Nie mów nikomu - Karolina Wójciak - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Nie mów nikomu ebook i audiobook

Karolina Wójciak

4,6

881 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczna przeszłość niszczy każdego, kto próbuje ją zrozumieć…

ROK 2022: Po śmierci teścia Margo postanawia towarzyszyć mężowi w powrocie do rodzinnego domu. Nigdy tam nie była, nigdy nie poznała tego mężczyzny. Do tej pory nie zaprzątało to jej głowy, ale po dotarciu na miejsce, po zobaczeniu domu, warunków, w jakich egzystował teść, w jej myślach pojawiło się pytanie: dlaczego mąż ukrywał przed nią prawdę? Co takiego wydarzyło się w tym domu, że jej ukochany po przekroczeniu progu zmienił się w kogoś zupełnie innego? Marcin wychodzi z więzienia po 25-letniej odsiadce. Naprawi swoje błędy czy też potwierdzi teorię, że człowiek raz skazany nie potrafi już żyć zgodnie z prawem?

ROK 1997: Zbyszek jest policjantem, ma fantastyczną żonę i idealne życie. Dokładnie takie, jakiego mogą pozazdrościć mu inni. Pracuje w niewielkim miasteczku, w którym przestępczość nie istnieje. Każdy każdego zna, ale czy wystarczająco, żeby uniknąć tragedii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 352

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 52 min

Lektor: Karolina Wójciak

Oceny
4,6 (967 ocen)
692
193
65
13
4
Sortuj według:
monikatrzcinskapas

Nie oderwiesz się od lektury

Nie znam autorki i na książkę trafiłam "przypadkiem " bo moją uwagę przykuła okładka, która jest bliźniaczo podobna do okładki książki "Cymanowski młyn " i pomyślałam, że to kolejna część. Teraz już wiem , że muszę przeczytać wszystkie książki Karoliny Wójciak bo bardzo odpowiada mi jej styl pisania. Uwielbiam książki, w których akcja toczy się dwutorowo, narracja jest w pierwszej osobie, jest tajemnica rodzinną, która ma wpływ na postepowanie bohaterów a autorka powoli dawkuje jej rozwiązanie. Wszystko w tej książce jest przemyślane , nic nie dzieje się przypadkiem. Polecam gorąco. P.S. Jeśli ktoś lubi książki Charlotte Link to ta książka przypadnie Wam do gustu.
152
darbar85

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze, od książek Karoliny nie mozna się odezwać, audiobook mistrzostwo. Słucha się z przyjemnością
81
Justynagulke

Z braku laku…

Ta powieść jest jak niskobudżetowe kino klasy B. Sztuczne dialogi, irytujący bohaterowie podejmujący nielogiczne decyzje, infantylne zakończenie. Dla amatorów m
40
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Autorkę poznałam od audiobooka Cel . Słucham wszystkie dostępne kryminały. Pani Karolina ma cudowne pióro w każdej kolejnej powieści zaskakuje swoim talentem w tym miejscu można wymieniać niezliczone pochwały. Wymienię tylko jedną potrafi zaciekawić słuchacza trzyma w napięciu jej zakończenia kryminałów są zawsze oryginalne niepowtarzalne. Audiobook w wykonaniu kilku lektorów tylko dodają do oceny książki kolejny atut aby poznać jej twórczość. Polecam z czystym sercem wszystkim słuchającym, którzy nie znają jej dorobku.
31
Ellad2

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Dobrze spędzony czas. Polecam
31

Popularność




Ka­ro­lina po­ka­zała ko­lejny raz, że jest mi­strzy­nią thril­le­rów psy­cho­lo­gicz­nych. Stwo­rzyła hi­sto­rię, od któ­rej nie można się ode­rwać, która prze­raża swoją au­ten­tycz­no­ścią. Po jej lek­tu­rze by­łam w szoku i zo­sta­łam z go­ni­twą my­śli! Ta hi­sto­ria za­pad­nie Wam na długo w pa­mięci i da mocną lek­cję ży­cia.

Blonderka.pl

agnieszka.rybska

Tak jak je­den czło­wiek po­trafi bu­do­wać, drugi po­trafi nisz­czyć. Czy zło i okru­cień­stwo są dzie­dziczne? Czy można uło­żyć so­bie do­ro­słe ży­cie, no­sząc w so­bie nie­prze­pra­co­waną traumę z dzie­ciń­stwa? Czy można wy­ba­czyć nie­spra­wie­dliwy wy­rok? Na te i inne py­ta­nia szu­kają od­po­wie­dzi bo­ha­te­ro­wie naj­now­szej książki Ka­ro­liny Wój­ciak: Margo, Na­tan, Mar­cin, Ania oraz Olaf. Bar­dzo po­le­cam tę lek­turę.

Dominika Matuła

www.domi-czyta.pl

Wój­ciak po raz ko­lejny udo­wod­niła, jak bar­dzo nie trzyma się sche­ma­tów i two­rzy abs­trak­cyjną rze­czy­wi­stość, a jed­no­cze­śnie tak re­alną. Swo­imi sło­wami po­chła­nia czy­tel­nika na tyle mocno, że po­mimo prze­ra­że­nia nie je­ste­śmy w sta­nie się od niej ode­rwać. A prze­peł­niona ta­jem­ni­cami hi­sto­ria Margo to kwin­te­sen­cja pióra Wój­ciak i jedna z lep­szych ksią­żek, ja­kie czy­ta­łam. Po­le­cam jako obo­wiąz­kową lek­turę!

Aneta Marciniak

ama­tor­ka­_k­sia­zek

To­talny rol­ler­co­aster, hi­sto­ria pełna za­sko­czeń, emo­cji i z dresz­czy­kiem. Po raz ko­lejny nie za­wio­dłam się, czy­ta­jąc książkę spod pióra Ka­ro­liny. Świetny styl i ak­cja po­pro­wa­dzona tak, że tek­stu nie spo­sób odło­żyć, do­póki nie prze­wró­cimy ostat­niej strony.

Aleksandra Kaźmierczak

olo­ve­re­ads

Po raz ko­lejny da­łam się wcią­gnąć w wir nie­pew­no­ści, nie­wie­dzy i łot­de­fa­ków. Nie po­win­nam być za­sko­czona, a jed­nak je­stem, bo au­torka tym ra­zem za­fun­do­wała nam coś no­wego. Po raz pierw­szy pod­czas czy­ta­nia czu­łam lęk, do­sta­wa­łam gę­siej skórki i w nocy za­pa­la­łam wszyst­kie świa­tła. I nie, to nie jest hor­ror, nie ma tu nic nad­przy­ro­dzo­nego, ale Ka­ro­lina zbu­do­wała taki kli­mat, że nie dało się tego czy­tać bez przy­spie­szo­nego bi­cia serca i bez oglą­da­nia się za sie­bie. Było gę­sto, lepko, po­nuro i bar­dzo nie­po­ko­jąco. Chcia­łam czy­tać szyb­ciej, żeby wy­rwać się z ma­cek stra­chu, a z dru­giej strony czy­tać wol­niej, bo nie chcia­łam, żeby ta hi­sto­ria się skoń­czyła.

Katarzyna Ziembicka

ael­li­renn

Ona i on, mło­dzi, piękni, bo­gaci, mają wszystko, o czym ma­rzyli. Do­łóżmy do tego jed­nak ta­jem­nicę z prze­szło­ści, ro­dzinne se­krety, nie­roz­li­czone żale, ba­gaż emo­cjo­nalny i Wój­cia­kową twi­stową za­cię­tość do mie­sza­nia w ga­rze peł­nym tego, co prę­dzej czy póź­niej musi wy­ki­pieć – oto prze­pis na ko­lejny hit! Czy trzeba do­da­wać, że mu­si­cie to prze­czy­tać?!

Joanna Hilińska

la­pie­_za­_slowa

Po­dobno czas le­czy rany, ale nie­które ni­gdy się nie za­bliź­niają. Ta hi­sto­ria po­zo­sta­wia po so­bie ślad, bez­li­to­śnie od­krywa krok po kroku zło uśpione w za­ci­szu do­mo­wego ogni­ska. Czy­ta­nie tej hi­sto­rii nie­sa­mo­wi­cie boli, ale rów­nie mocno wzru­sza! Nie­po­ko­jąco mroczna, wstrzą­sa­jąca i moim zda­niem naj­lep­sza książka au­torki! Po­le­cam!

Agnieszka Bendkowska

__pin­klife

Ko­lejna książka Ka­ro­liny, która po­ka­zuje bru­tal­ność lu­dzi, na­wet wo­bec naj­bliż­szych. Dla­czego do­brych lu­dzi na­wie­dzają ta­kie tra­ge­die? Dla­czego zło wciąż po­ja­wia się tam, gdzie nie po­winno, i nisz­czy naj­pięk­niej­sze re­la­cje? Ka­ro­lina w bru­talny spo­sób po­ka­zuje, że ży­cie może bo­le­śnie do­świad­czyć każ­dego z nas. A na tak wielką krzywdę nie można się przy­go­to­wać. Po­le­cam!

Jo­anna Ćwiertka

pan­da­_zk­siaz­ka_

Ka­ro­lina Wój­ciak ko­lejny raz po­rywa czy­tel­nika do mrocz­nego świata ludz­kich ta­jem­nic, który fa­scy­nuje i za­chwyca. Robi to bez­par­do­nowo, a przy tym pięk­nie i z gra­cją. Ja pod­da­łem się temu z ogromną przy­jem­no­ścią. Wy też tak uczy­ni­cie. Gwa­ran­tuję!

Adam Matyjaszczyk

za­czy­tany.tata

Czytanie książek Karoliny Wójciak przypomina układanie puzzli. Niby na początku żadne elementy do siebie nie pasują, ale z biegiem stron wszystko powoli wskakuje na swoje miejsce. Tak też było tym razem. Karolina szokuje, a jej historie wywołują ciarki na całym ciele. Jeżeli lubisz ogromne zaskoczenia – ta książka jest właśnie dla Ciebie!

Marta Sarnecka

Bookholiczka_poleca

Redakcja: Paulina Zyszczak

Korekta: Katarzyna Wróbel

Projekt okładki: Karolina Wójciak

Zdjęcie z okładki: canva.com

Konwersja do ePub/mobi: Mateusz Cichosz | @magik.od.skladu.ksiazek

Copyright © by Karolina Wójciak, 2022

North Vancovuer, sierpień 2022

All rights reserved.

ISBN: 978-83-67308-09-0

Mo­jemu mę­żowi, Ku­bie, który chciał rzu­cić wszystko i przy­je­chać mi na ra­tu­nek do Pol­ski, kiedy za­cho­ro­wa­łam pod­czas wi­zyty w czerwcu 2022, a także dr Mał­go­rza­cie Czer­ni­chow­skiej-Ko­tiuszko, która zro­biła co w jej mocy, aby przy­jeż­dżać nie mu­siał.

Margo

Dwa dni temu do­sta­li­śmy te­le­fon. Zmarł oj­ciec mo­jego męża. Nie­spo­dzie­wa­nie. Sam, w ro­dzin­nym domu Na­tana, bez ni­kogo u boku. Matka mo­jego uko­cha­nego umarła, za­nim się po­zna­li­śmy. Po­dobno cho­ro­wała, ale mąż do końca nie chciał roz­ma­wiać o jej cho­ro­bie. Za­pew­nił mnie, że to nic ge­ne­tycz­nego i że nie po­win­nam się przej­mo­wać. Sta­ra­li­śmy się o dziecko, więc wie­dział, jak bar­dzo mi za­leży na prze­te­sto­wa­niu na­szych ge­nów pod wzglę­dem każ­dej moż­li­wej cho­roby, a przede wszyst­kim na za­po­bie­gnię­ciu wszel­kim pro­ble­mom.

To jego ucie­ka­nie od te­matu, mó­wie­nie o ro­dzi­cach ogól­ni­kami su­ge­ro­wało ja­kąś ta­jem­nicę. Zże­rała mnie cie­ka­wość, jed­nak sza­no­wa­łam wy­bór męża i nie zmu­sza­łam go do zwie­rza­nia się. Po­dej­rze­wa­łam, że jego matka po­peł­niła sa­mo­bój­stwo. To typ śmierci dla nie­któ­rych wsty­dliwy. Ła­twiej mówi się o cho­ro­bie, o zma­ga­niach i walce bli­skiej osoby niż o pod­da­niu się i tar­gnię­ciu na wła­sne ży­cie. Swoją po­stawą chcia­łam za­pew­nić Na­tana, że może wy­znać mi prawdę, ale mil­czał jak za­klęty. Niby da­wa­łam mu spo­kój, jed­nak chcia­łam znać szcze­góły. To prze­cież istotne, prawda? Kil­ku­krot­nie pró­bo­wa­łam wy­cią­gnąć z niego ja­kieś wspo­mnie­nia. Na darmo, za­wsze od­ma­wiał po­ru­sza­nia tego te­matu. Za każ­dym ra­zem, nie­za­leż­nie od tego, co ro­bi­li­śmy, ury­wał dys­ku­sję i wy­cho­dził. Zo­sta­wiał mnie samą, szwen­dał się gdzieś po mie­ście i wra­cał, kiedy miał już pew­ność, że po­szłam spać i nie będę go mę­czyła py­ta­niami. Nie­kiedy cze­ka­łam na niego przy­kryta koł­drą po uszy i uda­wa­łam, że śpię, chcąc spraw­dzić, co zrobi, jed­nak on po pro­stu się roz­bie­rał i kładł obok mnie naj­ci­szej, jak po­tra­fił.

Kiedy wró­ci­łam z pracy, za­sta­łam go nad wa­lizką. Nie uprze­dzał o wy­jeź­dzie ani nie wy­słał wia­do­mo­ści o na­głej zmia­nie pla­nów. Za­sko­czył mnie wi­dok jego ubrań wrzu­ca­nych bez ładu do torby.

– Co ro­bisz? – za­py­ta­łam, pod­cho­dząc do niego. Po­ca­ło­wa­łam go w po­li­czek, ale zu­peł­nie nie za­uwa­żył mo­jej czu­ło­ści ani w ogóle mo­jej osoby. – Wszystko w po­rządku?

– Tak.

– Co ro­bisz?

– Nie wi­dać? – syk­nął. – Pa­kuję się.

– To wi­dzę, ale co pla­nu­jesz? Je­dziesz do domu?

– Tak.

– Kiedy?

– Dzi­siaj, o dwu­dzie­stej mam sa­mo­lot.

Onie­mia­łam. O ni­czym nie wspo­mniał przed­wczo­raj, kiedy otrzy­ma­li­śmy te­le­fon. Stwier­dził, że za­czeka na datę po­grzebu i do­piero wtedy zde­cy­duje o wy­jeź­dzie. Przy­naj­mniej do ta­kiego wnio­sku do­szedł wtedy. Co za­tem się zmie­niło? I naj­waż­niej­sze: dla­czego nie ra­czył do mnie za­dzwo­nić, skoro po­sta­no­wił wy­je­chać? Gdy­bym zo­stała w pracy do późna – co ostat­nio zda­rzało mi się czę­sto – mo­głam wró­cić do pu­stego już miesz­ka­nia i szu­ka­ła­bym go w mie­ście jak idiotka, pod­czas gdy on po­ko­ny­wałby ki­lo­me­try do Pol­ski.

– I nie za­dzwo­ni­łeś? – Usia­dłam na łóżku obok jego wa­lizki.

– Nie wi­dzę po­wodu, żeby cię mar­twić – stwier­dził i scho­wał się w gar­de­ro­bie. Kiedy wy­szedł, niósł gar­ni­tur, ten naj­lep­szy.

– Wszystko, co mar­twi cie­bie, mar­twi mnie. Je­stem twoją żoną.

– Tak, wiem. – Po­słał mi sztuczny uśmiech i wrzu­cił gar­ni­tur do wa­lizki.

Nie mo­głam na to pa­trzeć. Wsta­łam, wy­ję­łam go i zło­ży­łam, dba­jąc o uło­że­nie ma­te­riału, a do­piero po­tem umie­ści­łam go de­li­kat­nie w wa­lizce, tak aby po wy­ję­ciu nie wy­glą­dał jak psu z gar­dła wy­cią­gnięty.

– Ten gar­ni­tur – za­czę­łam, wska­zu­jąc na ubra­nie – i tak bę­dziesz mu­siał od­dać do pra­so­wa­nia. Nie wy­trzyma w ta­kim sta­nie do dnia… po­grzebu.

– Zo­ba­czę na miej­scu.

– Na­tan. – Zła­pa­łam go za rękę, kiedy znów chciał wró­cić do gar­de­roby. – Po­cze­kaj. Po­roz­ma­wiaj ze mną.

– Nie ma o czym – po­wie­dział, pa­trząc mi pro­sto w oczy.

– Jest. Zmarł twój oj­ciec, a ty znów się od­ci­nasz. Nie po­wia­do­mi­łeś mnie o wy­jeź­dzie ani nie da­łeś mi czasu, że­bym po­roz­ma­wiała z sze­fem o wol­nym. Ale nie myśl so­bie, że mam o to pre­ten­sje. Ja wszystko ro­zu­miem. Na­prawdę. Je­steś po pro­stu w szoku. Ale nie mu­sisz być z tym wszyst­kim sam, masz mnie. – Uśmiech­nę­łam się do niego cie­pło. – Po­zwól mi się za­trosz­czyć o cie­bie w tym trud­nym mo­men­cie.

– Po­jadę sam.

– Słu­cham? – Wy­da­wało mi się, że się prze­sły­sza­łam.

– Nie wiem, ile mi zej­dzie. Jest tyle spraw do za­ła­twie­nia, dom do sprze­da­nia. Po co masz je­chać?

– Ty mó­wisz se­rio? – Sta­nę­łam tak bli­sko niego, że mu­siał zro­bić krok w tył.

– Prze­cież masz pro­jekty w trak­cie, klien­tów…

– Jezu – we­szłam mu w słowo – to tylko praca, nic nie ma dla mnie ta­kiego zna­cze­nia jak ty. Je­steś dla mnie naj­waż­niej­szy. Ty i twoje sa­mo­po­czu­cie. Wi­dzę, że cię ta śmierć kom­plet­nie za­sko­czyła, więc wy­bacz, ale sam nie po­je­dziesz.

– Nie ga­daj głu­pot. – Omi­nął mnie i po­now­nie wszedł do gar­de­roby, tym ra­zem po bie­li­znę.

Od­cze­ka­łam, aż wyj­dzie.

– Nie po­zwolę ci je­chać sa­memu – po­wie­dzia­łam sta­now­czo. – Nikt nie po­wi­nien być w ta­kiej chwili sam.

– Nie po­trze­buję, że­byś ze mną je­chała – wy­pa­lił, a mnie ko­lejny raz za­tkało.

Po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach, że on cierpi. Jest zra­niony i wy­ła­do­wuje się na mnie, bo je­stem bli­sko, bo może wy­rzu­cić z sie­bie to, co go mę­czy. To nie­umie­jętne wo­ła­nie o po­moc i mi­łość. Osoba to­cząca ja­kąś we­wnętrzną walkę, z którą nie może so­bie po­ra­dzić sama, pra­gnie mi­ło­ści i wspar­cia, ale nie wie, jak o nie po­pro­sić. Przy­tło­czona emo­cjami robi to w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób: od­py­cha, ob­raża, rani, rzuca ostrymi sło­wami jak no­żem do celu.

Bez słowa wy­ja­śnie­nia po­szłam po swoją wa­lizkę. Przy­cią­gnę­łam ją do sy­pialni, a na­stęp­nie za­czę­łam tak jak Na­tan cho­dzić po swoje rze­czy.

– Co ro­bisz? – Tym ra­zem to on się za­trzy­mał w pół kroku.

– Pa­kuję się – oznaj­mi­łam z uśmie­chem. – Do szefa na­pi­szę z sa­mo­lotu, po­wiem mu, że to na­gła sprawa. Biorę wolne, bo jadę na po­grzeb, nie na wa­ka­cje. W ta­kich chwi­lach wy­ba­cza się wszystko. Na­wet wy­jazd z dnia na dzień. Śmierć nie wy­biera, nie szuka do­god­nego ter­minu. Jest na­gła. On to zro­zu­mie. Je­stem tego pewna.

– Cho­dzi o te za­strzyki? O te­ra­pię? Je­śli ci się wy­daje, że będę miał ochotę na seks, to bar­dzo się my­lisz.

Za­nie­mó­wi­łam. Prze­łknę­łam ciężko, na­stęp­nie po­li­czy­łam w my­ślach do dzie­się­ciu. Tak, ro­bił wszystko, żeby mnie wku­rzyć, że­by­śmy się po­kłó­cili, a po­tem że­bym się na niego ob­ra­ziła i nie po­je­chała. Jed­nak nie spo­dzie­wa­łam się po nim wy­cią­ga­nia te­raz te­matu ciąży. Ja­kim cu­dem przy­szło mu do głowy, że jadę po to, by upra­wiać seks? Ni­żej nie mógł upaść, ale… to wła­śnie po­twier­dziło, jak mocno cier­piał.

– Ja wiem, co ty chcesz zro­bić – po­wie­dzia­łam spo­koj­nie. – Chcesz mnie zra­nić. Chcesz mnie od sie­bie ode­pchnąć. Ale wiesz co… To jest wła­śnie to na do­bre i na złe, które so­bie przy­się­ga­li­śmy. Choć to­bie się wy­daje, że wiesz le­piej, co jest dla cie­bie do­bre, ja mó­wię sta­now­cze „nie”. Albo je­dziemy ra­zem, albo nie je­dzie żadne z nas.

– Nie mo­żesz mi za­bro­nić – stwier­dził pew­nie, czym kom­plet­nie pod­wa­żył moją sta­now­czość.

– Tak, masz ra­cję, nie mogę ci za­bro­nić, ale je­śli mnie ko­chasz, je­śli trak­tu­jesz mnie jak żonę, part­nerkę na ży­cie, osobę, z którą chcesz przez nie przejść, zro­zu­miesz moją po­stawę i po­zwo­lisz so­bie po­móc.

Prych­nął.

– Nie po­trze­buję po­mocy, se­rio. Nie wiem, po co do­ra­biasz teo­rię do cze­goś, co jest oczy­wi­ste i bez­pro­ble­mowe. Nie wi­dzia­łem się z oj­cem od wie­ków, nie by­li­śmy bli­sko. Od mo­mentu, w któ­rym od­dał mnie do in­te­ratu by­wa­łem w domu raz na ru­ski rok. Ty do­pa­tru­jesz się tu cze­goś, czego nie ma. Emo­cji, któ­rych ni­gdy nie było.

– Oke­eej. Skoro tu ni­czego nie ma, nie uwa­żasz, że po­win­nam być na po­grze­bie te­ścia? Po pro­stu jako ro­dzina. Już po­mi­ja­jąc to, czy cie­bie ta śmierć do­tknęła, czy nie.

– Nie zna­łaś go – syk­nął. – Nie mu­sisz iść.

– Ale chcę!

– Boże, czemu mu­sisz wszystko kom­pli­ko­wać?!

– Wszystko?

– I tak ku­pi­łem je­den bi­let.

– No to do­ku­pię drugi.

– Nie wiem, czy jest miej­sce.

– To po­lecę na­stęp­nym.

Za­klął pod no­sem, a mnie przy­szło do głowy, że o czymś mi nie mówi i wła­śnie to coś po­wstrzy­muje go przed za­pro­sze­niem mnie do swo­jego ro­dzin­nego domu. Nikt by się tak nie upie­rał, gdyby nie miał od­po­wied­niego po­wodu.

– Na ile się pa­ku­jemy? – zmie­ni­łam te­mat, sta­ra­jąc się brzmieć lekko, choć czu­łam się po­twor­nie. Przy­gnia­tała mnie jego obo­jęt­ność, złość i ta po­ra­ża­jąca wręcz nie­chęć do mnie.

Mia­łam z tym czło­wie­kiem za­ło­żyć ro­dzinę, ze­sta­rzeć się i do­cze­kać ostat­nich dni, a tym­cza­sem nie mo­gli­śmy się po­ro­zu­mieć w ta­kiej bła­hej kwe­stii. Co spra­wiło, że prze­stał na mnie pa­trzeć jak na ko­goś, kogo po­trze­buje się w trud­nej chwili? Wszystko wska­zy­wało na to, że spra­wiał mi przy­krość, by chro­nić coś in­nego. Ale co? A może kogo? Prze­cież nie ojca, który wła­śnie zmarł, ani nie matkę, która nie żyła od wielu lat.

Mil­czał.

– Mam się pa­ko­wać na ty­dzień? Dwa dni? Dwa ty­go­dnie?

Na­dal pa­no­wała ci­sza. Mie­rzy­li­śmy się wzro­kiem, ale czu­łam się tak, jakby od tego za­le­żało, co da­lej z nami. Cze­ka­łam na jego od­po­wiedź.

– Ja wzią­łem mie­siąc wol­nego – stwier­dził su­cho.

Znów mnie za­sko­czył. Po co miałby je­chać na tak długo? Więk­szość spraw urzę­do­wych można za­ła­twić w ty­dzień, góra dwa.

– Do­brze, spa­kuję się na mie­siąc – stwier­dzi­łam ta­kim to­nem, jakby mnie to wcale nie ru­szało.

Z sa­mo­lotu wy­sła­łam ma­ila do szefa z in­for­ma­cją o nie­pla­no­wa­nym mie­sięcz­nym urlo­pie z po­wo­dów ro­dzin­nych. Opi­sa­łam do­kład­nie sy­tu­ację, ma­jąc świa­do­mość, jak ta­kie bra­nie wol­nego znie­nacka wpływa na zwierzch­ni­ków. Do­da­łam od sie­bie coś o pro­ble­mach praw­nych po śmierci te­ścia, pod­bram­ko­wej sy­tu­acji ma­jąt­ko­wej i na­szej ko­niecz­nej obec­no­ści w Pol­sce. W su­mie po­win­nam po­cze­kać na od­po­wiedź i do­piero wtedy wsiąść w sa­mo­lot, ale zro­bi­łam od­wrot­nie do tego, co wy­pa­dało na sta­no­wi­sku kie­row­ni­czym. Mał­żeń­stwo sta­wia­łam na pierw­szym miej­scu. Ka­riera to nie wszystko.

Sie­dzia­łam obok Na­tana, co udało się za­ła­twić przy nada­wa­niu ba­gażu, a z czego mój mąż wcale nie był za­do­wo­lony. Po­sta­no­wi­łam dać mu prze­strzeń i czas: nie od­zy­wać się, nie zmu­szać go do roz­mowy i o nic nie py­tać. Za­miast tego pa­trzy­łam, jak pił al­ko­hol, jak pła­cił kartą za ko­lej­nego drinka, i za­sta­na­wia­łam się, czy gdyby po­le­ciał sam, też by się tak za­cho­wy­wał. W końcu zmu­si­łam go do wspól­nego wy­jazdu. Je­dyne, co mógł zro­bić, skoro nie miał nade mną kon­troli, to zno­kau­to­wać sie­bie sa­mego al­ko­ho­lem. Cał­kiem jak dziecko, które na złość matce od­mraża so­bie uszy.

Na­tan ni­gdy nie przed­sta­wił mnie te­ściowi, ani nie za­brał mnie do swo­jego ro­dzin­nego domu. Uni­kał kon­taktu z oj­cem jak ognia. Na ślub też go nie za­pro­sił, po­da­jąc jako po­wód po­róż­nie­nie się z nim wiele lat temu, a co za tym idzie – brak więzi. Po­tem nie nada­rzyła się oka­zja, bo za­raz po ślu­bie Na­tan do­stał pracę w Hisz­pa­nii. Wy­je­cha­li­śmy bły­ska­wicz­nie i za­po­mnia­łam o jego ro­dzi­nie, sku­pia­jąc się w zu­peł­no­ści na so­bie. Za­wie­si­łam swoją ka­rierę w Pol­sce nie­pewna, czy jesz­cze kie­dyś tam wrócę, i ru­szy­łam w nie­znane za mi­ło­ścią ży­cia. Oka­zało się, że le­piej od­na­la­złam się na ob­czyź­nie niż we wła­snym kraju. Mimo szczę­śli­wej eg­zy­sten­cji w Ma­dry­cie bra­ko­wało mi kon­taktu z ro­dzi­cami, ale ze względu na Na­tana, który nie chciał mar­no­wać urlopu na po­dróż do Pol­ski, jeź­dzi­łam bar­dzo rzadko. Je­śli już, to za­wsze sama, bo on cią­gle pra­co­wał, cią­gle miał coś pil­nego do zro­bie­nia albo za mało wol­nego, albo po pro­stu nie chciało mu się je­chać. Za to z nie­ukry­wa­nym en­tu­zja­zmem wy­bie­rał dla nas miej­sca na eg­zo­tyczne wa­ka­cje, pod­czas któ­rych prak­tycz­nie co roku prze­ży­wa­li­śmy mie­siąc mio­dowy. Do tej pory ani razu nie kwe­stio­no­wa­łam jego wy­bo­rów. Co wię­cej, na spo­tka­niu z ro­dzi­cami uspra­wie­dli­wia­łam jego nie­obec­ność, a oni cie­szyli się, że mi się po­wo­dzi, że mam faj­nego męża, i nie wni­kali w szcze­góły.

Zby­szek

25 lat wcze­śniej…

– Wy­cho­dzę – rzu­ci­łem do żony, sto­jąc w progu.

– O któ­rej bę­dziesz? – od­krzyk­nęła z głębi miesz­ka­nia.

– Nie wiem, koło szó­stej. Może o siód­mej.

Po­ja­wiła się w ko­ry­ta­rzu za­alar­mo­wana moją od­po­wie­dzią. Wsparła rękę na bio­drze i po­słała mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Do­my­śliła się już.

– A z ja­kiej oka­zji jest to wyj­ście?

– Dziecko się ko­le­dze uro­dziło.

– Któ­remu?

– Oj, kwia­tuszku, czy ty mu­sisz być taka cie­kaw­ska?

– Nie kwia­tusz­kuj mi tu­taj. Chcę wie­dzieć, gdzie się bę­dziesz szla­jał.

– Od razu szla­jał. Na piwo idziemy.

– Z ko­le­gami z wy­działu?

– Tak, a co? Nie można?

– Już ja za­dzwo­nię do Ewe­liny. Niech się do­wie, że jej stary po raz ko­lejny…

Pod­sze­dłem do niej.

– Nie dzwoń. Nic ni­komu nie bę­dzie. Obie­cuję, że jak ktoś wy­pije, wróci pie­szo, a wszyst­kie żony będą miały swo­ich mę­żów w do­mach po ósmej.

– To już ósma się z tego zro­biła?

– No jak pie­szo, to ósma.

Po­krę­ciła głową, ale się uśmiech­nęła.

– Od­kąd po­ja­wił się ten nowy ko­lega, co chwilę wy­cho­dzi­cie. Co on, ja­kąś nową modę przy­wiózł z mia­sta czy jak?

– No wła­śnie on za­pra­sza.

– Ale to już któ­ryś raz z ko­lei.

– No bo nowy jest. Chce się po­znać. Zżyć z nami.

– Z ko­le­gami z pracy zżyć? – Skrzy­wiła się. – A po co? Prze­cież wy ma­cie tam od­bęb­nić swoje, zgar­nąć pen­sję i wró­cić do domu.

– Niby tak, ale wiesz, jak jest.

Nie wie­działa, ale ja nie chcia­łem dłu­żej ga­dać, bo spóź­nił­bym się do pracy. Po­ca­ło­wa­łem ją w głowę. Po­gła­ska­łem też po brzu­chu. Za nie­całe dwa mie­siące miało nam się uro­dzić dziecko. Pierw­sze.

– Będę koło dzie­wią­tej – rzu­ci­łem, chwy­ta­jąc klamkę.

– To już dzie­wiąta? – za­śmiała się w głos.

– Jak dłu­żej mnie przy­trzy­masz przy drzwiach, to za­raz bę­dzie dzie­siąta.

– To idź już, idź, ale do dzie­wią­tej trzy­dzie­ści masz być w łóżku, obok mnie. Ro­zu­miesz?

– Tak jest!

– Mi­łego dnia w pracy. – Po­słała mi ten uro­czy uśmiech, który spra­wiał, że sam się uśmie­cha­łem.

Zbie­głem po scho­dach i wsia­dłem do swo­jego sta­rego opla. Przy­ła­pa­łem się na tym, że przy prze­krę­ca­niu klu­czyka w sta­cyjce za­my­ka­łem oczy i w du­chu mo­dli­łem się o ten bu­dzący ra­dość dźwięk uru­cho­mie­nia sil­nika. Dzi­siaj dwa razy za­kasz­lał, ale od­pa­lił. Ru­szy­łem za­do­wo­lony.

W na­szym mie­ście nie­wiele się działo. Prze­stęp­czość tu nie ist­niała, bo na kwi­tach, które wy­peł­nia­li­śmy, w tym polu wpi­sy­wa­li­śmy pra­wie za­wsze okrą­głe zero. Nikt tu ni­komu nie ro­bił krzywdy, bo i po co. Za­ła­twia­li­śmy sprawy po­lu­bow­nie. Trzech po­li­cjan­tów to już tłok, a do­ło­żyli nam czwar­tego. Prze­niósł się tu­taj, bo chciał być bli­żej ro­dziny. W za­sa­dzie to jego ko­bieta na­ci­skała na po­wrót. Po­cho­dziła stąd, ale wy­pro­wa­dziła się ra­zem z matką, zo­sta­wia­jąc ojca prze­mo­cowca. Lu­dzie znali ich pro­blemy i wie­dzieli, z ja­kiego po­wodu te dwie ko­biety ucie­kły. Żadna inna już nie chciała tego fa­ceta, świa­doma, jak bę­dzie wy­glą­dało ży­cie z nim. Sa­mot­nie do­cze­kał je­sieni ży­cia. Jed­nak los tak śmiesz­nie po­krzy­żo­wał drogi, że żona wy­ba­czyła mu krzywdę z prze­szło­ści i na sta­rość po­now­nie za­pa­łali do sie­bie uczu­ciem. Żyli te­raz tak, jakby ni­gdy wcze­śniej nie mieli pro­ble­mów. Lu­dzie się dzi­wili, kiedy wró­ciła, ale nikt się nie wtrą­cał ani nie py­tał o po­wody. Są­sie­dzi ufali mu chyba bar­dziej niż córka, która spro­wa­dziła się tu­taj za­raz po matce, po­nie­waż chciała pil­no­wać jej bez­pie­czeń­stwa. Przy­wio­zła więc z wiel­kiego mia­sta na to za­du­pie swoją małą ro­dzinę. Nikt ich tu­taj nie znał – na­tu­ral­nie poza oj­cem, który się stąd ni­gdy nie wy­pro­wa­dził – jed­nak lu­dzie przy­jęli ich do­brze. W su­mie to taka książ­kowa ro­man­tyczna hi­sto­ria: po­ka­zuje, że mi­łość jest w sta­nie zwy­cię­żyć wszystko i na­wet w naj­gor­szym mał­żeń­stwie ist­nieje szansa na nor­mal­ność – trzeba tylko po­cze­kać. Czyż to nie piękne? Po­ko­nali prze­ciw­no­ści losu, aby na ko­niec ży­cia być ra­zem. To chyba po­doba się każ­dej ba­bie.

Za­par­ko­wa­łem pod ko­mi­sa­ria­tem.

– Jak tam, Zby­niu? – przy­wi­tał mnie pa­lący pa­pie­rosa przed bu­dyn­kiem Ja­cek.

– Za­ła­twi­łem ze swoją, a ty jak? – uśmiech­ną­łem się z sa­tys­fak­cją.

– Do któ­rej masz wyj­ście?

– Do dzie­wią­tej tak pi razy drzwi, a ty?

– Kurwa, wie­dzia­łem, że bę­dziesz grał le­piej niż ja.

– Po­wie­dzia­łeś: ósma?

– Nie, go­rzej.

– Siódma trzy­dzie­ści?

– No. Boi się, że się roz­pi­jemy. Bo niby każdy w mun­du­rze to pi­jak.

– A jak pi­jak, to zło­dziej.

– A jak zło­dziej, to wia­domo: po­li­cjant.

– A jak po­li­cjant, to ła­pów­karz – do­da­łem i za­śmia­li­śmy się w głos. Mimo że zimno gru­dnio­wego po­wie­trza było prze­ni­kliwe, sta­li­śmy przed drzwiami zu­peł­nie nie­zra­żeni po­ran­nym przy­mroz­kiem. – Nowy jest?

– No prze­cież. Rano przy­je­chał i akta se­gre­guje.

– Pier­do­lisz. A po co?

– Nie wiem. – Wzru­szył ra­mio­nami, a po­tem za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem. Dmuch­nął mi pro­sto w twarz. Rzu­ci­łem pa­le­nie dla dziecka, ale gdy tylko czu­łem dym, ssało mnie gdzieś ni­sko w brzu­chu. – Może chce się przy­po­do­bać.

– Niech on nie bę­dzie taki am­bitny, bo jesz­cze przyj­dzie nam tu pra­co­wać tak, wiesz… na­prawdę – za­żar­to­wa­łem, ale nie od­bie­głem da­leko od prawdy.

Pod­je­chał Ma­rian – nasz ko­men­dant. Naj­star­szy, naj­bar­dziej do­świad­czony i naj­bar­dziej opie­szały z nas czte­rech. Wy­gra­mo­lił się z wozu, stę­ka­jąc przy tym, jak przy­stało na oty­łego czło­wieka wy­ko­nu­ją­cego czyn­ność, która spra­wia mu pro­blem.

– Co wy tak sto­icie? – krzyk­nął, wi­dząc, że się na niego ga­pimy.

– Fajki pa­limy – od­po­wie­dział Ja­cek.

Szef nie na­le­żał do tych, któ­rzy pra­wią ka­za­nia, po­uczają czy ga­niają do ro­boty, więc to na­sze sta­nie i pa­le­nie nie było w jego oczach ni­czym złym. Po­twier­dził to, py­ta­jąc, który z nas go po­czę­stuje. No to sta­nę­li­śmy we trzech, tyle że ja nie pa­li­łem.

– Zby­niu, a ty na pewno nie chcesz? – Ja­cek wy­cią­gnął do mnie paczkę.

– Nie, nie mogę. Dzie­ciak mi się ro­dzi za dwa mie­siące. Obie­ca­łem żo­nie, że rzucę.

– No to za dwa mie­siące rzu­cisz – pod­po­wie­dział Ma­rian. – Ja ci po­wiem coś od sie­bie. Ta­kiego, wiesz… z wła­snego do­świad­cze­nia.

– No da­waj.

– Chuj z tym, z czego zre­zy­gnu­jesz dla dzie­ciaka. Mo­żesz się sta­rać być wzo­rem, zre­zy­gno­wać z fa­jek, wódki czy czego tam ko­bita bę­dzie chciała, ale to i tak nie ma zna­cze­nia.

– Nie ro­zu­miem. – Po­krę­ci­łem głową.

– Bo wi­dzisz, nie mu­sisz być ide­ałem, żeby być oj­cem. Mu­sisz po pro­stu tym oj­cem być – po­uczał nas Ma­rian, a my słu­cha­li­śmy, szu­ka­jąc głębi w jego sło­wach. – Mu­sisz być w domu, spę­dzać z nim czas, ga­dać. Dbać o to, co robi, i tak da­lej.

– Ale chcę być dla dzie­ciaka lep­szym czło­wie­kiem – przy­zna­łem. – To zna­czy ro­zu­miem, że on mnie za­ak­cep­tuje ta­kiego, ja­kim je­stem, skoro nie ma wy­boru, ale wiesz… czuję, że po­wi­nie­nem. Że to mój obo­wią­zek.

– E tam, obo­wią­zek – ode­zwał się Ja­cek. – Baba ci ka­zała, to rzu­casz. Pro­ste.

– No tak – po­twier­dzi­łem. – Ale wiesz, ona dziecko nosi, od­wala całą ro­botę, to cho­ciaż tyle mogę zro­bić.

– Jak moja ro­dziła… – Ma­rian wy­pu­ścił dym do góry, wy­dy­ma­jąc dolną wargę – to nas do szpi­tala nie wpusz­czali. Z okna sio­stra krzyk­nęła, co się uro­dziło, a my szli­śmy na kie­li­cha.

– Sio­stra czy pie­lę­gniarka? – za­py­tał Ja­cek.

– No kurwa, jesz­cze py­tasz – żach­nął się Ma­rian. – Jak spo­krew­niona, to sio­stra, a jak nie, to pie­lę­gniarka, ale wiesz, kie­dyś każdy miał inną na­zwę. Le­karz to ko­no­wał, sa­lowa to sze­fowa.

– A po­li­cja to psy – wtrą­ci­łem.

– Nieee, psami to nas po­tem na­zwali.

Skrzyp­nęły za nami drzwi. Po­ja­wił się w nich nowy. Za­wisł na klamce z przy­kle­jo­nym do ust uśmie­chem.

– Za­pa­rzy­łem kawy. Po­lać?

– No po­lać. – Ma­rian rzu­cił pa­pie­rosa na chod­nik i zga­sił go bu­tem.

To samo zro­bił Ja­cek. Za kilka dni, gdy się uzbiera tych pe­tów za dużo, bę­dziemy to za­mia­tać. Te­raz jesz­cze nikt się tym nie przej­mo­wał.

– Chodź­cie, coś zro­bimy – za­rzą­dził ko­men­dant.

Jed­nak do po­łu­dnia pi­li­śmy kawę. Nowy sprzą­tał ar­chi­wum. Mó­wił, że się w ten spo­sób uczy oko­licz­nych wsi i miesz­kań­ców. Nikt mu nie bro­nił.

Po­tem, koło dru­giej, po­je­cha­li­śmy do stłuczki, która oka­zała się dość po­waż­nym wy­pad­kiem. Młody kie­rowca po­trą­cił na pa­sach bab­cię wra­ca­jącą z targu. Sta­ruszka nio­sła pu­ste wy­tła­czanki, ob­ło­żona nimi jak prze­myt­niczka, i nie za­uwa­żyła nad­jeż­dża­ją­cego sa­mo­chodu. Wpa­ko­wała mu się pro­sto pod koła – tak przy­naj­mniej wy­ni­kało z ze­znań sprawcy. Bab­cia po upadku przy­wa­liła głową w as­falt, krew jej się po­lała, więc we­zwa­li­śmy ka­retkę. Za­py­tana o wy­da­rze­nie ga­dała coś o wy­tła­czan­kach, o pie­nią­dzach, które ukryła gdzieś pod far­tu­chem, ale nic na te­mat po­trą­ce­nia. Za­uwa­ży­łem uczen­nicę sie­dzącą na ławce. Je­śli wziąć pod uwagę miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wała, po­winna wi­dzieć, co się stało. Pod­sze­dłem do niej, a kie­rowca wy­rósł spod ziemi tuż obok nas, żeby po­słu­chać, ja­kie za­daję jej py­ta­nia.

– Pro­szę wró­cić do ko­legi – zwró­ci­łem się do niego grzecz­nie, za­nim ode­zwa­łem się do mło­dej.

– Ona ni­czego nie wi­działa – wy­pa­lił ner­wowo. – Usia­dła, jak już było po wszyst­kim.

Zer­k­ną­łem na dziew­czynę. Jej wy­raz twa­rzy mó­wił coś zgoła in­nego. Na bank wi­działa zda­rze­nie, ale prze­stra­szyła się kie­rowcy, któ­rego ner­wo­wość mo­gła dzia­łać na ko­goś tak mło­dego pa­ra­li­żu­jąco.

– Pan wy­ba­czy – ode­zwa­łem się do niego. – Je­śli pan nie wróci do ko­legi, będę zmu­szony za­mknąć pana w ra­dio­wo­zie. Pro­szę nie utrud­niać pro­wa­dze­nia czyn­no­ści.

– Dar­mo­zjady – syk­nął pod no­sem.

Od­cze­ka­łem, aż odej­dzie, i usia­dłem na ławce obok dziew­czyny.

– Wi­dzia­łaś to zda­rze­nie – stwier­dzi­łem, a ona ski­nęła głową. – Opo­wiesz mi, jak to wy­glą­dało?

Spoj­rzała na kie­rowcę, który, ow­szem, sta­nął obok Jacka, ale oglą­dał się na nas.

– Nie przej­muj się nim – uspo­ko­iłem ją. – On ci nic nie zrobi. Mo­żesz po­wie­dzieć, co wiesz.

Mil­czała.

– Ile masz lat?

– Sie­dem­na­ście.

– Do­brze, je­śli nie chcesz mó­wić te­raz, to po­pro­szę cię, że­byś przy­je­chała na ko­mi­sa­riat z ro­dzi­cami. Może tak być?

– Nie, mama pra­cuje. Nie bę­dzie mieć czasu.

Nie mo­gliby się nie sta­wić, gdyby otrzy­mali we­zwa­nie. Tłu­ma­cze­nie jej pro­cesu wzy­wa­nia ko­goś na świadka nie miało sensu. Zresztą tak samo jak wspo­mi­na­nie o pro­ce­du­rze prze­słu­cha­nia, kiedy na­sto­latka już bez tego się bała. Za­miast stra­szyć ją swoim au­to­ry­te­tem i kon­se­kwen­cjami, które i tak nie do­pro­wa­dzi­łyby mnie ni­g­dzie, po­sta­no­wi­łem z nią po pro­stu po­ga­dać. Ni­czego przy niej nie no­to­wać ani nie spra­wiać wra­że­nia, że to prze­słu­cha­nie.

– Wra­casz ze szkoły? – za­py­ta­łem.

– Tak.

– Gdzie się uczysz?

– W li­ceum.

– Chciał­bym za­dać ci tylko kilka py­tań. Nie mu­sisz ze mną roz­ma­wiać, je­śli nie chcesz, ale dla nas le­piej, je­śli za­py­tamy też in­nych lu­dzi, a nie tylko sprawcę zda­rze­nia. Tak jest po pro­stu spra­wie­dli­wie.

– Ro­zu­miem – po­wie­działa i spoj­rzała na miej­sce wy­padku, a na­stęp­nie prze­nio­sła wzrok na mnie.

Uśmiech­ną­łem się, a po­tem, już po­ważny, za­py­ta­łem:

– Czy ten czło­wiek po­trą­cił tę bab­cię?

– Tak.

– We­szła mu pod koła?

– Nie. On, pro­szę pana… – Za­wa­hała się, więc szybko ski­ną­łem głową, aby za­chę­cić ją do mó­wie­nia. – On pod­wiózł ko­goś. Ta pani, którą pod­wiózł, ona wy­sia­dła w za­toczce au­to­bu­so­wej, a że z przodu miał busa, to mu­siał wy­co­fać. Gwał­tow­nie wy­co­fał, szybko zmie­nił bieg i ru­szył, a wtedy po­trą­cił bab­cię, która była już na pa­sach.

To zmie­niało po­stać rze­czy. Sam zer­k­ną­łem na przej­ście, na miej­sce, w któ­rym as­falt za­bar­wił się na czer­wono od krwi, i wy­obra­zi­łem so­bie zda­rze­nie, któ­rego tak ła­two dało się unik­nąć. Nic dziw­nego, że ten zde­ner­wo­wany młody czło­wiek pró­bo­wał mi wmó­wić, ja­ko­bym mar­no­wał czas na tę dziew­czynę. Bał się, co mo­gła po­wie­dzieć. Bał się, że go zdra­dzi, a ja się do­wiem, że bab­cia wcale nie wy­bie­gła mu pod koła, tylko on wy­ko­nał ry­zy­kowne ma­newry.

– Jak masz na imię?

– Ka­ro­lina – od­po­wie­działa nie­pew­nie.

Za­pi­sa­łem so­bie jej dane. Po­dzię­ko­wa­łem i od­sze­dłem.

Dzi­siaj zro­bi­li­śmy coś do­brego.

Wie­czo­rem po­szli­śmy do baru. To już trzeci raz, jak wspól­nie wy­cho­dzi­li­śmy. Nowy py­tał o na­sze ro­dziny, o mia­sto, o ży­cie tu­taj. Cza­sami wku­rzało mnie to jego po­dej­ście. Ta chęć wto­pie­nia się, jakby przy­na­le­żał do tego miej­sca. Nie dało się na­uczyć imion i na­zwisk po to, by stać się jed­nym z nas. To tak nie dzia­łało, a on chyba tego nie czaił. Był zbyt miły, zbyt to­wa­rzy­ski, zbyt chętny. Tak, to do­bre słowo. Ta jego chęć, aby się przy­po­do­bać, do­pa­so­wać, roz­ba­wić nas i za­przy­jaź­nić z nami, była wręcz na­chalna. Za­wie­ra­nie zna­jo­mo­ści musi prze­bie­gać na­tu­ral­nie, tego nie można wy­re­ży­se­ro­wać – jak to on chciał zro­bić.

My­śmy spę­dzili ze sobą całe ży­cie. Zna­łem Jacka i Ma­riana od mło­do­ści. Od cza­sów, w któ­rych grze­ba­li­śmy ra­zem w pia­chu. No, poza Mań­kiem, bo ten, jako star­szy, już ło­bu­zo­wał na osie­dlu, gdy my ni­czym krety ry­li­śmy w pia­skow­nicy. Mie­li­śmy masę wspo­mnień, hi­sto­rii i za­baw­nych sy­tu­acji, które przy­po­mi­nały nam się na­gle przy al­ko­holu. Nowy, choćby nie wiem jak się sta­rał, nie pa­so­wał do nas. Nie był nasz – miej­scowy. Jed­nak za­równo ja, jak i chło­paki sta­ra­li­śmy się przy­jąć go tak do­brze, jak to moż­liwe. Nie wy­pa­dało go trak­to­wać z góry tylko dla­tego, że się tu nie wy­cho­wał. Miał ko­bietę stąd i to po­winno nam wy­star­czyć, aby pa­trzeć na niego jak na swo­jego.

Mimo że się wy­si­la­łem, spo­tka­nie bar­dziej przy­po­mi­nało wy­mu­szoną na pra­cow­ni­kach in­te­gra­cję niż wyj­ście z kum­plami. Po­ga­da­li­śmy, wy­pi­li­śmy po kilka piw, a po­tem po­drep­ta­li­śmy do do­mów. Żona na mnie oczy­wi­ście cze­kała. Gdy tylko wsze­dłem do po­koju, zer­k­nęła wy­mow­nie na ze­ga­rek, ale nic nie po­wie­działa. Zdą­ży­łem!

– Jak ci mi­nął dzień? – Pod­sze­dłem do niej i po­ca­ło­wa­łem ją w głowę.

– Ho­duję ci dziecko – po­wie­działa.

Miała na so­bie ko­szulę nocną, przez którą wi­dzia­łem jej piersi i od­sta­jący pod nimi duży brzuch. Wy­glą­dała pięk­nie. Ciąża jej zde­cy­do­wa­nie słu­żyła.

– Dzię­kuję, pani ho­dow­czy­nio – za­śmia­łem się.

– A nie po­winno się mó­wić „ho­dow­czyni”? – Zmarsz­czyła brwi.

– Nie wiem, może po­winno. – Klęk­ną­łem obok niej. – Głupi je­stem, a będę miał dziecko.

– Nie je­steś głupi. – Po­gła­skała mnie po po­liczku.

– Ale nie wiem, jak się od­mie­nia słowa.

– Nie mu­sisz tego wie­dzieć. Ważne, że nas ko­chasz.

Przy­tu­li­łem ją i po­ło­ży­łem głowę na jej brzu­chu.

– My­ślisz, że do­brze wy­cho­wamy dziecko? – za­py­ta­łem.

– Wy­cho­wamy tak, jak umiemy. Albo ina­czej: tak, jak nas na­uczono, plus le­piej.

– Mnie ni­czego nie uczono – przy­zna­łem. – Oj­ciec pra­co­wał i nie było go w domu, matka za­su­wała w domu i na nic nie miała czasu. Ja się wy­cho­wa­łem przy oka­zji. Po pro­stu krę­cąc się to tu, to tam.

– I zo­bacz, jaki do­bry je­steś.

– Tylko ty mnie tak po­strze­gasz.

– Bo tylko dla mnie mu­sisz być do­bry. – Wal­czyła o to, by się nie ro­ze­śmiać. – Dla in­nych wcale nie mu­sisz być do­bry. Mo­żesz być, jaki chcesz.

– A wła­śnie nie. Za­wód mnie do tego zo­bo­wią­zuje.

– Chodź, ty mój po­li­cjan­cie. Zro­bię ci coś do je­dze­nia. – Pod­cią­gnęła się, jed­no­cze­śnie po­pra­wia­jąc so­bie ma­te­riał ko­szuli na brzu­chu.

– Nie, siedź so­bie, ja sam zro­bię. Wi­dać go­łym okiem, jak ci nie­wy­god­nie.

– Już nie mogę się do­cze­kać. – Po­gła­dziła dło­nią brzuch. – Z jed­nej strony chcę, żeby jak naj­dłu­żej sie­dział, bo wszy­scy mnie stra­szą, jak to ciężko bę­dzie, gdy się uro­dzi, a z dru­giej chcia­ła­bym swoje ciało z po­wro­tem.

– Ciało – za­czą­łem, wsu­wa­jąc jej dłoń pod ko­szulę. Prze­su­ną­łem nią po no­dze aż do uda. – Ciało to ty masz te­raz jak bo­gini.

Za­śmiała się.

Mar­cin

Ode­bra­łem od straż­nika swoje rze­czy, w tym port­fel, w któ­rym w dniu za­trzy­ma­nia mia­łem dzie­sięć zło­tych. Zer­k­ną­łem na zdję­cie ro­dziny, na uśmiech­nięte twa­rze i prze­cią­gną­łem po nich pal­cem. Gniew na żonę już mi mi­nął. Od­cięła się ode mnie, nie po­zwo­liła dzie­ciom na wi­dze­nia w wię­zie­niu. Spo­tkała się ze mną tylko raz – żeby prze­ka­zać mi oso­bi­ście, jaką pod­jęła de­cy­zję. Nie py­tała mnie o zgodę, a ja zza kra­tek nie mia­łem prawa głosu. Sprze­dała wszystko, co mie­li­śmy, ze­rwała sto­sunki ze zna­jo­mymi, za­brała dzieci i wy­je­chała. Po­wie­działa mi pro­sto w twarz, co są­dzi o mnie jako ojcu i mężu, oraz za­zna­czyła, że ułoży so­bie ży­cie, a ja po­wi­nie­nem po wyj­ściu za­jąć się swoim. Nie szu­kać ich, nie pró­bo­wać wra­cać do tego, co mie­li­śmy, tylko za­po­mnieć, że w ogóle ist­nieli.

Bi­łem się z tymi my­ślami przez tyle lat. Pi­sa­łem li­sty na nasz do­mowy ad­res, prze­pra­sza­łem. Bła­ga­łem o wy­ba­cze­nie. Tłu­ma­czy­łem jej, co się wtedy na­prawdę stało, ale dla niej wy­rok sądu był jed­no­znaczny z osą­dem Boga. Prze­sta­łem dla niej co­kol­wiek zna­czyć. Sta­łem się wy­rzut­kiem spo­łe­czeń­stwa, mor­dercą, be­stial­skim, po­zba­wio­nym em­pa­tii po­two­rem.

Sta­ną­łem pod bramą za­kładu kar­nego, ob­ser­wu­jąc, jak po­woli otwie­rają się jej skrzy­dła. Od wol­no­ści dzie­lił mnie tylko je­den krok. Tyle lat na to cze­ka­łem. Czu­łem po­wiew po­wie­trza na twa­rzy, sły­sza­łem szum li­ści gdzieś nad sobą, ale w gło­wie mia­łem tylko ob­raz żony.

– Co te­raz zro­bisz? – za­py­tał straż­nik.

– Nie wiem – od­par­łem, choć do­sko­nale wie­dzia­łem, co zro­bię. Od­najdę żonę.

Margo

Kiedy wy­lą­do­wa­li­śmy, Na­tan bie­gał od wy­po­ży­czalni do wy­po­ży­czalni w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­niego auta. Mój mąż chciał sa­mo­chód, który po­mie­ści na­sze dwie wa­lizki po­dróżne, dwa ba­gaże pod­ręczne, a także bę­dzie się kom­for­towo pro­wa­dził i wy­glą­dał od­po­wied­nio drogo. Cze­kało nas pra­wie cztery i pół go­dziny jazdy z lot­nis­ka, a mnie szlag tra­fiał już wtedy, gdy Na­tan py­tał o wy­po­sa­że­nie sa­mo­chodu. Czy to na­prawdę miało aż ta­kie zna­cze­nie?

Gdy w końcu coś zna­leź­li­śmy i ru­szy­li­śmy w trasę, tłu­ma­czył mi jak dziecku, do czego mu są po­trzebne kon­kretne funk­cje. Pa­trzy­łam na niego jak na ufo­ludka. Zmarł mu oj­ciec, a ten za­miast oka­zy­wać ja­kieś po­ru­sze­nie, nie wiem, mó­wić o bólu, wspo­mi­nać czas wspól­nego miesz­ka­nia, pre­zen­to­wał mi wy­po­sa­że­nie auta.

Od­cię­łam się, pusz­cza­jąc jego gadkę mimo uszu. W prze­rwach, kiedy milkł, wy­cią­ga­łam te­le­fon, aby spraw­dzić ma­ile, albo wy­glą­da­łam przez szybę. W końcu, zmę­czona, za­snę­łam.

Obu­dził mnie, gdy do­jeż­dża­li­śmy na miej­sce. Za­par­ko­wał tuż przed wej­ściem do ho­telu. Ka­zał mi wy­siąść i za­re­zer­wo­wać nam po­kój przy­naj­mniej na ty­dzień, a on tym­cza­sem miał wy­pa­ko­wać rze­czy z sa­mo­chodu.

Wy­sia­dłam. Chłodne po­wie­trze sma­gnęło mnie w twarz. Otu­la­jąc się kurtką, po­de­szłam do prze­szklo­nych drzwi. Wi­siała na nich kartka in­for­mu­jąca, że z po­wodu re­montu ho­tel jest nie­czynny.

– Na­tan! – za­wo­ła­łam do męża sto­ją­cego przy ba­gaż­niku. – Ho­tel jest za­mknięty!

– Jak to? A te auta? – Wska­zał na kilka po­jaz­dów na par­kingu.

– Nie wiem, jest kartka.

– Wejdź do środka. Za­py­taj. Może za­po­mnieli, że ją mają na drzwiach?

Prze­wró­ci­łam oczami, bo o ile wej­ście fak­tycz­nie oświe­tlała wą­tła smużka świa­tła, głę­bia to­nęła w ciem­no­ści, czego Na­tan nie mógł wi­dzieć z da­leka. Wie­dząc, jak za­re­aguje, je­śli nie wy­ko­nam jego po­le­ce­nia, szarp­nę­łam za klamkę. Nie spo­dzie­wa­łam się ni­czego in­nego – drzwi na­wet nie drgnęły.

Wró­ci­łam do sa­mo­chodu, przy któ­rym Na­tan wal­czył z ostat­nią wa­lizką. Trzy już stały obok.

– Za­mknięte – oświad­czy­łam.

– Nie pier­dol! – uniósł się, a ja za­ci­snę­łam zęby.

– Nie pier­dolę. Jaki mia­ła­bym cel w oszu­ki­wa­niu cię? No po­wiedz.

– Kurwa! – Wrzu­cił wa­lizkę do ba­gaż­nika, jakby to ona go zde­ner­wo­wała.

– Nie przej­muj się, coś znaj­dziemy…

– Co? – wark­nął.

– To nie moja wina – od­po­wie­dzia­łam już lekko po­iry­to­wana jego za­cho­wa­niem.

– I co ja mam te­raz zro­bić? Sam bym gdzieś prze­ki­mał, u ko­goś zna­jo­mego, a z tobą… to…

– To co? Nie ma tu in­nego ho­telu?

– Wy­obraź so­bie, że nie.

– A dom two­jego ojca?

Zmarsz­czył brwi, jakby chciał mi dać do zro­zu­mie­nia, że rzu­ci­łam bar­dzo durny po­mysł.

– No co? Nie mo­żemy tam je­chać?

– Ty chyba osza­la­łaś!

– Jest późno, a gdzieś mu­simy się za­trzy­mać. To tylko jedna noc. Po­tem gdzieś się prze­nie­siemy. Masz tu ja­kąś ro­dzinę?

Nie od­po­wia­dał. Za­czął na nowo pa­ko­wać wa­lizki. Trudno so­bie po­ra­dzić z ta­kim spo­strze­że­niem, ale nie po­zna­wa­łam wła­snego męża… Gdzie się po­dział ten wraż­liwy, ko­chany fa­cet? Ten do­bry czło­wiek, który do tej pory trak­to­wał mnie jak kró­lową? Ko­le­żanki go wy­chwa­lały, za­pew­niały, ja­kim fan­ta­stycz­nym bę­dzie oj­cem, ale za­czy­na­łam się za­sta­na­wiać, jak by się za­cho­wał, gdyby ze­zło­ściło go dziecko. Też war­czałby na nie jak na mnie te­raz? Też rzu­całby przed­mio­tami i prze­kleń­stwami, nie zwa­ża­jąc na strach ma­lu­cha? Chcia­łam zrzu­cić to na karb wie­ści o śmierci ojca, na świa­do­mość, że zo­stał już bez ni­kogo, jed­nak jego za­cho­wa­nie bu­dziło we mnie coś dziw­nego… chyba nie­po­kój. Prze­cież pierw­szy szok mi­nął. Upły­nęło już wy­star­cza­jąco dużo czasu, aby się oswoił. Miał prawo być zły i smutny, lecz wy­ży­wa­nie się na mnie tak długo prze­cho­dziło wszel­kie wy­obra­że­nie.

Nie zwa­ża­jąc na jego złość, ob­ję­łam go od tyłu. Za­marł.

– Wszystko bę­dzie okej – szep­nę­łam.

Wy­trzy­mał do­słow­nie chwilę, po czym się­gnął dło­nią do mo­jej i od­kleił mnie od sie­bie.

– Jedźmy, bo już późno.

Uśmiech­nę­łam się mimo tego od­trą­ce­nia. On cierpi – po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach. Z każ­dym upły­wa­ją­cym dniem bę­dzie co­raz le­piej. Zro­zu­mie, że je­stem z nim nie­za­leż­nie od tego, jak gło­śno war­czy. Nie prze­stra­szy mnie swoim bó­lem. Po­każę mu, że wcale nie musi być silny. Może przy mnie oka­zać sła­bość, po­nie­waż mnie nie za­leży na ma­cho bez uczuć, lecz na czło­wieku, który nie wsty­dzi się swo­ich emo­cji.

Naj­pierw uda­li­śmy się do ja­kiejś jego ciotki, u któ­rej mie­li­śmy się za­trzy­mać na jedną noc. Na­tan przez całą trasę mil­czał, a kiedy za­trzy­mał się przy jej domu, zga­sił sil­nik i rzu­cił mi ko­mendę jak psu:

– Zo­stań tu.

Ski­nę­łam głową, bo jak ina­czej mo­głam za­re­ago­wać. Na każ­dym kroku czu­łam się jak ba­last, więc ro­bi­łam wszystko, by tylko wto­pić się w ta­pi­cerkę sa­mo­chodu. Chcia­łam być nie­wi­doczna.

Wy­siadł i pod­szedł do drzwi. Cze­kał dość długo, aż w progu sta­nęła ko­bieta, w za­sa­dzie sta­ruszka, wspie­ra­jąca się na la­sce. Spo­dzie­wa­łam się mi­łego i cie­płego przy­ję­cia, ale oni stali tak, jakby Na­tan przy­szedł jej coś sprze­dać. Uru­cho­mi­łam sil­nik, bo bez tego nie otwo­rzy­ła­bym szyby, a chcia­łam sły­szeć, o czym roz­ma­wiają. Gdy tylko to zro­bi­łam, zimne po­wie­trze po raz ko­lejny wstrzą­snęło moim cia­łem. Sil­nik nie­stety za­głu­szał ich głosy. Po chwili Na­tan zbiegł po scho­dach, wsiadł do sa­mo­chodu i spoj­rzał na mnie dziw­nie.

– Otwo­rzy­łaś okno, żeby pod­słu­chi­wać?

– Nie, nie. – Czu­łam się jak idiotka, kiedy wy­mow­nie zer­k­nął na otwartą szybę. Kła­ma­nie nie miało sensu. – To zna­czy tak, chcia­łam wie­dzieć, co usta­li­łeś.

– Nie mo­głaś po­cze­kać, aż wrócę i po pro­stu po­wiem ci, co i jak?

Ugry­złam się w ję­zyk, żeby mu cze­goś nie od­szczek­nąć. Tra­ci­łam cier­pli­wość. Ta jego utrzy­mu­jąca się złość i to od­po­wia­da­nie pół­słów­kami za­czy­nały dzia­łać mi na nerwy. Wes­tchnę­łam, wie­dząc, że tylko spo­kój nas ura­tuje, ina­czej za­czniemy się kłó­cić po­środku wio­chy za­bi­tej de­chami, mar­nu­jąc na to cenne go­dziny snu. By­łam zmę­czona po pracy, lo­cie i dłu­giej jeź­dzie tu­taj.

– I tak nic nie usły­sza­łam. Co usta­li­łeś?

– Nic.

– Nic?

– Tak, nic. Czego nie ro­zu­miesz?

Wes­tchnę­łam.

– To gdzie spę­dzimy noc? – za­py­ta­łam, od­su­wa­jąc na bok wszel­kie ne­ga­tywne uczu­cia i sku­pia­jąc się na zna­le­zie­niu roz­wią­za­nia.

– Tak jak chcia­łaś. W domu ojca.

– Ale to był też twój dom…

– Jak­bym był sam, spał­bym w sa­mo­cho­dzie – wy­rzu­cił z sie­bie­szorstko.

– Wo­lisz spać w au­cie, niż pójść do ro­dzin­nego domu? – Przy­glą­da­łam mu się szcze­rze zdu­miona.

– Prze­cież przed chwilą to po­wie­dzia­łem. Po co po­wta­rzasz?

– Bo nie ro­zu­miem two­jego za­cho­wa­nia.

– Tu nie ma czego ro­zu­mieć!

– Nie de­ner­wuj się – po­pro­si­łam. – Za­raz coś wy­my­ślimy.

– Tu nie ma o czym my­śleć.

Do­szłam do wnio­sku, że je­śli nie za­py­tam wprost, je­śli nie wcią­gnę go w roz­mowę, ni­czego się nie do­wiem. To cho­dze­nie do­okoła niego na pa­lusz­kach nie po­ma­gało nam wró­cić na wła­ściwy tor. Wręcz prze­ciw­nie – jego se­krety sta­wały mię­dzy nami mu­rem.

– Dla­czego nie chcesz wró­cić? – spy­ta­łam wprost.

– Nie chcę o tym ga­dać! – pod­niósł głos, po raz ko­lejny tra­cąc cier­pli­wość.

– Okej – po­wie­dzia­łam tak spo­koj­nie, jak tylko mo­głam, choć wszystko we mnie się wy­ry­wało, żeby mu wy­gar­nąć. – Mo­żemy spać w au­cie. Nie ma sprawy. Roz­ło­żymy fo­tele i po­szu­kamy cze­goś ju­tro rano.

– Ty nie ro­zu­miesz. Tu nie ma ni­czego in­nego. Nie ma ho­teli, ho­steli, Airbnb ani in­nych miejsc. To dziura za­bita de­chami.

– Ale chcia­łeś spę­dzić tu mie­siąc – przy­po­mnia­łam mu. – Na bank mu­sia­łeś mieć coś na my­śli. No chyba że tylko ten ho­tel, ale… w su­mie… na­wet gdy­byś był sam, cie­bie też za­sko­czyłby ten re­mont i też mu­siał­byś się gdzieś po­dziać. To, że to­wa­rzy­szę ci w po­dróży, w tym przy­padku ni­czego nie zmie­nia.

Za­ci­snął zęby. Po­ru­szał ustami, jakby sam ze sobą wal­czył, żeby na mnie nie na­sko­czyć. W końcu po­ło­żył dło­nie na kie­row­nicy. Ści­snął ją tak mocno, że aż zbie­lały mu palce. Jakby ją du­sił, wy­obra­ża­jąc so­bie, że to je­stem ja albo go­rzej – moja szyja. Przy­glą­da­łam mu się już prze­ra­żona. Wy­glą­dał, jakby miał za­raz wy­buch­nąć. Po­woli od­wró­cił głowę w moją stronę.

– Za­mknij się! Za­mknij się! – wrza­snął. – Jak po­wiesz do mnie jesz­cze jedno słowo, nie rę­czę za sie­bie!

Kie­dyś czy­ta­łam w po­rad­niku dla par taki tekst, że praw­dziwą twarz i cha­rak­ter osoby po­znaje się w mo­men­cie kry­zysu. Wtedy wy­cho­dzi z czło­wieka to coś mrocz­nego, co zwal­nia ha­mulce. Co po­ka­zuje, jak nie­wiele trzeba, żeby trak­to­wać lu­dzi wo­kół sie­bie jak śmieci.

Ten wy­jazd otwie­rał mi oczy, nie zna­łam Na­tana z tej strony. Ni­gdy nie zro­bi­łam ni­czego, co wy­wo­ła­łoby w nim taką złość. Za­wsze nad sobą pa­no­wał, kiedy oma­wia­li­śmy ja­kieś sporne kwe­stie. Od­po­wia­dał rze­czowo, tłu­ma­czył, przed­sta­wiał ar­gu­menty za lub prze­ciw, więc wy­da­wało mi się, że mam za męża świę­tego. Dzi­siaj po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam go w ta­kim sta­nie i szcze­rze… ba­łam się go.

W mil­cze­niu wy­co­fał i ru­szył w trasę, a ja od­wró­ci­łam się w stronę szyby pa­sa­żera i dys­kret­nie otar­łam łzy. Do­pin­go­wa­łam samą sie­bie afir­ma­cjami, żeby nie chwy­cić za klamkę i nie wy­siąść na środku drogi. Po­wta­rza­łam so­bie, że dam radę, wy­trzy­mam z nim, a po­tem, kiedy sy­tu­acja wróci do normy, a my na nowo bę­dziemy po­tra­fili roz­ma­wiać, wszystko mu wy­ja­śnię. Opo­wiem o swoim bólu, o tym, jak podle mnie trak­to­wał, i je­śli zro­zu­mie, że bar­dzo mnie zra­nił, i prze­prosi – dam mu szansę. Je­śli na­to­miast po­zo­sta­nie ślepy na swoje dzia­ła­nie, odejdę.

Od domu jego krew­nej do celu dzie­liło nas około pięt­na­stu mi­nut. Z wą­skiej drogi kra­jo­wej zje­cha­li­śmy w mniej­szą. Na­tan su­nął po­woli przez nie­wielki la­sek. Czu­łam się, jak­bym wjeż­dżała do ja­skini. Ota­czała nas czerń nocy. Wci­snę­łam gu­zik pod­no­szący opar­cie fo­tela, ale nie od­ry­wa­łam wzroku od oto­cze­nia. Oświe­tlona dłu­gimi świa­tłami droga ude­ko­ro­wana była owa­dami, co chwilę roz­bi­ja­ją­cymi się o przed­nią szybę i re­flek­tory. Prze­szły mnie ciarki, to miej­sce nie wy­glą­dało przy­tul­nie. Wręcz prze­ciw­nie – na­pa­wało mnie stra­chem. Nie chcia­łam tu zo­sta­wać, ale gdy­bym te­raz za­częła na­rze­kać, mąż stra­ciłby nad sobą kon­trolę, a ja na­wet nie chcia­łam so­bie wy­obra­żać, co mógłby zro­bić. Czy byłby w sta­nie mnie szarp­nąć albo na­wet mnie ude­rzyć? Czy skoń­czy­łoby się je­dy­nie na pod­no­sze­niu głosu? Wo­la­łam tego nie spraw­dzać.

Gdy do­je­cha­li­śmy do roz­pa­da­ją­cego się ogro­dze­nia, włosy zje­żyły mi się na gło­wie. To miej­sce przy­po­mi­nało wszyst­kie stare i straszne miej­scówki, w któ­rych roz­gry­wają się krwawe sceny z ra­so­wych thril­le­rów. Za­rdze­wiałe skrzy­dła bramy nie za­pra­szały do wej­ścia na po­dwórko. W wy­obraźni wi­dzia­łam, jak po jej prze­kro­cze­niu spo­tyka nas coś złego. Jak ucie­kamy stąd w po­pło­chu. Czu­łam, że się za­pa­dam. Strach wy­peł­niał mi głowę prze­róż­nymi sce­na­riu­szami.

– Wy­sia­daj – po­le­cił Na­tan, ga­sząc sil­nik, a ja drgnę­łam na dźwięk jego głosu.

Nie za­da­wa­łam py­tań. Po pro­stu wy­peł­nia­łam jego po­le­ce­nia jak wy­tre­so­wany pies.

Chwy­ci­łam za klamkę. Za­mknę­łam na chwilę oczy, jak­bym się spo­dzie­wała, że coś złego przy­da­rzy mi się już tu­taj – za­nim wyjdę z auta. Nic się jed­nak nie stało. Chłodne, wil­gotne po­wie­trze znów osia­dło mi na twa­rzy, wy­ostrza­jąc moją czuj­ność. Gdzieś w od­dali za­szcze­kał pies. A może to za­wył wilk? Ob­ró­ci­łam gwał­tow­nie głowę w stronę od­głosu, ale już ni­czego nie usły­sza­łam. Otu­lała nas prze­szy­wa­jąca ci­sza. Nie wi­dzia­łam świa­teł do­mostw opo­dal. Wy­da­wało mi się, że je­śli gdzieś to­czy się ży­cie, to bar­dzo, bar­dzo da­leko stąd, a tu­taj je­ste­śmy sami jak na bez­lud­nej wy­spie.

– Bramy nie otwo­rzymy. Auto tu zo­staje. – Słowa Na­tana znów wy­rwały mnie z za­my­śle­nia.

– Okej – szep­nę­łam, słu­cha­jąc wła­snego głosu.

Ob­szedł sa­mo­chód do­okoła, sta­nął za ba­gaż­ni­kiem, otwo­rzył go i tak jak pod ho­te­lem po­now­nie wal­czył z wa­liz­kami, klnąc ile wle­zie. Gdy w końcu się z nimi upo­rał, uło­żył swój pod­ręczny ba­gaż na du­żej wa­lizce, wy­jął z kie­szeni te­le­fon i włą­czył w nim la­tarkę, oświe­tla­jąc so­bie wą­ską ścieżkę mię­dzy chasz­czami, którą mie­li­śmy się do­stać do domu. Moje rze­czy zo­sta­wił tuż przy ba­gaż­niku. Po­zo­sta­wiona sama so­bie usi­ło­wa­łam sko­pio­wać jego spo­sób, ale mo­ich wa­li­zek nie dało się tak usta­wić. On oczy­wi­ście w ogóle się mną nie za­in­te­re­so­wał. Nie za­py­tał, czy so­bie po­ra­dzi­łam. Włą­czy­łam la­tarkę w swoim te­le­fo­nie, wło­ży­łam go so­bie w usta i chwy­ci­łam obie wa­lizki za rączki. Świe­ci­łam so­bie pod nogi, cią­gnąc po szu­tro­wej ścieżce ba­gaż z ty­cimi kó­łecz­kami, które nie da­wały rady na ta­kiej na­wierzchni. Zło­ści­łam się na samą sie­bie, że nie mia­łam od­wagi po­pro­sić Na­tana, by wró­cił po moje ba­gaże po od­sta­wie­niu swo­ich. Jed­nak świa­do­mość, czym to się może skoń­czyć, trzy­mała mnie w pio­nie. Jak małe dziecko, które zde­ner­wo­wało ro­dzica, za­cho­wuje się wy­jąt­kowo grzecz­nie, by nie pro­wo­ko­wać go do ko­lej­nego wy­bu­chu, tak ja za­mil­kłam i kom­bi­no­wa­łam, jak roz­ma­wiać z Na­ta­nem bez bu­dze­nia w nim wście­kło­ści.

Do­tarł do drzwi wej­ścio­wych pierw­szy. Oświe­tlił próg, a po­tem ob­szar do­okoła wej­ścia. Prze­su­wał nie­wielki snop świa­tła po znisz­czo­nym ganku, uka­zu­jąc zgro­ma­dzone przed do­mem śmieci. Zo­rien­to­wa­łam się, że szu­kał klu­czy, ale nie za­ofe­ro­wa­łam po­mocy. Na ile uda­wało mi się śle­dzić świa­tło, przy­pa­try­wa­łam się przed­mio­tom: ja­kie­muś sta­remu ste­la­żowi wózka, ra­mie ro­weru, sło­ikom z czymś czar­nym w środku, bań­kom czy me­ta­lo­wym mi­skom. Na­wet nie chcia­łam zga­dy­wać, co mo­gło się znaj­do­wać we­wnątrz. Na­tan za to wkła­dał tam dło­nie, jakby nie spo­dzie­wał się ni­czego obrzy­dli­wego ani ży­wego. Wstrzy­ma­łam po­wie­trze, zu­peł­nie nie zda­jąc so­bie z tego sprawy. Co by było, gdyby się ska­le­czył? Czy by­ła­bym w sta­nie mu po­móc? Czy dałby so­bie po­móc? Nie po­tra­fi­łam prze­wi­dzieć, jak skoń­czyłby się dla nas nie­wielki wy­pa­dek. Za­czę­łam się mo­dlić w my­ślach. Ni­gdy tego nie ro­bi­łam, a te­raz pro­si­łam Boga o to, że­by­śmy szybko we­szli do środka.

Kiedy usły­sza­łam brzęk klu­czy, ode­tchnę­łam.

Spo­dzie­wa­łam się kiep­skich wa­run­ków, może na­wet wy­zie­ra­ją­cej z każ­dego kąta biedy, ale nie tego, co uj­rza­łam. Do­tarł do mnie dziwny za­pach – chyba stę­chli­zny. W in­nych oko­licz­no­ściach sko­men­to­wa­ła­bym to, jed­nak te­raz ba­łam się ode­zwać. Skoro Na­tan nic nie mó­wił, mil­cza­łam jak za­klęta. Wcią­gnę­łam wa­lizki po dwóch schod­kach i po­sta­wi­łam je tuż przed pro­giem domu. Na­tan umie­ścił swoje w środku, a na­stęp­nie wszedł głę­biej. Za­sta­na­wia­łam się, co zro­bić: czy za­jąć się swoim ba­ga­żem, czy też naj­pierw spraw­dzić po­miesz­cze­nia. Skoro Na­tan włą­czył świa­tło, sku­siło mnie, aby naj­pierw obej­rzeć wnę­trze.

We­szłam do środka i za­nie­mó­wi­łam. Ta­kie domy wi­dzia­łam w hor­ro­rach. Ściany po­kryte czar­nym grzy­bem, łusz­cząca się farba na su­fi­cie, ja­kieś strzępki ta­pet czy tynk na pod­ło­dze. Brud i smród mnie zno­kau­to­wały.

– To my­szy – wy­tłu­ma­czył Na­tan.

– My­szy? – po­wtó­rzy­łam, nie mo­gąc uwie­rzyć w to wy­ja­śnie­nie. – Ale prze­cież twój oj­ciec do­piero co zmarł, a to wy­gląda tak, jakby… – Ro­zej­rza­łam się po pod­ło­dze i po ścia­nach, nie umie­jąc ubrać w słowa tego, co czu­łam. – Czy on żył w ta­kich wa­run­kach? – od­wa­ży­łam się za­py­tać, a Na­tan szybko od­wró­cił się w moją stronę.

– Ostrze­ga­łem cię, ale nie chcia­łaś słu­chać. Chcia­łaś tu przy­je­chać, no­co­wać, to masz.

– Mam co? Nie ro­zu­miem, dla­czego tak mnie trak­tu­jesz. Dla­czego ob­wi­niasz mnie za coś, na co nie mia­łam wpływu? Je­śli się tego wsty­dzisz, to nie mu­sisz. Ja…

– To, jak on żył – prze­rwał mi w po­ło­wie zda­nia – ma się ni­jak do tego, jaki ja je­stem ani co czuję. To nie mój dom. To jego dom.

– Ro­zu­miem – po­wie­dzia­łam, choć ni­czego nie ro­zu­mia­łam. Żadna wy­po­wiedź mo­jego męża nie pa­so­wała do sy­tu­acji.

– Wy­da­wało mi się, że go sprze­dam, ale w ta­kim sta­nie… – Utkwił wzrok w su­fi­cie.

– Każdy dom można wy­re­mon­to­wać. Py­ta­nie tylko, czy jest tego wart. Czy chcesz się w to an­ga­żo­wać. Swój czas, swoją ener­gię. Czy uwa­żasz, że fak­tycz­nie… – Nie do­koń­czy­łam, po­nie­waż zo­sta­wił mnie i po­szedł da­lej.

Po­zba­wiona wy­boru ru­szy­łam za nim.

Roz­glą­da­jąc się do­okoła, prze­szłam do kuchni, w któ­rej ktoś po­otwie­rał wszyst­kie szafki. Za­war­tość nie­któ­rych le­żała na pod­ło­dze.

– To wy­gląda tak, jakby ktoś tu cze­goś szu­kał – stwier­dzi­łam.

– Pew­nie lu­dzie do­wie­dzieli się, że zmarł, i może spo­dzie­wali się ja­kichś pie­nię­dzy, oszczęd­no­ści. Nie wiem, cze­goś war­to­ścio­wego.

– My­ślisz, że fak­tycz­nie trzy­mał tu gdzieś go­tówkę?

– Nie są­dzę. Żył jak dziad.

– Ale drzwi stały za­mknięte – przy­po­mnia­łam.

– Może ktoś plą­dro­wał, a po­tem za­mknął drzwi.

– Ale to nie ma sensu.

– Bo ty na wszystko pa­trzysz przez wła­sny pry­zmat – wark­nął.

– Nie mów mi, że nor­malne jest, że ktoś de­mo­luje ci dom, a po­tem z tro­ski za­myka drzwi na klucz.

– A może to oj­ciec cze­goś szu­kał, za­nim zmarł, co? – stwier­dził oschle. – Może on zro­bił ten ba­ła­gan, a lu­dzie to po pro­stu zo­sta­wili i za­mknęli za nim. Nie przy­szło ci do głowy, że mógł być chory, mógł szu­kać cze­goś waż­nego albo wy­da­wało mu się, że to ważne, a szu­kał gówna, albo że od­je­bało mu na ca­łego i żył w tym sy­fie cały czas? Może tu ni­kogo ni­gdy nie było. Może po pro­stu ta­kie wiódł ży­cie i tak za­wsze wy­glą­dał jego dom.

– Na­tan – wy­po­wie­dzia­łam jego imię tak miękko, jak umia­łam. – Prze­pra­szam.

– Myśl, co mó­wisz – zbył mnie od razu i po­pchnął drzwi jed­nej z sza­fek. Za­miast się za­mknąć, wy­pa­dły z za­wia­sów i ude­rzyły w kupkę przed­mio­tów na pod­ło­dze.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzy­łam i po­de­szłam do niego. Po­ło­ży­łam mu dłoń na ra­mie­niu. – To nic nie zna­czy. Masz ra­cję, to jego dom, nie twój, nie twoje ży­cie, nie twoje wy­bory. Po­mogę ci ze wszyst­kim. Daję słowo.

– Późno już – po­wie­dział, pusz­cza­jąc moje słowa mimo uszu. – Trzeba się ogar­nąć i iść spać.

Wstrzą­snęło mną na myśl o spę­dze­niu nocy w tym miej­scu. Cho­dząc po tych po­miesz­cze­niach, zda­łam so­bie sprawę, że scep­tyczny sto­su­nek Na­tana do tego domu był jak naj­bar­dziej uza­sad­niony. Już le­piej spać w sa­mo­cho­dzie. To nie są wa­runki do no­co­wa­nia. Tylko jak mu to te­raz po­wie­dzieć? Za­su­ge­ro­wać auto? Ja­kich słów użyć? Po­wie­dzieć, że każda spę­dzona tu se­kunda wpływa na na­sze zdro­wie, do­słow­nie nas za­truwa?

– Góra wy­gląda le­piej – stwier­dził i skie­ro­wał się w stronę scho­dów. – Chodź, tam się roz­ło­żymy.

– Chcesz tu zo­stać? – Chyba się prze­sły­sza­łam. Jak mógł pod­jąć tę de­cy­zję po tym, co wła­śnie zo­ba­czył?

– Nie mamy wy­boru.

– Mo­żemy spać w sa­mo­cho­dzie – za­pro­po­no­wa­łam.

– W paź­dzier­niku? W au­cie? Sil­nik mu­siałby cho­dzić całą noc.

– To niech cho­dzi.

Za­miast od­po­wie­dzieć, ru­szył na górę, więc po­szłam za nim. Stop­nie trzesz­czały, kiedy po nich stą­pa­li­śmy, co wy­wo­łało gę­sią skórkę na moim ciele. Ten stę­chły za­pach ob­le­piał moją skórę, do­sta­wał się do płuc, wsią­kał w pory, przej­mo­wał mnie na wskroś, a ja, za­miast ucie­kać, szłam w niego głę­biej.

Gdy sta­nę­li­śmy na pię­trze, Na­tan za­pa­lił świa­tło. Fak­tycz­nie, ta część bu­dynku trzy­mała się le­piej. Drew­niane pod­łogi i bo­aze­rie nie wy­glą­dały na prze­gniłe ani za­jęte grzy­bem. Za­pach z par­teru tu nie do­cie­rał.

– Dół to stara obora – wy­ja­śnił mój mąż. – Góra to do­bu­do­wane z drewna pię­tro.

– Jak ktoś mógł zro­bić coś ta­kiego?

– Ła­twiej do­bu­do­wać pię­tro, niż po­sta­wić dom od zera.

– Ale obora? Prze­cież to nie ma wen­ty­la­cji. Nie ma…

– No ale kie­dyś było ina­czej.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że ktoś na to dał po­zwo­le­nie?

– Nie wiem, ale kie­dyś było ina­czej.

Prze­szli­śmy do jed­nego z po­ko­jów. Zna­leź­li­śmy tam stertę gra­tów: stare me­ble, książki, ga­zety, sło­iki. Masę śmieci. W ko­lej­nym stało łóżko z ko­cami i brudną po­ścielą – tu mu­siał spać teść.

– Czy on tu­taj zmarł?

– Nie – po­wie­dział szybko Na­tan.

Do tej pory nie zdra­dził mi oko­licz­no­ści śmierci ojca.

– A gdzie?

– W wej­ściu do sa­lonu. Tam po­dobno le­żał.

Wzdry­gnę­łam się po raz ko­lejny.

– Za­wał?

– Być może. Nikt nie spraw­dzał.

– Kto go zna­lazł?

– Nie py­ta­łem.

– Nie wiesz kto?

– Prze­cież ci mó­wię, że nie py­ta­łem. Roz­ma­wia­łem z czło­wie­kiem pięć mi­nut. Na­wet kró­cej. Po­in­for­mo­wał mnie o śmierci, czego mogę się spo­dzie­wać, je­śli cho­dzi o za­bra­nie ciała i prze­cho­wa­nie go, i tyle. Nie ro­zu­miem, czemu o to py­tasz. Prze­cież to nie ma zna­cze­nia, kto go zna­lazł, w ja­kiej po­zy­cji i kiedy. On nie żyje. Jego tu nie ma.

– Ro­zu­miem. Po pro­stu za­py­ta­łam. Może można było mu po­móc, może otwie­rał te szafki, szu­ka­jąc le­ków? Może po­trze­bo­wał cze­goś, nie wiem…

Od­wró­cił się do mnie gwał­tow­nie.

– Mó­wisz to, żeby wy­wo­łać we mnie wy­rzuty su­mie­nia? Chcesz, że­bym czuł się jak ścierwo, że zo­sta­wi­łem po­trze­bu­ją­cego po­mocy ojca i miesz­ka­łem so­bie bez­tro­sko w cie­płym kraju? Chcesz, że­bym so­bie wy­obra­żał jego śmierć, mo­ment, jak upada, jak mnie woła, i że­bym się tym wi­do­kiem do­bi­jał, tak?

– Nie! Skąd! – Zamierzałam coś dodać, ale nie potrafiłam. Wszystko, co mówiłam, brzmiało nie tak, jak chciałam, aby brzmiało. Wywoływało emocje nie te, które chciałam, aby wywołało.

– Jak każda baba, przy­je­cha­łaś tylko po to, żeby mi truć i szu­kać ta­niej sen­sa­cji.

Opa­dłam z sił. Ugry­złam się w ję­zyk. Po co za­da­łam to głu­pie py­ta­nie? Po co? Za­miast uwa­żać, pil­no­wać się, mimo jego wy­bu­chów nie na­uczy­łam się po­stę­po­wać z nim roz­sąd­nie. Za­po­mi­na­łam się jesz­cze i wra­ca­łam do cza­sów, w któ­rych po­tra­fi­li­śmy się po­ro­zu­mieć. Koń­czyło się jed­nak tak samo – jego na­ra­sta­jącą wście­kło­ścią na mnie.

Cho­dzi­li­śmy po pię­trze, które zda­wało się zbyt małe w sto­sunku do roz­kładu ścian i roz­miaru bu­dynku, a może to ten wszech­obecny syf optycz­nie zmniej­szał po­miesz­cze­nia. W każ­dym ko­lej­nym znaj­do­wa­li­śmy taki sam ba­ła­gan. Bra­ko­wało tylko szczu­rów i my­szy bie­ga­ją­cych po pod­ło­dze. Tu nie było gdzie spać. Nie mia­łam za­miaru kłaść się na łóżku jego ojca. Czarna od brudu ła­zienka też znie­chę­cała do ko­rzy­sta­nia z niej. Ni­gdy w ży­ciu nie prze­by­wa­łam w tak strasz­nym, za­pusz­czo­nym i śmier­dzą­cym miej­scu. Cze­ka­łam, aż Na­tan doj­dzie do tego sa­mego wnio­sku co ja i wyj­dzie stąd tak szybko, jak to moż­liwe.

– Prze­su­niemy graty z jed­nego po­koju do dru­giego i po­ło­żymy się na pod­ło­dze – stwier­dził obo­jęt­nie. – Na ciu­chach z wa­li­zek – do­pre­cy­zo­wał, wi­dząc, że moje oczy otwie­rają się co­raz sze­rzej. – Na­ło­żymy na sie­bie, ile tylko się da, żeby nie zmar­z­nąć, ale też żeby od­izo­lo­wać się od brudu.

– Na­prawdę chcesz tu zo­stać? – za­py­ta­łam de­li­kat­nie.

Zlek­ce­wa­żył mnie. Prze­ci­snął się do okna i je otwo­rzył. Do po­koju wpa­dło zimne po­wie­trze, a po chwili drzwi na dole trza­snęły z ło­po­tem. Pod­sko­czy­łam prze­ra­żona.

– To tylko prze­ciąg – sko­men­to­wał.

Pod­no­sił przed­mioty je­den po dru­gim i no­sił do po­koju obok. On już pod­jął de­cy­zję, a to, co mnie prze­ra­żało i czego on zu­peł­nie nie za­uwa­żał, mia­łam wsa­dzić so­bie do kie­szeni.

– Ru­szysz się czy mam wszystko zro­bić sam? – rzu­cił ką­śli­wie, mi­ja­jąc mnie w ko­ry­ta­rzu.

Po­mo­głam mu. Nie za­słu­gi­wał na to, ale zro­bi­łam to.

Czas mi­jał nam na szar­pa­niu się ze śmie­ciami jego ojca. Żadne z nas się nie od­zy­wało poza ko­mu­ni­ko­wa­niem się, gdzie co po­sta­wić. Bar­dzo szybko do­pa­dło mnie zmę­cze­nie. Na po­czątku ukry­wa­łam to przed Na­ta­nem, jed­nak z cza­sem za­czę­łam no­sić lżej­sze przed­mioty, aż w końcu usia­dłam na pod­ło­dze. Nie mia­łam już siły. Dba­nie o to, czy jest tu­taj wy­star­cza­jąco czy­sto, stało się nie­ważne. Tak na­prawdę spa­ła­bym na sa­mych de­skach.

Kiedy Na­tan wy­niósł z po­koju ostat­nie ru­pie­cie, ka­zał mi zo­stać na gó­rze, a sam zszedł po wa­lizki. Opar­łam się o ścianę i za­sta­na­wia­łam się, co da­lej. Do­szłam do wnio­sku, że moja obec­ność tu­taj jest nie­po­trzebna. Ju­tro, gdy się obu­dzimy, po­roz­ma­wiam z nim na spo­koj­nie, wy­tłu­ma­czę mu do­kład­nie, z czego wzięła się zmiana mo­jego na­sta­wie­nia, i wrócę do domu. Tak bę­dzie le­piej dla nas obojga.

– Margo! – krzyk­nął z dołu.

– Co?!

– Nie wzię­łaś dru­giej wa­lizki?!

Spa­ra­li­żo­wało mnie na se­kundę, a po­tem rzu­ci­łam się bie­giem na dół. Po­ko­na­łam schody w za­wrot­nym tem­pie i pra­wie wpa­dłam na Na­tana, który wcią­gał moją ciężką wa­lizkę przez drzwi wej­ściowe.

– Gdzie masz pod­ręczny? – za­py­tał. – Nie wzię­łaś go spod ho­telu?

– Mia­łam dwie wa­lizki, jak tu­taj szłam, prze­cież trzy­ma­łam te­le­fon w ustach, bo nie mia­łam jak so­bie po­świe­cić.

– Je­steś pewna?

– Czyś ty zwa­rio­wał? Ty swoją pod­ręczną po­ło­ży­łeś na du­żej, ja obie cią­gnę­łam za rączki.

– To gdzie ona jest?

– Jak to? Nie ma jej?

Wy­mi­nę­łam go i wy­szłam przed dom. Zo­sta­wi­łam je obie przed drzwiami, za­po­mi­na­jąc o pod­sta­wach bez­pie­czeń­stwa. Czu­łam się tu­taj jak na końcu świata, więc nie mar­twi­łam się o przy­pad­ko­wego prze­chod­nia, który mógłby zwi­nąć moje rze­czy.

– Ktoś ją za­brał! – krzyk­nę­łam spa­ni­ko­wana.

– Nie, to nie­moż­liwe. Mia­łaś tam ja­kieś je­dze­nie?

– Co?! Ja­kie je­dze­nie? O Boże! – Po­czu­łam, że się w so­bie za­pa­dam. – Mój kom­pu­ter, mój pasz­port! Mój port­fel! Wszystko mia­łam w tej tor­bie! Jezu, co ja te­raz zro­bię?

– Może ja­kieś zwie­rzę wy­cią­gnęło?

– Zwie­rzę? – Spoj­rza­łam na niego, jakby wła­śnie mi po­wie­dział, że zie­mia jest pła­ska.

– No prze­cież ni­kogo tu nie było.

– Skąd wiesz? Prze­cież by­li­śmy na gó­rze, pra­co­wa­li­śmy, ni­czego nie sły­sze­li­śmy.

– Nikt tu nie mieszka.

– Ale może ktoś nas wi­dział, jak je­cha­li­śmy drogą, i przy­szedł… – Szu­ka­łam roz­wią­za­nia str­wo­żona.

– Nie, to nie­moż­liwe. Zwie­rzę wzięło.

– Ale ja­kie zwie­rzę? Ja­kie zwie­rzę by­łoby w sta­nie po­cią­gnąć wa­lizkę na kół­kach z lap­to­pem w środku? Prze­cież to ciężka wa­lizka, więc…

– Nie wiem! To po pro­stu je­dyne lo­giczne wy­ja­śnie­nie.

– Lo­giczne? Se­rio?

Mil­czał.

– Czemu nic nie mó­wisz?! – krzyk­nę­łam do niego.

– A co mam mó­wić? Co mam zro­bić? Mam la­tać po le­sie i szu­kać? Co chcesz, że­bym zro­bił w nocy, we wsi, gdzie każdy śpi?

– Skoro pod­ręcz­nej nie ma, to zna­czy, że ktoś nie śpi…

– Uspo­kój się. I tak dzi­siaj nic nie zro­bimy. Weź dużą wa­lizkę i chodź na górę.

– Co? – Mru­ga­łam zdu­miona jego lek­ce­wa­żą­cym po­dej­ściem.

– Chodź na górę – po­wtó­rzył spo­koj­nie.

– Ty chyba żar­tu­jesz! Ja tego tak nie zo­sta­wię!

– I co zro­bisz? Pój­dziesz do lasu na po­szu­ki­wa­nia?

– Za­dzwońmy na po­li­cję! Zgło­śmy kra­dzież! Jezu… – Na­gle po­czu­łam, jakby zie­mia usu­wała mi się spod stóp. – Mój te­le­fon! Stra­ci­łam te­le­fon!

– Te­le­fon mia­łaś w sa­mo­cho­dzie. Na pewno tam jest.

– Nie! Prze­cież nim świe­ci­łam. Wsu­nę­łam go w tę małą kie­szonkę z przodu. Tam, gdzie za­wsze wożę szczo­teczkę do zę­bów… Je­stem tego…

– To świet­nie się składa, że zo­stał w wa­lizce. Za­raz ją na­mie­rzymy. Po­cze­kaj chwilę… za­dzwo­nię do cie­bie. – Wy­cią­gnął swój z kie­szeni. Ob­ser­wo­wa­łam, jak wy­brał moje imię z li­sty, przy­ło­żył apa­rat do ucha, jakby fak­tycz­nie chciał roz­ma­wiać. Pa­trzył gdzieś w dal. Spo­dzie­wa­łam się usły­szeć me­lo­dyjkę mo­jego dzwonka, ale za­miast tego do­biegł mnie ko­mu­ni­kat wy­gło­szony przez au­to­mat o abo­nen­cie chwi­lowo nie­do­stęp­nym. – Pew­nie zo­sta­wi­łaś włą­czoną la­tarkę i się roz­ła­do­wał – stwier­dził su­cho Na­tan.

– Kto­kol­wiek za­brał torbę – nie pod­da­wa­łam się zbyt ła­two – musi być gdzieś bli­sko, nie od­szedł…

– Ja już po­wie­dzia­łem. – Znowu nie po­zwo­lił mi do­koń­czyć. – Ju­tro rano przej­dziemy się po le­sie, znaj­dziemy torbę. Zo­ba­czysz. To mu­siało być zwie­rzę.

– A co, je­śli nie było?

Mi­nął mnie i skie­ro­wał się do scho­dów. Po­ko­ny­wał je je­den po dru­gim, tasz­cząc swoje dwie wa­lizki. Moją zo­sta­wił. Nie obej­rzał się.

– Za­mknij za sobą drzwi – mruk­nął tylko pod no­sem.

Zby­szek

25 lat wcze­śniej…

Po­szli­śmy z żoną na USG. Le­karka jeź­dziła sondą po brzu­chu, do­ko­nu­jąc po­mia­rów. Po­ka­zy­wała nam, gdzie jest ręka, gdzie noga, ale ja wi­dzia­łem tylko głowę – naj­więk­szy i naj­bar­dziej rzu­ca­jący się w oczy kształt. Py­tała nas, czy chcemy po­znać płeć. Ania wo­lała mieć nie­spo­dziankę. Wszy­scy jej się dzi­wili, każdy py­tał o płeć od po­czątku ciąży. Ja się upie­ra­łem, że to bę­dzie syn, ona – że córka. I chyba wła­śnie to blo­ko­wało ją przed chę­cią zwe­ry­fi­ko­wa­nia, kto ma ra­cję. Co mie­siąc kon­se­kwent­nie od­ma­wiała po­zna­nia płci. Jed­nego razu kom­bi­no­wa­łem, jak po­ro­zu­mieć się z gi­ne­ko­log pro­wa­dzącą ciążę, by dała mi ja­kiś sy­gnał. Coś jak mru­gnię­cie le­wym okiem, je­śli to chło­pak, a pra­wym – je­śli dziew­czynka. Czuł­bym się jed­nak tak, jak­bym zdra­dzał żonę.

Od­wio­złem Anię do domu, wy­pi­łem z nią kawę i za­bra­łem się do pracy.

Dzi­siaj aku­mu­la­tor opla wy­pluł z sie­bie iskrę ostat­nim tchnie­niem. Pi­ło­wa­łem go do­brych sześć razy, za­nim za­sko­czył. Nie sprzy­jały mu co­raz niż­sze tem­pe­ra­tury. Cze­kała mnie wi­zyta u me­cha­nika, ale od­kła­da­łem ją, po­nie­waż cią­gle było coś in­nego do zro­bie­nia.

W ro­bo­cie cze­kała na mnie sprawa tego po­trą­ce­nia. Roz­ry­so­wa­łem wszystko do akt, a na­stęp­nie wy­sła­łem do sądu. Ja­cek, który za­wsze za­ła­twiał dla nas sprawy ad­mi­ni­stra­cyjne, wy­słał też we­zwa­nie na ko­mi­sa­riat tej dziew­czy­nie, która wi­działa wy­pa­dek. Mu­sia­łem mieć ze­zna­nia w obec­no­ści któ­re­goś z ro­dzi­ców, bo to, co po­wie­działa po wy­padku, nie bę­dzie trak­to­wane jako ze­zna­nie, lecz naj­wy­żej po­twier­dze­nie, że tam prze­by­wała.

Poza tym przez cały boży dzień nic się nie działo. Tro­chę po­sta­li­śmy z su­szarką, prze­je­cha­li­śmy dwa razy przez mia­sto na pa­trol, przy­ję­li­śmy zgło­sze­nie kra­dzieży ro­weru, który pew­nie ktoś wziął tylko po to, żeby szybko pod­je­chać do sklepu czy za inną po­trzebą, a po­tem wró­ci­li­śmy do do­mów.

Dni mi­jały nam spo­koj­nie. Lu­dzie za­jęli się przy­go­to­wa­niami do świąt, je­dy­nie od czasu do czasu ktoś we­zwał nas do wy­padku czy awan­tury. Sie­dzie­li­śmy w fir­mie jak kury w kur­niku. Tym­cza­sem matka dziew­czyny za­dzwo­niła z od­mową sta­wie­nia się na ko­mi­sa­ria­cie. Wo­bec tego wy­sła­łem im we­zwa­nie do sądu. Dzi­wiło mnie, że tak się za­cho­wała, ale lu­dzie czę­sto źle pa­trzyli na po­li­cję.

Kie­ro­wany cie­ka­wo­ścią po­je­cha­łem do sądu w dniu roz­prawy. Spóź­ni­łem się, więc szybko wbie­głem po scho­dach. W środku spo­strze­głem dziwną sy­tu­ację: sprawca po­trą­ce­nia pod­czas wcho­dze­nia na salę roz­praw po­wie­dział coś do tej na­sto­latki, Ka­ro­liny. Nie trzeba było spe­cja­li­sty, by za­uwa­żyć, jak to na nią wpły­nęło. Za­gro­ził jej? Po­wie­dział coś, żeby nie ze­zna­wała prze­ciwko niemu? Po co się w ogóle do niej od­zy­wał? Jej matka stała nieco da­lej, roz­ma­wiała praw­do­po­dob­nie z kimś z ro­dziny sta­ruszki i chyba prze­oczyła całe zda­rze­nie.

Sę­dzia pro­wa­dził sprawę szybko. Przy prze­słu­cha­niu świadka mia­łem wra­że­nie, że coś mocno po­szło nie tak. Dziew­czyna ni­czego nie była pewna: ani tego, gdzie się znaj­do­wał sa­mo­chód, ani po­zy­cji sta­ruszki. Tego, czy auto ru­szyło z pi­skiem opon, czy jed­nak spo­koj­nie. Na­wet o sile ude­rze­nia mó­wiła ja­koś tak nie­po­rad­nie. Po­ja­wił się za to in­te­re­su­jący świa­dek – pra­cow­nik kio­sku. Ze­znał, ja­koby sta­ruszka bie­gła przez pasy. Za­go­to­wało się we mnie, po­nie­waż wie­dzia­łem, jaką de­cy­zję po­dej­mie sę­dzia. Babci na sali nie było, nie mo­gła się obro­nić, więc mło­demu z braku do­wo­dów z pew­no­ścią uj­dzie na su­cho.

Dzi­siaj nie po­zna­li­śmy wy­roku, co na­pa­wało mnie na­dzieją. Da­wało czas na wkro­cze­nie do ak­cji. Zda­łem so­bie sprawę, jak nie­wiele zro­bi­łem, by po­móc tej ko­bie­ci­nie. Po wszyst­kim chcia­łem po­roz­ma­wiać z matką Ka­ro­liny, ale sę­dzia mnie roz­po­znał i za­wo­łał. Nie ma­jąc wy­boru, od­pro­wa­dzi­łem wzro­kiem uczest­ni­ków roz­prawy i po­sze­dłem do niego na spo­tka­nie w in­nym po­miesz­cze­niu.

– To sprawa od was – stwier­dził, gdy tylko wsze­dłem.

– Tak.

– Wi­dzia­łem cię na sali, dla­tego nie ogło­si­łem wy­roku.

– Do­my­ślam się, jaki by był, gdyby za­padł dzi­siaj.

– Wła­śnie. – Zdjął togę i od­wie­sił na wie­szak. – Nie mamy żad­nego do­wodu po­twier­dza­ją­cego winę tego go­ścia, a ta młoda… cóż by tu po­wie­dzieć.

– Słaby z niej świa­dek – wy­rę­czy­łem go, a on przy­tak­nął.