Tożsamość Nieznana, NN - Karolina Wójciak - ebook + książka

Tożsamość Nieznana, NN ebook

Karolina Wójciak

4,6

Opis

Dwa życia, dwa światy, dwie odrębne przestrzenie.
Krystian, nastolatek, który po tragicznej śmierci matki zaznaje biedy i uczy się życia z ojcem alkoholikiem, po jednej z awantur w domu zostaje wyrzucony na ulicę. Walcząc o przetrwanie, wkracza do światka przestępczego.
Lena, studentka dziennikarstwa, której ojciec - dobrze sytuowany prawnik - bezwzględnie narzuca styl życia, wraca na wakacje do Sopotu przekonana, że będzie to kolejne nudne lato u boku ojca despoty. Tymczasem tych kilka tygodni nad morzem diametralnie odmieni jej los.
Dwie kontrastujące ze sobą historie o miłości, poświęceniu i drugich szansach.
Czy Krystiana trudny start w dorosłe życie sprawi, że stoczy się na dno?
Czy wybór Leny będzie właściwy? Czy błędy młodości przekreślają szanse na godne życie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (79 ocen)
59
12
4
3
1

Popularność




Tożsamość Nieznana, NNKarolina WójciakRozpisani.pl, Grupa PWN (2017)Ocena:★★★★☆Etykiety:Literatura pięknaLiteratura pięknattt

Dwa życia, dwa światy, dwie odrębne przestrzenie. Krystian, nastolatek, który po tragicznej śmierci matki zaznaje biedy i uczy się życia z ojcem alkoholikiem, po jednej z awantur w domu zostaje wyrzucony na ulicę. Walcząc o przetrwanie, wkracza do światka przestępczego. Lena, studentka dziennikarstwa, której ojciec - dobrze sytuowany prawnik - bezwzględnie narzuca styl życia, wraca na wakacje do Sopotu przekonana, że będzie to kolejne nudne lato u boku ojca despoty. Tymczasem tych kilka tygodni nad morzem diametralnie odmieni jej los. Dwie kontrastujące ze sobą historie o miłości, poświęceniu i drugich szansach. Czy Krystiana trudny start w dorosłe życie sprawi, że stoczy się na dno? Czy wybór Leny będzie właściwy? Czy błędy młodości przekreślają szanse na godne życie?

Książka ma 320 stron.

Spis treści

Strona redakcyjna Dedykacja

Tożsamość nieznana, NN

Mojemu mężowi,

który nazywa mnie artystką tylko wtedy, gdy mu jakoś podpadnę.

Tożsamość nieznana, NN

Kejsi Jesień 2007

—    Słyszałeś coś? — Pedro zatrzymał się i nadstawił ucha.

—    Nic — skłamałem. — Pośpiesz się.

—    Kurwa! Jestem pewien, że coś słyszałem — szepnął nerwowo.

„Jeden, dwa, trzy, cztery” — odliczyłem kroki w bok, w kierunku ściany,

ale moje nogi były miękkie, nie byłem nawet pewny, czy w ogóle się posuwałem. Mimo że starałem się opanować emocje, słyszałem swój głośny oddech.

—    Idź na dół — zaczął po chwili — a ja tu dokończę z sejfem.

Stałem. Czekałem. Gdzie on był? Czemu to tak długo trwało? Pedro gapił się na mnie, a ja, jak nigdy, nie reagowałem na jego polecenia. Patrzyłem mu prosto w oczy, a serce biło mi tak głośno, że nie słyszałem momentu, w którym otworzyły się drzwi.

—    Stać! Policja! — dotarły do nas krzyki.

Nie umiałem określić, kto krzyczy i skąd dochodzą odgłosy. Wszystko zlewało się w jeden hałas, a pokój wypełniły światła. Widziałem jedną czerwoną wiązkę skierowaną prosto w klatkę piersiową swojego kolegi.

—    Na ziemię! Na ziemię!

Pedro objął mocno worek ze ściągaczem, który zawsze — wypchany kosztownościami lub pieniędzmi — nosiliśmy jak plecak i rzucił nim we mnie. Odruchowo go złapałem. On ruszył z miejsca. Ku mojemu zaskoczeniu wyskoczył przez okno, ale nie to, którym dostaliśmy się do środka. Wszystko trwało zaledwie sekundy.

—    Stój!

Pedra już jednak nie było. Obróciłem się z workiem w kierunku dobiegających głosów. Krzyczeli, żebym się nie ruszał, ale czułem, jakby ten worek palił mnie w ręce, więc rzuciłem go na podłogę. Jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Zrobiłem krok w tył, co policja odczytała zapewne jako chęć ruszenia śladami Pedra. Nie minęła sekunda, jak oberwałem. Nigdy nie sądziłem, że mała kula jest w stanie znokautować potężnego chłopa. Upadłem na deski, czując przenikający ciało ból. Gdybym miał sobie kiedyś to wyobrażać, powiedziałbym, że postrzał to ból miejscowy. Ale nie, to byłoby zbyt piękne. Nerwy w całym moim ciele dały o sobie znać od razu, a dopiero po jakimś czasie poczułem to jedno miejsce, źródło wszechogarniającego bólu.

—    Mamy postrzał! Potrzebna karetka.

Leżąc plackiem na podłodze, zauważyłem, że sufit w tym domu był

nietypowy. Ktoś ułożył tu wzór, dbając o prowadzenie linii, która nagle kończyła się na ścianie. Po chwili w moim polu widzenia pojawiły się jakieś twarze.

—    Gdzie dostał? — słyszałem głosy nad sobą.

—    Nie wiem... gdzieś wysoko... w klatkę. — Szarpali mnie, próbując ściągnąć mi kurtkę.

Jeśli tak miała wyglądać moja śmierć, to było to okropne. Umierałem bez możliwości naprawienia swojego życia, bez możliwości, dla odmiany, zrobienia czegoś dobrego. Nie tak miało być.

—    Czemu on tak krwawi?

—    A co ja lekarz jestem?

—    Gdzie ta karetka?! — Miałem wrażenie, że znałem ten głos, ale wszystko zlewało się w jeden hałas brzmiący jak bełkot w zwolnionym tempie. — Tracimy go!

Lena Lato 2015

Nie cierpiałam wracać do domu. Najchętniej zostawałabym w akademiku przez cały rok. W ciągu ostatniego miesiąca zamieszczałam ogłoszenia w każdej gazecie, licząc na znalezienie pracy. Byłam gotowa pracować jako kelnerka, pomywaczka czy nawet sprzątaczka, ale niestety ojciec nie pozwalał mi na podjęcie jakiegokolwiek zajęcia. Tłumaczył, że mamy wystarczająco dużo pieniędzy, żebym nie musiała się martwić swoim utrzymaniem do śmierci. Oferował przelewy na kwoty, jakie tylko bym chciała. Nie rozumiał jednego: moja chęć pracy nie wynikała z potrzeby posiadania własnych pieniędzy. Nie chciałam wracać do domu i zrobiłabym wszystko, by uniknąć przebywania z ojcem pod jednym dachem. Zmieniłam w końcu taktykę i zaczęłam mówić o chęci usamodzielnienia się, znalezienia sensu w życiu. Nie słuchał tego. Każde tłumaczenie przerywał, zanim dokończyłam myśl. Według niego wszystko to dało się kupić za pieniądze.

Nasze negocjacje skończyły się w momencie, w którym zaszantażował mnie i powiedział, że jeśli nie pojawię się w ciągu najbliższego tygodnia, wyśle po mnie kogoś, kto zaciągnie mnie siłą do samochodu. Chciało mi się wyć. W końcu spakowałam się i swoim luksusowym escalade, zupełnie niepasującym do studentki mieszkającej w akademiku, sunęłam w kierunku morza. O tym też powinnam wspomnieć, opisując swojego ojca. Wydawało mu się, że jako dziewczynka z dobrego domu powinnam mieć jakieś wygodne, fikuśne auto, najlepiej różowe, które według niego pasowałoby do mojej osobowości. Nie miałam bladego pojęcia o samochodach, ale pewnego dnia, oglądając film o mafii, zobaczyłam to auto. Wielkie, pełne gangsterów. Rzuciłam do ojca, że to samochód moich marzeń. Na początku sądził, że żartowałam, ale z czasem zrozumiał, że mówiłam poważnie. Tak wyglądało nasze życie. Robiłam wszystko wbrew temu, co o mnie myślał. Jeśli wydawało mu się, że powinnam nosić jeansy, wkładałam sukienki. Kiedy uważał, że powinnam zacząć grać w tenisa, wybierałam lekcje boksu. Brzmi dziecinnie, ale tylko w taki sposób mogłam mu się sprzeciwić. Za wszelką cenę chciał, żebym, jako dziecko z dobrego domu, napawała go dumą. By mógł chwalić się mną na prawo i lewo, zwłaszcza swoim zarozumiałym, bogatym koleżkom z pracy. Uważałam, że nie miał prawa na mnie niczego wymuszać. Nigdy nie angażował się w moje dzieciństwo. Wychowanie według niego to były rozkazy. Zresztą gdy byłam mała, rzadko bywał w domu. Zawsze zajęty sprawami swoich klientów — morderców, przestępców. Kłamał dla nich, wymyślał metody, by ochronić ich nic niewarte dupska. Tylko po to, by się obłowić, żerując na ludzkim nieszczęściu. Im większa była wina, tym lepiej płacili. Po jakimś czasie ojca zaczęto nazywać adwokatem diabła. Potrafił wybronić każdego, co więcej, postępował niczym pisarz, wymyślał bowiem scenariusz wydarzeń, naginając prawdę tak, jak było wygodnie. Słynął z tego, że nawet złapany za rękę gangster wychodził z aresztu i unikał kary. Miał liczne kontakty niemal wszędzie, a kilka razy słyszałam, że również głębokie kieszenie. Najpierw wydawało mi się, że były to aluzje do jego zarobków, ale potem zrozumiałam, że to były żarty o tych wszystkich, którzy mu siedzieli w kieszeni. Praca go napędzała, sukcesy cieszyły, a my z mamą zostałyśmy odłożone na bok. Zdawało mi się, że w pewnym momencie zapomniał, że ma rodzinę. Raz zostawił nas nawet na kilka miesięcy i przeprowadził się do innego miasta po to, by móc być na bieżąco z jakąś ważną sprawą. Przejmował się tym bardziej niż nami. To przez niego mama zachorowała. Siedziała teraz nafaszerowana proszkami w szpitalu psychiatrycznym. Nic nie rozumiała. Nawet nas nie rozpoznawała. Gdy ją odwiedzałam, nie mogłam wydobyć z niej żadnej reakcji. Kiedyś sądziłam, że jeśli sprowokowałabym ją do czegoś, obudziłby się w niej ten martwy umysł, ale nigdy to nie nastąpiło. Mogłabym ją nawet uderzyć w twarz, a ona nadal pozostawałaby obojętna na otoczenie. Gapiła się w kierunku, w jakim się ją posadziło. Jeśli przodem do ściany — wpatrywała się w nią godzinami.

Ojciec co chwilę zapisywał ją do różnych doświadczalnych programów i na testowanie nowych leków. Zapewne w jego rozumowaniu pomagał jej w

ten sposób. Być może także nie dawały mu spokoju wyrzuty sumienia i starał się wynagrodzić jej to, że okazał się dupkiem. Zastanawiam się, czy gdyby kiedyś nastąpił taki dzień, że doszłaby do siebie, przyjąłby ją do domu — jak żonę, jak matkę swego jedynego dziecka.

Każdy inny facet w jego sytuacji znalazłby sobie jakąś kobietę. On od kilku długich lat żył sam, albo nie miał czasu na związek, albo nie potrzebował nikogo obok siebie. Czasami miałam wrażenie, że był szczęśliwszy bez niej. Mogłabym stwierdzić, że gdyby miał wybrać pomiędzy seksem a interesującą, trudną sprawą, wybrałby to drugie.

Muzyka dudniła z głośników, ale nie była w stanie stłamsić moich myśli. Sam przyjazd tutaj wywoływał we mnie ochotę na zniszczenie czegoś. W moim wnętrzu narastała agresja na samą myśl o pobycie w domu. Pocieszałam się, że to tylko kilka tygodni wakacji. Jednocześnie obiecałam sobie, że zajmę się czymś intensywnie, by spędzać jak najwięcej czasu poza domem. Tylko co by to miało być? Każde moje wakacje wyglądały tak samo. Przyjaźniliśmy się z dziećmi innych bogatych ludzi z okolicy, więc każdy wolny czas spędzaliśmy w swoim gronie. Bawiłam się z nimi, bo nie miałam żadnej alternatywy.

Zaparkowałam na podjeździe i zanim wysiadłam, służąca przywitała mnie radośnie, biegnąc truchtem w kierunku bagażnika. Uchyliłam jej klapę, żeby mogła wyciągnąć bagaże, i weszłam do środka.

—    Lena! — Ojciec otworzył ramiona, licząc na to, że przytulę go stęskniona.

—    Cześć — odezwałam się sucho, kładąc klucze na stoliku.

Przejrzałam się w lustrze zawieszonym w hallu. Wyglądało zjawiskowo.

Było ogromne, okolone złotą ramą. Ja zaś miałam wrażenie, że moją twarz wykrzywiło niezadowolenie. Tak jakby rysy zmieniały się od samego przebywania w tym domu.

Ojciec podszedł do mnie i obejmując mnie, pocałował w czubek głowy. Tego też nie cierpiałam — tej wymuszonej czułości.

—    Zmęczona drogą? — zagadnął wesoło.

Ewidentnie był zadowolony. Zapomniał już o naszej ostatniej rozmowie, w której zmusił mnie szantażem do przyjazdu tutaj. Teraz grał rolę stęsknionego tatusia. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim.

—    Tak. — Oszukiwanie go przychodziło mi już bardzo łatwo.

—    Wszystko na górze już na ciebie czeka.

—    Czy mogłabym tym razem pomieszkać w domku gościnnym?

Służąca zaczęła wnosić walizki do środka. Nie pomógł jej nawet wtedy, gdy siłowała się z przepchaniem ich przez próg. Gdybym wyciągnęła rękę, by jej pomóc, zatrzymałby mnie i upomniał, że to praca tej kobiety, a nie moja. Potem usłyszałabym kazanie o tym, jak wygląda rynek pracy i jaką szczęściarą była ta kobieta, że zyskała zatrudnienie mimo niskiego wykształcenia. Wprawdzie ojciec płacił bardzo dobrze, a ludzie wręcz zabijali się, żeby coś dla niego zrobić, ale dziwnie się czułam, obserwując jej zmagania. Ojciec zatrzymał ją, gdy ruszyła z walizkami na górę, i poprosił, by przeniosła moje rzeczy do domku gościnnego. Dlatego właśnie nie chciałam przebywać z nim w domu. Odizolowanie się od niego dawało mi złudne wrażenie normalności. Kiedyś ten dodatkowy domek miał być przeznaczony dla naszych znajomych, aby cieszyli się oddzielnym, niezależnym miejscem. Jednakże nie przypominam sobie, bym kogokolwiek tam widziała, gdy tu mieszkałam.

—    Dziękuję — uśmiechnęłam się delikatnie.

—    Nie ma sprawy! Wszystko dla mojej księżniczki.

Tego też nie cierpiałam. Gdy nazywał mnie księżniczką. Nie odbierałam tego jako czegoś pozytywnego. Wręcz przeciwnie — w mojej ocenie sugerowało to, że zadzierałam nosa i oczekiwałam specjalnego traktowania.

Przeszliśmy przez dom do drzwi tarasowych, a następnie pięknie ułożonym chodnikiem do oddalonego o kilkadziesiąt metrów domku. Tak naprawdę wielu ludzi uznałoby ten „domek” za willę. U nas nazywany był w ten sposób, bo przy głównym domu wyglądał jak miniaturka.

Ojciec dreptał za mną, wypytując o egzaminy, o moje studia. Cieszył się z sukcesów. Sądził, że chciałam wypaść jak najlepiej, by był ze mnie dumny. Prawda wyglądała jednak zupełnie inaczej. Starałam się zdawać wszystko najlepiej, jak umiałam, bo gdybym zawaliła, ojciec ściągnąłby mnie tutaj. Moje studia były moim jedynym pomysłem na ucieczkę z tego piekła. Jeśli to by mi dawało wolność, stałabym się wiecznym studentem.

Gdy doszliśmy do drzwi, ojciec wyprzedził mnie i otworzył je kartą magnetyczną. Od razu zapewnił, że poprosi o mniejszy klucz zbliżeniowy. W środku, zupełnie nie wiadomo czemu, pokazywał mi wszystko tak, jakby to robił, gdybym była jego gościem. Mimo że doskonale znałam plan domu, oprowadzał mnie po wnętrzach, pokazując kuchnię, łazienki i sypialnie.

—    Będziesz parkować pod domem, w garażu czy chcesz wjeżdżać od drugiej strony posiadłości?

—    Od drugiej — odpowiedziałam szybko.

Każda forma niezależności była na wagę złota. Gdybym parkowała pod domem i używała głównego wejścia, miałby wgląd w to, co robiłam. Moje nowe lokum przylegało jedną ścianą do bocznej uliczki, więc zupełnie nierozsądne byłoby korzystanie z głównego wejścia.

—    Chodź, pokażę ci monitoring.

—    Daj mi po prostu kod i już.

—    Nie — sprzeciwił się stanowczo ojciec — musisz wiedzieć, jakie masz tutaj opcje. Dla własnego bezpieczeństwa.

Podczas mojej nieobecności po raz któryś z kolei ojciec wymienił systemy monitorujące posiadłość. Jak tylko na rynku pojawiały się jakieś nowinki, my to mieliśmy w użyciu. Niektóre z funkcji były takie same, ale mimo wszystko pokazał mi guziki, których należy użyć w razie napadu, umieszczone w kilku punktach w ścianach, i piloty, które można było nosić ze sobą. Jedyną nowością dla mnie okazał się pełny monitoring przez kamery. Praktycznie każdy pokój miał zainstalowane urządzenie, które nie dość, że nagrywało, to jeszcze miało mikrofony zbierające najmniejszy szum. Moje pragnienie niezależności, niewidoczności dla jego oczu legło w gruzach.

—    Nie będę miała żadnej prywatności! — Irytacja wzięła górę.

—    To dla twojego dobra.

—    Kto to obserwuje? Bo zakładam, że ktoś się na to gapi.

—    Tak, ochroniarze. Ci sami, którzy są w budce wjazdowej.

To był ten mój moment, moja jedyna szansa na dotarcie do niego.

—    I chcesz, żeby banda chłopów obserwowała twoją córkę? — Posunęłam się do manipulacji.

—    Ale to dla twojego bezpieczeństwa... — Urwał, co było jednoznaczne z tym, że zmiękł.

Jego zawahanie było dla mnie znakiem, że powinnam drążyć temat, więc nie zwlekając, kontynuowałam:

—    Będę tu brała prysznic, chodziła nago, a oni będą na mnie patrzeć. Dzięki — rzuciłam niby od niechcenia, ale wiedziałam, że to na niego podziała.

Zmarszczył czoło, intensywnie rozważając wszystkie za i przeciw. Zadowolona z siebie podeszłam bliżej do urządzenia zamocowanego w suficie i teatralnie pomachałam, pozdrawiając potencjalnie obserwującego nas ochroniarza.

—    Dobrze. — zgodził się. — Ale tylko górę. Tam będziesz miała

prywatność. Na dole jesteś monitorowana.

—    Ale...

—    Żadnego ale. — Ojciec spojrzał na mnie surowo. — Koniec dyskusji.

Tego też nie cierpiałam. Gdy mój ojciec wypowiadał te słowa, doskonale

wiedziałam, że choćbym się płaszczyła, choćbym płakała, nie uległby mojej prośbie. Taki już był. Wydawało mu się, że zawsze wiedział najlepiej, że miał prawo podejmować decyzje za nas. Wbrew nam. Potem tłumaczył to koniecznością. Powtarzał, że słuchając jego poleceń, nigdy nie wyjdę na tym źle.

—    Poza tym — dodał, nie czekając na moją reakcję — jeśli na noc nie zostanie włączony alarm, przyjdę osobiście sprawdzić, czy wszystko w porządku. Możesz do mnie wysyłać SMS-y o każdej porze dnia i nocy.

Muszę wiedzieć, że wszystko gra. Mam aplikację w telefonie, która informuje mnie na bieżąco o wszystkich aktywnościach. Dostaję powiadomienia.

Po raz kolejny pocałował mnie w głowę. Zadowolony z siebie przeczesał pomieszczenie wzrokiem tak, jakby wypatrywał nieprawidłowości w tym nieskazitelnie czystym pokoju. Gdy uznał, że inspekcja dobiegła końca, zostawił mnie, życząc miłego wieczoru. Minął się w drzwiach ze służącą, która wreszcie dotargała tu wszystkie walizki. Poleciłam, żeby zostawiła je w korytarzu, i odesłałam ją do domu. Zatrzymałam ją jednak w drzwiach i zaznaczyłam, że nie musi do mnie przychodzić, że jeśli będę jej potrzebowała, to ją poproszę. W odpowiedzi zaprosiła mnie na późny obiad w domu za jakąś godzinę. Ścisnęło mnie w żołądku, że nawet jeść miałam na zawołanie. Nikt nie pytał, czy byłam głodna, czy miałam ochotę na coś konkretnego. Jakie to smutne. Z przekąsem — choć to nie była jej wina — rzuciłam, że mogą zjeść sami, bo ja miałam już inne plany. Moją niegrzeczną odpowiedź przyjęła z takim samym uśmiechem jak zawsze. Potraktowałam ją jak worek treningowy, ale miałam już po prostu dość. Zostawiła mnie samą. Klęknęłam przy walizce i wyciągnęłam z niej sukienkę. Zdecydowanie w typie, którego mój ojciec nigdy by nie zaakceptował. Kiedy weszłam na górę się odświeżyć, ojciec zakomunikował mi w wiadomości przysłanej telefonem, że tak jak ustaliliśmy, kamery zostały wyłączone. Odetchnęłam z ulgą. Z jego poglądami to był naprawdę duży sukces.

Umówiłam się z koleżanką. Jedną z tych, które mają piękną buźkę, ale cierpią na totalny brak mózgu. Ona jedyna była dzisiaj dostępna. Reszta sensowniejszych znajomych wracała w najbliższym czasie, bo nie udało im się uporać z wszystkimi egzaminami na czas. Choć odwlekałam swój przyjazd tak długo, jak mogłam, to właśnie dotarło do mnie, że zaliczenie w drugim terminie dałoby mi kilka dodatkowych dni wolności. U mnie poprawki odbywały się dopiero we wrześniu, ale obiecałam sobie, że sprawdzę, czy są jakieś późniejsze, dodatkowe terminy. Jeśliby były, mogłabym świadomie zawalić pierwszą turę, wydłużając tym samym czas pobytu w Warszawie.

Mój samochód został przed głównym wejściem do domu. Nie chciałam, żeby ojciec widział mnie ubraną w taki sposób, więc uniknęłam tego, zamawiając taksówkę. Do klubu dojechałam lekko spóźniona, bo jak się okazało, taksówkarze byli bardzo oblegani. Agata już na mnie czekała. Przywitała mnie piskiem, zupełnie jakbym powiedziała jej coś bardzo ekscytującego, a to było jedynie standardowe: „hej, jak się masz?”. Moje zwyczajne pytanie okazało się dla niej dobrym pretekstem do wylewnego monologu o tym, jak dużo się zmieniło od momentu, gdy widziałyśmy się ostatni raz. Rozpływała się nad jakimś chłopakiem, którego notabene poznała na jednym z przyjęć organizowanych przez jej ojca. Zdumiałam się, kiedy zaczęła wachlować pierścionkiem z kamieniem wielkości gałki ocznej.

—    Ślub będzie za rok, latem — wyjaśniła, kiedy usiadłyśmy przy stoliku.

—    Nie jesteś za młoda, żeby się hajtać? — nie ukrywałam zaskoczenia.

—    A ile czasu masz zamiar czekać? Mamy już po dwadzieścia lat. Jak dobrze pójdzie, za rok będę mężatką, za dwa będę miała pierwsze dziecko, za trzy drugie...

—    Czekaj! — przerwałam jej lawinę radości. — A szkoła? Nie chcesz do czegoś dojść?

Kelner podsunął nam menu na błyszczącym papierze.

—    Coś na początek?

—    Sangria — odpowiedziałam, nie zaglądając nawet w ofertę.

Znałyśmy to miejsce bardzo dobrze. Rok temu po raz pierwszy

mogłyśmy tutaj przyjść za oficjalną zgodą rodziców. Oczywiście wymagali, byśmy przychodzili całą paczką. Nie wiedziałam, jakie ojciec miałby zdanie o naszym samotnym wyjściu, ale też nie czułam potrzeby pytania go o pozwolenie.

—    To samo. — Agata uśmiechnęła się szeroko do kelnera, a gdy się oddalił, zwróciła się do mnie: — To o czym mówiłyśmy?

—    O tym, że jesteś za młoda na ślub.

—    Nie jestem. — Spuściła wzrok, jakby się zawstydziła.

—    Myślałaś o jakichś podróżach, odkrywaniu świata? Teraz ślub biorą tylko ci, którzy wpadli... — dodałam, wytrzeszczając oczy. — Nie wolisz poczekać, aż dorośniesz do tej decyzji, do wypowiedzenia słów przysięgi świadomie, odpowiedzialnie.

Chciałam dać jej do zrozumienia, jak śmiesznie wyglądała jej wizja szczęścia u boku jakiegoś faceta, którego dopiero co poznała, a któremu chciała powierzyć swoje życie, rezygnując z planów i marzeń. Choć być może ona takich nie miała.

—    Nie wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? — zapytała mnie, odbiegając od tematu.

—    Wiesz, w co wierzę? — Przekrzywiłam głowę na bok. — Wierzę w to, że dwoje ludzi czuje do siebie miętę i chcą się bzyknąć tak szybko, jak to możliwe. To właśnie nazywają miłością od pierwszego wejrzenia, a tak naprawdę to tylko chęć prokreacji albo zwykły popęd.

—    Lena! — upomniała mnie.

—    No co?

W zasadzie mogłabym teraz zacząć żałować, że to z nią wyszłam, ale stwierdziłam, że przy którejś z kolei sangrii będę wystarczająco pijana, by cieszyć się jej towarzystwem. To tylko kwestia czasu — pocieszałam sama siebie. Kelner postawił przed nami dwie sangrie. Na moje szczęście serwowali tu drinki w hektolitrowych kielichach. Pociągałam ze słomki tak długo, aż zassałam cząstkę truskawki. Roztarłam ten zupełnie pozbawiony smaku owoc, a następnie znów nachyliłam się do słomki, licząc, że zaraz alkohol dobije się do mojego krwiobiegu i otumani mnie do poziomu mojej rozmówczyni.

—    Chciałabyś go poznać? — zaproponowała radośnie Agata.

Zaczęłam się krztusić.

—    Kogo? — Starałam się szybko odkaszlnąć. — Ja tu zasysam jak szambiarka, a ty.

—    Lena! — upomniała mnie z uśmiechem Agata, a zaraz po tym wyjaśniła: — Mojego narzeczonego, Bartka.

—    Pewnie! — krzyknęłam głośniej, niż powinnam. — Dawaj go!

—    Czemu podchodzisz do wszystkiego tak.

—    Jak? — dopytywałam.

—    Lekceważąco? — zgadła niepewna, czy nie urazi mnie takim słowem.

—    Hm — westchnęłam ciężko. — Nie widzimy się pół roku, a w tym czasie poznajesz jakiegoś gacha.

—    Nie mów tak o nim! — zaprotestowała.

—    O, przepraszam. — Położyłam rękę na piersi.

Przy okazji podciągnęłam gorset mojej skąpej sukienki. Brak ramiączek był jednak uciążliwy. Może i odkryte ramiona są seksowne, ale miałam już za duży biust na takie ubrania.

—    Nie chciałam nikogo urazić — dodałam już bardziej serio.

—    Nic nie szkodzi — zapewniła.

„To po co protestujesz?” — pomyślałam. Czemu nie mogłyśmy pogadać na luzie, tylko w kółko zachowywałyśmy te pozory. Tak było, odkąd pamiętam. Gdy któreś z nas, dzieci, rzuciło jakiś mniej smaczny żart, byliśmy zmuszani do przepraszania, a czasem nawet odsyłani do odbycia kary.

Bardzo dbano o nasze maniery, co według mnie jedynie blokowało prawdziwe myśli, prawdziwe intencje. Nasze osobowości.

—    Kim on jest? — dopytałam, udając bardziej zainteresowaną.

Zorientowałam się, że nie powinnam była nigdy zadać tego pytania.

Agata nie przestawała wychwalać gościa. Z jej opowiadania wynikało, że znalazła kopię boga. Jej przyszły mąż miał być wszechwiedzący, do tego wszechmocny — dzięki kontaktom z prawnikami i sędziami. A na koniec, jakby tego było mało, zniewalająco przystojny. Zaczynałam się zastanawiać, czy czasem nie zmyśliła sobie tego wszystkiego. Tak jakbym miała za mało wariatów w swoim życiu. Jednakże im więcej opowiadała, tym mocniej docierało do mnie, że to wszystko niestety prawda. Jej paplanina zajęła nam kilka dobrych godzin. Przy którejś z kolei sangrii jej opowieści wydawały się nawet śmieszne i zajmujące. Od czasu do czasu puentowałam jakimś kąśliwym komentarzem, za który od razu przepraszałam.

Pijana wróciłam do domu. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to brak moich walizek w korytarzu. Byłam więcej niż pewna, że tutaj leżały, gdy wychodziłam kilka godzin temu. Z trudnością wdrapałam się na górę po schodach, otworzyłam nerwowo wszystkie szafy i zobaczyłam swoje ubrania starannie poukładane. Łapiąc wieszaki, klęłam, ile wlezie. Wyrzucałam ubrania z szafy, czując łzy spływające po policzkach. Mówiłam, prosiłam, żeby dali mi tu spokój. Nie mogli mi pozwolić na niezależność. Opadłam z sił i szlochając, rzuciłam się na łóżko. Czemu? Czemu nie pozwalał mi podejmować własnych decyzji? Czemu nie szanował moich próśb? Czemu nie mogłam jak normalny człowiek zostawić swoich rzeczy tam, gdzie chciałam? Nie cierpiałam tego.

Obudziło mnie pukanie do drzwi. Miałam wrażenie, że ktoś dobijał się

prosto do mojej głowy. Ledwo usiadłam na łóżku, gdy do pokoju wszedł ojciec. Wyglądał świeżo i schludnie. Ubrany w najlepszej klasy garnitur.

—    Jeśli to jest twoja codzienność, gdy jesteś sama... poza zasięgiem moich oczu, to musimy porozmawiać. — Stanął nad moim łóżkiem jak kat.

—    Jaka codzienność? — dopytywałam.

—    Nie podoba mi się to picie, wracanie po nocy, spanie do. — spojrzał na zegarek — do czwartej.

—    O rany. — Potarłam dłońmi twarz.

Starałam się to robić delikatnie, tak żeby nie odczuwać większego bólu. Każdy ruch, każde dotknięcie głowy było jak tortura.

—    Agata się zaręczyła, postanowiłyśmy to uczcić — wytłumaczyłam, choć to nie był prawdziwy powód.

Wiele razy byłam pijana do nieprzytomności, ale nie musiałam mu o tym mówić. Wiedziałam doskonale, że gdyby tylko znalazł się w posiadaniu takiego argumentu, ukróciłby moją wolność.

—    Gdybym piła na co dzień, to by mnie tak nie sponiewierało — skłamałam, patrząc mu prosto w oczy.

—    Racja — dodał. — Uważaj na siebie.

Odwrócił się i skierował kroki do wyjścia.

—    A co tutaj się stało? — Pokazał ręką na zawartość szafy porozwalaną na podłodze. — Nie mogłaś się zdecydować, co założyć?

Jego żart był nawet zabawny, więc zareagowałam inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Chciałam sceny, krzyku, a jedynie zaśmiałam się krótko. To był odruch. Pewnie i tak nie zrozumiałby, czego od niego oczekiwałam.

Wieczorem pojechałam na plażę. Siedziałam na piachu, przesypując go z miejsca na miejsce, i obserwowałam zachodzące słońce. Morze to był jedyny magnes, który mnie tutaj ciągnął. Uwielbiałam tu przebywać, słuchać tego niespokojnego szumu, tego zewu natury domagającego się czegoś z plaży. Wyobrażałam sobie fale jako dłonie wyciągane co chwilę w kierunku piachu.

W drodze powrotnej do domku otworzyłam szyby i rozkoszowałam się ciepłym wieczorem. Są takie dni w lecie, kiedy noc wydaje się taka upalna, że nie chce się wracać do środka. Jest coś magicznego w takiej czarnej, parnej czeluści.

Ojciec czekał na mnie z kolacją, więc zmuszona byłam usiąść z nim do stołu. Jak zwykle pouczał mnie o konieczności podejmowania tylko właściwych wyborów w życiu. Zachwycał się Agatą, jej planami, jej. przewidywalnością. Byłam pewna, że najbardziej martwiło go to, że nie wiedział, w jakim kierunku zmierzałam. Może gdybym sama wiedziała, byłoby łatwiej. Czułam też, że w pewnym sensie czekałam na jego opinię na temat mojego życia tylko po to, by zrobić coś przeciwnego. On jednak rzucał bardzo ogólne pomysły. Po raz pierwszy od dawna słyszałam, jak mówił o moim szczęściu, choć rozumiał je błędnie, patrząc przez pryzmat planów Agaty.

—    Może pojechałabyś do matki? — wypalił znienacka.

—    A co to zmieni? — zapytałam, kończąc posiłek.

Rozmowa z nim zmęczyła mnie bardziej, niż mogłoby mnie wykończyć przekopanie rowu — choć nigdy tego nie robiłam, wyobrażałam sobie, że to musi być wycieńczające. W ostatnim czasie nie mieliśmy już żadnych wspólnych tematów poza jego pytaniami o szkołę albo o mamę. To wszystko, co nas łączyło.

—    Nigdy nie wiesz. — Ojciec składał widelce, dając sygnał służącej, że skończył posiłek. — Może ona jednak rozumie.

—    Taaak... — przeciągnęłam świadoma tego, że oszukiwał sam siebie. — Gdyby cokolwiek rozumiała, nie zostałaby w tym miejscu ani minuty. Jest jej obojętne. wszystko i wszyscy.

Miałam już dość. Wstałam od stołu, podziękowałam grzecznie za posiłek, z ukłonem przeprosiłam i pobiegłam do swojego domku. Na górze nie było śladu po moim bałaganie. Mogłabym to wywalić jeszcze raz, ale tak jak w tym amerykańskim filmie o świstaku jutro wszystko byłoby włożone z powrotem do szafy.

Krystian Zima 2006

Pamiętam taki dzień, jak mama zrobiła obiad, a my usiedliśmy razem do stołu. Tata włożył odświętną koszulę, mama krzątała się po kuchni, stawiając ciasno półmiski z parującym jedzeniem na małej powierzchni blatu. Uśmiechałem się na wspomnienie tego, jak gorące naczynia przywierały do ceraty w kwiatki. Szczegóły, takie jak dźwięk odrywanego talerza od tego sztucznego tworzywa imitującego obrus, sprawiały, że moje wspomnienia nadal żyły. Mój obraz sielankowego życia z tamtych czasów uzupełniała Malwina, unieruchomiona w krzesełku do karmienia. Stukała plastikową łyżką w blat. Odtwarzałem ten moment w pamięci tak często, jak mogłem. Chciałbym, żeby każda sekunda tamtej chwili wyryła się w mojej głowie jak w kamieniu. Byliśmy szczęśliwi.

Żaden nastolatek nie opisywałby swojej rodziny w ten sposób. Prędzej narzekałby na niedogodności, surowe traktowanie czy kary za nieposłuszeństwo, niż zwracał uwagę na takie drobnostki. Odróżnia mnie od innych to, że przeszedłem przez piekło. Dopiero te przejścia nauczyły mnie tęsknić do tego, co już nigdy nie wróci, co przeminęło na dobre. Jednocześnie uzmysłowiły mi, jak bardzo tego wcześniej nie doceniałem...

Ale od początku. Mama pracowała w piekarni razem z ojcem. Przeważnie tak układali grafik, by ktoś był zawsze z nami w domu. Głównie z powodu Malwiny. Nie mogliśmy sobie pozwolić na żłobek, ja byłem za mały, by się nią opiekować, a zatrudnienie kogoś nie wchodziło w grę ze względu na wysoki koszt wynagrodzenia niani. Dzięki temu, że moja młodsza o cztery lata siostra musiała zostać w domu, przez kilka lat każdego dnia mieliśmy jednego rodzica obok. Nasze życie było naprawdę dobrze zorganizowane. Mijały lata, a my cieszyliśmy się tym, co mieliśmy. Nie mogliśmy wyjeżdżać na wakacje, ale ojciec zabierał nas nad jezioro. To nam wystarczało. Liczyła się frajda.

Nie mogłem zrozumieć, czemu los zdecydował, że to mama zachorowała. Gdy miałem dziesięć lat, miała już pierwsze objawy astmy, od pracy w pyłach, ale było w niej nadal wiele radości i miłości. Nie pokazywała, że traciła oddech. Na początku maskowała objawy i oszukiwała nas, twierdząc, że wszystko było w porządku. My albo byliśmy ślepi, albo po prostu chcieliśmy wierzyć w jej kłamstwo. W końcu zemdlała w trakcie pracy. Została przetransportowana do szpitala na badania. Tam przepisali jej garść leków i kazali wszystko sumiennie zażywać. Mama wykupiła lekarstwa tylko raz. Widzieliśmy gołym okiem, że po nich było znacznie lepiej. Wydawało się, że sprawy się unormowały, aż do dnia, w którym właściciel piekarni wezwał ją do siebie, by wyjaśnić czy plotka o jej astmie to prawda, czy tylko pomówienie. Wytłumaczył jej, że ze względu na chorobę nie może dłużej pracować w piekarni, że musi znaleźć sobie inną pracę. Błagała go, żeby jej nie wyrzucał, że ona aż tak źle się nie czuje, że w szpitalu mocno przesadzili. Od niechcenia wspomniał, że wyśle ją do lekarza medycyny pracy po pozwolenie. Nigdy jednak tego nie zrobił. Skoro mówiła, że nic jej nie dolegało, tak też była traktowana. Nikt nie miał litości. Na dodatek w piekarni pracownicy robili wszystko sami, począwszy od sprzątania, przynoszenia produktów, przez mielenie ziarna, produkcję, aż po pakowanie pieczywa w żółte skrzynki, przygotowane do transportu. Wszystko toczyło się bezproblemowo, aż któregoś dnia podczas zmiany mama przesypywała mąkę do ogromnego pojemnika mieszającego wszystkie produkty na chleb. Pojemnik był tak duży, że musiała wejść na drabinę, by przytrzymać worek w trakcie przesypywania. Jeden z pracowników przynosił towar, wnosił go na górę po drabinie i przewieszał przez ostatni szczebel. Ona jedynie rozcinała worki i dodawała do mieszanki potrzebne składniki. Nikt nie wie, co poszło nie tak. Prawdopodobnie mama zaczęła się dusić i zemdlała.

Worek, który trzymała, przeważył ją i pociągnął do środka. Wielkie łopaty mielące ciasto poharatały jej ciało. Mężczyzna, który z nią pracował tego dnia, szukał jej przez jakiś czas, nie rozumiejąc, gdzie się oddaliła. Dopiero gdy wszedł na drabinę i zerknął w dół, zrozumiał, co się stało. Słyszałem, jak ludzie mówili, że z tego krwistego ciasta wyciągnęli kawałki jej ciała, przełożyli do czarnego worka i wynieśli. Sprawa bardzo wszystkich poruszyła. Musieli zamknąć zakład na kilka dni, głównie z powodu konieczności wyczyszczenia maszyn. Szef piekarni na pewno obawiał się, że nikt nie chciałby jeść chleba z ciasta przygotowanego w pojemniku, w którym doszło do poćwiartowania człowieka. Bardziej martwił się o swoje interesy niż o nas. Byliśmy pozostawieni samym sobie.

Po wypadku ojciec nie mógł sobie poradzić. Na początku rozpaczał w typowy dla takiej tragedii sposób, z czasem zaczął pić. Mówił, że tylko alkohol pozwalał mu zapomnieć. Zresetować myśli — przestać myśleć o niej, o życiu, o tym, co stracił. Nieraz znajomi prosili mnie, bym pomógł ojcu, ale co ja mogłem zrobić. Miałem tylko dwanaście lat i Malwinę, trzymającą się mnie na każdym kroku. Obiecywałem, że to zrobię, ale nie wiedziałem, czego ode mnie oczekiwali. Sam byłem jeszcze mały, czekałem na ojca, na jakieś polecenie od niego. On jednak skupiał się na sobie, na swoim bólu. My z Malwiną byliśmy jak dwa meble w domu. Omijał nas szerokim łukiem. Musiałem się zainteresować obowiązkami w domu. Przygotowywałem jedzenie — jeśli znalazłem jakieś produkty, poza tym sprzątałem i zajmowałem się siostrą. Dopóki ojciec pracował, jakoś nam się układało, choć bez mamy dom był pusty i smutny. Potem ktoś mądrze doradził tacie, że za wypadek przy pracy należało nam się spore odszkodowanie. Jak się okazało — bardzo nieszczęśliwie dla nas — zakwalifikowaliśmy się do renty po mamie i jednorazowej wypłaty z ubezpieczalni. Była to najniższa możliwa kwota ze zbiorowego pracowniczego ubezpieczenia, ale dla nas okazała się ogromna. Gdy się o tym dowiedziałem, cieszyłem się jak na gwiazdkę, wyczekując normalnego jedzenia, nowych ubrań. Nic takiego się nie stało.

Co więcej, ojciec rzucił pracę i przepijał wszystko, co dostawał od państwa. Po dwóch latach takiej przepychanki poszedłem do opieki społecznej poprosić o pomoc. Przyniosło to zarówno coś dobrego, jak i złego. Dobre było to, że ludzie zainteresowali się nami. Dostaliśmy kartki na żywność, potrącane z renty po mamie. Złe było to, że ojciec stłukł mnie, bo kurator mu powiedziała, że jeśli się nami nie zajmie, zostaniemy przeniesieni do domu zastępczego, a on straci rentę. Nie mógł sobie na to pozwolić, więc jak tylko dostawał pieniądze, rzucał we mnie dwoma stuzłotowymi banknotami, za które miałem kupić coś, czego potrzebowaliśmy. Miało to mydlić oczy opiece. Naprawdę żałowałem, że nie zabrali nas do domu zastępczego. Pobiegłbym i doniósł na niego już dziś, ale bałem się, że nas rozdzielą. Ja bym sobie dał radę, ale Malwina... ona bała się wszystkiego. Zaczęła mieć nocne koszmary, krzyczała, płakała, zaczęła się moczyć. Musiałem z nią spać, bo nie chciała zostać sama. Budziłem się nieraz w zasikanej pościeli. Nic nie mogłem na to poradzić. Prosiłem ją, żeby się postarała. Zapewniałem, że ze mną mogła czuć się bezpiecznie, ale oboje wiedzieliśmy, że nie było dla nas przyszłości. Walczyliśmy o przetrwanie, o każdy dzień. Musiałem motywować siostrę, żeby chodziła do szkoły. Nie chciała, ale w szkolnej stołówce opieka załatwiła nam obiady, więc to okazało się wystarczającym powodem, żeby jednak iść. Jeden ciepły posiłek. Obiad, coś, czego nie widzieliśmy na oczy od dwóch lat.

Pewnego razu wróciliśmy ze szkoły, a ojciec był trzeźwy. Zrobił nam francuskie tosty i nawet pytał, jak minął nam dzień. Patrzyliśmy na niego podejrzliwie, czekając na jakieś uderzenie. Baliśmy się, że chciał nam coś zakomunikować, ale usłyszeliśmy jedynie obietnicę, że on się postara, że ze względu na pamięć o mamie weźmie się w garść. W przeciwieństwie do Malwiny nie uwierzyłem mu. Nie po dwóch latach ciągłego picia. Zaskoczył mnie wtedy i zapisał się na odwyk. Program był finansowany przez państwo, więc jedyne, co on musiał zrobić, to powstrzymywać się od picia i regularnie chodzić na spotkania. Na jedno nawet nas zabrał i przedstawił grupie. Wszyscy patrzyli na nas z litością z powodu mamy. Chciałem im powiedzieć, że już dawno pogodziliśmy się z jej śmiercią, a jedyne, czego naprawdę powinni nam współczuć, to ojca. To przez niego doświadczyliśmy biedy, prawdziwego głodu, zimna i strachu.

Na tym spotkaniu byli zwykle nieudacznicy życiowi. Ludzie, którym większy lub mniejszy powód przyćmił sens życia. Wszyscy mieli jedną wspólną cechę: byli mizerni, zrezygnowani i bardziej tęsknili do stanu upojenia niż normalnego funkcjonowania. Jakimś jednak cudem rozumieli się i rozmawiali o tych problemach z całą grupą. Czasami nawet zostawali po oficjalnym zakończeniu, żeby omówić swoje lęki w cztery oczy. Wydawało mi się, że może ktoś obcy do niego bardziej dotrze niż my. Chodził na spotkania ochoczo, a z czasem poznał jakąś kobietę, która rozpiła się bez większej przyczyny. Po prostu lubiła wódkę i w pewnym momencie straciła kontrolę. Najpierw widywali się na spotkaniach, a potem przyprowadzał ją do domu. Po raz pierwszy w życiu widziałem nagą kobietę. Nie zwracała uwagi na to, czy zobaczymy ją roznegliżowaną. Po głośnym seksie z ojcem wychodziła z sypialni i mijała nas w drodze do kuchni po napoje lub jedzenie. To był koszmar. Po jakimś czasie zaczęli popijać, co skończyło się powrotem do nałogu. Oficjalnie ojciec wytrzymał niecałe trzy tygodnie. Jak się potem okazało, jego wybranka miała też epizod z narkotykami. Jak już wpadła w ciąg, sięgała po kokainę. Po raz pierwszy zobaczyłem swojego ojca odurzonego narkotykiem, gdy leżał nieprzytomny na łóżku przez dwa dni. Myślałem, że umarł, ale bałem się zawiadomić policję. Stwierdziłem, że jeśli nie żyje, to tak jak mięso zacznie się psuć i śmierdzieć, a wtedy będę wiedział na pewno, że to już koniec. On jednak doszedł do siebie. Mijały tygodnie, a pieniądze zamiast na alkohol szły na prochy, które były dużo droższe od wódy. W rezultacie ojciec potrzebował więcej i nie dawał mi już ani grosza. Wszystko szło na używki.

Pewnego razu obudził mnie w nocy. Malwina spała obok mnie, więc po cichu wyszedłem na korytarz w oczekiwaniu na wyjaśnienia. Ojca oczy wyglądały dziwnie. Jego źrenice były olbrzymie, a on sam gadał od rzeczy. Zaciągnął mnie do pokoju i pokazał swoją kochankę. Leżała w nienaturalnej pozycji na łóżku, a w pokoju okropnie śmierdziało. Zaciągnąłem sobie koszulkę na twarz, starając się odciąć od odoru. Ojciec pociągnął mnie do jej nagiego ciała. Protestowałem, ile mogłem, nie rozumiejąc, czego ode mnie chciał. Mimo tego, że był otumaniony, miał więcej siły niż ja. Szybko dowlókł mnie na tyle blisko, że zrozumiałem powód jego paniki: ona nie żyła. Zadusiła się własnymi wymiocinami. Pojąłem, że ojciec obudził mnie po to, żebym pomógł mu pozbyć się ciała. Opieka społeczna miałaby teraz wystarczające argumenty, by nas zabrać. Wahałem się, czy mu pomóc. On, zapewne domyślając się, co zrodziło się w mojej głowie, uderzył mnie w twarz. Chwycił ją za ręce, a mnie kazał złapać jej nogi. Mimo że była chuda, zniszczona przez nałóg, potwornie dużo ważyła. Na dodatek była lodowato zimna i blada jak ściana. Domyśliłem się, że leżała martwa już jakiś czas, a ojciec zauważył to dopiero po obudzeniu się z haju. Nieśliśmy ją przez korytarz, ale nie wiedziałem, gdzie dokładnie z nią pójdziemy. Dopiero teraz poczułem, jak strużka krwi spływa mi z nosa na wargę. Chciałem się wytrzeć, ale obie ręce miałem zajęte. Starałem się sięgnąć twarzą do ramienia, ale ojciec wydarł się na mnie, że przez moje kręcenie się prawie by ją upuścił. Nakazał mi iść prosto i nie wiercić się. Nie chciałem obudzić Malwiny. Dla niej ten widok byłby nie do zniesienia. Pozwoliłem, by krew płynęła. Jej smak pomieszany z odorem tej kobiety poruszył mój żołądek. Zacząłem prosić ojca o chwilę przerwy, on zaś powiedział, że nie zatrzyma się i że mogę rzygać na nią, że jej już to nie robiło różnicy. Walczyłem z odruchem, wyobrażając sobie coś innego. W końcu wyszliśmy na dwór. Nie puszczając jej nóg, wymiotowałem — na nią, obok niej. W ogóle tego nie kontrolowałem. Po chwili jednak świeże powietrze pomogło mi uporać się z nudnościami. Ojciec nie dbał o to, że wyciągnął mnie w zimną noc bez butów. Nieśliśmy ją nagą przez drogę. Starczyło nam sił tylko na kilkadziesiąt metrów. Wrzuciliśmy ją do rowu, a potem biegiem wróciliśmy. Ojciec kazał mi wracać do łóżka, jakby nic się nie stało. Tak, jakbym nie niósł przed chwilą trupa. Nie wiedziałem, jak to było w ogóle możliwe, że udało nam się niepostrzeżenie wynieść trupa z mieszkania w bloku.

Po kilku dniach zapukała do nas policja. Ojciec był na tyle mądry, że spalił jej ubrania, pościel i zatarł ślady. Podczas rozmowy w naszym domu, przy stole, zachowywał spokój. Co więcej, wyzywał ją od dziwek, która spała z każdym. Tak, jakby był oburzony jej niewiernością. Podsunął policjantom myśl, że ktoś ją przeleciał, zostawił nagą na drodze, a ona przewróciła się i umarła od zadławienia się wymiocinami. Modliłem się w duszy, żeby mu nie uwierzyli, żeby go wsadzili, ale uszło mu to na sucho. Policjant go jeszcze poklepał, mówiąc, że ojciec nie miał szczęścia do kobiet. Życzył mu, żeby kiedyś znalazł godną zaufania partnerkę.

Ta jedna noc zmieniła sporo w naszym układzie. Zacząłem go szantażować, że na niego doniosę. Jak czegoś chciałem, używałem tego argumentu. Niestety musiałem uciekać się do tego bardzo często, bo w domu brakowało wszystkiego. Był sprytny. Szybko zorientował się, że blefowałem. Coraz częściej mnie bił. W ciągu kolejnych dwóch lat doszło do tego, że dostawałem regularnie. Na początku tylko zasłaniałem się przed jego ciosami, ale złość we mnie narastała, aż któregoś dnia zacząłem mu oddawać. Mając szesnaście lat, byłem już na tyle zwinny i silny, że nokautowałem go w kilka minut.

Malwina zaczęła mnie obwiniać o problemy w domu. Według niej gdybym nie prowokował ojca, nie żądał od niego opieki i pieniędzy, dał mu spokój, nasze życie wyglądałoby inaczej. Starałem się jej pokazać, że gdybym nie walczył, to on by o nas zapomniał, nie mielibyśmy obiadów, kartek, ale nie dałem rady jej przekonać. Miała już swoje zdanie. Czasami nawet stawała w obronie ojca. Kiedy mu oddałem, klękała obok niego i pomagała mu wstać.

To był moment, w którym zacząłem szukać jakiejś naszej dalszej rodziny. Mój wywiad nie przyniósł nic dobrego. Ludzie wypierali się jakiegokolwiek pokrewieństwa, bojąc się odpowiedzialności. Nasi dziadkowie od strony mamy już nie żyli, a od strony ojca nigdy nie utrzymywali z nami kontaktu. Nie miałem nikogo, żadnej pomocy, a na dodatek Malwina obwiniała mnie o każdą kłótnię, każdy problem. Dochodziło do tego, że my też na siebie krzyczeliśmy. Nasza solidarność upadała.

Kiedy ojciec przychodził pijany, był jeszcze na tyle przytomny, że zaczynał się mnie czepiać. Nazywał mnie nierobem i pasożytem. Powtarzał w kółko, że przynoszę wstyd matce, że ona się w grobie przewraca. Wtedy powiedziałem coś, o czym nigdy nie powinienem był nawet pomyśleć. Wykrzyczałem mu, że to jego wina, że to przez niego mieliśmy takie złe życie, że to on doprowadził mamę do choroby, że nie był w stanie sam zarobić na rodzinę, a jego dzieci gniły w brudzie i smrodzie, bo dla niego dupy i wóda były ważniejsze. Wyrzucił mnie za drzwi. Zamknął je na zamek i kazał nigdy nie wracać. Krzyknął jeszcze, że już nigdy nie pomyśli o mnie jak o swoim synu i że od tamtej pory już dla niego nie istniałem.

Tego dnia zostałem bezdomnym szesnastolatkiem.

Lena Lato 2015

Siedziałam na leżaku przed basenem. Upalny dzień dawał się we znaki. Czytałam jakieś ogłupiające gazety z biurka ojca. Wzięłam sobie za cel znalezienie czegoś pozytywnego w całym szmatławym tygodniku, ale było to dość trudne zadanie. Po kilku tekstach o pożarach, morderstwach, przekupnych urzędnikach i dochodzeniach odłożyłam pismo na bok. Przyniosłam komputer i chowając się pod parasolem, starałam się zalogować na pocztę i inne serwisy. Szybko weszłam na Facebooka i wyszukałam profil Agaty. Faktycznie przeoczyłam, jak kilka tygodni temu obwieściła całemu światu zaręczyny z Bartkiem. Kliknęłam jego konto, ale oprócz zdjęcia jego stóp na plaży nie było nic. Miał zablokowany profil, więc jako osoba spoza kręgu jego znajomych widziałam jedynie zdjęcie główne. Zaczęłam przeczesywać galerię Agaty w poszukiwaniu jakiejś fotki jej narzeczonego. Było kilka, na których wyglądał naprawdę dobrze.

Musiałam przyznać, że poczułam ukłucie zazdrości, że w ogóle kogoś ma. Nie byłam brzydka, nie miałam też problemów w kontaktach z płcią przeciwną, a jednak pozostawałam sama. Nie mogłam znieść dziecinnego podejścia chłopaków do życia. Chciałam faceta, który zadałby mi jakieś pytanie, ale takie zmuszające do myślenia. Chciałam faceta, który byłby pewny siebie, ale nie pyszny, który jak John Cusack trzymałby boomboxa nad głową pod moim oknem, faceta, który byłby dumny, że jest ze mną nie dlatego, że mam duże cycki, ale dlatego, że mógłby ze mną przegadać całą noc, że byłabym dla niego inspiracją. Kimś wyjątkowym, kimś, dla kogo dałby radę coś poświęcić. Miałam wrażenie, że wszystkie moje związki były jak wymiana handlowa — coś za coś. Na początku mnie to bawiło, a pierwsze miesiące w akademiku przyniosły naprawdę sporo wrażeń. Szybko znudziło mnie wyskakiwanie na jedną noc. Owszem, było przyjemnie, ale brakowało mi kogoś, komu mogłabym powiedzieć, jak się czuję, kto chciałby mnie wysłuchać. Przez pierwszy rok mojego studiowania nie spotkałam nikogo takiego.

Ciekawiło mnie, jaki był chłopak Agaty. Wyglądał na takiego, który nie miał własnego zdania. Wysłałam jej wiadomość z pytaniem o plany na wieczór. Szybko odpisała, że idą na plażę ze znajomymi Bartka i że bardzo by chciała, żebym do nich dołączyła, bo zawsze ma tremę przed spotkaniem z nimi. Zgodziłam się od razu.

Zaparkowałam escalade niedaleko głównego wejścia na plażę i poszłam w miejsce, o którym Agata wspomniała w wiadomości. Grupka znajomych siedziała w kole na piachu, tuż przy boisku do gry w siatkówkę. Rozmawiali o czymś, gdy niepewnie podeszłam do nich. Agata od razu przedstawiła mnie wszystkim. Nie zapamiętałam ani jednego imienia, ale za to Bartek przykuł moją uwagę. Chłopak wyglądał jak marzenie każdej dziewczyny. Wysoki, przystojny i uśmiechnięty, jak amerykański aktor. Agata nie odstępowała go na krok. Trzymała jego rękę tak, jakby chciała potwierdzić zawłaszczenie przez dotknięcie.

—    Lena, tak? — Spojrzał na mnie z sympatią.

—    Tak — potwierdziłam.

—    Chcesz coś do picia? Piwo? Wodę? Colę?

—    Może piwo? Zależy, jak długo będziemy tu siedzieć. Przyjechałam samochodem. — Skrzywiłam się, dając do zrozumienia, że nie przemyślałam swojego wyboru.

—    Jak masz ochotę, to się napij, odwieziemy cię z Sylwią moim autem — zapewnił chłopak trzymający na kolanach jakąś blondynkę w szortach tak krótkich, że widziałam jej bieliznę.

—    Coś ty! Ojciec by mnie zabił, gdybym zostawiła samochód na parkingu — wyjaśniłam szybko. — Pozostaje mi woda.

—    To co robisz? — Bartek przyglądał mi się uważnie. — Wiesz, na co dzień?

—    Studiuję.

—    Co?

—    Polonistykę. Mam zamiar pisać.

—    Pisać? — Chłopak blondynki uniósł brwi. — Ale co? Donosy?

—    Nie.

Ludzie zawsze tak reagują. Nie traktują pisania serio. Przywykłam już do tego. Żadna nowość. Doskonale wiedziałam, jak potoczy się ta rozmowa.

—    To co? Do gazety? Jak reporter? — Bartek nie dawał spokoju.

—    Nie, myślałam nad fikcją.

—    Fikcją? Taką jak kosmos, ufoludki?

—    Nie, ale nie zadałeś mi ani jednego pytania, którego bym nie usłyszała wcześniej. Dokładnie tak ludzie reagują.

—    Wiesz — Bartek uśmiechnął się szeroko — każdy wie, że dentysta będzie leczył zęby, chirurg operował, murarz murował, a...

—    Pisarz pisał — dokończyłam za niego. — Dokąd zmierzasz z tymi przykładami?

Dotknęła go moja odpowiedź, bo zmarszczył brwi.

—    Tak tylko pytam. Czyżbyś była jedną z tych agresywnych aktywistek? Feministek?

—    Wiesz — patrzyłam na niego z przekorą — słyszałam raz, że każda kobieta może zostać tak nazwana, gdy w jakikolwiek sposób sprzeciwia się mężczyźnie. Definicja jest bardzo niejednoznaczna, a przez to, że budzi emocje, nie wiadomo kiedy używa się jej jako terminu, a kiedy jako obelgi.

—    Tak — Bartek klasnął w dłonie — nadajesz się na pisarza. Najlepiej w jakimś niezależnym magazynie, jak „Charaktery” czy „Obcasy”.

Wszyscy się we mnie wpatrywali, nawet Agata. Zastanawiałam się, czy to właśnie był powód, który przyprawiał ją o zakłopotanie w tym towarzystwie. Sama czułam się dziwnie. Zastanawiałam się, czy powinnam bronić swojej profesji, aktywistek, czy skomentować jego szpanerską postawę.

—    O tak! Najlepiej napiszę o współczesnym równouprawnieniu i facetach takich jak ty czy mój ojciec, którzy w sposób akceptowalny dla społeczeństwa pozbawiają kobiety prawa do własnego zdania, bo... są kimś znaczącym w biznesie. O takich, co to władzą i pieniędzmi załatwiają każdą sprawę. Mam już powyżej uszu widoku pseudodżentelmena, który ma od dawna zdefiniowane oczekiwania wobec kobiety. To nieme porozumienie obu stron, w którym to kobieta skacze tak wysoko, jak mężczyzna jej każe.

—    Taa. — Bartek machnął nieuprzejmie ręką — Agata mówiła, że jesteś asertywno-agresywna.

—    Co to ma znaczyć? — spytałam zbita z tropu. — Wydawało mi się, że rozmawiamy.

—    Może zagramy w siatkę? — zwrócił się do reszty znajomych Bartek, zupełnie mnie lekceważąc.

—    Ej! — upomniałam go.

—    Słuchaj — odwrócił się do mnie — gdybyś była miła, rozmowa mogłaby się potoczyć w różnych kierunkach, ale to przez twoje nastawienie jest, jak jest. Nie chcę spędzać swojego wolnego czasu na gadkach o takich głupotach. Chcesz, spalaj się. Ja nie mam zamiaru.

Podniósł się i z worka leżącego na piachu obok kłody wyciągnął piłkę. Jego znajomi wstali i poszli w kierunku rozciągniętej profesjonalnie siatki do gry. Agata została ze mną.

—    On nie jest taki zły — tłumaczyła jego zachowanie, gdy zostałyśmy same.

Grali w siatkę, a my rozmawiałyśmy, nie odrywając od nich wzroku.

—    Jak rozumiem, to była jego słodka strona?

—    Czemu masz takie negatywne nastawienie? Czemu zakładasz, że to atak, gdy ktoś zada ci pytanie?

Agata była poważna. Patrzyła na mnie tak, jakbym to ja zrobiła coś złego.

—    Nie słyszałaś, co on mi powiedział?

—    Nic — wypaliła poirytowana. — Czasami myślę, że te opowieści o tym, jak to ojciec źle cię traktuje, są takie same.

—    Czyli jakie? — Przeniosłam na nią wzrok i odsunęłam się lekko, żeby lepiej ją widzieć.

—    Wyolbrzymione. — Jej gorzki ton przyprawił mnie o grymas.

—    Nic nie rozumiesz — zaczęłam spokojnie. — Nie masz matki w wariatkowie, ojca uzależnionego od zdobywania pieniędzy.

—    Lena! — przerwała mi. — Moi rodzice od jakiegoś czasu nie robią nic innego, tylko skaczą sobie do oczu. Wyzywają się, czasami idą w ruch talerze, ale jakoś mam do nich szacunek. Za to, co robili, co robią dalej. Zrób może dla odmiany krok w tył i zobacz, kto stoi za tobą, bo jesteś tak skupiona na tym, co przed tobą, że walczysz z tym, co cię trzyma, a tak naprawdę walczysz z dłońmi, które asekurują cię, żebyś nie upadła.

—    Sądzisz, że jestem rozkapryszoną księżniczką, tak?

—    Nie — Agata wstała z wielkiej kłody i stanęła naprzeciw mnie — uważam, że jesteś niesamowicie niezależna, intrygująca, odważna i zabawna, ale... nieukształtowana.

—    Mówisz dokładnie tak, jak zalecają w podręcznikach o negocjacjach. W jednym zdaniu najpierw mnie długo chwalisz, a potem krótko mówisz, co naprawdę myślisz, odwracając moją uwagę od krytyki.

—    Zamiast skupiać się nad formą, pomyśl nad słowami. — Ścisnęła moją dłoń. — Idę grać. Chcesz dołączyć?

—    Chyba pojadę do domu pomyśleć o sobie — rzuciłam z przekąsem.

Agata mnie nie zatrzymywała. Nawet nie oczekiwałam tego od niej.

Wsiadłam w swój samochód i skierowałam się w stronę domu. Po drodze miałam nieprzyjemny epizod z jakimś chłopakiem, który jechał na desce i omijając coś na ulicy, wyjechał mi prosto pod koła. Zatrąbiłam na niego, a on w odpowiedzi walnął pięścią w maskę auta. Przestraszył mnie tym ogromnie. Nie mogłam zrozumieć, czemu nie jechał chodnikiem. Gdy jednak zerknęłam w bok, zobaczyłam falę ludzi idącą z plaży. Kobiety z wózkami musiały czekać na lukę pomiędzy ludźmi, żeby móc przejechać. To mi wystarczyło, by zrozumieć, czemu wybrał ulicę. Nadal jednak nie pojmowałam jego zachowania wobec mnie.

Zatrzymałam się przy restauracji, która oferowała najlepszą rybę w mieście. Miałam nadzieję, że to będzie ta jedyna przyjemna rzecz tego dnia.

Z tym miejscem wiązało się mnóstwo pozytywnych wspomnień i liczyłam, że przesiąknę nimi, a to z kolei poprawi mi humor. Usiadłam wygodnie na wiklinowym krześle. Nawet nie oglądałam menu, doskonale wiedziałam, co chciałam zamówić. Kelner przyjął moje zamówienie.

—    Hej! — krzyknął ktoś obok.

Spora część stolików w tej restauracji stała na chodniku, co pozostawiało ludziom jedynie wąski pas do przejścia. Przechodnie formowali dwa rzędy z ruchem przeciwnym. Siedziałam blisko chodnika, ale początkowo nie sądziłam, że ten okrzyk był skierowany do mnie.

—    Hej! — usłyszałam ponownie, ale dopiero tym razem odszukałam głos w tłumie. Dostrzegłam tego samego chłopaka, z deską w ręce. — Naucz się jeździć tą kolubryną, bo jeszcze kogoś zabijesz!

Wyglądał agresywnie. Z samochodu nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Teraz wlepiłam w niego oczy i nie wiedziałam, jak zareagować. Poczułam nagle suchość w ustach.

—    Słyszałaś?! — krzyczał dalej. — Mogłabyś chociaż przeprosić!

Chłopak nie odchodził. Ludzie zaczęli na nas patrzeć, nie rozumiejąc

przyczyny jego wybuchu. Pasował z wyglądu do typu awanturnika, który tylko szukał okazji, by dać komuś w twarz. Poczułam się zaatakowana, bo to przecież on wyjechał prosto pod mój samochód, a teraz nie dość, że mnie obrażał, to jeszcze domagał się przeprosin. Tak, jakbym była mu coś winna. Jak tylko o tym pomyślałam, przypomniały mi się opowieści o ludziach rzucających się pod luksusowe auta w celu wyłudzenia odszkodowania. Wiedzieli doskonale, że skoro stać kierowcę na taki pojazd, to będzie też w stanie słono zapłacić za uszczerbek na zdrowiu. Nic mu nie zrobiłam, więc nie miałam obowiązku rozmawiania z nim. Byłam zaskoczona, że obsługa restauracji przyglądała się wszystkiemu, zamiast przegonić chłopaka.

—    Czy mogłabym się przesiąść do środka? — zwróciłam się do kelnera stojącego obok mnie, ale wpatrującego się w tego gościa.

Moje pytanie przywołało go z powrotem do obowiązków.

—    Tak. Oczywiście — odpowiedział zmieszany.

Przesunął się nieco w bok, dając mi możliwość przejścia. Bez słowa chwycił mój talerz i szklankę wody. Nie oglądałam się nawet i weszłam do wewnątrz. Wzięłam głęboki oddech, licząc, że to ostatnia nieprzyjemność dzisiaj. Potwornie wytrąciło mnie to z równowagi. Jadłam, ale nadal w środku się trzęsłam. Nie umiałam się cieszyć tym miejscem. Byłam zła, że ten jeden raz może popsuć moje wspomnienia. Na dodatek ryba nie smakowała tak, jak zapamiętałam, choć być może to gorzkie przeżycia wpłynęły na moje kubki smakowe.

W domku czekał na mnie ojciec. Siedział wygodnie w fotelu, z nogami na szklanym stoliku kawowym. Czytał jakieś dokumenty i popijał złoty płyn z fikuśnej kwadratowej szklanki, której spód wysadzany był kamieniami.

—    Głodna jesteś? — spytał, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi.

—    Nie. Jadłam w smażalni niedaleko plaży. — Odłożyłam klucze na stolik obok drzwi i przeszłam do pokoju.

Stanęłam nad nim. On jednak najpierw wskazał mi kanapę i dopiero, gdy usiadłam, zaczął mówić dalej:

—    W sobotę jest przyjęcie w domu Agaty, z okazji zaręczyn...

—    Ale przecież oni zaręczyli się dawno temu — zauważyłam.

—    Tak. Agata czekała, aż wszystkie jej koleżanki wrócą do Sopotu...

—    Niech zgadnę — przewróciłam oczami — chciała się pochwalić.

—    Nawet jeśli — ojciec odłożył papiery do kremowej teczki — ma do tego prawo. Jesteśmy zaproszeni z osobami towarzyszącymi. Jeśli nie masz nikogo, pójdziesz sama, dobrze?

—    A ty masz kogoś? — spytałam podchwytliwie.

—    Sobota, jedziemy razem. Bądź gotowa na dziewiątą.

Wstał i zostawił mnie samą. Zastanawiało mnie, czemu Agata o tym nie wspomniała, gdy się spotkałyśmy w klubie pierwszego dnia po moim przyjeździe. Doszłam do wniosku, że mogła coś powiedzieć, kiedy ja już nie kontaktowałam. Niezależnie od tego, jak było, miałam wrażenie, że przez ten fakt nagle stała się ode mnie starsza o jakieś dziesięć lat. Stwierdziłam, że powinnam kupić sobie coś szykownego, by pasować do tego nadętego towarzystwa.

Krystian Zima 2006

Spędziłem pod drzwiami naszego mieszkania kilka godzin. Najpierw dobijałem się, żeby mnie wpuścił, potem krzyczałem, że zrozumiałem. aż w końcu nawet przepraszałem go za swoje słowa. Tak naprawdę nie czułem się w ogóle winny i uważałem, że każde słowo, które ode mnie usłyszał, było prawdą. Bałem się jedynie tego, co czekało mnie na ulicy. Pomyślałem, że to test, że ojcu przejdzie i przyjmie mnie, że chciał mi tylko pokazać, kto tu rządzi.

Wyszedłem na ulicę. Jedyne schronienie, jakie przyszło mi do głowy, to centrum handlowe. Na moje szczęście sklepy były czynne do dziesiątej, a te z kinami nawet do północy. Siedziałem tam tak długo, aż ochroniarz poprosił mnie o wyjście. Kolejne miejsce z ogrzewaniem to dworzec centralny. Przerażały mnie podziemia i główna poczekalnia, ale nie miałem wyboru. Byłem świadomy, że na ulicy zamarznę. Powtarzałem sobie w myślach, że to na krótko, że muszę przeczekać, aż ojcu minie złość, a potem wrócę do domu.

Pozostałem czujny przez całą noc w obawie, że ktoś mógłby mnie zaatakować lub okraść z tego, co miałem. Kilka razy prawie urywał mi się film, ale udało mi się dotrwać do rana. Trząsłem się z zimna. Oddałbym wiele za kurtkę i czapkę. Na moje szczęście ojciec nie płacił rachunków za ogrzewanie i w mieszkaniu było zimno. To dzięki temu miałem na sobie ciepły sweter i buty. Nie ściągaliśmy ich aż do momentu, gdy szliśmy spać.

Pobiegłem do łazienki i umyłem twarz, żeby się obudzić. Wydawało mi

się, że centrum handlowe będzie bezpiecznym miejscem. Wróciłem tam i wtulając się w kąt, obok jakiegoś zielonego sztucznego kwiatka oplecionego lampkami, zasnąłem na dobrych kilka godzin. Nie wyglądałem jak menel, więc ludzie mnie nie zaczepiali. W zasadzie tylko dwa razy ktoś spytał, czy wszystko w porządku, ale uśmiechałem się i mówiłem, że mama jest na zakupach, a ja na nią czekam. Dawali mi szybko spokój. Obudziłem się potwornie głodny. Poszedłem w kierunku restauracji. Pytałem ludzi, czy mogliby mi kupić coś do jedzenia, ale nie traktowali mnie serio. Byli tacy, którzy pytali, gdzie jest kamera i jaki test psychologiczny przeprowadzam, ale byli też tacy, którzy myśleli, że robię to dla żartów. W pewnym momencie dostrzegłem znajomych ze szkoły. Szybko uciekłem. Pojechałem na gapę przez miasto, zmieniłem centrum handlowe na inne i bardziej natarczywie prosiłem o jedzenie, a potem nawet o pieniądze. Gdy w końcu udało mi się znaleźć kogoś, kto kupił mi kanapkę, byłem bliski łez. Połykając łapczywie posiłek, doszedłem do wniosku, że powinienem nauczyć się zdobywać pieniądze, a nie tylko polegać na czyjejś łasce. Najpierw pomyślałem o uczciwej pracy, ale byłem niepełnoletni i bez mieszkania. Może wtedy jeszcze nie wyglądałem jak bezdomny, jednak miałem świadomość, że prędzej czy później zacznie ode mnie śmierdzieć, a ludzie będą odwracać wzrok na mój widok. Wieczorem wróciłem do restauracji i pytałem w każdej po kolei, czy nie potrzebują pomocy. Ktoś zaoferował mi jakieś niesprzedane resztki jedzenia. Wziąłem wszystko, co dali, i zjadłem szybko. Wtedy przyszło mi do głowy, że powinienem zacząć planować, odkładać coś na później, na wypadek gdybym miał znów długą przerwę albo trudności w zdobyciu posiłku.

Po raz kolejny ochroniarz wygonił mnie, gdy zamykali centrum. Tak jak wcześniej pojechałem na dworzec i tam spędziłem noc na obserwowaniu ludzi. Zauważyłem chłopaka, który w sprytny sposób okradał turystów. Udawał, że na nich wpadał i zwinnie wyciągał im portfele oraz telefony. Siedząc tam całą noc, doskonale poznałem jego sposób. Dotarło do mnie, że mógłbym to samo robić w centrum handlowym. Jedyne, co musiałem, to nauczyć się zabierać przedmioty z taką samą sprawnością jak ten chłopak tutaj. Obserwowałem go jak zaczarowany. Śledziłem jego ruchy od momentu wypatrzenia ofiary, przez kradzież, do szybkiego odejścia. Po każdym numerze znikał na paręnaście minut, ale zawsze wychodził z podziemi. Musiał mieć gdzieś dodatkowe wejście.

Następnego dnia w centrum handlowym namierzyłem faceta, który włożył portfel w wewnętrzną kieszeń marynarki. Wyszedłem mu naprzeciw i kopiując ruchy podpatrzone u tamtego chłopaka, zderzyłem się z nim. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie dotknąłem ręką jego marynarki. Przeprosił mnie i poszedł dalej. Wyglądało to prosto, ale nie dało się tego tak łatwo zrobić. Cały dzień wpadałem na ludzi, ale nikomu nic nie zabrałem. Wieczorem wróciłem do błagania o jedzenie. Tym razem wiedziałem już mniej więcej, kto w życiu nie kupiłby nawet opakowania frytek, a kto był w stanie postawić cały zestaw. Nie marnowałem już długich godzin na zaczepianie każdego. Nauczyłem się, jak znaleźć właściwą osobę. Właśnie takie drobne rzeczy, które zauważałem, ratowały mi skórę i bardzo pomagały.

—    Hej! — odezwał się do mnie jeden z aniołów chodzących po centrum z koszyczkiem i opłatkiem w środku.

—    Hej! — rzuciłem, nie patrząc na nią.

Dopijałem ostatnie łyki napoju. Nie byłem w nastroju na pogaduchy. Miałem nadzieję, że ona szybko odczyta moje nastawienie.

—    Cały dzień obrabiałeś ludzi — stwierdził anioł.

—    Co? — Podniosłem na nią wzrok.

—    Nie sypnę cię, jeśli podzielisz się ze mną łupem.

—    Nie powinnaś być dobra, skoro jesteś aniołem? — zapytałem naiwnie.

—    To kostium — gwizdnęła i wyśmiała mnie. — Nie sądzisz chyba, że jestem... ej, nie odwracaj mojej uwagi. Wyskakuj z kasy albo zepsuję ci metę.

—    Nie mam nic — wyznałem zgodnie z prawdą.

Zdałem sobie wtedy sprawę, że mnie też ktoś mógł obserwować tak jak ja tamtego chłopaka. Wyrzucałem sobie, że nie przyszło mi to wcześniej do głowy. Być może mieli kamery i obserwowali na bieżąco ruch w całym centrum. Zadziwiało mnie, że do tej pory nie zorientowali się, że tutaj koczowałem. Jaki ja byłem głupi!

—    Taak. na pewno. — Usiadła na krześle obok mnie.

—    Naprawdę — powiedziałem otwarcie. — Jestem bezdomny od dwóch dni, myślałem, że to łatwe kogoś okraść, ale nie wyciągnąłem ani jednego portfela.

—    I ja mam w to uwierzyć? — Przypatrywała mi się uważnie, po czym zaczęła się śmiać. — Masz ostatnią szansę. Jak nie dasz mi kasy, jutro przywita cię ochrona.

Miałem ochotę nią potrząsnąć. Byłem wściekły.

—    Jesteś tak tępa, że nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? Nie mam grosza. Nic. Nawet kurtki. Ślepa jesteś?

—    Różne historie już słyszałam — zapewniła z tym samym uśmiechem.

—    Spierdalaj! — rzuciłem ostro.

—    Nie przychodź tu jutro! — zagroziła.

Wstałem z miejsca i zostawiłem ją samą. Obiecałem sobie lepiej obserwować tłum. Nie skupiać się tylko na jednej osobie — mojej ofierze, ale skanować otoczenie, zauważać, kto się przygląda, kto siedzi dłużej na ławce, kto pije kawę w knajpkach i obserwuje przejścia między sklepami.

Tej nocy na dworcu była policja i sprawdzała wszystkich bezdomnych. Nie wiedziałem, że już wtedy wyglądałem na takiego, więc nawet nie uciekłem na widok mundurowych. Nie wiem, na jakiej podstawie, ale od razu się do mnie przyczepili. Zadawali setki pytań. Głównie o mój wiek. Skłamałem, że jestem pełnoletni, ale oni upierali się, że mojej twarzy do tej pory nie widzieli i że muszą mnie zabrać, by sprawdzić, czy ktoś mnie szukał. Gwarantowałem im, że nikogo nie obchodziłem, choć po cichu liczyłem, że Malwina za mną tęskni. Starałem się nie myśleć o niej, bo automatycznie zbierały mi się łzy w oczach.

W bazie osób poszukiwanych nie było mojego zdjęcia. Policja, traktując mnie jak idiotę, zaproponowała, że dla mojego bezpieczeństwa może mnie dopisać do tego spisu. Odmówiłem. Nie chciałem być notowany w ich aktach. Już wtedy czułem, że moje życie nie będzie proste.

Ku mojemu zaskoczeniu odstawili mnie do noclegowni. Tego dnia zmienił się mój uliczny schemat. Nie wiedziałem nawet o istnieniu takich miejsc, z tak dobrze zorganizowaną pomocą dla bezdomnych, gdzie raz dziennie wydawali ciepły posiłek — głównie zupę bez smaku. Nawet to dawało mi poczucie, że przetrwam. Nie bardzo rozumiałem, dlaczego w ogóle walczyłem, ale instynktownie nie poddawałem się.

Kiedy po raz pierwszy brałem prysznic w obskurnej łazience, czułem się jak nowo narodzony. Nuciłem, ciesząc się z ciepłej wody, z zapachu mydła. Niestety musiałem włożyć stare ubrania, ale sam fakt, że przez chwilę byłem czysty, należał do momentów niezwykłych.

Mężczyzna wyglądający na narkomana po odwyku wskazał mi łóżko piętrowe i polecił, bym schował pod poduszkę wszystko, co miałem. Zaśmiałem się wtedy, mówiąc, że nie mam nic. Zaskoczył mnie stwierdzeniem, że mało jeszcze wiedziałem o ulicy. Rano przekonałem się o tym boleśnie, kiedy moje buty zniknęły, a w ich miejsce ktoś postawił za

małe, znoszone półbuty, które musiałem przygnieść na piętach i chodzić w nich jak w klapkach. To była spora nauczka. Zacząłem cenić to, co miałem. Każdą drobnostkę.

Wróciłem do centrum handlowego i tak jak przepowiedział mój anioł, przywitała mnie ochrona. Poinformowała ich o mnie, więc wypatrywali mnie w tłumie. Szybko mnie zauważyli na monitoringu i poprosili, żebym wyszedł. Zaoferowali, że jeśli opuszczę to miejsce dobrowolnie, nie zawiadomią policji. Wyszedłem, przeklinając wszystko i wszystkich dookoła. Byłem wściekły na tego przeklętego anioła, na gościa, który mi zwinął buty, na ojca, a nawet na mamę. Postrzegałem jej odejście jako przyczynę swoich problemów. Może i bylibyśmy biedni jak myszy kościelne, gdyby odeszła z pracy, ale nie mieszkałbym na ulicy, a ojciec nie zszedłby na psy.

Zdesperowany przyjechałem do domu. Czekałem na rogu, aż Malwina przyjdzie ze szkoły. Chciałem najpierw wypytać, co ojciec zrobił lub powiedział, kiedy zniknąłem. Przemarzłem do szpiku kości, ale jej nie spotkałem. Znałem doskonale plan lekcji siostry, więc szybko zrozumiałem, że wcale nie poszła do szkoły. Pomyślałem, że może zachorowała, że może źle się poczuła. Wbiegłem na górę, czując, że potrzebowała mojej pomocy. Zapukałem do drzwi kilka razy, ale nikt nie otwierał. Zacząłem wykrzykiwać jej imię. W końcu pojawiła się w drzwiach. Od razu dała mi kurtkę, a ja poczułem na nowo, że miałem dom, że miałem miejsce, do którego mogłem uciec, gdyby było bardzo źle.

—    Jest ojciec? — zapytałem od drzwi.

—    Nie ma — powiedziała ściszonym głosem.

—    To czemu szepczesz?

—    Nie wiem... boję się...

—    Nie bój się. — Przytuliłem ją, zamykając za sobą drzwi. — Masz coś do jedzenia?

—    Tak, już jadłam. — Założyła, że pytałem o nią.

Nawet nie przyszło jej do głowy, że to ja prosiłem o kromkę chleba, że to ja byłem głodny. Poszedłem do kuchni i jadłem wszystko, co znalazłem. Nawet nie usiadłem. Nie pomyślałem o tym, czy Malwina będzie miała coś na później, kto pójdzie do sklepu. Instynkt wziął górę.

—    Ojciec powiedział, że cię zabije, jak się tu pojawisz — zakomunikowała mi, gdy przełykałem napakowane do buzi jedzenie.

Bolał mnie przełyk od zbyt dużych kęsów. Nie miałem czasu na przeżuwanie. Najpierw ze względu na głód, a potem ze względu na świadomość, że nie mogłem zostać w domu.

—    To niech mnie zabije — zażartowałem, ale ona się nie zaśmiała.

Opuściłem mieszkanie tak szybko, jak było to możliwe. Wmawiałem

sobie, że miałem możliwość zniszczenia tego człowieka, że wystarczyłoby, że poszedłbym do opieki społecznej, by na niego donieść. Przecież byłem nieletni, nie można wyrzucić na ulicę szesnastolatka. Wierzyłem, że jak będzie bardzo źle, to tak zrobię, tym samym gwarantując sobie powrót do normalności.

Następnego dnia nie było wolnego miejsca w noclegowni, do której zostałem przywieziony uprzednio, a innych miejsc nie znałem, więc czekała mnie noc na dworcu. Znów obserwowałem złodzieja kieszonkowego. Znów wydawało mi się to banalnie proste, ale kiedy następnego dnia próbowałem okradać w centrum handlowym, po raz kolejny nie zwinąłem nic. Po południu, licząc na szybki posiłek w domu, pobiegłem czym prędzej w kierunku swojej ulicy. Wiedziałem mniej więcej, o jakich godzinach ojciec wychodził i kiedy wracał, więc starałem się wstrzelić w ten czas tak, żeby się o tym nie dowiedział.

Malwina znów nie poszła do szkoły. Tak jak uprzednio zacząłem ją wołać pod drzwiami, ale jedynie uchyliła je. Kiedy ją zobaczyłem, moje serce na chwilę przestało bić. Miała zmasakrowaną twarz. Białka jej oczu były przekrwione. Wyglądała tak, jakby przejechał ją pociąg.

—    Nie przychodź tutaj... — wyszeptała.

—    Boże, co się stało? — rzuciłem głupio, wiedząc, że to ojciec ją zbił.

—    Nie przychodź. — powtórzyła. — On mnie zbił, bo cię wpuściłam.

—    Dość tego! — krzyknąłem, rzucając się w kierunku schodów.

Biegłem ile tchu. Już mnie nie obchodziło, czy nas rozłączą, czy

będziemy razem, ale musiałem coś zrobić. Jeśli uderzył ją raz, będzie to robił non stop. Tak samo było ze mną — tak to się zaczęło, a potem każdy powód był wystarczająco dobry. Kiedy wpadłem do opieki społecznej, kobieta, z którą zawsze rozmawiałem, przywitała mnie kwaśno.

—    Proszę, kto nas odwiedził.

—    Proszę pani. — łapałem oddech — musi pani do nas przyjechać. stało się coś złego.

—    Tak, już wiemy — zapewniła mnie i podniosła słuchawkę telefonu.

—    Skąd? Malwina tu była? — dopytywałem zaskoczony.

—    Nie, twój tata — wyjaśniła, jakbym był głupi. — Powiedział nam, że narozrabiałeś, pobiłeś siostrę i uciekłeś z domu.

Jej słowa sprawiały, że kręciłem odruchowo głową, nie mogąc uwierzyć, że bydlak był taki przebiegły.

—    Ale to nieprawda! — krzyczałem. — On to zrobił! On ją zbił! Musicie nam pomóc.

—    Wielokrotnie ojciec się na ciebie skarżył, mówił, że masz problemy z agresją...

W słuchawce ktoś się zgłosił.

—    Przyszedł syn Chmielewskiego. Przyślij kogoś do pomocy.

—    Jak to?! — wydarłem się do niej.

—    Szybko! — rzuciła do słuchawki, a po chwili zwróciła się do mnie spokojniej i wolniej: — Pomożemy ci. Nie martw się. Dostaniesz kuratora.

To twój pierwszy występek. Będzie dobrze.

—    Mój?! Mój? Ale to ojciec ją zbił, on mnie wyrzucił. Spałem na dworcu! — wykrzykiwałem, nie mogąc zrozumieć, że mi nie uwierzyła.

—    Nie bój się — zapewniła łagodnie, wstając z miejsca i nerwowo spoglądając w drzwi po drugiej stronie holu. — Pomożemy ci.

Zrozumiałem, że starała się mnie zatrzymać, żeby mnie złapać. Ukarać za coś, czego nie zrobiłem. Odwróciłem się na pięcie w tym samym momencie, w którym w drzwiach pojawił się opasły ochroniarz. Wypadłem przez drzwi na ulicę, potrącając jakiegoś przechodnia. Biegłem przed siebie na tyle, na ile pozwalały mi moje kłapiące buty. Nikt mnie nie gonił, ale uciekałem. Sam nie wiedziałem dlaczego. Łzy płynęły mi ciurkiem po twarzy. W tamtej chwili dotarło do mojego pustego łba, że „nie mieć nic” to pojęcie względne. Facet z noclegowni miał rację. Bolało jak cholera.

Lena Lato 2015

Kupiłam sobie sukienkę, która była wystarczająca, by spełnić oczekiwania ojca. Kosztowała majątek, pochodziła z najnowszej kolekcji znanego projektanta i sprawiała, że wyglądałam jak elegancka młoda dama, choć był to wizerunek, z którym zawsze walczyłam. Kiedy ojciec odebrał mnie o umówionej porze, wsiadłam w jego porsche, czując się tak, jakbym brała udział w jakimś filmie. Byłam pewna, że ktoś zaraz krzyknie „akcja”, zapalą się światła, a my zaczniemy jakiś ciekawy dialog. Nic takiego nie nastąpiło. Ojciec prosił mnie o powstrzymywanie się od kąśliwych uwag i o zachowanie się tak, jak wypadało komuś w moim wieku i z moją pozycją. Zamknęłam na chwilę oczy, chcąc obudzić się gdzieś indziej. Mknęliśmy do domu Agaty, mijając ulice po brzegi wypełnione ludźmi.

—    Wiesz, jak teraz turystyka się dobrze rozwija? — rzucił ojciec, kiedy

jechaliśmy jedną z głównych ulic.

—    Właśnie widzę. — Nie odrywałam wzroku od szyby. — Tyle nowych sklepów, których nie widziałam rok temu.

—    Tak — potwierdził — i wszystko czynne do późna w nocy. Nawet spożywcze czy kioski. Rynek kwitnie.

—    To chyba dobrze. Dla miasta, dla mieszkańców.

Przeskakiwałam od budki do budki. Skanowałam ludzi na ulicy.

Uśmiechnęłam się, widząc, jak dobrze się bawili.

—    Zdecydowanie, ale jest jeden duży minus. — Ojciec podniósł rękę, wyciągając jednocześnie palec wskazujący.

—    Jaki? — Przeniosłam wzrok na ojca.

—    Przyciąga to niezbyt ciekawych ludzi. Wzrasta przestępczość, coraz więcej awantur. Rozróby nocne to już nie nowość.

—    No to chyba powinieneś się cieszyć. Będziesz miał więcej klientów — zażartowałam.

—    Nie wiesz, co mówisz — zaczął. — Z przestępcami jest jak z graffiti. Jeśli pojawi się nowy rysunek, trzeba go jak najszybciej zamalować. Inaczej w ludzkim umyśle rodzi się przekonanie, że społeczeństwo to akceptuje, że nie ma oburzenia. Tak samo jest z szumowinami.

—    Trzeba ich zamalować? — Nie opuszczał mnie dobry humor.

—    Tak! — przytaknął. — Dokładnie tak. Sprawić, by zniknęli, by ludzie czuli się bezpiecznie.

—    A to w ogóle możliwe? Tak oszukać? Czy ktokolwiek łyknie, że może sobie beztrosko hasać po ulicach w przekonaniu, że nic mu nie grozi?

—    Oczywiście. Manipulowanie opinią publiczną to świadomy zabieg stosowany od wielu lat. Dlatego mówię — spojrzał na mnie wymownie — tam, gdzie się pojawiają pieniądze, rodzą się też problemy. Trzeba bardzo uważać.

—    Rozumiem.

Na miejsce dojechaliśmy razem z całą masą innych samochodów.

Podjazd przed domem był wypełniony po brzegi. Ludzie parkowali po jednej stronie wzdłuż drogi prowadzącej do posiadłości, zostawiając jedynie wąski przejazd. Ojciec, jak reszta kierowców, dojechał pod drzwi, a następnie zawrócił dookoła fontanny znajdującej się na środku podjazdu. Byłam pewna, że tak jak pozostali zostawi auto w linii, ale znaleźliśmy kartkę z jego nazwiskiem będącą rezerwacją miejsca parkingowego. Gwizdnęłam, dając do zrozumienia, że potraktowali go naprawdę specjalnie. Na nim nie zrobiło to wrażenia. Kwestia przyzwyczajenia. Sprawnie zaparkował w ciasnym miejscu, jakie pozostawili mu pozostali VIP-owie. Ku mojemu zaskoczeniu położył kluczyki w schowku obok skrzyni biegów, zostawiając swoje porsche otwarte.

—    Jeszcze sekundę temu mówiłeś mi o szumowinach, a teraz zostawiasz samochód otwarty? — skrytykowałam jego postępowanie.

—    Tak — uśmiechnął się szeroko. — Nikt go nie weźmie, a my tak robimy od zawsze. Poza tym brama wjazdowa jest strzeżona, a auto ma system GPS. Ktokolwiek je ukradnie, znajdę go prędzej czy później.

—    OK. Wiesz, co robisz — potwierdziłam.

—    Baw się dobrze. — Popchnął mnie w kierunku drzwi.

—    Nie wchodzisz ze mną?

—    Wchodzę, ale najpierw wypalę papierosa.

—    To ty palisz? — Nie mogłam wyjść z szoku.

Miałam nawet wrażenie, że moje usta nie chciały się zamknąć. Nigdy nie widziałam go z papierosem, więc tym bardziej nie spodziewałam się, że przyznałby się otwarcie do nałogu. Co innego, gdybym go przyłapała, ale powiedział mi o tym sam, dobrowolnie.

—    Mogę dotrzymać ci towarzystwa — wydukałam w końcu.

—    Nie. Moja księżniczka nie będzie biernym palaczem. Wejdź, znajdę cię.

—    Jak chcesz — odwróciłam się.

Wdrapałam się po schodach na górę. Zanim przekroczyłam próg domu, zatrzymałam się, by na chwilę spojrzeć w dół schodów. Ojciec stał tyłem i wydmuchiwał chmury dymu w powietrze.