Zacząć od początku - Leah Martyn - ebook
Opis

Jack i Darcie spotykają się w odludnej australijskiej miejscowości pośrodku kompletnego pustkowia. Są lekarzami, jedynymi w obrębie setek kilometrów. Oboje mają za sobą toksyczne związki. Powoli między nimi rodzi się uczucie. Gdy w końcu Jack oświadcza się Darcie, ta niespodziewanie odrzuca oświadczyny. Twierdzi, że musi natychmiast wyjechać...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 157

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Leah Martyn

Zacząć od początku

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Doktor Jack Cassidy, chirurg traumatolog, z zamiłowania podróżnik niestroniący też od przygód miłosnych, stał przy wyjściu z samolotu, napawając się nieśpiesznie bogactwem barw australijskiej głuszy. Tu nie było miejsca dla typowo angielskiej eleganckiej powściągliwości. Kolory dosłownie biły po oczach.

Zauważył grupkę kangurów pasących się na pobliskim wybiegu i poczuł się tym widokiem prawdziwie uszczęśliwiony. Boże, jak dobrze znów być w domu. Nareszcie udało mu się wyrwać z toksycznego związku. Poczuł się wolny po raz pierwszy od miesięcy. Jak na skrzydłach pobiegł po swój bagaż.

Szpital był niedaleko. Z telefonicznej rozmowy, w trakcie której przyjmowano go do pracy, wynikało, że dotychczas załoga lekarska szpitala w Sunday Creek ograniczała się do jednej osoby, doktor Darcie Drummond. Na tym jego wiedza o tej osobie się kończyła. Miał tylko nadzieję, że doktor Drummond nie będzie się wikłać w spory kompetencyjne. Jeśli zaś wyznaczyła mu rolę biurokratycznego zarządcy, będzie musiała zmienić zdanie.

Bo Jack Cassidy miał zamiar być tu szefem pełną gębą i czynnie włączyć się w praktykę medyczną.

Darcie spojrzała na zegarek. Pora iść do domu. Gdy zajdzie potrzeba, szpital na pewno ją wezwie. Podniosła się zza biurka i podeszła do okna. Niebo po zachodniej stronie było zachmurzone. Swój szary kolor zawdzięczało dymom z wybuchających tu i ówdzie pożarów buszu. Miejscowi zapewniali, że to nic groźnego. Straż pożarna kontroluje te sporadyczne pożogi. Cóż, trzeba mieć nadzieję…

Ktoś zapukał w otwarte drzwi. Darcie odwróciła się gwałtownie i ujrzała nieznanego mężczyznę. Mierzył na oko sporo ponad metr osiemdziesiąt i opierał się o framugę. Każdy nerw jej ciała naprężył się w oczekiwaniu. Nie uszły jej uwagi niebieskie oczy przybysza, jego ciemne włosy i kształtne kości policzkowe. No i usta…

– Mogę w czymś pomóc? – spytała, z trudem pokonując suchość w gardle.

– Mam taką nadzieję. – Nieznajomy uśmiechnął się chłodno. – Jestem tu nowym dyrektorem.

To jakiś żart?

Omiotła jego postać zdumionym spojrzeniem. Nie oczekiwała garnituru ani krawata, ale ten facet wyglądał, jakby dopiero co ukończył wyprawę do Nepalu. Miał na sobie bojówki, czarny T-shirt i sięgające za kostki buty do wspinaczki.

Nie wyglądał na lekarza, a już na pewno nie na naczelnego. Nie przypominał żadnego z dyrektorów szpitala, z którymi miała dotychczas do czynienia.

– Przyleciałem samolotem – wyjaśnił. – Nie spodziewała się mnie pani?

– Nie… to znaczy tak. Wiedzieliśmy, że pan ma przyjechać. Nie wiedzieliśmy tylko kiedy.

– Nie ma pani zwyczaju przeglądać skrzynki mejlowej? Już dość dawno przesłałem szczegóły mojego przyjazdu.

Kurczę, nie wypadło to najlepiej. A po tym, co teraz powie, wyjdzie na kompletną ofermę.

– Nasz system antywirusowy działa ostatnio w dość… wątpliwy sposób. Traktuje niektóre ważne wiadomości jak spam. A wczoraj upadające drzewo przerwało część kabli i internet się zawiesił. Robimy co możemy, ale…

Jack usłyszał w jej głosie arystokratyczny angielski akcent i zamarł. Co ta kobieta tu robi? To ma być szpital? Spojrzał na tabliczkę przybitą do drzwi jej gabinetu.

– Pani jest doktor Darcie Drummond?

Darcie aż się cofnęła, mróz przeszedł jej po kręgosłupie. Boże, zaprezentowała się od jak najgorszej strony! Cholera, jeszcze trochę, a zapomniałaby, jak się nazywa.

– Tak, jestem Darcie Drummond – powiedziała, wyciągając rękę.

– Jack Cassidy – przedstawił się, ściskając jej drobną dłoń.

Darcie cofnęła rękę, zdziwiona ciepłem, które wędrowało w górę jej ramienia.

– To wszystko wypadło chyba całkowicie nieprofesjonalnie – zauważyła przepraszającym tonem.

Jack Cassidy uniósł brwi.

– Nie przyszło ci na myśl, żeby kogoś wezwać do komputera?

Jasne, że jej przyszło.

– Żyjemy tu na odludziu – tłumaczyła się. – Nie tak łatwo o pomoc techniczną. Z reguły każą na siebie czekać.

– Szpital musi mieć pierwszeństwo! – zauważył Jack zniecierpliwiony. – Powinno się im skopać tyłki.

Darcie żachnęła się. O tak, chętnie skopałaby komuś tyłek. Nawet wie komu. Z drugiej strony była zaintrygowana. Jack Cassidy. Czytała jego CV, akurat ten dokument do niej dotarł. Wynikało z niego, że facet przez ostatni rok pracował w Londynie. Czy to mu wystarczyło, by do tego stopnia oderwać się od australijskich korzeni i nie wiedzieć, że prowincjonalne szpitaliki są w jego ojczyźnie dramatycznie niedoinwestowane?

– Zakładam, że macie tu wodę bieżącą?

O nie, nie z nią te sztuczki. Nie da się zbić z tropu.

– Skądże, wodę czerpiemy ze studni – odrzekła ze śmiertelną powagą.

Uśmiechnął się niechętnie. Babka jest bystra i ma poczucie humoru. No i niezła z niej laska. Praca z doktor Drummond może okazać się całkiem… interesująca.

Przysiadł na rogu biurka.

– Chcę podzwonić, skontaktować się z personelem. Linia działa, mam nadzieję?

– Owszem. – Wskazując palcem aparat telefoniczny, posłała mu lodowate spojrzenie. – Jak skończysz, zastanowimy się, gdzie cię zakwaterować.

Wyszła i pobiegła do recepcji. Kobieca solidarność przede wszystkim, trzeba uprzedzić dziewczyny.

Zamaszystym ruchem otworzyła drzwi i podeszła do kontuaru.

– On już tu jest!

Przełożona pielęgniarek Maggie Neville i dyplomowana pielęgniarka Lauren Walker zastygły.

– Kto taki? – spytała Maggie.

– Nowy doktor. – Darcie z głośnym sykiem wypuściła wstrzymywane w płucach powietrze.

– Cassidy? Nie widziałam, żeby ktoś wchodził.

– Musiał wejść tylnymi drzwiami. Jest teraz w moim gabinecie – odparła Darcie.

– Jasny gwint! – Lauren otworzyła oczy tak szeroko, że brwi zniknęły pod blond grzywką. – To był ten facet, z którym minęłam się w korytarzu. Wielki, w bojówkach, kamienna twarz, zimne spojrzenie. Całkiem seksy.

Darcie potwierdziła ruchem głowy, przygryzając wargi. Opis Lauren był może nieco przesadzony, ale ona dodałaby jeszcze do niego określenie „męski”.

– A ja myślałam, że to jakiś telewizyjny gwiazdor potrzebuje porady medycznej! – parsknęła Lauren.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – spytała Maggie.

– No wiecie! Nie oglądacie tego reality show z Pelican Springs? Tam grupa facetów mieszka na odludziu w namiotach. Nie wiedziałyście?

– Dla mnie to nowość – stwierdziła Maggie cierpko. – Chwileczkę, Darc, zaraz skończę pisać raport. A ty – zwróciła się do Lauren – idź i rzuć okiem na Trevora Bandę. Niech ten stary idiota nie waży się wstawać z łóżka.

– Okej, jeśli to zrobi, dostanie zimny prysznic – obiecała radośnie Lauren. – Ciao, miłego weekendu, Maggie.

– Pobożne życzenia – mruknęła przełożona pod nosem. – To co, nareszcie mamy szefa? – zwróciła się do Darcie. – Będzie na kogo wszystko zwalać. Jaki on jest?

Niemożliwie przystojny, chciała odpowiedzieć Darcie, ale zamiast tego lekko wzruszyła ramionami.

– Trochę chyba szpanuje.

– Masz na myśli, że to zarozumialec?

– Nie, raczej stara się podkreślić swoją władzę.

– Aha, ważniak – westchnęła Maggie. – Cóż, będziemy musiały szybko przywołać go do porządku.

– Nie, to pewnie moja wina – rozważała Darcie przestraszona, że może za dużo powiedziała. – Zaskoczył mnie.

– Ponad metr osiemdziesiąt chodzącego seksu? – Maggie mrugnęła. – O ile oczywiście można wierzyć Lauren.

– Po prostu nie zrobiliśmy chyba na nim najlepszego wrażenia. – Darcie przewróciła oczami i pokrótce opowiedziała historię zagubionego mejla z zapowiedzią przybycia osobnika nazwiskiem Jack Cassidy.

Maggie wydała stłumiony okrzyk, po czym zaczęła ją uspokajać:

– Nie przejmuj się, w końcu byłaś na miejscu. Harujesz tu jak dziki osioł, bo żaden inny lekarz nie zgodził się osiąść na takim odludziu. A w końcu przyjechałaś tu prosto z Anglii, dla ciebie to musi być podwójnie trudne!

Darcie poczuła wyrzuty sumienia. Pracowała tu nie ze względów ideowych. Nie była altruistką, nie szukała wyzwań. Do Sunday Creek trafiła z czysto praktycznych, egoistycznych pobudek.

Po prostu wodziła palcem po mapie tak długo, aż znalazła miejsce, gdzie Aaron – człowiek, z którym na dniach miała brać ślub – na pewno jej nie wytropi. Poznała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie przyjdzie mu do głowy szukać jej na australijskim pustkowiu.

Ta pewność pozwalała jej na spokojny sen.

– Nie dałabym tu rady bez ciebie i reszty dziewczyn – przyznała, by oddać Maggie sprawiedliwość.

– Fakt, dobrze się dogadujemy. – Maggie wzięła torebkę i pęk kluczy. – Jeśli chcesz, mogę się tu jeszcze pokręcić – zaproponowała.

– Dzięki, nie trzeba. Idź do swoich chłopaków.

Maggie samotnie wychowywała dwójkę nastolatków. Jej życie polegało na wiecznym żonglowaniu – musiała pracować, prowadzić dom, opiekować się dziećmi. Darcie darzyła ją przyjaźnią i zaufaniem.

To znaczy zazwyczaj Maggie zwierzała się Darcie, która uważnie jej słuchała. Sama Darcie nie dopuszczała innych do swojej prywatności, Z informacji poufnych podawała co najwyżej kontakt do fryzjerki, Trudniej niż innym kobietom przychodziło jej pokonanie pewnej bariery.

– Dam sobie radę – zapewniała pielęgniarkę. – Dobrze, że mamy teraz na miejscu szefa, bardziej doświadczonego lekarza – dokończyła z udawanym entuzjazmem.

Gdy Darcie weszła do swojego gabinetu, Jack właśnie odkładał słuchawkę.

– Wszystko ustalone? – zapytała.

– Tak, dziękuję. A co z mieszkaniem?

– Rezydencja naczelnego lekarza jest chwilowo w remoncie, będziesz więc musiał pognieździć się z całą resztą personelu w hotelu pracowniczym. Teraz mieszkam tam tylko ja i jedna z pielęgniarek.

– Jakoś to zniosę – odparł, uśmiechając się niemrawo i kiwając głową.

Darcie poczuła ucisk w żołądku. Będzie musiała pogadać z budowlańcami i skłonić ich do przyspieszenia remontu. Im szybciej Cassidy przeniesie się do własnego domu, tym lepiej. Jego ego samca zostanie usatysfakcjonowane.

– Czasem zatrzymują się u nas także latający lekarze przyjeżdżający do konkretnych przypadków albo studenci, którzy chcą popatrzeć, jak się prowadzi szpital na odludziu – dodała.

Skinieniem potwierdził przyjęcie tego do wiadomości.

– Masz jakiś bagaż? – Patrzyła na niego z niedowierzaniem. To ma być ten od dawna wyczekiwany dyrektor?

– Zostawiłem wszystko przy drodze, w czymś, co wyglądało mi na pralnię czy jakiś schowek.

– Mamy niewielki zespół stałych pielęgniarek, które się wszystkim zajmują. Personel pomocniczy, niestety, ciągle się zmienia – wyjaśniała, starając się nadać głosowi jak najbardziej profesjonalny ton.

– A więc wszystko musisz ogarniać sama z pomocą kilku pielęgniarek? – Spojrzał na nią ponuro.

– Tak, no i oczywiście przy nieocenionej pomocy latających lekarzy.

– Ups, przepraszam. – W drzwiach stanęła Lauren.

– Poznaj, Lauren, to jest doktor Cassidy, nasz nowy szef. – Darcie zmusiła się do lekkiego uśmiechu.

– Jestem Jack.

– O, cześć. – Lauren uśmiechała się szeroko. – Przyleciałeś, a nikt nie wyszedł po ciebie na lotnisko.

– Nastąpiło zamieszanie z mejlami – ucięła Darcie. – Lauren, chcesz czegoś ode mnie?

– Tak, chciałabym, żebyś porozmawiała z tym młodym Mitchellem Andersonem.

– O czym tu jeszcze rozmawiać? Został wypisany, jutro jedzie do domu.

– Z jego zdrowiem nie ma problemów – zapewniła Lauren – ale on nie wygląda jak ktoś, kto się cieszy na powrót do domu.

– Okej, zerknę na niego.

– Dzięki. – Lauren z ciekawością przyjrzała się Jackowi. – Wracam do recepcji, zawołaj, jeśli będę potrzebna.

– Na co się leczył ten pacjent? – spytał Jack, przepuszczając Darcie w drzwiach.

– Ukąsił go wąż.

– Wiesz, on może mieć potrzebę po prostu o tym pogadać.

– Wiem. – Wzruszyła ramionami. – Sama chciałam się nawet czegoś dowiedzieć o wężach i ich zwyczajach. Zaczęłam rozmowę z Mitchem, ale wtedy nawet się nie odezwał. Dotąd nie miałam kontaktu z takimi problemami – przyznała – ale teraz już znam ogólne zasady: opaska uciskowa i jazda do najbliższego szpitala. No i modlić się, żeby mieli odpowiednią surowicę.

– No tak, kiedyś postępowało się w mniej cywilizowany sposób. – Jack uśmiechnął się cierpko. – Posypywało się ranę prochem strzelniczym i odpalało. Wyobraź sobie, jak makabrycznie wyglądała po tym poszkodowana część ciała – dokończył, śmiejąc się głośno.

Oczekiwał, że będzie wstrząśnięta? Nic z tego.

– Tak, to dość drastyczne – przyznała. – Czytałam o tym w jednej z książek w tutejszej bibliotece.

Jack błysnął zębami w uśmiechu. No tak, jasne. Ona wie wszystko. Mądra, wyluzowana i rozbrajająco pewna siebie.

To poważne wyzwanie. I podnieta.

O nie, nie. Dopiero co się pozbierał po nieudanym związku. Na razie chwila przerwy. Kiedy jednak szli korytarzem, świeży zapach szamponu do włosów uderzył go w nozdrza, budząc zmysły…

Tytuł oryginału: Wedding at Sunday Creek

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Mira Weber

© 2014 by Leah Martyn

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa 2015

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Medical są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1586-2

MEDICAL – 589

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com