Żądza życia - Tomasz Tomaszewski - ebook + książka

Żądza życia ebook

Tomasz Tomaszewski

0,0
35,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Niektórzy zabijają, by się zemścić. Inni – by poczuć, że wciąż żyją. Nikodem Wiśniewski, seryjny morderca, przez lata wymierzał sprawiedliwość na własnych zasadach. Tym razem sam stał się ofiarą. Uwięziony w pokoju śmierci przez Lenę i Sandrę walczy o przetrwanie. Przy życiu trzyma go tylko jedna myśl – zemsta. W tym samym czasie policjantka Justyna Karlicka odkrywa, że za tragedią jej rodziny stoją te same kobiety. Nie wierzy już w skuteczność prawa, więc zaczyna działać na własną rękę. Śledztwo prowadzi ją do Bratucic, gdzie odnajduje wycieńczonego Nikodema. Podczas konfrontacji Justyna zostaje ciężko ranna, a Sandra Pikulsky znika. Wiśniewski rozpoczyna bezwzględne polowanie. Każdy kolejny trop odsłania wydarzenia, jakie przed laty rozegrały się na Krecie i których skutki odczuwa do dziś. W końcu dociera na Filipiny. To właśnie tam odnajduje ślad Sandry. Tym razem nie zamierza odpuścić. Nie spocznie, dopóki nie wyrówna rachunków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 281

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tomasz Tomaszewski

Żądza życia

W zemście i miłości kobieta

jest większym barbarzyńcą niż mężczyzna.

Fryderyk Nietzsche

Póki jest nadzieja na zemstę,

można wiele przetrzymać.

Janusz Głowacki

Rozdział pierwszy

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego pozwoliłem, aby mnie tak potraktowała. Pierdolona zdzira! Zaciskam pięści tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w skórę. Serce tłucze się w piersi jak młot, a puls rozsadza skronie. Leżę na sofie w ciemności, przykuty łańcuchem do ściany w pokoju, w którym przez lata zabijałem bezwartościowe suki. Roztrzęsiony, wściekły i pełen nienawiści do Leny Leśniewskiej. Podstępna suka pracowała nade mną bardzo skutecznie. Udawała zakochaną, aby mnie zniewolić i pomóc swojej przyjaciółce w akcie zemsty. Uwiodła mnie, a ja jak głupek straciłem dla niej głowę. A teraz mogę ją stracić dosłownie. Wykorzystała śmierć mojej ukochanej Karoliny do zdobycia mojego zaufania. Podeszła mnie sprytnie i bez żadnych skrupułów. Udawała i grała – tak skutecznie, że doprowadziła do momentu, w którym zostałem tutaj uwięziony. Przyczyniła się do śmierci mojej dziewczyny, a może to nawet ona zadała jej śmiertelny cios. W każdym razie nie wyczułem podstępu i to mnie zgubiło.

Zrywam się, szarpię klamrę zaciskającą moją kostkę, ale ona nie ustępuje. Żelazo wbija mi się w skórę, a ból tylko podsyca narastającą we mnie furię. Dałem się oszukać jak naiwny małolat. To doprowadza mnie do szału. Krzyczę, ale mój głos odbija się od ścian – nikt nie odpowiada. Leśniewska od początku naszej znajomości czerpała satysfakcję z tego, że z każdym dniem coraz bardziej się nią fascynowałem. Żołądek zaciska się w bolesnym skurczu, a w gardle narasta piekąca gula. Mdli mnie. Czuję, jak coś we mnie rozrywa się na strzępy. Jestem na skaju wytrzymałości. Przełykam ślinę, ale jest gorzka jak trucizna. Zdaję sobie sprawę, że sam doprowadziłem do tej beznadziejnej sytuacji, i wkurza mnie to ogromnie. Jestem winny temu, że tkwię tutaj jak więzień.

Odwracam głowę w bok, zaciskam zęby tak mocno, że aż bolą mnie szczęki. Zatraciłem się w Lenie, nie dostrzegając żadnych ostrzeżeń. Byłem ślepy, naiwny. Idiota! Zauroczony, a nawet zakochany, przestałem myśleć racjonalnie, pozwalając, by emocje mną zawładnęły. Teraz inne uczucia mnie niszczą, rozrywają od środka, jakby ktoś wbijał mi tysiące igieł w każdą komórkę ciała. Ból jest nie do zniesienia. Mam ochotę wrzeszczeć, walić głową w ścianę, zrobić cokolwiek, co zagłuszy tę wściekłość. Moje serce krwawi, a zmysły eksplodują. Czuję pot na karku, śliski, lepki, jakby nawet mój własny organizm też chciał mnie zdradzić. Świadomość, że jestem zamknięty w swoim domu, w pokoju śmierci, powoduje, że drżę, a nerwowe ruchy przejmują nade mną kontrolę. Oddycham płytko. Muszę się uspokoić, ale jak, do cholery, mam to zrobić?

Leśniewska ukartowała wszystko z córką Magdy, Sandrą. Magda, moja licealna miłość, z którą zabijałem w liceum, uknuła podstępny plan. W jej mniemaniu to ja ponoszę winę za nasze rozstanie. Wróciła po latach z USA, chcąc przejąć mój majątek, a mnie zabić. Udało mi się ujść z życiem dzięki Karolinie, ale mało brakło, aby odprawiła mnie na tamten świat. Na szczęście moja ukochana w porę ją odstrzeliła. O jej córce nie miałem pojęcia. Dziewczyna wdała się w matkę, postanowiła się ze mną rozprawić i zemścić za śmierć rodzicielki.

Nagle w gardle pojawia się suchość. Z trudem przełykam ślinę. Duma pęka, jakby ktoś wbił w nią nóż i przekręcił ostrzem. Zagryzam wargi do krwi, bo pozwoliłem im zrealizować misterny plan zemsty. Czuję metaliczny posmak na języku, ale nawet to nie jest wystarczającą karą za moją głupotę. Gdzie ja miałem oczy?! Skupiałem się na odzyskaniu Karoliny, zaślepiony jej losem, nie widząc potwora, który czaił się tuż obok.

Zaciskam powieki. Gdybym tylko mógł cofnąć czas, gdybym tylko…

Lena działała z premedytacją. Cierpliwie i zabójczo skutecznie. Jak jadowity wąż. Czekała na moment, by zatopić kły w moim ciele. Nie żal mi gliniarzy, których zamordowały, ale nie rozumiem, co zawiniły im dzieci. Najbardziej uderza mnie obraz skatowanej Karoliny – jest jak cios w brzuch. Skręca mnie od środka. Zaciskam powieki, próbuję odgonić myśli, ale wracają, jeszcze intensywniejsze. Serce łomocze mi w piersi, czuję fizyczny ból. Znęcały się nad nią, torturowały ją, w końcu zabiły… Gardło pali mnie żywym ogniem. Obie są całkowicie zjebane. Bestie bez krzty człowieczeństwa. A najgorsze jest to, że nie mam pomysłu, jak się uwolnić, by je zajebać. Ale znajdę sposób. Muszę.

Drzwi zatrzasnęły się za tymi pieprzonymi dziwkami jakiś czas temu. Cisza w pokoju jest gęsta jak smoła, lepi się do skóry, dławi myśli. Każdy szmer w mojej głowie brzmi jak wycie. Wiem, że wrócą, żeby mnie wykończyć. Zapewne będą pastwić się nade mną godzinami, może nawet dniami, delektując się moim cierpieniem, nim wyzionę ducha. Takim psychopatkom sprawi to dziką przyjemność. Nie, kurwa. Nie pozwolę na to.

Otwieram szerzej oczy, oddech staje się płytszy. W mózgu zapala się iskra. Uwięziły mnie tutaj i zostawiły samego tylko w jednym celu. Doskonale wiedzą, że będę przeżywał swoją porażkę i śmierć Karoliny. Moja bezradność jest ich siłą. Zapewne upajają się teraz swoim sukcesem, przygotowując się do wyprawienia mnie na tamten świat. Nie dam im tej satysfakcji!

Popełniłem w życiu dużo błędów, ale te ostatnie wiążą się z koszmarnymi konsekwencjami. Tak wkurzony na siebie jeszcze nie byłem. Nikodem Wiśniewski – seryjny morderca, wodzący za nos policję, planujący i przewidujący, nieomylny drapieżnik skończy rozczłonkowany, zakopany na własnym terenie. Żałosny koniec znanego krakowskiego dewelopera.

Jak o tym myślę, zalewa mnie krew. Dłonie drżą mi z gniewu, ale też… z czegoś jeszcze. Determinacji. A więc muszę odzyskać kontrolę. Przygotować się na ich powrót.

Staram się wyciszyć, uspokoić myśli. To jedyna droga do przetrwania. Zamykam oczy, koncentrując się na oddechu. Wdech. Wydech. Panika i zaakceptowanie porażki nic nie dadzą. Nie godzę się na plan tych pojebanych morderczyń. Nie pozwolę im wygrać.

Budzi się we mnie żądza życia, a razem z nią coś jeszcze – głód zemsty. Muszę ukarać podłe kobiety, by poniosły karę. Muszę przeżyć. Muszę wygrać. Zamordowanie Karoliny nie może ujść im płazem. Jeszcze nie wiem jak, ale znajdę sposób, by się uwolnić i je dorwać. Nie będzie dla nich litości.

Nie odbiorę im życia od razu. Pozwolę poczuć im strach, który wpompowały w moją ukochaną. Poznęcam się nad nimi tak, że będą błagały o śmierć. Nie odpuszczę. Nigdy. W pierwszej kolejności zajmę się Leną Leśniewską. To ona sprawiła, że zacząłem się nią interesować i straciłem dla niej głowę. Dowiem się, czy znęcały się nad Karoliną razem, czy na zmianę. Pomszczę jej śmierć.

Po wszystkim nic nie będzie już takie samo. Ulga po wymierzeniu sprawiedliwości ukoi moje zmysły, ale nie sprawi, że moje życie znów będzie piękne. Z Karoliną u boku miałem dla kogo żyć. Bez niej zostałem sam z tą pieprzoną żądzą mordu, która teraz wysuwa się na pierwszy plan. To nieważne. Jeszcze nie teraz. Teraz muszę się skupić. Nie mogę dać się sponiewierać. Muszę znaleźć sposób, aby wyjść z tej sytuacji i przejąć kontrolę. Inaczej skończę marnie.

Żądza życia rozkwita. To ona powinna stłamsić żądzę mordu. Jeśli tak się nie stanie, przegram. Kurwa, w końcu to mój dom! To tutaj pozbawiałem życia złych ludzi. To ja tu rządzę. A skoro tak, muszę wyjść z tego cało.

Lena i Sandra zasługują na najgorszą możliwą śmierć. Nie dam się pokroić jak mięso na obiad, bo jeśli im się uda, ich chore plany zostaną zwieńczone pełnym sukcesem. A na to nie mogę pozwolić. Zaczekam na ich powrót i spróbuję swojej szansy. Nic innego mi przecież nie zostało.

Rozdział drugi

Stawiam kroki ostrożnie, niemal na palcach, choć wiem, że skrzypienie podłogi mogło mnie już zdradzić. Adrenalina podpowiada mi jednak, że każda sekunda zwłoki to zwiększone ryzyko. O drugiej w nocy, starając się być jak najciszej, opuszczam mieszkanie. Rodzice śpią – słyszę ich głośne oddechy – więc nie powinni zauważyć mojej nieobecności. Mimo to, zanim zamknę za sobą drzwi, wstrzymuję oddech i nasłuchuję – nic, cisza. Wychodzę.

Marcowa noc jest chłodna, a powietrze przenika mnie do kości, jakby samo chciało powstrzymać mnie przed tym, co zamierzam zrobić. Nowy Sącz śpi. Wokół panuje niemal nierzeczywista pustka – żadnych przechodniów, żadnych samochodów. Nawet latarnie zdają się rzucać przytłumione światło, jakby świat sprzysiągł się, by zamknąć oczy na to, co zaraz zrobię.

Pod szpital docieram dwadzieścia minut później. Wiem, dokąd mam iść. Ojciec Bartka, kolegi z klasy, jest ordynatorem na chirurgii ogólnej, bywałem tam z nim kilka razy, gdy wpadał do taty po kasę. Budynek wygląda jeszcze bardziej ponuro niż zwykle.

Naciskam klamkę drzwi wejściowych i wślizguję się do środka. Szpitalny korytarz jest pusty. Moje kroki cicho odbijają się od ścian, choć wydaje mi się, że dźwięk jest nienaturalnie głośny. Idę schodami na drugie piętro. Korytarz u góry spowija mrok, jedynie z pokoju pielęgniarek wydobywa się mdła poświata. Zapewne dyżurują przy nocnych lampkach, czekając na wezwanie, które raczej nie nastąpi – o tej porze pacjenci śpią głęboko, przytłumieni lekami i zmęczeniem.

Problemem nie jest jednak szpitalna cisza, lecz policjant siedzący na krześle. Pochylona głowa, nieruchome ciało – śpi czy tylko udaje? Jego obecność potwierdza moje przypuszczenia: właśnie tam, za tymi drzwiami, leżą ci, którzy pobili moją mamę.

Stoję na końcu korytarza, wpatrując się w mundurowego. Czas zwalnia, a moje myśli przyspieszają. Co, jeśli się obudzi, zanim do niego dotrę? Albo jeśli podniesie alarm? Nie przewidziałem planu awaryjnego. Mam tylko ten moment, tę noc i ciszę, która albo będzie moim sprzymierzeńcem, albo najgorszym wrogiem.

Postanawiam zaryzykować. W głowie układam wiarygodną ściemę, na wypadek gdyby funkcjonariusz dostrzegł mnie w ostatniej chwili. Jeżeli jednak uda mi się do niego podejść niezauważenie, zadbam o to, by na pewno nie obudził się przez co najmniej pół godziny.

Wieczorem, tuż przed zamknięciem apteki znajdującej się niedaleko mojego mieszkania, zdobyłem niezawodną substancję – dostępną wyłącznie na receptę. Diazepam ponoć działa szybko i skutecznie. Od czasu gdy regularnie ćwiczę, biegam i morduję w duecie z Madzią, nauczyłem się przezorności i przewidywania konsekwencji. Wiedziałem, że prędzej czy później przydadzą mi się lewe recepty in blanco, które udało mi się zdobyć. Podzieliłem się nimi z moją dziewczyną, tłumacząc jej, że nigdy nie wiadomo, kiedy okażą się potrzebne.

Teraz właśnie nadszedł ten moment. Wszystko zależy od kilkudziesięciu sekund, które rozstrzygną o powodzeniu mojej akcji. Nikt nie powinien mnie podejrzewać. Muszę tylko podejść do policjanta i uśpić go szybko, skutecznie – bez miejsca na błąd.

Ściągam buty i wkładam je do kosza na śmieci stojącego przed wejściem na korytarz prowadzący na oddział chirurgii. Szansa, że ktoś akurat tędy przejdzie i odkryje moje obuwie, jest nikła, ale lepiej nie ryzykować.

Postanawiam działać. W głowie zapada cisza.

Szybko, bezszelestnie ruszam przed siebie. Mijam pokój pielęgniarek – przez chwilę słyszę ciche chrapanie. Na sekundę, może dwie zawieszam wzrok na uchylonych drzwiach, a potem zostawiam za sobą pokój ordynatora. Przyspieszam i wyciągam strzykawkę z kieszeni bluzy.

Policjant siedzi nieruchomo. Głowa zwisa mu na piersi, a miarowy oddech potwierdza, że nie spodziewa się żadnych problemów. Chrapie. Pozwolił sobie na luz. W końcu kto miałby o tej porze odwiedzać połamanych zasrańców? Nie wydaje mi się, aby traktował tę nocną wartę poważnie. Nie jest tu dla ochrony, a raczej z obowiązku, bo przecież ci dwaj za drzwiami nawet nie podniosą się z łóżek, a co dopiero uciekną. To nie żadni mafiosi, których ktoś mógłby próbować odbić, tylko naćpane półgłówki, które dały sobie w żyłę i zapragnęły udowodnić, jacy z nich kozacy.

Przykładam igłę do szyi funkcjonariusza i wbijam ją bez zwłoki, wstrzykując dziesięć miligramów relanium. Gliniarz nawet nie drgnie, jedynie jego powieki przez kilka sekund drżą szybciej, jakby podświadomie próbował się wyrwać, zanim ciemność pochłonie go całkowicie.

Zakładam foliowe rękawiczki, chwytam klamkę i powoli otwieram drzwi.

W pokoju świeci się mała lampka dająca odrobinę światła. Dla mnie widoczność jest wystarczająca. Z trzech łóżek znajdujących się w pokoju dwa są zajęte.

Po prawej stronie śpi jełop z nogą w gipsie, uniesioną przez urządzenie, którego nazwy nie pamiętam. Jego ręka również jest usztywniona. Biała kołdra zasłania tułów i zdrową nogę. Drugi debil ma rękę w gipsie, a bandaż otacza dolną część jego twarzy. Materiał przy ustach przesiąkł krwią; uwagę zwracają usztywniacze w jego jamie ustnej. Karolina sprawiła, że dosłownie zbierał szczękę z podłogi.

Podchodzę do łobuza leżącego po lewej stronie i wkładam mu w usta specjalny knebel. Jego kolega nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa, nawet gdy się obudzi. Mężczyzna, przy którym stoję, gwałtownie otwiera oczy.

Przypuszczam, że mój widok i świadomość zasłoniętych ust budzą jego niepokój. Gdy w moich rękach pojawia się ostry, długi nóż, wybałusza oczy jak pies Pluto. Drań jest naprawdę przerażony. Obudził się sekundę temu, ale doskonale rozumie sytuację, w jakiej się znalazł. Patrzę na jego wykrzywioną twarz i napawam się jego emocjami. Pochylam się, mówiąc cicho, prawie szeptem, ale jestem pewien, że dobrze mnie słyszy.

– Niepotrzebnie zaczepiliście moją mamę. Wiem, że to twój kumpel ją kopnął, ale gdyby nie moja koleżanka, poszedłbyś na całość. Prawda?

Mężczyzna próbuje podnieść się z łóżka, choć doskonale wie, że to mu się nie uda. Chce coś powiedzieć, ale knebel w jego ustach tłumi głos, zmieniając słowa w znajome mi dźwięki – takie same, jakie słyszałem już wcześniej.

Rozcinam biały podkoszulek, odsłaniając jego tors. Przykładam nóż do skóry.

– Jeżeli sądziłeś, że grozi ci najwyżej rok w zawiasach, to znaczy, że nie masz pojęcia, czyją matkę zaatakowałeś – rzucam, po czym wbijam ostrze w jego klatkę piersiową.

Mężczyzna odruchowo unosi głowę, ale moje dłonie pracują sprawnie – rozcinam jego wnętrzności, prowadząc rękojeść w dół. Kiedy wyciągam ostrze, szybkim ruchem podcinam mu gardło. Uważam, by się nie ubrudzić, choć pościel jest już cała czerwona.

Odwracam się i dostrzegam, że drugi idiota już nie śpi. Siedzi na łóżku, szarpiąc zdrową ręką kable. Próbuje nie tyle oderwać je od aparatury, co po prostu zejść z wyra. Kutas nie chce umierać.

Nie po to uczęszczam na treningi sztuk walki, żeby teraz nie zareagować, jak należy. Z całej siły uderzam go łokciem w zabandażowaną szczękę. Coś chrobocze, a jełop ponownie ląduje na szpitalnym łóżku. Wykonuję szybki, zdecydowany ruch i przykładam nóż do jego gardła.

– Zabiję cię, bo kopnąłeś moją mamę.

Prosty przekaz sprawia, że przerażony mężczyzna próbuje się wyrwać, ale wbijam mu ostrze aż po rękojeść. Krew natychmiast zalewa jego usta, wycieka na biały bandaż oplatający szczękę.

Gnój umiera, a ja patrzę w jego gasnące oczy. Nie mam czasu na bardziej wyrafinowane działania – każda sekunda w tym pokoju zwiększa ryzyko. Wkładam nóż do przezroczystego worka i wsuwam go do kieszeni. Wycofuję się na korytarz.

Szczęście mi sprzyja. Policjant śpi głęboko, a hol jest pusty. Przechodzę szybko, docieram do schodów. Z kubła wyciągam buty, zakładam je i zdejmuję rękawiczki. W drodze do wyjścia ze szpitala, nie natrafiam na nikogo. Dopiero na zewnątrz dostrzegam karetkę pogotowia, która na sygnale podjeżdża pod budynek.

Wracam do domu. Po drodze myję nóż w Kamienicy. Gdy docieram do mieszkania, rodzice głośno chrapią. Kładę się i zasypiam z poczuciem dobrze wykonanego zadania.

***

Budzę się zlany potem. Otwierając oczy, mam wrażenie, że powieki ważą tonę. Mrugam, próbując przyzwyczaić się do ciemności, która mnie zalewa. Dopiero po chwili dociera do mnie, że nie zabiłem dupków, którzy pobili moją mamę lata temu. To był tylko sen. Realistyczny, namacalny. Czuję się, jakbym dopiero co wrócił ze szpitala. Ale przecież nigdzie nie byłem. Noc spędziłem zakuty w kajdany, zamknięty w pokoju śmierci w Bratucicach.

Serce wali mi w piersi. Oddycham płytko, nierówno. Sandra i Lena zostawiły mnie tutaj, a ja, czekając na ich powrót, próbowałem znaleźć sposób, by się uwolnić i nie dać zabić. Nie pamiętam momentu, w którym mój organizm się poddał. Zasnęło tylko ciało – mózg cały czas pracował, przetwarzał emocje, przekształcił je w koszmarny sen.

Chciałem zabić tamtych pojebańców. Pamiętam, że zaatakowali moją mamę, gdy chodziłem do liceum. Śpiąc, czułem ich krew na dłoniach, widziałem, jak gasną im oczy. Ale to była tylko iluzja. W rzeczywistości odpuściłem. Nie z litości, z czystej kalkulacji. Ryzyko było zbyt duże. Gdybym faktycznie zakradł się nocą na chirurgię i ich zabił, policja natychmiast zjawiłaby się u mnie. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Zadowoliłem się tym, że Karolina ich pobiła i dzięki niej wylądowali w szpitalu.

Na myśl o mojej zamordowanej dziewczynie ściska mnie w żołądku. Żal i rozgoryczenie atakują równocześnie. Znów zaczynam drżeć. Instynkt przetrwania przejmuje nade mną kontrolę. Wyrzucam z głowy czasy liceum. Nie mogę pozwolić, aby córka Magdy i Lena dopięły swego.

Nie mam pojęcia, która jest godzina ani czy jest już ranek. Ale jedno jest pewne – wcześniej czy później zabójczynie tu wrócą. A ja muszę być na to gotowy.

Rozdział trzeci

Piątego stycznia dwa tysiące pierwszego roku premierę ma film Pieniądze to nie wszystko w reżyserii Juliusza Machulskiego. Coś faktycznie jest na rzeczy w tym tytule, ale bądźmy szczerzy – bez kasy jesteś nikim. Świat cię ignoruje, a twoje zdanie znaczy tyle co zeszłoroczny śnieg. Dzień później Adam Małysz jako pierwszy Polak wygrywa Turniej Czterech Skoczni. Nie przepadam za skokami, ale nie sposób nie poczuć dumy. Piętnastego stycznia powstaje Wikipedia. Jest tworzona przez internautów, oparta na zasadzie, że każdy może coś dodać, coś poprawić. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Przecież ludzie nie potrafią nawet zapamiętać rocznicy ślubu, a co dopiero pisać historię świata. Dwudziestego czwartego stycznia powstaje Platforma Obywatelska. Obywatelska? Wolne żarty. Podejrzewam, że z obywatelskością ma tyle wspólnego, co ja z Chińską Republiką Ludową. Trójka polityków zakłada nową partię, a ja widzę to samo co zawsze – uśmiechy, obietnice, które nie doczekają się spełnienia, i kolejny rozdział tej samej gry, w której zwykły człowiek jest tylko pionkiem. Trzydziestego stycznia, we wtorek, odchodzi Edmund Fetting. Pamiętam go z dzieciństwa, szczególnie jego genialną rolę w Czarnych chmurach. To był wspaniały serial.

Tego samego dnia wracam od rodziców. Dochodzi dwudziesta trzecia, ale noc nie jest całkiem ciemna. Śnieg sprawia, że światła latarni rozpraszają się, tworząc mleczną poświatę. Droga przede mną jest pusta. W przedniej szybie mojego Audi A8 płatki śniegu wirują jak liście na wietrze, obracając się w tańcu, który kończy się zderzeniem z samochodem. Właśnie zjechałem z drogi krajowej numer 4. Do domu zostało mi jakieś piętnaście minut. Kraków o tej porze jest łaskawy dla kierowców – pusto, cicho, tylko gdzieniegdzie przemyka radiowóz, ale nawet policjantom nie chce się dziś szukać łatwych ofiar. Nie w taką pogodę.

Mijam osiedla, które kiedyś sam wybudowałem, przystanki, skrzyżowania. Skręcam w wąską drogę, która pozwoli mi skrócić dystans do Szuwarowej. Ryzykownie? Może, ale zwykle wybieram ten skrót. Jezdnia jest oblodzona i przykryta świeżym śniegiem. Główne ulice są odśnieżone, ale o tych mniej uczęszczanych drogowcy zapominają. Zwalniam – nie mam zamiaru wylądować w rowie. Wycieraczki pracują rytmicznie, ale widoczność i tak jest kiepska. Jadę z prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę. Szybciej się nie da. Za chwilę droga stanie się jeszcze gorsza.

Zostawiam za sobą zabudowania i zbliżam się do małego lasu, który stanowi zielone płuca tej części miasta. Minę most i wjadę między drzewa. Tam będę musiał naprawdę uważać. Zaczynam żałować, że nie pojechałem prosto. Włączam długie światła, ale natychmiast je wyłączam – intensywnie padający śnieg odbija światło i sprawia, że widzę jeszcze mniej. Przyciszam muzykę, a gdy moja ręka odrywa się od panelu, coś dostrzegam. Ruch. Instynktownie wciskam hamulec. Samochód zjeżdża lekko na bok, ale odzyskuję panowanie. Znów jestem na środku drogi. Tylko co to było? Nie wiem, ale czuję, że noc dopiero się zaczyna.

Nagle spośród drzew wyłania się ciemna sylwetka. Jej ruchy są szybkie, zdecydowane, jakby miała jasno określony cel. Wchodzi na most, po czym zatrzymuje się na jego środku. Stoi bez ruchu jak posąg. Coś we mnie drga. Niepokój ściska żołądek, a w głowie zapala się czerwona lampka. Bez większego namysłu gaszę światła i zatrzymuję samochód. Nie chodzi tylko o ciekawość. Chcę się upewnić, czy przeczucie mnie nie myli. Coś tu jest nie tak. A potem to widzę.

Postać na moście trzyma w dłoniach sznur. Jeden koniec przywiązuje do barierki, po czym przez nią przechodzi. Dreszcze przebiegają mi po plecach. Dobrze, że się zatrzymałem. Gdybym podjechał bliżej, pewnie bym spłoszył tę osobę – a teraz mogę obserwować każdy jej ruch.

Nie dostrzega mnie. Wydaje mi się, że nawet gdybym podszedł na kilka metrów, wciąż pozostałbym niezauważony. Osoba przede mną jest całkowicie skupiona na swoim zadaniu. Widzę, jak zakłada pętlę na szyję. Wciąż się nie rusza, jakby się wahała, czy na pewno chce zrobić ten ostatni krok. Kiedy opuszczałem Nowy Sącz, nie spodziewałem się, że stanę się świadkiem samobójstwa. A teraz przede mną jest ktoś, kto za chwilę może skończyć życie. Co zrobić? Zadzwonić po psy? Przyjadą za późno. Odjechać? Ciało będzie dyndało na linie jak wahadło starego zegara, a ja zostanę z myślą, że mogłem coś zrobić. Zastanawiam się, a postać na moście – jakby wychodząc mi naprzeciw – wciąż stoi nieruchomo, trzymając się barierki. Jakby czekała. Na co? Na ostatni impuls? Na znak? A może na kogoś, kto ją powstrzyma?

Obserwuję kogoś, kto nie może podjąć decyzji. Pętla założona na szyję, sznur przywiązany do metalowej barierki, ale teraz strach ściska gardło mocniej niż lina. Był plan, by ze sobą skończyć, lecz zabrakło odwagi. Sekundy przechodzą w minuty, a sytuacja się nie zmienia. Żadne auto nie nadjeżdża, nikogo nie widać w pobliżu. Jesteśmy tu tylko my, choć jedynie ja o tym wiem. Nie sądzę, by temu komuś przeszło przez myśl, że jest obserwowany. Czas ucieka, a bezruch trwa w nieskończoność. Spoglądam na zegarek. Jest późno. Najchętniej rzuciłbym to wszystko i poszedł spać. Mógłbym włączyć światła i ruszyć przed siebie. Wtedy zostałyby tylko dwie opcje – ucieczka albo skok. Ale nie chcę tego robić, więc czekam.

Mija dziesięć minut. Mam już dość tej ciszy, tej zawieszonej w powietrzu chwili, która nie potrafi się skończyć. Zaczyna mnie nudzić patrzenie na tę bezradność, na to niezdecydowanie. Gdybym wiedział, jak to będzie wyglądać, nie zatrzymałbym się. Ale za długo już obserwuję, za bardzo wciągnęła mnie ta scena. Nie mogę się teraz po prostu ulotnić.

Zakładam czapkę i gaszę silnik. Wychodzę z samochodu.

Zimno jak cholera. Ostry mróz tnie skórę, oddech unosi się w powietrzu niczym dym. Dziwię się, że człowiek przede mną potrafi stać w miejscu tak długo. Zero ruchu, zero oznak zawahania. Może już nic nie czuje?

Wokół panuje cisza, którą zakłóca tylko stłumiony chrzęst moich butów na zamarzniętym asfalcie. Powoli podchodzę bliżej. Nie zostaję zauważony. Postać nie odwraca się, nie drgnie, wpatruje się w ciemność, jakby nic poza nią nie istniało.

Z tej odległości widzę więcej. Kaptur skrywa twarz mężczyzny. Przez moment przyglądam się jego sylwetce, a w mojej głowie pojawia się myśl: kobieta nie stałaby tutaj w taką paskudną pogodę. Nie planowałaby odebrać sobie życia w taki sposób.

– Jeśli naprawdę chcesz umrzeć, to po co tyle czekasz? – pytam.

Głos brzmi obco nawet dla mnie. Mroźne powietrze odbija się od martwej przestrzeni mostu. On wciąż się nie rusza. Może nie usłyszał. A może słyszał i właśnie w tej chwili waży każde moje słowo. W końcu odwraca głowę. Na jego twarzy maluje się wyraźne zaskoczenie. Przez chwilę patrzy na mnie uważnie, jakby nie dowierzał, że dał się zaskoczyć. Nie zamierzam podejmować decyzji za niego, ale ciekawi mnie, co zrobi. Nigdy wcześniej nie znalazłem się w takiej sytuacji.

– Daj mi spokój! – Jego słowa odbijają się od metalowych barierek. Ton ma ostry, chropowaty. Mężczyzna aż drży. – Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Wygląda na dobre pięćdziesiąt lat. Stoi na skraju mostu, niemal zahipnotyzowany przepaścią, a mimo to ma jeszcze czelność mnie pouczać. Postanowił skończyć ze sobą, ale zabrakło mu odwagi, gdy przyszło do ostatniego kroku. Jest zagubiony, rozchwiany emocjonalnie. W jego oczach dostrzegam coś więcej niż strach – wstyd. Wie, że zauważyłem jego niezdecydowanie. Widzę go takim, jakim jest w tej chwili: człowiekiem, który chciał odejść, ale nie potrafi. Dołuje go to.

– Nie mam zamiaru namawiać cię, abyś zszedł z mostu – mówię spokojnie, choć nie o współczucie mi chodzi. – Jak dla mnie możesz skoczyć już teraz. Śnieg przykryje moje ślady, nikt nie będzie wiedział, że rozmawialiśmy. – Robię pauzę, pozwalam, by moje słowa do niego dotarły. – Spowodowałeś, że musiałem się zatrzymać. Powinienem już dojeżdżać do domu. Straciłem przez ciebie cenny czas.

Twarz mężczyzny wykrzywia się w grymasie. Widzę, jak napięcie spina mu mięśnie szczęki, jak zaciska dłonie na barierce. Nie mieści mu się w głowie, że go oskarżam. W jego oczach kłębi się mieszanka gniewu i wstydu.

– Nie kazałem ci tędy jechać! – wyrzuca z siebie wzburzonym tonem. Potem odwraca głowę, jakby chciał mnie wymazać z rzeczywistości.

Uśmiecham się kpiąco.

– Myślisz, że jak nie będziesz na mnie patrzył, to zniknę? – Milczy. Widzę, jak walczy sam ze sobą. – Pójdę sobie zaraz, ale skoro już tu jestem, to powiedz mi jedno – kontynuuję. – Dlaczego chcesz to zrobić? Nigdy nie rozumiałem takich jak ty. – Nie reaguje, ale wiem, że mnie słucha. – Tchórzy, którzy wolą się zabić, niż stawić czoła wyzwaniom.

Cisza między nami gęstnieje. Czekam na jego reakcję. W tym momencie gniew wygrywa ze strachem. Mężczyzna znów spogląda w moją stronę. W jego oczach coś się zmienia. Nie ma w nich już tylko strachu i wstydu – pojawia się determinacja. Jakby wreszcie podjął decyzję.

– Nic nie rozumiesz – mówi, a w jego tonie słyszę coś ciężkiego, głęboko zakorzenionego. – Mam na sumieniu coś, czego nie da się wybaczyć. Nie potrafię z tym żyć.

Śnieg sypie coraz mocniej. Wiatr się wzmaga, szarpie jego płaszczem, sprawiając, że wydaje się jeszcze bardziej wątły, jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości.

– Nikt nie jest bez winy. – Chcę wciągnąć go w rozmowę. Nie chodzi mi o niego. Po prostu jestem ciekawy, czy da się go przekonać do zdjęcia pętli z szyi. – Równie dobrze ja mógłbym stanąć obok ciebie.

Marszczy czoło. Coś w nim pęka. Coś do niego dociera.

– Kim jesteś? – pyta w końcu ochrypłym głosem.

– Nikodem – odpowiadam. – Twój anioł stróż, któremu marznie dupa. – Unoszę brew, czekając na jego reakcję. – Zdejmij z siebie tę uprząż i pogadajmy.

Wpatruje się we mnie, jakby próbował ocenić, czy kpię, czy mówię poważnie. A co ciekawsze, zaczyna się nad tym zastanawiać. To mnie zaskakuje. Nie mam żadnego doświadczenia w przekonywaniu ludzi do zdrowego rozsądku, a jednak moje słowa dają mu do myślenia. To mnie cieszy. Nie sądziłem, że uda mi się wciągnąć go w rozmowę. A jednak – zwykła ciekawość doprowadziła do momentu, w którym nieznajomy rozważa moją ofertę.

– Łatwo ci mówić, nie jesteś mną – odzywa się w końcu. Musi być zmęczony, brzmi, jakby każda sylaba ważyła tonę. Z pewnością jest przybity. Niespodziewanie się wzrusza. Unosi dłoń, niezgrabnie wycierając łzę z policzka. Przełyka ślinę, próbując się opanować. – Nie znam cię – dodaje cicho.

Nie jestem psychologiem, ale trochę znam się na ludziach. Mogę się założyć, że za chwilę ten niedoszły samobójca podejdzie do mnie.

– To akurat dobrze, że nic o mnie nie wiesz. – Uśmiecham się lekko. To bardziej odruch niż świadoma decyzja. – Gdybyśmy cokolwiek o sobie wiedzieli, nie rozmawialibyśmy teraz.

– Co proponujesz? – pyta.

I wtedy już wiem. Mężczyzna dostrzega we mnie szansę. Postanowił skończyć ze sobą, ale w decydującym momencie nie potrafił postawić kropki nad „i”. A teraz ma wymówkę. Moja obecność jest mu na rękę. Dzięki mnie nie musi podejmować decyzji, która zakończyłaby jego marny żywot. To właśnie ja wyciągam go z tej przepaści – nawet jeśli sam jeszcze o tym nie wiem.

– Zimno tu jak na Syberii – mówię, ponownie unosząc kąciki ust w uśmiechu. – Rozgrzejmy się whisky. – To nie gest dobroci, raczej czysta ciekawość. Chcę zobaczyć, co z niego jeszcze wyciągnę. – Jedźmy do mnie. Pogadamy.

Nieznajomy waha się przez chwilę. Przygryza wargę, błądzi wzrokiem, analizuje moje słowa, waży je w myślach, szukając odpowiedzi, która sprawi, że nie wyjdzie na durnia. Wie, że nie byłby w stanie się powiesić, ale mimo wszystko chce przede mną grać kogoś, kto do końca miał to pod kontrolą. Widzę ten upór, tę resztkę dumy, która nie pozwala mu się całkowicie odsłonić. Patrzę na niego, zgadując, ile czasu zajmie mu zdjęcie pętli z szyi. Słyszę jego głęboki oddech. Wie, że przycisnąłem go do muru. Zdaje sobie sprawę, że jeśli zostanie na moście, przegra. Nerwowo pociera brodę ręką, po czym szybkim ruchem zdejmuje sznur.

Kiwam głową, akceptując jego decyzję. Najwyraźniej moja aprobata dodaje mu pewności siebie. Przeskakuje przez barierkę z zaskakującą lekkością, jakby nagle ubyło mu dwadzieścia lat. Przez moment wygląda na kogoś, kto odzyskał kontrolę nad własnym losem. Wolno, z pewną ostrożnością podchodzi do mnie. Skruszony, ale z dostrzegalną charyzmą, która wcześniej próbowała ukryć jego słabość. Postawa zdradza, że kiedyś był kimś, kto nie wahał się przed trudnymi decyzjami. Teraz jednak stoi przede mną człowiek, który jeszcze chwilę temu chciał się zabić.

Nie potrafię przestać się zastanawiać, co takiego zrobił, że doprowadziło go to do tego miejsca.

– Witek. – Wyciąga dłoń w moją stronę.

Ściskam ją, kiwając głową na znak aprobaty.

– Nikodem – przedstawiam się ponownie. – Chodźmy do samochodu, bo zamarzniemy.

Mężczyzna przytakuje bez słowa. Jestem pewien, że w tej chwili spadłem mu z nieba. Dzięki mnie nie musi udawać, że postanowił żyć wbrew własnym decyzjom. Moja obecność stała się dla niego wymówką, ulgą, wyjściem, którego sam nie potrafiłby sobie dać.

Idąc w stronę Audi, unoszę wzrok. Księżyc wychodzi zza ciemnej chmury, oświetlając na chwilę spadające płatki śniegu. Zimowe powietrze pachnie wilgocią i nocą. Niebo jest zachmurzone. Za moment znowu pogrąży się w mroku. I wtedy nachodzi mnie myśl – nawet ten jeden dobry uczynek nic nie zmieni.

Nigdy nie trafię do raju.

Rozdział czwarty

Justyna Karlicka, ściskając oburącz Glocka, analizowała słowa Mariusza Bochenka. Haker opuścił jej mieszkanie kwadrans temu, a ona wciąż nie mogła dojść do siebie. Stała w przedpokoju, przed otwartym sejfem, z którego dopiero co wyjęła broń. Metal był chłodny w dotyku, ale w jej wnętrzu wrzało. Emocje zawładnęły jej ciałem i umysłem, pulsowały w skroniach, zaciskały się wokół gardła niczym stalowa obręcz. Myśli krążyły wyłącznie wokół morderczyń jej córki.

Jakim cudem śledczy nie wpadli na ich trop? Czemu nikt nie powiązał ich z zabójstwami policjantów i niewinnych dzieci? Czy Nikodem w ogóle jeszcze żyje?

Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na żadne z pytań. Jej świat, który z takim trudem posklejała, znów się zawalił. Regularne wizyty u psychologa, długie terapie, wsparcie kolegów – to wszystko pozwalało jej jakoś funkcjonować. Nie pogodziła się ze śmiercią Ani, ale nauczyła się z nią żyć. Kornelia Terlikowska została skazana, sprawiedliwości stało się zadość. Nie musiała wymierzyć jej kary własnymi rękami, choć długo tego pragnęła. I jeszcze dziś rano świadomość tego nie sprawiała bólu.

A teraz?

Teraz, trzymając pistolet, czuła wyłącznie wściekłość. Gdyby nie Bochenek i jego pieprzone rewelacje, dalej żyłaby w przekonaniu, że sprawa morderstwa jej córki jest zamknięta. Tęgi mężczyzna zburzył jej spokój, zniweczył miesiące pracy psychologów, starania przyjaciół, wszystkie mozolnie wypracowane mechanizmy radzenia sobie z przeszłością. Zmusił ją do powrotu do piekła, z którego ledwo się wydostała.

Nie miała pojęcia, że Nikodem zapłacił facetowi, by sprawdził, czy Magda miała dzieci. To jednak nie było tak ważne jak rewelacje, z którymi przyjechał.

Nie mogła darować Lenie Leśniewskiej i Sandrze Pikulsky. Nie tym razem. Te kobiety groziły jej śmiercią córki, i w końcu i tak ją zamordowały. Zmusiły ją do zabicia komisarza Kowalskiego i rozprawienia się z Nikodemem. Mimo że wykonała ich polecenia, akcja w forcie Dłubnia skończyła się tragicznie. Deweloper zdołał ujść cało, porwał ją i torturował, myśląc, że to ona odpowiada za porwanie i śmierć Karoliny. Nie sądziła, że Wiśniewski okaże się jej sojusznikiem i pomoże odzyskać spokój ducha.

Przez kilka minut rozważała, czy wezwać kolegów z jednostki i ruszyć na legalną akcję, ale niemal od razu odrzuciła ten pomysł. Już raz zaufała systemowi. Już raz uwierzyła, że sąd wymierzy sprawiedliwość. I co? Dała się oszukać. Żołądek zacisnął się boleśnie, gdy dotarło do niej, jak była naiwna. Nie miała pojęcia, w jaki sposób rozprawi się z morderczyniami, ale wiedziała jedno – zabije je. I nie będzie to szybka, bezbolesna śmierć. Pomści Anię. Doprowadzi sprawę do końca. A może uda jej się przy okazji uratować Wiśniewskiego?

Bochenek powiedział, że kobiety przebywają w Bratucicach od trzech dni. Gdyby Nikodem nie żył, zniknęłyby. To oznaczało jedno – prawdopodobnie wciąż go utrzymują przy życiu. A to dawało jej przewagę. Z wyjątkiem hakera nikt nie wiedział, że tam są. Kobiety nie podejrzewają, że ktoś może pokrzyżować ich plany. To je zgubi.

Justyna Karlicka uśmiechnęła się ponuro i wsunęła broń do kabury. Nie mogła dłużej zwlekać. Nadszedł czas działania.

***

Dom Nikodema Wiśniewskiego, spowity śniegiem, lśnił w bladym świetle zimowego popołudnia. Choć zbliżała się godzina siedemnasta, biel pokrywająca ziemię i dach budynku rozpraszała mrok i sprawiała, że krajobraz wydawał się nierzeczywisty. Nieruchomość, mimo że otoczona wysokim, kamiennym murem, była widoczna z daleka. W salonie paliło się światło, ale zasłony były zaciągnięte, skrywając wnętrze przed ciekawskimi spojrzeniami. Cisza wypełniała przestrzeń, jedynie wiatr świszczał między drzewami, unosząc drobinki śniegu.

Funkcjonariuszka CBŚP zatrzymała samochód dwa kilometry od przystanku autobusowego w Bratucicach, resztę drogi pokonała pieszo, przedzierając się przez zaspy między gęstymi drzewami. Śnieg sypał się spod jej butów, a każdy krok wydawał się coraz trudniejszy. Mimo lodowatego zimna i trudności napotykanych na drodze szła z determinacją, którą podziwiałby każdy, kto znałby jej cel.

Zatrzymała się na skraju polany z widokiem na drewniany dom. Do posiadłości było około pół kilometra. Ściągnęła plecak i uklękła na śniegu. Musiała mieć pewność, że morderczynie tam są. Wyjęła niewielkie urządzenie przypominające wzmacniacz sygnału. Podłączyła je do małego laptopa i wcisnęła przycisk zasilania. Dioda zamigotała, a ekran rozjaśnił się systemowym blaskiem. Kilkoma kliknięciami aktywowała fałszywą stację BTS, zmuszając telefony w pobliżu do zalogowania się do jej sieci. Poczuła, że jej puls przyspiesza. A jeśli haker się pomylił i kobiety jednak wyjechały?

Przez chwilę nic się nie działo, ale w końcu na ekranie pojawiły się dwa identyfikatory IMSI. Serce zabiło mocniej. Zacisnęła zęby. Były tam! Ich telefony logowały się do sieci. Bochenek miał rację. Smartfon Nikodema pozostawał nieaktywny. Czy to znaczyło, że Wiśniewski nie żyje? Nie. Gdyby morderczynie go zabiły, już by stąd zniknęły. Czy wciąż oddychał? Jedno było pewne – Justyna nie zamierzała pozwolić, by te suki długo cieszyły się swoją przewagą.

Uniosła głowę i spojrzała na dom.

Schowała sprzęt do plecaka i zarzuciła go na plecy. Każdy jej ruch był wyważony, przemyślany. Ruszyła wolno przed siebie, trzymając się cienia i wsłuchując w ciszę, zakłócaną jedynie szumem wiatru i odgłosami butów zapadających się w śniegu. Wiedziała, że Lena i Sandra nie mogły spodziewać się jej obecności. Pewność siebie była ich słabością. Nie przewidziały, że ktokolwiek je odnajdzie. Nie miały pojęcia, że właśnie teraz zmierza ku nim ktoś, kto nie odpuści, dopóki nie zobaczy ich martwych.

Zatrzymała się przed murem. Wyciągnęła sznur z hakiem – lekki, ale wytrzymały sprzęt. Ucieszyła się, że jej proteza miała wbudowany system wzmacniający chwyt. Powinno dać jej to przewagę w zarzuceniu liny i przytrzymaniu jej podczas wspinaczki. Pierwsza próba okazała się nieudana. Hak odbił się od kamienia i spadł na śnieg z głuchym odgłosem. Serce na ułamek sekundy przyspieszyło. Druga próba musiała się udać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Żądza życia

ISBN: 978-83-8423-802-8

© Tomasz Tomaszewski i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Marta Jakubowska | Słowa na warsztat

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek