Zaginiona kobieta - Mary Kubica - ebook
NOWOŚĆ

Zaginiona kobieta ebook

Kubica Mary

4,7

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna – po świetnie przyjętej „Tamtej kobiecie” – powieść Mary Kubicy.

Ludzie nie znikają ot tak, całkiem bez śladu.

 

Shelby Tebow ginie pierwsza. Niedługo później Meredith Dickey i jej sześcioletnia córka Delilah znikają niedaleko miejsca, w którym ostatnio widziano zaginioną kobietę. Czy te incydenty są ze sobą powiązane? Poszukiwania przynoszą więcej pytań niż odpowiedzi, a sprawa nie zostaje wyjaśniona. Jedenaście lat później Delilah nagle powraca. Wszyscy mieszkańcy chcą wiedzieć, co się z nią działo, ale czy są gotowi, aby poznać prawdę...

W tym przerażającym thrillerze Mary Kubica, mistrzyni suspensu, kreśli mroczny obraz małej społeczności, w której dochowywanie sekretów decyzuje o czyimś życiu i śmierci...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (57 ocen)
43
9
5
0
0
Sortuj według:
Macans

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna, przewrotna, o absolutnie nieprzewidywalnym zakończeniu. NIE można się oderwać.
00
djaneczka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna!
00
Ptys281

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam ☕
00
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

Dobry pomysł, szkoda tylko, że jeśli po przeczytaniu jakiejś części początku przewinie się strony pod koniec, wyjaśnienie zagadki nie wymaga powrotu do wcześniej czytanej strony. Mimo to 5 gwiazdek.
00
Felunia1981

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajnie się czyta. Wciągająca.
00

Popularność




Tytuł oryginału: Local Woman Missing
Copyright © 2021 by Mary Kyrychenko
Copyright © for the Polish translation by Maria Kabat Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2021
Redaktor prowadząca: MODESTIA KATARZYNA SARNA
Redakcja: RAFAŁ SARNA
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA, KATARZYNA SARNA
Projekt okładki: Kate Oakley © HQ 2021
Zdjęcie na okładce: © Magdalena Żyźniewska / Trevillion Images
Adaptacja okładki, projekt typograficzny i skład: MARZENA PIŁKO
Wydanie I
ISBN 978-83-66555-54-9
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]
Poznaj nasze inne książki. Zapraszamy do księgarni:www.poradniak.plfacebook.com/poradniaklinkedin.com/company.poradniakinstagram.com/poradnia_k_wydawnictwo
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Addison i Aidana

PROLOG

11 LAT WCZEŚNIEJ

Na kołnierzyku jego koszuli widnieje ślad czerwonej szminki. Widzi go, ale nic nie mówi. Po prostu stoi, bujając niemowlę w górę i w dół, niczym igła maszyny do szycia przebijająca się przez tkaninę. Wysłuchuje jego idiotycznych kłamstw, tego samego beznamiętnego „przepraszam za spóźnienie, ale...”, które recytuje niemal każdego wieczoru. Ma cały arsenał wymówek: korek na autostradzie, kolega z pracy z zepsutym samochodem, przedłużająca się rozmowa z jakimś klientem, który nie dostał odszkodowania po pożarze domu z powodu braków w dokumentacji. Im więcej słyszy od niego szczegółów, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu o jego zdradzie. Mimo to milczy. Kiedy próbuje go wypytywać, on zaczyna się denerwować. „Uważasz mnie za kłamcę?”, więc odpuszcza. Poza tym byłoby z jej strony moralnie dwuznaczne, gdyby robiła mu aferę o szminkę.

– Nic nie szkodzi – odpowiada i odwraca wzrok od śladu szminki.

Jedzą razem kolację. Oglądają telewizję.

Wieczorem usypia niemowlę, karmiąc je tuż przed snem, żeby nie obudziło się z głodu, kiedy jej nie będzie.

Mówi mu, że idzie pobiegać.

– Teraz? – dziwi się on.

Jest już po dziesiątej, kiedy staje w drzwiach sypialni w stroju i butach do biegania.

– Czemu nie?

Przygląda jej się nieco za długo nieodgadnionym wzrokiem.

– Kiedy ludzie robią takie głupoty, zawsze kończą w czarnym worku.

Nie jest pewna, jak powinna odebrać te słowa. Czy on ma na myśli bieganie samej po nocy, czy zdradzanie męża? Przekonuje samą siebie, że to pierwsze.

Przełyka głośno ślinę. Czekała na to cały dzień. Już dawno zdecydowała.

– A kiedy twoim zdaniem miałabym iść pobiegać?

Przez cały dzień siedzi w domu sama z dzieckiem. Nie ma chwili dla siebie.

– Rób, jak chcesz. – Wzrusza ramionami. Podnosi się z kanapy i przeciąga. Zaraz pójdzie spać.

Wychodzi frontowymi drzwiami. Nie zamyka ich, żeby nie musiała brać ze sobą kluczy. Biegnie tylko do pierwszego skrzyżowania, żeby ją widział, gdyby przyszło mu do głowy obserwować ją z okna sypialni.

Skręca za róg, zatrzymuje się i wysyła wiadomość: „Niedługo będę”.

Po chwili dostaje odpowiedź. „Do zobaczenia”.

Natychmiast wykasowuje konwersację z telefonu. Czy jej zdrada jest tak samo ewidentna jak zdrada jej męża? Czy to, co robi, jest tak oczywiste jak szminka na jego kołnierzyku? Chyba nie. Jej mąż jest porywczy. Gdyby miał chociaż cień podejrzeń, że jego żona wymyka się z domu, by bzykać się z jakimś facetem w samochodzie zaparkowanym przy Czwartej Alei, ślepej ulicy, która kończy się kilkadziesiąt metrów od ostatniego budynku mieszkalnego, z pewnością stłukłby ją do nieprzytomności.

Idzie ulicą. Noc jest cicha. To jedyny moment dnia, na który się cieszy, zatracona w oczekiwaniu na faceta, którego ledwie zna, i na to, żeby ją zaspokoił, sprawił, by na chwilę poczuła się dobrze.

Nie jest pierwszym mężczyzną, z którym zdradza męża. I nie będzie ostatnim.

Po urodzeniu dziecka próbowała z tym zerwać, starała się być wierna, ale okazało się to niewarte wysiłku.

Gość ma na imię Sam. Chyba, bo nie do końca mu wierzy. Spotyka się z nim od czasu do czasu już od miesięcy, za każdym razem, kiedy któreś z nich ma chcicę. Co najlepsze, poznała go, kiedy była już w ciąży. Dla niektórych facetów brzuch jest cholernie podniecający. Pomimo jej dodatkowych kilogramów Sam potrafił sprawić, że czuła się seksowna, czego nie mogła powiedzieć o swoim mężu.

Podobnie jak ona Sam również nie jest singlem, ma żonę. Zresztą nie jest jedynym facetem, którego ma na boku.

Te parę razy, kiedy uprawiali seks, Sam zawsze zdejmował obrączkę i kładł ją na desce rozdzielczej samochodu, zupełnie jakby ten gest w jakiś sposób umniejszał amoralność tego, co robią. Ona nie. Nie jest z tych, którzy żyją w poczuciu winy. Przekonała samą siebie, że to przez męża robi to, co robi. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Na niebie jest pełno gwiazd. Wpatruje się w nie przez chwilę w poszukiwaniu Wenus. Noc jest zimna. Jej ramiona pokrywa gęsia skórka. Myśli o jego samochodzie, o tym, jak będzie ciepło w środku, kiedy już do niego wsiądzie.

Głowę ma wciąż zadartą do góry, kiedy słyszy za plecami jakiś zbliżający się dźwięk. Odwraca się na pięcie, świdrując spojrzeniem ulicę, ale w mroku nie jest w stanie niczego dostrzec. Dochodzi do wniosku, że to pewnie jakieś dzikie zwierzę grzebiące w śmieciach, ale nie jest tego pewna. Znów się odwraca i rusza przed siebie, lekko przyspieszając. Nie należy do tych, które dają się łatwo wystraszyć, ale jej umysł zaczyna produkować różne „a co, jeśli...”. A co, jeśli to mąż ją przejrzał? A co, jeśli ją śledzi? A co, jeśli wie?

Przekonuje sama siebie, że na pewno nic nie wie. Bo i jak? Jest ekspertką w kłamaniu. Nauczyła się zachowywać pozory.

Ale co, jeśli żona wie?

Nie ma pojęcia, co „Sam” mówi swojej żonie przed wyjściem. Nie rozmawiają ze sobą o takich rzeczach. Ich jedyna wymiana zdań to te kilka słów, żeby wprawić się w nastrój.

„Ależ ślicznie dziś wyglądasz”.

„Czekałam na to cały dzień”.

Nie są zakochani. Nikt nie ma zamiaru nikogo zostawiać. Nic z tych rzeczy. Dla niej to jakaś forma ucieczki, ulgi, zemsty.

Znów hałas. Odwraca się i rozgląda – tym razem porządnie już wystraszona – ale nadal nic nie widzi. Jest podenerwowana. Nie może oprzeć się wrażeniu, że jest obserwowana.

Zaczyna biec, ale potyka się o niezawiązaną sznurówkę. Jej ruchy są nerwowe i nieskoordynowane, chce być już w samochodzie, z nim, a nie sama na ulicy. Jest ciemno, o wiele za ciemno jak dla niej.

Kątem oka wyczuwa jakiś ruch. Czy coś tam jest? Czy ktoś tam jest?

– Jest tam kto? – woła.

Noc jest cicha. Nikt nie odpowiada.

Próbuje odwrócić uwagę od hałasu, myśląc o nim i jego ciepłych, czułych dłoniach na jej ciele. Pochyla się, żeby zawiązać but. Kolejny dźwięk za jej plecami. Tym razem, kiedy podnosi wzrok, na horyzoncie widzi światła samochodu pędzącego o wiele za szybko. Nie ma dokąd uciec.

CZĘŚĆ PIERWSZA

DELILAH

TERAZ

Słyszę kroki. Niosą się nad moją głową. Mój wzrok podąża za dźwiękiem, chociaż nie ma przecież na co patrzeć. To tylko kroki, ale to bez znaczenia, bo na sam ich dźwięk serce wali mi jak oszalałe, nogi zaczynają się trząść, a coś w mojej szyi wściekle pulsuje.

To kobieta, wiem o tym, bo ona chodzi boso, a mężczyzna w butach. Jej kroki są jakby lżejsze niż jego. Nie dudnią tak mocno o podłogę. Jego kroki są donośne jak grzmot burzy w środku nocy.

Mężczyzna też jest na górze. Słyszę, jak kobieta mówi coś do niego. Słyszę jej obrzydliwy, wściekły głos, którym oznajmia, że pora dać nam coś do jedzenia. Mówi to takim tonem, jakby była zła o coś, co zrobiliśmy, chociaż o ile mi wiadomo, nie zrobiliśmy nic złego.

U szczytu schodów rozlega się dźwięk odsuwanego rygla. Drzwi otwierają się na oścież i wpuszczają do środka prostokąt światła, które kłuje mnie w oczy.

Mrużę oczy i wtedy ją dostrzegam. Stoi w tym swoim obrzydliwym szlafroku i równie obrzydliwych kapciach. Jej chude nogi z wystającymi kolanami są całe posiniaczone. Ma potargane włosy. Twarz wykrzywia grymas. Jest poirytowana, bo musi nakarmić mnie i Gusa.

Kobieta zgina się wpół i z brzękiem ciska coś na podłogę. Nawet jeśli dostrzega mnie chowającą się w ciemnościach, nie patrzy w moją stronę.

Miejsce, w którym nas trzymają, ma kształt pudełka. Cztery ściany, pośrodku jednej z nich schody biegnące w górę. Wiem o tym, bo zbadałam każdy centymetr szorstkich, chropowatych ścian gołymi rękami w poszukiwaniu drogi ucieczki. Przeliczyłam kroki od jednego rogu do drugiego. Piętnaście, plus minus, w zależności od długości moich kroków i od tego, jak bardzo urosły mi stopy. Bo że rosną, to wiem. Buty, które miałam na sobie, kiedy tu wylądowałam, są już na mnie za małe. Od dawna. Przestałam je nosić, kiedy zaczęły mnie uciskać. Mam jeden komplet ubrań. Nie wiem, skąd się tu wzięły, ale to na pewno nie te same ciuchy, które miałam na sobie, gdy tu trafiłam. Tamte przestały na mnie pasować już dawno temu. Wtedy kobieta przyniosła mi nowe. Strasznie była z tego powodu poirytowana, tak samo jak wtedy, kiedy musi dawać jedzenie mnie i Gusowi.

Codziennie mam na sobie to samo ubranie. Nie wiem, jak dokładnie wygląda, jest tu za ciemno, żebym mogła się przyjrzeć. Ale wiem, że to workowate spodnie i bluzka z o wiele za krótkimi rękawami, bo nieustannie muszę je obciągać, kiedy jest mi zimno. Gdy mój smród dociera do nozdrzy kobiety, zmusza mnie, żebym stała naga i zmarznięta na oczach Gusa, podczas gdy ona pierze moje spodnie i koszulę, nie szczędząc mi przy tym szyderstw. „Niewdzięczna mała zdzira”. Złości się, że musi czyścić mi ubranie.

Tu, gdzie nas trzymają, panują kompletne ciemności. Takie, że ludzkie oczy nie są w stanie się do nich przyzwyczaić. Od czasu do czasu macham swoją dłonią tuż przed nosem. Próbuję dostrzec jej ruch, ale nic z tego. Można by pomyśleć, że moja ręka zniknęła, opuściła moje ciało, w jakiś sposób oderwała się od niego. Ale to na pewno by bolało i popłynęłaby krew. Nie to, żebym ją zobaczyła, bo jak już wspomniałam, cholernie tu ciemno, ale na pewno poczułabym wilgoć. Czułabym ból kończyny odrywanej od reszty ciała.

Czasem bawimy się z Gusem w cykora. Chodzimy od ściany do ściany i sprawdzamy, kto pierwszy stchórzy i zatrzyma się przed uderzeniem twarzą w ścianę. Zasada jest taka, że trzymamy ręce wzdłuż ciała. Wyciąganie rąk przed siebie to oszukiwanie.

Kobieta wrzeszczy na nas ze szczytu schodów głosem ostrym jak ciernie na krzewach róż.

– Tu nie restauracja, a ja nie jestem kelnerką. Jak ktoś chce żarcia, to niech przyjdzie i je sobie weźmie – mówi.

Drzwi zatrzaskują się z hukiem. Słychać szczęk zamka, a potem oddalające się kroki.

Kobieta pewnie nie zawracałaby sobie głowy karmieniem mnie i Gusa, ale mężczyzna każe jej to robić, bo on „nie chce mieć krwi na rękach”. Słyszałam to określenie z jego ust już wcześniej. Przez długi czas próbowałam nie jeść, ale tylko kręciło mi się w głowie i byłam słaba. Potem ból brzucha zrobił się nie do zniesienia i po prostu musiałam zacząć jeść. Uznałam, że musi być lepszy sposób na śmierć niż zagłodzenie się. To za bardzo bolało.

No, ale to wszystko się działo, zanim pojawił się Gus. Potem już nie chciałam umierać. Gdybym umarła, Gus zostałby sam. A nie chciałam, żeby był w tym miejscu całkiem sam.

Odpycham się rękami od podłogi, żeby wstać. Jest twarda i zimna jak kamień. Tak twarda, że gdy siedzę w jednym miejscu zbyt długo, przestaję czuć swój cholerny tyłek. Najpierw cały drętwieje, a potem zaczyna mnie mrowić. Czuję zmęczenie w nogach, co trochę nie ma sensu, skoro robią niewiele poza leżeniem w jednym miejscu. Nie mają powodu do zmęczenia, ale chyba właśnie dlatego wydają mi się tak zmęczone. Zapomniały już, jak to jest spacerować i biegać.

Wlokę się w górę, schodek po schodku. Do pomieszczenia, w którym trzymają mnie i Gusa, nie dociera żadne światło. Jesteśmy pod ziemią. Nie ma okien ani nawet wąskiej szpary pod drzwiami, przez którą mogłoby wpadać światło. Mężczyzna i kobieta, którzy mieszkają na górze, trzymają całe światło dla siebie, ani myślą podzielić się nim ze mną i Gusem.

Czuję każdy swój krok po schodach. Pokonywałam tę trasę już tyle razy, że wiem doskonale, co robić, nie potrzebuję światła. Liczę schody. Jest ich dwanaście. Są zrobione z surowego drewna, takiego, że od samego chodzenia po nich wbijają mi się drzazgi w stopy. Nie widzę ich, ale czuję, jak mnie kłują. Wiem, że tam są. Mama zawsze wyciągała mi drzazgi pęsetą. Myślę o drzazgach uwięzionych pod moją skórą, zastanawiam się, czy same kiedyś wypadną, czy może zostaną tam na zawsze, przemieniając mnie stopniowo w jeżozwierza.

U szczytu schodów czeka psia miska dla mnie i Gusa. Nie widzę jej, ale czuję w dłoniach jej okrągły, gładki kształt. Kiedyś był w tym domu pies, ale już nie ma. Kiedyś zdarzało mi się słyszeć szczekanie i drapanie pazurów nad głową. Przez pewien czas wierzyłam, że któregoś dnia pies otworzy drzwi i mnie uwolni. Uwolni albo zagryzie na śmierć. Jeśli sądzić po odgłosach, był to wielki, zły pies.

Kobieta nie lubiła, kiedy pies szczekał. Wrzeszczała, żeby mężczyzna go uciszył – „Albo ty uciszysz tego kundla, albo ja to zrobię!” – aż wreszcie któregoś dnia szczekanie i drapanie ustało, ot tak. I już nie ma psa. Nigdy nawet nie widziałam go na oczy, ale zawsze wyobrażałam sobie, że wygląda jak Clifford z kreskówki – wielki i czerwony. Pewnie ze względu na jego potężne szczekanie.

W psiej misce jest coś brejowatego, jakby owsianka. Biorę to ze sobą na dół. Siadam na zimnej, twardej podłodze i opieram się o betonową ścianę. Proponuję jedzenie Gusowi, ale odmawia. Mówi, że nie jest głodny. Próbuję jeść, ale paćka jest obrzydliwa. Czuję, jakbym miała za chwilę wszystko zwrócić. Mimo to jem, chociaż z każdym kęsem jest mi coraz trudniej przełykać. Zmuszam się. Robię to tylko po to, żeby potem nie bolał mnie brzuch. W końcu nie wiadomo, kiedy kobieta znów przyniesie nam jedzenie.

Czuję ślinę napływającą do ust i nie jest to dobry objaw. To ten rodzaj ślinienia się, jaki pojawia się tuż przed rzyganiem. Dławię się breją, wymiotuję ją do ust, by po chwili połknąć z powrotem. Próbuję namówić Gusa, żeby zjadł choć trochę, ale on nie chce. Trudno mu się zresztą dziwić. Czasem głodowanie jest przyjemniejsze niż jedzenie tego, co daje nam ta kobieta.

Urządzili nam tutaj na dole toaletę, dla mnie i Gusa. Robimy tam, co trzeba, w ciemnościach, modląc się, żeby kobieta nie przyszła do nas, kiedy któreś akurat siedzi na klopie. Gus i ja mamy umowę. Kiedy on musi do toalety, ja idę na drugi koniec pomieszczenia i nucę, żeby nic nie słyszeć. Kiedy ja muszę do toalety, on robi to samo. Nie mamy tutaj papieru toaletowego. Nie mamy tutaj umywalki, żeby umyć ręce albo jakąkolwiek inną część ciała. Jesteśmy brudni jak siedem nieszczęść, ale takie sprawy nie mają tutaj żadnego znaczenia, jeśli nie liczyć tych momentów, kiedy nasz smród denerwuje kobietę.

Nie mamy tutaj szans na prawdziwą kąpiel, jednak od czasu do czasu dostajemy wiadro zimnej mydlanej wody. Mamy się wtedy rozebrać do naga, umyć się rękami do czysta, a potem stać, mokrzy i zmarznięci, aż wyschniemy.

Tu, gdzie nas trzymają, jest wilgotno. To zimna, kleista wilgoć, jakby pot. Tak jest przez cały czas. Woda sączy się przez ściany, czasem nawet płynie ciurkiem, kiedy na zewnątrz jest ulewa. Deszczówka zbiera się na podłodze obok mnie, tworząc kałuże. Brodzę w nich bosymi stopami.

Czasem słyszę w ciemności inne pluskanie. Słyszę drapanie maleńkich pazurów o podłogę i ściany. Wiem, że jest tu coś jeszcze, coś, czego nie widzę. Mam pewne podejrzenia, ale nie wiem na pewno, co to jest.

Wiem za to na pewno, że są tutaj pająki i rybiki. Ich też nie widzę, ale czasem, kiedy próbuję spać, czuję ich oślizgłe odnóża na swojej skórze. Mogłabym wrzasnąć z obrzydzenia, ale nic by to przecież nie dało. Niech sobie będą. Jestem pewna, że tak samo jak ja nie mają najmniejszej ochoty tutaj być.

Od kiedy jest ze mną Gus, nie jestem już zupełnie sama. Lepiej mi ze świadomością, że nigdy nie jestem sama i że jest ze mną ktoś, kto jest świadkiem tych wszystkich okropieństw, które robi mi kobieta. To zazwyczaj ona mnie katuje, bo nie ma w sobie nawet odrobiny dobra. Mężczyzna może jest od niej ciut lepszy, bo czasem, kiedy kobiety nie ma w domu, przynosi na dół jakiś smakołyk, na przykład landrynkę albo coś podobnego. Gus i ja zawsze jesteśmy mu niesamowicie wdzięczni, ale z tyłu głowy zawsze kołacze mi się pytanie, co stoi za tą jego uprzejmością.

Nie wiem, ile mam lat. Nie wiem, od jak dawna mnie tutaj trzymają.

Cały czas jest mi zimno. Ale kobieta z góry ma to totalnie w nosie. Kiedyś powiedziałam jej, że jest mi zimno, a ona się na mnie wściekła, zwyzywała od „wredot” i „niewdzięcznic”, a ja nie wiem nawet, co te słowa właściwie znaczą.

Kobieta w ogóle często mnie wyzywa. Gdybym nie znała swojego imienia, mogłabym pomyśleć, że nazywam się „debilka” albo „przygłup”, a nie Delilah.

„Chodź po swoje żarcie, debilko”.

„Przestać marudzić, ty przygłupie”.

Mężczyzna przyniósł mi kiedyś koc. Pozwolił mi raz spać pod nim przez całą noc, ale potem mi go zabrał, żeby kobieta się nie dowiedziała.

Nie odróżniam już dnia od nocy. Kiedyś, dawno temu, światło oznaczało dzień, a mrok oznaczał noc, ale tutaj już nie. Teraz zawsze jest ciemno. Śpię tak dużo, jak się tylko da, bo co innego jest tutaj do roboty poza gadaniem z Gusem i bawieniem się w cykora? Czasem nie mogę nawet rozmawiać z nim, bo wtedy kobieta się na nas wścieka. Wrzeszczy z góry, że mam skończyć z tym jazgotem, bo zaraz zejdzie i uciszy mnie na dobre. Gus mówi tylko szeptem, bo nie chce mieć kłopotów. Jest strasznym tchórzem. Nie to, żebym miała mu to za złe. Gus jest tym grzecznym. Ja jestem ta zła. To ja zawsze mam kłopoty.

Próbowałam liczyć, ile dni już tu siedzę, ale nie miałam, jak tego robić, skoro nie wiedziałam, kiedy jest noc, a kiedy dzień. Dlatego już dawno temu dałam sobie spokój.

To dźwięki z góry pomagają mi odmierzać czas. Teraz słyszę donośne głosy kobiety i mężczyzny, głównie wymyślają sobie od najgorszych, jak zwykle. Nigdy nie bywają dla siebie mili. Wolę, kiedy są głośno, bo kiedy się kłócą, nie zwracają uwagi na mnie i Gusa. Najbardziej przeraża mnie, gdy są cicho.

Odstawiam na bok psią miskę. Zjadłam, ile mogłam. Jeśli spróbuję wcisnąć coś jeszcze, zwymiotuję. Po raz kolejny proponuję resztkę jedzenia Gusowi, ale on wciąż odmawia. Nie jestem pewna, jakim cudem jeszcze żyje, skoro tak mało je. Nigdy nie udało mi się przyjrzeć mu w tych ciemnościach, ale podejrzewam, że sama z niego skóra i kości. Parę razy udało mi się zerknąć na niego krótko, kiedy przez otwarte drzwi wpadała do nas odrobina światła. Ma brązowe włosy. Jest wyższy ode mnie. Podejrzewam, że ma miły uśmiech, ale tutaj pewnie nigdy się nie uśmiecha. Ja zresztą też nie.

Łyżka dzwoni o miskę. Sięgam po nią i zaciskam w dłoni. Z jakiegoś powodu zaczynam myśleć o tych momentach, kiedy kobieta schodzi do nas na dół. Nie lubię tego ani trochę. Przychodzi tylko wtedy, kiedy jest wściekła i potrzebuje się na kimś wyżyć.

Gus musiał usłyszeć brzęk łyżki. Pyta, co zamierzam z nią zrobić. Czasem mi się wydaje, że potrafi czytać mi w myślach.

– Mam zamiar ją sobie zatrzymać – mówię.

Gus mówi, że taką okrągłą łyżką przecież nie uda mi się nikogo zranić, jeśli to właśnie chodzi mi po głowie. Tak, właśnie to.

– Jeśli nie oddasz kobiecie łyżki, będziesz miała przez to tylko kłopoty – mówi. Nie widzę wyrazu jego twarzy, ale wyobrażam sobie, że jest zmartwiony. Gus ciągle się zamartwia.

– Jeśli znajdę jakiś sposób, żeby ją zaostrzyć, uda mi się kogoś zranić.

Liczę na to, że kobieta będzie na tyle głupia, że nie zauważy brakującej łyżki, kiedy przyjdzie po miskę. Wrzucam resztę brei do klozetu, by nie zezłościła się na nas, że nie zjedliśmy do końca tego, co dla nas przygotowała. Kładę pustą miskę na szczycie schodów i zastanawiam się, jak mogę sprawić, żeby okrągła łyżka stała się ostra jak włócznia.

Nie mam zbyt wielkiego pola manewru tutaj, gdzie nas trzymają. Mężczyzna i kobieta nic nam nie dają. Nie mamy żadnych ubrań poza tymi, w które jesteśmy ubrani, żadnych koców, poduszek, niczego. Jedyne, co mamy, poza czterema ścianami i podłogą, to swoje towarzystwo i ohydną toaletę w kącie czarnego jak noc pomieszczenia.

Dopiero po nieudanych próbach zaostrzenia łyżki o ściany i podłogę decyduję się spróbować z ubikacją.

Nie wiem nic o sedesach poza tym, że jest to miejsce, w którym się załatwiam, i że nasza ubikacja nie była ani razu czyszczona. W tym wypadku panujące ciemności są błogosławieństwem. Nie chcę oglądać tego, co jest w środku. Nie po tych wszystkich kupach, które tam wylądowały, a po których nikt nie sprzątał. Potworny smród wystarczy, żeby wywołać u mnie odruch wymiotny.

– Dokąd idziesz? – pyta Gus, kiedy zaczynam kierować się z łyżką w stronę ubikacji.

Oboje zawsze wiemy, co robi druga osoba, nie musimy nic widzieć. Jesteśmy tu razem już tak długo, że przyzwyczailiśmy się do siebie i znamy swoje zwyczaje.

– Zobaczysz – odpowiadam tylko.

Zawsze rozmawiamy szeptem. Jestem niemal pewna, że mężczyzna i kobieta, którzy mieszkają na górze, są teraz poza domem, bo nie tak dawno słyszałam dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, a później ich donośne kroki nagle umilkły. Nikt nie rozmawia, nikt nie krzyczy, telewizor też nie buczy.

Ale nie jestem stuprocentowo pewna, że ich nie ma. Bo jeśli są, nie chcę, żeby podsłuchiwali nas i wiedzieli, co robię z ukradzioną łyżką. Dostałabym niezłe lanie, gdyby się o niej dowiedzieli – albo i gorzej. Nigdy wcześniej nie próbowałam stąd uciekać ani zrobić broni, ale rozsądek podpowiada mi, że za coś takiego czeka mnie gorsza kara niż za niedokończenie posiłku albo poskarżenie się, że jest mi zimno.

Przez dłuższą chwilę macam dłońmi sedes. Próbuję wyczuć jakąś ostrą powierzchnię, ale muszla jest gładka jak pupa niemowlaka. Już mam się poddać i jestem przekonana, że nie znajdę tu niczego, czym mogłabym naostrzyć łyżkę, kiedy przypadkiem odkrywam, że pokrywę można zdjąć. Podnoszę ją rękami. Jest cięższa, niż myślałam, tak ciężka, że prawie ją upuszczam.

– Co się dzieje? – dopytuje się Gus, a w jego głosie słychać panikę.

Wydaje mi się, że Gus jest młodszy ode mnie, sądząc po tym, jaki jest strachliwy, mimo że jest ode mnie wyższy. Ale przecież każdy może być tchórzem bez względu na wiek i wzrost.

– Nic się nie dzieje – uspokajam go. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym upuściła pokrywę. Delikatnie kładę ją do góry nogami na podłodze. – Nie martw się. Nic złego się nie dzieje. Wszystko w porządku.

Z Gusa jest niezły histeryk. Zastanawiam się, czy zawsze taki był, czy stał się nim przez mężczyznę i kobietę z góry. Jakim dzieciakiem był Gus, zanim tu trafił? Czy wspinał się po drzewach, łapał żaby i łaził nocą na cmentarz, żeby bawić się w duchy, czy może non stop czytał książki i bał się ciemności? Kiedyś próbowaliśmy o tym rozmawiać, ale zrobiło mi się wtedy strasznie smutno i skończyło się na tym, że powiedziałam Gusowi, że jednak nie chcę o tym gadać. Bo w większości moich najwcześniejszych wspomnień, które mam, są już mężczyzna i kobieta, a także wszystkie te okropieństwa, które mi robią i których nie lubię.

Zachowali gazety z okresu, kiedy zaginęłam. Kobieta czytała mi na głos artykuły o mnie, opowiadała, co stało się z moją mamusią, pokazywała mi zdjęcia mojego zapłakanego tatusia stojącego przed naszym dużym niebieskim domem. Opowiadała mi, że policja mnie szuka. A niedługo potem oznajmiła mi z satysfakcją, napawając się moją reakcją, że policja już przestała mnie szukać. Że moje zniknięcie to stara sprawa i że udało im się bezkarnie zabrać dziecko, które nie było ich.

– Kradzież dzieci – prychnęła. – Najprostsza rzecz na świecie.

Wracam do badania toalety. Muszla jest wypełniona po brzegi obrzydliwą cieczą. Omyłkowo wkładam do niej rękę aż po łokieć. Wzdrygam się i wymachuję nią, żeby chociaż trochę ją osuszyć. Nie jestem pewna, czy to siki, czy coś innego. Potem przyklękam i przesuwam palcami wzdłuż wnętrza pokrywy sedesu. Jest zupełnie inne niż pozostała część ubikacji, jakby zapiaszczone i chropowate, ani śladu gładkości niemowlęcej pupy. Natrafiam palcami na wyszczerbioną krawędź. To może być dokładnie to, czego mi potrzeba.

Gus się zamartwia, że cokolwiek chcę zrobić, nie skończy się to dobrze. Już od dłuższego czasu próbuję mu wytłumaczyć, że jeśli chcemy kiedykolwiek się stąd wydostać, nie mamy innej opcji. Ale na tym właśnie polega problem z Gusem. Woli tu zostać, niż ryzykować, że go złapią, kiedy będzie próbował uciec.

Przesuwam brzegiem łyżki po wyszczerbionej krawędzi w górę i w dół. Co pewien czas zahaczam o nią kostkami palców i czuję, jak obciera się na nich skóra. Piecze jak cholera, ale nie przestaję pracować. Zajmuje mi to trochę czasu, ale wreszcie krawędź pokrywy zaczyna haratać łyżkę. Nie jest jeszcze co prawda ostra jak włócznia, ale nierówna, poszarpana w sposób, który daje nadzieję na zaostrzenie jej, jeśli tylko będę pracować nad tym wystarczająco długo.

– Nie powinnaś tego robić – mówi Gus.

– Dlaczego? – pytam.

– Zabiją cię.

Przesuwam palcem wzdłuż postrzępionego brzegu łyżki i po raz pierwszy od bardzo dawna czuję coś na kształt nadziei.

– Nie, jeśli ja zabiję ich pierwsza.

Nigdy wcześniej nie myślałam o skrzywdzeniu albo zabiciu kogokolwiek. Ja taka nie jestem. Nie mam w sobie ziarna zła, a w każdym razie tak mi się wydawało, dopóki tutaj nie trafiłam. Ale bycie zamkniętym w tak ciemnym miejscu przez tak długi czas robi dziwne rzeczy z umysłem człowieka. Coś się zmienia w jego głowie. Staje się kimś innym. Nie jestem tą samą osobą, którą byłam, zanim mężczyzna i kobieta mnie porwali.

Gdyby nie Gus, nie wytrzymałabym tutaj zbyt długo. Gus to najlepsze, co mogło mi się przytrafić.

Nie jestem pewna, kiedy dokładnie do mnie dołączył. Wiem tylko, że któregoś dnia pojawił się jakby znikąd, kiedy głęboko spałam. Zasnęłam, a kiedy się obudziłam, już tutaj był, płacząc w kącie, w jeszcze gorszym stanie niż ja.

Wytłumaczył mi, że kobieta i mężczyzna otworzyli drzwi piwnicy, zrzucili go po schodach, a potem zostawili w ciemności. Gus miał wtedy dwanaście lat. Bóg jeden wie, czy nadal ma tyle lat.

Kiedy przestał płakać, opowiedział mi, że posłużyli się swoim wielkim psem, żeby zwabić go do samochodu. Ich czerwony Clifford był przynętą. Biedny Gus bardzo lubił psy. Nie mógł się powstrzymać, kiedy kobieta z miłym uśmiechem zapytała, czy chciałby go pogłaskać. A pies tak uroczo wystawiał głowę przez okno auta.

Gus był tego dnia na placu zabaw. Zanim go uprowadzili, bawił się samotnie piłką, rzucał do kosza. Nie było wokół nikogo, kto mógłby zauważyć, co się wydarzyło. Została po nim tylko piłka. Zastanawiam się, czemu Gus grał w kosza zupełnie sam – czy to znaczyło, że nie miał żadnych przyjaciół? Ale nigdy go o to nie pytam. Zresztą to i tak nie ma już żadnego znaczenia. Bo teraz ma mnie.

Dzień i noc pracuję nad łyżką. Nie mam pojęcia, jak długo już się tym zajmuję, ale udało mi się zetrzeć ją tak, że doczekałam się czegoś na kształt ostrza. Nie jest może idealne, jest nierówne i poszarpane, ale na samym czubku metal jest na tyle cienki, że kiedy przesuwam po nim palcem, czuję ból. Jestem zbyt tchórzliwa, żeby wbić je na tyle mocno, by poleciała krew, ale wiem, że niebawem będę musiała je przetestować. Będę musiała sprawdzić, czy spełnia swoje zadanie.

Straciłam już rachubę, nie mam pojęcia, od jak dawna wydrapuję to cholerstwo. Na tyle długo, że moja ręka jest zmęczona jak wszyscy diabli. Gus się zaofiarował, że zrobi to za mnie, ale się nie zgodziłam, bo nie chcę, żeby miał kłopoty. Wiem, że wcale nie zamierza mi pomagać, bo jest śmiertelnie przerażony tym, co robię. Po prostu chciał być miły, ale ja muszę mieć pewność, że jeśli ktoś ma oberwać za tę łyżkę, to będę to ja.

Kiedy nie pracuję nad przygotowaniem ostrza, chowam łyżkę wewnątrz muszli klozetowej, nakładam z powrotem pokrywę i ją zamykam. Ale w tej chwili łyżka nie jest ukryta, bo ciężko nad nią pracuję, mimo że mężczyzna i kobieta są na górze. Jeśli mamy się stąd wydostać, po prostu nie mam innego wyboru. Pokrywa leży na ziemi obok sedesu. Działam na pełnych obrotach, kiedy nagle słyszę, jak kobieta mówi do mężczyzny, że musi nas nakarmić. Drzwi otwierają się gwałtownie, bez ostrzeżenia i znów w oczy razi mnie wąski pas światła.

Kobieta staje u szczytu schodów.

– Kolacja jest – rzuca, a ja nie ruszam się z miejsca. Zazwyczaj, kiedy to mówi, po prostu stawia psią miskę na najwyższym schodku i odchodzi. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj, po tym, jak żadne z nas nie rusza się w jej stronę, warczy: – Ile razy mam powtarzać, że nie jestem niczyją cholerną kelnerką, a to nie jest żadna cholerna restauracja? Ruszać dupsko po kolację, liczę do pięciu. Pięć... – zaczyna odliczanie.

Zerkam na Gusa, który jest sztywny ze strachu. To ja muszę tam pójść, bo on nie jest w stanie się ruszyć.

– Cztery...

Orientuję się, że przyspieszyła z liczeniem, przez co mogę nie zdążyć z odłożeniem łyżki do toalety, nałożeniem po cichu pokrywy i podbiegnięciem do schodów na odrętwiałych nogach. Nie jestem głupia. Wiem dobrze, ile sekund minie, zanim dojdzie do „jeden”. Nie jest to dużo. Pamiętam, jak się liczy, pamiętam matematykę. Moje dawne ćwiczenia z matmy to jedna z tych rzeczy, które rozwiązuję w głowie, kiedy jestem już naprawdę śmiertelnie znudzona. Wiem, że kobieta zaraz powie „jeden”.

– Trzy... – mówi, a ja czuję, że nie mam szans dobiec na czas.

Trzęsą mi się ręce i nogi. Serce głośno wali. Kątem oka zerkam w biegu na Gusa.

Siedzi na podłodze, z nogami przyciągniętymi do klatki piersiowej, kompletnie wystraszony, bliski łez.

Kobieta kończy odliczanie dokładnie w momencie, w którym moje stopy lądują na najniższym stopniu. Patrzy na mnie z samej góry. Muszę mrużyć oczy, żeby ją zobaczyć, bo nie jestem przyzwyczajona do światła. Stoi tam, trzymając w ręku tę obrzydliwą papkę w psiej misce. Słyszę jej okrutny śmiech. Upaja się tym, że przybiegam przerażona.

– Nie jesteś głodna? – Patrzy na mnie z wyższością. Nie czeka na odpowiedź. – Sądzisz, że będę tak tu stała cały dzień i czekała, aż łaskawie przyjdziesz po swoje jedzenie? – pyta, zanim choćby otworzę usta.

– Nie, psze pani – odpowiadam, a usta mi drżą.

– „Nie, psze pani” co? – dopytuje ostro.

– Nie, psze pani, nie sądzę, że będzie pani tak tu stała cały dzień i czekała, aż łaskawie przyjdę po jedzenie – recytuję, a słowa z trudem przechodzą mi przez gardło.

– Nie jesteś głodna? – dopytuje, a ja muszę zastanowić się przez chwilę nad poprawną odpowiedzią.

Jestem głodna. Tylko że nie mam ochoty na to jedzenie, które mi daje. Ale jeśli jej to powiem, wścieknie się na mnie, bo przecież tyle się napracowała, żeby dać mi jeść.

– Jestem głodna, psze pani.

– Mogłabyś okazać od czasu do czasu trochę wdzięczności. Nie muszę cię karmić, wiesz o tym? Równie dobrze mogłabym cię tu zostawić, żebyś zdechła z głodu.

– Przepraszam, psze pani – mówię ze spojrzeniem wbitym w ziemię, żeby nie widzieć okropnej twarzy kobiety.

– A co tam robiłaś tyle czasu, że nie mogłaś podejść wcześniej? – zastanawia się.

Nie podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy, zupełnie jakby wiedziała coś, czego nie powinna. Czuję ucisk w żołądku. Zastanawiam się, czy podejrzewa, że coś kombinuję. Sztywnieję ze strachu. Ale moja łyżka jest schowana głęboko w czeluściach toalety, kobieta nigdy jej tam nie znajdzie. Moja łyżka jest bezpieczna, a w związku z tym ja również jestem bezpieczna, przynajmniej na jakiś czas.

– Spałam – kłamię.

– Coś ty powiedziała? – Nagle wygląda na jeszcze bardziej wściekłą niż wcześniej. Aż czerwienieje na twarzy.

Zbyt późno dostrzegam swój błąd.

– Spałam, psze pani – poprawiam się. Mam nakaz kończenia każdej wypowiedzi grzecznym „psze pani”. W ten sposób mam okazywać szacunek za to wszystko, co kobieta dla mnie robi. Inaczej czeka mnie kara.

Kobieta przez dłuższą chwilę milczy. Przygląda mi się świdrującym spojrzeniem. Nie podoba mi się jej milczenie. To właśnie wtedy przeraża mnie najbardziej.

– Wygląda na to, że jednak nie będzie dzisiaj kolacji – mówi, a potem dorzuca pod nosem: – Niewdzięczna suka.

Odwraca się i zabiera ze sobą breję. Zatrzaskuje z hukiem drzwi i przekręca zamek. Robię krok do tyłu i opadam z drewnianego stopnia na twardą betonową podłogę. Gdyby najgorszym, co może mnie spotkać, było odebranie dzisiejszej kolacji, mojej i Gusa, znaczyłoby to, że mi się upiekło.

Ale nie jestem głupia. Wiem, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
.