Zaciekłe bliźnięta. Trylogia Dzikiego ognia. Tom 2 - Williams Jen - ebook

Zaciekłe bliźnięta. Trylogia Dzikiego ognia. Tom 2 ebook

Williams Jen

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Spadł Dziewiąty Deszcz. Jure’lia się przebudzili i nic już nie będzie takie jak kiedyś.

Tormalin Lekkoduch i wiedźma dzikiego ognia, Noon, jednoczą siły z pierwszymi od wieków bestiami wojennymi, jakie narodziły się w Eborze. Jednak nie są to wielkie, skrzydlate bestie z dawnych czasów, legendarni obrońcy Sarnu. Wyklute zbyt wcześnie i pozbawione wspomnień o swych poprzednich wcieleniach, nieustannie sprzeczają się między sobą i nie są w stanie stawić czoła pradawnemu wrogowi, który z każdym dniem rośnie w siłę.

Zdaniem Vintage, kontrowersyjnej badaczki i poszukiwaczki przygód, klucz do ich zjednoczenia może znajdować się w części Sarnu, w istnienie której niemal nikt nie wierzy - na odległej wyspie, w tajemniczy sposób związanej z losem dwojga legendarnych Eboran, którzy zniknęli dawno, dawno temu. Jednak odnalezienie wyspy oznacza niebezpieczną wyprawę w czasach wojny, gdzie na ocalałych czyhają coraz to nowe wyzwania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 707

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

1

Co począć z taką ilo­ścią mięsa i tymi wszyst­kimi kośćmi? Było to pyta­nie, któ­rego, rzecz jasna, nikt nie wziął pod uwagę.

W końcu ludzie to nie zwy­kłe worki z krwią. Kiedy więc Tru­pie Wojny dobie­gły końca, pola bitew usłane były cia­łami – sto­sami tru­pów, które pię­trzyły się tak wysoko, że tamo­wały rzeki, powo­du­jąc powo­dzie. Niebo zro­biło się czarne od wron, kru­ków i innych padli­no­żer­nych pta­ków. Ach, cóż to był za widok! Spo­rzą­dzi­łem wiele rysun­ków i nama­lo­wa­łem liczne obrazy.

Oczy­wi­ście, kiedy wzię­li­śmy, co chcie­li­śmy, zosta­wi­li­śmy ich tam – los tych bez­kr­wi­stych ciał nie był pro­ble­mem Ebory, zaś miesz­kańcy rów­nin – co zresztą zro­zu­miałe – nie kwa­pili się, żeby je zabrać, tak więc trupy ludzi zostały tam, gdzie były, i gni­jąc, użyź­niały zie­mię. Żero­wały na nich zwie­rzęta, a kości bie­liły się na polach bitew niczym ziarna ryżu roz­sy­pane po pod­ło­dze. Cza­sami, kiedy w moich poko­jach panuje cisza, nad­sta­wiam uszu i wydaje mi się, że sły­szę woła­jące mnie duchy, setki, tysiące gło­sów. Pra­gnę wstać i je naszki­co­wać, jed­nak sie­dzę z kawał­kiem węgla w dłoni i nic nie robię. Nie spo­sób wyobra­zić sobie, jak jest ich wiele, tak jak nie spo­sób oddać tego na płót­nie.

Nie wal­czy­łem w Tru­pich Woj­nach, jed­nak widzia­łem ich grozę. Arnia wydyma wargi i mil­czy, ale to oczy­wi­ste, co o tym sądzi. Sądzę, że to ważne, że ktoś jest tutaj, by być świad­kiem tych wyda­rzeń, a przy­naj­mniej kie­dyś tak uwa­ża­łem. Może gdy­bym nie widział rzezi i nie nosił w gło­wie tych potwor­nych obra­zów, pod­jął­bym inne decy­zje i nie byłoby nas teraz tu, gdzie jeste­śmy, z brze­mie­niem, które tak bar­dzo nam ciąży.

Cza­sami na­dal sły­szę te duchy. Wzy­wają do śmierci, tam, gdzie moje miej­sce.

Te słowa Mica­nala Oświe­co­nego pocho­dzą z jego naj­bar­dziej oso­bi­stego dzien­nika. Mica­nal był posęp­nym czło­wie­kiem, jed­nak nie można zaprze­czyć, że w jego zapi­skach jest praw­dziwa poezja, co nie powinno dzi­wić, zwa­żyw­szy na to, że był naj­słyn­niej­szym arty­stą Ebory: geniu­szem pośród mistrzów. I nie­za­leż­nie od tego, co sądzę na temat jego skłon­no­ści do dra­ma­ty­zo­wa­nia, nie­które ze wska­zó­wek – doty­czące realiów Tru­pich Wojen i spu­sto­sze­nia, jakie szkar­łat­nica poczy­niła wśród Ebo­ran – są bez wąt­pie­nia cudow­nym darem dla moich wła­snych badań.

Frag­ment dzien­ni­ków Lady Vin­cenzy „Vin­tage” de Gra­zon

– Co ja zro­bi­łam?

Hestil­lion przy­lgnęła do srebr­nego strąka, tuląc go do piersi, jak gdyby na całym świe­cie nie ist­niało nic bar­dziej rze­czy­wi­stego. Czuła ucisk w żołądku.

– Co się stało, Hestil­lion Eskt, uro­dzona w roku zie­lo­nego ptaka?

Hestil­lion pod­nio­sła wzrok. Klę­czała na pod­ło­dze pokoju nie­po­dob­nego do niczego, co kie­dy­kol­wiek widziała. Mięk­kie, szare ściany tu i ówdzie upstrzone były dziw­nymi włók­ni­stymi naro­ślami, z któ­rych koń­ców zwi­sały drobne świa­tełka. Sufit nad jej głową two­rzyła pozo­sta­jąca w cią­głym ruchu czarna ciecz, taka sama jak ta, która się­gnęła po nie z tru­piego księ­życa. Wciąż czuła na skó­rze dziwne mro­wie­nie, nie­przy­zwo­icie gorące, jakby dłoń, która ją dotknęła, była tra­wiona gorączką. Nagle przy­po­mniała sobie, gdzie się znaj­duje.

– Jestem we wnę­trzu tru­piego księ­życa.

Kró­lowa sta­nęła w zasięgu jej wzroku. Poru­szała się ospale na nogach z rucho­mej czar­nej cie­czy. Jej twarz, biała maska zatknięta na ramiona, zda­wała się bar­dziej rze­czy­wi­sta, gdy spoj­rzała na Hestil­lion; rysy twa­rzy miała ostrzej­sze, bar­dziej wyra­zi­ste. Uśmiech­nęła się albo raczej roz­cią­gnęła usta w czymś, co przy­po­mi­nało uśmiech.

– Trupi księ­życ? Tak je nazy­wa­cie?

Hestil­lion nabrała tchu.

– Nie, nie­zu­peł­nie. To ludzie je tak nazwali. W końcu ni­gdy nie widzieli ich żywych. Przy­naj­mniej tych, które na­dal tu są.

Kró­lowa prze­chy­liła głowę.

– Podoba nam się. Trupi księ­życ.

Roz­le­gło się brzę­cze­nie i pokój zadrżał leciutko. Hestil­lion poczuła drobne wibra­cje, które roz­bie­gły się od pode­szew jej pan­to­fel­ków aż do kości. Widząc zasko­cze­nie na jej twa­rzy, kró­lowa dziw­nym, pocią­głym ruchem pode­szła jesz­cze bli­żej i pochy­liw­szy się, szczu­płym pal­cem dotknęła pod­łogi. Szara, miękka tkanka natych­miast stała się pół­prze­zro­czy­sta i roz­lała się na boki niczym plama tłusz­czu na cien­kim papie­rze, aż ku swo­jemu prze­ra­że­niu, Hestil­lion ujrzała widoczny w dole odda­la­jący się szybko kra­jo­braz. Z jej gar­dła dobył się stłu­miony krzyk, a ona sama zato­czyła się w tył i omal nie upa­dła.

– Widzisz, moja droga, lecimy w górę – rze­kła kró­lowa. – Jeste­śmy zmę­czeni, roz­bici i sta­rzy, ale na­dal to potra­fimy.

Hestil­lion z tru­dem prze­łknęła ślinę. Były teraz tak wysoko, że z ledwo to mogła pojąć. Jej uko­chana Ebora została tam, w dole. Na­dal roz­po­zna­wała jej mar­mury i sze­ro­kie ulice, lecz gdy na nią patrzyła, jakiś biały kształt prze­mknął jej przed oczami. Chmura. Znaj­do­wały się nad chmu­rami. Pew­nie to wła­śnie czuli ci, któ­rzy dosia­dali bitew­nych bestii, pomy­ślała i jesz­cze moc­niej przy­ci­snęła do piersi strąk. Był zimny w dotyku.

– Czu­jesz się z tym to nie­swojo.

Było to stwier­dze­nie, nie pyta­nie, i gdy Hestil­lion spoj­rzała znów na kró­lową, zoba­czyła, że ta przy­gląda się jej z auten­tyczną cie­ka­wo­ścią. Jed­nak bar­dziej nie­po­ko­jące było to, że sufit nad jej głową poru­szał się i z czar­nej cie­czy zaczęły wyra­stać dłu­gie, lśniące wyrostki. Było ich sie­dem i wyglą­dały jak dłu­gie palce o licz­nych sta­wach. Gdy tak patrzyła, na końcu każ­dego z nich poja­wiły się blade gałki oczne, które obra­cały się przy wtó­rze cichych mla­śnięć, żeby pozbyć się resz­tek czar­nego śluzu.

Hestil­lion wypro­sto­wała się dum­nie. Celowo sta­rała się nie patrzeć na widoczne w sufi­cie oczy.

– Co to ma być? Po co mnie tu spro­wa­dzi­łaś? – spy­tała i zanim zdą­żyła ugryźć się w język, dodała: – Czym jesteś?

– Inte­re­su­jesz nas, Hestil­lion Eskt, uro­dzona w roku zie­lo­nego ptaka. I pomo­głaś nam. Dla­tego my pomo­żemy tobie. – Prze­zro­czy­sta plama powięk­szyła się nagle i umknęła spod stóp Hestil­lion. Czuła się teraz, jakby stała w powie­trzu nad zie­jącą w dole ogromną prze­pa­ścią. Żołą­dek pod­szedł jej do gar­dła, jed­nak Hestil­lion ostat­kiem sił zmu­siła się, żeby spoj­rzeć kró­lo­wej pro­sto w oczy.

– Prze­stań. To mi nie… pomaga.

Kró­lowa wzru­szyła ramio­nami i pod­łoga na powrót stała się pod­łogą. Oczy w sufi­cie cof­nęły się i znik­nęły pośród płyn­nej czerni.

Gdy odzy­skała głos na tyle, że była pewna, że jej nie zawie­dzie, Hestil­lion rze­kła cicho:

– Nie jesteś mi nic winna, Kró­lowo Jure’lia.

– Kró­lowa… robali. Cóż za cie­kawe słowa posia­da­cie. Należy się nimi roz­ko­szo­wać. Ale skoro już o tym mowa, zawdzię­czamy ci bar­dzo wiele. Mówi­łaś do nas, odszu­ka­łaś nas i obu­dzi­łaś nas z zim­nego snu śmierci pośród korzeni. Gdy­byś tego nie zro­biła, spa­li­by­śmy po wsze czasy uwię­zieni, i może nawet nie obu­dzi­li­by­śmy się, kiedy wasz cuch­nący bóg-drzewo wró­cił do życia. Bar­dzo nas cie­ka­wisz, dla­tego nie mogli­śmy cię zosta­wić. Tak orze­kli­śmy.

Hestil­lion zamru­gała. Kró­lowa Jure’lia pierw­szy raz oka­zała emo­cje inne niż roz­ba­wie­nie czy cie­ka­wość. Łatwiej i lepiej było sku­pić się na tym, niż na poczu­ciu winy, które obu­dziły jej słowa. Ostroż­nie poło­żyła strąk na pod­ło­dze, tak że opie­rał się o jej nogi. Nie mogła ani na chwilę stra­cić z nim kon­taktu, a czuła, że zaczy­nają jej drżeć ramiona. Strąki, z któ­rych przy­cho­dziły na świat wojenne bestie, nie były lek­kie.

– To zna­czy, że nie jestem więź­niem? – Hestil­lion zadarła brodę, świa­doma, że nawet gdy stoi pro­sto, kró­lowa Jure’lia jest od niej wyż­sza o dobre trzy stopy. – Mogę odejść?

– Odejść? Ależ natu­ral­nie, że możesz.

Kró­lowa kolejny raz ski­nęła ręką i tym razem, ku prze­ra­że­niu Hestil­lion, pod­łoga zro­biła się nie tylko prze­zro­czy­sta, ale i miękka. Jej stopa zapa­dła się w nią, a zaraz potem druga i dziew­czyna poczuła, że się osuwa.

– Prze­stań! Prze­stań, nie o to mi cho­dziło!

Pod­łoga wró­ciła do swo­jej poprzed­niej postaci, a kró­lowa uśmiech­nęła się chłodno. Zaraz potem wycią­gnęła swe dłu­gie ramiona w stronę sufitu, skąd wybie­gły jej na spo­tka­nie włók­ni­ste, czarne macki, unio­sła się znad pod­łogi, zanu­rzyła się w czerni jak w kąpieli i chwilę póź­niej już jej nie było. Za późno Hestil­lion uświa­do­miła sobie, że w pomiesz­cze­niu nie ma żad­nych drzwi i nie ma jak się z niego wydo­stać.

– Niby dokąd mia­ła­bym pójść, gdy­bym stąd ode­szła? – zwró­ciła się do strąka. Uklę­kła, oto­czyła go ramio­nami i zamknęła oczy. – Mia­ła­bym wró­cić do tych, któ­rych pomo­głam znisz­czyć? Już lepiej, żebym wypa­dła przez tę pod­łogę.

Coś wbi­jało jej się w pierś. Się­gnęła ręką za sta­nik sukni i wycią­gnęła pro­sto­kątną kartę mniej wię­cej tak długą, jak jej dłoń. Zło­żono ją tyle razy, że cała była pogięta, jed­nak Hestil­lion aż za dobrze pamię­tała przed­sta­wiony na niej obra­zek: zie­lone kształty jak powy­krę­cane palce na ciem­nym tle. Korze­nie. Alda­sair poda­ro­wał jej tę kartę lata temu, zaś ona ją zacho­wała, choć nie potra­fiła powie­dzieć dla­czego. A gdy szy­ko­wali się, żeby wylać na korze­nie Ygse­rila gęsty, zło­ci­sty płyn, wsu­nęła ją za gor­set. Pew­nie na szczę­ście, pomy­ślała. Czu­jąc, że znów ogar­nia ją złość na swoją głu­potę, scho­wała kartę z powro­tem tam, gdzie ją zna­la­zła i objęła ramio­nami srebrny strąk. Był zimny w dotyku i Hestil­lion zaczęła się zasta­na­wiać, po co wła­ści­wie wzięła go ze sobą.

Rozdział 2

2

Lód top­niał.

Pochy­lony nad cem­bro­winą Eri widział roz­ma­zany kształt wła­snej głowy i ramion spo­glą­da­jący na niego z czar­nego lustra studni. Nie był pewien, skąd wie­dział, że lód top­nieje, oprócz tego, że pamię­tał setki zim, kiedy zada­wał sobie to samo pyta­nie. W końcu robił to samo już wcze­śniej, wiele, wiele razy. Gdy tak stał, łatwo było wyobra­zić sobie, że utknął mię­dzy lustrami. Oczami wyobraźni widział setki, tysiące swo­ich odbić, powie­la­nych bez końca i na zawsze uwię­zio­nych w tym czar­nym lustrze. Odsu­nąw­szy od sie­bie tę myśl, poło­żył dło­nie na wiel­kim kamie­niu, który umie­ścił na cem­bro­wi­nie, i pchnął go pośpiesz­nie. Kamień runął w dół i chwilę póź­niej uszu Eriego dobiegł huk, a po nim plusk.

– Dobrze.

A zatem znów będzie mógł czer­pać wodę ze studni. Przez zimę brał wodę z wiel­kich, sta­lo­wych wia­der, które wno­sił do domu tuż przed tym, jak w Ebo­rze robiło się naprawdę zimno. Bywało też, że zno­sił gar­ściami śnieg, choć przez więk­szość czasu nie wyściu­biał nosa na zewnątrz, bez­pieczny w murach Lone­fell. Jed­nak woda ze studni będzie słod­sza i nie będzie miała tego meta­licz­nego posmaku. Był to jeden z powo­dów, dla któ­rych tak wypa­try­wał wio­sny. Matka ucie­szy się, kiedy usły­szy, że robi się cie­plej i że wkrótce będzie mogła wyjść do ogro­dów.

Wia­dro było białe od szronu, ale linę Eri prze­cho­wy­wał w domu, żeby nie zgniła z wil­goci. Chwilę póź­niej trzy­mał w dło­niach wia­dro wody czy­stej jak niebo nad jego głową, i zanim prze­lał ją do misy, upił łyk, po czym uśmiech­nął się, gdy z zimna roz­bo­lały go zęby.

– Brrr.

Z misą w rękach ruszył w drogę powrotną przez oszro­nione ogrody. Rośliny nie wypu­ściły jesz­cze pędów, jed­nak Eri wyobra­żał je sobie, jak cze­kają pod zie­mią niczym małe, zie­lone obiet­nice cze­goś lep­szego. W Lone­fell zaniósł miskę pro­sto do kuchni i doło­żył do pieca. Następ­nie zszedł kamien­nymi scho­dami do spi­żarni, przy­świe­ca­jąc sobie świecą. Spi­żar­nia była roz­le­gła i żółty blask świecy nie docie­rał do naj­dal­szych kątów, jeśli już to pogłę­biał cie­nie zale­ga­jące na pustych pół­kach.

– Puste półki.

Eri stał i patrzył na nie, pod­czas gdy obu­dzony nie­po­kój wier­cił się w jego piersi niczym ośli­zgły, zimny robak. Zostały mu może dwie półki z jedze­niem. Słoje mary­no­wa­nych warzyw, które zro­bił sam, zuży­wa­jąc resztki octu, suszone i solone mięso kró­li­ków zła­pa­nych latem we wnyki, oraz dwa krążki sera zawi­nięte w grube płótno. Nie chciał ich odwi­jać w oba­wie, że zaple­śniały. Czas ucie­kał, jeśli w ogóle jesz­cze go miał.

Zdjął z półki paczkę suszo­nego mięsa i wyszedł. W dro­dze powrot­nej do kuchni nucił coś fał­szy­wie i od czasu do czasu mru­czał jakieś słowo, gdy mgła zapo­mnie­nia na chwilę opusz­czała jego umysł.

– Pią­tego dnia zatań­czymy, uko­chana moja… a szó­stego zaśpie­wasz dla mnie…

Wsta­wił nie­wielką ilość wody i wrzu­cił do niej kilka kawał­ków sta­rego kró­li­czego mięsa, żeby nieco zmię­kło. Następ­nie dodał garść ziół i odro­binę soli. W końcu zje­dzą cie­pły posi­łek.

Zosta­wiw­szy danie na ogniu, wyszedł na kory­tarz i nie­wiele myśląc, skie­ro­wał się do poko­jów matki. Ściany tu pokry­wały kolo­rowe obrazy: pej­zaże krain za górami Tarah-hut, bitew­nych bestii w bla­sku chwały, daw­nych ebo­rań­skich boha­te­rów w lśnią­cych zbro­jach. Jego rodzice roz­ja­śniali wnę­trza Lone­fell obra­zami i opo­wie­ściami, a w każ­dym pokoju stały regały pełne ksią­żek. Gdy decy­do­wali się na życie w odosob­nie­niu, nie chcieli, by ich syn się nudził.

Pokój matki tonął w pro­mie­niach poran­nego słońca – wcze­śniej przy­szedł tu, żeby roz­su­nąć zasłony – zaś ona sama leżała nie­ru­chomo w łóżku. Świeża pościel była hafto­wana w las, ze zwie­rzę­tami wyglą­da­ją­cymi zza pni i gałęzi drzew.

Przy łóżku stało krze­sło i sia­da­jąc na nim, Eri przy­po­mniał sobie, że kiedy przy­byli do Lone­fell, było to jego ulu­bione krze­sło, choć wtedy jesz­cze nie się­gał sto­pami pod­łogi. Teraz spod cien­kiej, wytar­tej tapi­cerki tu i ówdzie wycho­dziły białe kępki wypeł­nia­cza.

– Jest zimno, ale lód top­nieje. – Mówiąc to, spo­glą­dał ponad łóż­kiem w odle­gły koniec pokoju. Jego matka była bryłą deli­kat­nych krzy­wizn, na któ­rych sta­rał się nie sku­piać uwagi. – Nie­długo wszystko w ogro­dzie zacznie kwit­nąć. Cho­ciaż… mam nadzieję, że warzywa będą ład­niej­sze niż w zeszłym roku. Nie wiem, dla­czego tak jest… może zie­mia jest wyja­ło­wiona. Wszystko wokół wydaje się jałowe. – Eri urwał, po chwili odchy­lił rąbek koca i nie­śmiało wsu­nął rękę w mat­czyną dłoń. Na­dal na nią nie patrzył. – Kiedy tu przy­je­cha­li­śmy, myśla­łem, że czeka nas wielka przy­goda. Że jeste­śmy kimś w rodzaju wędrow­ców, któ­rzy poszu­kują swo­jego miej­sca. To wy spra­wi­li­ście, że tak to wyglą­dało, wszyst­kie te opo­wie­ści ojca i książki, które zabrał. Pamię­tam, jak cie­szył się, że będziemy je razem czy­tać. I nasz ogród. Pla­no­wa­li­śmy upra­wiać w nim tyle rze­czy. Mie­li­śmy jeść egzo­tyczne potrawy, a ja mia­łem swój wła­sny pokój pełen zaba­wek. Było ich tyle, że musie­li­ście chyba zatrud­nić wszyst­kich rze­mieśl­ni­ków w Ebo­rze. – Odchrząk­nął i uści­snął zimne palce matki. – Prze­pra­szam. Teraz wiem, że musiało być wam obojgu bar­dzo smutno. Zosta­wi­li­ście wszystko, żeby prze­być taki szmat drogi i zamiesz­kać tu. Zna­la­złem listy… – Eri urwał i zadrżał gwał­tow­nie. Zabur­czało mu w brzu­chu, a gdy szczel­niej otu­lił się płasz­czem, poczuł pod pal­cami wysta­jące żebra. – To nie tak, że wty­kam nos w cudze sprawy, mamo, ale prze­czytałem każdą książkę dwa, cza­sem nawet trzy razy i ojciec nie miał nic prze­ciwko. – Przy­gryzł wargę, po czym cią­gnął: – Zna­la­złem listy od two­jej matki i od rodzi­ców ojca i wydaje mi się, że nie byli zado­wo­leni z tego, co zro­bi­li­ście. W listach tych pełno jest próśb i gróźb. Nie wie­dzia­łem, że powie­dzie­li­ście im, że nie mogą mnie zoba­czyć, ale chyba ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­łem.

Do pokoju wpa­dła mucha. Eri wzdry­gnął się, gdy prze­le­ciała tuż przy jego uchu. Przez chwilę obi­jała się o szybę, pró­bu­jąc się wydo­stać, aż w końcu wstał i prze­go­nił ją, wyma­chu­jąc zwo­jem sta­rego per­ga­minu. Gdy w końcu wyle­ciała, sta­nął przy oknie i spoj­rzał w bez­chmurne niebo. Przy­naj­mniej dziś niczego nie zauwa­żył.

– Chyba mam zwidy. – Zer­k­nął na matkę i rów­nie szybko odwró­cił wzrok. – Rze­czy na nie­bie. Ale to nie może być prawda. Ebora umarła. Umarła dawno temu, pew­nie wtedy, gdy listy od dziad­ków prze­stały przy­cho­dzić. Tak? Po pro­stu muszę wię­cej jeść, to wszystko. Ale nie­długo będzie łatwiej. Już nie­długo… – Eri drżącą ręką odgar­nął z czoła kosmyk wło­sów. – A skoro o tym mowa…

Wygła­dził koc, któ­rym przy­kryta była matka, musnął ustami woskową czaszkę i wró­cił do kuchni. Jego chudy rosół stę­żał w coś, co przy­naj­mniej będzie miało wię­cej smaku niż woda i Eri pośpiesz­nie prze­lał go do miski. Następ­nie z naczy­niem w dło­niach udał się kolej­nym dłu­gim kory­ta­rzem do gabi­netu ojca. Książki tam były czujne, zbyt ciche, a mapy na ścia­nie wyglą­dały jak kłam­stwa, dla­tego dźwi­gnął ojca i wyniósł go do ogrodu, gdzie nad zamar­z­niętą sadzawką stały kamienne ławki. Usiadł na jed­nej z nich i powoli zaczął jeść gorący kleik, pod­czas gdy ojciec sie­dział na ziemi obok niego.

– Czu­jesz, że jest cie­plej, prawda? – Słony smak mięsa na języku popra­wił mu nieco humor. – Nie powie­dzia­łem mamie, ale spi­żar­nia jest pra­wie pusta. Odwilż przy­szła w samą porę. – Urwał, żeby wycią­gnąć spo­mię­dzy zębów wyjąt­kowo twardy kawa­łek mięsa. – Za kilka tygo­dni wrócą kró­liki, a jeśli pogoda dopi­sze, będę mógł zapo­lo­wać nieco dalej. Wiem, co powiesz, ale Dzicz wciąż jest daleko od Lone­fell, a na wscho­dzie mogą być jele­nie. Cały jeleń wystar­czyłby mi… nam…

Padł na nich jakiś cień. Eri zadarł głowę i serce pode­szło mu do gar­dła, gdy znów to zoba­czył. Zerwał się tak gwał­tow­nie, że potrą­cił butem wia­dro z kośćmi, które zagrze­cho­tały sucho, on jed­nak nie zwró­cił na to uwagi. Na nie­bie szy­bo­wał smok, powolny i maje­sta­tyczny w zło­tych pro­mie­niach poranka. Uno­sił się na tyle nisko, że Eri widział sze­ro­kie, per­łowe łuski na jego brzu­chu, wiel­kie jak jego dłoń, i śnież­no­białe pióra na skrzy­dłach.

– To nie może być prawda. Takie rze­czy już nie ist­nieją. Po pro­stu ich nie ma. Ojcze? – Eri zaj­rzał do wia­dra z kośćmi – robił to bar­dzo rzadko – i naga, pożół­kła rze­czywistość wydała mu się rów­nież zimna i szo­ku­jąca jak woda w studni. Jęk­nął, ode­rwał wzrok od wia­dra i jesz­cze raz spoj­rzał na smoka. Bestia zmie­rzała na zachód, koło­wała powoli niczym orzeł i Eri mógłby przy­siąc, że ktoś jej dosiada. Po chwili smok roz­dzia­wił pasz­czę, z któ­rej buch­nął podobny do egzo­tycz­nego kwiatu fio­le­towy pło­mień. Gdy się roz­pro­szył, Eri uświa­do­mił sobie, że coś sły­szy, coś jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kłego – nie­siony wia­trem śmiech. Minęły dzie­siątki lat, odkąd sły­szał, jak ktoś się śmieje i przez moment miał pro­blem, żeby przy­po­mnieć sobie, jak to jest.

Eri stał i patrzył na smoka, aż ten stał się jedy­nie maleńką kropką na hory­zon­cie, zapo­mniany rosół zdą­żył wysty­gnąć. Jego ojciec mil­czał.

Rozdział 3

3

Naj­droż­szy Mari­nie, na strza­skane kości Sarnu, mam nadzieję, że list ten znaj­dzie cię bez­piecz­nego i w dobrym zdro­wiu. Wysła­łam go na twój ostatni adres i liczę, że wciąż pod nim miesz­kasz. Uni­wer­sy­tet w Reidn ma grube, solidne mury i jest tam dużo ludzi. Jeśli możesz, Mari­nie, zostań tam. Nie rób niczego głu­piego (nie żebyś miał skłon­ność do robie­nia głu­pot, skar­bie, ale twoja ciotka mar­twi się o cie­bie).

Wysła­łam też list do domu, do lasu win­nego, ale jestem w podróży i nie mam jak otrzy­mać odpo­wie­dzi. Życie w odosob­nie­niu zapew­nia nieco bez­pie­czeń­stwa, moż­liwe więc, że miesz­kańcy Domu nie widzieli żad­nych okrop­no­ści, ja jed­nak nie mogę prze­stać myśleć o ruinach Behe­mota ukry­tych w lesie. Co prawda były wie­ko­wym wra­kiem, a ze swo­ich obser­wa­cji wiem, że tylko pozo­sta­ło­ści z ostat­nich Desz­czów mogą wró­cić do życia, mimo to… Oczy­wi­ście, że się mar­twię.

Podró­żuję teraz z Ebo­ranką imie­niem Nan­thema. Myślę, że wspo­mi­na­łam ci o niej. Uda­jemy się do Ebory, czę­sto podró­żu­jemy nocą, uni­ka­jąc głów­nych dróg, choć nie jestem pewna, czy to pomoże. Cały czas musimy być czujne, a to bywa męczące. Jeśli nie cho­wamy się przed Behe­mo­tami na nie­bie, kry­jemy się przed wil­kami albo zdzi­cza­łymi stwo­rami. Mam nadzieję, że w Ebo­rze znaj­dziemy pomoc albo cho­ciaż dowiemy się, z czym wła­ści­wie mamy do czy­nie­nia. Mam ci tyle do powie­dze­nia, drogi Mari­nie, zbyt wiele, bym mogła napi­sać o wszyst­kim w jed­nym liście. Opo­wiem ci wszystko, kiedy następ­nym razem zoba­czę twoją drogą, przy­stojną twarz.

Cie­kawe spo­strze­że­nie na temat tego listu. Zatrzy­ma­ły­śmy się w mie­ści­nie o nazwie Nōrg, osa­dzie na pół­nocy u pod­nóża wzgórz Min (A niech mnie! To nie są żadne wzgó­rza, tylko praw­dziwe góry. Moje obo­lałe stopy są tego naj­lep­szym dowo­dem). Mają tu nie­sa­mo­wite ptaki, naprawdę wiel­kie pta­szy­ska, które moim zda­niem muszą być w pew­nym stop­niu dotknięte sza­leń­stwem. Wyko­rzy­stują je do wysy­ła­nia wia­do­mo­ści, dla­tego liczę, że list ten dotrze do cie­bie. Jed­nak kobieta, z którą roz­ma­wia­łam i która opie­kuje się tymi pta­kami, wyznała, że ostat­nimi czasy prze­stały wra­cać. Zapy­ta­łam ją, czy zabi­jają je stwory z Behe­mo­tów, na co odparła, że nie. Jej zda­niem ptaki odnaj­dy­wały drogę powrotną dzięki tru­piemu księ­ży­cowi, a gdy ten znikł, zaczęły się gubić. Czy to nie zdu­mie­wa­jące, Mari­nie? Wygląda na to, że na świe­cie zawsze są jakieś nowe cuda.

Frag­ment pry­wat­nej kore­spon­den­cji Mistrza Marina de Gra­zon

Kiedy nad­szedł atak, Esther i jej mały bra­ci­szek stali po kostki w błot­ni­stym pia­sku. Kap­tury mieli szczel­nie zawią­zane, bo dzień był wietrzny i od czasu do czasu od strony morza nad­cią­gały chmury, z któ­rych padał zimny deszcz. Kap­tur Corina był jasno­nie­bie­ski, ozdo­biony wyszy­wa­nymi ryb­kami. Dostał go od dziadka na imie­niny zale­d­wie tydzień temu i nie zdej­mo­wał go nawet pod­czas posił­ków. Wnę­trze ogrom­nej sko­rupy zapew­niało schro­nie­nie przed nie­po­godą, ale było zimne i wil­gotne.

– Śmier­dzi tu – zauwa­żył Corin.

– Mm, cudowny, rybny zapa­szek. Zupeł­nie jak twoje skar­pety. – Weszli głę­biej. Esther szła przo­dem, a chi­cho­czący cicho Corin tuż za nią. Gład­kie, różo­wawe ściany upstrzone były pla­mami soli i nie­licz­nymi pąklami, jed­nak Esther widziała to, czego szu­kali tuż przed sobą. Białe kopce z czar­nymi plam­kami przy­kle­jone do ścian muszli. Każdy z nich był mniej wię­cej tak duży jak jej stopa. Dziew­czynka wyjęła nóż i trzy­mała go w goto­wo­ści.

– No to zaczy­namy, Cori­nie. Chcesz otwo­rzyć pierw­szy?

Z bli­ska worki lęgowe kra­bów brzy­two­wych były bar­dziej prze­zro­czy­ste niż białe, a zamknięte w środku szare kulki pokry­wała gęsta, drżąca gala­reta. Corin zmarsz­czył brwi; te tutaj nie wyglą­dały jak smaczne kąski brą­zo­wego mięsa, które ojciec podał na kola­cję, i widać było, że zasta­na­wia się, czy cała ta wyprawa warta była zachodu.

– Patrz, pokażę ci. – Esther odpięła od pasa impre­gno­waną sakiewkę, pod­ło­żyła ją pod naj­bliż­szy worek i wyjęła nóż z pochwy. Wie­działa, że to wła­śnie on naj­bar­dziej fascy­nuje Corina, pozwo­liła więc, by mętne świa­tło przez chwilę tań­czyło na ostrzu. – Bie­rzesz nóż, przy­trzy­mu­jesz worek od spodu, o tak, i odci­nasz go tuż przy ścia­nie muszli. Musisz to zro­bić szybko, ina­czej wszystko roz­leje się na boki.

Wyćwi­czo­nym ruchem odcięła worek, który z nie­przy­jem­nym dla ucha chlu­po­tem wpadł do cze­ka­ją­cej na niego sakiewki.

– Och. – Twarz Corina skryta była we wnę­trzu kap­tura, tak więc Esther nie widziała jego miny. – Co to?

– Co co?

Z początku usły­szeli coś jak brzę­cze­nie, a zaraz potem prze­ni­kliwy sko­wyt, który odbi­jał się echem od ścian muszli. Sama nie wie­dząc, dla­czego to robi, Esther przy­ło­żyła dłoń do ściany. Muszla wibro­wała tak bar­dzo, że zdrę­twiały jej opuszki pal­ców.

– Ten hałas! Co to? – Sły­sząc panikę w gło­sie Corina, Esther scho­wała nóż do pochwy, odło­żyła sakwę i wzięła brata za rękę.

– To pew­nie jakiś duży sta­tek – odparła, choć wie­działa, że to nie­prawda. Żaden sta­tek nie robił takiego hałasu. – Chodź, spraw­dzimy, dobrze?

Szyb­kim kro­kiem ruszyli po spi­rali do wyj­ścia, wil­gotny pia­sek mla­skał im pod sto­pami. W pierw­szej chwili Esther pomy­ślała, że gdy byli we wnę­trzu muszli, nad­cią­gnęła burza. Co prawda morze na­dal miało tę samą sta­lową barwę i było spo­kojne, ale jakiś cień zawisł nad Col­dreef. Ota­cza­jąca osadę drew­niana pali­sada była niczym wię­cej niż rzę­dem zaostrzo­nych pali­ków, a cia­sne domy ze ścia­nami z drewna, które morze wyrzu­ciło na brzeg, i pan­ce­rzy kra­bów brzy­two­wych wyda­wały się jakieś małe, jakby skur­czyły się pod­czas ich nie­obec­no­ści. I wtedy spoj­rzała w górę.

– W imię Tho­masa. – Esther chwy­ciła Corina i wzięła go na ręce. Nie robiła tego, odkąd chło­piec skoń­czył cztery lata. – Cori­nie, musimy wejść do środka.

Na nie­bie wisiał potwór. Dla Esther, która całe życie miesz­kała w Col­dreef, wyglą­dał tro­chę jak tłu­ste żuki mor­skie, które cza­sami widy­wała mar­twe nad brze­giem morza, tyle że ten był ogromny, wielki jak tysiąc dotknię­tych sza­leń­stwem kra­bów brzy­two­wych. Miał pękate, zie­lon­kawo-czarne, seg­men­to­wane ciało poprze­ci­nane licz­nymi pęk­nię­ciami i liniami. Tu i ówdzie widać było marsz­czące się dziury, z któ­rych wyle­wał się gęsty, czarny szlam i dziwne, zwinne stwo­rze­nia. Spa­dały na Col­dreef niczym nasiona z drzewa, roz­kła­da­jąc sze­roko odnóża o wielu sta­wach.

– Co to, Essie? Co to jest?

Esther bie­gła nie­zdar­nie w stronę bramy pali­sady, myśląc wyłącz­nie o tym, że muszą wró­cić do ojca, ale teraz potwór opa­dał i jeśli się nie zatrzyma, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zmiaż­dży osadę. Sta­nęła prze­ra­żona i popra­wiła Corina na rękach. Do głowy jej nie przy­szło, żeby posta­wić go na ziemi.

– Nie mam poję­cia. Nie… wiesz co, Cori­nie? Może się scho­wamy? Wró­cimy do muszli i pocze­kamy, aż to coś odleci.

– Ale tata!

Esther skrzy­wiła się. Corin nie nazy­wał tak ojca, odkąd był bar­dzo mały. Nagle potwór zadud­nił i prze­chy­lił się gwał­tow­nie. Ruch nie wyglą­dał na kon­tro­lo­wany i Esther pomy­ślała, że potwór pró­buje zacho­wać rów­no­wagę. Dopiero teraz zauwa­żyła, że w seg­men­to­wym ciele bra­ko­wało nie­któ­rych czę­ści, a inne umiesz­czone były pod dziw­nymi kątami. Zaraz potem roz­legł się inny dźwięk, coś jak prze­raź­liwy pisk…

– Essie! Patrz!

Miesz­kańcy Col­dreef naj­wy­raź­niej uświa­do­mili sobie, co wisi nad ich gło­wami. Nie­któ­rzy w śle­pej panice bie­gli do bram, pod­czas gdy inni stali z zadar­tymi gło­wami i patrzyli na potwora, jak gdyby pró­bo­wali odgad­nąć, czym wła­ści­wie jest. Esther zoba­czyła, że nie­któ­rzy chwy­tają za broń, pod­czas gdy inni tarzali się po ziemi, jak w jakimś amoku. Naj­pierw jeden, póź­niej kolej­nych dwoje, pię­cioro i sze­ścioro. Coś ich ata­ko­wało, coś, czego Esther nie była w sta­nie zoba­czyć. Jesz­cze ni­gdy w życiu tak się nie bała, czuła jak lodo­wata gula stra­chu pod­cho­dzi jej do gar­dła.

– Chodź, Cori­nie, wra­camy do muszli. Tacie nic nie będzie. Spo­tkamy się tam. No już, chodź!

Nagle wszystko uto­nęło w upior­nym, fio­le­to­wym świe­tle, jak gdyby w osadę ude­rzył pio­run. Esther otwo­rzyła usta w bez­gło­śnym krzyku, a gdy spoj­rzała w górę, zoba­czyła na nie­bie nowy kształt – rów­nie obcy i dziwny jak potwór i pod wie­loma wzglę­dami rów­nie prze­ra­ża­jący.

Nisko nad jej głową prze­le­ciał smok. Wokół jego potęż­nych szczęk tań­czyły fio­le­towe pło­mie­nie, a chwilę póź­niej ryk­nął ogłu­sza­jąco i wypluł kolejną kulę ognia. Smok skrzył się w przy­tłu­mio­nym świe­tle i patrząc na niego, Esther pomy­ślała o kawał­kach masy per­ło­wej, które znaj­do­wała cza­sami nad brze­giem morza. Na grzbie­cie bestii sie­działa młoda kobieta. Esther nie widziała jej wyraź­nie, z wyjąt­kiem czar­nych lśnią­cych wło­sów i dziw­nej czar­nej smugi na czole. Corin, któ­rego trzy­mała na rękach, zaczął wyry­wać się i kopać.

– Potwory! Potwory!

– Ćśś. – Przy­tu­liła go mocno. Teraz na nie­bie poja­wiały się kolejne syl­wetki, cała mena­że­ria stwo­rzeń rodem z bajek dla dzieci. Nie wie­dzieć czemu, oczy Esther zro­biły się mokre od łez. – Myślę, że te potwory przy­le­ciały, żeby nam pomóc.

***

Tor zauwa­żył dziury w bul­wo­wa­tym boku i choć od prze­szło trzy­stu lat nie widział z bli­ska żywego Behe­mota, wie­dział, że patrzy na zepsute frag­menty, czę­ści stwora, które nie zostały jesz­cze napra­wione. Zer­k­nął na Noon, ale jej już nie było, dostrzegł jedy­nie male­jący kształt Vostok, gdy smo­czyca zanur­ko­wała gwał­tow­nie w stronę wroga. On sam pochy­lił się ponad ramie­niem wiel­kiego kota i krzyk­nął do ucha Kirune:

– Ta wielka dziura. Powiększmy ją.

Bestia wojenna wark­nęła, był to niski, dud­niący dźwięk, od któ­rego Torowi zadrżały nogi, po czym kot zło­żył swe wiel­kie, skó­rza­ste skrzy­dła i z zawrotną pręd­ko­ścią runęli w dół, ku nie­wia­ry­god­nie wiel­kiemu Behe­mo­towi. Za bul­wia­stym, ole­istym kształ­tem Tor widział małą, posępną osadę z mar­nymi cha­tyn­kami z muszli i drewna, które morze wyrzu­ciło na brzeg, i bie­ga­ją­cych w panice ludzi. Poczuł silną woń soli i wodo­ro­stów i na sekundę ogar­nęła go dziwna eufo­ria, że ich ocalą. Chwilę póź­niej ude­rzyli w bok Behe­mota i zaczęli się zsu­wać, aż Kirune zato­pił pazury w zie­lon­ka­wym mate­riale.

– Musimy popra­co­wać nad lądo­wa­niami.

– Jak­byś się na tym znał – wark­nął Kirune. Bestia wojenna zło­żyła skrzy­dła – zda­niem Tora wciąż wyglą­dały nie­zdar­nie, szare i skó­rza­ste jak skrzy­dła nie­to­pe­rza, z krót­kimi, czar­nymi rogami wyra­sta­ją­cymi ze sta­wów – i dała susa w stronę postrzę­pio­nej dziury. Z tak bli­ska można było zoba­czyć dziw­nie mię­si­ste wnę­trze Behe­mota; szare, nie­mal prze­zro­czy­ste ściany, białe bro­dawki i sku­pi­ska żół­ta­wych świa­teł. Kirune natych­miast zaczął drzeć pazu­rami kra­wę­dzie dziury, wyry­wa­jąc kawałki księ­ży­co­wego metalu i odsła­nia­jąc blade wnę­trze. Tor zer­k­nął na prze­la­tu­jącą obok Vostok, jej fio­le­towy ogień wypeł­niał zachmu­rzony dzień nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem. Pło­mie­nie lizały powierzch­nię Behe­mota i Tor kątem oka zło­wił jakiś ruch. Stwory podobne do ogrom­nych, sze­ścio­no­gich pają­ków z pul­su­ją­cymi wor­kami pośrodku. Trzy albo cztery skur­czyły się w ogniu, jed­nak po chwili Tor zoba­czył, że wcale nie zgi­nęły, lecz przy­kuc­nęły, żeby chro­nić deli­katne worki lęgowe, z któ­rych wyklu­wały się kopa­cze. Z pal­ców Noon strze­lił dziki ogień wzmoc­niony przez smo­czycę i zaraz potem obie odda­liły się od Behe­mota, któ­rego powierzch­nia dymiła i pokry­wała się pęche­rzami.

– Na ziemi są kopa­cze! – Krzyk dobie­gał z góry.

Tor zadarł głowę i zoba­czył Berna dosia­da­ją­cego Shar­rika. Przy­pięty uprzężą do grzbietu wojen­nej bestii potężny mło­dzie­niec trzy­mał w dło­niach lśniące topory, pod­czas gdy Shar­rik, gryf, który wyrósł na naj­więk­szą bitewną bestię, tłukł skrzy­dłami z taką siłą, że podmu­chy powie­trza roz­wie­wały Torowi włosy. Spo­glą­da­jąc przez ramię, Ebo­ra­nin zoba­czył ludzi bie­ga­ją­cych w panice i krzy­czą­cych, a zaraz potem usły­szał ryk Vostok.

– Nie! Musimy sku­pić się na tym, żeby zra­nić Behe­mota! Zostaw­cie ludzi!

– Ty rób swoje dziury – zagrzmiał Shar­rik. – My mamy życie do ura­to­wa­nia.

Tor poczuł, jak ramiona Kirune napi­nają się i wielki kot uniósł głowę. Podobne do żół­tych lamp oczy zmru­żyły się, gdy odpro­wa­dzał wzro­kiem odda­la­ją­cego się gryfa. Ostatni raz szarp­nął pazu­rami dziurę, po czym wzbił się w powie­trze. Jego skrzy­dła roz­po­starły się z trza­skiem, jak żagle, które gwał­tow­nie wypeł­niają się wia­trem, i chwilę póź­niej mknęli ku ziemi, żeby wylą­do­wać przed Shar­ri­kiem. Gdzieś za ich ple­cami Vostok wrza­snęła z wście­kło­ści.

– Nie! Musimy współ­pra­co­wać!

Tor pochy­lił się, zaci­snął dło­nie na gęstym futrze na grzbie­cie Kirune. Pęd powie­trza spra­wiał, że łza­wiły mu oczy.

– Kirune! Kiedy Vostok wydaje ci roz­kaz…

– Żaden wąż nie będzie mi mówił, co mam robić!

Tor syk­nął przez zęby, ale w miarę jak zbli­żali się do osady, sta­wało się oczy­wi­ste, że sytu­acja na dole jest naprawdę bar­dzo zła. Ubita zie­mia roiła się od kopa­czy. Męż­czyźni, kobiety i dzieci upa­dali, pod­czas gdy inni ludzie, szu­ka­jąc ucieczki, wdra­py­wali się na dachy. Pośród cha­osu sztyw­nym kro­kiem cho­dziły „matki”, dziwne pają­ko­wate stwory z pul­su­ją­cymi, bia­łymi koko­nami, z któ­rych wysy­py­wały się mię­so­żerne żuki.

Kirune opadł na zie­mię, wzbi­ja­jąc tuman kurzu, a tuż po nim Shar­rik. Nie­bie­sko-czarne skrzy­dła gryfa zda­wały się jasne na tle cha­osu. Bern poma­chał rado­śnie do Tora, a chwilę póź­niej pła­ska głowa gryfa wystrze­liła do przodu, potężny dziób zamknął się na paję­czych nogach jed­nej z matek i zła­mał je. Tor miał szczerą nadzieję, że potężny mło­dzie­niec nie sły­szał wark­nię­cia, które dobyło się z gar­dła Kirune.

– Gdzie Alda­sair?

Bern wska­zał obu­chem topora domy za ple­cami Tora. Alda­sair dosia­dał wiel­kiej, czar­nej wil­czycy o sza­rych skrzy­dłach orła i cie­płych bursz­ty­no­wych oczach, która stała teraz na dachu jed­nej z chat i wyraź­nie zanie­po­ko­jona spo­glą­dała na panu­jący w dole chaos. Kuzyn Tora, blady jak płótno, sie­dział wypro­sto­wany na jej grzbie­cie.

– Zro­bimy, co w naszej mocy. – Tor dobył mie­cza. Wszę­dzie dookoła ludzie, któ­rzy padli pod napo­rem żar­łocz­nych żuków, dźwi­gali się z ziemi. Ich wnętrz­no­ści zostały wyżarte, z pustych oczo­do­łów wyle­wała się czarna, lepka ciecz, a usta roz­cią­gły się w powi­tal­nych uśmie­chach, gdy powol­nym kro­kiem szli w stronę bestii wojen­nych. – To kukły. Zabij­cie je i tyle kopa­czy, ile zdo­ła­cie.

Ryk Kirune prze­to­czył się nad osadą niczym huk grzmotu. Zaraz potem wielki kot ruszył do ataku, jego potężne łapy roz­gnia­tały żuki na mia­zgę. Obok niego biegł Shar­rik, któ­rego czarny jak heban dziób ciął i roz­ry­wał niczym naj­przed­niej­szej roboty ostrze. Kukły padały na zie­mię z wydrą­żo­nymi cia­łami wysta­wio­nymi na posępne świa­tło dnia i Tor po raz pierw­szy usły­szał dobie­ga­jące zewsząd wrza­ski, okrzyki bólu poże­ra­nych żyw­cem i zawo­dze­nie tych, któ­rzy musieli na to patrzeć. On sam skrzy­wił się i odwró­cił wzrok. Nie miał czasu sku­piać się na kosz­ma­rze, który roz­gry­wał się na jego oczach.

Paję­cza matka zbli­żyła się do nich i Tor szarp­nął Kirune za gęste, szare futro.

– Szybko! Zabij ją!

Jed­nak Kirune powa­lił wła­śnie dwie kukły i potęż­nymi szczę­kami roz­ry­wał to, co zostało z ich lep­kich wnętrz­no­ści. – Kirune! Rób, co ci każę!

Jed­nak było już za późno. Pają­ko­po­dobny stwór pochwy­cił dłu­gimi odnó­żami ucie­ka­jącą kobietę, na którą z kokonu wysy­pały się żar­łoczne żuki. Nagle tuż przy nim poja­wiła się wielka, czarna wil­czyca, chwy­ciła matkę zębami i zaczęła nią potrzą­sać jak pies kró­li­kiem, po czym odrzu­ciła ją z odrazą. Sie­dzący na jej grzbie­cie Alda­sair obser­wo­wał wszystko z takim samym obrzy­dze­niem.

– Dobra robota, Jes­sen. – Uspo­ka­ja­jąco pogła­skał wil­czycę mię­dzy uszami. – Świet­nie ci idzie.

Wtedy wła­śnie dzień wypeł­nił się zie­lo­no­fio­le­to­wym świa­tłem, a wszyst­kie cie­nie stały się kru­che i czarne. Tor zadarł głowę i zoba­czył Vostok oto­czoną pierście­niem wła­snych pło­mieni i Noon, z któ­rej wycią­gnię­tych dłoni wyle­wała się rzeka zie­lo­nego ognia. Spoj­rzał w kie­runku, w któ­rym strze­lały pło­mienie i poczuł, że żołą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła – w boku Behe­mota powstało pęk­nię­cie, jed­nak to nie oni je zro­bili. Część istoty otwie­rała się, meta­lowa skóra łusz­czyła się i odła­ziła pła­tami, pod­czas gdy ze środka prze­py­chało się na zewnątrz coś bla­dego i lśnią­cego.

– To czerw! – wrza­snęła Noon i gwał­tow­nie zama­chała ramio­nami. – Nie możemy pozwo­lić, żeby się wydo­stał!

Tor zaci­snął palce na uprzęży, gotowy naka­zać Kirune, by na powrót wzbił się w niebo, gdy przy ścia­nie jed­nego z domów dostrzegł grupę ludzi. Matka zmie­niła się w kukłę o pustych, czar­nych dziu­rach zamiast oczu, ale była z nią trójka małych dzieci. Wszyst­kie tuliły się do niej, naj­wy­raź­niej nie rozu­mie­jąc, co się z nią stało ani dla­czego trzyma je tak mocno, że nie mogą się ruszyć. Ich roz­pacz­liwe krzyki spra­wiły, że Tor poczuł ucisk w sercu. Z mie­czem w dłoni, roz­piął uprząż i zesko­czył na zie­mię.

– Pomóż Vostok – zwró­cił się do Kirune, wska­zu­jąc spód Behe­mota i coraz bar­dziej widocz­nego czer­wia. – To coś nie może wyjść.

Zło­ci­ste oczy Kirune bły­snęły nie­na­wist­nie i wielki kot obna­żył kły, a zaraz potem dał susa w stronę gro­mady kukieł. Tor otwo­rzył usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale nie miał czasu do stra­ce­nia. Zamiast tego rzu­cił się bie­giem w stronę chatki, po dro­dze dep­cząc i odko­pu­jąc na boki rojące się wszę­dzie kopa­cze. Jedno z dzieci było już stra­cone. Krzy­cząc i wierz­ga­jąc, leżało na ziemi, pod­czas gdy żuki w jego wnę­trzu wyże­rały wszystko, co czy­niło je czło­wie­kiem. Nie bacząc na bole­sne kłu­cie w piersi, Tor prze­szedł nad nim i płyn­nym ruchem roz­pła­tał na pół pierś matki. W jej wnę­trzu zostało tak nie­wiele, że ostrze mie­cza prak­tycz­nie nie napo­tkało żad­nego oporu. Pozo­stała dwójka dzieci krzyk­nęła z prze­ra­że­nia i odsu­nęła się od niego.

– Zacze­kaj­cie! Jestem po waszej stro­nie! – Drzwi do chatki otwo­rzyły się gwał­tow­nie, tęga kobieta chwy­ciła dzieci za szyje i z impo­nu­jącą siłą wcią­gnęła je do środka. Spoj­rze­nie, które posłała Torowi, było niczym siar­czy­sty poli­czek, niczym maska wyra­ża­jąca jed­no­cze­śnie grozę, strach i wście­kłość.

– Mor­derca! – wrza­snęła kobieta, po czym zatrza­snęła drzwi.

– Cho­lera – mruk­nął pod nosem Ebo­ra­nin.

– Bestie wojenne! Bestie wojenne, do mnie! – Głos nale­żał do Vostok. Jej fio­le­towy ogień i pło­mie­nie dzi­kiego ognia Noon popa­rzyły czer­wia, lecz stwór nie prze­sta­wał prze­ci­skać się przez pęk­nię­cie w ścia­nie Behe­mota. Byli przy nich Jes­sen i Alda­sair, lecz wil­czyca krą­żyła tylko bez celu, samej nie wie­dząc, jak może pomóc. Widoczny w dru­gim końcu osady Shar­rik nie­mal uległ pod napo­rem kukieł, gdy kon­tro­lo­wani przez Jure’lia męż­czyźni, kobiety i dzieci cze­piali się jego skrzy­deł i kudła­tego zadu. Krępy męż­czy­zna z białą brodą wisiał ucze­piony szyi gryfa. Sie­dzący na grzbie­cie wojen­nej bestii Bern pró­bo­wał odpie­rać ich ataki. Jego bliź­nia­cze topory – Tor pamię­tał, że Bern nazy­wał je Zacie­kłymi Bliź­nię­tami – ocie­kały czarną posoką.

– Kirune?

Ogromny kot głowę miał spusz­czoną i roz­trą­cał nosem roz­człon­ko­wane kukły. Tor znowu krzyk­nął, na co bestia mach­nęła tylko leni­wie czarno-sza­rym ogo­nem. Ebo­ra­nin pod­biegł do niej i zer­k­nął z nie­po­ko­jem na wiszą­cego w górze Behe­mota. Sądząc po jego roz­mia­rach, czerw był już nie­mal w poło­wie na zewnątrz.

– Kirune! Musimy wra­cać na górę. Czy ty mnie w ogóle słu­chasz? – Pod­szedł do kota i pokle­pał go po karku. Zanim się obej­rzał, leżał na ple­cach, a ciężka łapa Kirune przy­gnia­tała go do ziemi. Masywna głowa bestii zawi­sła tuż nad jego twa­rzą i Tor zoba­czył ogromne, żółte kły.

– Jestem zajęty! – Krót­kie, grube wąsy Kirune uma­zane były czar­nym szla­mem. Jego gorący oddech cuch­nął tru­pem. – Nie roz­ka­zuj mi.

Tor poczuł, że ogar­nia go wście­kłość i z siłą, któ­rej się po sobie nie spo­dzie­wał, ode­pchnął łapę Kirune, po czym dźwi­gnął się z ziemi. Wsu­nął miecz do pochwy i sta­nął przed kotem, który prych­nął na niego.

– Pry­chamy, tak? Kirune, wielka bestia wojenna, legenda Ebory pry­cha na swo­jego pana, bo ten zabro­nił jej bawić się zabaw­kami! – Czub­kiem buta trą­cił szczątki kukły. – Wielki Kirune, płacz­liwy kotek.

Kirune wark­nął gar­dłowo, zło­żył skrzy­dła i przy­cup­nął na tyl­nych łapach, jakby szy­ko­wał się do skoku. Tor wie­dział, że gdyby to zro­bił, jego cię­żar poła­małby mu wszyst­kie kości, jed­nak w tej chwili nie mógł się wyco­fać. Myślał o oszpe­co­nej poło­wie swo­jej twa­rzy i o tym, że gdyby bóg-drzewo Ygse­ril nie wydał na świat wojen­nych bestii, wystar­czy­łoby soku, żeby go ule­czyć, żeby ule­czyć wszyst­kich Ebo­ran, któ­rzy na­dal kur­czowo trzy­mali się życia, mimo szkar­łat­nicy. Ogon Kirune zamia­tał wście­kle zie­mię, w sze­roko otwar­tych kocich oczach cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Tor! Na krew i ogień, spójrz tam!

Głos Noon był piskliwy z prze­ra­że­nia. Tor spoj­rzał w górę, aku­rat w chwili, gdy ogromny czerw prze­ci­snął się przez pęk­nię­cie i runął na nich z góry. Ebo­ra­nin rzu­cił się w bok i nie­mal w tym samym momen­cie czerw rąb­nął o zie­mię, nisz­cząc przy tym kilka cha­ty­nek z drewna i sko­rup kra­bów. Z bli­ska istota była kre­mo­wo­szara, a jej obłe ciel­sko tu i ówdzie mie­niło się per­ło­wym bla­skiem. Jego przed­nia część, którą z braku lep­szych pomy­słów Tor uznał za głowę, była nieco ciem­niej­sza od reszty, z garstką lśnią­cych guz­ków na czubku i widoczną nieco niżej ciemną, pul­su­jącą pasz­czą. Stwór prze­to­czył się po ziemi i Tor dostrzegł maleń­kie, krót­kie odnóża. Chwilę póź­niej czerw zaczął poże­rać znisz­czone domy. Drewno, muszle, szkło, słoma i zie­mia – wszystko zostało wessane i pożarte szyb­ciej niż Tor sądził, że to moż­liwe. Kilku męż­czyzn z osady uzbro­jo­nych w coś, co wyglą­dało jak sta­lowe har­puny i kilka zardze­wia­łych mie­czy, rzu­ciło się na stwora i poczęło dźgać jego śli­skie, obłe ciel­sko. Ich atak nie trwał jed­nak długo, bo chwilę póź­niej ule­gli pod napo­rem paję­czych matek, które osa­czyły ich i krzy­czą­cych powlo­kły w stronę roz­dzia­wio­nej pasz­czy czer­wia.

Tor wsko­czył na grzbiet Kirune. Tym razem – o dziwo – wielki kot odwró­cił się od tru­pów, po czym, obna­żyw­szy kły, rzu­cił się do ataku. Ode­pchnęli na bok jedną z paję­czych matek i Tor gołymi rękami wyrwał z jej objęć męż­czy­znę, zaraz jed­nak kątem oka zoba­czył, jak drugi znika w pasz­czy ogrom­nego czer­wia. Dołą­czył do niego Bern. Szyja i nagie ramiona czło­wieka pokry­wały liczne zadra­pa­nia i uką­sze­nia, i Tor przy­po­mniał sobie, że kiedy widział go ostatni raz, Bern omal nie zgi­nął pod napo­rem kukieł.

– Gdzie Shar­rik?

Bern wska­zał głową niebo i wywi­ja­jąc topo­rami, zaata­ko­wał kolejną paję­czą matkę. Shar­rik był w górze, jego potężny kształt rzu­cał cień na nich wszyst­kich, pod­czas gdy Vostok zata­czała kręgi na nie­bie.

– Odsuń­cie się! – zagrzmiała smo­czyca. – Musimy go spa­lić.

Czerw jak gdyby usły­szał jej słowa, bo nagle jego ciel­sko zapul­so­wało tak gwał­tow­nie, że wszy­scy pole­cieli do tyłu. Jego tylna część unio­sła się i opa­dła, a zaraz potem znów zadrżała i gęsty zie­lony płyn począł wycie­kać z cze­goś, co z braku lep­szych pomy­słów Tor uznał za jego odbyt. Zie­lona ciecz roz­lała się po placu i spły­nęła w stronę ruin cha­ty­nek, zale­wa­jąc rumo­wi­sko, oca­la­łych miesz­kań­ców osady i wię­żąc zarówno ludzi, jak i kukły.

– Żywica. – Tor nie wie­dząc, co robić, ści­snął ręko­jeść Dzie­wią­tego Desz­czu. – Jak możemy to powstrzy­mać?

Ciel­sko czer­wia znowu zapul­so­wało i jesz­cze wię­cej zie­lo­nego płynu spły­nęło na zie­mię, gro­żąc zala­niem całej wio­ski i uwię­zie­niem Tora i Berna.

– Bern! Chodź tu szybko!

Ber­nowi nie trzeba było powta­rzać dwa razy. Wsko­czył na grzbiet Kirune za ple­cami Tora i tłu­kąc wście­kle skrzy­dłami, bestia wojenna wzbiła się w powie­trze. Nie było to łatwe, bo choć Kirune był silny, Bern swoje ważył. Zdo­łali jed­nak umknąć przed zale­wa­jącą wszystko żywicą i dołą­czyli w powie­trzu do Vostok i Shar­rika.

– Rusz­cie się! Z drogi! – ryk­nęła roz­ka­zu­jąco Vostok, która już wycią­gała długą, wężową szyję, żeby plu­nąć ogniem na czer­wia. Noon unio­sła obie ręce, wokół jej pię­ści tań­czyły szma­rag­dowe pło­mie­nie wiedź­miego ognia pod­sy­cane ener­gią życiową, którą zaczerp­nęła od smo­czycy.

– Cze­kaj­cie! – Tor roz­pacz­li­wie wyglą­dał cze­goś na ziemi. Jak można było stra­cić z oczu ogrom­nego wilka? – Gdzie jest Jes­sen? Gdzie są Jes­sen i Alda­sair?

Na chwilę wszy­scy zamil­kli i Tor miał czas, żeby pomy­śleć, co by zro­bił, gdyby jego kuzyn został zabity. Utrata Hestil­lion i Alda­sa­ira, tak bar­dzo sobie bli­skich, byłaby ponad jego siły. Nagle Bern postu­kał go w ramię i wska­zał w dół. Jes­sen stał w odle­głym końcu placu. Alda­sair na­dal sie­dział na grzbie­cie wil­czycy i wcią­gał na sio­dło kolejne dzieci – troje czy czworo tuliło się do niego, pod­czas gdy Jes­sen trzy­mała w zębach małego szkraba, deli­kat­nie chwy­ta­jąc go za koł­nierz.

– Nie ma na to czasu – syk­nęła Vostok. – Zostaw je, Jes­sen, i wynoś się stam­tąd!

Wil­czyca spoj­rzała na nich i nawet z tej odle­gło­ści widać było wyzwa­nie malu­jące się w jej bursz­ty­no­wych oczach. Oto­czony dziećmi Alda­sair rów­nież patrzył w ten spo­sób.

– Głu­pie szcze­niaki! Uciekną, kiedy wszystko sta­nie w ogniu. – Vostok roz­warła szczęki i Tor zoba­czył fio­le­towe pło­mie­nie budzące się do życia.

– Prze­stań! – Pochwy­cił spoj­rze­nie Noon i ode­tchnął z ulgą, widząc, że nie ma w nim wście­kło­ści Vostok. – Noon, musimy o tym pomy­śleć…

Wiszący nad ich gło­wami Behe­mot na­dal wyplu­wał z sie­bie paję­cze matki, które spa­dały do osady, gdzie zie­lona żywica roz­le­wała się mię­dzy zruj­no­wa­nymi domami. Tor miał nadzieję, że część ludzi zdo­łała uciec, że może choć tyle zdo­łali dla nich zro­bić, dostrze­gał jed­nak ciem­niej­sze kształty uwię­zione pod war­stwą żywicy i leżące wszę­dzie ciała.

– Musimy go prze­nieść – szep­nął mu do ucha Bern, po czym odwró­cił się w sio­dle i krzyk­nął do Vostok: – Pod­nieś go, zabierz na plażę za pali­sadą i tam spal.

Smo­czyca syk­nęła przez zęby wyraź­nie roz­ju­szona tym, że kolejny raz zigno­ro­wano jej roz­kazy, ale Noon pochy­liła się i powie­działa coś do jej roga­tego ucha.

– Dobrze. Może wspól­nymi siłami zdo­łamy go unieść. Szybko, bierzmy się do roboty.

Nie było to łatwe zada­nie. Bern w powie­trzu prze­siadł się na grzbiet Shar­rika, choć Tor był pra­wie pewien, że męż­czy­zna spad­nie i się zabije. Udało się jed­nak i nie­ba­wem wszyst­kie trzy bestie wojenne zaczęły obni­żać lot. Vostok i Shar­rik pod­le­ciały do głowy czer­wia, pod­czas gdy Kirune chwy­cił jego drugi koniec. Ciel­sko stwora było śli­skie i wielki kot nie mógł go uchwy­cić. W pew­nej chwili mruk­nął coś o tym, jak bar­dzo czerw cuch­nie, po czym wbił pazury w grubą skórę i wspól­nymi siłami nie­pew­nie pode­rwali czer­wia z ziemi.

Reak­cja Behe­mota była natych­mia­stowa. Z góry posy­pały się na nich paję­cze matki i Tor musiał wywi­jać mie­czem niczym kosą, żeby utrzy­mać je z dala od Kirune. Mimo wspól­nych wysił­ków nie zdo­łali unieść czer­wia wysoko nad zie­mię, a do tego na wpół wlo­kąc go poza gra­nice osady, pozo­sta­wili po sobie liczne znisz­cze­nia. Prze­żyli też chwilę grozy, gdy brzuch stwora zacze­pił o drew­nianą pali­sadę. W końcu jed­nak uwol­nił się z nie­przy­jem­nym dla ucha odgło­sem i Tor ode­tchnął, widząc na pia­sku za nimi paru­jącą stertę sza­rych wnętrz­no­ści. Gdy tylko opu­ścili osadę i Vostok wrza­snęła prze­ni­kli­wie, upu­ścili czer­wia, a Kirune wark­nął z ulgą.

– Odsuń­cie się, wszy­scy się odsuń­cie! – Vostok pochy­liła głowę i tym razem Noon sta­nęła w sio­dle oto­czona zie­lo­nymi pło­mie­niami jak aure­olą. – Noon, wyce­luj swój wiedźmi ogień w ranę.

Obie – wiedźma i smo­czyca – uwol­niły swoje moce. Blask ognia był tak jasny, że Tor musiał osło­nić oczy. Mimo to patrzył, jak skóra czer­wia wybrzu­sza się i pokrywa pęche­rzami. Miej­sce, w któ­rym została roz­darta, kipiało i z rany na plażę wyle­wała się struga gorą­cych wnętrz­no­ści. Sam czerw zda­wał się kur­czyć i zapa­dać w sobie, jakby coś w jego wnę­trzu nie­od­wra­cal­nie się zepsuło. Bliź­nia­cze pło­mie­nie zga­sły, pozo­sta­wia­jąc po sobie gęsty obłok cuch­ną­cego dymu i jed­nego bar­dzo mar­twego czer­wia.

– Udało się. – Tor uśmiech­nął się od ucha do ucha i zato­pił palce w futrze Kirune, licząc, że on także się ucie­szy, jed­nak wielki kot odsu­nął głowę i umknął przed jego doty­kiem.

– Chyba wystar­cza­jąco go roz­ju­szy­li­śmy. Patrz­cie! – Tor odwró­cił się i spoj­rzał w miej­sce wska­zane przez Berna. Prze­chy­lony na bok Behe­mot odda­lał się, stop­niowo nabie­ra­jąc pręd­ko­ści. Było w nim wię­cej dziur niż Tor pamię­tał i kilka ciem­nych plam pozo­sta­wio­nych przez ogień Noon i Vostok. Świet­nie się spi­sali. Było warto.

– Prze­gna­li­śmy go – powie­dział na głos, jed­nak nikt mu nie odpowie­dział. Dopiero po chwili dotarło do niego, że z osady zostało nie­wiele wię­cej oprócz kilku zruj­no­wa­nych cha­ty­nek i zie­lo­nej żywicy. To, co prze­trwało, pło­nęło, pod­czas gdy garstka oca­la­łych stała nad brze­giem, trzy­ma­jąc się w obję­ciach. Byli przy nich Jes­sen i Alda­sair i na oczach oszo­ło­mio­nej gro­mady poma­gali zsiąść z sio­dła małym pasa­że­rom. Tor uświa­do­mił sobie, że sły­szy płacz dziecka.

– Warto było sto­czyć tę bitwę choćby tylko dla nich, prawda?

Rozdział 4

4

– Vostok jest zła.

Nie trzeba było tego mówić. Obu­rzona smo­czyca odda­liła się kilka godzin temu i znik­nęła w zdzi­cza­łym lesie na skraju ponu­rej polany, jed­nak Noon wciąż czuła w sercu jej gniew. Był niczym ogień i pomy­ślała, że pozo­stali powinni o tym wie­dzieć. Zro­bili postój w dro­dze powrot­nej z odle­głej osady i wszy­scy – zarówno ludzie, jak i bestie wojenne – uni­kali jej wzroku.

Sie­dzący po dru­giej stro­nie ogni­ska Tor wes­tchnął.

– Nie jeste­śmy jesz­cze tym, kim powin­ni­śmy być. To oczy­wi­ste. – Kirune leżał nieco dalej za jego ple­cami – ciem­no­szary kształt odwró­cony tyłem do ludzi. Skwi­to­wał słowa Tora prych­nię­ciem, jed­nak Ebo­ra­nin puścił je mimo uszu. – Choć­by­śmy nie wiem, jak się sta­rali, Noon, nie może tego od nas ocze­ki­wać. Nasza pierw­sza potyczka z Jure’lia nie okryła nas chwałą. Czy kogoś to dziwi?

– Chwałą? Więk­szość miesz­kań­ców zgi­nęła. – Noon przy­gry­zła wargę. Trudno było oddzie­lić jej wła­sną złość od tej, którą czuła smo­czyca. – Ich osada jest w ruinie. Dali­śmy ciała. Spie­przy­li­śmy sprawę i zgi­nęli ludzie.

Poma­rań­czowy blask ogni­ska spra­wiał, że pur­pu­rowe bli­zny na twa­rzy Tora zda­wały się szare. Minę miał posępną.

– To wojna – powie­dział. – Spo­dzie­waj się czę­ściej takich wido­ków.

– Dni chwały Ebory dawno już minęły. – Łagodny głos Alda­sa­ira zda­wał się dry­fo­wać nad nimi w zapa­da­ją­cym zmroku. Leżąca u jego boku wielka wil­czyca przy­po­mi­nała utkany z ciem­no­ści kopiec, tylko jej poma­rań­czowe oczy pło­nęły w ciem­no­ściach niczym lam­piony. – Nasze armie z ich lśnią­cymi zbro­jami i śpie­wa­ją­cymi mie­czami to nic wię­cej niż rdza i zaku­rzone kości. Jeste­śmy jak… echo zamierz­chłych cza­sów.

Sie­dzący obok niego Bern wyglą­dał na stro­ska­nego i Noon pomy­ślała, że ma ku temu powody. Od bitwy Alda­sair nie ode­zwał się pra­wie sło­wem, a gdy teraz to zro­bił, wyda­wał się zagu­biony. Bern zdjął kocio­łek z ognia, napeł­nił cynowy kubek i podał go Ebo­ra­ni­nowi.

– To był długi dzień. Masz, napij się cze­goś gorą­cego. – Odchrząk­nął. – Miesz­kańcy Fin­ne­ral znają tro­chę tych ludzi. Han­dlo­wa­li­śmy z nimi, a nasze statki zawi­jały do tej zim­nej, małej zatoczki. Mają tu te ogromne kraby, któ­rych mięso jest tak tłu­ste i pożywne, że wystar­cza na wiele dni. Robią też mate­riał z wodo­ro­stów, nazy­wają go mor­ską skórą, jest mocny jak dia­bli. My przy­wo­zi­li­śmy nasz metal i skóry wie­lo­ry­bów, cho­ciaż… – Urwał i zaka­słał w zaci­śniętą pięść. – Pew­nie przez jakiś czas będzie mniej tego wszyst­kiego. – Za krę­giem ognia Shar­rik wycią­gnął się na szcze­ci­nia­stej tra­wie, odsła­nia­jąc futrza­ste pod­brzu­sze. Chwilę póź­niej ciszę prze­rwało jego dono­śne chra­pa­nie.

– Wojna to jedno. Wiem, że będzie znacz­nie gorzej. – Noon się­gnęła umy­słem do Vostok i wyczuła jej bli­skość; była niczym biały pło­mień gniewu. – Ale my… my wszy­scy się mylimy. Musimy się bar­dziej sta­rać.

– A ty nagle sta­łaś się eks­pertką, tak? – Tor wziął kocio­łek i napeł­nił swój kubek. – Wiedźma z rów­nin, która więk­szość życia spę­dziła uwię­ziona w Cyta­deli, chce mnie uczyć, jak powinny wal­czyć ebo­rań­skie bestie wojenne?

Powie­dział to lek­kim, żar­to­bli­wym tonem, jed­nak Noon wyczuła w jego sło­wach stal. Nic dziw­nego, dep­tała prze­cież wszystko, co przy­słu­gi­wało mu od uro­dze­nia. Mimo to poczuła, jak wzbiera w niej gniew.

– Wiem o byciu bro­nią wię­cej niż ty kie­dy­kol­wiek się dowiesz.

– Dobrze zro­bisz, jeśli jej posłu­chasz, synu Ebory. – Vostok wychy­nęła spo­mię­dzy drzew; mimo potęż­nej budowy poru­szała się bez­gło­śnie. Jak zwy­kle Noon poczuła radość na widok smo­czycy. Nawet w gęst­nie­ją­cym mroku wyglą­dała maje­sta­tycz­nie, jej lśniące łuski odbi­jały poma­rań­czowy blask tysią­cem minia­tu­ro­wych słońc. – Nasze pro­blemy są liczne i zło­żone i nie mamy czasu, żeby je roz­wią­zać.

Tor odwró­cił wzrok od smo­czycy. Noon wie­działa, że nie sprze­ciwi się jej otwar­cie – na­dal był pełen podziwu dla pierw­szej bestii wojen­nej, która przy­szła na świat po set­kach lat ocze­ki­wa­nia, i nie­jed­no­krot­nie przy­ła­py­wała go, jak patrzył na Vostok z czymś w rodzaju tęsk­noty.

– Znisz­czy­li­śmy czer­wia, zabi­li­śmy dzie­siątki kukieł i prze­pę­dzi­li­śmy Behe­mota. – Upił łyk z cyno­wego kubka i skrzy­wił się. – Na korze­nie, Bern, co to za pomyje? Zresztą nie­ważne. – Pokrę­cił głową. – Ja, tak czy ina­czej, nazy­wam to zwy­cię­stwem. Na wybrzeżu są ludzie, któ­rzy prze­żyli dzięki nam, nie zostali uwię­zieni pod żywicą i nikt nie wyżarł im wnętrz­no­ści.

– Prze­pę­dzi­li­ście Behe­mota, który już wcze­śniej był osła­biony. – Vostok pode­szła do ognia i na chwilę przy­lgnęła głową do ramie­nia Noon. – Od wie­ków leżały w ruinie, więc nie miały kiedy się zre­ge­ne­ro­wać, dla­tego mamy wyjąt­kową oka­zję. To rów­nież wyjąt­kowa sytu­acja z innego powodu, ponie­waż wal­czymy chyba naj­gor­szymi bestiami wojen­nymi w histo­rii Ebory.

Na dźwięk tych słów Kirune pode­rwał się z ziemi, obna­żył kły i zasy­czał wście­kle. Nawet Shar­rik uniósł głowę, a jego pióra się zje­żyły.

– Posłu­chaj­cie mnie. Musimy wal­czyć, jak­by­śmy byli jed­no­ścią. Musimy poru­szać się i ata­ko­wać jak jeden oddział. Bez jed­no­ści jeste­śmy cha­osem. – Vostok prych­nęła i Noon dotknęła dło­nią łusek na jej szyi. Były cie­płe. – To dla­tego, że żadne z was nie ma wspo­mnień zapi­sa­nych w korze­niach. Kiedy umar­li­śmy ostatni raz, nasze dusze powinny były wró­cić do korzeni Ygse­rila, a zamiast tego zosta­li­śmy wygnani i zagu­bi­li­śmy się. Sta­li­śmy się upio­rami, żer­du­chami nawie­dza­ją­cymi pozo­sta­ło­ści po naszych wro­gach, a teraz, kiedy nawet te dusze prze­pa­dły i obró­ciły się w nicość, ja jedna prze­trwa­łam dzięki Noon, żeby na powrót odna­leźć Eborę. Czy wy w ogóle rozu­mie­cie, co utra­ci­li­ście? Dzięki wspo­mnie­niom zapi­sa­nym w korze­niach pamię­ta­li­by­ście wszyst­kie swoje bitwy, wszyst­kie zwy­cię­stwa, i zna­li­by­śmy się tak, jak powin­ni­śmy. Czu­li­by­ście, jak korze­nie Ygse­rila zwią­zują nas ze sobą. – Noon czuła, że złość Vostok ustę­puje pod napo­rem smutku, jed­nak głos smo­czycy nie zdra­dzał jej uczuć. – Dla­tego musimy się nauczyć współ­pra­co­wać bez wię­zów, które nor­mal­nie nas łączyły. Krótko mówiąc, musi­cie się nauczyć przyj­mo­wać roz­kazy.

– I to ty będziesz je wyda­wać, wężu? – Kirune krą­żył teraz wokół ogni­ska, jego potężne łapy wzbi­jały obłoczki kurzu. – Będziesz nami dowo­dzić tylko dla­tego, że zio­niesz ogniem?

– Spo­koj­nie, Kirune. – Tor wycią­gnął rękę w kie­runku wiel­kiego kota, jego twarz zdra­dzała nie­po­kój. – To nie pomoże…

– Dowo­dzę wami, ponie­waż jestem jedy­nym ogni­wem, które łączy was z dawną chwałą! – zagrzmiała Vostok. W jej pasz­czy zatań­czyły fio­le­towe pło­mie­nie. – Skra­dziono wam imiona i nadano nowe, przy­pad­kowe, pocho­dzące z daw­nych zwo­jów, ponie­waż nikt nie wie, jak naprawdę brzmią te praw­dziwe. Nie jeste­ście praw­dzi­wymi bestiami wojen­nymi. – Smo­czyca opu­ściła głowę i Noon zaczęła się zasta­na­wiać, czym zakoń­czy się to całe sza­leń­stwo: nie­do­rzeczną walką na odlu­dziu, w któ­rej wszy­scy zginą spa­leni smo­czym ogniem? – Kirune, nie chcesz stwo­rzyć więzi ze swoim wojow­ni­kiem i czer­piesz dziką radość ze sprze­ci­wia­nia się wszyst­kiemu i wszyst­kim. Twój ego­izm spro­wa­dzi na nas nie­szczę­ście. Shar­riku, jesteś dzielny, ale nie myślisz. Twoja siła mogłaby być wyko­rzy­stana do wielu innych rze­czy. Jes­sen, jesteś pło­chliwa, a to chyba naj­gor­sza i naj­bar­dziej nie­wy­ba­czalna cecha u bestii wojen­nych. Do tego twój wojow­nik wcale nie jest wojow­ni­kiem.

Mimo cie­pła, jakim ema­no­wał gniew Vostok, Noon skrzy­wiła się. Tym­cza­sem Alda­sair jak gdyby nie usły­szał słów smo­czycy, sie­dział ze spusz­czoną głową i pal­cami sple­cio­nymi na cyno­wym kubku.

– A ty, Tor­ma­li­nie Lek­ko­du­chu. – Tor pod­sko­czył jak opa­rzony. – Jesteś próżny, roz­ko­ja­rzony, aro­gancki i gorąco wie­rzysz w to, że jesteś tu jedy­nym wojow­ni­kiem. Jeśli nie nauczysz się współ­pra­co­wać z Kirune, nie będzie z cie­bie żad­nego pożytku i sta­niesz się dla nas cię­ża­rem.

– Ćwi­czy­łem przez dzie­się­cio­le­cia, pod­czas gdy ty nawie­dza­łaś wrak Esiaha Godwor­tha, ty nie­wy­da­rzona reli­kwio…

– Hej. – Noon usia­dła. – Torze, bestie wojenne zgi­nęły z koń­cem Ósmego Desz­czu, wydarte ze swych ciał, kiedy wasz bóg-drzewo uwię­ził kró­lową Jure’lia. To nie tak, że chciały się stać żer­du­chami. Kto by chciał? – Wspo­mnie­nie smutku Vostok i zakło­po­ta­nie tym, czym się stały, na­dal było bole­śnie świeże.

Vostok zigno­ro­wała ich oboje.

– Naszym celem był Behe­mot. Mie­li­śmy współ­pra­co­wać, żeby prze­gnać go na długo przed tym, zanim wypeł­znie czerw. I gdzie wtedy byli­ście?

– Rato­wa­li­śmy ludzi. – Głos Jes­sen był łagodny, jed­nak Noon po raz pierw­szy wyczuła w nim nutę gniewu. – Pomo­gli­śmy dzie­ciom uciec.

– Dzieci – rzu­ciła szy­der­czo Vostok. – To wojną powin­ni­ście się mar­twić, nie garstką dzieci. Jeśli pozwo­limy wszyst­kim Behe­mo­tom uciec, tak jak temu dziś, już wkrótce dzieci Sarnu nie będą niczyim pro­ble­mem.

– Vostok. – Noon zaci­snęła usta w wąską kre­skę. Dotkli­wie czuła gniew smo­czycy i świa­do­mość ta spra­wiała, że nie mogła zebrać myśli. W zamy­śle­niu dotknęła pal­cami koszuli; ukryta pod nią srebrna bli­zna wyda­wała się zbyt gładka. – Naprawdę myślisz, że mogli­śmy dziś zabić tę rzecz? Mając do dys­po­zy­cji tylko cztery bestie wojenne?

Vostok odwró­ciła głowę i obej­rzała się na drzewa, jakby coś usły­szała, jed­nak Noon wie­działa, że unika odpo­wie­dzi. Już samo to spra­wiło, że zro­biło jej się zimno.

– Czy kie­dyś już się tak zda­rzyło? – spy­tał Bern. Na jego szcze­rej twa­rzy malo­wała się nie­zwy­kła powaga. – Czy wcze­śniej zda­rzyły się jakieś bitwy, w któ­rych szanse były tak… nie­ko­rzystne?

– Nie – odparła zwięźle Vostok. – Wcze­śniej zawsze były nas setki.

– To bez zna­cze­nia – ode­zwał się Shar­rik. Pod­niósł się z ziemi i roz­ło­żył skrzy­dła – były ogromne, a w bla­sku ognia miały naj­głęb­szy odcień gra­natu. – Jeste­śmy potężni! Będziemy wal­czyć!

– Musi­cie nauczyć się wal­czyć – upo­mniała go Vostok, tym razem nieco łagod­niej. Z gra­cją pod­ku­liła nogi i uło­żyła się na ziemi. – Albo będziemy dzia­łać wspól­nie, albo zgi­niemy. Musimy zna­leźć spo­sób, żeby na powrót stać się jed­no­ścią.

– Cóż… – Tor­ma­lin odchy­lił się do tyłu, na chwilę spoj­rzał Noon w oczy i uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. – Może nam się poszczę­ści i po powro­cie do pałacu zasta­niemy świeżo wyklute bestie wojenne. Nie takie rze­czy się zda­rzały.

Rozdział 5

5

Chyba ni­gdy w życiu nie odby­łam dziw­niej­szej podróży.

Razem z Nan­themą zmie­rzamy powoli do Ebory. Podró­żu­jemy, kiedy jest to bez­pieczne i śpimy na zmianę. Spo­glą­dam w niebo i wypa­truję tru­piego księ­życa, niczym język, który odru­chowo bada dziurę po zębie – wiem, że znikł, ale część mnie na­dal nie może w to uwie­rzyć. Odkąd były­śmy świad­kami, jak szczątki zato­pio­nego Behe­mota uno­szą się z dna morza, nie widzia­ły­śmy z bli­ska żad­nych Jure’lia. Widu­jemy je z daleka, ogromne, wzdęte guzy tkwiące nie­ru­chomo nad czub­kami drzew albo – co bar­dziej nie­po­ko­jące – nad maleń­kimi osa­dami. Trudno opi­sać, co czuję, gdy widzę, jak potwory z naszej histo­rii kolejny raz dźwi­gają się z kolan.

Dziw­nie jest rów­nież podró­żo­wać z Nan­themą. Nie­mal boję się na nią patrzeć, jak gdyby część mojej prze­szło­ści siłą wdarła się do teraź­niej­szo­ści. Jest taka cudowna, jak ją zapa­mię­ta­łam, kiedy śpi, jej dłu­gie rzęsy rzu­cają cień na policzki i wciąż cho­dzi tym swoim zama­szy­stym, pew­nym sie­bie kro­kiem. Dotyka mojej ręki i całuje mnie w poli­czek jak­by­śmy ni­gdy się nie roz­stały, wiem jed­nak, że w jej oczach musia­łam się bar­dzo zmie­nić, i choć jest prze­ra­żona rów­nie mocno jak ja, zawsze patrzy na wszystko z cie­ka­wo­ścią i zdu­mie­niem. To rzecz, którą kocha­łam w niej naj­bar­dziej.

Cie­szę się, że żyje. I cie­szę się, że nie muszę odby­wać tej podróży samot­nie.

Frag­ment dzien­ni­ków Lady Vin­cenzy „Vin­tage” de Gra­zon

– Mówię ci, Vin, że ktoś tam jest.

Vin­tage zamarła i mru­żąc oczy, spoj­rzała w dal, ale widziała jedy­nie drogę dziu­rawą i zapusz­czoną po latach nie­uży­wa­nia. W tym odle­głym zakątku Ebory było mniej budyn­ków, za to mnó­stwo dróg tu i ówdzie upstrzo­nych posą­gami, które nie­gdyś musiały wyglą­dać spek­ta­ku­lar­nie.

– Masz lep­szy wzrok ode mnie, kochana. Kto to?

W odpo­wie­dzi Nan­thema ścią­gnęła brwi. Podró­żo­wały od tygo­dni, były zmę­czone, brudne i głodne, bo żywiły się tym, co udało im się zna­leźć w dzi­kich obsza­rach Ebory, i od czasu do czasu kró­li­kiem ustrze­lo­nym z kuszy przez Vin­tage. Przez więk­szość czasu nie widziały śla­dów ludz­kiej byt­no­ści, więk­szość miesz­kań­ców ukry­wała się bowiem w domo­stwach, cze­ka­jąc, czy przyjdą po nich Jure’lia. Vin­tage doszła do budu­ją­cego wnio­sku, że więk­szość ludzi nie jest na tyle głu­pia, żeby dokąd­kol­wiek podró­żo­wać, to jed­nak zna­czyło, że ona i Nan­thema nie nale­żały do więk­szo­ści.

– Podejdźmy bli­żej i sprawdźmy.

Cho­ciaż w ciągu ostat­nich dni lód stop­niał, wciąż było prze­raź­li­wie zimno i odpi­na­jąc wiszącą u pasa kuszę, Vin­tage stwier­dziła, że palce ma skost­niałe. Po obu stro­nach drogi ciemne, wyso­kie sosny wzno­siły się niczym czarna zło­wroga kur­tyna. Patrząc na nie, Vin­tage zaczęła się zasta­na­wiać, czy ludzie na powrót zmie­nili się w ban­dy­tów, jak mieli w zwy­czaju w cza­sie wojny.

– To chło­piec – powie­działa Nan­thema.

– Dziecko? Na pną­cza! Co robi tutaj dziecko…? – Chwilę póź­niej go zoba­czyła, a zaraz potem uświa­do­miła sobie, kto to taki. – Nan, to Ebo­ra­nin.

Nan­thema poki­wała tylko głową.

Chło­piec sie­dział na pęk­nię­tym kamie­niu, na chu­dym ramie­niu miał zawie­szone coś, co wyglą­dało jak łuk z czar­nego drewna. Zda­niem Vin­tage nie wyglą­dał na wię­cej niż dwa­na­ście–trzy­na­ście lat, jed­nak był Ebo­ra­ni­nem, a to zna­czyło, że rów­nie dobrze mógł prze­żyć już dwie­ście wio­sen. Popie­late włosy miał dłu­gie i potar­gane i choć twarz miał deli­katną, a rysy ostre, był zde­cy­do­wa­nie za chudy. Pod­bita futrem kurtka wisiała na nim i odsta­wała przy koł­nie­rzu, tak że szyję miał odkrytą. Chło­piec gar­bił się, jakby nie miał siły pod­nieść głowy. Dopiero po chwili Vin­tage dostrze­gła, że pęk­nięty kamień to w isto­cie powa­lony posąg. Sądząc po wężo­wej gło­wie leżą­cej teraz u stóp chłopca, przed­sta­wiał smoka. No tak, bestia wojenna, pomy­ślała.

– Dziecko Ebory – mruk­nęła Vin­tage. – Myśla­łam… zakła­da­łam…

Nan­thema zer­k­nęła na nią i zaci­snęła usta z nie­za­do­wo­le­niem.

– Kiedy Ygse­ril prze­sta­wał wydzie­lać życio­dajny sok, rodziło się bar­dzo nie­wiele dzieci, a te, które przy­szły na świat, były słabe i cho­ro­wite. – Dotknęła pal­cem opra­wek oku­la­rów. – Kiedy odkry­li­śmy, że ludzka krew może nas ule­czyć, matki i ojco­wie kar­mili nią dzieci. Oczy­wi­ście nie wie­dzie­li­śmy, że spo­ży­wa­nie krwi ludzi spro­wa­dzi na nas szkar­łat­nicę… – Pokrę­ciła głową. – Nie pamię­tam, kiedy ostatni raz widzia­łam dziecko Ebory.

– Chodź, prze­ko­najmy się, kim jest ten bie­dak i co robi na tym odlu­dziu.

Kiedy się zbli­żyły, chło­piec zadarł głowę i się­gnął po zawie­szony na ramie­niu łuk. U jego stóp leżał koł­czan pełen strzał – Vin­tage pomy­ślała, że wyglą­dają na wie­kowe – i przy­kryte płót­nem sta­lowe wia­dro. Oczy chłopca tonęły w cie­niu, jed­nak teraz, kiedy pode­szły bli­żej, Vin­tage zoba­czyła wokół nich zmarszczki, które nada­wały chłopcu wygląd starca. Zasta­na­wiała się, jak w ogóle mogła wziąć go za ludz­kie dziecko – była to cecha cha­rak­te­ry­styczna Ebo­ran, podob­nie jak czer­wone oczy i nad­na­tu­ralna siła. Podró­żu­jąc z Torem, a teraz z Nan­themą, zaczęła zbyt­nio się do nich przy­zwy­cza­jać. Z cichym wes­tchnie­niem chło­piec dźwi­gnął się z kamie­nia.

– Skar­bie, jest za zimno, żeby sie­dzieć na sta­rych kamie­niach. – Vin­tage uśmiech­nęła się do niego. – Moja bab­cia zwy­kła mawiać, że od sie­dze­nia na zim­nym dostaje się wilka. Z pew­no­ścią jesteś jesz­cze za młody na takie rze­czy, ale nie zaszko­dzi na sie­bie uwa­żać.

– Wilka? – Głos miał głęb­szy, niż się tego spo­dzie­wała. – Jakiego wilka?

– No cóż, to dobre pyta­nie. – Zatrzy­mały się przed nim. Jego rdza­wo­czer­wone oczy zda­wały się zbyt jasne jak na tak ponury dzień i bar­dziej przy­po­mi­nały bliź­nia­cze rubiny niż kałuże czer­wo­nego wina. – Nic ci nie jest? – Kiedy nie odpo­wie­dział, Vin­tage wska­zała swoją towa­rzyszkę. – To Nan­thema. Jak zapewne widzisz, zna te strony, ja jed­nak jestem tu pierw­szy raz. Nazy­wam się lady Vin­cenza de Gra­zon, ale możesz mówić do mnie Vin­tage.

Usły­szaw­szy to, chło­piec uniósł brwi, jak gdyby imię zro­biło na nim wra­że­nie.

– Jestem Eri – powie­dział. – Eri z… Nie pamię­tam. Chyba z Lone­fell.

– Tak się nazywa twój dom? – spy­tała Nan­thema.

– Chyba tak.

– Czy oprócz cie­bie jest tu ktoś jesz­cze? – docie­kała Vin­tage, roz­glą­da­jąc się dookoła, jakby liczyła, że zoba­czy jesz­cze jakichś Ebo­ran. – Masz może jakichś krew­nych?

Pyta­nie wyraź­nie przy­gnę­biło chłopca, który spoj­rzał na ciemny las po dru­giej stro­nie zruj­no­wa­nej drogi, po czym się­gnął po koł­czan.

– W tych lasach są małe jele­nie, a przy­naj­mniej kie­dyś były. Trudno sobie przy­po­mnieć, ale jestem pewien, że kie­dyś je tu widzia­łem. Ostat­nio jed­nak sły­chać tu wilki, które wyją w nocy, a cza­sami też za dnia. – Z tru­dem prze­łknął ślinę. – Myśli­cie, że wilki zja­dły wszyst­kie jele­nie? – Urwał, a gdy znów się ode­zwał, głos miał dziw­nie dono­śny. – Potrze­buję mięsa.

– Może wła­śnie o to cho­dzi – powie­działa Vin­tage. – Jesteś sam, Eri?

Chło­piec zer­k­nął na wia­dro i przez chwilę mil­czał, jakby zasta­na­wiał się, co odpo­wie­dzieć.

– Jedze­nie sta­nowi pro­blem – ode­zwał się w końcu. – Nie mogę wciąż uda­wać, że jest ina­czej. W spi­żarni został jeden słoik, a zie­mia jest zbyt zmar­z­nięta, żeby coś w niej posiać. – Spoj­rzał na nie i zako­ły­sał się na pię­tach. – Czy tam, dokąd idzie­cie, jest jedze­nie? I w ogóle dokąd idzie­cie?

– Do serca Ebory, Eri, do pałacu. Mamy nadzieję, że zasta­niemy tam ludzi, albo cho­ciaż coś do jedze­nia. – Vin­tage posłała chłopcu swój naj­cie­plej­szy uśmiech. – Warto spraw­dzić, nie sądzisz? Chciał­byś pójść z nami?

– Nie powi­nie­nem tam iść – odparł chło­piec. – Wiem to. Mie­li­śmy tam ni­gdy wię­cej nie wra­cać.

– Kto tak powie­dział? Co wyda­rzyło się w pałacu? – Nan­thema spoj­rzała na chłopca, lecz on tylko wzru­szył ramio­nami.

– Nie wiem. Ni­gdy tam nie byłem, a teraz nie pamię­tam już nawet dla­czego… – Po chwili schy­lił się i pod­niósł wia­dro. W środku coś zagrze­cho­tało. – Pójdę i się rozej­rzę. Zawsze prze­cież mogę wró­cić, prawda?

***

Póź­niej, kiedy roz­bili obóz i Eri zasnął przy ogniu, Vin­tage przy­ła­pała się na tym, że wpa­truje się w jego twarz. Była zbyt wymi­ze­ro­wana, a skóra zda­wała się dziw­nie cienka, jed­nak Vin­tage pomy­ślała, że to nie dla­tego, że chło­piec nie doja­dał. Nan­thema jak gdyby czy­tała jej w myślach, bo wska­zała głową chłopca i paty­kiem szturch­nęła ogni­sko.

– Uro­dził się po tym, jak Ygse­ril obumarł. Jest cho­ro­wity, bo nie kar­mił się życio­daj­nym sokiem z korzeni boga-drzewa. Wygląda sta­rzej niż powi­nien, nie sądzisz?

– Wiesz, jak trudno okre­ślić wiek Ebo­ra­nina? – Vin­tage mówiła ciszej niż Nan­thema, choć zda­wało się, że chło­piec śpi w naj­lep­sze. Świad­czyło o tym jego dono­śnie chra­pa­nie. – Dla mnie wygląda jak chło­piec, który od dawna cho­ruje.

– Bo ponie­kąd tak wła­śnie jest.

Zapa­dła cisza. Roz­pa­lili ogień nie­opo­dal kręgu kamieni rzeź­bio­nych mister­nie w splą­tane gir­landy blusz­czu, choć roz­tań­czone cie­nie spra­wiały, że gdy zer­kała na nie kątem oka, Vin­tage widziała wycięte w kamie­niu patrzące pożą­dli­wie twa­rze.

– Powin­ny­śmy były popro­sić go, żeby zabrał nas do swo­jego domu. Cie­kawe, ilu Ebo­ran tam zostało i dla­czego posta­no­wili zamiesz­kać tak daleko od pałacu. – Nan­thema zaci­snęła usta w wąską kre­skę. – Zanim ode­szłam, ludzie ścią­gali do niego, żeby być jak naj­bli­żej sie­bie. Miesz­ka­nie tak daleko nie ma sensu. Może zoba­czymy, co jest w tym wia­drze?

Vin­tage wzru­szyła ramio­nami.

– Pew­nie jedze­nie, które zabrał ze sobą z domu – odparła, cho­ciaż sama w to nie wie­rzyła. Cokol­wiek było w wia­drze, nie brzmiało jak jedze­nie, kiedy grze­cho­cząc, obi­jało się o metal. – Daj mu spo­kój, Nan. Zabie­rzemy go z sobą do pałacu, znaj­dziemy jedze­nie, żeby tro­chę go pod­tu­czyć i może znaj­dziemy kogoś, kto się nim zaopie­kuje. Bie­dak, wygląda, jakby potrze­bo­wał opieki.

Nan­thema nie wyglą­dała na prze­ko­naną. Wyjęła z torby rolkę zatłusz­czo­nego papieru, odwi­nęła z niej kawa­łek suszo­nej kieł­basy i odgry­zła kęs.

– Jak to jest po tak dłu­gim cza­sie zoba­czyć dziecko swo­ich roda­ków? Taki widok budzi pew­nie nadzieję. W końcu tkwi­łaś uwię­ziona w Behe­mo­cie przez ponad dwa­dzie­ścia lat.

– Tak naprawdę czas dla mnie nie pły­nął, Vin.

– Wiesz, o czym mówię, Nan.

Nan­thema pod­nio­sła wzrok znad pęta kieł­basy i uśmiech­nęła się sze­roko.

– Jak zawsze jestem cie­kawa, Vin. Mam nadzieję, że w pałacu będą jacyś ludzie i że ktoś inny zaj­mie się chłop­cem. Chcesz gryza?

Vin­tage przy­po­mniała sobie, jak chło­piec spoj­rzał na wia­dro i jak powie­dział: „Potrze­buję mięsa”.

– Dzię­kuję, skar­bie, ale nie.

Rozdział 6

6

Cela – bo Hestil­lion tak myślała o pomiesz­cze­niu – na swój okropny spo­sób była nie­mal przy­tulna. Ni­gdy nie było w niej zimno ani za cie­pło, a bul­wia­ste bro­dawki ema­no­wały sła­bym świa­tłem kilka godzin dzien­nie, dzięki czemu pamię­tała natu­ralny cykl nocy i dni. Kilka godzin po tym, jak kró­lowa po raz pierw­szy zosta­wiła ją samą, ściana pokoju otwarła się niczym powieki i do środka wsą­czyła się pękata, bez­kształtna istota z narę­czem mię­si­stych, brą­zo­wych, lar­wo­po­dob­nych rze­czy. Hestil­lion chwy­ciła strąk z bestią wojenną i ucie­kła pod prze­ciw­le­głą ścianę, jed­nak istota poło­żyła dar na pod­ło­dze mię­dzy nimi, po czym zaczęła wyko­ny­wać nie­na­tu­ralne, zachę­ca­jące gesty, jak gdyby Hestil­lion była nie­uf­nym, dzi­kim zwie­rzę­ciem, a ona pró­bo­wała się z nim zaprzy­jaź­nić. Kiedy Hestil­lion się nie ruszyła, istota pode­szła bli­żej na swo­ich krót­kich nogach, się­gnęła po jeden z brą­zo­wych strą­ków i go otwo­rzyła. W środku była jakaś biała, ziar­ni­sta breja. Istota nabrała ją w coś, co mogło ucho­dzić za jej dłoń, i pod­nio­sła do miej­sca, gdzie znaj­do­wa­łyby się jej usta, gdyby miała jaką­kol­wiek twarz. Gest był aż nadto zro­zu­miały. Chwilę póź­niej stwór ostroż­nie odło­żył otwarty strąk z powro­tem na pod­łogę i opu­ścił pomiesz­cze­nie przez otwór w ścia­nie.

Hestil­lion potrze­bo­wała kilku godzin, żeby zdo­być się na odwagę, i gdy uczu­cie pustki w żołądku stało się nie do wytrzy­ma­nia, pod­nio­sła strąk. Ku jej zasko­cze­niu oka­zało się, że ziar­ni­sta breja przy­po­mina w smaku mdłą owsiankę. Zja­dła ją, a gdy nic się nie wyda­rzyło, otwo­rzyła kolejny strąk. Ten zawie­rał wodę o lekko mine­ral­nym smaku.

Od tej pory powłó­czący nogami stwór – nie potra­fiła powie­dzieć, czy to ten sam, czy może za każ­dym razem inny – codzien­nie zosta­wiał jej paczki z jedze­niem, a ona jadła i piła bez obaw. A mimo to była prze­ra­żona, zła jak ni­gdy w życiu, i miała ser­decz­nie dość owsianki.

Świetlne wypustki roz­ja­rzyły się moc­niej, naśla­du­jąc świa­tło poranka, gdy ostatni bez­kształtny stwór prze­śli­zgnął się przez pomarsz­czony otwór w ścia­nie. Hestil­lion kucała na gąb­cza­stej pod­ło­dze, tuląc do piersi strąk z Ygse­rila. Zda­wało jej się, że zro­bił się cie­pły, a cza­sami, kiedy zamie­rała w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, miała wra­że­nie, że zamknięte w środku stwo­rze­nie poru­sza się i pró­buje się z nią skon­tak­to­wać. Wtedy jed­nak przy­po­mi­nała sobie, jak wędru­jąc w snach, myślała, że roz­ma­wia z wiel­kim bogiem Ygse­ri­lem, gdy tak naprawdę przy­mi­lała się i płasz­czyła się przed ich wro­giem, który pod­stę­pem prze­ko­nał ją, żeby uwol­niła kró­lową Jure’lia z jej wię­zie­nia w korze­niach boga-drzewa. Na­dal nie mogła znieść tej świa­do­mo­ści.

– Ty. Stwo­rze. Potra­fisz mówić?

Istota poło­żyła paczki z jedze­niem na pod­ło­dze i zesztyw­niała. Stwory, które przy­cho­dziły codzien­nie, były na oko iden­tyczne. Skła­dały się z mięk­kiego, czar­nego mate­riału, który sta­no­wił chyba istotę wszyst­kiego, czym byli Jure’lia, nie miały głów, tylko krępe kor­pusy, krót­kie, klo­co­wate nogi i dłu­gie, ela­styczne ramiona. Palce, któ­rymi zakoń­czone były ich ręce, zmie­niały się i prze­kształ­cały w to, co aku­rat było potrzebne.

– Wiem, że mnie sły­szysz. – Hestil­lion nie­chęt­nie porzu­ciła przy­jemne cie­pło strąku i wstała. – Chcę coś innego niż ta papka. Chcę praw­dzi­wego jedze­nia. Skoro mnie tutaj trzy­ma­cie, musi­cie mi dać coś praw­dzi­wego. Wino, chleb, mięso… – Myśl o chle­bie, świeżo wypie­czo­nym i jesz­cze cie­płym, była niczym cios i przez chwilę Hestil­lion nie potra­fiła dobyć głosu. – Gdzie twoja kró­lowa? Przy­pro­wadź ją do mnie!

Stwór, powłó­cząc nogami, ruszył gwał­tow­nie w stronę wyj­ścia, naj­wy­raź­niej zamie­rza­jąc ją zosta­wić, jed­nak Hestil­lion, nie­wiele myśląc, dogo­niła go, chwy­ciła za włók­ni­ste ramię i szarp­nię­ciem odcią­gnęła od wyj­ścia.

– Powiedz coś! Wiem, że mnie sły­szysz, wiem!

W dotyku ramię istoty było twarde i łyko­wate, kiedy je jed­nak ści­snęła, zmie­niło się w gęstą, lepką sub­stan­cję, która prze­cie­kła jej przez palce i chwilę póź­niej stwór znik­nął za ścianą. Rycząc z wście­kło­ści, Hestil­lion rzu­ciła się za nim i jej głowa i tułów z mokrym mla­śnię­ciem prze­szły przez otwór w ścia­nie. Dostrze­gła zakrę­ca­jącą, wąską prze­strzeń pełną cieni i gala­re­to­wa­tego stwora, który zni­kał za rogiem. Chwilę póź­niej ściana zaczęła się zamy­kać i zaci­skać wokół niej niczym żywa obręcz.

– Wiem, że mnie sły­szysz!

Zaparł­szy się sto­pami o pod­łogę, spró­bo­wała prze­pchnąć się na drugą stronę na wąski kory­tarz, jed­nak ściana wepchnęła ją z powro­tem do środka, zupeł­nie jakby wypluła ją z sie­bie z wielką siłą. Hestil­lion ude­rzyła o pod­łogę i choć natych­miast zerwała się na równe nogi, dziura w ścia­nie zdą­żyła się zaskle­pić, a powierzch­nia na powrót stała się cał­ko­wi­cie gładka.

Przez kil­ka­na­ście nie­rów­nych ude­rzeń serca Hestil­lion stała, trzę­sąc się, i wście­kłym wzro­kiem patrzyła na ścianę. W końcu z jej ust dobył się roz­dzie­ra­jący krzyk, od któ­rego roz­bo­lało ją gar­dło.

– Sły­szysz mnie! Wiem, że mnie sły­szysz! Wiem to!

Na drżą­cych nogach wró­ciła do leżą­cego na pod­ło­dze strąka. Wyda­wał się mały i szary – oso­bliwy arte­fakt sprzed setek lat w brzu­chu obcego potwora. Wie­działa jed­nak, że w środku jest coś, co łączy ją z Eborą i wszyst­kim, co porzu­ciła.

Uklę­kła przy nim, dotknęła dłońmi powierzchni strąka i zmu­siła się, żeby spoj­rzeć na niego jak należy. Tak naprawdę wcale nie był szary, lecz miał barwę pole­ro­wa­nego sre­bra. Był też dłuż­szy niż szer­szy, choć kształt miał nie­re­gu­larny, upstrzony deli­kat­nymi wypu­kło­ściami. Na skórce nie było bruzd ani zmarsz­czek, niczego, pod co mogłaby wsu­nąć paznok­cie.

– Wiem, że ty też mnie sły­szysz – powie­działa łagod­nie. – I prze­pra­szam, jeśli nie jesteś gotowy, ale potrze­buję cię tutaj, maluszku.