył światła.

– Sorry za to, nie sądziłem, że nie poznasz samochodu – powiedział Wojtek, zbliżając się do mnie iwyciągając rękę na przywitanie. – Dzięki, że przyszłaś.

– Wybacz, ale nie mam bladego pojęcia, jaki to samochód… Co więcej, widząc tylko umieszczone wysoko dwa snopy światła, łatwo pomyśleć, że to traktor.

Ścisnęłam jego dłoń pewnie, tak jakbym chciała przekonać ijego, isiebie, że mam wsobie siłę. Wtym momencie zdałam sobie sprawę, ile mnie to spotkanie będzie kosztowało. Musiałam blefować, udawać obojętną, bo przecież nie mogłam mu pokazać, że przyszłam tu kierowana ciekawością.

– Traktor? – Szczery śmiech Wojtka sprawił, że się uśmiechnęłam. – Udam, że tego nie słyszałem. Nawet nie wiesz, jakie osiągi ma ten traktor.

Popatrzył na mnie przez chwilę tak sympatycznie imiło, jakby był moim przyjacielem.

– Jedziemy? – Otworzył mi drzwi od strony pasażera.

– Agdzie? – dopytałam, wsiadając.

– Może pojedziemy na Stare Miasto. Przejdziemy się, pogadamy…– zaproponował, odpalając silnik.

Skinęłam tylko głową. Wojtek zapiął pasy izaczął cofać zpodjazdu. Po chwili płyta CD zaczęła grać delikatną muzykę jazzową. Wieczór był dość ciepły jak na maj, aja od tak dawna nigdzie nie wychodziłam. Ogarnęła mnie radość ilekkość. Po raz kolejny przywołałam swoją listę rzeczy do zrobienia iwmyślach dopisałam następny punkt. Tak, muszę wychodzić zdomu. Może jednak powinnam się zgodzić na to spotkanie ze swoją dawną, aobecnie ciężarną przyjaciółką? Może nie byłoby aż tak źle? Czy tak dużo zmienia to, że była szczęśliwa iwbłogosławionym stanie?

– Czemu nic nie mówisz? – wyrwał mnie zzamyślenia Wojtek.

– Słucham? – Spojrzałam na niego tak, jakbym obudziła się zaskoczona, że znajduję się wjego samochodzie.

Na jego twarzy wogóle nie było widać zmęczenia, aprzecież pisał, że zaledwie przed chwilą wyszedł zpracy. Jedyną oznaką upływu godzin był jego ciemny zarost przebijający się przez skórę policzków. Wyglądał młodo iatrakcyjnie.

Zmarszczyłam brwi, starając się zrozumieć, oco mnie zapytał.

– Aco mam mówić? To ty chciałeś rozmawiać.

– No tak, ale myślałem, że będziesz miała jakieś pytania – stwierdził, nie odrywając wzroku od ulicy.

Trzymał kierownicę jedną ręką. Zdecydowanie mi się to nie podobało. Brak zaufania, ciemność iduża prędkość wzbudzały we mnie mieszane uczucia.

– Najpierw trzeba wiedzieć, oco pytać – wycedziłam.

– Tak, to prawda – zauważył. – Wtwoich oczach wyglądam pewnie na desperata gnębiącego ludzi po nocach swoimi teoriami spiskowymi, wprawiając ich tym wzakłopotanie izażenowanie.

Nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. To było tak lekko powiedziane, że pozazdrościłam mu swobodnego formułowania myśli iodwagi wypowiadania ich na głos. Całe napięcie nagle odpuściło. Wojtek potrafił rozmawiać, przełamywać lody inazywać rzeczy otwarcie, to było pewne. Bardzo szybko wzbudzał sympatię. Zpewnością pomagał mu też jego urok osobisty. Wtym momencie stwierdziłam, że udzielę mu kredytu zaufania iwysłucham uważnie jego teorii spiskowych.

– Wiem, że wiele spraw, októrych ode mnie usłyszysz, może ci się nie spodobać – kontynuował – ale chcę od razu powiedzieć, że jestem przekonany, że Michał któregoś dnia by ci otym powiedział, tylko po prostu los przygotował dla niego inny scenariusz. – Wojtek rzucił mi przelotne spojrzenie, jakby chciał zbadać moją reakcję.

Sądził zapewne, że się rozkleję, amoże że się otworzę izacznę mówić. Dla mnie tego rodzaju emocje zostały zbyt głęboko zakopane, by takim lekkim stwierdzeniem wydostać je na wierzch. Nie miałam nic do powiedzenia, aprzynajmniej jemu. To, co mój mąż przede mną ukrywał, czego nie powiedział, nie dawało się sensownie wytłumaczyć izapewnienia ojego najlepszych intencjach były już nudne. Złość, którą czułam, powodowała, że powoli piedestał, na którym Michał stał przez wszystkie lata naszego związku, zaczynał się kruszyć. Faktem było, że sama go tam postawiłam, był moim bohaterem. Kimś godnym podziwu, szacunku, zaufania. Boże, jaka ja byłam ślepa – dlaczego nie zadawałam pytań? Przywołałam swoją odpowiedź sprzed kilku sekund – „trzeba wiedzieć, oco pytać”.

– Muszę zacząć od początku – kontynuował rozmowę Wojtek – bo inaczej nie będziesz wstanie zrozumieć, oczym mówię. – Po krótkiej pauzie, potrzebnej na zebranie myśli, zaczął pewnie: – Wfirmie nie było żadnej konkurencji. Każdy doskonale znał swoje miejsce. Nie było zaskakujących awansów, niespodziewanych premii, przypadkowych gratulacji. Praca zPiotrem ma to do siebie, że organizacja znajduje się na pierwszym miejscu. Łatwo się zatem domyślić, że błędy nie zdarzały się często, ajeśli już były, to powodowały taką nerwówę, że ciężkie powietrze przygniatało do ziemi każdego, kto tylko przebywał pod dachem firmy. Wtedy była cisza.

Słuchałam Wojtka, zastanawiając się, czy jego słowa przedstawiały firmę tak, jak ja to widziałam. Częściowo się zgadzało, zwłaszcza ztą dobrze funkcjonującą machiną. Wtej materii moje wrażenia były podobne, ale to, co Wojtek powiedział obłędach, zupełnie mi nie pasowało. Może mówił oswojej pracy iwłasnych doświadczeniach. Piotra postrzegałam jako bardzo dobrego szefa inie potrafiłam sobie wyobrazić tej ciszy inapięcia. Prędzej widziałabym radykalne cięcie niż przeciągającą się niepewność wśród pracowników.

– Słuchasz mnie? – zapytał.

Zapatrzona wszybę przed sobą byłam nieświadoma, że Wojtek czeka na moją reakcję.

– Tak – rzuciłam pospiesznie. – Tylko staram się to sobie wyobrazić. Inie gra mi to obłędach iatmosferze.

– Widzisz, to jest kolejny dowód na to, że Michał nie chciał cię martwić, bo…

– Błagam, nie mów mi otym jego wspaniałomyślnym planie niemartwienia mnie niczym. Niedobrze mi się robi, jak to słyszę – warknęłam.

– Okej, okej, sorry. – Wojtek uniósł jedną rękę wgeście poddania. – Chciałem tylko powiedzieć, że była raz sytuacja, kiedy Michał dość ostro pokłócił się zPiotrem. Krzyczeli na siebie, po czym Michał wyszedł z jegogabinetu iidąc do siebie, uderzył wdrzwi, rozbił szybę iskaleczył rękę…

Wmojej głowie zapaliło się czerwone światełko. Pamiętam, jak przyszedł do domu ze świeżymi ranami na dłoni. Wrócił wtedy bardzo późno, nie odbierał telefonu. Umierałam ze strachu, myśląc onajgorszym. Wytłumaczył mi, że coś mu się waucie zepsuło, próbował to naprawić, pokaleczył się, wylądował wserwisie idlatego tak długo zeszło. Kłamstwo. Aja wtedy nawet onic nie pytałam, tylko przytuliłam go szczęśliwa, że wrócił do domu cały izdrowy, no… zkilkoma zadrapaniami. Muszę blefować, muszę blefować – powtarzałam sobie wgłowie. Nie mogłam powiedzieć Wojtkowi, że otym nie wiedziałam. Co on by sobie pomyślał onaszym małżeństwie? Jacy znas byli partnerzy? Dlaczego Michał mi otym nie powiedział? Może nie mógł? Może ja sprawiałam wrażenie, że byłam głucha na problemy? Teraz to sama siebie oszukiwałam, przecież byłam totalnie, absolutnie icałkowicie głucha na problemy, zzerową umiejętnością odczytywania znaków ostrzegawczych. Żona idiotka, nieświadoma otoczenia iżyjąca wraju – tak mogłam siebie podsumować.

Jedno mnie niepokoiło: kiedy przestałam być partnerem do rozmów? Ile to trwało? To chyba najważniejsze pytanie ze