Zapadlina - Robert Małecki - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Zapadlina ebook i audiobook

Robert Małecki

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

253 osoby interesują się tą książką

Opis

Nie łączy ich już nic, poza krwią na mundurach…

Trzeci tom bestsellerowej serii Roberta Małeckiego z policjantami Archiwum X

Niemal pół wieku temu ziemia po raz pierwszy zapadła się na terenie kopalni w Wapnie. Mimo że nikt nie zginął, okolica zaczęła przyciągać nieszczęśliwe zdarzenia. Czy może raczej – pochłaniać tych, którzy mają coś do ukrycia…

Ciała Jacka Malinowskiego nigdy nie odnaleziono. Według oficjalnej wersji wydarzeń prawdopodobnie zginął w wypadku. Dwie dekady później kluczowy świadek zmienia zeznania, podważając wszystko, co do tej pory wiedziano. Komisarz Maria Herman postanawia zbadać tropy z przeszłości. Równocześnie dochodzi do napaści na znanym miejscowym lekarzu. Między tymi wydarzeniami mogą istnieć powiązania ukryte głęboko pod ziemią. Rodzinny konflikt? Polityczna rozgrywka? Sfingowana śmierć?

Sprawa przybiera znamion osobistych porachunków i nabiera rozpędu. Zwłaszcza, gdy Herman dowiaduje się, że w centrum wydarzeń stoi Olgierd Borewicz – jej dawny partner.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 8 min

Lektor: Andrzej Ferenc
Oceny
4,6 (652 oceny)
430
176
43
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Dobrze spędzony czas

Troszkę słabsza od poprzednich ale też dobra
30
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Niestety nie można ocenić wyżej. Cała seria napisana z rozbudowaną fabułą. Bardzo dobrze słucha się audiobook. Dziękuję autorowi za oryginalne pomysly w kolejnych częściach serii o komisarzach.
20
ewakurz

Nie oderwiesz się od lektury

świetnie napisana, dobra fabuła. książka wciąga
20
UrszulaLila

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna jak i cała seria. Polecam.
20
Aloevibe

Nie oderwiesz się od lektury

Małecki jest wirtuozem kryminałów
10

Popularność




Opieka re­dak­cyjna: EWE­LINA KO­RO­STYŃ­SKA
Re­dak­cja: ANNA MI­LEW­SKA
Ko­rekta: ANNA DO­BOSZ, MA­RIA ROLA, AGNIESZKA STĘ­PLEW­SKA
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: TO­MASZ MA­JEW­SKI
Fo­to­gra­fie na okładce z za­so­bów Unsplash © Lu­cas San­key © Lou Ba­tier © Col­ton Stur­geon © Mit­chell Har­tley © Yusheng Deng © Al­bert Dera © Olena Bo­ho­vyk
Re­dak­tor tech­niczny: RO­BERT GĘ­BUŚ
© Co­py­ri­ght by Ro­bert Ma­łecki © Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 2024
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-08-07929-4
Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kra­ków bez­płatna li­nia te­le­fo­niczna: 800 42 10 40 księ­gar­nia in­ter­ne­towa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl tel. (+48 12) 619 27 70
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

PRO­LOG

Ter­ko­tało, gdy ock­nął się w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści.

Le­żał sku­lony w cia­snej prze­strzeni, zu­peł­nie po­zba­wiony sił, bez wie­dzy, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Być może dla­tego sku­pił się na ota­cza­ją­cych go dźwię­kach.

Szum.

Do­cie­rał do niego szum po­mie­szany z od­le­głym stu­ko­tem.

Jed­no­stajny, mia­rowy ter­kot. Przy­tłu­miony, za­pewne przez cia­sno za­pięty kask. Chciał go ścią­gnąć, ale nie mógł po­ru­szyć dłońmi. Do tego za­schło mu w ustach. Prze­je­chał ję­zy­kiem po spierzch­nię­tych war­gach, lecz nic to nie dało. Chciało mu się pić. Od­dałby wszystko za odro­binę wody.

Za­pach.

A wła­ści­wie dwa różne za­pa­chy.

Pierw­szy był przy­jemny. Lu­bił go. Przy­po­mniał so­bie, jak w dzie­ciń­stwie jeź­dził z oj­cem na sta­cję pa­liw. Sta­wał obok niego przy dys­try­bu­to­rze i ob­ser­wo­wał. Tata się­gał po pi­sto­let, a na­stęp­nie wsu­wał go do wlewu pa­liwa. Cza­sami oj­ciec po­zwa­lał mu to zro­bić sa­mo­dziel­nie. Wtedy za­do­wo­lony na­ci­skał dźwi­gnię na­le­waka i słu­chał gul­gotu płynu, który spły­wał do baku. Jed­no­cze­śnie ob­ser­wo­wał nitki opa­rów uwal­nia­ją­cych się z otworu i wcią­gał w noz­drza słod­kawy za­pach ben­zyny.

Pa­mię­tał też swój ka­ni­ster, stary, pro­sto­kątny me­ta­lowy zbior­nik, po­rdze­wiały z upły­wem lat. Przy­go­to­wy­wał w nim mie­szankę do mo­to­ro­weru.

Drugi za­pach spra­wił, że chło­pak zmarsz­czył nos.

Mocz.

Wdzie­rał się w noz­drza, jakby plama od­cho­dów znaj­do­wała się gdzieś bli­sko, jakby nos tkwił gdzieś przy niej. Skrzy­wił się jesz­cze bar­dziej, a po­tem z prze­ra­że­niem po­my­ślał, że być może z nie­wia­do­mych przy­czyn to on zlał się w ga­cie. Ale gdyby tak się stało, po­czułby w kro­czu wil­goć.

A nie czuł nic.

Chciał ścią­gnąć kask, bo pa­sek pił go w pod­bró­dek.

Dło­nie na­dal nie re­ago­wały.

Ciało od­mó­wiło po­słu­szeń­stwa.

Za­ci­snął po­wieki, żeby zmu­sić mię­śnie do wy­siłku.

Nic. Żad­nej re­ak­cji.

Więc może to mu się śni?

Cza­sami mie­wał dziwny sen, w któ­rym spa­ra­li­żo­wany le­żał w łóżku, a po jego ciele cho­dziła ogromna mu­cha, nie­mal tak duża jak on. I nic z tym nie mógł zro­bić. Ob­ser­wo­wał, jak owad mu się przy­gląda i czy­ści przed­nie łapy, trąc je za­wzię­cie o sie­bie. Za­wsze wtedy my­ślał, że mu­cha po­ciera nóż o wi­de­lec, jakby szy­ko­wała się do po­siłku. Jakby to on miał być jej da­niem. Po­tem pod­cho­dziła bli­żej i zwie­szała głowę nad jego twa­rzą. Pa­mię­tał jej błysz­czące wiel­kie oczy. A po chwili wolno wy­su­wała z py­ska owło­sioną rurkę i mimo że wierz­gał, pró­bo­wał od­wró­cić głowę, nic to nie da­wało. Gwał­tow­nie wpy­chała mu rurkę do ust, aż za­czy­nało bra­ko­wać mu tlenu.

I wtedy zry­wał się ze snu.

Kasz­lał i pluł.

Ale te­raz nie śnił kosz­maru. Wie­dział o tym do­sko­nale, trzę­sło nim i krzy­wił się od smrodu uryny. Więc to nie mógł był sen.

Pró­bo­wał zmu­sić pa­mięć do wy­siłku.

Slajdy.

Miał w gło­wie je­dy­nie kilka slaj­dów, urywki ob­ra­zów, po­cięte sceny, jak w fil­mie sen­sa­cyj­nym.

Wie­czór.

Mo­kry as­falt ucie­ka­jący spod kół mo­to­cy­kla.

Pęd wia­tru i zmar­z­nięte dło­nie.

Deszcz sie­kący po twa­rzy przez uchy­loną szybkę ka­sku.

A po­tem świa­tła z tyłu.

Ośle­piały go, kiedy pró­bo­wał się od­wró­cić.

Sa­mo­chód się zbli­żał.

I na­gle za­pa­dła ciem­ność.

I ci­sza.

Ci­sza, którą mą­ciły zna­jome głosy. Ktoś krzy­czał.

A on nie mógł do­być z krtani ani słowa.

Kro­ple desz­czu wpa­dały mu do oczu, cho­ciaż nie roz­wie­rał po­wiek.

Po­wi­nien za­sło­nić się dło­nią, ale już wtedy był jakby po­zba­wiony ciała.

Nie umiał też nic po­wie­dzieć.

Tra­cił przy­tom­ność.

Po­winno mu być zimno, ale nic nie czuł.

Le­żał jak trup.

Zresztą tak jak te­raz.

Jakby był tylko głową, jakby ktoś od­ciął go od tu­ło­wia, rąk i nóg.

Spa­ni­ko­wał.

Chciał krzy­czeć, lecz wtedy sil­nik zwol­nił bieg, prze­stało trząść i na­stą­piło krót­kie szarp­nię­cie.

Za­trzy­mali się.

Ode­tchnął. Wszystko się wy­ja­śni. Wszyst­kiego się do­wie. Po­prosi ich o wodę. Naj­pierw ugasi pra­gnie­nie.

Trza­snęły drzwi. Jedne i dru­gie. Usły­szał mlask bu­tów na bło­cie po­mie­szany z szep­tem. Znał te głosy.

Stuk­nęło, jakby przy­ło­żyli ręce do ka­ro­se­rii.

– Na raz! – jęk­nął je­den.

I znowu coś szarp­nęło.

Zro­zu­miał, gdzie jest.

Le­żał w ba­gaż­niku.

Sa­mo­chód po­to­czył się na­przód. Naj­pierw wolno i mo­zol­nie. Coś dra­pało w pod­wo­zie.

Wóz przy­spie­szył. To­czył się szyb­ciej i na­gle jego cia­łem rzu­ciło gwał­tow­nie do przodu. Ude­rzył ka­skiem w coś twar­dego i czuł, że spada w prze­paść.

Gło­śny plusk za­brzmiał jak huk wy­strzału.

I na­gle wszystko znie­ru­cho­miało.

Cze­kał w na­pię­ciu.

Tuż obok coś za­bul­go­tało.

Nie wie­dział, co się dzieje, gdy jego twarz ob­myła lo­do­wata woda.

Pra­gnął jej wcze­śniej, ale te­raz wy­pluł z obrzy­dze­niem.

Była słona.

Chciał krzyk­nąć, ale nie zdą­żył, bo so­lanka za­lała jego krtań i oczy.

I było jej co­raz wię­cej.

1

Ce­re­mo­nia po­grze­bowa była skromna i krótka, ale ra­czej nie z po­wodu sią­pią­cego desz­czu.

Kilka osób ze­brało się wo­kół księ­dza, a ten, jakby śpie­sząc się do dal­szych obo­wiąz­ków, szybko od­pra­wił mo­dli­twę, po czym ja­sna trumna z la­kie­ro­wa­nego drewna zje­chała na pa­sach do grobu i na­stała względna ci­sza.

Du­chowny po­pra­wił fio­le­tową kapę.

Bez po­że­gna­nia prze­szedł do głów­nej alei, wy­ło­żo­nej kostką bru­kową. Tam otrze­pał buty z błota, a na­stęp­nie, w dro­dze do bramy, przed którą cze­kał czarny mer­ce­des firmy po­grze­bo­wej, wci­snął pod pa­chę księgę z ob­rzę­dami po­chówku i wsu­nął kro­pi­dło do skó­rza­nego etui. Szedł po­chy­lony, mru­żąc oczy przed mżawką.

Kie­rowca ka­ra­wanu cze­kał już przy przed­nich drzwiach i otwo­rzył je, gdy ksiądz zbli­żył się do auta. Chwilę póź­niej sa­mo­chód po­to­czył się wolno po grun­to­wym par­kingu, zmo­czył opony w ogrom­nej ka­łuży i wy­je­chał na opu­sto­szałą szosę w kie­runku Wapna.

Czarna woda roz­ko­ły­sała się na boki, a kiedy z po­wro­tem spły­nęła do za­głę­bie­nia, znowu zmarsz­czył ją deszcz.

Ko­mi­sarz Ma­ria Her­man sie­działa w służ­bo­wej toy­ocie co­rolli. Sil­nik ter­ko­tał, na­wiew tło­czył cie­płe po­wie­trze do ka­biny. Raz po raz włą­czała wy­cie­raczki.

Z uwagą przy­glą­dała się lu­dziom, któ­rzy opusz­czali cmen­tarz, wy­gro­dzony be­to­no­wym pło­tem wśród pól na pół­noc od wsi. Wsie­dli do dwóch sa­mo­cho­dów i od­je­chali. Star­sze mał­żeń­stwo, ukryte pod pa­ra­so­lem, mi­nęło nie­ozna­ko­wany ra­dio­wóz Her­man i zbli­żyło się do skraju jezdni. Wtu­leni w sie­bie, męż­czy­zna i ko­bieta po­szli da­lej w stronę po­ciem­nia­łych chmur, wi­szą­cych zło­wrogo nad rów­niną.

Kiedy par­king opu­sto­szał, Ma­ria się­gnęła po starą no­kię 6310i i od­two­rzyła na­gra­nie z dyk­ta­fonu.

Do­brze pa­mię­tała mo­ment, w któ­rym trzy mie­siące wcze­śniej, w paź­dzier­niku dwa ty­siące dwu­dzie­stego dru­giego roku, spo­tkała się z Mie­czy­sła­wem Koł­czyń­skim w jego domu w Wap­nie. Co ja­kiś czas za­ci­skał oczy, wy­krzy­wiał twarz i pró­bo­wał prze­trwać na­pły­wa­jące fale nie­zno­śnego bólu. Bez­wied­nie na­pi­nał ciało. A po­tem, kiedy jego rysy ła­god­niały, uno­sił po­wieki, go­towy do dal­szej roz­mowy.

Cho­roba no­wo­two­rowa spra­wiła, że męż­czy­zna zna­cząco wy­chudł. Ko­szula wi­siała na nim jak na wie­szaku.

Her­man znała Koł­czyń­skiego je­dy­nie ze zdjęć za­cho­wa­nych w teczce ope­ra­cyj­nej, ru­mia­nego i okrą­głego na twa­rzy, młod­szego o co naj­mniej kil­ka­na­ście lat.

– Skąd ta na­gła zmiana ze­znań? – po­li­cjantka usły­szała swój głos, znie­kształ­cony przez urzą­dze­nie re­je­stru­jące.

Męż­czy­zna mil­czał.

Sie­dział wów­czas nie­ru­chomo, wpa­trzony w zdję­cie córki. Stało w po­zła­ca­nej ramce na po­bli­skiej ko­mo­dzie. Blon­dynka z pro­stymi wło­sami do ra­mion lekko się uśmie­chała. Her­man są­dziła, że w chwili ro­bie­nia zdję­cia dziew­czyna miała nie­mal osiem­na­ście lat, bo fo­to­gra­fia była po­więk­szoną ko­pią tej z do­wodu. W tam­tym cza­sie młoda Koł­czyń­ska ze­rwała kon­takt z oj­cem i wy­je­chała za gra­nicę.

– Mi­nęło sporo lat, pa­nie Mie­czy­sła­wie – za­uwa­żyła Her­man.

Za Koł­czyń­skim na pa­ra­pe­cie stał za­mio­kul­kas, który mar­niał, po­dob­nie jak wła­ści­ciel domu.

– Cho­dzi o to – pod­jął męż­czy­zna – że wtedy rze­czy­wi­ście mi się wy­da­wało, że wi­dzia­łem sa­mo­chód Nie­dziel­skiego. Ale to jed­nak nie był jego mer­ce­des.

– Jest pan pe­wien?

– Tak. Ab­so­lut­nie.

– Czyli w li­sto­pa­dzie dwa ty­siące trze­ciego roku świa­do­mie okła­mał pan po­li­cję.

– Nie, to nie tak.

– A jak? – Ma­ria miała ochotę za­pa­lić. Dło­nie świerz­biły ją, żeby się­gnąć do ple­caka po paczkę che­ster­fiel­dów, ale mu­siała się opa­no­wać.

Na ła­wie le­żał „Ku­rier Pa­łucki”. Pierw­szy ar­ty­kuł sporą czcionką gło­sił, że mia­sto szy­kuje się do wy­bo­rów bur­mi­strza. Znała to wy­da­nie, bo tuż obok opu­bli­ko­wano tekst przy­po­mi­na­jący ta­jem­ni­cze za­gi­nię­cie Jacka Ma­li­now­skiego przed dwu­dzie­stu laty.

Sku­piła wzrok na tłu­stej czcionce ty­tułu i wtedy po­czuła na so­bie spoj­rze­nie Koł­czyń­skiego.

– Oku­lar­nik ma po dwa okrą­głe re­flek­tory z każ­dej strony, ale te ze­wnętrzne są więk­sze – wy­ja­śnił. – A tam­ten sa­mo­chód miał ra­czej jed­na­kowe. Bar­dziej jak po­lo­nez.

– Chce mi pan po­wie­dzieć, że nie od­róż­nia po­lo­neza od mer­ce­desa? – po­wąt­pie­wała Her­man.

– Ła­pie mnie pani za słówka. Mó­wię tylko o kształ­cie re­flek­to­rów. A poza tym wtedy było ciemno. No i nie by­łem cał­kiem trzeźwy.

Ma­ria za­trzy­mała na­gra­nie.

Dwa­dzie­ścia lat temu Mie­czy­sław Koł­czyń­ski ze­zna­wał jako świa­dek w spra­wie kry­mi­nal­nej, któ­rej akta Her­man prze­glą­dała już od ja­kie­goś czasu. Cho­dziło o za­gi­nię­cie osiem­na­sto­latka, syna eme­ry­to­wa­nego po­li­cjanta i brata obec­nego pierw­szego za­stępcy ko­men­danta po­wia­to­wego po­li­cji w Żni­nie. Ja­cek Ma­li­now­ski ostatni raz był wi­dziany w ba­rze Szcze­pana Nie­dziel­skiego przy sta­rej dro­dze z Byd­gosz­czy do Po­zna­nia w so­botę wie­czo­rem dwu­dzie­stego pią­tego paź­dzier­nika dwa ty­siące trze­ciego roku. W nocy brat Jacka od­na­lazł w ro­wie przy dro­dze do Wapna jego charta, biały mo­to­ro­wer wy­pro­du­ko­wany w byd­go­skim Ro­me­cie. Obok le­żał kask dla pa­sa­żera, też biały.

Sprawa za­gi­nię­cia chło­paka i praw­do­po­dob­nego wy­padku przez lata po­zo­stała nie­roz­wią­zana. Mimo kilku wer­sji zda­rzeń śledz­two wciąż tkwiło w mar­twym punk­cie i Ma­ria Her­man także nie zła­pa­łaby za­ku­rzo­nej teczki, gdyby nie jedno zda­rze­nie. Kilka mie­sięcy temu je­den z ope­ra­cyj­nych dał jej znać, że scho­ro­wany Koł­czyń­ski, który wciąż za­glą­dał do kie­liszka, roz­po­wiada w ba­rach, że Nie­dziel­ski jest nie­winny, a on sam chce od­wo­łać dawne ze­zna­nia.

Po­li­cjantka uznała, że za tym twier­dze­niem musi się coś kryć. Po­winna tylko ze­skro­bać wierzch­nią war­stwę brudu za­le­ga­ją­cego na ak­tach.

Wzno­wiła od­twa­rza­nie na­gra­nia.

Szum za­stą­pił ci­szę, gdy w pew­nej chwili Her­man usły­szała za­re­je­stro­wane wła­sne wes­tchnie­nie.

– Wie pan, co o tym my­ślę? – spy­tała, a gdy męż­czy­zna nie za­re­ago­wał, do­dała: – Pan na­dal kła­mie.

– Musi mi pani uwie­rzyć – ode­zwał się w końcu. – To nie był oku­lar­nik Nie­dziel­skiego.

– Nie o to cho­dzi. Kła­mał pan od sa­mego po­czątku. Mam ra­cję? – chciała się upew­nić.

Koł­czyń­ski wzru­szył ra­mio­nami.

– Wpro­wa­dził pan po­li­cję w błąd.

– A na­wet je­śli, to co?

– Nic.

– Nic? Nie bę­dzie mnie pani stra­szyć pa­ra­gra­fami? Sta­wiać przed są­dem? – prych­nął.

– Nie, cho­ciaż po­win­nam to zro­bić, bo od­po­wie­dzial­ność za skła­da­nie fał­szy­wych ze­znań jesz­cze się nie przedaw­niła. Po pro­stu na­iw­nie wie­rzy­łam, że pana roz­li­cze­nie z prze­szło­ścią ma ja­kiś cel. Że wresz­cie chce pan po­wie­dzieć prawdę.

– Prawdę? Jaką prawdę?

– O tym, co się wtedy wy­da­rzyło.

– Ale ja nic nie wiem. Wi­dzia­łem tylko sa­mo­chód. To wszystko.

– Kto po­trą­cił mo­to­ro­we­rzy­stę?

– Nie wiem. Prze­cież nie było mnie przy wy­padku. Po pro­stu wi­dzia­łem ten wóz ja­kieś dwa ki­lo­me­try od tam­tego miej­sca. Ale za­pew­niam, że Nie­dziel­ski jest nie­winny. Niech so­bie to pani za­pi­sze.

– Zro­bię no­tatkę.

Her­man wstała i po­dzię­ko­wała za po­świę­cony czas, po czym wska­zała na zdję­cie córki Koł­czyń­skiego. – Ile Ania miała wtedy lat?

– Dzie­więt­na­ście.

– Czyli dziś ma trzy­dzie­ści dzie­więć. Pew­nie jest pan już dziad­kiem, prawda?

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, ale po­li­cjantka od­nio­sła wra­że­nie, że jego twarz po­ja­śniała.

– Wnuk czy wnuczka? – po­szła za cio­sem.

Koł­czyń­ski prze­łknął ślinę. Łzy wzru­sze­nia wy­peł­niły mu oczy.

– Niech pani już idzie – po­pro­sił.

Ma­ria Her­man pa­mię­tała, że za­nim wy­szła z po­koju, za­py­tała jesz­cze, czy kie­dy­kol­wiek wi­dział swoją wnuczkę. Miała na­dzieję, że uda jej się wy­ko­rzy­stać pęk­nię­cie w jego pan­ce­rzu. Strze­lała, je­śli cho­dzi o płeć dziecka, ale to nie miało żad­nego zna­cze­nia.

Koł­czyń­ski znie­ru­cho­miał, a po­tem ski­nął głową.

– Do­brze, że ma­rze­nia się speł­niają – od­parła po­li­cjantka. Gdy już była przy drzwiach, męż­czy­zna się ode­zwał:

– Mam na­dzieję, że to nie ona.

– Słu­cham? – za­wró­ciła i sta­nęła w progu po­koju.

– Że to nie moja córka go za­biła – po­wie­dział i ka­zał jej się na­tych­miast wy­no­sić.

Na­gra­nie do­bie­gło końca.

Na­si­la­jący się deszcz za­bęb­nił w dach i gło­śny szum ode­rwał Her­man od wspo­mnień.

– Czas to spraw­dzić, pa­nie Mie­czy­sła­wie – szep­nęła, spo­glą­da­jąc na cmen­tarz w Wap­nie.

Wrzu­ciła je­dynkę i od­je­chała spod ne­kro­po­lii.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki