Koszmar - Karolina Wójciak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Koszmar ebook i audiobook

Karolina Wójciak

4,1

83 osoby interesują się tą książką

Opis

Wyobraź sobie, że nikt Ci nie wierzy....
Konrad zawsze dostaje od życia to, czego chce: ma żonę, rodzinę, pieniądze i… kochankę. Kinga, poza romansem z Konradem, nie ma nic i choć wie, że jest tą drugą, tą, która nie może niczego wymagać, żyje nadzieją, że pewnego dnia Konrad zostawi dla niej żonę. Wierzy w jego szczerość, miłość i oddanie. Tak mijają dwa lata bezowocnego związku. Do Kingi dociera w końcu, że nie zaspokoi tym romansem potrzeby bliskości, ponieważ dla jej kochanka jest to tylko nic nieznaczący seks na boku. Postanawia zostawić Konrada, ale on nie potrafi z niej zrezygnować. Ta decyzja zmienia jej życie w Koszmar.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 35 min

Lektor: Czyta: Monika Chrzanowska

Oceny
4,1 (318 ocen)
165
74
43
23
13

Popularność




Korekta: Katarzyna Wróbel

Projekt okładki: Karolina Wójciak

Zdjęcie z okładki: canva.com

Łamanie i skład: Mateusz Cichosz | Poskładane Studio DTP

Copyright © by Karolina Wójciak, 2021

West Vancouver, Maj 2021

All rights reserved.

ISBN: 978-83-958587-3-4

ISBN Mobi: 978-83-958587-5-8

ISBN Epub: 978-81-911747-6-5

Druk i oprawa: WZDZ – Drukarnia „LEGA”

Joannie Hilińskiej –

w podziękowaniu za wszystko, co dla mnie zrobiłaś!

Kinga – wcześniej

Zerknęłam w bok na jego profil. Spał albo udawał, że śpi. Zwykle po seksie przejawiał jakieś zainteresowanie, pytał, jak mi się podobało, ale robił to tylko dlatego, by być miłym. By zachować pozory, bo nadal nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że przychodził tylko po seks. Miał żonę i dzieci. Mówił, że mu się nie układa, ale nauczyłam się już sporo o facetach. Wystarczająco dużo, by wiedzieć, że wciskał mi kit tylko po to, żebym nie czuła się z tym źle. Tyle że ja nie czułam się źle, ponieważ wiedziałam doskonale, że mimo romansu ciągnącego się drugi rok nadal bardziej kochał żonę i dzieci i gdyby musiał decydować, wybrałby ich. Ja dla niego nic nie znaczyłam i nigdy nic nie będę znaczyć. Byłam odskocznią od domowej monotonii. Atrakcją na kilkanaście minut pomiędzy pracą a powrotem do życia rodzinnego. Ostatnio nawet nie dbał o to, by pogadać ze mną po tym, jak mnie przeleciał. Uciekał od rozmów w najprostszy możliwy sposób – udając, że zasnął. Poleży tak obok mnie, żeby nie zostawiać mnie za szybko, a potem wstanie i wyjdzie, zapominając o moim istnieniu aż do następnego razu. Jeśli zauważy, że się zezłościłam za ten brak zaangażowania, porozmawia ze mną, ponarzeka na żonę, poświęci mi chwilę, bym mogła poczuć się ważna. Jako kobieta, a nie pochwa do zaspokajania potrzeb.

– Bo ja lubię, jak kobieta ma kształty – rzucił raz, gdy tłumaczył mi, czemu mnie wybrał. Od czasu do czasu sama potrzebowałam wyjaśnienia, dlaczego nadal przychodzi.

Twierdził, że jego żona jest za chuda i zbyt oschła, a u mnie znajdywał ciepło. To pewnie też była ściema, ale wmawiałam sobie, że jeśli do czegoś się nadawałam, to właśnie do dawania ciepła. Z drugiej strony ten układ odbierał mi chęć do życia, bo uciekały mi lata, czas, który już nigdy nie wróci, podczas którego mogłabym poznać kogoś wartościowego.

Patrzyłam więc na swojego kochanka, bo dzisiaj mijały nam równo dwa lata, odkąd zaczęliśmy ze sobą sypiać, i zastanawiałam się, dokąd to zmierza. Początkowo wydawało się, że to będzie tylko jednorazowy seks, a nie romans ciągnący się tak długo.

Poznałam go, wykonując sesję zdjęciową jego nowo narodzonej córce. Pomagał mi przy zdjęciach, bo jego żona, zaledwie tydzień po porodzie, nie mogła się ruszyć bez bólu i zaraz po tym, jak weszła do mojego mieszkania, usadowiła się na kanapie. Siadała na poduszce z dziurą, bo przy drugim porodzie coś poszło nie tak i nie goiła się prawidłowo. Konrad, ogromnie wyczulony na potrzeby noworodka, asystował mi przy każdej pozycji. Żartował, śmiał się i robił wszystko tak jak prawdziwy, kochający mąż i ojciec. Kiedy było trzeba, nosił dzidziusia, karmił, przewijał i pomagał mi ululać córkę do snu, gdy marudziła. Pytał nawet, czy mógłby mnie w czymś wyręczyć, kiedy to lulanie przeciągało się w czasie. Zauważał potrzeby nie tylko swojego dziecka, ale i moje. Nikt do tej pory nie dbał o to, czy nie bolą mnie ręce od kołysania noworodka. Zaimponował mi swoim zaangażowaniem. Pochwaliłam go wtedy zarówno do żony, jak i do niego, patrząc mu prosto w oczy. Zdawało się, że to go bardzo poruszyło. Tak, jakby brakowało mu tego w domu – docenienia jego wysiłku.

Po około dwóch tygodniach przyjechał na prezentację wykonanych zdjęć. Byłam zła, że jego żona się nie pojawiła, bo to zwykle kobiety wydają więcej na zdjęcia. Faceci zawsze tną koszty, mówiąc, że nie potrzebują aż tylu ujęć tego samego dziecka. Matki, kierowane uczuciami, którymi w zasadzie zawładnęły w pełni hormony, rozczulały się nad każdym zdjęciem, jakie im pokazywałam. Rozczarowało mnie, że jego żona nie przyjechała na umówione spotkanie, wyglądali bowiem na takich, którzy mogliby naprawdę dużo zostawić. Zaciskałam usta zła na nich oboje, bo mogli przecież zadzwonić i uprzedzić mnie o zmianie planów, a wtedy przesunęłabym spotkanie, dostosowując się do ich kalendarza i dbając o to, by Marcelina, jego żona, też mogła się pojawić. On swoją decyzją o przyjeździe solo odebrał mi możliwość zareagowania. Głowiłam się, co z nim teraz zrobić: zaprosić na prezentację czy też odesłać do domu? Trzymając Konrada przy drzwiach, postanowiłam wyznaczyć inny termin i poprosić go, by wrócił z Marceliną, ale zanim się odezwałam, wyjaśnił mi, jak bardzo skomplikowała się sytuacja zdrowotna jego żony. Trafiła ponownie do szpitala, musiała przejść kolejny bolesny zabieg, a on został sam z dziećmi. Wyrwał się na chwilę, kiedy przejęła je teściowa. Westchnęłam wtedy, wiedząc, jak to się skończy, i zaprosiłam go do środka. Powtarzałam sobie w myślach, że do maila, jaki wysyłam rodzicom przy okazji wyznaczania spotkania, muszę dopisać sugestię, by przyjeżdżali razem.

Na początku było dość niezręcznie, bo Konrad sprawiał wrażenie rozkojarzonego, ale nie poddawałam się. Starałam się go urobić, opowiadając o tym, jak ważne są wspomnienia. Jak istotne jest zainwestowanie w zdjęcia. To, owszem, była prawda, ponieważ po jakimś czasie zostają tylko zdjęcia. Jednak kierowało mną nie tylko uświadamianie klientów, gdy mówiłam o wartości prezentowanych ujęć. Potrzebowałam też pieniędzy, a widząc, jak zamożni byli, liczyłam na dobrą sprzedaż. Nie poddawałam się, choć Konrad nie wyglądał na zbytnio przejętego ani zainteresowanego moim wywodem. Wciskałam mu klepane każdemu klientowi formułki, licząc, że w końcu natrafię na coś, co do niego dotrze.

– Wiesz – siedział na kanapie przed monitorem, na którym miałam zamiar wyświetlić fotografie ich rodziny – nigdy mnie nikt tak nie chwalił jak ty podczas sesji.

– Naprawdę? – Spojrzałam na niego zaskoczona, że do tego wrócił.

Wolałabym, żeby pytał o pakiety i o to, co zwykle biorą klienci, abym mogła jak najszybciej sfinalizować sprzedaż i oszczędzić nam marnowania czasu. Wierzyłam, że przyszedł tutaj na chwilę, bo ktoś taki jak on, kto prowadzi fantastycznie prosperującą firmę, nie miał czasu na takich jak ja, zajmujących mu tylko czas pamiątkami, których wartości nie dostrzegał. Czułam jego niechęć, ale nie wiedziałam, jak ją przezwyciężyć. Z każdą upływającą minutą docierało do mnie, że nie uda mi się go przekonać do dużej inwestycji, ponieważ emocjonalnie przebywał gdzieś indziej. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą, ale on nawet nie patrzył na ekran. Przeniósł wzrok na mnie.

– Tak, to było bardzo miłe. Marcelina przyjmuje moje oddanie, to wyręczanie jej w obowiązkach jako pewnik. Tak, jakbym był jej to winny. Nie wiem, jak to wytłumaczyć.

– Nie musisz – zapewniłam. – Rozumiem doskonale.

– Masz męża?

– Nie, nie mam. Jestem singielką, ale nie muszę mieć męża, żeby wiedzieć, co to znaczy brać coś za pewnik. Kiedy żona przestaje się starać o męża i żyje z niekończącymi się wymaganiami, zamiast być wdzięczną za to, co otrzymuje, staje się to bardzo krzywdzące.

Posłał mi uśmiech, a ja nie chcąc przedłużać rozmowy o związkach, postawiłam przed nim szklankę wody i pudełko chusteczek – choć już wiedziałam, że on nie wzruszy się podczas oglądania zdjęć – i nacisnęłam guzik, by uruchomić slideshow. Co jakiś czas zerkałam na niego ukradkiem. Oglądał w skupieniu. Ku mojemu zaskoczeniu facet kompletnie się rozkleił. Przy ostatnim slajdzie sięgnął po chusteczki. Dziękował mi wylewnie za piękną pamiątkę, a potem jeszcze hojniej obdarzał mnie komplementami, wychwalając mój talent. Już do tego przywykłam, bo słyszałam to tysiąc razy, ale zawsze uprzejmie dziękowałam. Dawałam klientom do zrozumienia, jak wiele ich słowa dla mnie znaczą i jak bardzo doceniam fakt, że to mnie wybrali na swojego fotografa. Oni też lubili, kiedy im słodziłam. Tego także nauczyłam się na przestrzeni minionych lat, więc przez moment chwaliłam jego rodzinę, to, jak cudownie ze sobą razem wyglądają, by po chwili wyjąć katalog z produktami i zacząć sprzedaż bezpośrednią. Zwykle w tym momencie klienci ocierali łzy, a następnie zadawali pytania. On jednak nawijał o tym, jak żonie się pogorszyło i jak z powrotem trafiła do szpitala, jak maluszek nie dawał mu spać i jak bardzo był zmęczony. Czułam się niezręcznie, pocieszając go – bo czego innego miałby się spodziewać po noworodku i samotnym rodzicielstwie? Żaden z moich klientów tak się nigdy nie zachował, więc nie potrafiłam się odnaleźć w tej sytuacji. Patrząc na tego eleganckiego faceta, nie rozumiałam, dlaczego mi o tym opowiadał i przeciągał niepotrzebnie to spotkanie, przecież przyszedł wybierać zdjęcia, a nie żalić się na życie, jak to się robi w gabinecie u psychologa. Chciałam jak najszybciej zamknąć sprzedaż, a nawet nie pokazałam mu albumów. Usiadłam obok niego na kanapie i poklepałam go po ramieniu, licząc na to, że gdy okażę mu wsparcie, zostawi ten temat w spokoju, a potem w końcu skupi się na zamówieniu. Jakimś dziwnym trafem jego dłoń wylądowała na moim udzie. Powinnam ją wtedy strącić, kazać mu wyjść, ale nie zrobiłam nic. Wszystko przez to, że był tak cholernie przystojny. Mój typ faceta, z ciemnymi włosami i brodą, dokładnie taki, z jakim wizualizowałam sobie własną rodzinę. Ćwiczył albo brał jakieś sterydy, bo jego ciało wyglądało lepiej niż sylwetka typowego tatusia. Dbał o siebie, ubierał się modnie i robił ogromne wrażenie. Zwykle mężczyźni nie przywiązywali uwagi do wyglądu, on zaś dbał o każdy najdrobniejszy szczegół, jak przystało na faceta z klasą. Takich nie spotyka się często.

Poczułam, jak jego dłoń powędrowała wyżej. Mogłam zainterweniować, ale znów go nie zatrzymałam. Głaskałam jego ramię, powtarzając, że wszystko się ułoży, jakbym była nieświadoma jego dotyku. On, jak typowy facet, skupił się na jednej czynności, więc przestał biadolić, a potem całkowicie zamilkł i w ciszy, patrząc mi prosto w oczy, przesuwał dłoń w górę. Dotarł do materiału sukienki spoczywającego na moich udach. To był ten moment, po przekroczeniu którego wszystko ulega zmianie. Jeśli pozwolę mu na to, by wsunął choćby palec pod materiał, będzie wiedział, że go przyjęłam. Jeśli go odtrącę, przeprosi, a potem wyjdzie. Tylko przez chwilę pomyślałam o jego żonie, o dziecku i o tym, że byłam najgorszą świnią na świecie, ale spojrzałam na niego i posłałam mu uśmiech. Odczytał to jako aprobatę, więc z chęcią posunął się dalej. Gdy dotknął materiału moich majtek, westchnął ciężko. Wraz z rozchyleniem nóg, by mu ułatwić dojście, uchyliłam też usta. Robiło mi się gorąco, ale patrzyłam mu prosto w oczy. Jego spojrzenie stawało się szkliste, przejmujące, ale żadne z nas się nie odezwało. Pozwoliłam mu się pieścić przez chwilę, czerpiąc przyjemność z tego, jak mocno naciskał moją łechtaczkę, a potem odwzajemniłam pieszczoty. Darowałam sobie wędrówki i podchody. Sięgnęłam dłonią do jego napiętych w kroku jeansów. Pocierałam go zadowolona, jak mocno na niego działałam. Zapomniałam już, kiedy ostatni raz byłam z facetem. Musiałabym w pamięci zacząć liczyć miesiące, które upłynęły od tego czasu, a i tak pewnie przeraziłoby mnie, jak długo obyłam się bez seksu. Wolałam nie wiedzieć i zdać się na naturę. Pozwolić jej czerpać przyjemność z tej wykradzionej tak bezwstydnie chwili. Wszystko w środku mnie pulsowało i domagało się kontaktu. Nie chciałam dłużej czekać, a miałam podejrzenie, że jeśli ja nie zrobię kolejnego kroku, on nadal będzie czekał. Sięgnęłam więc do swoich majtek. Zsunęłam je. On od razu rozpiął spodnie i zanim się obejrzałam, czekał na mnie ze sterczącym w górę penisem. Usiadłam na nim. Nie odzywaliśmy się do siebie, nie bawiliśmy się w grę wstępną. Byłam podniecona na tyle, by z łatwością wsunąć jego penisa w siebie i kołysać się na nim od razu – z intensywnością kogoś, kto dawno nie uprawiał seksu. Cały stosunek trwał dosłownie dwie minuty. Napięcie było zbyt duże, żeby czekać długo na orgazm. Zaskoczyło mnie, jak bardzo tego potrzebowałam, jak mój organizm wręcz chłonął przyjemność każdym milimetrem ciała. Moje pożądanie, połączone z intensywnością doznań, zrobiło swoje, wysadzając mnie w kosmos. On też, widząc moje reakcje, o tym wiedział. Miałam jednak świadomość, że już do mnie nie wróci, i nie dbałam o to, co o mnie pomyśli czy powie. Nie miało żadnego znaczenia, czy jemu się podobało i jak mnie oceni. Ten silny, ale i tak fantastycznie rozluźniający orgazm był dla mnie wystarczająco dobrym powodem, by nagrodzić Konrada uśmiechem za ten pomysł seksu na boku.

Zeszłam z niego bez pośpiechu, bez poczucia, że zrobiłam coś złego. Dokładnie tak, jakbym dosłownie chwilę temu nie ujeżdżała żonatego mężczyzny, lecz wolnego człowieka, bez zobowiązań. Nie odezwałam się, nie pytałam o nic. Nie tłumaczyłam się. Usiadłam obok, pociągnęłam sukienkę na kolana i spojrzałam na niego tak, jakby ostatnie pięć minut nigdy się nie wydarzyło. Niespiesznie doprowadził się do porządku, darując sobie jakiekolwiek wyjaśnienia czy pytania, a potem kazał mi wybrać taki pakiet, jaki zwykle ludzie biorą, wystawić mu fakturę, którą opłaci przez internet, i wyszedł.

Kiedy zostałam sama, zastanawiałam się, czy przyszedł z myślą, że mnie przeleci, czy też wpadł na to, kiedy usiadłam obok niego. Może nawet myślał, że to ja zasugerowałam seks. Nigdy by mi to nie przyszło do głowy, ale faktycznie istniała szansa, że tak to właśnie odebrał. Przypominałam sobie jednak, czyja dłoń wylądowała na kim jako pierwsza, i zapewniałam siebie w ten sposób, że to nie ja zainicjowałam ten seks. Owszem, było przyjemnie, ale to przecież klient. Na dodatek żonaty klient.

Po dwóch tygodniach przyszedł ponownie. Tym razem nie zapowiedział się, więc musiał czekać, aż dokończę spotkanie z innymi klientami. Gdy tylko wszedł do środka, widziałam w nim wahanie. Poczucie winy malowało mu się na twarzy tak wyraźnie, że on sam musiał być tego świadomy – nie powinien tu przychodzić, ale jednak coś go przyciągnęło. Przepraszał mnie, potem mówił, jak to żona go ponownie wysłała, bo nie wziął jakiegoś tam zdjęcia, na którym jej bardzo zależało. Tym razem poprosił o wszystkie, by nie musieć już wracać. Zgodziłam się, mając nadal jego galerię w archiwum. Poinformowałam go o kolejnej fakturze, jaką otrzyma przez internet, i o tym, w jaki sposób prześlę mu zdjęcia. Na tym nasze spotkanie powinno się zakończyć, ale on swoim czekaniem potwierdził, że nie w takim celu do mnie przyszedł. Mogłam go spławić przy drzwiach i ułatwić mu życie, ale zrobiłam przeciwnie. Zaprosiłam go do środka. Poczucie winy tylko kilka sekund trzymało go przy drzwiach, a potem od razu wszedł i rozsiadł się na kanapie. Nie mieliśmy o czym rozmawiać, więc usiadłam naprzeciw, oferując mu wodę. Odmówił. Sprowadziło go do mnie zupełnie inne pragnienie, ale postanowiłam nie odpuszczać i nie oferować mu siebie jak tej wody przed chwilą. Chciałam, by mnie poprosił wprost, wysilił się w jakikolwiek sposób, jeśli chce mnie znów przelecieć. Oboje doskonale wiedzieliśmy, po co tu przyszedł. Trzeba było tylko jakoś zacząć, bo wiadomo, że najtrudniejszy jest ten pierwszy krok, potem wszystko idzie samo.

– Możesz to dać mojej żonie jako niespodziankę? Pocieszenie od męża po tym, jak wyszła ze szpitala? – zapytał, a potem przeciągnął dłonią po włosach.

– Oczywiście, cokolwiek sobie pan zażyczy. – Nadal zwracałam się do niego tak, jakby faktycznie był tylko moim klientem. Jakby ten ostatni seks na kanapie nigdy się nie wydarzył. – Zapakuję wszystko na prezent i zadbam, żeby opakowanie zrobiło na niej ogromne wrażenie.

– Mów mi po imieniu. Konrad. – Wyciągnął dłoń.

Musiałam wstać, by podać mu rękę, więc zrobił dokładnie to samo, zrywając się w pośpiechu z kanapy. Uścisnęliśmy się, a on wykorzystał ten moment i przyciągnął mnie do siebie. Bez słowa wyjaśnienia zaczął całować moją szyję, potem dekolt. Tym razem nie czekał już na zgodę, nie sprawdzał, czy się sprzeciwię, wiedział, że tego nie zrobię, więc sięgnął po mnie jak po album na stoliku, z taką pewnością, jakbym była jego od zawsze. Ponownie mogłam zaprotestować, odepchnąć go od siebie, przypomnieć mu, kogo zostawił w domu, ale wybrałam seks. Podwinął mi bluzkę, szybkim ruchem wyciągnął obie piersi ze stanika i przyssał się do nich. Nie mógł objąć dłońmi każdej z piersi, co komentował z przejęciem. Ocierał się o nie twarzą, brał do ust sutki i ciągnął tak mocno, że nieraz syczałam. Niektóre z jego pieszczot były zbyt mocne, ale to tylko dodawało pikanterii. Nie umiałam stwierdzić, czy tak bardzo mnie pożądał, czy też ten seks miał być dla niego emocjonującym pożegnaniem, bo kiedy się ze mną kochał, w jego ruchach dostrzegałam desperację. Każde pchnięcie powodowało, że jęczałam z przyjemności. Nikt mnie tak nie potrafił zadowolić. Na chwilę przed orgazmem złapał mnie za szyję, ścisnął ją dłonią, nie na tyle, by odebrać mi możliwość oddychania, ale by pobudzić we mnie krew. Gdzieś tam w środku część mnie obawiała się go, bo przecież był tylko obcym gościem, którego widziałam raptem dwa razy i o którym nic nie wiedziałam. Znałam tylko jego imię i nazwisko. Nic więcej. Mógł być szalony. Mógł być seryjnym mordercą, bo tacy przecież też czasami mają żony i całkiem nieźle maskują swoje zboczenia przed światem. Ta myśl zamiast mnie sparaliżować, obudzić we mnie zdrowy rozsądek, wywołała jedynie skok adrenaliny. Uśmiechnęłam się, akceptując jego brutalność. Zapytał, czy lubię ostro. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam ostrego seksu, ale będąc tak podnieconą i tak ciekawą doznań, skinęłam głową. On w odpowiedzi wsadził mi palec do ust i kazał go ssać, a drugą ręką odcinał mnie od powietrza. Strach o bezpieczeństwo, o to, że nie znam tego faceta, sprawił, że zaczęłam drżeć. Przyspieszył wtedy, a ja zamiast walczyć o pomoc, jak podpowiadał mi instynkt, poddałam się i przeżyłam najsilniejszy orgazm w swoim życiu.

Tak się zaczęło. Nasz trzeci raz to miał być album dla żony. Wydawał u mnie pieniądze, bo potrzebował powodu, by się pojawić. Przyjmowałam go, choć wywoływało to we mnie gryzące poczucie winy za brak szacunku do samej siebie. Ten seks pod pretekstem kupowania produktów sprawiał, że czułam się jak dziwka, której płaci się za usługi. Mimo tego uwierającego poczucia wstydu odrzucałam od siebie te myśli, tłumacząc sobie, że tacy jak on i tak nigdy nie zostają na dłużej. Przecież to tylko jednorazowy seks, a on zaraz wróci do żony. Zamiast walczyć z niemoralnością, znów wybrałam inaczej, niż podpowiadał ten cichutki wewnętrzny głosik. Najpierw uprawiałam z nim dziki seks bez ograniczeń, a potem przyjęłam od niego pieniądze i zamówiłam album, który potem pięknie zapakuję dla jego żony.

Gdy po raz czwarty stanął na moim progu, zażartowałam, że niedługo wykupi wszystkie produkty z mojej oferty. Wtedy wyjął z kieszeni gotówkę. Za poprzednie zamówienia płacił kartą, bo nie musiał taić przed żoną powodu wizyty. Zerknęłam na gotówkę, którą położył na stoliku. Nie miał odwagi wręczyć mi jej tak, jakby faktycznie coś kupował. Nie odzywał się, nie stawiał warunków, a ja i tak wiedziałam, co to oznaczało. Miałam utrzymać w sekrecie jego wizytę i niczego już dla niego nie robić, poza udostępnianiem swojego ciała. Za każdym następnym razem płacił mi tyle samo, niezależnie od tego, co robiliśmy. Spełniał ze mną swoje fantazje i pytał też o moje. Pokazywał mi zdjęcia czy nagrania czegoś, co zawsze go interesowało, a czego nie mógł zrobić ze swoją nudną i staroświecką żoną. Zgadzałam się na wszystko – i nie dlatego, że mi płacił, lecz dlatego, że chciałam tego samego co on. Konrad tak bardzo mi się podobał, że za darmo zrobiłabym wszystko, czego ode mnie oczekiwał, byle tylko być obiektem jego zainteresowania i oczywiście poczuć to spełnienie. Nie wychylałam się jednak ze swoimi przemyśleniami. Bałam się jego reakcji. Gdzieś za pieniędzmi, za kupowaniem mnie i mojego czasu czaiła się bezsłowna umowa, w której ja miałam wynagrodzenie za trzymanie języka za zębami, a on numerek na boku, po którym wracał do domu jak przykładny mąż i kochający ojciec. Pokazywało to też wyraźnie moją pozycję. Nie chciał, żebym robiła sobie nadzieję. Nie płaci się za seks komuś, kogo się kocha, kogo szanuje się na tyle, by dbać o jego uczucia, by dać mu cząstkę siebie, a nie gotówkę. Miłości się nie kupuje, bo nie ma ona metki z ceną. Podarowuje się ją komuś w prezencie – bezinteresownie. Wybrał mnie pewnie dlatego, że potrafiłam zrozumieć ten niemy dialog, tutaj pytania były zbędne. Ustalanie reguł też. Każde z nas wiedziało, jaka jest przyszłość tego romansu – dopóki będzie chciał przychodzić, będzie mi płacił.

W ten sposób minęły nam dwa lata. Przez ten czas poznaliśmy się naprawdę dobrze. Bywały dni, kiedy przychodził do mnie i poza seksem opowiadał o swoim życiu. O pracy, o małżeństwie. Stałam się jego powierniczką, przy której mógł być sobą. Dzięki temu nie musiał niczego ukrywać, udawać przede mną nie wiadomo kogo. Przyznawał się, kiedy coś nie wyszło mu w pracy lub nawet w małżeństwie. Był ze mną stuprocentowo szczery i pewnie to mnie do niego przekonało. Gdyby kłamał, gdyby udawał, czułabym, że marnuję czas, a tak łączyło nas coś, na co trudno przychodziło mi znaleźć adekwatne określenie. Wiedziałam jedno: uwielbiałam ten czas spędzony razem. Po dwóch latach nie chodziło już tylko o fantastyczny seks, ale o to, jak potrafiliśmy się porozumiewać bez słów, tworząc naprawdę zgraną parę. Czasami nawet traciłam gdzieś to poczucie, że on nie jest mój i że ma inne życie, inną kobietę i inny dom. Gdy nie pojawiał się przez dłuższy czas, tęskniłam do niego i wmawiałam sobie, jak to ciężko pracuje i z tego powodu bardzo rzadko mnie odwiedza. Nie dopuszczałam myśli, że czas, którego nie poświęca mnie, oddaje żonie i dzieciom. Naiwnie i dziecinnie, ale zaakceptowałam jego warunki, nie swoje. Czekałam na moment, w którym przyzna się, że to, co kiedyś wydawało mu się słuszne przy decydowaniu o regułach tego romansu, jest już przeszłością, a nasz związek to dla niego coś naprawdę istotnego. Wydawało mi się wtedy, albo chciałam po prostu w to wierzyć, że on coś do mnie poczuł, że żywił takie same uczucia do nas obu. Nieraz słyszałam o tym, jak to ludzie mówili o miłości do dwóch różnych osób jednocześnie. Przecież to możliwe, prawda? Można mieć serce podzielone równo na pół, czytałam o takich przypadkach. Wprawdzie nigdy nie kończyło się to dobrze, bo przychodził moment wyboru, ale żywiłam cichą nadzieję, że wybierze mnie i to nie ja będę cierpiała. Wyczekiwałam tej chwili, kiedy Konrad przyjdzie i powie, że żona to przeszłość. Przecież tak narzekał na ich małżeństwo, żalił się do mnie wprost na Marcelinę, na brak zrozumienia z jej strony, na chore wymagania. Jednak na tym się kończyło. Biadolił, a potem do niej wracał.

Dbał o to, bym przestała żyć nadzieją, bo po upływie dwóch lat za każdym razem, gdy pojawiał się w moich drzwiach, płacił z góry. To był ten bolesny moment, którego nie rejestrowałam. Nawet nie patrzyłam na kopertę, którą odkładał na szafkę przy drzwiach. Nie chciałam przyjmować od niego pieniędzy, ale on nie ustępował i mówił, że jeśli nie wezmę pieniędzy, przestanie przychodzić. Cóż innego mogłam zrobić, skoro go naprawdę pokochałam i nie wyobrażałam sobie, by to się tak nagle skończyło? Godziłam się na wszystko, co miało mu zapewnić spokój i poczucie bezpieczeństwa, a ten mój idealny mężczyzna, w podziękowaniu za przystanie na jego warunki, kochał się ze mną tak, jakby poza moim mieszkankiem nie istniał świat. Po tym, jak skończył, o nic nie pytał, nie żądał niczego. Został na chwilę, czasem udając, że śpi, czasem rozmawiając o czymś, a potem zostawiał mnie i wracał grzecznie do żony.

Kinga – obecnie

Nawet nie wiem, co robiłam, gdy nagle rozległ się dzwonek u drzwi. Leniwie wstałam z łóżka. Ktoś po drugiej stronie nie mógł się doczekać spotkania ze mną. Zastanawiałam się, czy kogoś umówiłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co mam na dzisiaj wpisane w kalendarz. Czy to sesja? A może dzień oglądania zdjęć? Zaraz, która właściwie jest godzina? Gdzie mój kalendarz? Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie, co mnie bardzo rozproszyło. Podeszłam i uchyliłam je.

– Musisz ze mną iść – stwierdziła kobieta.

Miała na sobie długi czerwony płaszcz, a gdy wyciągnęła do mnie rękę, zobaczyłam czarne, idealnie skrojone i dopasowane do jej dłoni rękawiczki. Podniosłam wzrok na jej twarz. Wyglądała na bardzo zmęczoną, a dodatkowo musiała niedawno płakać, bo rozmazała sobie tusz po policzkach.

– Co się stało? – zapytałam zaskoczona. – Wszystko w porządku?

– Musisz ze mną iść – powtórzyła.

– Czy ja panią znam?

Kobieta wpatrywała się we mnie tak, jakbym popełniła jakąś gafę. Starałam się wygrzebać z pamięci jej twarz, ale nagle wszystko zapomniałam. Nawet mój własny adres. Czułam się jak pijana, ale czy ja piłam? Chciałam się odwrócić, by zerknąć na stolik przy kanapie, gdzie zwykle odstawiałam kieliszek wina, jeśli piłam je podczas edytowania zdjęć czy oglądania telewizji. Jedno spojrzenie dałoby mi odpowiedź. Jeśli stał tam kieliszek, uchlałam się i traciłam rozum.

– Musisz ze mną iść.

– Niech pani tego w kółko nie powtarza! – syknęłam. – Nigdzie nie idę! To mój dom i nie mam zamiaru go opuszczać w takim stanie. Jeśli potrzebuje pani pomocy, to albo pani powie mi, co się stało, albo proszę wyjść!

– Jak możesz? – Ograniczyła się tylko do tych dwóch słów, ale widząc brak reakcji z mojej strony, kontynuowała: – Nie pamiętasz mnie? Wyparłaś mnie z głowy? To wyrzuty sumienia czy jednak nie poczuwasz się do odpowiedzialności i masz mnie głęboko gdzieś?

Zaschło mi w gardle. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego. Co ja takiego mogłam zrobić obcej kobiecie?

– Ale co ja takiego pani zrobiłam? – zapytałam, czując ogarniający mnie strach.

– Chodź, to zobaczysz co. Przypomnę ci.

Kinga – wcześniej

Zadzwonił telefon. Odebrałam, przedstawiając się, bo zwykle dzwonili do mnie klienci. Nieznany numer to pewnie ktoś, kto znalazł mnie online, albo ktoś, kto dostał moją wizytówkę od znajomych. Usiadłam więc wygodnie w fotelu przygotowana, że zaraz będę opowiadała, jak wygląda sesja, na którą ktoś chciał do mnie przyjść. Ciągle to samo, ale taka była moja praca. To właśnie ten pierwszy kontakt robił największe wrażenie, więc od tych kilku minut rozmowy zależało, czy uda mi się zarobić. Pewnie gdybym pracowała na etacie i miała zagwarantowaną pensję niezależnie od wkładu pracy, nie starałabym się aż tak bardzo jak w przypadku prowadzenia własnej działalności.

– Pani Kingo – usłyszałam w słuchawce – dzwonię ze szpitala. Pani mama tutaj trafiła i prosiła, żeby z panią porozmawiać.

Nie pamiętam tego, jak się ubrałam ani jak pokonałam trasę. Bieg przełajowy przez szpitalne korytarze też jawił mi się jak we mgle. Czas zatrzymał się dopiero wtedy, gdy dopadłam drzwi jej pokoju.

Nie zastanawiałam się. Nacisnęłam klamkę. Czułam się tak, jakbym już straciła mamę, choć pielęgniarka nie zdradziła mi zbyt wielu szczegółów dotyczących powodu przyjęcia mamy do szpitala. Ogarniało mnie przerażenie, a ja zamiast się uspokoić, dobijałam się myślą, że mama zmarła podczas mojego biegu tutaj. Wszystko przez to, że ona nigdy na nic nie chorowała, więc ta wizyta mogła oznaczać jedno: ogromne kłopoty, które takich jak ona – omijających szpitale z daleka – zwalają z nóg i odbierają bliskim w zastraszająco szybkim tempie. Jak mogłam zachować spokój, skoro właśnie nastąpiło coś, czego nigdy nie brałam pod uwagę. Myśl o śmiertelnej chorobie mamy była nie do zniesienia. Potrzebowałam jej, bo gdyby nie ona, nie poradziłabym sobie z niczym. Bałam się, co zastanę za drzwiami, ale wpadłam do środka, skupiając na sobie uwagę pozostałych członków naszej rodziny. Ich zszokowane miny odpowiadały mojej. Walcząc z zadyszką, próbowałam zapytać, dlaczego żaden z nich do mnie nie zadzwonił, ale z moich zaschniętych ust wydobył się jedynie dziwny dźwięk. Może to i lepiej, że nie mogłam nic z siebie wydusić, bo w tym momencie tylko wygarnęłabym im wszystkim, jak egoistycznie postąpili. Skoro dotarli tu jako pierwsi, powinni mnie powiadomić, a nie siedzieć bezczynnie w oczekiwaniu, aż zrobi to pielęgniarka. Powtarzałam sobie jednak, że emocje nie są dobrym doradcą i może istnieje jakieś logiczne wytłumaczenie. Może ta pielęgniarka dzwoniła do nas po kolei, ale to oni znaleźli się bliżej szpitala niż ja, więc pojawili się tutaj wcześniej?

W zasadzie nie mogłam mieć do nich pretensji, bo gnając do szpitala, sama też o nich zapomniałam. O przekazaniu informacji dalej. Pewnie wszyscy postąpili tak samo – lecieli na łeb na szyję do mamy, zapominając o reszcie. Zaprzątanie sobie głowy, a tym bardziej robienie wyrzutów rodzinie o to, kto pierwszy dotarł i dlaczego nie dzwonił, schodziło na dalszy plan, bo liczyła się tylko ta najbliższa mi osoba, leżąca na szpitalnym łóżku. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek spotkała się z nią w takich okolicznościach – ona leżąca z zamkniętymi oczami, z głową odchyloną na poduszce i rękami tak bezwładnie leżącymi po bokach. Po raz pierwszy mama nie przywitała mnie uśmiechem, nie zapytała o to, jak minął mi dzień, co czyniła przy każdym spotkaniu, akcentując w ten sposób, że moje życie jest ciekawsze niż jej. Teraz tkwiła tu nieprzytomna, ignorując mnie kompletnie.

Zmroził mnie ten widok. Podchodząc do łóżka, zwolniłam. Tak, jakbym się skradała. Kiedy ją zobaczyłam, z aparaturą podłączoną z każdej strony, myślałam, że serce wyskoczy mi z ciała. Takiego bólu już dawno nie doświadczyłam. Czekałam, aż minie to paraliżujące i kłujące uczucie w klatce piersiowej, żeby się w końcu odezwać, ale ono nie mijało. Ból rozgościł się we mnie na dobre. Walcząc z czymś zatykającym mnie i palącym od środka, wyszeptałam:

– Mamo… śpisz?

Uchyliła lekko powieki, co sugerowało, że albo była pod wpływem silnych leków odurzających, albo zmęczenie odbierało jej możliwość obudzenia się w pełni. Spojrzała jednak na tatę, jakby oczekiwała od niego jakiegoś wyjaśnienia. Jakby oznaczało to, że wszyscy już wiedzą, tylko nie ja, i to jego mama wybrała na posłańca złych wiadomości.

– Co jest? – Zerknęłam na twarze pozostałych.

Taty bladosina twarz sugerowała, że jego też coś zmogło i tak jak mama potrzebował pomocy, ale z jakiegoś względu zamiast kłaść się do łóżka, stał przy nim. Oczywiście jeszcze bardziej mnie to przerażało, bo gdyby powód jej pobytu tutaj uznano za błahy, wszyscy by żartowali i rozmawiali pogodnie. Ta cisza, ten spokój i to skupienie sprawiały, że serce waliło mi jak oszalałe.

– Mama ma guz – oznajmił tato.

Przełknęłam z trudem.

– W głowie – dodał. – Dzisiaj, starając się przejść z pokoju do kuchni, nie mogła trafić w drzwi. Potem nie mogła nalać sobie wody do szklanki… później straciła nagle równowagę…

– I to wszystko dzisiaj? Tak nagle? Jezu… – Chwyciłam jej dłoń przerażona tym, co usłyszałam.

Tato, przytłoczony odpowiedzialnością, w milczeniu odszedł od łóżka. Usiadł na krześle pod ścianą, jakby nie miał siły zmierzyć się z wyjaśnieniem sytuacji w inny sposób, a potem schylił się i złapał się za głowę. Wziął głęboki oddech i nawet na mnie nie patrząc, wyjaśnił:

– Ja jej mówiłem, że to nie jest normalne, co się z nią działo, a ona zawsze powtarzała, że to starość, niedołężność i że tak każdy ma z wiekiem. Ja przecież jestem starszy od niej, więc według tego, co mówiła, mnie powinno dopadać jako pierwszego. Tłumaczyłem, że skoro ja nie mam takich objawów, to coś jest nie tak, bo ciągle coś jej się przytrafiało, ale wmawiała mi, jak to świetnie się czuje. Jak to nic jej nie dolega i jak to wcale, ale to wcale nie musi iść do lekarza. No i do lekarza nie poszła, aż trafiła prosto do szpitala.

– Nie wierzę… – wyłkałam.

Zaczęłam płakać. Nachyliłam się, by przyłożyć policzek do jej policzka, żeby tym gestem dodać jej otuchy, a ona znów zamknęła oczy i zasnęła na nowo, jakby zupełnie nieporuszona diagnozą.

Poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Byłam najmłodszym dzieckiem z rodzeństwa. Mama zawsze określała mnie mianem daru, który los jej zesłał po tym, jak moi trzej bracia odebrali jej nadzieję na córkę. Tak się mną cieszyła, że wszędzie mnie ze sobą zabierała. Stałyśmy się wręcz nierozłączne. Tato zajmował się moimi braćmi, a ona mną. Karmiła mnie jak małe dziecko, wkładając mi jedzenie do buzi, choć od dawna już tego nie potrzebowałam. Ubierała mnie jak lalkę i prowadzała wszędzie, gdzie tylko szła. Czasami ludzie żartowali nawet przy mnie, że traktowała mnie jak zabawkę. Kiedy indziej słyszałam szepty o tym, jak to mamie brakowało piątej klepki, bo utuczyła mnie jak prosiaka. Ludzie, jedynie udając, że kryją się ze swoimi opiniami, szeptali nad moją głową krytyczne komentarze. Brali mnie za głuchą. Taką, której tłuszcz zalał nie tylko organy, ale wypełnił też uszy. Powtarzali mamie, jakie to niezdrowe i jakie szkodliwe jest takie tuczenie dziecka, mimo że nie prosiła ich o radę. Nie rozumiałam, dlaczego w mojej obecności komentują moją tuszę, mamy sposób żywienia mnie i nazywają nas patologiczną rodziną, choć nikt nie dał im takiego pozwolenia. Był temu winien chyba brak sprzeciwu ze strony mamy, mogła chociaż raz krzyknąć na nich, żeby się zamknęli. Udawała jednak głuchą. Nienawidziłam wtedy samej siebie. Tego, jak wyglądam, i tego, że stało się to przez moją ukochaną mamę. Nie odbierałam jednak jej działania negatywnie, ponieważ w jej słowach i czynach znajdywałam miłość. Wyrażała ją tak, jak potrafiła.

Potem, gdy podrosłam, ale nie schudłam, zrozumiałam, jak wielką krzywdę mi zrobiła. Mimo to nie zmieniłam do niej nastawienia. Wiedziałam, że kochała mnie ponad życie. Pewnie brak umiejętności przelania tej miłości w inny sposób poskutkował moim pokracznym wyglądem, który mimo że skupiał uwagę sąsiadów i znajomych, nie stanowił tematu rozmów, bo ucinałam go za każdym razem, gdy z ust któregokolwiek domownika padł jakiś komentarz.

Niestety z każdym rokiem przybywało mi kilogramów. Bywały takie dni, kiedy mama wpadała z blaszką mojego ulubionego ciasta tylko po to, by zrobić mi frajdę. Jadłam potem tę brytfankę cukru i pałałam do siebie nienawiścią za to, że nie potrafiłam sobie odmówić. Czasami ta nienawiść sięgała nawet do mojej mamy, bo gdyby nie ona, nie miałabym przed sobą ciasta. To uczucie do niej jednak szybko mi mijało. Ja tłumaczyłam jej postępowanie tak, jak ona tłumaczyła sobie, że kochać kogoś to dbać o niego – choć interpretowała to opacznie. Nie rozumiała, jak mnie skrzywdziła, albo udawała, że nie rozumie. Zawsze zapewniała mnie o swojej miłości i pełnej akceptacji, niezależnie od tego, jaka jestem i ile ważę.

Już nie mogłam nosić obcisłych ubrań, ponieważ wylewały się z nich fałdy tłuszczu. W każdej fryzurze moja twarz wyglądała jak okrągły znak stopu. Teraz postanowiłam ufarbować włosy na czarno, żeby dodać sobie kontrastu albo po to, by skupić spojrzenia ludzi na czymś innym niż moje dodatkowe kilogramy. Dla lepszego efektu malowałam usta czerwoną szminką, traktując tę warstwę wazeliny z pigmentem jak czapkę niewidkę. Wmawiałam sobie, że dzięki temu zabiegowi ludzie skupiają się na moich ustach, zupełnie zapominając o całej reszcie. Szukałam w sobie atutów, czegoś, co było we mnie ładne, i starałam się to podkreślić. Nie umiałam jednoznacznie stwierdzić, czy mi się udawało.

– Posłuchaj – usłyszałam nad sobą głos brata – ona jest teraz na głupim jasiu, bo musieli jej wyłączyć jakieś tam fale w mózgu, żeby zrobić odpowiednie badanie. Nie da się inaczej, bo kiedy ktoś jest przytomny, są zakłócenia. Jej stan nie jest jeszcze taki zły, więc nie rycz.

– Jeszcze? – powtórzyłam za nim, dziwiąc się jego słowom.

– Mamy jeszcze czas – dodał, a ja spojrzałam na niego, powstrzymując się przed wszechogarniającą chęcią, by walnąć go w twarz.

– Ty chyba całkiem zgłupiałeś! – Odeszłam od mamy, by się z nim zrównać. – Czas? Czas?! – warczałam, choć mój brat nie był niczemu winny. Chciał mnie tylko pocieszyć, ale ja straciłam nad sobą panowanie. Strach odebrał mi zdolność myślenia. – Jak możesz tak mówić? Tak, jakby to było coś dobrego! Nie chcę, żeby mama odchodziła!

– Kinga – zawołał mnie tato z boku, a ja odwróciłam wzrok – Tomek chciał powiedzieć, że będziemy mieli jeszcze czas, żeby się z nią pożegnać, nacieszyć się nią na tyle, na ile to możliwe przy guzie mózgu. Nie chcę dawać ci fałszywej nadziei, że wszystko będzie dobrze, a mama wyzdrowieje, bo miny lekarzy nie były zbyt budujące. Nie odzywali się do nas, tylko wykonywali pracę, a kiedy pytaliśmy o rokowania, obiecali z nami porozmawiać, kiedy już skompletują badania. Ale trzeba być dobrej myśli, bo być może nawet znają jakiś sposób, żeby jej pomóc, a my niepotrzebnie się martwimy. Nie ma co tracić od razu nadziei.

Pokręciłam głową, bo jego bełkot wcale mnie nie uspokajał.

– Najpierw mówisz o pożegnaniu, a potem o leczeniu – wypomniałam mu. – Nie wierzę!

– Ale w co nie wierzysz? – zapytał.

– W to, co gadacie!

– W diagnozę? – dociekał tato.

Złapałam się za głowę.

– Z wami to jak z potłuczonymi. Gdzie jest jakiś lekarz? – Zaczęłam rozglądać się po pokoju tak, jakby medyk chował się w rogu.

– Mają przyjść z wynikami – usłyszałam od Tomka. – Przecież ojciec ci przed chwilą powiedział. Słuchasz, co się do ciebie mówi?

Wtedy do środka wszedł lekarz. Ubrany w śnieżnobiały kitel, z równie białą czupryną, ale niezbyt miłym wyrazem twarzy. Musiał być zmęczony lub przychodził z wiadomością, która wymagała takiego skupienia i powagi. Podszedł do nas, trzymając w dłoni jakieś papiery – zapewne wyniki badań mamy.

– Proszę państwa – zwrócił się do nas, przeskakując wzrokiem po twarzach, aż zatrzymał się na tacie – potwierdza się nasze przypuszczenie. To guz mózgu.

Ogłuchłam, kiedy mówił o leczeniu, szansach i śmiertelności. Pozostali słuchali odwróceni do mamy plecami, więc jako jedyna odłączyłam się od grupy i wróciłam do niej. Położyłam jej głowę na klatce piersiowej, po raz pierwszy nawiązując kontakt, przypominający przytulenie. W myślach przeklinałam zły los, odpowiedzialny za taki stan mamy. Chciałam ją z powrotem taką, jaką była jeszcze wczoraj, żeby życie wyrwało ją ze szponów śmierci, zniszczyło guza, który rozrósł się w głowie i postanowił mi ją odebrać.

Lekarz wyszedł, zostawiając nas samych w pokoju. Tylko chwilę moi bliscy wytrzymali w ciszy, przetwarzając informację, a potem zaczęło się przepychanie. Kto do kogo powinien uderzyć. Padały nazwy leków, nazwiska znachorów, ludzi leczących na odległość przez telewizor, przez telefon i przez internet. A z każdym ich głupim komentarzem powracała mi zdolność odbierania rzeczywistości. Z coraz większym niedowierzaniem przysłuchiwałam się ich kolejnym propozycjom działania. Ta rozmowa przypominała prędzej licytowanie się w wymyśleniu najdurniejszego rozwiązania, podczas gdy przebywali w szpitalu pełnym specjalistów. Przyjęli od jednego diagnozę, ale nie uważali go za wystarczająco kompetentnego, by mógł zająć się mamą. Wydawało im się, że wiedzą lepiej, a to, co kiedyś słyszeli czy gdzieś czytali, to najlepsze, co może mamę spotkać.

– Trzeba dać mamie soli – powiedział w końcu tato. – Są badania potwierdzające, że sól ma właściwości lecznicze.

– Zioła – poprawił go Maciek, najmłodszy z braci.

– Nie, zioła, a zioło – dopowiedział Czarek, średni.

– Marihuana? – Tym razem tato zerwał się z miejsca.

– Tak, marihuaną leczy się raka.

– Na pewno w Stanach są jacyś lekarze. – Tomek, jako najstarszy, czuł się odpowiedzialny, by sięgnąć po sprawdzone metody, ale gadał od rzeczy jak pozostali. – Trzeba będzie zorganizować pieniądze na transport, bo leczenie za granicą dużo kosztuje. Widziałem, jak w „Chirurgach” nie takie przypadki ratowali. Trzeba tylko mamę tam zawieźć.

– Do serialu? – Spojrzałam na niego, sądząc, że żartuje. – Czy ty nie masz oleju w głowie? Słyszysz, co gadasz? Przecież to fikcja.

Wszyscy czworo staliśmy w ciasnym kółku, walcząc ze sobą tak, jakby to miało w jakiś magiczny sposób pokonać raka. Jedno było pewne: nikt z nas nie akceptował myśli, że to dla mamy koniec. Choć te pomysły brzmiały koszmarnie i komicznie zarazem, pokazywały jednak, jak bardzo ją kochamy i nie jesteśmy gotowi pogodzić się z prognozą lekarza. W naszym mniemaniu oznaczałoby to poddanie się. Woleliśmy sięgnąć po cokolwiek, spróbować każdej możliwej opcji, żeby tylko jej pomóc. Rozumiałam to, ale marnowaliśmy jedynie energię i czas.

– No tak – powiedział Tomek i skinął przy tym, wyrażając w ten sposób irytację – ale chodziło mi o to, że przy tym serialu pracują prawdziwi lekarze. Spece, którzy go konsultują. Tacy na pewno potrafią leczyć raka. Wystarczy tylko pojechać.

– Nigdzie nie jadę – dobiegł nas cichy głos mamy, który od razu skupił uwagę wszystkich.

Nachyliliśmy się nad nią zatroskani.

– Mamo! – zawołałam.

Uchyliła nieco oczy. Po chwili zamknęła je i odpłynęła na sekundę. Dotknęłam jej dłoni, a ten niewielki kontakt sprawił, że wróciła do nas szybko. Poczuła moją dłoń nad swoją, odwróciła ją wnętrzem do góry i splotła ze mną palce.

– Kinga – szepnęła moje imię.

– Tak? – Nachyliłam się jeszcze bliżej, a razem ze mną cała rodzina.

– Obiecaj mi, że schudniesz – poprosiła.

– Co? – Zmarszczyłam brwi, sądząc, że się przesłyszałam, Spodziewałam się raczej reakcji na pomysły chłopaków, a nie rozmowy o mojej wadze. Nie teraz, nie w takiej sytuacji.

– Obiecaj mi, że weźmiesz się za siebie. Skrzywdziłam cię, rozpychając ci żołądek. To moja wina, że tak cię karmiłam, zanosiłam jedzenie i słodycze. Tak bardzo chciałam dać ci szczęście, a nie wiedziałam jak. Gdy jadłaś, to się cieszyłaś i to mi wystarczało… ale jedzenie nie jest szczęściem.

Maciek parsknął śmiechem, a zaraz po nim Czarek. Obejrzałam się na nich, chcąc ich strofować, ale postanowiłam nie robić sceny przed mamą. Bardzo ją bolało, gdy się kłóciliśmy, co przy czwórce dzieci zdarzało się niestety bardzo często. Teraz, gdy leżała w szpitalnym łóżku, potrzebowała spokoju, więc postanowiłam nie wdawać się z braćmi w bezowocne dyskusje i odpuścić. Posłałam im jedynie karcące spojrzenie, ale olali mnie. Wróciłam więc do mamy.

– Mamo, proszę cię…

– Nie, córuś – przerwała mi. – Już dawno powinnam ci o tym powiedzieć. Ciągle jednak myślałam sobie, że jeszcze jesteś młoda, jeszcze się wyciągniesz, ale masz już dwadzieścia sześć lat. Czas najwyższy. Obiecaj mi – poprosiła.

– Mamo, to nie pora, żeby rozmawiać o mojej wadze.

– Obiecaj mi – powtórzyła, a Maciek mnie szturchnął.

Zerknęłam na niego, a on bezdźwięcznie wypowiedział: „co ci zależy?”, by mnie zachęcić do złożenia obietnicy. Irytowało mnie, że nie mówiła o chłopakach, o ich problemach, tylko o mojej wadze. Zwłaszcza teraz, przy wszystkich. W ten sposób pokazywała im, że mój problem był największy i raził ją najbardziej z wszystkich, jakie dotykały naszą rodzinę. Wybaczyła chłopakom ich pomyłki życiowe, a w tym właśnie momencie postanowiła naprawić mnie… Gdy tylko o tym pomyślałam, przyszło mi do głowy, że ona chciała naprawić swoją pomyłkę. Nie miała wpływu na wybory chłopaków, ponieważ podejmowali decyzje samodzielnie, bez jej udziału. Mnie faktycznie tuczyła i pewnie gdyby nie ona, ważyłabym tyle, co zdrowa, normalna osoba. Tyle, co każdy w mojej rodzinie. Oni smukli, przystojni, mama zresztą też, tylko ja przypominałam wieloryba.

– Dobrze, obiecuję – oznajmiłam po czasie.

– Ale nie w tym sensie, żebym przestała gadać. Obiecaj mi, że za dwa miesiące będziesz ważyła dziesięć kilo mniej. Za kolejne dwa kolejne dziesięć. Chcę, żebyś w pół roku zrzuciła wszystko, bo tyle czasu dał mi ten lekarz. Chcę zobaczyć swoją księżniczkę szczupluteńką. Zrobisz to dla mnie?

Zacisnęłam zęby. Czytałam setki poradników o tym, jak się odchudzać, czego unikać, jakich błędów nie popełniać. Jednym z nich było tempo. Chudnięcie powinno być procesem powolnym i długotrwałym, a tymczasem mama wyznaczyła mi plan zrzucenia jakichś trzydziestu kilogramów w pół roku. Pewnie tyle miałam nadwagi. Może nawet ciut więcej. Nie ważyłam się już dobrych kilka lat. Zabierałam się za odchudzanie setki razy, ale nigdy nie wystarczyło mi motywacji. Najdłużej wytrwałam dwa miesiące, ale stres w pracy, samotność i brzydka pogoda zrobiły swoje. Ponadto po okresie odstawienia przyjemności doszło do tego, że pragnęłam wszystkiego, z czego zrezygnowałam, i w rezultacie przybrałam więcej, niż straciłam. Jadałam bowiem tak, jakbym przez te dwa miesiące nie miała nic w ustach.

– Zrobię – potwierdziłam.

– Nikt cię nie zechce, jak będziesz gruba – dorzucił Czarek.

– Mam kogoś – wypaliłam, choć nazywanie Konrada kimś, to spora przesada.

On był nikim. Płacił mi za to, bym z nim sypiała. Nie interesowało go nic innego niż pozamałżeński seks. Nie takiego kogoś chcieli dla mnie w rodzinie. Wspomniałam jednak o nim po to, żeby dali mi spokój, żeby przekonać ich, że komuś się podobam taka, jaka jestem. Choć było to złudne i tak naprawdę niczego nie potwierdzało, ale oni nie musieli wiedzieć o moich ustaleniach z Konradem.

– Nie dokuczaj jej – zwróciła mu od razu uwagę mama. – Wiesz, że mnie serce boli, jak sobie tak dogryzacie.

– Wiele razy mówiłem, że Kinga ma dupę jak szafa dwudrzwiowa, to nikt mnie nie słuchał. Zawsze było: dołóż sobie, jeszcze kotlecika, jeszcze kawałeczek serniczka. Zjedz domowych frytek albo nasmażonych na głębokim tłuszczu placków. To gdzie to miało iść? Człowiek ma żołądek wielkości pięści – mądrzył się Czarek. – A Kinga je tyle, co my wszyscy razem wzięci. Kiedyś kumpel mi w żartach rzucił, że dlatego jesteśmy tacy szczupli, że Kinga całe żarcie w domu wpieprza.

Tym razem mama nie zareagowała, więc musiałam wziąć sprawę w swoje ręce i wyrazić sprzeciw wobec tego bezlitosnego mówienia o mnie. Ta jego śmiałość, to mówienie o tym, ile razy wcześniej wytykał moją wagę, a mama to lekceważyła, oznaczało jedno: rozmawiali o mojej nadwadze za moimi plecami. Czarek nie miałby takiej śmiałości, gdyby spodziewał się ze strony mamy ostrej reakcji. Wiedział, że wszyscy w naszej rodzinie mają takie samo zdanie o mojej tuszy.

– Czy możemy – wypowiadałam te słowa z ogromną złością – nie gadać o mojej wadze?

– To mamy gadać o guzie? – zapytał zaskoczony tato. – Mamie będzie przykro.

– A mi nie? – Spojrzałam na niego. – Może dla odmiany pogadajmy o tym, jak tato trzydzieści lat próbuje sprzedawać wyprodukowane przez siebie w piwnicy piwo jako produkt kraftowy i nikt go nie chce kupić. Albo pogadajmy o tym, jak Czarek wpadł w ciąg i bierze teraz nałogowo, albo o tym, jak Tomek z dziewczyną się żre o byle gówno, a ona wyrzuca go z domu na bruk co tydzień po to, żeby skamlał i przepraszał ją, mimo że nic złego nie zrobił. Albo jak Maciek rozbił samochód po pijaku…

– Maciek rozbił auto? – wychwyciła mama z ciągu wypowiedzianych przeze mnie zdań.

Dziwiło mnie, że nie zmartwił ją Czarek i jego ciąg. Musiała pewnie wiedzieć o jego problemach na tyle dobrze, by przejąć się bardziej wypadkiem Maćka niż narkotykami. W końcu zmagał się z tym od dawna, a wypadek był wydarzeniem nagłym.

– To była stłuczka.

– Byłeś w szpitalu – wytknęłam mu. – Ze stłuczki wychodzi się bez szwanku, a ciebie zabrali karetką.

Maciek podszedł do mnie, chwycił mnie za jedną z fałdek na moich plecach i przekręcił ją mocno, by dać mi w ten sposób do zrozumienia, że powinnam teraz zamilknąć. Syknęłam, wyrywając się z jego miażdżącego chwytu, którego mama oczywiście nie widziała, bo zrobił to tak, by zadać mi ból, ale oszczędzić mamie patrzenia na to.

– Czemu ja nie mam normalnej rodziny? – rzuciłam ni to do nich, ni do siebie. – W każdej innej rodzinie w takiej sytuacji ludzie okazywaliby sobie wsparcie. Nie wiem… Wspominaliby dobre czasy. Zapewniali o miłości, stworzyli atmosferę do leczenia i walki z bólem, zarówno tym fizycznym, jak i psychicznym. Czemu u nas każdy pod każdym kopie dołek? To nie jest normalne! Tak nie można!

Moje słowa skupiły uwagę wszystkich. Zamilkli.

– Ja chciałam tylko dobrze, dla ciebie – odezwała się mama.

– Wiem. – Posłałam jej uśmiech, żeby nie odbierała moich słów jako ataku na nią.

– Obiecałaś, to jest dla mnie najważniejsze. Będę ci mocno kibicować i dodawać ci sił, zresztą jak wszyscy, prawda?

– Wystarczy, że Kinga sobie założy blokadę na lodówkę – odgryzł się Maciek, który nadal najwyraźniej nie przetrawił tego, jak go zdradziłam chwilę temu z wypadkiem.

– A wiesz, że jedzenie słodyczy powoduje cukrzycę? – Tym razem głos zabrał tato. – Przy takiej masie i takim trybie życia aż się o to prosisz. Tak, jakbyś nie chciała dłużej żyć. Jakbyś dokonywała wyboru, że słodkim jedzeniem odbierzesz sobie kilka dni życia. Jesteś tego świadoma? To ludzie walczą o życie, o każdy dzień, a ty tak bezmyślnie je sobie ukracasz. Na własne życzenie…

– Bo Kindze to na niczym nie zależy. Tylko na jedzeniu… – dorzucił Czarek.

Westchnęłam. Temat znów wrócił do mnie. Tym razem nie walczyłam już z nimi. Pozwoliłam, by wypływały coraz to ciekawsze doniesienia o otyłości rodem ze szmatławców, pisane przez samozwańczych specjalistów, którzy musieli czymś wypełnić rubrykę. W którymś z durnych komentarzy jeden z nich powiązał z otyłością raka. Kręciłam jedynie głową, czekając na moment, w którym ta wizyta dobiegnie końca lub kiedy męska część naszej rodziny powróci do swych domów, a my z mamą zostaniemy w końcu same. Nikt się jednak nie ruszał, więc kisiliśmy się do czasu, aż pielęgniarka poprosiła nas o wyjście. Pocieszałam się jedynie, że to ich mechanizm obronny, uruchomiony w tym krytycznym momencie, sprawił, że w taki pokrętny sposób odpędzali myśli od mamy i jej choroby. Potrzebowali czegoś, by z tym walczyć, więc wzięli sobie na tapetę dyskusję o moich dodatkowych kilogramach. Nie mogli pomóc jej, więc udawali troskę o mnie. Nie rozumieli, że krzywdzili mnie swoimi słowami. Podobnie jak mama nie rozumiała krzywdy, jaką mi wyrządziła tuczeniem, a potem obojętnością na te uwagi. Sama prowokowała mnie do ciągłego jedzenia, a potem odpowiedzialność za kilogramy spadła wyłącznie na mnie. To był tylko mój problem. Niczyj więcej. W zasadzie to właśnie była cecha wspólna członków naszej rodziny – ślepota wybiórcza na własne błędy i tłumaczenie ich dobrymi chęciami. Gdybym się sprzeciwiła, usłyszałabym, jak to oni chcą dla mnie dobrze, jak chcą mi pomóc i uświadomić mi, jak bardzo się zapuściłam. Niepotrzebnie, przecież miałam lustro. Widziałam siebie nieraz.

W drodze do domu płakałam, choć nie bardzo potrafiłam określić czemu. Czy to ból spowodowany utratą poczucia bezpieczeństwa, jakie zapewniała mi obecność mamy, czy też świadomość, że poza nią z nikim z rodziny nie miałam takiego kontaktu i że po jej odejściu zostanę naprawdę sama. Jakkolwiek brutalnie by to nie zabrzmiało, wolałabym – o ile w ogóle można mówić, że się coś woli w przypadku choroby – żeby to ktoś inny zachorował, a nie mama. Z odejściem każdego innego członka naszej rodziny byłoby mi łatwiej się pogodzić niż z jej śmiercią. Jej najbardziej będzie mi brakowało. Mama miała największy wpływ na moje życie. Kiedyś jeszcze z Maćkiem stanowiliśmy zgrany zespół, ale teraz albo z wiekiem, albo wraz ze zmianą stylu życia odsunęliśmy się od siebie. Częściej się spieraliśmy, niż rozmawialiśmy. Jednak z wszystkich trzech braci jego lubiłam najbardziej. Na odzywki Tomka i Czarka reagowałam wręcz alergicznie i wcale nie chodziło o zdanie, jakie prezentowali w sprawie mojej wagi, lecz tak ogólnie, życiowo. Dzieliło nas zbyt wiele lat i całe dzieciństwo, które spędziliśmy z dala od siebie.

Wjechałam windą na trzecie piętro, gdzie znajdowało się moje mieszkanie. Wysiadłam z myślą, że zrobię sobie coś do jedzenia, obejrzę jakiś wyciskacz łez i zasnę późno w nocy. Jutro miałam dzień edytowania, więc mogłam zacząć o dowolnej porze. Gorzej, jakby wypadła mi sesja, a ja musiałabym myśleć i silić się na kreatywność. Praca przy komputerze była na tym etapie i po tylu latach działaniem mechanicznym. Postanowiłam poświęcić ten wieczór sobie, swoim uczuciom po to, by się wypłakać i przeboleć złe wieści, a od jutra wziąć się w garść – dla mamy. Nastawiona na trudny wieczór wlokłam się ociężale, idąc do siebie. Tymczasem na wycieraczce siedział Konrad. Obok niego stał neseser.

– Nie dzisiaj – rzuciłam, mijając go i podchodząc do drzwi.

– Moja żona wyjechała, zabrała też dzieci. Nie muszę wracać na noc – wypowiedział to tak cicho jak magiczne zaklęcie mające naprawić świat, a potem wstał, by się ze mną zrównać. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie.

Marzyłam o takim dniu od dawna. O chwili, w której moglibyśmy razem pójść spać i razem się obudzić. Zjeść śniadanie, wrócić do łóżka i kochać się cały dzień. Cieszyć się sobą bez pośpiechu, bez spoglądania na zegarek, bez świadomości, że to wszystko to kradzione chwile. Mogłam go mieć tylko dla siebie… Dlaczego los zdecydował się dać mi w ciągu jednego pieprzonego dnia tak różne doświadczenia? Odbierać mi to, co bezwarunkowo kochałam, raniąc mnie dogłębnie, a potem dawać coś, o czym marzyłam. Nie postrzegałam tego w kategorii nagrody za to, co spotkało mnie w szpitalu. Nie. Wręcz przeciwnie – jako karę za to, że sypiałam z Konradem. Jako nauczkę, że nigdy nie będę mogła być szczęśliwa z żonatym mężczyzną tak, jak tego pragnęłam. Dostałam go wtedy, gdy byłam niezdolna do radości. Nie mogłam się cieszyć Konradem, ponieważ diagnoza mamy poruszyła mnie tak mocno, że kompletnie zablokowała we mnie jakiekolwiek uczucia.

– Moja mama jest w szpitalu – wyznałam mu, wchodząc do środka.

On schylił się po neseser, a zaraz potem ruszył za mną. Pospiesznie zamknął za nami drzwi, żeby nikt nie słyszał naszej rozmowy. Zawsze dbał o to, by żaden z sąsiadów nie zobaczył nas razem. Czekając pod drzwiami, wyglądał jak klient, ale ludzie nie są głupi. Pewnie domyślali się, że się spotykaliśmy, skoro przychodził do mnie tak często, ale nigdy nie zdobyli potwierdzenia, ponieważ nigdy nie widzieli nas razem. Konrad bowiem od początku unikał jakiejkolwiek interakcji między nami na klatce schodowej. Zależało mu na tym, dla mnie nie miało to znaczenia.

– Możemy tylko pogadać. Nie musimy od razu iść do łóżka. Tyle raz mówiłaś, że chciałabyś, żebym został.

– Tak, chciałam – potwierdziłam, odwracając się do niego w korytarzu – ale seks w chwili, gdy u mamy dopiero co zdiagnozowali raka, nie da mi przyjemności ani szczęścia. I to twoje „nie musimy iść od razu do łóżka” jest naprawdę nie na miejscu. Nie będzie od razu ani po czasie, ani wcale. Rozumiesz? Poza pochwą mam też uczucia, których chyba nie dostrzegasz. Owszem, chciałam, żebyś został, ale kiedy wszystko było w porządku. I skoro nie ma na tacy oferty, do której przywykłeś, a to jest warunkiem twojego nocowania tutaj, to możesz już iść, bo ja nie zmienię zdania.

W tym momencie Konrad położył neseser na podłodze, w sekundę znalazł się przy mnie i wziął mnie w ramiona. Tak po prostu i tak naturalnie, jakbyśmy od lat tworzyli małżeństwo, które dzieli ze sobą smutki i troski. Poczułam się, jakby dbał o moje uczucia. Jakby żywił do mnie coś, co nie pozwalało mu teraz patrzeć bezczynnie na mój ból. Gdyby mu nie zależało, po tak ostrych słowach wyszedłby, pozwalając mi cierpieć w samotności. Nie zrobił tego. Może jednak kochał nas obie, a udawał obojętnego i płacił po to, by przekonać samego siebie, że nadal ma nad tym kontrolę?

– Jeśli ona umrze, nie będę miała nikogo – wyłkałam mu w ramię, przytulając go jeszcze mocniej.

– Masz mnie – szepnął, co sprawiło, że jeszcze bardziej się rozkleiłam.

Czy naprawdę go miałam? Czy mogłam na nim polegać? Nie pozwalał mi na inny kontakt ze sobą jak tylko przez e-mail, który założył wyłącznie dla mnie. O telefonie mogłam zapomnieć. Pojawienie się w okolicy jego pracy, a tym bardziej domu też nie wchodziło w grę, więc jak mogłam na nim polegać, gdybym go naprawdę potrzebowała? Wysłałabym e-mail, donosząc mu o śmierci mamy, a on by mi odpisał wieczorem lub następnego dnia?

Potrząsnęłam głową. Moje życie było takie żałosne jak nigdy do tej pory. O ile wcześniej nie miałam nikogo i narzekałam na brak faceta, moja sytuacja była klarowna. Teraz zaś utknęłam w jakimś niebycie, w czymś, o czym wiedziałam, że było złe, ale z drugiej strony nauczyłam się usprawiedliwiać nas oboje. Znalazłam szereg wyjaśnień, dlaczego ten układ jest dobry i dlaczego nadal w nim tkwię, które teraz, w tak podbramkowej sytuacji, rozpływały się niczym mgła, nie dając mi niczego, czego mogłabym się uchwycić.

– Konrad – odsunęłam się od niego i spojrzałam mu w oczy – nie mów mi niczego, czego nie myślisz naprawdę. Przecież nie pojawiłbyś się ze mną w szpitalu, nie poszedłbyś… – urwałam, nie mogąc wymówić na głos słowa „pogrzeb”.

– Ale wspierałbym cię.

– Jak? Myślami? – rzuciłam ironią i przeszłam do kuchni.

Podążył za mną, ale nie odpowiedział. Wiedział, że niczego innego nie mógł mi zaoferować. Na tym kończyła się jego pomoc – na myśleniu, bo to było niewidoczne dla innych. Dla mnie też. Nie da się nikogo rozliczyć z myśli. Może mi ściemniać, że cały dzień o mnie rozmyślał i nawet modlił się za mnie, a tak naprawdę nie poświęcić mi chwili. Słowa nic nie kosztowały. Myśli, które mi oferował, też nie miały wartości.

– Wiesz, jak jest – wytłumaczył się słowami, którymi często się posługiwał, a szczególnie wtedy, gdy go chciałam przycisnąć w jakiejś sprawie.

– Twoja żona niczego się nie domyśla?

– Nie zaczynaj – skrytykował mnie od razu. – Spędźmy ten czas miło, proszę…

Zaraz po tych słowach uśmiechnął się do mnie, co zwykle czynił w takich sytuacjach. Chciał, żebym zapomniała o wszystkim i wróciła do Kingi cieszącej się z jego wizyty. Dla niego temat skończył się zaraz po tym, jak poprosił, żebyśmy miło spędzili ten czas. Nie pytając, czy może zostać, zdjął marynarkę i poluzował krawat. Usiadł na krześle przy stoliku. Cała ta scena obserwowana z daleka wyglądałaby tak naturalnie, gdyby ktoś nie słyszał, o czym rozmawiamy. Wyciszeni wyglądalibyśmy jak małżeństwo po długim i męczącym dniu, które w końcu wróciło do domu i dyskutuje o problemach, bo może na siebie liczyć.

– Czasami chcę, żebyś wpadł – przyznałam otwarcie, a w myślach dokończyłam, że jednak przez większość czasu modlę się o to, żeby Marcelina nigdy się nie domyśliła.

– Nie chcesz tego dłużej ciągnąć?

– Sama nie wiem, czego chcę. Ten romans musi się kiedyś skończyć. – Nawet nie wiedziałam, czemu mu to mówiłam, bo teraz tak naprawdę zależało mi jedynie na jego obecności.