Żałobnica - Robert Małecki - ebook + audiobook
BESTSELLER

Żałobnica ebook i audiobook

Robert Małecki

4,0

337 osób interesuje się tą książką

Opis

Zmarli zawsze zabierają tajemnice do grobu.

Tym razem zrobili wyjątek.

Gdyby to był idealny związek, Anna jeszcze długo nie wyszłaby z żałoby po wypadku męża i pasierbicy.

Ale to nie było idealne życie. Ani idealne małżeństwo.

Anna bowiem nie była idealną żoną i macochą. W pogoni za szczęściem mogła znieść wiele, jednak śmierć bliskich zniszczyła wszystko z siłą sztormu.

Żałobnica, piękna kobieta po trzydziestce, dziedziczy po śmierci męża świetnie prosperujące przedsiębiorstwo i spory majątek. Niestety skrywane głęboko tajemnice po latach wypływają na wierzch i Anna orientuje się, że ktoś zaczyna manipulować jej życiem. Kobietę zalewa fala strachu, ale zanim wpadnie w nieprzeniknioną toń, będzie musiała stawić czoła mrocznej przeszłości.

I zrobi to.

Tym bardziej, że ukrywa jeszcze jeden sekret…

Hipnotyzujący thriller o samotności, sile rażenia kłamstw i toksycznej przyjaźni, która karmi żądzę zemsty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 24 min

Lektor: Anna Dereszowska

Oceny
4,0 (715 ocen)
280
221
148
53
13

Popularność




Copyright © Robert Małecki, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Greta Kaczmarek

Redakcja: Lena Marciniak-Cąkała / Słowne Babki

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Tomasz Majewski

Fotografia na okładce: Phan Hieu, EyeEm / Getty Images

Fotografia autora: Zuza Krajewska / Warsaw Creatives

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-24-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Tak to sobie wyobrażam.

Podkradam się i patrzę na dróżniczkę, gdy staje w oknie. Zastygła, pospolita twarz, otulona kręconymi włosami do ramion, zmęczony wzrok wbity w dal i cienka kreska ust, nieskorych do wyrażania emocji.

Ma na sobie kamizelkę odblaskową, a na wysokości piersi trzyma żółtą chorągiewkę.

Znak, że wszystko gra, że przejazd jest bezpieczny.

Ale tu nic nie jest bezpieczne.

Wiem, że kiedy zadam pierwszy cios, tych ust nie wykrzywi ból. A przecież tylko dlatego to zrobię, tylko dlatego tutaj przyszłam. Chcę dostrzec w jej oczach paniczny strach, przypływ przerażenia, kiedy dotrze do niej, że zbliża się nieuchronny koniec.

Zadaję więc pierwszy cios. I jakaś siła, przemożna moc każe mi zadać kolejny i kolejny, więc z narastającym opętaniem, gubiąc oddech i dławiąc się nim, dźgam już nożem jak szalona, przebijam ciuchy i skórę. Początkowo ostrze natrafia na wyraźny opór, ale potem wchodzi gładko. I tak raz za razem, raz za razem. Aż w końcu brak mi sił. Mięśnie zastygają jak beton, nóż upada głucho na wykładzinę, a ja z trudem łapię haust powietrza i jednocześnie próbuję dojrzeć ból w jej matowych oczach.

Nic z tego.

Dyszę wyczerpana, ogarnięta wściekłością, która wyparowuje ze mnie wolno, znacznie wolniej, niżbym się spodziewała.

A wyraz jej twarzy w ogóle się nie zmienia. Jakby nie było tych ciosów, jakbym wcale nie miała dłoni zbroczonych jej ciepłą krwią.

Jakby mnie tu nie było.

Tak o tym myślę, tak to wciąż widzę, wyraźnie, jak budkę strażniczą przed sobą. Ale mimo to nie robię kroku naprzód.

Jest noc i słyszę poszept wiatru.

Stoję w pobliżu szlabanów, a na moją twarz pada krwista poświata sygnalizacji. Dwa reflektory raz rozbłyskują, raz gasną. Przypuszczam, że smolisty cień, który zostawiam na asfalcie w plamie karmazynowego światła, wygląda jak ciało zastygłe w kałuży krwi.

Widzę tę scenę.

Widzę siebie przy szlabanach, widzę ją w strażnicy i znam dystans, który nas dzieli; rdzawe linie starej stali, wyślizgane grzbiety torów, a pomiędzy nimi betonowe płyty, spękane jak sucha ziemia.

Gdzieś z boku, daleko stąd, pojawiają się światła, trzy żółte kropki na wierzchołkach trójkąta, zlewające się powoli w jeden rażący mnie snop. Pociąg się zbliża, refleksy pełzną po oknie stróżówki, przez co kobieta częściowo znika za plamami bieli, jakby była duchem. Światło z coraz większym impetem tnie noc, a miarowy stukot kół narasta, łapie wyraźny rytm i tężeje mi w uszach.

Patrzę na nią wyczekująco.

Nie ma mnie tam.

Nie mam przy sobie noża, a mimo to zaciskam pięść, jakby pod palcami znajdowała się ebonitowa rękojeść, która przywiera do skóry i parzy.

Światła pociągu wyławiają budkę strażniczki z mroku, a szara elewacja, w którą za dnia wżera się brud, rozbłyska czystą, niemal szpitalną bielą. Nagle budynek znika za zasłoną pociągu, pęd powietrza smaga mnie po twarzy, a ogłuszający huk sprawia, że zakrywam uszy.

Budynek miga w oczach, wyłania się i znika, widzę go tylko w przerwach między wagonami, a ona stoi skamieniała, manekin na wystawie, jakby czas się zatrzymał.

W myślach odmierzam sekundy, aż pociąg zniknie mi z oczu i porwie za sobą ten okropny hałas.

Dobiłam do dziewiętnastu, jeśli dobrze policzyłam.

Czy w tym czasie uda mi się ją zabić?

Oddycham. Wdech i wydech.

Więc naprawdę o tym myślę?

Och…

To tylko sen, zwykła ułuda, suma chorych pragnień.

Sen czy nie sen, dążenie, które nie znajduje ujścia, mija szybko, ale zostawia we mnie gorzki smak niedosytu, tli się wewnątrz. Jest jak orgazm, który miał nadejść, ale już odpływa, ucieka i znika zupełnie, pozostawiając niespełnienie, bolesny zawód. Jak woda, która obmywa brzeg, ale nie sięga bosych stóp. Jak tył pociągu, który rozpływa się w nocy i zostawia poblask świateł, charakterystyczny rytm, cichnący stukot.

Tak, tak.

Stuk, stuk.

Cisza na powrót bierze noc we władanie, a pęd powietrza, ten sam, który szarpał mi włosy, wytraca impet i ledwie kołysze źdźbłami dzikich traw w torowisku.

Szlabany się unoszą z krótkotrwałym jękiem, ale nikt nie przejeżdża.

Bo nikogo tu nie ma.

Nie ma jej w oknie.

I mnie też tam nie ma.

Jest noc.

Jest pustka.

Nikogo tu nie ma.

Nikogo.

Ni-ko-go, ni-ko-go, ni-ko-go…

TERAZ

– No, to jak? – Lena Wolska, podkomisarz policji, marszczy czoło i mruży oczy przed wiatrem, który porywa z jej ust dym papierosowy. – Była tam pani?

Stoimyvis-à-vis teatru, przy rzędzie taksówek zaparkowanych na błyszczącym bruku. Siwy gość z sumiastym wąsem poprawia się w fotelu mercedesa i wlepia we mnie wzrok. Robi to bez skrępowania, wręcz nachalnie, jakby chciał, żebym wiedziała, jakie myśli chodzą mu po głowie. Jestem przyzwyczajona do oblepiających spojrzeń, czasami je podchwytuję, czasami ignoruję. Tak jak teraz. Po prostu udaję, że go nie widzę. Próbuję skupić wzrok na policjantce, chociaż wiatr szarpie mi grzywkę. Poprawiam ją, lecz na niewiele się to zdaje. Ponownie opada na oczy, ale tym razem już nie zwracam na to uwagi.

Patrzę na kobietę i jej dłoń, obleczoną pomarszczoną skórą, z papierosem ściśniętym między pożółkłymi palcami. Papieros wędruje do ust. Wolska zaciąga się i ponownie wydmuchuje kłęby siwego obłoku, który niemal natychmiast zostaje rozwiany przez lodowaty powiew. Patrzy w bok, na plac Teatralny i dalej, na fale pieszych rozpływających się w różne strony, na pełny tramwaj, który ze zgrzytem przejeżdża przez skrzyżowanie.

Papieros znowu się żarzy.

Przypatrujemy się się sobie, tak samo mrużąc oczy i zupełnie nie zważając na upływający czas.

Jesteśmy do siebie podobne. Nie fizycznie, ale jednak. Chociaż jej nie znam, widzę to w jej oczach, w tym przenikliwym spojrzeniu, w pozornie spokojnych gestach. Zmarszczone czoła, pomarszczona, niewyraźna przeszłość, życia wypełnione skazami, które może i nie bolą, ale znaczą gładkie ciało jak zgrubiałe, obłe blizny. Przypominają martwe larwy zastygłe tuż pod skórą.

Wolska wygląda na pięćdziesięcioletnią zaniedbaną rozwódkę, nie nosi obrączki ani pierścionków, z uszu nie zwisają jej kolczyki. Krótkie, ciemne włosy z siwiejącymi odrostami potargał wiatr. Mam wrażenie, że nie dojada i się nie wysypia, dokładnie jak ja. Zapewne w nocy obie przewracałyśmy się z boku na bok, zerkając co jakiś czas na proste cyfry elektronicznego budzika, goniąc myśli, które nigdy nie dają się złapać, i wsłuchując się w rytm przyspieszonego pulsu, owocu stresu.

– Powie mi pani? – Rzuca peta na chodnik i rozdeptuje go obcasem wiązanego trzewika. Skrawki tytoniu się unoszą i mimo że próbuję gonić za nimi wzrokiem, natychmiast tracę je z oczu.

Dygoczę z zimna, chowam głowę w ramiona, garbię się, jakby to mogło mi pomóc.

– Nie – mówię i od razu żałuję, że kłamię, bo moje ciało jest prawdomówne.

Przez chwilę drapię się po szyi, chociaż próbuję zamaskować ten ruch, i sięgam do grzywki, żeby ponownie ją poprawić.

Opanowanie przychodzi z trudem.

– Jest pani pewna? – powątpiewa, wsuwając ręce do kieszeni.

Czegoś w nich szuka, a może to tylko taktyczna zagrywka. Ona już wie i ja wiem, więc obie wchodzimy w role, nie idziemy w otwarty konflikt, tylko gramy na czas tak długo, jak to możliwe. Wyczekuję na jej cios, a ona na mój unik. Ale ani jedno, ani drugie nie następuje.

– Powinnam już iść. – Ostentacyjnie spoglądam na zegarek, ale Wolska znowu lustruje tłum ludzi na pobliskim placu.

– Seweryn Jarosiński, jeden z dróżników, twierdzi, że widział tam panią – stwierdza.

Skostniała z zimna wzruszam ramionami.

– Kiedy? – Próbuję ustalić, ile wie.

– W niedzielę. Podobno często tam pani przychodzi.

– A panią to dziwi? – odzywam się nieco agresywniej.

Zaprzecza ruchem głowy.

– Jednak zazwyczaj przychodziła tam pani za dnia – przypomina. – Dlatego chcę to ustalić.

– To takie ważne? – Znowu podnoszę głos.

Taksówkarz z mercedesa wciąż mi się przygląda. Widzę czubek sinego języka, którym przeciąga po górnej wardze.

– Miejmy to za sobą – zachęca Wolska i znowu skupia na mnie wzrok.

– Nie było mnie tam. – Idę w zaparte, bo chociaż przejazd jest monitorowany, to zawsze staję poza okiem kamery. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Więc ta postać w kapturze, która pojawia się tam raz na jakiś czas, to na pewno nie pani?

Zaprzeczam i znowu zerkam na zegarek. Powinnam już wrócić do pracy.

Trzaskają drzwi taksówki, słyszę szum zapuszczanego silnika i zgrzyt wrzucanego biegu. Samochody przesuwają się w kolejce, wąsaty kierowca z mercedesa ociąga się, ale w końcu przekręca kluczyk w stacyjce. Ostry smród spalin wypełnia nozdrza. Przez chwilę oddycham ustami.

Wóz przetacza się wolno, a kierowca znika mi wreszcie z oczu.

Wolska sięga po kolejnego papierosa, miętosi go między palcami, ugniata delikatnie, a ja czuję się jak ten jej papieros. Chcę stąd iść.

Robię krok w stronę wejścia do kamienicy, wciskam domofon. Ręka dotyka zimnej klamki i tak trwam w oczekiwaniu. Chciałabym mieć to przesłuchanie za sobą, wrócić do strefy komfortu.

Czuję wzrok Wolskiej na plecach, ale się nie odwracam. Boję się, że mnie zawróci, że każe mi tu stać i będzie zasypywała pytaniami.

W końcu słyszę metaliczny brzęk i pcham ciężkie drewniane drzwi.

Smród oleju do frytek, dochodzący z baru, wisi na klatce schodowej, jak co dzień. Gęsty i intensywnie mdły.

Uciekam.

Wolno, ale jednak.

Znikam w ciemnym korytarzu, moje kroki odbijają się w wąskiej przestrzeni krótkim echem, ale nie słyszę za sobą trzaśnięcia, więc przystaję u podnóża schodów. Coś każe mi się odwrócić.

Wolska jest teraz czarną sylwetką na tle jaskrawych szarości. Przytrzymuje butem drzwi.

Widzę błysk zapalniczki i to, jak pochyla się nad balansującym na wietrze ogniem, osłania go dłonią i odpala papierosa. Zaciąga się i wreszcie spogląda w moją stronę.

I już wiem, że nie będę zadowolona z tego, co usłyszę.

– Dróżniczka zaginęła, pani Anno – mówi.

Odchodzi, ale jej słowa zostają ze mną.

Drzwi z głuchym trzaskiem uderzają we framugę.

Pochłania mnie ciemność.

Powidoki miasta, świateł, szum samochodów za szybą mojego mini. Mgiełka wody zrywana z asfaltu i rzucana na szybę. Zgrzyt wycieraczek odgarniających rozsiane kropki.

Znam te obrazy i dźwięki, znam je na pamięć.

Od tygodni, od tamtej chwili, gdy coś we mnie pękło, odkrywam samą siebie na nowo i nie jestem zadowolona z tego, co tkwi głęboko pod sercem.

Dłonie zaciskam mocniej na kierownicy, głowę opieram na zagłówku.

Nigdy nie było idealnie, bo idealnie jest tylko w książkach i filmach.

Idealne małżeństwo, prycham.

Idealny dom.

Bzdury.

Nie miałam idealnego męża, nie byłam idealną żoną. Nie zostałam idealną macochą. Zresztą w samym słowie „macocha” jest więcej goryczy niż we mnie.

Stoję w korku. Zmierzch poczerniał nad miastem, mokry asfalt błyszczy w świetle reflektorów. Czołgamy się po moście jak w zwolnionym tempie. Patrzę na Wisłę, która przepływa pode mną i zlewa się z czernią zalesionego brzegu i jaśniejszym nieboskłonem, dźwigającym łunę miejskiego światła.

Odnoszę wrażenie, że stąd nie ma żadnej ucieczki.

Przymykam oczy, czuję, jak szczypią mnie ze zmęczenia i znowu łzawią. Ostatnio często mi się to zdarza, ale bardzo się z tego cieszę.

Wdowa powinna płakać, słyszałam to wiele razy od kobiet, matek i żon.

Ale ja nie płakałam.

Nie pytajcie dlaczego. Sama się nad tym zastanawiam.

Przesuwam się o żabi skok.

Znowu przymykam powieki, chroniąc oczy przed natarczywym światłem samochodów, tym żółtym i tym czerwonym, które ścieka wąskimi strugami na mokrą jezdnię.

Ponownie widzę ich oboje.

Pamiętam dokładnie ten moment, zanim ostatni raz wyszli z domu.

Drobinki śliny z jego ust, które leciały w moją stronę, wściekłość napinająca mu żyły na szyi i ten cholerny krzyk, który długo rezonował w uszach.

A potem ona wyślizgnęła się ze swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. Minęła mnie, gwałtownie zarzucając długie ciemne włosy, które smagnęły mnie w twarz. Wysyczała krótkie słowo. Z początku, otumaniona, zupełnie go nie zrozumiałam. Doleciało do mnie kilka godzin później, kiedy było już po wszystkim.

Tej nocy, gdy zostałam sama w pustym mieszkaniu, czułam się jak ofiara. A to słowo krążyło nade mną niczym sęp. Czekałam, aż zaatakuje, aż w końcu obniży lot, złoży rozpięte skrzydła i gwałtownie zanurkuje, wbijając się z hukiem w moją głowę. Ale to wciąż nie następowało. Dopiero sen przyniósł rozwiązanie. Miałam wrażenie, że mara była wierną powtórką awantury sprzed kilku godzin. Podobne wybuchały często, ale byłam przekonana, że ta będzie tą ostatnią, że po niej wszystko się zmieni.

Kolejny raz wysłuchiwałam wyzwisk męża, gdy nagle wybrzmiała chwilowa cisza i wówczas, niczym poszum drzew, nadleciało tamto słowo. Wydawało mi się ciche, ale jednak wyraźne, jak sceniczny szept.

Suka.

Zerwałam się ze snu.

I nagle ciszę przeciął głośny dźwięk domofonu.

Sądziłam, że to mąż. Że wrócili oboje, że ona obrażona pójdzie spać, a on weźmie prysznic, wślizgnie się do łóżka, odwróci plecami do mnie, będzie udawał, że zasnął, ale tak naprawdę będzie czekał na moją ciepłą dłoń i wargi, które zrobią wszystko, co do tej pory robiłam, żeby go przeprosić, wkraść się na powrót w jego łaski. Przytrzyma mi głowę aż do chwili, kiedy rozkosz uniesie palce stóp, jego ciało się napnie, a z ust ulecą ciche spazmy. I wtedy, przez kilka kolejnych dni, będzie lepiej, niż bywało codziennie.

Podeszłam do aparatu i podniosłam słuchawkę.

– Halo.

– Podkomisarz Lena Wolska, wydział kryminalny Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. – Dobiegł mnie mocny kobiecy głos. – Pani Anna Kowalska?

– Tak. – Poczułam, że chłód owija się wokół moich kostek.

– Mogę wejść?

– Teraz?

– Tak.

– Co się stało?

– Niech mnie pani wpuści.

Zwolniłam blokadę furtki i przeszłam do kuchni. Wyjrzałam przez okno na plac przed apartamentowcem.

Na dole, przed bramą wjazdową, stał radiowóz.

Wolska szła już w stronę klatki i po chwili dźwięk domofonu rozległ się ponownie.

Uchyliłam drzwi i słuchałam jej coraz wyraźniejszych kroków na schodach.

Potem błysnęła odznaką i poprosiła, bym usiadła.

Na drżących nogach dotarłam do kuchennego hokera.

Chwilę później świat rozpadł się jak przesuwany za rant stołu obrazek z puzzli.

Ona mówiła, a ja czułam się tak, jakbym tam była. Jakbym stała przy przejeździe kolejowym, zanim doszło do tragedii.

Ciemna noc.

Oni w samochodzie.

Milczący, zasępieni, połączeni kipiącą wściekłością, płynnym żelazem, które wypełnia sieć żył i wywołuje czysty, pierwotny ból.

Są coraz bliżej uniesionych szlabanów, skupieni tylko na fragmencie drogi przed nimi. Jakby poza tą asfaltową wstęgą nie było już niczego. Kęs świata, haust prywatnej przestrzeni.

Widzę go, jak przygryza wargę, mruży oczy. Dociska gaz, bo zawsze tak robił. Zawsze gnał jak wariat, szarpał nerwowo kierownicą.

I widzę ją, pochyloną nad smartfonem, zgięty kark, rozsypane włosy, niczym kurtyna wyznaczająca granicę jej intymności, strefę wiecznego komfortu, do której nigdy nie miałam dostępu.

I jest ona, dróżniczka, która nie pojawia się w oknie, nie opuszcza rogatek, więc jest, ale jakby jej nie było. Leży na podłodze strażnicy, blisko biurka, które oświetla blask bijący z dużego monitora. W szklance po kawie suszy się gruba warstwa fusów.

A to jeszcze nie wszystko, bo z prawej nadjeżdża pociąg.

Widzę więc dwa zbliżające się do siebie punkty i już wiem, że ich tory jazdy przetną się w tej samej chwili. Są coraz bliżej. I jeszcze bliżej.

Ale zanim to nastąpi, zapada cisza.

Wreszcie moim ciałem szarpie huk uderzenia, słyszę dźwięk zgniatanych blach, zgrzyt tarcia i jęk stali, który zagłusza stukot kół pociągu. Pisk hamulców się wzmaga, brzmi jak krzyk rozpaczy, uderza w noc kruchą jak szkło i rozbija ją na drobne kawałki.

I znowu zapada cisza, niczym następny zwiastun zła.

Nie pojechałam tam od razu. Potrzebowałam czasu. Zazwyczaj przyjeżdżam tam za dnia, czasami – nocą.

Często wracam myślami do tamtej chwili, do nocnej wizyty policjantki, jak do czegoś, co definiuje mnie na nowo.

Jestem wdową.

Och, jak to brzmi w przypadku trzydziestotrzyletniej kobiety, której życie mogłoby w zasadzie dopiero się zaczynać.

Czasami mam ochotę śmiać się z tego, co mnie spotkało. Wciąż wydaje mi się to nieprawdopodobne, niegodziwe i krzywdzące. Być może mają rację ci, którzy twierdzą, że sobie na to zasłużyłam.

Nie jestem idealna. Raczej zepsuta i zła.

I nie jestem tylko wdową.

Jestem kobietą, która straciła pasierbicę. Czy jest na to jakieś odpowiednie słowo? Wątpię.

Dlatego wolę o sobie mówić, że jestem żałobnicą.

„Żałobnica” do mnie pasuje, lgnie do skóry i wchłania się niczym najlepszy krem.

Jestem żałobnicą.

Jestem suką.

W spadku dziedziczę duże pieniądze i myślę sobie, że być może to wszystko zmienia.

Bo nigdy nie było idealnie.

Ale może teraz będzie?

Zamykam brudne naczynia w zmywarce. Słyszę, jak sprzęt pomrukuje, wypełniając się wodą. Przecieram wilgotną ścierką blat, z którego zbieram okruchy chleba.

Późny, chłodny wieczór wciska się przez okna. Blask lamp rozświetla pokój i kuchnię z niewielką wyspą. Niebieskawa poświata telewizora drga na żywicznym stole, w którym zastygły emblematy samochodowych marek. Zapadam się w miękkiej sofie i czuję, że ten pobłysk kładzie się na mojej twarzy.

Próbuję odpocząć, gapiąc się na niespiesznie zmieniające się obrazy, na film, którego przecież nie oglądam, chociaż patrzę w ekran. Podciągam nogi i chowam się pod kocem. Boję się, że obudzi mnie tu światło dnia. Nie chcę tego, ale nie chcę też iść do sypialni na poddaszu. Tej naszej sypialni z dużym łóżkiem, w której wciąż w szafach wiszą jego garnitury, marynarki, spodnie i krawaty. Sypialni, w której czuję jego zapach.

Powinnam spakować wszystko w worki i wynieść, oddać potrzebującym, pozbyć się tego raz na zawsze, a potem wyczyścić szafę.

Do pokoju Roksany nie weszłam od tamtej nocy. Od chwili, kiedy zatrzasnęła te drzwi, nigdy ich nie otworzyłam.

Omijam je, jakby w ich miejscu wyrosła ściana, jakby apartament stracił jedno pomieszczenie.

Raz tylko zerknęłam w ich stronę, gdy szwagierka przyjechała do mnie z awanturą. Zamarła tuż za progiem pokoju Roksany, ukochanej bratanicy. Wstrząsnął nią szloch.

Wtedy, w drodze do kuchni, zwolniłam i spojrzałam w bok. Małgorzata, młodsza ode mnie o kilka lat, stała boso na miękkim, długowłosym dywanie. Ale chyba wyczuła moją obecność, bo szybko zamknęła za sobą drzwi.

Nie wiem, ile czasu tam spędziła, nie patrzyłam na zegarek.

Zaparzyłam herbatę i zaniosłam ceramiczny czajnik do salonu.

Usiadłam, splatając dłonie, i nasłuchiwałam metalicznego odgłosu naciskanej klamki, zgrzytu zawiasów, krótkiego cmoknięcia towarzyszącego odklejaniu się drzwi od uszczelki w ościeżnicy.

Kiedy szwagierka wyszła, herbata nadawała się do picia. Rozlałam ją do filiżanek, ale ona wciąż nie przychodziła.

Dopiero po chwili usłyszałam, że otwiera drzwi wyjściowe i znika.

Nie zniknęła jednak z mojego życia całkowicie.

Nie umie się pogodzić z tym, co się stało. Z konsekwencjami, które nadeszły po tragicznym wydarzeniu, po śmierci mojego męża i jego córki. Jej brata i bratanicy.

Nienawidziła mnie od samego początku.

Nie akceptowała drugiego związku Piotra, z kobietą bez przeszłości, która nie była idealną żoną.

Być może dlatego, że nigdy tego nie kryłam.

Z letargu budzi mnie brzęczenie telefonu.

Wzdrygam się, jakbym płytko przysnęła. Otwieram powieki i przez wąskie szparki odnajduję aparat na stoliku. Automatycznie wyciągam po niego rękę.

Z telewizora dobiegają krzyki polityków. Głosy nakładają się na siebie, widzę wykrzywione w grymasie złości twarze.

– Halo? – mówię i jednocześnie drugą ręką przyciszam pilotem odbiornik.

– To ja – odpowiada ciepły głos faceta, z którym zdradziłam męża.

Dokądś idzie, a może biegnie, bo słyszę, jak sapie, a w tle jednostajnym rytmem pulsuje miasto.

– Miałeś nie dzwonić – wzdycham.

– Miałem, ale…

Rozłączam się.

Nie liczyłam na to, że mnie posłucha, chociaż ostrzegałam go wcześniej. Powtarzam mu to co jakiś czas, ale z takim samym skutkiem. Zawsze do mnie powraca. Tak jak koszmar złożony z dźwięków, których nigdy nie usłyszałam, ale które wciąż tkwią w mojej głowie. Huk zgniatanych blach, jęk stali i przeciągły pisk hamulców, tarcie kół po wyślizganych torach. Jak nachodząca mnie wizja chwili, w której bmw wjeżdża pod rozpędzony pociąg. Widzę czerń karoserii i tańczące na jej obłych krzywiznach złote nitki refleksów. Światła lokomotywy. Na sekundę przed uderzeniem obraz znika, zostawiając mnie z sercem dudniącym pod żebrami.

Wzdycham i próbuję się uspokoić, opanować drżenie.

Po chwili on dzwoni ponownie, a ja patrzę to na zieloną, to na czerwoną słuchawkę.

Melodia gra długo, na ekranie wciąż wyświetla się napis „dentysta – rejestracja”.

Kolejne kłamstwo.

Minus kilkanaście punktów do ideału.

Wyczekuję, aż ekran telefonu zgaśnie.

Dostatecznie obudzona, zaglądam na swój profil na Instagramie. Nie robiłam tego od dawna.

Pomijam ponad dwieście powiadomień i wiadomości, których nie mam zamiaru odczytywać. Wiele z nich śmierdzi szambem na odległość, w innych trafię na wulgarne propozycje i zdjęcia penisów sterczących z rozpiętych spodni. W zaledwie kilku otrzymam słowa pocieszenia. Być może po ostatnio zamieszczonym poście jest ich więcej.

Klikam w zdjęcie, na którym czarna woalka przysłania mi twarz i puszyste blond włosy. W oczach mam łzy. Ale nie były to łzy smutku, po prostu zrobiłam zdjęcie po wpuszczeniu pod powieki kilku kropel soli fizjologicznej.

wyrazy współczucia [*]

<3

samaś sobie winna szmaciaro!

trzymaj się, jesteśmy z Tobą [*]

i trafiło też na ciebie życie bywa sprawiedliwe. Teraz poczujesz się jak każdy Panno Nikt Panno Pindo!

czy może pani udostępnić moją zrzutkę? Sprawa poważna, bardzo proszę

[*] proszę przyjąć moje kondolencje [*]

lepiej byś cycki pokazała buhahaha.

Piszę do pani jak do matki. To akt desperacji. Pomoże pani przeżyć mojemu Dawidkowi? Dawidek cierpi…

no sam sex! Brawo Ty.

Telefon wibruje, otrzymuję esemesa.

Oczywiście od niego, mojego wyrzutu sumienia i kochanka. Chociaż to słowo brzmi żałośnie.

„Przeczytaj Nowości”.

Nawet nie zamierzam.

Nie odpisuję, ale wstaję z sofy. Poprawiam koc, wyłączam telewizor.

Biorę prysznic, z ręcznika formuję na głowie turban, w którym znikają mokre włosy, i zabieram się do wcierania kremu, delikatnie oklepuję opuszkami skórę twarzy.

Patrzą na mnie duże niebieskie oczy, chociaż lewa powieka opada niżej. Mam wrażenie, że dodaje mi to seksapilu. Patrzę na pełne i szerokie usta, uchylam je, odsłaniając białe zęby. Wpatruję się w prosty, wąski nos i wystające, może nieco bardziej, niżbym chciała, kości policzkowe. Śledzę łagodną linię brody.

Potem suszę włosy.

Idę jednak do sypialni i wsuwam się pod kołdrę przy zgaszonym świetle. Jak co wieczór modlę się o sen, spokojny sen, który mnie ukołysze.

Zamiast niego słyszę dźwięk nadchodzącej wiadomości.

„A co, jeśli… no, sama wiesz…”

Odkładam telefon. Powidoki błądzą pod powiekami.

Im bardziej staram się o tym nie myśleć, tym mocniej słowa utrwalają się w głowie. Wygląda to tak, jak wywoływane w domowych warunkach zdjęcie. Litery ujawniają się z wolna, stają się wyraźniejsze, czernieją z każdą chwilą, w mocnym kontraście do śnieżnobiałego tła.

Chcę o nich zapomnieć i spać.

Nasuwam kołdrę na głowę i liczę do stu, wolno, najwolniej, jak potrafię.

W końcu mam wrażenie, że zaczynam zapadać się w miękkim materacu, że moje ciało przyjemnie ciąży.

I wtedy nawiedza mnie obraz czarnego bmw stojącego na torach. Blask reflektorów i narastający stukot stalowych kół. Wszystko dzieje się szybko, nie mam chwili na reakcję. Czuję, że to zaraz nastąpi, że moją głowę wypełnią huk uderzenia i brzęk tłuczonego szkła, rozsypującego się po asfalcie, ale zanim do tego dojdzie, obraz znika zupełnie, tak nagle, jak nagle nadpłynął.

Odrzucam kołdrę.

Rytm kół pociągu zostaje w mojej klatce piersiowej i brzmi dokładnie tak, jak bicie mojego serca.

Uspokój się, uspokój, nakazuję sobie.

Odmierzam noc, wpatrując się w cyfry budzika, w czas pozostały do świtu.

A ten uparcie nie chce nadejść.

Poranek pachnie kawą.

Otulona ciepłym szlafrokiem siedzę na sofie z podciągniętymi pod brodę kolanami. Trzymam zimne palce stóp i przyglądam się z uwagą, jak lakier schodzi z paznokci. Czas go zmyć.

Z pokoju Roksany dochodzi odgłos szurania, ale staram się nie zwracać na to uwagi.

Małgorzata Miller, siostra mojego tragicznie zmarłego męża, zabiera ciuchy pasierbicy i jej rzeczy. Nie pyta mnie, co może wziąć, a czego nie, zachowuje się tak, jakby to wszystko, całe nasze mieszkanie, było jej własnością.

Przy drzwiach wejściowych stoi Krzysztof, jej mąż.

Prosiłam, żeby usiadł, ale tylko się uśmiechnął i pokręcił głową.

Nic do niego nie mam, on do mnie chyba też nie. Do tej pory traktowaliśmy się dość neutralnie jak na osoby, które połączyła rodzina Kowalskich, jak na dwoje najbliższych – przynajmniej w teorii – rodzeństwa Małgorzaty i Piotra.

Krzysztof jest niski i krępy, ma na sobie dwurzędową marynarkę w granatową kratę ze złotą poszetką, wbija wzrok w podłogę albo w czubki swoich brązowych, nienagannie utrzymanych zamszowych oxfordów. Kolejny już raz przenosi ciężar ciała z nogi na nogę i sporadycznie spogląda to na mnie, to na błyszczący na owłosionym przegubie zegarek na skórzanym pasku.

Oboje są równolatkami, tyle wiem. Mają po dwadzieścia dziewięć lat, dobrze płatne prace i plany na przyszłość. Okazały podtoruński dom czeka na dziecko, ale Gocha od co najmniej trzech lat nie może zajść w ciążę.

Doceniam to, że on nie pomaga żonie, że zachowuje w tym wszystkim neutralność, która pewnie doprowadza ją do szału.

Moja szwagierka wystawia właśnie na korytarz kolejny pękaty, udekorowany na szczycie grubym supłem niebieski worek.

Sapie przy tym i dmucha w grzywkę, która zaczyna się przylepiać do wilgotnego czoła.

– Kawa stygnie – mówię i zaraz tego żałuję, bo wcale nie mam ochoty siedzieć z nią przy jednym stoliku. Wolałabym już wylać napar do zlewu.

Ale Gocha nawet nie odpowiada.

Dochodzi do mnie trzask drzwiczek, łoskot wysuwanych szuflad, szelest worka, do którego wkłada kolejne rzeczy.

Skoro nie odpowiada, sięgam po filiżankę i wypijam kilka łyków.

– Mogę? – Krzysztof wskazuje na drzwi do łazienki, a ja w odpowiedzi kiwam głową.

Znika tam na jakiś czas, aż w końcu słyszę szum spuszczanej wody. Potem myje ręce, a kiedy wychodzi, siada naprzeciwko mnie z cichym westchnieniem i sięga po kawę. Na chwilę rozciąga usta w sztucznym uśmiechu.

– Szkoda, żeby się zmarnowała – mówi półszeptem, po czym przysuwa sobie cukiernicę.

Koszula na jego brzuchu się napina i marszczy przy guzikach.

– Racja – zgadzam się.

Cisza przeszkadza nam obojgu.

Spuszczam bose stopy na miękki i ciepły dywan.

– Jak sobie radzisz? – Krzysztof skupia wzrok na filiżance. Zaczyna mieszać napój srebrną łyżeczką. W jego geście nie ma spokoju, celebracji, odrobiny relaksu, jest mechaniczna, zaprogramowana czynność.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Minęło dopiero kilka tygodni.

Po co to mówię? Przecież on doskonale wie, kiedy doszło do tragedii, ale kiwa głową, jakby rozumiał, co mam na myśli.

Jestem przekonana, że czuje się niezręcznie, robiąc to, co każe mu żona, ale przecież nie mam do niego pretensji.

Sięgam po komórkę i próbuję odszukać wiadomość, która przyszła do mnie od nieznanego nadawcy kilkanaście dni przed wypadkiem.

Odnajduję ją, ale jednocześnie nie wiem, czy powinnam zrobić to, co zamierzam. Tyle tylko, że być może lepszej sytuacji już nie będzie. Kiedy Gocha zabierze stąd ostatnie rzeczy, właściwie już nigdy nie będzie powodu, żeby się spotkać.

Kątem oka zerkam na niego. Krzysztof wsuwa palec pod kołnierz koszuli i drapie się po szyi.

„Obserwują każdy twój krok”.

Czy on mi to wysłał?

Wiem, że ma dwie komórki, ale znam numer tylko jednej z nich.

– Wysyłałeś do mnie esemesa? – pytam.

– Esemesa? Kiedy?

– Dawno temu.

– Jak dawno?

– A jakie to ma znacznie? – przerywam, bo widzę, że próbuje grać na zwłokę.

Wzrusza ramionami i wyciąga rękę po filiżankę. Skórę na paliczkach, grubych jak kiełbaski, porastają szczeciniaste czarne włoski.

Patrzę w jego okrągłą twarz, wystylizowane, lekko falujące ciemnoblond włosy, które sięgają za uszy. Widzę krótko przystrzyżony zarost wokół ust i gładko ogolone, pulchne policzki.

– Nieważne – mówię może zbyt agresywnie i odkładam aparat.

Filiżanka brzęczy o spodek, kiedy Krzysztof odstawia ją na miejsce.

– Gosia chce przyjechać wkrótce po rzeczy Piotra. – Ociera dłonią usta.

Mówi cicho, na tyle cicho, że muszę wytężyć słuch, żeby go zrozumieć.

– No i?

– Pomyślałem, że może chcesz sobie coś zatrzymać, że może są rzeczy, na których ci zależy… – Zawiesza głos i chce, żebym się domyśliła.

Nie jestem idiotką.

– Przygotuję je i spakuję w worki. Nie zamierzam wpuścić jej do sypialni. Lepiej od razu jej to powiedz.

Krzysztof przesuwa dłońmi po twarzy i nadyma policzki. Wypuszcza powietrze z głośnym świstem.

Kolejny worek ląduje w korytarzu.

Gocha ociera spocone czoło.

Stoi w niebieskich joggerach, boso, podciąga rękawy bluzki.

– Na dziś wystarczy. Chodź, pomożesz mi – mówi do Krzysztofa, jakby mnie tu w ogóle nie było. – Zostało jeszcze trochę książek, ale to przy okazji.

Wsuwa stopy w czarne najki i zaczyna wystawiać worki na klatkę schodową.

Krzysztof się nie podnosi, znowu popija kawę, ale tym razem większymi łykami. Brązowa pianka osiada na wnętrzu filiżanki, rysując dziwne wzory.

Właściwie powinnam być wdzięczna szwagierce, że robi porządek.

Pierwszy raz przyjechała tutaj dwa dni po tragedii, ze sportową torbą, do której wsunęła laptopa i tablet Roksany, kilka jej rzeczy osobistych, notatniki i pozostałe drobiazgi. Wyszła zapłakana, bez słowa pożegnania. Jakbym nie zasługiwała na nic, na żadne współczucie czy żal.

Dzień później zjawili się moi teściowie, milczący jak zawsze, dystyngowani państwo Kowalscy o smutnych twarzach, prostych nosach, podobni do siebie, zasuszeni i elegancko ubrani na czarno.

Chcieli zabrać pamiątkę po synu i ukochanej, jedynej wnuczce. Kiedy matka Piotra wymieniła imię nastolatki, łzy wypełniły jej oczy, a głos uwiązł w gardle.

– Czy to prawda, że Piotr chciał rozwodu? – spytał wtedy teść i teraz to samo pytanie zadaje Krzysztof.

Przez chwilę mam déjà vu. Patrzę na twarz starego mężczyzny, ojca mojego męża, i widzę w niej ewidentne podobieństwo do Piotra: ten sam nos, wydatne czoło i głęboko osadzone, ukryte w cieniu, lodowatoniebieskie oczy.

Obraz znika szybko i ponownie mam przed sobą okrągłą twarz Krzysztofa.

– Nie – kłamię, a on przygląda mi się badawczo.

Próbuję wytrwać w kłamstwie, ale mam wrażenie, że moje ciało znowu protestuje. Przyciągam poły szlafroka pod szyję, jakby nagle powiało chłodem.

Krzysztof dopija kawę.

– Dziękuję. – Podnosi się z sofy i kieruje do przedpokoju. Po drodze chwyta za grube węzły worków i wynosi je na klatkę schodową. Odstawia z szelestem i wraca po płaszcz.

Staje w drzwiach i pyta Gochę, która już nie wraca do mieszkania, czy to wszystko.

– Wszystko – odpowiada jego żona, a głos niesie się cichym echem.

Krzysztof kładzie rękę na klamce i ostatni raz spogląda w moją stronę.

Mam wrażenie, że chce coś powiedzieć, może chciałby się pożegnać, ale tylko odwraca się i znika.

Drzwi przylegają cicho do framugi.

Patrzę w tamtym kierunku, a zimna kawa spływa mi do żołądka.

WCZEŚNIEJ

„Obserwują każdy twój krok”.

Domyśliłam się, że w końcu to nastąpi, i sądziłam, że to Piotr będzie za tym stał. Przyśniło mi się, że widziałam go, jak wchodzi do biura detektywistycznego i pokazuje szpakowatemu chudzielcowi o szczurzym pysku moje zdjęcie, zapisane w pamięci telefonu. Potem wyciąga pękaty portfel i odlicza kilka setek zaliczki. Detektyw przygryza wykałaczkę, a kiedy Piotr kładzie na stół kolejne setki, unosi brew. Końcówka zaostrzonego patyczka kreśli bohomazy w powietrzu.

Po tym śnie przejrzałam ogłoszenia i oferty toruńskich detektywów. Poszukałam tego z najlepszymi opiniami. Piotr w takich sytuacjach nie dbałby o koszty. Na każdym kroku podkreślał, że za jakość usług trzeba płacić, i kiedy już decydował się na daną firmę, nigdy się nie targował. A im było drożej, tym chętniej korzystał z oferty i tym większego zaufania nabierał do osoby, która podawała cenę.

Biuro detektywistyczne mieści się w pobliżu hotelu Refleks, o którym niewielu torunian w ogóle słyszało, na rogu Bażyńskich i Wojska Polskiego.

Ale nie interesował mnie hotel, tylko niski, szary budynek znajdujący się obok. Od Refleksu oddzielał go wybrukowany wjazd do ukrytych nieco głębiej garaży i parkingu przylegającego do ściany szczytowej hotelu.

Zdecydowałam się zaparkować tuż przy głównej drodze, tak żebym mogła obserwować dwa wejścia do obiektu.

Na parterze znajdował się lumpeks. Szyld biura detektywistycznego i narysowana na nim strzałka wskazywały na boczne wejście. Spojrzałam w tamtą stronę, a potem przeniosłam wzrok wyżej, na okna nad sklepem z używaną odzieżą. W pomieszczeniu rozlewało się białe światło. Za szybami wisiały zsunięte na boki verticale.

Wyłączyłam silnik. Opuściłam osłonę przeciwsłoneczną i cofnęłam do samego końca fotel kierowcy.

Zapadał zmierzch, ale światła uliczne jeszcze się nie włączyły.

Wysiadłam z auta i podeszłam do bocznych drzwi budynku. Były zamknięte, domofon rozwiał jednak moje wątpliwości. Biuro detektywistyczne mieściło się na pierwszym piętrze.

Zadzwoniłam.

– Biuro, słucham – odezwał się niski męski głos.

Nie odpowiedziałam. Wycofałam się szybko do samochodu, a potem dyskretnie spoglądałam w okna, nikt się w nich jednak nie pojawił.

Odczekałam tak niespełna dwie godziny, po których nagle w biurze zapadła ciemność.

Uruchomiłam samochód i włączyłam światła, żeby nikt, kto ukaże się w drzwiach prowadzących do klatki schodowej, nie mógł mnie dostrzec.

Detektyw, jasnowłosy i ostrzyżony na zapałkę, wyglądał młodo. Szedł sprężystym krokiem, ubrany w skórzaną kurtkę i jasną koszulę, wsuniętą w czarne dżinsowe spodnie. Wyglądał na wysportowanego. Na ramieniu niósł pękatą skórzaną torbę i czarny futerał na aparat fotograficzny. Przynajmniej tak to wyglądało. W świetle reflektorów jaśniały białe podeszwy jego granatowych new balance’ów. Sprawiał wrażenie faceta, który łatwo wtapia się w tłum.

Nie zwrócił uwagi ani na mnie, ani na samochód.

Przeszedł na parking przy hotelu i po chwili wyjechał z niego srebrnym fordem. Przyjrzałam się autu i zanotowałam numer rejestracyjny.

Kiedy przejeżdżał obok mnie, odwróciłam głowę.

Pojechałam tam później jeszcze dwa razy. Raz przed godziną otwarcia biura. Spodziewałam się, że detektyw przyjdzie punktualnie o dziewiątej, ale zjawił się dopiero po pięćdziesięciu minutach.

Tym razem zaparkowałam przy hotelu i chodziłam wzdłuż budynku z telefonem przy uchu, udając, że z kimś rozmawiam.

Zaparkował niemal w tym samym miejscu co poprzednio. Z kilkudziesięciu metrów dostrzegłam jego skórzaną kurtkę. Przystanął przed drzwiami klatki schodowej, by po chwili za nimi zniknąć.

Przeszłam na parking i spojrzałam na srebrnego forda focusa.

Sprawdziłam, czy poprzednio dobrze zanotowałam numer rejestracyjny. Wszystko się zgadzało. To ten sam wóz.

Dla pewności pojechałam tam jeszcze raz, tydzień później.

I wtedy na parkingu przed biurem detektywistycznym zobaczyłam volvo mojej szwagierki.

TERAZ

Uruchamiam tablet, żeby zajrzeć na stronę „Nowości”.

Miałam tego nie robić, ale wczorajszy esemes nie daje mi spokoju.

Odnajduję artykuł ze zdjęciem znaku krzyża świętego Andrzeja na tle sinoszarych chmur. Zdjęcie ze stocka, które pewnie często wykorzystują do ilustracji wiadomości o wypadkach z udziałem pociągów. To nic, że znaku nie stawia się przy przejeździe strzeżonym, bo przecież chodzi o skojarzenia. Jestem najlepszym przykładem, że to działa.

Klikam w tytuł.

„Sprawczyni tragedii na przejeździe kolejowym rozpłynęła się we mgle”.

Wyświetla mi się kilka okienek reklamowych, więc zamykam je, tracąc cierpliwość.

W końcu mogę czytać dalej.

Irena S., 55-letnia dróżniczka, oskarżona o spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym, w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła z radarów policji. Od kilku dni nie stawia się na komisariacie, a rodzina zgłosiła zaginięcie.

Przypomnijmy, do tragedii na strzeżonym przejeździe doszło w nocy z 11 na 12 września tego roku. Krótko przed północą terenowe bmw wjechało pod koła pociągu cargo. Na miejscu zginęli kierowca samochodu i jego nastoletnia córka.

Siła uderzenia była ogromna. Kiedy policjanci drogówki dojechali do przejazdu, wrak samochodu spoczywał na dachu, w rowie, kilkadziesiąt metrów dalej. Z ustaleń biegłych wynika, że wóz kilkukrotnie koziołkował. Żeby wydobyć ciała, strażacy musieli użyć specjalistycznego sprzętu.

Jak udało nam się ustalić, Irena S., dróżniczka wykonująca ten zawód od blisko 24 lat, tuż przed wypadkiem straciła przytomność. Ocknęła się dopiero po tragedii i natychmiast wezwała służby ratunkowe.

Zgodnie z policyjnymi procedurami kobieta została zatrzymana na 48 godzin. Badania krwi pod kątem zawartości alkoholu i substancji odurzających niczego nie wykazały i ostatecznie dróżniczka wróciła do domu.

– Sąd nie przychylił się do wniosku prokuratury o areszt tymczasowy dla Ireny S. i wydał postanowienie o nałożeniu dozoru policyjnego – mówił krótko po wypadku prokurator Artur Legner, rzecznik prasowy Prokuratury Rejonowej Toruń – Wschód.

To dlatego Irena S., odsunięta czasowo od pracy, miała stawiać się trzy razy w tygodniu na komisariacie policji Toruń Śródmieście przy ul. PCK. Sąd zdecydował też o zabraniu paszportu, ponieważ jeden z synów kobiety mieszka za granicą i istniało podejrzenie, że może ona uciec z kraju.

Tymczasem kilka dni temu na portalu Zaginieni.pl pojawiła się informacja o rozpoczętych poszukiwaniach Ireny S. Kobieta przestała zgłaszać się na komisariat, co potwierdził „Nowościom” oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Trwają czynności zmierzające do ustalenia jej miejsca pobytu.

Gdzie przebywa Irena S.? Czy coś ukrywa? Czy sprawa tragedii na przejeździe kolejowym może mieć drugie dno? Czy dróżniczka o nieposzlakowanej opinii uciekła przed wymiarem sprawiedliwości? A może, jak wynika z naszych informacji, kobieta padła ofiarą zemsty ze strony bliskich osób, które zginęły w niedawnym wypadku?

Do sprawy wrócimy niebawem.

Wiktor Rutecki

Wygaszam ekran, ale zostawiam tablet na kolanach.

Odnajduję drugi telefon i wybieram właściwy numer.

Marcin Król, mój kochanek, odbiera po kilku sygnałach.

– Tak? – Słyszę jego spokojny głos.

Milczę przez chwilę, ale on i tak wie, kto dzwoni.

– I co o tym sądzisz? – pyta wreszcie.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Czytałaś komentarze pod tekstem?

Kręcę tylko głową, a chociaż on tego nie widzi, to zna już odpowiedź.

– Wczoraj odwiedziła mnie policjantka – mówię.

– Wczoraj?

Nie lubię się powtarzać, doskonale o tym wie.

– No i? – ponagla mnie, ale wciąż jest w nim dużo spokoju. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

– Nadal nie wiem, jakie to ma znaczenie.

– Żartujesz? Przecież brałaś mój samochód, jeździłaś tam. Kilka razy sam cię zawiozłem.

– I co z tego?

– Co z tego? – W zdziwieniu wyczuwam złe wibracje. – Jeszcze się pytasz, co z tego? A jeśli ktoś cię tam widział?

– Widział – odpowiadam spokojnie.

– Kurwa… – szepcze i milknie.

Wyobrażam sobie, że jedną ręką dotyka łysiejącej głowy, że ma szeroko otwarte oczy, być może przygryza górną wargę. Często tak robi, kiedy wpada w sidła złości.

– Kto cię widział? – pyta, balansując na skraju cierpliwości.

– Jej zmiennik.

– Ten dróżnik?

– Tak.

– Chryste… – wzdycha.

Znowu zapada cisza, przerywana jego płytkim oddechem.

Nie odrywam oczu od mojego odbicia w wygaszonym tablecie, ale jednocześnie staram się przekręcić twarz w prawo, by popatrzeć na swój profil, a potem odwracam się w drugą stronę, żeby porównać oba widoki.

Profil prawy odzwierciedla dynamiczne piękno, przekonuję się o tym setny raz. Ale lewy, z opadającą lekko powieką, wydaje się bardziej atrakcyjny. Wiem to już od dawna i wykorzystuję tę wiedzę do ilustracji postów.

Zastanawiam się, czy moja szczupła twarz nie zrobiła się ostatnio bardziej okrągła. Boję się tego, że moje rysy się zmienią, że nic już nie będzie takie jak dawniej.

– No powiedz coś, do cholery. – Złość wygrywa to starcie.

Nie wiem, co miałabym mówić, więc siedzę cicho, wpatrzona w siebie.

– Skąd mu to przyszło do głowy? – drąży. – Dlaczego napisał o zemście?

– Nie wiem, ale pamiętaj, że w tej potyczce to ja jestem ofiarą – mówię z pełnym przekonaniem.

– Obyś miała rację.

– Mam rację, więc się nie denerwuj – próbuję go uspokoić.

– Łatwo powiedzieć – wzdycha ponownie.

– To moja sprawa – zauważam. – Nic ci nie grozi.

– Bzdura – żacha się. – Od kiedy jesteśmy razem, to jest już nasza sprawa!

Pewnie ma rację.

Mój szef zawsze ma rację, lubi w ten sposób o sobie myśleć. Ale od kiedy jesteśmy razem, to ja przejęłam pałeczkę. Jestem przekonana, że tego właśnie ode mnie oczekuje. W moich ramionach może czuć się małym chłopcem. Może w gruncie rzeczy nim jest?

– Dlaczego napisał o zemście? – wraca do tematu.

– Nie wiem – powtarzam zgodnie z prawdą.

– To może z nim pogadaj?

– Z dziennikarzem?

– No a z kim?

– Nie – ucinam stanowczo.

Wypuszcza powietrze wprost do słuchawki, w której rozlega się głośny szum.

– Jak Rutecki będzie chciał pogadać, to sam zadzwoni – dodaję i rozłączam się bez pożegnania.

WCZEŚNIEJ

Znowu wracam myślami do przeszłości. Do chwili, w której dostrzegłam pod biurem detektywistycznym volvo Małgorzaty Miller, siostry mojego męża.

Wpadłam na nią niby przypadkiem kilkanaście minut później. Udałam zaskoczoną, ale to nic dziwnego. Jestem dobrą aktorką.

– Gosia! – Uśmiechnęłam się szeroko.

Słońce połyskiwało w moich pszenicznych włosach, opadających na okulary przeciwsłoneczne.

Sierpień żegnał lato upałami.

Gocha nigdy nie umiała ukrywać uczuć. Tym razem również nieporadnie maskowała zakłopotanie, tak jakbym przyłapała ją na progu sex-shopu.

– Hej! Co tu robisz? – spytałam, wychodząc z lumpeksu, w którym co i rusz zerkałam w witrynę i na parking przed sklepem. Przeczekałam tam do chwili, kiedy zobaczyłam, jak Gocha kierowała się do volvo.

Zbliżyła się do samochodu, sięgnęła do klamki i szarpnęła drzwi.

– A nic, miałam sprawę do załatwienia.

– Tutaj? – Udaję zaskoczenie, ale mój głos brzmi naturalnie. Jestem naturalna, kiedy tylko zechcę.

– Nie, w medycznym, kawałek dalej – wyjaśnia, machając ręką. – Ale tam nie ma jak zaparkować.

– W sklepie medycznym? – dopytuję z błyskiem troski w oczach, w które zerka niepewnie po tym, jak unoszę na czoło ciemne okulary. – Stało się coś?

Napięcie znika z jej twarzy.

Nie darzymy się sympatią. Tkwi to w nas głęboko, ale po mnie tego nie widać. Dla niej jestem pustą blondynką, drętwą suką, która usidliła jej bogatego starszego brata. Już samo to mnie dyskwalifikuje. Ale nie tylko to. Wie o mnie znacznie więcej, niż mogłabym się spodziewać. Wszak spędza dużo czasu z Roksaną, są jak siostry, które, owszem, dzieli piętnaście lat różnicy, ale w niczym im to nie przeszkadza. Drwią ze mnie, śmieją się. Czasami mam wrażenie, że używają fejkowych kont na Instagramie tylko po to, by ze mnie szydzić, ośmieszać mnie i dawać upust hejtowi.

– A nie, no skąd! Coś ty! – Śmieje się i raz jeszcze macha ręką. Gest jest bardziej wyrazisty niż poprzednio, wystudiowany, ale odegrany pod presją. – Nic z tych rzeczy. Sąsiadka mnie poprosiła. Ma chorą babcię. Miałam kupić pieluchomajtki.

Wzdrygam się.

– I co? Nie kupiłaś? – Ostentacyjnie spoglądam na jej puste ręce i błyszczące niebieskie tipsy.

– Nie było odpowiednich. Dlatego jadę dalej. Mam jeszcze drugi sklep na oku.

– Ale tam są dwa. Byłaś w tym drugim? – Wskazuję palcem na hotel, bo rzeczywiście tuż za nim, w bocznej ulicy prowadzącej do szpitala, znajdują się dwa sklepy z takim samym asortymentem.

– Tak, byłam, ale te pieluchomajtki, których szukam, są specyficzne. – Przestępuje z nogi na nogę, jakby parzył ją rozgrzany asfalt. – Mogli je dla mnie zamówić, ale ostatecznie ustalili, że w drugiej lokalizacji, na Rubinkowie, mają je na stanie.

– Ach tak, to znakomicie. – Rozpromieniłam się na powrót, jakby kamień spadł mi z serca. – Ale słuchaj, skoro już się spotkałyśmy, to może pójdziemy na kawę, co?

Rozglądam się ochoczo w poszukiwaniu dobrego miejsca, a Gocha zerka na zegarek i robi skwaszoną minę.

– No wiesz, kochana, chętnie, ale kurczę, spieszę się. Może kiedy indziej? Bo i tak jestem spóźniona.

Chowam się za ciemnymi szkłami okularów i rozkładam ręce.

– No pewnie, daj tylko znać. – Nie tracę uśmiechu. – Pozdrów Krzyśka.

– Pozdrowię – odpowiada z wyraźną ulgą i wsuwa się za kierownicę.

Odstawia niewielką torebkę na siedzenie pasażera, po czym uruchamia wóz i macha mi krótko na pożegnanie.

Pozdrawiam ją tym samym gestem i odchodzę.

Trzy dni później w lusterku wstecznym zobaczyłam forda focusa i siedzącego w nim szczupłego detektywa.

A po tygodniu od tamtego spotkania Gocha zaprosiła mnie na kawę.

TERAZ

Wiktor Rutecki, dziennikarz „Nowości”, próbuje dodzwonić się do mnie trzeci raz.

Odrzuciłam pierwsze połączenie, a dwóch kolejnych nie odebrałam. Melodia z komórki urywała się po kilkunastu sekundach. W końcu dziennikarz przysłał esemesa.

„Odezwij się, mam sprawę. Pozdro. Wiktor”.

Znamy się od lat, ale nie jest to żadna zażyła znajomość. Odzywał się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował.

„Za późno”, odpisuję i ignoruję kolejne dwa połączenia, które następują po sobie w krótkim czasie.

Wiem jednak, że Rutecki nie odpuści.

Na razie jednak nie planuję zaprzątać sobie nim głowy.

Idę do kuchni i włączam ekspres do kawy.

Syczy i pomrukuje.

Odrobina wody skapuje z dyszy do brązowej szklanki z duralexu. Podstawiam ulubioną filiżankę z nadrukiem Mleczarki Vermeera, którą Piotr kupił mi rok temu w Rijksmuseum w Amsterdamie. Spędziliśmy tam kilka wspaniałych godzin, chociaż Piotr nudził się i ziewał, przechodząc z komnaty do komnaty, a Roksana zajęła się smartfonem i narzekała na słaby sygnał sieci internetowej.

Młynek terkocze, rozłupując twarde kawowe ziarna, a ja kucam i patrzę na miniaturę obrazu, w którym perfekcyjne światło, wpadające do izby przez okno i oświetlające kobietę, tworzy realistyczną głębię. Jest w tym obrazie kwintesencja sztuki. Wpatruję się w filiżankę, ale tak naprawdę widzę oryginał Vermeera i pamiętam tłoczących się przed obrazem turystów z całego świata.

Zapach odciąga mnie od wspomnień.

Ciemna ciecz kołysze się lekko w filiżance, kiedy podnoszę ją i podchodzę do okna.

Wypatruję srebrnego forda i dopiero po chwili odnajduję go po drugiej stronie jezdni. Ledwie go widać w rzęsistych strugach deszczu. Stoi tyłem.

Popijam łyk gorącego napoju i zastanawiam się, co dalej, gdy telefon dzwoni kolejny raz. Rutecki. Tak przynajmniej sądzę.

Odwracam się tylko i z daleka wbijam wzrok w aparat. Czekam, aż melodia urwie się niespodziewanie i zapadnie cisza. Dopiero potem przechodzę do salonu i wyciągam nogi na sofie. Sięgam po telefon i sprawdzam.

Nie myliłam się.

Chcę mu wysłać drugiego esemesa, ale zanim zdążę napisać pierwsze słowo, telefon wibruje mi w rękach.

„Są nowe fakty. Nie ucieszysz się”.

Blefuje.

Wiem, że blefuje, a jednak uginam się pod presją. Nagle czuję, jak dreszcz rozchodzi się falą po moim ciele. Uderza w ściany żołądka, który natychmiast kurczy się boleśnie i spina, ciąży, więc zamykam oczy, chcąc przetrwać ten stan.

Wypuszczam powietrze i robię kilka głębszych wdechów.

Nowe fakty?

Sięgam po drugi telefon i drżącą ręką wybieram numer ze spisu kontaktów. Dentysta – rejestracja. Mogłabym to zmienić, już czas na takie decyzje.

– Tak? – Marcin zgłasza się szybko.

– Przyjedziesz? – pytam.

– Teraz?

– Rutecki twierdzi, że coś ma.

– Co konkretnie?

– Nie wiem, nie napisał.

– Nie dzwoniłaś do niego? – pyta zaskoczony.

– Wysłał mi informację – bronię się.

Wyraźny szum oddechu uderza mnie w ucho.