Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Spadł Dziewiąty Deszcz. Jure’lia się przebudzili i nic już nie będzie takie jak kiedyś.
Tormalin Lekkoduch i wiedźma dzikiego ognia, Noon, jednoczą siły z pierwszymi od wieków bestiami wojennymi, jakie narodziły się w Eborze. Jednak nie są to wielkie, skrzydlate bestie z dawnych czasów, legendarni obrońcy Sarnu. Wyklute zbyt wcześnie i pozbawione wspomnień o swych poprzednich wcieleniach, nieustannie sprzeczają się między sobą i nie są w stanie stawić czoła pradawnemu wrogowi, który z każdym dniem rośnie w siłę.
Zdaniem Vintage, kontrowersyjnej badaczki i poszukiwaczki przygód, klucz do ich zjednoczenia może znajdować się w części Sarnu, w istnienie której niemal nikt nie wierzy - na odległej wyspie, w tajemniczy sposób związanej z losem dwojga legendarnych Eboran, którzy zniknęli dawno, dawno temu. Jednak odnalezienie wyspy oznacza niebezpieczną wyprawę w czasach wojny, gdzie na ocalałych czyhają coraz to nowe wyzwania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 707
1
Co począć z taką ilością mięsa i tymi wszystkimi kośćmi? Było to pytanie, którego, rzecz jasna, nikt nie wziął pod uwagę.
W końcu ludzie to nie zwykłe worki z krwią. Kiedy więc Trupie Wojny dobiegły końca, pola bitew usłane były ciałami – stosami trupów, które piętrzyły się tak wysoko, że tamowały rzeki, powodując powodzie. Niebo zrobiło się czarne od wron, kruków i innych padlinożernych ptaków. Ach, cóż to był za widok! Sporządziłem wiele rysunków i namalowałem liczne obrazy.
Oczywiście, kiedy wzięliśmy, co chcieliśmy, zostawiliśmy ich tam – los tych bezkrwistych ciał nie był problemem Ebory, zaś mieszkańcy równin – co zresztą zrozumiałe – nie kwapili się, żeby je zabrać, tak więc trupy ludzi zostały tam, gdzie były, i gnijąc, użyźniały ziemię. Żerowały na nich zwierzęta, a kości bieliły się na polach bitew niczym ziarna ryżu rozsypane po podłodze. Czasami, kiedy w moich pokojach panuje cisza, nadstawiam uszu i wydaje mi się, że słyszę wołające mnie duchy, setki, tysiące głosów. Pragnę wstać i je naszkicować, jednak siedzę z kawałkiem węgla w dłoni i nic nie robię. Nie sposób wyobrazić sobie, jak jest ich wiele, tak jak nie sposób oddać tego na płótnie.
Nie walczyłem w Trupich Wojnach, jednak widziałem ich grozę. Arnia wydyma wargi i milczy, ale to oczywiste, co o tym sądzi. Sądzę, że to ważne, że ktoś jest tutaj, by być świadkiem tych wydarzeń, a przynajmniej kiedyś tak uważałem. Może gdybym nie widział rzezi i nie nosił w głowie tych potwornych obrazów, podjąłbym inne decyzje i nie byłoby nas teraz tu, gdzie jesteśmy, z brzemieniem, które tak bardzo nam ciąży.
Czasami nadal słyszę te duchy. Wzywają do śmierci, tam, gdzie moje miejsce.
Te słowa Micanala Oświeconego pochodzą z jego najbardziej osobistego dziennika. Micanal był posępnym człowiekiem, jednak nie można zaprzeczyć, że w jego zapiskach jest prawdziwa poezja, co nie powinno dziwić, zważywszy na to, że był najsłynniejszym artystą Ebory: geniuszem pośród mistrzów. I niezależnie od tego, co sądzę na temat jego skłonności do dramatyzowania, niektóre ze wskazówek – dotyczące realiów Trupich Wojen i spustoszenia, jakie szkarłatnica poczyniła wśród Eboran – są bez wątpienia cudownym darem dla moich własnych badań.
Fragment dzienników Lady Vincenzy „Vintage” de Grazon
– Co ja zrobiłam?
Hestillion przylgnęła do srebrnego strąka, tuląc go do piersi, jak gdyby na całym świecie nie istniało nic bardziej rzeczywistego. Czuła ucisk w żołądku.
– Co się stało, Hestillion Eskt, urodzona w roku zielonego ptaka?
Hestillion podniosła wzrok. Klęczała na podłodze pokoju niepodobnego do niczego, co kiedykolwiek widziała. Miękkie, szare ściany tu i ówdzie upstrzone były dziwnymi włóknistymi naroślami, z których końców zwisały drobne światełka. Sufit nad jej głową tworzyła pozostająca w ciągłym ruchu czarna ciecz, taka sama jak ta, która sięgnęła po nie z trupiego księżyca. Wciąż czuła na skórze dziwne mrowienie, nieprzyzwoicie gorące, jakby dłoń, która ją dotknęła, była trawiona gorączką. Nagle przypomniała sobie, gdzie się znajduje.
– Jestem we wnętrzu trupiego księżyca.
Królowa stanęła w zasięgu jej wzroku. Poruszała się ospale na nogach z ruchomej czarnej cieczy. Jej twarz, biała maska zatknięta na ramiona, zdawała się bardziej rzeczywista, gdy spojrzała na Hestillion; rysy twarzy miała ostrzejsze, bardziej wyraziste. Uśmiechnęła się albo raczej rozciągnęła usta w czymś, co przypominało uśmiech.
– Trupi księżyc? Tak je nazywacie?
Hestillion nabrała tchu.
– Nie, niezupełnie. To ludzie je tak nazwali. W końcu nigdy nie widzieli ich żywych. Przynajmniej tych, które nadal tu są.
Królowa przechyliła głowę.
– Podoba nam się. Trupi księżyc.
Rozległo się brzęczenie i pokój zadrżał leciutko. Hestillion poczuła drobne wibracje, które rozbiegły się od podeszew jej pantofelków aż do kości. Widząc zaskoczenie na jej twarzy, królowa dziwnym, pociągłym ruchem podeszła jeszcze bliżej i pochyliwszy się, szczupłym palcem dotknęła podłogi. Szara, miękka tkanka natychmiast stała się półprzezroczysta i rozlała się na boki niczym plama tłuszczu na cienkim papierze, aż ku swojemu przerażeniu, Hestillion ujrzała widoczny w dole oddalający się szybko krajobraz. Z jej gardła dobył się stłumiony krzyk, a ona sama zatoczyła się w tył i omal nie upadła.
– Widzisz, moja droga, lecimy w górę – rzekła królowa. – Jesteśmy zmęczeni, rozbici i starzy, ale nadal to potrafimy.
Hestillion z trudem przełknęła ślinę. Były teraz tak wysoko, że z ledwo to mogła pojąć. Jej ukochana Ebora została tam, w dole. Nadal rozpoznawała jej marmury i szerokie ulice, lecz gdy na nią patrzyła, jakiś biały kształt przemknął jej przed oczami. Chmura. Znajdowały się nad chmurami. Pewnie to właśnie czuli ci, którzy dosiadali bitewnych bestii, pomyślała i jeszcze mocniej przycisnęła do piersi strąk. Był zimny w dotyku.
– Czujesz się z tym to nieswojo.
Było to stwierdzenie, nie pytanie, i gdy Hestillion spojrzała znów na królową, zobaczyła, że ta przygląda się jej z autentyczną ciekawością. Jednak bardziej niepokojące było to, że sufit nad jej głową poruszał się i z czarnej cieczy zaczęły wyrastać długie, lśniące wyrostki. Było ich siedem i wyglądały jak długie palce o licznych stawach. Gdy tak patrzyła, na końcu każdego z nich pojawiły się blade gałki oczne, które obracały się przy wtórze cichych mlaśnięć, żeby pozbyć się resztek czarnego śluzu.
Hestillion wyprostowała się dumnie. Celowo starała się nie patrzeć na widoczne w suficie oczy.
– Co to ma być? Po co mnie tu sprowadziłaś? – spytała i zanim zdążyła ugryźć się w język, dodała: – Czym jesteś?
– Interesujesz nas, Hestillion Eskt, urodzona w roku zielonego ptaka. I pomogłaś nam. Dlatego my pomożemy tobie. – Przezroczysta plama powiększyła się nagle i umknęła spod stóp Hestillion. Czuła się teraz, jakby stała w powietrzu nad ziejącą w dole ogromną przepaścią. Żołądek podszedł jej do gardła, jednak Hestillion ostatkiem sił zmusiła się, żeby spojrzeć królowej prosto w oczy.
– Przestań. To mi nie… pomaga.
Królowa wzruszyła ramionami i podłoga na powrót stała się podłogą. Oczy w suficie cofnęły się i zniknęły pośród płynnej czerni.
Gdy odzyskała głos na tyle, że była pewna, że jej nie zawiedzie, Hestillion rzekła cicho:
– Nie jesteś mi nic winna, Królowo Jure’lia.
– Królowa… robali. Cóż za ciekawe słowa posiadacie. Należy się nimi rozkoszować. Ale skoro już o tym mowa, zawdzięczamy ci bardzo wiele. Mówiłaś do nas, odszukałaś nas i obudziłaś nas z zimnego snu śmierci pośród korzeni. Gdybyś tego nie zrobiła, spalibyśmy po wsze czasy uwięzieni, i może nawet nie obudzilibyśmy się, kiedy wasz cuchnący bóg-drzewo wrócił do życia. Bardzo nas ciekawisz, dlatego nie mogliśmy cię zostawić. Tak orzekliśmy.
Hestillion zamrugała. Królowa Jure’lia pierwszy raz okazała emocje inne niż rozbawienie czy ciekawość. Łatwiej i lepiej było skupić się na tym, niż na poczuciu winy, które obudziły jej słowa. Ostrożnie położyła strąk na podłodze, tak że opierał się o jej nogi. Nie mogła ani na chwilę stracić z nim kontaktu, a czuła, że zaczynają jej drżeć ramiona. Strąki, z których przychodziły na świat wojenne bestie, nie były lekkie.
– To znaczy, że nie jestem więźniem? – Hestillion zadarła brodę, świadoma, że nawet gdy stoi prosto, królowa Jure’lia jest od niej wyższa o dobre trzy stopy. – Mogę odejść?
– Odejść? Ależ naturalnie, że możesz.
Królowa kolejny raz skinęła ręką i tym razem, ku przerażeniu Hestillion, podłoga zrobiła się nie tylko przezroczysta, ale i miękka. Jej stopa zapadła się w nią, a zaraz potem druga i dziewczyna poczuła, że się osuwa.
– Przestań! Przestań, nie o to mi chodziło!
Podłoga wróciła do swojej poprzedniej postaci, a królowa uśmiechnęła się chłodno. Zaraz potem wyciągnęła swe długie ramiona w stronę sufitu, skąd wybiegły jej na spotkanie włókniste, czarne macki, uniosła się znad podłogi, zanurzyła się w czerni jak w kąpieli i chwilę później już jej nie było. Za późno Hestillion uświadomiła sobie, że w pomieszczeniu nie ma żadnych drzwi i nie ma jak się z niego wydostać.
– Niby dokąd miałabym pójść, gdybym stąd odeszła? – zwróciła się do strąka. Uklękła, otoczyła go ramionami i zamknęła oczy. – Miałabym wrócić do tych, których pomogłam zniszczyć? Już lepiej, żebym wypadła przez tę podłogę.
Coś wbijało jej się w pierś. Sięgnęła ręką za stanik sukni i wyciągnęła prostokątną kartę mniej więcej tak długą, jak jej dłoń. Złożono ją tyle razy, że cała była pogięta, jednak Hestillion aż za dobrze pamiętała przedstawiony na niej obrazek: zielone kształty jak powykręcane palce na ciemnym tle. Korzenie. Aldasair podarował jej tę kartę lata temu, zaś ona ją zachowała, choć nie potrafiła powiedzieć dlaczego. A gdy szykowali się, żeby wylać na korzenie Ygserila gęsty, złocisty płyn, wsunęła ją za gorset. Pewnie na szczęście, pomyślała. Czując, że znów ogarnia ją złość na swoją głupotę, schowała kartę z powrotem tam, gdzie ją znalazła i objęła ramionami srebrny strąk. Był zimny w dotyku i Hestillion zaczęła się zastanawiać, po co właściwie wzięła go ze sobą.
2
Lód topniał.
Pochylony nad cembrowiną Eri widział rozmazany kształt własnej głowy i ramion spoglądający na niego z czarnego lustra studni. Nie był pewien, skąd wiedział, że lód topnieje, oprócz tego, że pamiętał setki zim, kiedy zadawał sobie to samo pytanie. W końcu robił to samo już wcześniej, wiele, wiele razy. Gdy tak stał, łatwo było wyobrazić sobie, że utknął między lustrami. Oczami wyobraźni widział setki, tysiące swoich odbić, powielanych bez końca i na zawsze uwięzionych w tym czarnym lustrze. Odsunąwszy od siebie tę myśl, położył dłonie na wielkim kamieniu, który umieścił na cembrowinie, i pchnął go pośpiesznie. Kamień runął w dół i chwilę później uszu Eriego dobiegł huk, a po nim plusk.
– Dobrze.
A zatem znów będzie mógł czerpać wodę ze studni. Przez zimę brał wodę z wielkich, stalowych wiader, które wnosił do domu tuż przed tym, jak w Eborze robiło się naprawdę zimno. Bywało też, że znosił garściami śnieg, choć przez większość czasu nie wyściubiał nosa na zewnątrz, bezpieczny w murach Lonefell. Jednak woda ze studni będzie słodsza i nie będzie miała tego metalicznego posmaku. Był to jeden z powodów, dla których tak wypatrywał wiosny. Matka ucieszy się, kiedy usłyszy, że robi się cieplej i że wkrótce będzie mogła wyjść do ogrodów.
Wiadro było białe od szronu, ale linę Eri przechowywał w domu, żeby nie zgniła z wilgoci. Chwilę później trzymał w dłoniach wiadro wody czystej jak niebo nad jego głową, i zanim przelał ją do misy, upił łyk, po czym uśmiechnął się, gdy z zimna rozbolały go zęby.
– Brrr.
Z misą w rękach ruszył w drogę powrotną przez oszronione ogrody. Rośliny nie wypuściły jeszcze pędów, jednak Eri wyobrażał je sobie, jak czekają pod ziemią niczym małe, zielone obietnice czegoś lepszego. W Lonefell zaniósł miskę prosto do kuchni i dołożył do pieca. Następnie zszedł kamiennymi schodami do spiżarni, przyświecając sobie świecą. Spiżarnia była rozległa i żółty blask świecy nie docierał do najdalszych kątów, jeśli już to pogłębiał cienie zalegające na pustych półkach.
– Puste półki.
Eri stał i patrzył na nie, podczas gdy obudzony niepokój wiercił się w jego piersi niczym oślizgły, zimny robak. Zostały mu może dwie półki z jedzeniem. Słoje marynowanych warzyw, które zrobił sam, zużywając resztki octu, suszone i solone mięso królików złapanych latem we wnyki, oraz dwa krążki sera zawinięte w grube płótno. Nie chciał ich odwijać w obawie, że zapleśniały. Czas uciekał, jeśli w ogóle jeszcze go miał.
Zdjął z półki paczkę suszonego mięsa i wyszedł. W drodze powrotnej do kuchni nucił coś fałszywie i od czasu do czasu mruczał jakieś słowo, gdy mgła zapomnienia na chwilę opuszczała jego umysł.
– Piątego dnia zatańczymy, ukochana moja… a szóstego zaśpiewasz dla mnie…
Wstawił niewielką ilość wody i wrzucił do niej kilka kawałków starego króliczego mięsa, żeby nieco zmiękło. Następnie dodał garść ziół i odrobinę soli. W końcu zjedzą ciepły posiłek.
Zostawiwszy danie na ogniu, wyszedł na korytarz i niewiele myśląc, skierował się do pokojów matki. Ściany tu pokrywały kolorowe obrazy: pejzaże krain za górami Tarah-hut, bitewnych bestii w blasku chwały, dawnych eborańskich bohaterów w lśniących zbrojach. Jego rodzice rozjaśniali wnętrza Lonefell obrazami i opowieściami, a w każdym pokoju stały regały pełne książek. Gdy decydowali się na życie w odosobnieniu, nie chcieli, by ich syn się nudził.
Pokój matki tonął w promieniach porannego słońca – wcześniej przyszedł tu, żeby rozsunąć zasłony – zaś ona sama leżała nieruchomo w łóżku. Świeża pościel była haftowana w las, ze zwierzętami wyglądającymi zza pni i gałęzi drzew.
Przy łóżku stało krzesło i siadając na nim, Eri przypomniał sobie, że kiedy przybyli do Lonefell, było to jego ulubione krzesło, choć wtedy jeszcze nie sięgał stopami podłogi. Teraz spod cienkiej, wytartej tapicerki tu i ówdzie wychodziły białe kępki wypełniacza.
– Jest zimno, ale lód topnieje. – Mówiąc to, spoglądał ponad łóżkiem w odległy koniec pokoju. Jego matka była bryłą delikatnych krzywizn, na których starał się nie skupiać uwagi. – Niedługo wszystko w ogrodzie zacznie kwitnąć. Chociaż… mam nadzieję, że warzywa będą ładniejsze niż w zeszłym roku. Nie wiem, dlaczego tak jest… może ziemia jest wyjałowiona. Wszystko wokół wydaje się jałowe. – Eri urwał, po chwili odchylił rąbek koca i nieśmiało wsunął rękę w matczyną dłoń. Nadal na nią nie patrzył. – Kiedy tu przyjechaliśmy, myślałem, że czeka nas wielka przygoda. Że jesteśmy kimś w rodzaju wędrowców, którzy poszukują swojego miejsca. To wy sprawiliście, że tak to wyglądało, wszystkie te opowieści ojca i książki, które zabrał. Pamiętam, jak cieszył się, że będziemy je razem czytać. I nasz ogród. Planowaliśmy uprawiać w nim tyle rzeczy. Mieliśmy jeść egzotyczne potrawy, a ja miałem swój własny pokój pełen zabawek. Było ich tyle, że musieliście chyba zatrudnić wszystkich rzemieślników w Eborze. – Odchrząknął i uścisnął zimne palce matki. – Przepraszam. Teraz wiem, że musiało być wam obojgu bardzo smutno. Zostawiliście wszystko, żeby przebyć taki szmat drogi i zamieszkać tu. Znalazłem listy… – Eri urwał i zadrżał gwałtownie. Zaburczało mu w brzuchu, a gdy szczelniej otulił się płaszczem, poczuł pod palcami wystające żebra. – To nie tak, że wtykam nos w cudze sprawy, mamo, ale przeczytałem każdą książkę dwa, czasem nawet trzy razy i ojciec nie miał nic przeciwko. – Przygryzł wargę, po czym ciągnął: – Znalazłem listy od twojej matki i od rodziców ojca i wydaje mi się, że nie byli zadowoleni z tego, co zrobiliście. W listach tych pełno jest próśb i gróźb. Nie wiedziałem, że powiedzieliście im, że nie mogą mnie zobaczyć, ale chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Do pokoju wpadła mucha. Eri wzdrygnął się, gdy przeleciała tuż przy jego uchu. Przez chwilę obijała się o szybę, próbując się wydostać, aż w końcu wstał i przegonił ją, wymachując zwojem starego pergaminu. Gdy w końcu wyleciała, stanął przy oknie i spojrzał w bezchmurne niebo. Przynajmniej dziś niczego nie zauważył.
– Chyba mam zwidy. – Zerknął na matkę i równie szybko odwrócił wzrok. – Rzeczy na niebie. Ale to nie może być prawda. Ebora umarła. Umarła dawno temu, pewnie wtedy, gdy listy od dziadków przestały przychodzić. Tak? Po prostu muszę więcej jeść, to wszystko. Ale niedługo będzie łatwiej. Już niedługo… – Eri drżącą ręką odgarnął z czoła kosmyk włosów. – A skoro o tym mowa…
Wygładził koc, którym przykryta była matka, musnął ustami woskową czaszkę i wrócił do kuchni. Jego chudy rosół stężał w coś, co przynajmniej będzie miało więcej smaku niż woda i Eri pośpiesznie przelał go do miski. Następnie z naczyniem w dłoniach udał się kolejnym długim korytarzem do gabinetu ojca. Książki tam były czujne, zbyt ciche, a mapy na ścianie wyglądały jak kłamstwa, dlatego dźwignął ojca i wyniósł go do ogrodu, gdzie nad zamarzniętą sadzawką stały kamienne ławki. Usiadł na jednej z nich i powoli zaczął jeść gorący kleik, podczas gdy ojciec siedział na ziemi obok niego.
– Czujesz, że jest cieplej, prawda? – Słony smak mięsa na języku poprawił mu nieco humor. – Nie powiedziałem mamie, ale spiżarnia jest prawie pusta. Odwilż przyszła w samą porę. – Urwał, żeby wyciągnąć spomiędzy zębów wyjątkowo twardy kawałek mięsa. – Za kilka tygodni wrócą króliki, a jeśli pogoda dopisze, będę mógł zapolować nieco dalej. Wiem, co powiesz, ale Dzicz wciąż jest daleko od Lonefell, a na wschodzie mogą być jelenie. Cały jeleń wystarczyłby mi… nam…
Padł na nich jakiś cień. Eri zadarł głowę i serce podeszło mu do gardła, gdy znów to zobaczył. Zerwał się tak gwałtownie, że potrącił butem wiadro z kośćmi, które zagrzechotały sucho, on jednak nie zwrócił na to uwagi. Na niebie szybował smok, powolny i majestatyczny w złotych promieniach poranka. Unosił się na tyle nisko, że Eri widział szerokie, perłowe łuski na jego brzuchu, wielkie jak jego dłoń, i śnieżnobiałe pióra na skrzydłach.
– To nie może być prawda. Takie rzeczy już nie istnieją. Po prostu ich nie ma. Ojcze? – Eri zajrzał do wiadra z kośćmi – robił to bardzo rzadko – i naga, pożółkła rzeczywistość wydała mu się również zimna i szokująca jak woda w studni. Jęknął, oderwał wzrok od wiadra i jeszcze raz spojrzał na smoka. Bestia zmierzała na zachód, kołowała powoli niczym orzeł i Eri mógłby przysiąc, że ktoś jej dosiada. Po chwili smok rozdziawił paszczę, z której buchnął podobny do egzotycznego kwiatu fioletowy płomień. Gdy się rozproszył, Eri uświadomił sobie, że coś słyszy, coś jeszcze bardziej niezwykłego – niesiony wiatrem śmiech. Minęły dziesiątki lat, odkąd słyszał, jak ktoś się śmieje i przez moment miał problem, żeby przypomnieć sobie, jak to jest.
Eri stał i patrzył na smoka, aż ten stał się jedynie maleńką kropką na horyzoncie, zapomniany rosół zdążył wystygnąć. Jego ojciec milczał.
3
Najdroższy Marinie, na strzaskane kości Sarnu, mam nadzieję, że list ten znajdzie cię bezpiecznego i w dobrym zdrowiu. Wysłałam go na twój ostatni adres i liczę, że wciąż pod nim mieszkasz. Uniwersytet w Reidn ma grube, solidne mury i jest tam dużo ludzi. Jeśli możesz, Marinie, zostań tam. Nie rób niczego głupiego (nie żebyś miał skłonność do robienia głupot, skarbie, ale twoja ciotka martwi się o ciebie).
Wysłałam też list do domu, do lasu winnego, ale jestem w podróży i nie mam jak otrzymać odpowiedzi. Życie w odosobnieniu zapewnia nieco bezpieczeństwa, możliwe więc, że mieszkańcy Domu nie widzieli żadnych okropności, ja jednak nie mogę przestać myśleć o ruinach Behemota ukrytych w lesie. Co prawda były wiekowym wrakiem, a ze swoich obserwacji wiem, że tylko pozostałości z ostatnich Deszczów mogą wrócić do życia, mimo to… Oczywiście, że się martwię.
Podróżuję teraz z Eboranką imieniem Nanthema. Myślę, że wspominałam ci o niej. Udajemy się do Ebory, często podróżujemy nocą, unikając głównych dróg, choć nie jestem pewna, czy to pomoże. Cały czas musimy być czujne, a to bywa męczące. Jeśli nie chowamy się przed Behemotami na niebie, kryjemy się przed wilkami albo zdziczałymi stworami. Mam nadzieję, że w Eborze znajdziemy pomoc albo chociaż dowiemy się, z czym właściwie mamy do czynienia. Mam ci tyle do powiedzenia, drogi Marinie, zbyt wiele, bym mogła napisać o wszystkim w jednym liście. Opowiem ci wszystko, kiedy następnym razem zobaczę twoją drogą, przystojną twarz.
Ciekawe spostrzeżenie na temat tego listu. Zatrzymałyśmy się w mieścinie o nazwie Nōrg, osadzie na północy u podnóża wzgórz Min (A niech mnie! To nie są żadne wzgórza, tylko prawdziwe góry. Moje obolałe stopy są tego najlepszym dowodem). Mają tu niesamowite ptaki, naprawdę wielkie ptaszyska, które moim zdaniem muszą być w pewnym stopniu dotknięte szaleństwem. Wykorzystują je do wysyłania wiadomości, dlatego liczę, że list ten dotrze do ciebie. Jednak kobieta, z którą rozmawiałam i która opiekuje się tymi ptakami, wyznała, że ostatnimi czasy przestały wracać. Zapytałam ją, czy zabijają je stwory z Behemotów, na co odparła, że nie. Jej zdaniem ptaki odnajdywały drogę powrotną dzięki trupiemu księżycowi, a gdy ten znikł, zaczęły się gubić. Czy to nie zdumiewające, Marinie? Wygląda na to, że na świecie zawsze są jakieś nowe cuda.
Fragment prywatnej korespondencji Mistrza Marina de Grazon
Kiedy nadszedł atak, Esther i jej mały braciszek stali po kostki w błotnistym piasku. Kaptury mieli szczelnie zawiązane, bo dzień był wietrzny i od czasu do czasu od strony morza nadciągały chmury, z których padał zimny deszcz. Kaptur Corina był jasnoniebieski, ozdobiony wyszywanymi rybkami. Dostał go od dziadka na imieniny zaledwie tydzień temu i nie zdejmował go nawet podczas posiłków. Wnętrze ogromnej skorupy zapewniało schronienie przed niepogodą, ale było zimne i wilgotne.
– Śmierdzi tu – zauważył Corin.
– Mm, cudowny, rybny zapaszek. Zupełnie jak twoje skarpety. – Weszli głębiej. Esther szła przodem, a chichoczący cicho Corin tuż za nią. Gładkie, różowawe ściany upstrzone były plamami soli i nielicznymi pąklami, jednak Esther widziała to, czego szukali tuż przed sobą. Białe kopce z czarnymi plamkami przyklejone do ścian muszli. Każdy z nich był mniej więcej tak duży jak jej stopa. Dziewczynka wyjęła nóż i trzymała go w gotowości.
– No to zaczynamy, Corinie. Chcesz otworzyć pierwszy?
Z bliska worki lęgowe krabów brzytwowych były bardziej przezroczyste niż białe, a zamknięte w środku szare kulki pokrywała gęsta, drżąca galareta. Corin zmarszczył brwi; te tutaj nie wyglądały jak smaczne kąski brązowego mięsa, które ojciec podał na kolację, i widać było, że zastanawia się, czy cała ta wyprawa warta była zachodu.
– Patrz, pokażę ci. – Esther odpięła od pasa impregnowaną sakiewkę, podłożyła ją pod najbliższy worek i wyjęła nóż z pochwy. Wiedziała, że to właśnie on najbardziej fascynuje Corina, pozwoliła więc, by mętne światło przez chwilę tańczyło na ostrzu. – Bierzesz nóż, przytrzymujesz worek od spodu, o tak, i odcinasz go tuż przy ścianie muszli. Musisz to zrobić szybko, inaczej wszystko rozleje się na boki.
Wyćwiczonym ruchem odcięła worek, który z nieprzyjemnym dla ucha chlupotem wpadł do czekającej na niego sakiewki.
– Och. – Twarz Corina skryta była we wnętrzu kaptura, tak więc Esther nie widziała jego miny. – Co to?
– Co co?
Z początku usłyszeli coś jak brzęczenie, a zaraz potem przenikliwy skowyt, który odbijał się echem od ścian muszli. Sama nie wiedząc, dlaczego to robi, Esther przyłożyła dłoń do ściany. Muszla wibrowała tak bardzo, że zdrętwiały jej opuszki palców.
– Ten hałas! Co to? – Słysząc panikę w głosie Corina, Esther schowała nóż do pochwy, odłożyła sakwę i wzięła brata za rękę.
– To pewnie jakiś duży statek – odparła, choć wiedziała, że to nieprawda. Żaden statek nie robił takiego hałasu. – Chodź, sprawdzimy, dobrze?
Szybkim krokiem ruszyli po spirali do wyjścia, wilgotny piasek mlaskał im pod stopami. W pierwszej chwili Esther pomyślała, że gdy byli we wnętrzu muszli, nadciągnęła burza. Co prawda morze nadal miało tę samą stalową barwę i było spokojne, ale jakiś cień zawisł nad Coldreef. Otaczająca osadę drewniana palisada była niczym więcej niż rzędem zaostrzonych palików, a ciasne domy ze ścianami z drewna, które morze wyrzuciło na brzeg, i pancerzy krabów brzytwowych wydawały się jakieś małe, jakby skurczyły się podczas ich nieobecności. I wtedy spojrzała w górę.
– W imię Thomasa. – Esther chwyciła Corina i wzięła go na ręce. Nie robiła tego, odkąd chłopiec skończył cztery lata. – Corinie, musimy wejść do środka.
Na niebie wisiał potwór. Dla Esther, która całe życie mieszkała w Coldreef, wyglądał trochę jak tłuste żuki morskie, które czasami widywała martwe nad brzegiem morza, tyle że ten był ogromny, wielki jak tysiąc dotkniętych szaleństwem krabów brzytwowych. Miał pękate, zielonkawo-czarne, segmentowane ciało poprzecinane licznymi pęknięciami i liniami. Tu i ówdzie widać było marszczące się dziury, z których wylewał się gęsty, czarny szlam i dziwne, zwinne stworzenia. Spadały na Coldreef niczym nasiona z drzewa, rozkładając szeroko odnóża o wielu stawach.
– Co to, Essie? Co to jest?
Esther biegła niezdarnie w stronę bramy palisady, myśląc wyłącznie o tym, że muszą wrócić do ojca, ale teraz potwór opadał i jeśli się nie zatrzyma, najzwyczajniej w świecie zmiażdży osadę. Stanęła przerażona i poprawiła Corina na rękach. Do głowy jej nie przyszło, żeby postawić go na ziemi.
– Nie mam pojęcia. Nie… wiesz co, Corinie? Może się schowamy? Wrócimy do muszli i poczekamy, aż to coś odleci.
– Ale tata!
Esther skrzywiła się. Corin nie nazywał tak ojca, odkąd był bardzo mały. Nagle potwór zadudnił i przechylił się gwałtownie. Ruch nie wyglądał na kontrolowany i Esther pomyślała, że potwór próbuje zachować równowagę. Dopiero teraz zauważyła, że w segmentowym ciele brakowało niektórych części, a inne umieszczone były pod dziwnymi kątami. Zaraz potem rozległ się inny dźwięk, coś jak przeraźliwy pisk…
– Essie! Patrz!
Mieszkańcy Coldreef najwyraźniej uświadomili sobie, co wisi nad ich głowami. Niektórzy w ślepej panice biegli do bram, podczas gdy inni stali z zadartymi głowami i patrzyli na potwora, jak gdyby próbowali odgadnąć, czym właściwie jest. Esther zobaczyła, że niektórzy chwytają za broń, podczas gdy inni tarzali się po ziemi, jak w jakimś amoku. Najpierw jeden, później kolejnych dwoje, pięcioro i sześcioro. Coś ich atakowało, coś, czego Esther nie była w stanie zobaczyć. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała, czuła jak lodowata gula strachu podchodzi jej do gardła.
– Chodź, Corinie, wracamy do muszli. Tacie nic nie będzie. Spotkamy się tam. No już, chodź!
Nagle wszystko utonęło w upiornym, fioletowym świetle, jak gdyby w osadę uderzył piorun. Esther otworzyła usta w bezgłośnym krzyku, a gdy spojrzała w górę, zobaczyła na niebie nowy kształt – równie obcy i dziwny jak potwór i pod wieloma względami równie przerażający.
Nisko nad jej głową przeleciał smok. Wokół jego potężnych szczęk tańczyły fioletowe płomienie, a chwilę później ryknął ogłuszająco i wypluł kolejną kulę ognia. Smok skrzył się w przytłumionym świetle i patrząc na niego, Esther pomyślała o kawałkach masy perłowej, które znajdowała czasami nad brzegiem morza. Na grzbiecie bestii siedziała młoda kobieta. Esther nie widziała jej wyraźnie, z wyjątkiem czarnych lśniących włosów i dziwnej czarnej smugi na czole. Corin, którego trzymała na rękach, zaczął wyrywać się i kopać.
– Potwory! Potwory!
– Ćśś. – Przytuliła go mocno. Teraz na niebie pojawiały się kolejne sylwetki, cała menażeria stworzeń rodem z bajek dla dzieci. Nie wiedzieć czemu, oczy Esther zrobiły się mokre od łez. – Myślę, że te potwory przyleciały, żeby nam pomóc.
***
Tor zauważył dziury w bulwowatym boku i choć od przeszło trzystu lat nie widział z bliska żywego Behemota, wiedział, że patrzy na zepsute fragmenty, części stwora, które nie zostały jeszcze naprawione. Zerknął na Noon, ale jej już nie było, dostrzegł jedynie malejący kształt Vostok, gdy smoczyca zanurkowała gwałtownie w stronę wroga. On sam pochylił się ponad ramieniem wielkiego kota i krzyknął do ucha Kirune:
– Ta wielka dziura. Powiększmy ją.
Bestia wojenna warknęła, był to niski, dudniący dźwięk, od którego Torowi zadrżały nogi, po czym kot złożył swe wielkie, skórzaste skrzydła i z zawrotną prędkością runęli w dół, ku niewiarygodnie wielkiemu Behemotowi. Za bulwiastym, oleistym kształtem Tor widział małą, posępną osadę z marnymi chatynkami z muszli i drewna, które morze wyrzuciło na brzeg, i biegających w panice ludzi. Poczuł silną woń soli i wodorostów i na sekundę ogarnęła go dziwna euforia, że ich ocalą. Chwilę później uderzyli w bok Behemota i zaczęli się zsuwać, aż Kirune zatopił pazury w zielonkawym materiale.
– Musimy popracować nad lądowaniami.
– Jakbyś się na tym znał – warknął Kirune. Bestia wojenna złożyła skrzydła – zdaniem Tora wciąż wyglądały niezdarnie, szare i skórzaste jak skrzydła nietoperza, z krótkimi, czarnymi rogami wyrastającymi ze stawów – i dała susa w stronę postrzępionej dziury. Z tak bliska można było zobaczyć dziwnie mięsiste wnętrze Behemota; szare, niemal przezroczyste ściany, białe brodawki i skupiska żółtawych świateł. Kirune natychmiast zaczął drzeć pazurami krawędzie dziury, wyrywając kawałki księżycowego metalu i odsłaniając blade wnętrze. Tor zerknął na przelatującą obok Vostok, jej fioletowy ogień wypełniał zachmurzony dzień niesamowitym blaskiem. Płomienie lizały powierzchnię Behemota i Tor kątem oka złowił jakiś ruch. Stwory podobne do ogromnych, sześcionogich pająków z pulsującymi workami pośrodku. Trzy albo cztery skurczyły się w ogniu, jednak po chwili Tor zobaczył, że wcale nie zginęły, lecz przykucnęły, żeby chronić delikatne worki lęgowe, z których wykluwały się kopacze. Z palców Noon strzelił dziki ogień wzmocniony przez smoczycę i zaraz potem obie oddaliły się od Behemota, którego powierzchnia dymiła i pokrywała się pęcherzami.
– Na ziemi są kopacze! – Krzyk dobiegał z góry.
Tor zadarł głowę i zobaczył Berna dosiadającego Sharrika. Przypięty uprzężą do grzbietu wojennej bestii potężny młodzieniec trzymał w dłoniach lśniące topory, podczas gdy Sharrik, gryf, który wyrósł na największą bitewną bestię, tłukł skrzydłami z taką siłą, że podmuchy powietrza rozwiewały Torowi włosy. Spoglądając przez ramię, Eboranin zobaczył ludzi biegających w panice i krzyczących, a zaraz potem usłyszał ryk Vostok.
– Nie! Musimy skupić się na tym, żeby zranić Behemota! Zostawcie ludzi!
– Ty rób swoje dziury – zagrzmiał Sharrik. – My mamy życie do uratowania.
Tor poczuł, jak ramiona Kirune napinają się i wielki kot uniósł głowę. Podobne do żółtych lamp oczy zmrużyły się, gdy odprowadzał wzrokiem oddalającego się gryfa. Ostatni raz szarpnął pazurami dziurę, po czym wzbił się w powietrze. Jego skrzydła rozpostarły się z trzaskiem, jak żagle, które gwałtownie wypełniają się wiatrem, i chwilę później mknęli ku ziemi, żeby wylądować przed Sharrikiem. Gdzieś za ich plecami Vostok wrzasnęła z wściekłości.
– Nie! Musimy współpracować!
Tor pochylił się, zacisnął dłonie na gęstym futrze na grzbiecie Kirune. Pęd powietrza sprawiał, że łzawiły mu oczy.
– Kirune! Kiedy Vostok wydaje ci rozkaz…
– Żaden wąż nie będzie mi mówił, co mam robić!
Tor syknął przez zęby, ale w miarę jak zbliżali się do osady, stawało się oczywiste, że sytuacja na dole jest naprawdę bardzo zła. Ubita ziemia roiła się od kopaczy. Mężczyźni, kobiety i dzieci upadali, podczas gdy inni ludzie, szukając ucieczki, wdrapywali się na dachy. Pośród chaosu sztywnym krokiem chodziły „matki”, dziwne pająkowate stwory z pulsującymi, białymi kokonami, z których wysypywały się mięsożerne żuki.
Kirune opadł na ziemię, wzbijając tuman kurzu, a tuż po nim Sharrik. Niebiesko-czarne skrzydła gryfa zdawały się jasne na tle chaosu. Bern pomachał radośnie do Tora, a chwilę później płaska głowa gryfa wystrzeliła do przodu, potężny dziób zamknął się na pajęczych nogach jednej z matek i złamał je. Tor miał szczerą nadzieję, że potężny młodzieniec nie słyszał warknięcia, które dobyło się z gardła Kirune.
– Gdzie Aldasair?
Bern wskazał obuchem topora domy za plecami Tora. Aldasair dosiadał wielkiej, czarnej wilczycy o szarych skrzydłach orła i ciepłych bursztynowych oczach, która stała teraz na dachu jednej z chat i wyraźnie zaniepokojona spoglądała na panujący w dole chaos. Kuzyn Tora, blady jak płótno, siedział wyprostowany na jej grzbiecie.
– Zrobimy, co w naszej mocy. – Tor dobył miecza. Wszędzie dookoła ludzie, którzy padli pod naporem żarłocznych żuków, dźwigali się z ziemi. Ich wnętrzności zostały wyżarte, z pustych oczodołów wylewała się czarna, lepka ciecz, a usta rozciągły się w powitalnych uśmiechach, gdy powolnym krokiem szli w stronę bestii wojennych. – To kukły. Zabijcie je i tyle kopaczy, ile zdołacie.
Ryk Kirune przetoczył się nad osadą niczym huk grzmotu. Zaraz potem wielki kot ruszył do ataku, jego potężne łapy rozgniatały żuki na miazgę. Obok niego biegł Sharrik, którego czarny jak heban dziób ciął i rozrywał niczym najprzedniejszej roboty ostrze. Kukły padały na ziemię z wydrążonymi ciałami wystawionymi na posępne światło dnia i Tor po raz pierwszy usłyszał dobiegające zewsząd wrzaski, okrzyki bólu pożeranych żywcem i zawodzenie tych, którzy musieli na to patrzeć. On sam skrzywił się i odwrócił wzrok. Nie miał czasu skupiać się na koszmarze, który rozgrywał się na jego oczach.
Pajęcza matka zbliżyła się do nich i Tor szarpnął Kirune za gęste, szare futro.
– Szybko! Zabij ją!
Jednak Kirune powalił właśnie dwie kukły i potężnymi szczękami rozrywał to, co zostało z ich lepkich wnętrzności. – Kirune! Rób, co ci każę!
Jednak było już za późno. Pająkopodobny stwór pochwycił długimi odnóżami uciekającą kobietę, na którą z kokonu wysypały się żarłoczne żuki. Nagle tuż przy nim pojawiła się wielka, czarna wilczyca, chwyciła matkę zębami i zaczęła nią potrząsać jak pies królikiem, po czym odrzuciła ją z odrazą. Siedzący na jej grzbiecie Aldasair obserwował wszystko z takim samym obrzydzeniem.
– Dobra robota, Jessen. – Uspokajająco pogłaskał wilczycę między uszami. – Świetnie ci idzie.
Wtedy właśnie dzień wypełnił się zielonofioletowym światłem, a wszystkie cienie stały się kruche i czarne. Tor zadarł głowę i zobaczył Vostok otoczoną pierścieniem własnych płomieni i Noon, z której wyciągniętych dłoni wylewała się rzeka zielonego ognia. Spojrzał w kierunku, w którym strzelały płomienie i poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła – w boku Behemota powstało pęknięcie, jednak to nie oni je zrobili. Część istoty otwierała się, metalowa skóra łuszczyła się i odłaziła płatami, podczas gdy ze środka przepychało się na zewnątrz coś bladego i lśniącego.
– To czerw! – wrzasnęła Noon i gwałtownie zamachała ramionami. – Nie możemy pozwolić, żeby się wydostał!
Tor zacisnął palce na uprzęży, gotowy nakazać Kirune, by na powrót wzbił się w niebo, gdy przy ścianie jednego z domów dostrzegł grupę ludzi. Matka zmieniła się w kukłę o pustych, czarnych dziurach zamiast oczu, ale była z nią trójka małych dzieci. Wszystkie tuliły się do niej, najwyraźniej nie rozumiejąc, co się z nią stało ani dlaczego trzyma je tak mocno, że nie mogą się ruszyć. Ich rozpaczliwe krzyki sprawiły, że Tor poczuł ucisk w sercu. Z mieczem w dłoni, rozpiął uprząż i zeskoczył na ziemię.
– Pomóż Vostok – zwrócił się do Kirune, wskazując spód Behemota i coraz bardziej widocznego czerwia. – To coś nie może wyjść.
Złociste oczy Kirune błysnęły nienawistnie i wielki kot obnażył kły, a zaraz potem dał susa w stronę gromady kukieł. Tor otworzył usta, żeby zaprotestować, ale nie miał czasu do stracenia. Zamiast tego rzucił się biegiem w stronę chatki, po drodze depcząc i odkopując na boki rojące się wszędzie kopacze. Jedno z dzieci było już stracone. Krzycząc i wierzgając, leżało na ziemi, podczas gdy żuki w jego wnętrzu wyżerały wszystko, co czyniło je człowiekiem. Nie bacząc na bolesne kłucie w piersi, Tor przeszedł nad nim i płynnym ruchem rozpłatał na pół pierś matki. W jej wnętrzu zostało tak niewiele, że ostrze miecza praktycznie nie napotkało żadnego oporu. Pozostała dwójka dzieci krzyknęła z przerażenia i odsunęła się od niego.
– Zaczekajcie! Jestem po waszej stronie! – Drzwi do chatki otworzyły się gwałtownie, tęga kobieta chwyciła dzieci za szyje i z imponującą siłą wciągnęła je do środka. Spojrzenie, które posłała Torowi, było niczym siarczysty policzek, niczym maska wyrażająca jednocześnie grozę, strach i wściekłość.
– Morderca! – wrzasnęła kobieta, po czym zatrzasnęła drzwi.
– Cholera – mruknął pod nosem Eboranin.
– Bestie wojenne! Bestie wojenne, do mnie! – Głos należał do Vostok. Jej fioletowy ogień i płomienie dzikiego ognia Noon poparzyły czerwia, lecz stwór nie przestawał przeciskać się przez pęknięcie w ścianie Behemota. Byli przy nich Jessen i Aldasair, lecz wilczyca krążyła tylko bez celu, samej nie wiedząc, jak może pomóc. Widoczny w drugim końcu osady Sharrik niemal uległ pod naporem kukieł, gdy kontrolowani przez Jure’lia mężczyźni, kobiety i dzieci czepiali się jego skrzydeł i kudłatego zadu. Krępy mężczyzna z białą brodą wisiał uczepiony szyi gryfa. Siedzący na grzbiecie wojennej bestii Bern próbował odpierać ich ataki. Jego bliźniacze topory – Tor pamiętał, że Bern nazywał je Zaciekłymi Bliźniętami – ociekały czarną posoką.
– Kirune?
Ogromny kot głowę miał spuszczoną i roztrącał nosem rozczłonkowane kukły. Tor znowu krzyknął, na co bestia machnęła tylko leniwie czarno-szarym ogonem. Eboranin podbiegł do niej i zerknął z niepokojem na wiszącego w górze Behemota. Sądząc po jego rozmiarach, czerw był już niemal w połowie na zewnątrz.
– Kirune! Musimy wracać na górę. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Podszedł do kota i poklepał go po karku. Zanim się obejrzał, leżał na plecach, a ciężka łapa Kirune przygniatała go do ziemi. Masywna głowa bestii zawisła tuż nad jego twarzą i Tor zobaczył ogromne, żółte kły.
– Jestem zajęty! – Krótkie, grube wąsy Kirune umazane były czarnym szlamem. Jego gorący oddech cuchnął trupem. – Nie rozkazuj mi.
Tor poczuł, że ogarnia go wściekłość i z siłą, której się po sobie nie spodziewał, odepchnął łapę Kirune, po czym dźwignął się z ziemi. Wsunął miecz do pochwy i stanął przed kotem, który prychnął na niego.
– Prychamy, tak? Kirune, wielka bestia wojenna, legenda Ebory prycha na swojego pana, bo ten zabronił jej bawić się zabawkami! – Czubkiem buta trącił szczątki kukły. – Wielki Kirune, płaczliwy kotek.
Kirune warknął gardłowo, złożył skrzydła i przycupnął na tylnych łapach, jakby szykował się do skoku. Tor wiedział, że gdyby to zrobił, jego ciężar połamałby mu wszystkie kości, jednak w tej chwili nie mógł się wycofać. Myślał o oszpeconej połowie swojej twarzy i o tym, że gdyby bóg-drzewo Ygseril nie wydał na świat wojennych bestii, wystarczyłoby soku, żeby go uleczyć, żeby uleczyć wszystkich Eboran, którzy nadal kurczowo trzymali się życia, mimo szkarłatnicy. Ogon Kirune zamiatał wściekle ziemię, w szeroko otwartych kocich oczach czaiło się niebezpieczeństwo.
– Tor! Na krew i ogień, spójrz tam!
Głos Noon był piskliwy z przerażenia. Tor spojrzał w górę, akurat w chwili, gdy ogromny czerw przecisnął się przez pęknięcie i runął na nich z góry. Eboranin rzucił się w bok i niemal w tym samym momencie czerw rąbnął o ziemię, niszcząc przy tym kilka chatynek z drewna i skorup krabów. Z bliska istota była kremowoszara, a jej obłe cielsko tu i ówdzie mieniło się perłowym blaskiem. Jego przednia część, którą z braku lepszych pomysłów Tor uznał za głowę, była nieco ciemniejsza od reszty, z garstką lśniących guzków na czubku i widoczną nieco niżej ciemną, pulsującą paszczą. Stwór przetoczył się po ziemi i Tor dostrzegł maleńkie, krótkie odnóża. Chwilę później czerw zaczął pożerać zniszczone domy. Drewno, muszle, szkło, słoma i ziemia – wszystko zostało wessane i pożarte szybciej niż Tor sądził, że to możliwe. Kilku mężczyzn z osady uzbrojonych w coś, co wyglądało jak stalowe harpuny i kilka zardzewiałych mieczy, rzuciło się na stwora i poczęło dźgać jego śliskie, obłe cielsko. Ich atak nie trwał jednak długo, bo chwilę później ulegli pod naporem pajęczych matek, które osaczyły ich i krzyczących powlokły w stronę rozdziawionej paszczy czerwia.
Tor wskoczył na grzbiet Kirune. Tym razem – o dziwo – wielki kot odwrócił się od trupów, po czym, obnażywszy kły, rzucił się do ataku. Odepchnęli na bok jedną z pajęczych matek i Tor gołymi rękami wyrwał z jej objęć mężczyznę, zaraz jednak kątem oka zobaczył, jak drugi znika w paszczy ogromnego czerwia. Dołączył do niego Bern. Szyja i nagie ramiona człowieka pokrywały liczne zadrapania i ukąszenia, i Tor przypomniał sobie, że kiedy widział go ostatni raz, Bern omal nie zginął pod naporem kukieł.
– Gdzie Sharrik?
Bern wskazał głową niebo i wywijając toporami, zaatakował kolejną pajęczą matkę. Sharrik był w górze, jego potężny kształt rzucał cień na nich wszystkich, podczas gdy Vostok zataczała kręgi na niebie.
– Odsuńcie się! – zagrzmiała smoczyca. – Musimy go spalić.
Czerw jak gdyby usłyszał jej słowa, bo nagle jego cielsko zapulsowało tak gwałtownie, że wszyscy polecieli do tyłu. Jego tylna część uniosła się i opadła, a zaraz potem znów zadrżała i gęsty zielony płyn począł wyciekać z czegoś, co z braku lepszych pomysłów Tor uznał za jego odbyt. Zielona ciecz rozlała się po placu i spłynęła w stronę ruin chatynek, zalewając rumowisko, ocalałych mieszkańców osady i więżąc zarówno ludzi, jak i kukły.
– Żywica. – Tor nie wiedząc, co robić, ścisnął rękojeść Dziewiątego Deszczu. – Jak możemy to powstrzymać?
Cielsko czerwia znowu zapulsowało i jeszcze więcej zielonego płynu spłynęło na ziemię, grożąc zalaniem całej wioski i uwięzieniem Tora i Berna.
– Bern! Chodź tu szybko!
Bernowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Wskoczył na grzbiet Kirune za plecami Tora i tłukąc wściekle skrzydłami, bestia wojenna wzbiła się w powietrze. Nie było to łatwe, bo choć Kirune był silny, Bern swoje ważył. Zdołali jednak umknąć przed zalewającą wszystko żywicą i dołączyli w powietrzu do Vostok i Sharrika.
– Ruszcie się! Z drogi! – ryknęła rozkazująco Vostok, która już wyciągała długą, wężową szyję, żeby plunąć ogniem na czerwia. Noon uniosła obie ręce, wokół jej pięści tańczyły szmaragdowe płomienie wiedźmiego ognia podsycane energią życiową, którą zaczerpnęła od smoczycy.
– Czekajcie! – Tor rozpaczliwie wyglądał czegoś na ziemi. Jak można było stracić z oczu ogromnego wilka? – Gdzie jest Jessen? Gdzie są Jessen i Aldasair?
Na chwilę wszyscy zamilkli i Tor miał czas, żeby pomyśleć, co by zrobił, gdyby jego kuzyn został zabity. Utrata Hestillion i Aldasaira, tak bardzo sobie bliskich, byłaby ponad jego siły. Nagle Bern postukał go w ramię i wskazał w dół. Jessen stał w odległym końcu placu. Aldasair nadal siedział na grzbiecie wilczycy i wciągał na siodło kolejne dzieci – troje czy czworo tuliło się do niego, podczas gdy Jessen trzymała w zębach małego szkraba, delikatnie chwytając go za kołnierz.
– Nie ma na to czasu – syknęła Vostok. – Zostaw je, Jessen, i wynoś się stamtąd!
Wilczyca spojrzała na nich i nawet z tej odległości widać było wyzwanie malujące się w jej bursztynowych oczach. Otoczony dziećmi Aldasair również patrzył w ten sposób.
– Głupie szczeniaki! Uciekną, kiedy wszystko stanie w ogniu. – Vostok rozwarła szczęki i Tor zobaczył fioletowe płomienie budzące się do życia.
– Przestań! – Pochwycił spojrzenie Noon i odetchnął z ulgą, widząc, że nie ma w nim wściekłości Vostok. – Noon, musimy o tym pomyśleć…
Wiszący nad ich głowami Behemot nadal wypluwał z siebie pajęcze matki, które spadały do osady, gdzie zielona żywica rozlewała się między zrujnowanymi domami. Tor miał nadzieję, że część ludzi zdołała uciec, że może choć tyle zdołali dla nich zrobić, dostrzegał jednak ciemniejsze kształty uwięzione pod warstwą żywicy i leżące wszędzie ciała.
– Musimy go przenieść – szepnął mu do ucha Bern, po czym odwrócił się w siodle i krzyknął do Vostok: – Podnieś go, zabierz na plażę za palisadą i tam spal.
Smoczyca syknęła przez zęby wyraźnie rozjuszona tym, że kolejny raz zignorowano jej rozkazy, ale Noon pochyliła się i powiedziała coś do jej rogatego ucha.
– Dobrze. Może wspólnymi siłami zdołamy go unieść. Szybko, bierzmy się do roboty.
Nie było to łatwe zadanie. Bern w powietrzu przesiadł się na grzbiet Sharrika, choć Tor był prawie pewien, że mężczyzna spadnie i się zabije. Udało się jednak i niebawem wszystkie trzy bestie wojenne zaczęły obniżać lot. Vostok i Sharrik podleciały do głowy czerwia, podczas gdy Kirune chwycił jego drugi koniec. Cielsko stwora było śliskie i wielki kot nie mógł go uchwycić. W pewnej chwili mruknął coś o tym, jak bardzo czerw cuchnie, po czym wbił pazury w grubą skórę i wspólnymi siłami niepewnie poderwali czerwia z ziemi.
Reakcja Behemota była natychmiastowa. Z góry posypały się na nich pajęcze matki i Tor musiał wywijać mieczem niczym kosą, żeby utrzymać je z dala od Kirune. Mimo wspólnych wysiłków nie zdołali unieść czerwia wysoko nad ziemię, a do tego na wpół wlokąc go poza granice osady, pozostawili po sobie liczne zniszczenia. Przeżyli też chwilę grozy, gdy brzuch stwora zaczepił o drewnianą palisadę. W końcu jednak uwolnił się z nieprzyjemnym dla ucha odgłosem i Tor odetchnął, widząc na piasku za nimi parującą stertę szarych wnętrzności. Gdy tylko opuścili osadę i Vostok wrzasnęła przenikliwie, upuścili czerwia, a Kirune warknął z ulgą.
– Odsuńcie się, wszyscy się odsuńcie! – Vostok pochyliła głowę i tym razem Noon stanęła w siodle otoczona zielonymi płomieniami jak aureolą. – Noon, wyceluj swój wiedźmi ogień w ranę.
Obie – wiedźma i smoczyca – uwolniły swoje moce. Blask ognia był tak jasny, że Tor musiał osłonić oczy. Mimo to patrzył, jak skóra czerwia wybrzusza się i pokrywa pęcherzami. Miejsce, w którym została rozdarta, kipiało i z rany na plażę wylewała się struga gorących wnętrzności. Sam czerw zdawał się kurczyć i zapadać w sobie, jakby coś w jego wnętrzu nieodwracalnie się zepsuło. Bliźniacze płomienie zgasły, pozostawiając po sobie gęsty obłok cuchnącego dymu i jednego bardzo martwego czerwia.
– Udało się. – Tor uśmiechnął się od ucha do ucha i zatopił palce w futrze Kirune, licząc, że on także się ucieszy, jednak wielki kot odsunął głowę i umknął przed jego dotykiem.
– Chyba wystarczająco go rozjuszyliśmy. Patrzcie! – Tor odwrócił się i spojrzał w miejsce wskazane przez Berna. Przechylony na bok Behemot oddalał się, stopniowo nabierając prędkości. Było w nim więcej dziur niż Tor pamiętał i kilka ciemnych plam pozostawionych przez ogień Noon i Vostok. Świetnie się spisali. Było warto.
– Przegnaliśmy go – powiedział na głos, jednak nikt mu nie odpowiedział. Dopiero po chwili dotarło do niego, że z osady zostało niewiele więcej oprócz kilku zrujnowanych chatynek i zielonej żywicy. To, co przetrwało, płonęło, podczas gdy garstka ocalałych stała nad brzegiem, trzymając się w objęciach. Byli przy nich Jessen i Aldasair i na oczach oszołomionej gromady pomagali zsiąść z siodła małym pasażerom. Tor uświadomił sobie, że słyszy płacz dziecka.
– Warto było stoczyć tę bitwę choćby tylko dla nich, prawda?
4
– Vostok jest zła.
Nie trzeba było tego mówić. Oburzona smoczyca oddaliła się kilka godzin temu i zniknęła w zdziczałym lesie na skraju ponurej polany, jednak Noon wciąż czuła w sercu jej gniew. Był niczym ogień i pomyślała, że pozostali powinni o tym wiedzieć. Zrobili postój w drodze powrotnej z odległej osady i wszyscy – zarówno ludzie, jak i bestie wojenne – unikali jej wzroku.
Siedzący po drugiej stronie ogniska Tor westchnął.
– Nie jesteśmy jeszcze tym, kim powinniśmy być. To oczywiste. – Kirune leżał nieco dalej za jego plecami – ciemnoszary kształt odwrócony tyłem do ludzi. Skwitował słowa Tora prychnięciem, jednak Eboranin puścił je mimo uszu. – Choćbyśmy nie wiem, jak się starali, Noon, nie może tego od nas oczekiwać. Nasza pierwsza potyczka z Jure’lia nie okryła nas chwałą. Czy kogoś to dziwi?
– Chwałą? Większość mieszkańców zginęła. – Noon przygryzła wargę. Trudno było oddzielić jej własną złość od tej, którą czuła smoczyca. – Ich osada jest w ruinie. Daliśmy ciała. Spieprzyliśmy sprawę i zginęli ludzie.
Pomarańczowy blask ogniska sprawiał, że purpurowe blizny na twarzy Tora zdawały się szare. Minę miał posępną.
– To wojna – powiedział. – Spodziewaj się częściej takich widoków.
– Dni chwały Ebory dawno już minęły. – Łagodny głos Aldasaira zdawał się dryfować nad nimi w zapadającym zmroku. Leżąca u jego boku wielka wilczyca przypominała utkany z ciemności kopiec, tylko jej pomarańczowe oczy płonęły w ciemnościach niczym lampiony. – Nasze armie z ich lśniącymi zbrojami i śpiewającymi mieczami to nic więcej niż rdza i zakurzone kości. Jesteśmy jak… echo zamierzchłych czasów.
Siedzący obok niego Bern wyglądał na stroskanego i Noon pomyślała, że ma ku temu powody. Od bitwy Aldasair nie odezwał się prawie słowem, a gdy teraz to zrobił, wydawał się zagubiony. Bern zdjął kociołek z ognia, napełnił cynowy kubek i podał go Eboraninowi.
– To był długi dzień. Masz, napij się czegoś gorącego. – Odchrząknął. – Mieszkańcy Finneral znają trochę tych ludzi. Handlowaliśmy z nimi, a nasze statki zawijały do tej zimnej, małej zatoczki. Mają tu te ogromne kraby, których mięso jest tak tłuste i pożywne, że wystarcza na wiele dni. Robią też materiał z wodorostów, nazywają go morską skórą, jest mocny jak diabli. My przywoziliśmy nasz metal i skóry wielorybów, chociaż… – Urwał i zakasłał w zaciśniętą pięść. – Pewnie przez jakiś czas będzie mniej tego wszystkiego. – Za kręgiem ognia Sharrik wyciągnął się na szczeciniastej trawie, odsłaniając futrzaste podbrzusze. Chwilę później ciszę przerwało jego donośne chrapanie.
– Wojna to jedno. Wiem, że będzie znacznie gorzej. – Noon sięgnęła umysłem do Vostok i wyczuła jej bliskość; była niczym biały płomień gniewu. – Ale my… my wszyscy się mylimy. Musimy się bardziej starać.
– A ty nagle stałaś się ekspertką, tak? – Tor wziął kociołek i napełnił swój kubek. – Wiedźma z równin, która większość życia spędziła uwięziona w Cytadeli, chce mnie uczyć, jak powinny walczyć eborańskie bestie wojenne?
Powiedział to lekkim, żartobliwym tonem, jednak Noon wyczuła w jego słowach stal. Nic dziwnego, deptała przecież wszystko, co przysługiwało mu od urodzenia. Mimo to poczuła, jak wzbiera w niej gniew.
– Wiem o byciu bronią więcej niż ty kiedykolwiek się dowiesz.
– Dobrze zrobisz, jeśli jej posłuchasz, synu Ebory. – Vostok wychynęła spomiędzy drzew; mimo potężnej budowy poruszała się bezgłośnie. Jak zwykle Noon poczuła radość na widok smoczycy. Nawet w gęstniejącym mroku wyglądała majestatycznie, jej lśniące łuski odbijały pomarańczowy blask tysiącem miniaturowych słońc. – Nasze problemy są liczne i złożone i nie mamy czasu, żeby je rozwiązać.
Tor odwrócił wzrok od smoczycy. Noon wiedziała, że nie sprzeciwi się jej otwarcie – nadal był pełen podziwu dla pierwszej bestii wojennej, która przyszła na świat po setkach lat oczekiwania, i niejednokrotnie przyłapywała go, jak patrzył na Vostok z czymś w rodzaju tęsknoty.
– Zniszczyliśmy czerwia, zabiliśmy dziesiątki kukieł i przepędziliśmy Behemota. – Upił łyk z cynowego kubka i skrzywił się. – Na korzenie, Bern, co to za pomyje? Zresztą nieważne. – Pokręcił głową. – Ja, tak czy inaczej, nazywam to zwycięstwem. Na wybrzeżu są ludzie, którzy przeżyli dzięki nam, nie zostali uwięzieni pod żywicą i nikt nie wyżarł im wnętrzności.
– Przepędziliście Behemota, który już wcześniej był osłabiony. – Vostok podeszła do ognia i na chwilę przylgnęła głową do ramienia Noon. – Od wieków leżały w ruinie, więc nie miały kiedy się zregenerować, dlatego mamy wyjątkową okazję. To również wyjątkowa sytuacja z innego powodu, ponieważ walczymy chyba najgorszymi bestiami wojennymi w historii Ebory.
Na dźwięk tych słów Kirune poderwał się z ziemi, obnażył kły i zasyczał wściekle. Nawet Sharrik uniósł głowę, a jego pióra się zjeżyły.
– Posłuchajcie mnie. Musimy walczyć, jakbyśmy byli jednością. Musimy poruszać się i atakować jak jeden oddział. Bez jedności jesteśmy chaosem. – Vostok prychnęła i Noon dotknęła dłonią łusek na jej szyi. Były ciepłe. – To dlatego, że żadne z was nie ma wspomnień zapisanych w korzeniach. Kiedy umarliśmy ostatni raz, nasze dusze powinny były wrócić do korzeni Ygserila, a zamiast tego zostaliśmy wygnani i zagubiliśmy się. Staliśmy się upiorami, żerduchami nawiedzającymi pozostałości po naszych wrogach, a teraz, kiedy nawet te dusze przepadły i obróciły się w nicość, ja jedna przetrwałam dzięki Noon, żeby na powrót odnaleźć Eborę. Czy wy w ogóle rozumiecie, co utraciliście? Dzięki wspomnieniom zapisanym w korzeniach pamiętalibyście wszystkie swoje bitwy, wszystkie zwycięstwa, i znalibyśmy się tak, jak powinniśmy. Czulibyście, jak korzenie Ygserila związują nas ze sobą. – Noon czuła, że złość Vostok ustępuje pod naporem smutku, jednak głos smoczycy nie zdradzał jej uczuć. – Dlatego musimy się nauczyć współpracować bez więzów, które normalnie nas łączyły. Krótko mówiąc, musicie się nauczyć przyjmować rozkazy.
– I to ty będziesz je wydawać, wężu? – Kirune krążył teraz wokół ogniska, jego potężne łapy wzbijały obłoczki kurzu. – Będziesz nami dowodzić tylko dlatego, że zioniesz ogniem?
– Spokojnie, Kirune. – Tor wyciągnął rękę w kierunku wielkiego kota, jego twarz zdradzała niepokój. – To nie pomoże…
– Dowodzę wami, ponieważ jestem jedynym ogniwem, które łączy was z dawną chwałą! – zagrzmiała Vostok. W jej paszczy zatańczyły fioletowe płomienie. – Skradziono wam imiona i nadano nowe, przypadkowe, pochodzące z dawnych zwojów, ponieważ nikt nie wie, jak naprawdę brzmią te prawdziwe. Nie jesteście prawdziwymi bestiami wojennymi. – Smoczyca opuściła głowę i Noon zaczęła się zastanawiać, czym zakończy się to całe szaleństwo: niedorzeczną walką na odludziu, w której wszyscy zginą spaleni smoczym ogniem? – Kirune, nie chcesz stworzyć więzi ze swoim wojownikiem i czerpiesz dziką radość ze sprzeciwiania się wszystkiemu i wszystkim. Twój egoizm sprowadzi na nas nieszczęście. Sharriku, jesteś dzielny, ale nie myślisz. Twoja siła mogłaby być wykorzystana do wielu innych rzeczy. Jessen, jesteś płochliwa, a to chyba najgorsza i najbardziej niewybaczalna cecha u bestii wojennych. Do tego twój wojownik wcale nie jest wojownikiem.
Mimo ciepła, jakim emanował gniew Vostok, Noon skrzywiła się. Tymczasem Aldasair jak gdyby nie usłyszał słów smoczycy, siedział ze spuszczoną głową i palcami splecionymi na cynowym kubku.
– A ty, Tormalinie Lekkoduchu. – Tor podskoczył jak oparzony. – Jesteś próżny, rozkojarzony, arogancki i gorąco wierzysz w to, że jesteś tu jedynym wojownikiem. Jeśli nie nauczysz się współpracować z Kirune, nie będzie z ciebie żadnego pożytku i staniesz się dla nas ciężarem.
– Ćwiczyłem przez dziesięciolecia, podczas gdy ty nawiedzałaś wrak Esiaha Godwortha, ty niewydarzona relikwio…
– Hej. – Noon usiadła. – Torze, bestie wojenne zginęły z końcem Ósmego Deszczu, wydarte ze swych ciał, kiedy wasz bóg-drzewo uwięził królową Jure’lia. To nie tak, że chciały się stać żerduchami. Kto by chciał? – Wspomnienie smutku Vostok i zakłopotanie tym, czym się stały, nadal było boleśnie świeże.
Vostok zignorowała ich oboje.
– Naszym celem był Behemot. Mieliśmy współpracować, żeby przegnać go na długo przed tym, zanim wypełznie czerw. I gdzie wtedy byliście?
– Ratowaliśmy ludzi. – Głos Jessen był łagodny, jednak Noon po raz pierwszy wyczuła w nim nutę gniewu. – Pomogliśmy dzieciom uciec.
– Dzieci – rzuciła szyderczo Vostok. – To wojną powinniście się martwić, nie garstką dzieci. Jeśli pozwolimy wszystkim Behemotom uciec, tak jak temu dziś, już wkrótce dzieci Sarnu nie będą niczyim problemem.
– Vostok. – Noon zacisnęła usta w wąską kreskę. Dotkliwie czuła gniew smoczycy i świadomość ta sprawiała, że nie mogła zebrać myśli. W zamyśleniu dotknęła palcami koszuli; ukryta pod nią srebrna blizna wydawała się zbyt gładka. – Naprawdę myślisz, że mogliśmy dziś zabić tę rzecz? Mając do dyspozycji tylko cztery bestie wojenne?
Vostok odwróciła głowę i obejrzała się na drzewa, jakby coś usłyszała, jednak Noon wiedziała, że unika odpowiedzi. Już samo to sprawiło, że zrobiło jej się zimno.
– Czy kiedyś już się tak zdarzyło? – spytał Bern. Na jego szczerej twarzy malowała się niezwykła powaga. – Czy wcześniej zdarzyły się jakieś bitwy, w których szanse były tak… niekorzystne?
– Nie – odparła zwięźle Vostok. – Wcześniej zawsze były nas setki.
– To bez znaczenia – odezwał się Sharrik. Podniósł się z ziemi i rozłożył skrzydła – były ogromne, a w blasku ognia miały najgłębszy odcień granatu. – Jesteśmy potężni! Będziemy walczyć!
– Musicie nauczyć się walczyć – upomniała go Vostok, tym razem nieco łagodniej. Z gracją podkuliła nogi i ułożyła się na ziemi. – Albo będziemy działać wspólnie, albo zginiemy. Musimy znaleźć sposób, żeby na powrót stać się jednością.
– Cóż… – Tormalin odchylił się do tyłu, na chwilę spojrzał Noon w oczy i uśmiechnął się półgębkiem. – Może nam się poszczęści i po powrocie do pałacu zastaniemy świeżo wyklute bestie wojenne. Nie takie rzeczy się zdarzały.
5
Chyba nigdy w życiu nie odbyłam dziwniejszej podróży.
Razem z Nanthemą zmierzamy powoli do Ebory. Podróżujemy, kiedy jest to bezpieczne i śpimy na zmianę. Spoglądam w niebo i wypatruję trupiego księżyca, niczym język, który odruchowo bada dziurę po zębie – wiem, że znikł, ale część mnie nadal nie może w to uwierzyć. Odkąd byłyśmy świadkami, jak szczątki zatopionego Behemota unoszą się z dna morza, nie widziałyśmy z bliska żadnych Jure’lia. Widujemy je z daleka, ogromne, wzdęte guzy tkwiące nieruchomo nad czubkami drzew albo – co bardziej niepokojące – nad maleńkimi osadami. Trudno opisać, co czuję, gdy widzę, jak potwory z naszej historii kolejny raz dźwigają się z kolan.
Dziwnie jest również podróżować z Nanthemą. Niemal boję się na nią patrzeć, jak gdyby część mojej przeszłości siłą wdarła się do teraźniejszości. Jest taka cudowna, jak ją zapamiętałam, kiedy śpi, jej długie rzęsy rzucają cień na policzki i wciąż chodzi tym swoim zamaszystym, pewnym siebie krokiem. Dotyka mojej ręki i całuje mnie w policzek jakbyśmy nigdy się nie rozstały, wiem jednak, że w jej oczach musiałam się bardzo zmienić, i choć jest przerażona równie mocno jak ja, zawsze patrzy na wszystko z ciekawością i zdumieniem. To rzecz, którą kochałam w niej najbardziej.
Cieszę się, że żyje. I cieszę się, że nie muszę odbywać tej podróży samotnie.
Fragment dzienników Lady Vincenzy „Vintage” de Grazon
– Mówię ci, Vin, że ktoś tam jest.
Vintage zamarła i mrużąc oczy, spojrzała w dal, ale widziała jedynie drogę dziurawą i zapuszczoną po latach nieużywania. W tym odległym zakątku Ebory było mniej budynków, za to mnóstwo dróg tu i ówdzie upstrzonych posągami, które niegdyś musiały wyglądać spektakularnie.
– Masz lepszy wzrok ode mnie, kochana. Kto to?
W odpowiedzi Nanthema ściągnęła brwi. Podróżowały od tygodni, były zmęczone, brudne i głodne, bo żywiły się tym, co udało im się znaleźć w dzikich obszarach Ebory, i od czasu do czasu królikiem ustrzelonym z kuszy przez Vintage. Przez większość czasu nie widziały śladów ludzkiej bytności, większość mieszkańców ukrywała się bowiem w domostwach, czekając, czy przyjdą po nich Jure’lia. Vintage doszła do budującego wniosku, że większość ludzi nie jest na tyle głupia, żeby dokądkolwiek podróżować, to jednak znaczyło, że ona i Nanthema nie należały do większości.
– Podejdźmy bliżej i sprawdźmy.
Chociaż w ciągu ostatnich dni lód stopniał, wciąż było przeraźliwie zimno i odpinając wiszącą u pasa kuszę, Vintage stwierdziła, że palce ma skostniałe. Po obu stronach drogi ciemne, wysokie sosny wznosiły się niczym czarna złowroga kurtyna. Patrząc na nie, Vintage zaczęła się zastanawiać, czy ludzie na powrót zmienili się w bandytów, jak mieli w zwyczaju w czasie wojny.
– To chłopiec – powiedziała Nanthema.
– Dziecko? Na pnącza! Co robi tutaj dziecko…? – Chwilę później go zobaczyła, a zaraz potem uświadomiła sobie, kto to taki. – Nan, to Eboranin.
Nanthema pokiwała tylko głową.
Chłopiec siedział na pękniętym kamieniu, na chudym ramieniu miał zawieszone coś, co wyglądało jak łuk z czarnego drewna. Zdaniem Vintage nie wyglądał na więcej niż dwanaście–trzynaście lat, jednak był Eboraninem, a to znaczyło, że równie dobrze mógł przeżyć już dwieście wiosen. Popielate włosy miał długie i potargane i choć twarz miał delikatną, a rysy ostre, był zdecydowanie za chudy. Podbita futrem kurtka wisiała na nim i odstawała przy kołnierzu, tak że szyję miał odkrytą. Chłopiec garbił się, jakby nie miał siły podnieść głowy. Dopiero po chwili Vintage dostrzegła, że pęknięty kamień to w istocie powalony posąg. Sądząc po wężowej głowie leżącej teraz u stóp chłopca, przedstawiał smoka. No tak, bestia wojenna, pomyślała.
– Dziecko Ebory – mruknęła Vintage. – Myślałam… zakładałam…
Nanthema zerknęła na nią i zacisnęła usta z niezadowoleniem.
– Kiedy Ygseril przestawał wydzielać życiodajny sok, rodziło się bardzo niewiele dzieci, a te, które przyszły na świat, były słabe i chorowite. – Dotknęła palcem oprawek okularów. – Kiedy odkryliśmy, że ludzka krew może nas uleczyć, matki i ojcowie karmili nią dzieci. Oczywiście nie wiedzieliśmy, że spożywanie krwi ludzi sprowadzi na nas szkarłatnicę… – Pokręciła głową. – Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam dziecko Ebory.
– Chodź, przekonajmy się, kim jest ten biedak i co robi na tym odludziu.
Kiedy się zbliżyły, chłopiec zadarł głowę i sięgnął po zawieszony na ramieniu łuk. U jego stóp leżał kołczan pełen strzał – Vintage pomyślała, że wyglądają na wiekowe – i przykryte płótnem stalowe wiadro. Oczy chłopca tonęły w cieniu, jednak teraz, kiedy podeszły bliżej, Vintage zobaczyła wokół nich zmarszczki, które nadawały chłopcu wygląd starca. Zastanawiała się, jak w ogóle mogła wziąć go za ludzkie dziecko – była to cecha charakterystyczna Eboran, podobnie jak czerwone oczy i nadnaturalna siła. Podróżując z Torem, a teraz z Nanthemą, zaczęła zbytnio się do nich przyzwyczajać. Z cichym westchnieniem chłopiec dźwignął się z kamienia.
– Skarbie, jest za zimno, żeby siedzieć na starych kamieniach. – Vintage uśmiechnęła się do niego. – Moja babcia zwykła mawiać, że od siedzenia na zimnym dostaje się wilka. Z pewnością jesteś jeszcze za młody na takie rzeczy, ale nie zaszkodzi na siebie uważać.
– Wilka? – Głos miał głębszy, niż się tego spodziewała. – Jakiego wilka?
– No cóż, to dobre pytanie. – Zatrzymały się przed nim. Jego rdzawoczerwone oczy zdawały się zbyt jasne jak na tak ponury dzień i bardziej przypominały bliźniacze rubiny niż kałuże czerwonego wina. – Nic ci nie jest? – Kiedy nie odpowiedział, Vintage wskazała swoją towarzyszkę. – To Nanthema. Jak zapewne widzisz, zna te strony, ja jednak jestem tu pierwszy raz. Nazywam się lady Vincenza de Grazon, ale możesz mówić do mnie Vintage.
Usłyszawszy to, chłopiec uniósł brwi, jak gdyby imię zrobiło na nim wrażenie.
– Jestem Eri – powiedział. – Eri z… Nie pamiętam. Chyba z Lonefell.
– Tak się nazywa twój dom? – spytała Nanthema.
– Chyba tak.
– Czy oprócz ciebie jest tu ktoś jeszcze? – dociekała Vintage, rozglądając się dookoła, jakby liczyła, że zobaczy jeszcze jakichś Eboran. – Masz może jakichś krewnych?
Pytanie wyraźnie przygnębiło chłopca, który spojrzał na ciemny las po drugiej stronie zrujnowanej drogi, po czym sięgnął po kołczan.
– W tych lasach są małe jelenie, a przynajmniej kiedyś były. Trudno sobie przypomnieć, ale jestem pewien, że kiedyś je tu widziałem. Ostatnio jednak słychać tu wilki, które wyją w nocy, a czasami też za dnia. – Z trudem przełknął ślinę. – Myślicie, że wilki zjadły wszystkie jelenie? – Urwał, a gdy znów się odezwał, głos miał dziwnie donośny. – Potrzebuję mięsa.
– Może właśnie o to chodzi – powiedziała Vintage. – Jesteś sam, Eri?
Chłopiec zerknął na wiadro i przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się, co odpowiedzieć.
– Jedzenie stanowi problem – odezwał się w końcu. – Nie mogę wciąż udawać, że jest inaczej. W spiżarni został jeden słoik, a ziemia jest zbyt zmarznięta, żeby coś w niej posiać. – Spojrzał na nie i zakołysał się na piętach. – Czy tam, dokąd idziecie, jest jedzenie? I w ogóle dokąd idziecie?
– Do serca Ebory, Eri, do pałacu. Mamy nadzieję, że zastaniemy tam ludzi, albo chociaż coś do jedzenia. – Vintage posłała chłopcu swój najcieplejszy uśmiech. – Warto sprawdzić, nie sądzisz? Chciałbyś pójść z nami?
– Nie powinienem tam iść – odparł chłopiec. – Wiem to. Mieliśmy tam nigdy więcej nie wracać.
– Kto tak powiedział? Co wydarzyło się w pałacu? – Nanthema spojrzała na chłopca, lecz on tylko wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Nigdy tam nie byłem, a teraz nie pamiętam już nawet dlaczego… – Po chwili schylił się i podniósł wiadro. W środku coś zagrzechotało. – Pójdę i się rozejrzę. Zawsze przecież mogę wrócić, prawda?
***
Później, kiedy rozbili obóz i Eri zasnął przy ogniu, Vintage przyłapała się na tym, że wpatruje się w jego twarz. Była zbyt wymizerowana, a skóra zdawała się dziwnie cienka, jednak Vintage pomyślała, że to nie dlatego, że chłopiec nie dojadał. Nanthema jak gdyby czytała jej w myślach, bo wskazała głową chłopca i patykiem szturchnęła ognisko.
– Urodził się po tym, jak Ygseril obumarł. Jest chorowity, bo nie karmił się życiodajnym sokiem z korzeni boga-drzewa. Wygląda starzej niż powinien, nie sądzisz?
– Wiesz, jak trudno określić wiek Eboranina? – Vintage mówiła ciszej niż Nanthema, choć zdawało się, że chłopiec śpi w najlepsze. Świadczyło o tym jego donośnie chrapanie. – Dla mnie wygląda jak chłopiec, który od dawna choruje.
– Bo poniekąd tak właśnie jest.
Zapadła cisza. Rozpalili ogień nieopodal kręgu kamieni rzeźbionych misternie w splątane girlandy bluszczu, choć roztańczone cienie sprawiały, że gdy zerkała na nie kątem oka, Vintage widziała wycięte w kamieniu patrzące pożądliwie twarze.
– Powinnyśmy były poprosić go, żeby zabrał nas do swojego domu. Ciekawe, ilu Eboran tam zostało i dlaczego postanowili zamieszkać tak daleko od pałacu. – Nanthema zacisnęła usta w wąską kreskę. – Zanim odeszłam, ludzie ściągali do niego, żeby być jak najbliżej siebie. Mieszkanie tak daleko nie ma sensu. Może zobaczymy, co jest w tym wiadrze?
Vintage wzruszyła ramionami.
– Pewnie jedzenie, które zabrał ze sobą z domu – odparła, chociaż sama w to nie wierzyła. Cokolwiek było w wiadrze, nie brzmiało jak jedzenie, kiedy grzechocząc, obijało się o metal. – Daj mu spokój, Nan. Zabierzemy go z sobą do pałacu, znajdziemy jedzenie, żeby trochę go podtuczyć i może znajdziemy kogoś, kto się nim zaopiekuje. Biedak, wygląda, jakby potrzebował opieki.
Nanthema nie wyglądała na przekonaną. Wyjęła z torby rolkę zatłuszczonego papieru, odwinęła z niej kawałek suszonej kiełbasy i odgryzła kęs.
– Jak to jest po tak długim czasie zobaczyć dziecko swoich rodaków? Taki widok budzi pewnie nadzieję. W końcu tkwiłaś uwięziona w Behemocie przez ponad dwadzieścia lat.
– Tak naprawdę czas dla mnie nie płynął, Vin.
– Wiesz, o czym mówię, Nan.
Nanthema podniosła wzrok znad pęta kiełbasy i uśmiechnęła się szeroko.
– Jak zawsze jestem ciekawa, Vin. Mam nadzieję, że w pałacu będą jacyś ludzie i że ktoś inny zajmie się chłopcem. Chcesz gryza?
Vintage przypomniała sobie, jak chłopiec spojrzał na wiadro i jak powiedział: „Potrzebuję mięsa”.
– Dziękuję, skarbie, ale nie.
6
Cela – bo Hestillion tak myślała o pomieszczeniu – na swój okropny sposób była niemal przytulna. Nigdy nie było w niej zimno ani za ciepło, a bulwiaste brodawki emanowały słabym światłem kilka godzin dziennie, dzięki czemu pamiętała naturalny cykl nocy i dni. Kilka godzin po tym, jak królowa po raz pierwszy zostawiła ją samą, ściana pokoju otwarła się niczym powieki i do środka wsączyła się pękata, bezkształtna istota z naręczem mięsistych, brązowych, larwopodobnych rzeczy. Hestillion chwyciła strąk z bestią wojenną i uciekła pod przeciwległą ścianę, jednak istota położyła dar na podłodze między nimi, po czym zaczęła wykonywać nienaturalne, zachęcające gesty, jak gdyby Hestillion była nieufnym, dzikim zwierzęciem, a ona próbowała się z nim zaprzyjaźnić. Kiedy Hestillion się nie ruszyła, istota podeszła bliżej na swoich krótkich nogach, sięgnęła po jeden z brązowych strąków i go otworzyła. W środku była jakaś biała, ziarnista breja. Istota nabrała ją w coś, co mogło uchodzić za jej dłoń, i podniosła do miejsca, gdzie znajdowałyby się jej usta, gdyby miała jakąkolwiek twarz. Gest był aż nadto zrozumiały. Chwilę później stwór ostrożnie odłożył otwarty strąk z powrotem na podłogę i opuścił pomieszczenie przez otwór w ścianie.
Hestillion potrzebowała kilku godzin, żeby zdobyć się na odwagę, i gdy uczucie pustki w żołądku stało się nie do wytrzymania, podniosła strąk. Ku jej zaskoczeniu okazało się, że ziarnista breja przypomina w smaku mdłą owsiankę. Zjadła ją, a gdy nic się nie wydarzyło, otworzyła kolejny strąk. Ten zawierał wodę o lekko mineralnym smaku.
Od tej pory powłóczący nogami stwór – nie potrafiła powiedzieć, czy to ten sam, czy może za każdym razem inny – codziennie zostawiał jej paczki z jedzeniem, a ona jadła i piła bez obaw. A mimo to była przerażona, zła jak nigdy w życiu, i miała serdecznie dość owsianki.
Świetlne wypustki rozjarzyły się mocniej, naśladując światło poranka, gdy ostatni bezkształtny stwór prześlizgnął się przez pomarszczony otwór w ścianie. Hestillion kucała na gąbczastej podłodze, tuląc do piersi strąk z Ygserila. Zdawało jej się, że zrobił się ciepły, a czasami, kiedy zamierała w całkowitym bezruchu, miała wrażenie, że zamknięte w środku stworzenie porusza się i próbuje się z nią skontaktować. Wtedy jednak przypominała sobie, jak wędrując w snach, myślała, że rozmawia z wielkim bogiem Ygserilem, gdy tak naprawdę przymilała się i płaszczyła się przed ich wrogiem, który podstępem przekonał ją, żeby uwolniła królową Jure’lia z jej więzienia w korzeniach boga-drzewa. Nadal nie mogła znieść tej świadomości.
– Ty. Stworze. Potrafisz mówić?
Istota położyła paczki z jedzeniem na podłodze i zesztywniała. Stwory, które przychodziły codziennie, były na oko identyczne. Składały się z miękkiego, czarnego materiału, który stanowił chyba istotę wszystkiego, czym byli Jure’lia, nie miały głów, tylko krępe korpusy, krótkie, klocowate nogi i długie, elastyczne ramiona. Palce, którymi zakończone były ich ręce, zmieniały się i przekształcały w to, co akurat było potrzebne.
– Wiem, że mnie słyszysz. – Hestillion niechętnie porzuciła przyjemne ciepło strąku i wstała. – Chcę coś innego niż ta papka. Chcę prawdziwego jedzenia. Skoro mnie tutaj trzymacie, musicie mi dać coś prawdziwego. Wino, chleb, mięso… – Myśl o chlebie, świeżo wypieczonym i jeszcze ciepłym, była niczym cios i przez chwilę Hestillion nie potrafiła dobyć głosu. – Gdzie twoja królowa? Przyprowadź ją do mnie!
Stwór, powłócząc nogami, ruszył gwałtownie w stronę wyjścia, najwyraźniej zamierzając ją zostawić, jednak Hestillion, niewiele myśląc, dogoniła go, chwyciła za włókniste ramię i szarpnięciem odciągnęła od wyjścia.
– Powiedz coś! Wiem, że mnie słyszysz, wiem!
W dotyku ramię istoty było twarde i łykowate, kiedy je jednak ścisnęła, zmieniło się w gęstą, lepką substancję, która przeciekła jej przez palce i chwilę później stwór zniknął za ścianą. Rycząc z wściekłości, Hestillion rzuciła się za nim i jej głowa i tułów z mokrym mlaśnięciem przeszły przez otwór w ścianie. Dostrzegła zakręcającą, wąską przestrzeń pełną cieni i galaretowatego stwora, który znikał za rogiem. Chwilę później ściana zaczęła się zamykać i zaciskać wokół niej niczym żywa obręcz.
– Wiem, że mnie słyszysz!
Zaparłszy się stopami o podłogę, spróbowała przepchnąć się na drugą stronę na wąski korytarz, jednak ściana wepchnęła ją z powrotem do środka, zupełnie jakby wypluła ją z siebie z wielką siłą. Hestillion uderzyła o podłogę i choć natychmiast zerwała się na równe nogi, dziura w ścianie zdążyła się zasklepić, a powierzchnia na powrót stała się całkowicie gładka.
Przez kilkanaście nierównych uderzeń serca Hestillion stała, trzęsąc się, i wściekłym wzrokiem patrzyła na ścianę. W końcu z jej ust dobył się rozdzierający krzyk, od którego rozbolało ją gardło.
– Słyszysz mnie! Wiem, że mnie słyszysz! Wiem to!
Na drżących nogach wróciła do leżącego na podłodze strąka. Wydawał się mały i szary – osobliwy artefakt sprzed setek lat w brzuchu obcego potwora. Wiedziała jednak, że w środku jest coś, co łączy ją z Eborą i wszystkim, co porzuciła.
Uklękła przy nim, dotknęła dłońmi powierzchni strąka i zmusiła się, żeby spojrzeć na niego jak należy. Tak naprawdę wcale nie był szary, lecz miał barwę polerowanego srebra. Był też dłuższy niż szerszy, choć kształt miał nieregularny, upstrzony delikatnymi wypukłościami. Na skórce nie było bruzd ani zmarszczek, niczego, pod co mogłaby wsunąć paznokcie.
– Wiem, że ty też mnie słyszysz – powiedziała łagodnie. – I przepraszam, jeśli nie jesteś gotowy, ale potrzebuję cię tutaj, maluszku.
