Z ukrycia - Erica Spindler - ebook
Opis

Trzy nastoletnie przyjaciółki Andie, Julie i Raven, wspólnie podglądają tajemniczą parę kochanków. Niewinna ciekawość dziewcząt przeradza się z czasem w mroczną obsesję. Fascynacja perwersyjną erotyczną grą popycha je do działań, na które nigdy wcześniej nie starczyłoby im odwagi. Pewnego dnia podglądana przez nie kobieta ginie okrutną śmiercią, a jej kochanek znika… Policji nie udaje się ustalić jego tożsamości, a śledztwo w sprawie morderstwa kończy się fiaskiem. Piętnaście lat później Andie, Julie i Raven otrzymują anonimowy list z pogróżkami. Od kogoś, kto doskonale wie, dlaczego tak bardzo chciałyby zapomnieć o przeszłości. Ich przyjaźń i wzajemne zaufanie zostaną wystawione na najcięższą próbę, a morderca uderzy jeszcze raz…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 522

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erica Spindler

Z ukrycia

Przełożyła Katarzyna Ciążyńska

PROLOG

Thistledown, Missouri

1998

Telefon zadzwonił minutę po trzeciej nad ranem. Rozmówca nie przedstawił się, poinformował tylko, że coś dziwnego dzieje się na parceli budowlanej Gatehouse. W jednym z domów zapalone były światła.

Niech będzie, że morderstwo to coś dziwnego.

Inspektor Nick Raphael wysiadł z jeepa cherokee, rozejrzał się wokół i dostrzegł auta koronera oraz swego partnera, Bobby’ego. Dzięki Bogu, ani śladu prasy. Drzwi domu ogrodzonego żółtą taśmą pilnował mundurowy policjant.

Nick dokładnie przyjrzał się frontowej ścianie i najbliższemu otoczeniu budynku. Nie zamierzał się spieszyć, nie chciał bowiem wyciągać pochopnych wniosków. Już dawno nauczył się, że w tej robocie trzeba mieć bystry umysł, precyzyjne oko i cierpliwość Hioba.

Potarł dłonią nieogoloną brodę. Wybór miejsca zbrodni wydał mu się zarówno osobliwy, jak i doskonały. Budowa ledwo co ruszyła, parcela znajdowała się na pustkowiu, o jakieś dwadzieścia minut na wschód od Thistledown. Osiedle niewątpliwie było przeznaczone dla ludzi zamożnych, na przykład członków zarządów dobrze prosperujących firm z St. Louis. Niewątpliwą zaletą było to, że w pobliżu znajdowało się Thistledown, cieszące się renomą miasta bezpiecznego.

Nick uśmiechnął się ponuro. W porządku. Drobne wydarzenie z tej nocy nie zepsuje przecież tej dobrej opinii.

Znów się rozejrzał. Stały tu na razie trzy domy, jeden gotowy do zamieszkania, dwa na ukończeniu. Basen i kort tenisowy były w trakcie budowy, resztę gruntu podzielono na działki. Wokół ani żywego ducha.

No, to nie do końca prawda, przynajmniej tej nocy. Świadczył o tym anonimowy telefon. No i zwłoki.

Nick ruszył do oświetlonych drzwi i przywitał się z bladym z wrażenia aspirantem.

– Davis, tak? – spytał.

Młodziak przytaknął.

– I co my tu mamy?

Davis odchrząknął, a jego twarz stała się ziemista.

– Kobieta, dwadzieścia osiem do trzydziestu dwóch lat. Bada ją teraz lekarz.

Nick ponownie zlustrował budynek. Ocenił go na pół miliona, a może nawet więcej. Pokiwał głową.

– Reszta jest w środku?

Młodziak powtórnie przytaknął.

– Prosto, potem na lewo. Wszyscy są w salonie.

Nick podziękował i wszedł do domu, dostrzegając tablicę rozdzielczą alarmu, wszystkie te gwizdki i dzwonki. System wprawdzie zamontowano, ale nie włączono.

Prowadziły go głosy, szedł za nimi, aż stanął jak wryty, kiedy ją zobaczył. Wisiała naga, z rękami związanymi czarnym jedwabnym szalikiem. Identycznym szalikiem przewiązano jej oczy. Pod jej zwisającymi stopami leżał przewrócony wysoki taboret, a obok stał podobny, tylko niższy.

– Cholera jasna! – mruknął Nick. Wróciła wstrząsająca przeszłość. – Niech to szlag!

– Raphael, dobrze, że jesteś.

Nick spojrzał na partnera.

– Nie mogłem wcześniej. Musiałem poczekać na opiekunkę Mary. – Spojrzał znów na ofiarę, przeżywając intensywny, dezorientujący powrót do ponurej przeszłości.

Skupienie się na tej zbrodni, tu i teraz, wymagało od niego wysiłku. Przymrużył oczy, sondował wzrokiem martwą kobietę. Była, to znaczy musiała być niezłą laską, pomyślał. Blondynka, dobrze zbudowana, jej piersi zachowały jeszcze jędrność. Szalik zasłaniał znaczną część twarzy, ale Nick dałby głowę, że była równie atrakcyjna, jak jej ciało.

Koroner, który stał na krześle i dokonywał oględzin, zwrócił się do Nicka:

– Cześć, detektywie.

– Cześć, doktorku.

Obaj tkwili wystarczająco długo w tym fachu, by wiele pamiętać.

– Powiedz coś – rzekł Nick.

– To nie samobójstwo – oświadczył cicho koroner. – Ani wypadek. Trudno powiesić się ze związanymi rękami. Ktoś jej w tym pomógł.

Nick zbliżył się.

– Poznajesz, czyja to robota?

– Może – odparł koroner, wracając do pracy. – A może tylko wierny naśladowca. Brak widocznych śladów walki. Czyli zabójstwo z całkowitym przyzwoleniem.

– Tak – wykrztusił Nick. – Do chwili, kiedy ten drań wykopał spod jej nóg stołek.

– Rany! – krzyknął jeden z mundurowych. – O czym wy mówicie? Widzieliście już coś podobnego?

– Mniej więcej. – Nick przysunął się do ciała. – Piętnaście lat temu, właśnie tu, w Thistledown. Umorzone z powodu braku sprawcy.

Mówiąc to, Nick pomyślał o Andie i jej przyjaciółkach, o ich związku z tamtą zbrodnią. Pamiętał je sprzed lat, młode, naiwne i przerażone. A przy tym tak pełne życia. On był wtedy taki sam.

Piętnaście lat mnóstwo zmieniło, w każdym razie on zmienił się nie do poznania.

– Możesz ją zidentyfikować, Nick?

Za pomocą pincety koroner zdjął jedwabną opaskę z głowy kobiety, wrzucił ją do torby z innymi dowodami i obrócił ciało, które zahuśtało się w stronę Nicka. Przeszłość spojrzała mu prosto w twarz, tym razem pozbawionymi życia błękitnymi oczami. Nick gwałtownie wciągnął powietrze.

Nie ona. Jezu drogi, tylko nie ona!

Ale to była ona.

Znowu pomyślał o Andie i zdarzeniach sprzed piętnastu lat. Dawno już nie czuł takiego tępego bólu w całym ciele.

Lęk. Śmierdzący i lodowaty jak śmierć.

Obok niego stało dwóch facetów, którzy czekali na jego odpowiedź. Z wielkim wysiłkiem wycedził:

– Taa. Znam ją.

Część pierwsza PRZYJACIÓŁKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Thistledown, Missouri

1983

W samochodzie panował nieznośny upał. Szyby zaparowały od żaru pary nastolatków, która oddawała się pieszczotom na tylnym siedzeniu. Camaro kołysał się harmonijnie w takt entuzjastycznych miłosnych ruchów. Wnętrze wypełniały cmoknięcia, jęki, westchnienia i erotyczne murmurando, które, nie mieszcząc się pod dachem auta, przelewały się w czerwcową noc.

Julie Cooper była przekonana, że właśnie opuściła ziemię i trafiła prosto do nieba. Ryan Tolber, o rok starszy szkolny kolega, w którym podkochiwała się od dawna, pojawił się na jej drodze, kiedy szła do toalety w kręgielni. Nie potrafiła odmówić, gdy zaproponował, żeby wsiedli na chwilę do jego wozu.

Julie miała poważny problem z odmawianiem, tak przynajmniej sądziły jej przyjaciółki, Andie Bennett i Raven Johnson. Ona sama uważała, że krótkie „tak” pociąga za sobą o wiele przyjemniejsze konsekwencje niż kokieteryjne „być może” lub brutalne „nie”. No i w tym był cały kłopot.

– Dziecinko, pozwól mi, bo chyba umrę.

– Chciałabym, Ryan, ale...

Zamknął jej buzię żarliwym pocałunkiem, pieścił językiem, przyciskając ją mocniej do siedzenia. Przemknęło jej przez głowę, że Andie i Raven na pewno jej szukają. Andie się zamartwia, a Raven wścieka. Powinna była powiedzieć im, gdzie jest. Ale kiedy Ryan ujął w dłonie jej piersi i zaczął je gnieść i masować, przyjaciółki wyparowały z myśli Julie.

– Żadnych „ale”, dziecinko, za bardzo cię pragnę.

Od takich słów kręciło jej się w głowie, a ciało wygięło się do góry, uniesione emocjami.

– Ja też cię pragnę, Ryan.

Chłopak szybko wsunął dłonie pod jej bluzkę.

– Już rok temu mi się podobałaś, byłaś najlepszą laską wśród pierwszoroczniaków.

– Naprawdę? – Spojrzała w jego brązowe oczy, niemal wybuchając szczęściem. – Ty też mi się podobałeś. Czemu mnie wcześniej nie zaprosiłeś?

– Nie ruszam pierwszorocznych.

Schowała twarz w zagłębieniu jego szyi.

– Ale teraz jestem już na drugim.

– No właśnie. I jako starsza dziewczynka powinnaś wiedzieć, czego potrzebuje mężczyzna. – Ściągnął jej bluzkę przez głowę i rozpiął biustonosz, mrucząc pod nosem schrypniętym głosem: – Masz świetne cycki. Najlepsze. – Nie przestając dotykać jej piersi, wziął do ust jeden z sutków. – Powiedz „tak”, maleńka.

Głowa Julie opadła do tyłu. Tak bardzo tego pragnęła, to było lepsze niż... no, najlepsze ze wszystkiego. Poza tym postąpiłaby niesprawiedliwie, gdyby mu odmówiła, przecież udowodniono naukowo, że chłopcy bardziej od dziewcząt potrzebują seksu. A kiedy już zaczynają i nie pozwala im się skończyć, bardzo ich boli. Słyszała nawet, że jeżeli taka sytuacja się powtarza, męskość może zwiędnąć, a nawet odpaść. Za nic nie chciała być przyczyną takiej straty. Nie zniosłaby, gdyby zraniła Ryana czy jakiegokolwiek innego faceta.

– Jesteś taka śliczna, taka seksowna. Kocham cię, naprawdę.

Odsunęła się, żeby zerknąć mu w oczy.

– Tak? – szepnęła. – Kochasz mnie?

– No pewnie, bardzo, dlatego muszę cię dotykać. No, wpuść mnie, Julie. – Przesunął dłoń w dół, do jej szortów, rozpiął je i włożył rękę pod materiał. – Wpuść mnie, maleńka.

Zacisnęła palce na jego ramionach, z jej ust wydobył się przeciągły, niski jęk. Uniosła biodra, żeby mógł sięgnąć dalej, głębiej, choć jakaś jej część równocześnie się przed tym cofała.

„Jesteś diabłem wcielonym, Julie Cooper, Jezabel i grzesznicą”.

To był głos jej ojca, słowa, którymi rzucał w nią setki razy. Zadygotała z nagłego chłodu i zacisnęła powieki.

Ryan ją kocha i wszystko jest w porządku.

Zwarła ciaśniej uda w niewymownej rozkoszy. Przecież takie nieziemskie uczucie nie może być złe, niezależnie od tego, co twierdzi jej ojciec.

– Julie! – Czyjś głos wydzierał się za zamglonym oknem samochodu. – Jesteś tam?

– Zabieraj stamtąd swój tyłek – wołał drugi głos – bo jeśli się spóźnisz do domu...

– Ojciec cię zabije!

Julie natychmiast otworzyła oczy. Andie i Raven ją znalazły.

Dobry Boże... powinna być już w domu.

Próbowała się uwolnić, lecz Ryan trzymał ją mocno w pasie wolną ręką, a drugiej wciąż nie wyjmował spomiędzy jej nóg.

– Spływajcie! – krzyknął. – Jesteśmy zajęci.

– Julie! – Andie nie dawała za wygraną. – Odbiło ci? Chcesz mieć szlaban na całe lato?

Takie prawdopodobieństwo zmroziło Julie. Nawet minuta spóźnienia – a jej godziną zero była dziewiąta wieczorem – groziła srogą karą. Stanęły jej przed oczami wakacje bez przyjaciółek, bez kina, imprez i pływania. Godziny klęczenia nad Pismem Świętym i modlitwy o przebaczenie.

Jej ojciec wygłaszający kazanie do wiernych, wskazujący na nią palcem, wyławiający ją z tłumu i oskarżający.

Grzesznica.

Ogarnęło ją przerażenie. Ojciec był do tego zdolny, wiedziała, że się nie zawaha.

Gdyby wiedział, ku czemu ona teraz zmierza, zrobiłby coś jeszcze gorszego, czym zawsze jej groził. Wyrzuciłby ją z domu, wysłał daleko, rozłączył z przyjaciółkami. Posłałby ją tam, gdzie byłaby całkiem sama, a ona by tego nie zniosła po raz drugi, bo już to przeżyła, zanim zaprzyjaźniła się z Andie i Raven.

Wreszcie wykręciła się z objęć Ryana.

– Idę! – zawołała, poprawiając biustonosz i szorty.

Znalazła też opaskę i ściągnęła w koński ogon swoje długie, falujące, jasne włosy. Zanurzyła dłoń w kieszeni spodenek, wyławiając okulary w ciemnych oprawkach, których nienawidziła i unikała jak mogła. Błagała ojca o szkła kontaktowe. Odmówił, przypominając jej, że próżność jest dziełem szatana. Posunął się nawet do tego, że z domu znikły wszystkie lustra, prócz jednego w łazience, którą dzielił z jej matką, a która była zawsze zamknięta na klucz.

Trzymając kurczowo okulary, spojrzała skruszona na Ryana.

– Przepraszam cię. Było cudownie.

Ujął jej twarz w dłonie z błagalnym wyrazem.

– No to zostań. Zostań ze mną, dziecinko.

Jej serce o mało nie oszalało. Kocha ją. On naprawdę ją kocha. Jak mogłaby go opuścić w takiej chwili?

Drzwi otworzyły się szeroko, a światło z parkingu zalało wnętrze samochodu. Andie wsadziła do środka głowę.

– Julie, wyłaź! Jest za dwadzieścia dziewiąta!

– Za dwadzieścia dziewiąta – powtórzyła dziewczyna i ciarki przeszły jej po plecach.

Ryan złapał ją za rękę.

– Zostań ze mną. Pieprz swojego świętego staruszka, dziecinko.

Wtedy w drzwiach pojawiła się wściekła Raven i groźnie zawarczała:

– Chyba nie chcesz, żeby się z nim pieprzyła, co? Spadaj, ciulu!

Andie chwyciła Julie za jedną rękę, Raven za drugą i wyciągnęły ją z samochodu. Andie z furią zatrzasnęła drzwi i wspomagana przez Raven, zaczęła holować przyjaciółkę skrótem w stronę Happy Hollow, w której to dzielnicy wszystkie trzy mieszkały.

Kiedy tylko wystarczająco oddaliły się od parkingu, Julie włożyła na nos okulary i zakręciła się, żeby z wściekłością zaatakować Raven.

– Jak mogłaś tak się do niego odezwać? Nazwałaś go ciulem! I... użyłaś takiego słowa! Tego słowa na „p”. Już nigdy nie będzie chciał się ze mną spotkać.

– Proszę cię. – W tonie Raven słychać było drwinę. – On jest ciulem. A to słowo na „p” to tylko słowo. Pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć. Powiedziałam to cztery razy i jakoś nikomu nic się od tego nie stało.

– Musisz być zawsze taka opryskliwa? Niedobrze mi się robi.

– A ty musisz być zawsze taka łatwa? Wstyd mi za ciebie.

Julie odstąpiła o krok, jakby została spoliczkowana.

– Wielkie dzięki. Uważałam cię za swoją najlepszą przyjaciółkę.

– A ja...

Andie wkroczyła do akcji.

– Przestańcie! Jeżeli natychmiast stąd nie znikniemy, Julie będzie miała przechlapane. Co się z wami dzieje? Jesteśmy przyjaciółkami, czy nie?

– Nie pójdę z nią dalej. – Julie założyła ręce na piersi. – Chyba że mnie przeprosi.

– A niby za co? Powiedziałam prawdę.

– Jaką prawdę? Ryan mnie kocha, sam to powiedział.

Andie i Raven wymieniły spojrzenia.

– Co? – oburzyła się Julie. – Co się tak gapicie?

– Julie – odezwała się delikatnie Andie – przecież prawie go nie znasz.

– W miłości to nie ma znaczenia. – Przenosiła wzrok z jednej przyjaciółki na drugą, świadoma, że jej słowa brzmią beznadziejnie. Do oczu napłynęły jej łzy. – Tak mi powiedział i jestem pewna, że nie kłamał.

– Jesteś pewna? – melodyjnie zamruczała Raven. – Bo mu stwardniał?

Julie poczuła się urażona.

– Jakie z was przyjaciółki? Powinnyście mnie wspierać. Powinnyście mnie rozumieć.

– Jesteśmy twoimi przyjaciółkami. – Andie ścisnęła jej ramię. – I świetnie cię rozumiemy. Ale przyjaciele są też po to, żeby się wzajemnie chronić. Faceci są gotowi powiedzieć wszystko, bylebyś dała im to, czego chcą. Przecież wiesz.

– Ale Ryan...

– Julie – wtrąciła Raven tonem zniecierpliwionej matki. – Spójrz na to trzeźwo. Zderzyłaś się z nim w kręgielni. Nigdy wcześniej nie prosił cię o randkę.

– Powiedział, że od dawna mu się podobam, tylko nie zbliżał się do mnie, bo byłam za młoda i...

– I czas na powrót do rzeczywistości – ucięła Raven, przewracając oczami. – Chodzisz na jakieś specjalne zajęcia z głupoty?

– Bardzo jesteś miła. – Julie przycisnęła okulary wskazującym palcem. – Pewnie trudno wam uwierzyć, że taki przystojny chłopak... i taki nie byle kto, jak Ryan Tolber, może się we mnie zakochać, w takiej głupiutkiej Julie Cooper.

– Nie o to chodzi – rzuciła Andie, spoglądając na Raven. – Wiesz to doskonale. Jesteś super. Jesteś dla niego za dobra, prawda, Rave?

– O niebo za dobra – szybko odparła Raven. – On ci nawet do pięt nie dorasta.

– Naprawdę? – Julie zamrugała powiekami, powstrzymując łzy. – To czemu jesteś dla mnie zawsze taka przykra? Zachowujesz się, jakbyś uważała się za dużo mądrzejszą ode mnie. Jakbyś zjadła wszystkie rozumy. A ja tego nie znoszę.

– Wybacz, Julie, ale czasem zachowujesz się tak, jakby dla ciebie nie liczyło się nic prócz chłopaków. Skończy się na tym, że ludzie nazwą cię dziwką. Zresztą niektórzy już tak o tobie mówią, a ja się mogę tylko wściekać.

– Dziwka – wyszeptała Julie i ziemia zakołysała jej się pod nogami. – Ludzie są... nazywają mnie... – Podniosła pytający wzrok na Andie, ledwo widząc przez łzy. Andie nie skrzywdzi jej naumyślnie, ale też nie okłamie, bo ona zawsze mówi prawdę. – Czy ludzie naprawdę... tak mnie nazywają?

Andie zawahała się, potem otoczyła ją ramieniem.

– Próbujemy cię ochronić, Julie, bo cię kochamy.

– Niepotrzebnie to powiedziałam – włączyła się Raven. – Ale aż się we mnie gotuje, kiedy widzę, jak się dobrowolnie narażasz. Nie pozwól się tak krzywdzić. Ryan to podrywacz, jesteś za dobra dla takich facetów.

– Przepraszam – wyszeptała Julie, obejmując Raven. – Przecież wiem, że chcecie mi tylko pomóc. Ale mylicie się co do niego, zobaczycie.

– Obyś miała rację – stwierdziła Raven, oddając uścisk.

– Kochane – mruknęła Andie, patrząc na zegarek – dochodzi dziewiąta. Macie pomysł, jak dostarczyć Julie do domu na czas?

Julie spojrzała na przyjaciółki, uświadamiając sobie ciężar sytuacji.

– Ojciec mnie zabije – szepnęła. Uniosła dłoń do ust. – On mnie... on...

Puściła się biegiem. Przyjaciółki ruszyły za nią, ale nie zatrzymała się ani nie obejrzała, tylko przebierała jak najszybciej nogami. Widziała już w wyobraźni ojca, stojącego z zegarkiem w ręku w kuchennych drzwiach. Słyszała jego wykład, litanię oskarżeń i krytyki, wyrazy jego wielkiego rozczarowania. Zegar na rynku w Thistledown zaczął wybijać dziewiątą, godzinę klęski. Już się nie uda, za późno.

Julia przystanęła, dysząc i zalewając się łzami.

– I po co ja to robię? – Padła na ziemię, kompletnie załamana. – Znowu to samo. Znowu nawaliłam. Co się ze mną dzieje?

– Nic. – Andie siadła obok niej i poklepała ją po ramieniu. – No, staruszko, nie poddawaj się tak łatwo. Jeszcze mamy szansę.

– Nieprawda. Posłuchaj tylko. – Zegar właśnie wybił pełną godzinę, ostatnie, dziewiąte uderzenie wybrzmiewało przez chwilę, zanim rozpłynęło się w wieczornej ciszy. – Już nie żyję. – Ukryła twarz w dłoniach. – Ojciec ma rację, jestem nic niewarta. Głupia, pusta, bezmyślna, przynoszę tylko wstyd...

– Nie wolno ci tak mówić! – Raven krzyknęła i zaczęła biec. – On nie ma racji, ani trochę!

Zakłopotana Julie podniosła się.

– Rave, co ty... Nie uda się nam!

Andie też wstała. Wymieniły spojrzenia i puściły się biegiem.

– Rave! – wołały zgodnie. – Zaczekaj, my...

W tym samym momencie Raven upadła, lądując na kolanach i hamując rękami na żwirowym poboczu drogi.

Przyjaciółki podbiegły do niej, wykrzykując:

– Nic ci się nie stało?

– Krwawisz!

Raven nie zwracała na nie uwagi, spróbowała usiąść. Przyjrzała się kolanom i dłoniom, z których pozdzierała sobie skórę.

– Dość kiepsko – mruknęła, spojrzała na ziemię i wybrała kamień o ostrych brzegach.

Julie zdążyła tylko otworzyć usta. Raven z całej siły uderzyła się kamieniem w nogę. Tylko zacisnęła usta, gdy na jej łydce, od kolana w dół, pojawiła się krwawa linia.

– No – powiedziała Raven lekko drżącym głosem – tak będzie dobrze.

– O mój Boże! – Julie uniosła do ust drżącą rękę, wpatrzona w powiększającą się na ziemi kałużę krwi. – Rave, co... Dlaczego to zrobiłaś?

Dziewczyna podniosła wzrok.

– Nie mam zamiaru pozwolić twojemu staremu na kolejną awanturę. Oglądam to, odkąd skończyłam osiem lat, i mam już dosyć. Teraz nie będzie mógł ci nic zrobić. – Uśmiechnęła się, choć wargi jej drżały. – Ojciec nie może cię winić za mój wypadek, postąpiłaś przecież po chrześcijańsku, gdy zostałaś ze mną, żeby mnie ratować. Pomóż mi się podnieść.

Julie i Andie dźwignęły przyjaciółkę do góry.

– Rany, jak to boli – skrzywiła się Raven, opierając ciężar ciała na zranionej nodze.

– Chodźmy – rzekła Andie. – Trzeba przemyć ranę, wygląda na głęboką. – Pochyliła się, żeby się lepiej przyjrzeć, i zmarszczyła nos. – Obawiam się, że trzeba będzie szyć.

Szwy. Julie zakręciło się w głowie. Ona zrobiła to dla niej. Przyjaciółka...

– Tak myślisz? – Raven lekko się zachwiała, łapiąc Julie za rękę. – To teraz moja noga będzie przynajmniej pasowała do twarzy – mruknęła, nawiązując do długiej szramy, która biegła w poprzek jej prawego policzka, co było pamiątką po wypadku samochodowym. – Jak już ktoś rodzi się wariatem, to na zawsze.

– Nie jesteś żadną wariatką! – Julie zerknęła na Andie, a potem znów na Raven. – Masz włosy i oczy jak anioł, ty...

– I buźkę potwora – uśmiechnęła się smutno Raven. – Dobrze wiem, że chłopcy nazywają mnie narzeczoną Frankensteina.

– To smarkate głupki – szybko rzuciła Andie. – Nie zwracaj na nich uwagi.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz, na ciebie nikt się nie gapi. Nie wiesz, co to znaczy tak się wyróżniać.

– A co, chciałabyś być podobna do mnie? – spytała Andie, wyciągając ręce. – Spłowiała blondynka o brązowych oczach. Nic specjalnego. Nawet mi jeszcze piersi nie urosły, a mam już piętnaście lat.

– Julie za to wyrosły – rzekła Raven i zachichotała. – Jej niczego nie brakuje.

Julie zarumieniła się.

– Ty też masz piersi, obie macie, moje wcale nie są takie duże.

– W porównaniu z czym? Z melonami? – Uśmiech Raven zgasł. – Naprawdę nic nie rozumiecie? – Przesunęła się i syknęła z bólu. – Nieważne, co myślą inni. Nieważne, że cały pieprzony świat uważa mnie za wariatkę. Obchodzi mnie tylko nasza przyjaźń i nawet gdybym była najpiękniejsza na świecie, bez was nic nie miałoby sensu. Jesteście moją rodziną, a rodzina zawsze się wspiera. Zawsze.

ROZDZIAŁ DRUGI

Godzinę później Andie stała przed frontowymi drzwiami swojego domu, oszołomiona wydarzeniami wieczoru. Wciąż miała przed oczami Raven katującą swoją nogę. Zrobiła to bez wahania, choć musiało ją nieźle boleć. Rana krwawiła tak mocno, że biały sportowy but zrobił się czerwony.

W każdym razie cel został osiągnięty. Wielebny Cooper zmierzył je groźnie wzrokiem i wypytał o okoliczności wypadku, usiłując złapać swoją córkę i jej przyjaciółki w pułapkę, która zmusiłaby je do wyznania jakiegoś śmiertelnego grzechu. W czasie tego śledztwa panienka Cooper miała skruszony wyraz twarzy, za to Raven wciąż nadawała, jak to dzielna Julie uparła się jej pomóc, choć błagała ją, by pędziła do domu.

Andie nie znała lepszej kłamczuchy od Raven. Ani lepszej przyjaciółki. Ona z pewnością nie odważyłaby się na coś podobnego, nawet w czyjejś obronie.

Wielebnemu pozostało jedynie przestrzec je i nakazać większą uwagę. Pani Cooper założyła Raven opatrunek, a potem odwiozła ją i Andie do domów.

Raven już taka jest, myślała Andie. Nie bacząc na konsekwencje, zawsze gotowa jest ponieść każde ryzyko, jeżeli może to w czymś pomóc jej albo Julie.

Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Tamtego lata, gdy Andie skończyła osiem lat, Raven wprowadziła się do sąsiedniego domu. Grupka chuliganów na rowerach otoczyła Andie, a Raven natychmiast wkroczyła do akcji. Wskoczyła pomiędzy nich niczym jakaś atletka, chociaż trzeba przyznać, że obie wtedy oberwały. Od tamtej pory stały się nierozłączne.

Andie poczuła głód i poszła do kuchni, skąd wzięła jabłko.

– Mamo? – zawołała zaskoczona ciszą panującą w domu. – Tato? Wróciłam!

– Tu jestem, żabko – odezwał się ojciec z gabinetu nieswoim, schrypniętym głosem. – Przyjdź do nas, dobrze?

– Jasne, tatku. – Ruszyła spokojnym krokiem, wycierając jabłko do połysku w rękaw bluzki.

Ugryzła spory kęs. Albo ojciec jest przeziębiony, pomyślała, albo zły, bo bliźniacy znów wywinęli jakiś numer. Andie miała młodszych od siebie o cztery lata braci, będących źródłem nieustających kłopotów.

Cała rodzinka była w gabinecie. Andie przystanęła w drzwiach, przenosząc spojrzenie z jednej twarzy na drugą. Mama była spuchnięta od płaczu, ojciec miał złowieszczo zaciśnięte usta, a bliźniacy, wbrew swoim obyczajom, siedzieli ze spuszczonymi głowami.

Niedobrze. Musiało się stać coś strasznego.

– Mamo? O co chodzi?

Cisza. Andie spojrzała na ojca.

– Tato? Co się stało? Czy to babcia? Czy...

Wtedy mama podniosła głowę, a Andie uderzyła dzika furia, która malowała się na jej twarzy. Nigdy jeszcze nie widziała u matki takiej miny. Mimowolnie się cofnęła.

– Mamo? Czy ja coś zrobiłam? Przepraszam, że się spóźniłam, ale Raven upadła i...

– Ojciec ma ci coś do powiedzenia.

Andie odwróciła się do niego.

– Tatusiu? – szepnęła, używając słowa, którym nie nazywała go od lat. – O co chodzi?

– Usiądź, żabko.

Nie. – Potrząsnęła głową. – Najpierw powiedz mi, że wszystko jest w porządku.

– No już, Dan – wtrąciła mama złamanym głosem. – Powiedz jej, jak to doszedłeś do wniosku, że już nas nie kochasz.

– Marge!

Głos matki urósł tymczasem do niepohamowanego, histerycznego wrzasku:

– Powiedz jej, że nas opuszczasz!

Andie niemo patrzyła na rodziców. To niemożliwe, to nie może się zdarzyć w jej szczęśliwej rodzinie.

– Nie – wykrztusiła przerażona. – To nieprawda.

– Kochanie... – Ojciec wstał i wyciągnął do niej rękę. – Takie rzeczy się zdarzają. Dorośli przestają się kochać, ale nie ma to nic wspólnego z tobą ani twoimi braćmi.

Słyszała jego słowa, ale tak, jakby wychodziły z głębokiej jaskini, z bardzo daleka. Odbijały się echem w głowie Andie, mieszając się z burzą, która zapanowała w jej sercu.

Przestają się kochać? Nic wspólnego z nią?

Opuszcza ich. Zostawia ją.

Jej oddech stał się krótki i płytki, rozbolał ją brzuch. Jak on mógł to powiedzieć? Ona umiera, a on twierdzi, że to nie ma z nią nic wspólnego?

– To nie ma nic wspólnego z wami, dzieciaki – ciągnął. – Kocham was tak samo, jak zawsze.

Andie zerknęła na braci. Siedzieli ciasno jeden przy drugim. Pete płakał cicho, Daniel patrzył na ojca wściekłym, kamiennym wzrokiem. Bracia jak zwykle podzielili się rolami. Różnili się od siebie jak dzień i noc. Pete był wrażliwym, radosnym i lubianym przez wszystkich ekstrawertykiem, natomiast Daniel, poważny i zamknięty w sobie, potrafił przez długie miesiące dusić w sobie złość i urazę. Było jasne, że w przeciwieńswie do Pete’a nie wybaczy łatwo ojcu.

A ona? Co ona zrobi?

– Nie wyprowadzam się daleko – mówił Dan. – Zostaję w Thistledown, będziemy stale się widywać. Rozmawiałem już na ten temat z moim prawni...

– Prawnikiem? – rzuciła zszokowana matka. – Zdążyłeś już rozmawiać z prawnikiem?

– Tak, Marge – odrzekł. – Już to zrobiłem.

Andie cofnęła się jeszcze o krok. Co się stało? – zastanawiała się. Jak on może patrzeć na matkę z takim chłodem? Przecież jeszcze rano razem się śmiali.

– Uważałem, że tak będzie najlepiej – kontynuował ojciec. – Chciałem przedyskutować swoje prawa, zanim...

– Najlepiej? Prawa? – Matka uniosła głos. – Masz na myśli swoje prawo do odwiedzania dzieci w weekendy i zabierania ich na połowę wakacji? To uważasz za najlepsze? Lepsze niż codzienne powroty do domu?

– Dosyć, Marge! To nie są rozmowy, które prowadzi się przy dzieciach.

– Nie będziesz mnie uczył, jak mam się zachowywać! Jak śmiesz? – Matka poderwała się na równe nogi. – Jesteśmy podobno rodziną.

– Tylko że dla mnie nasze małżeństwo się skończyło. – Był już zniecierpliwiony. – Nie jestem w nim szczęśliwy. Zresztą już od dawna, o czym na pewno wiesz.

Andie objęła się w pasie, zaciskając jabłko w dłoni. Nieszczęśliwy? Jej rodzice prawie wcale się nie kłócili, prawie we wszystkim się zgadzali. Jeszcze tego ranka ojciec, jak każdego dnia, pocałował mamę przed wyjściem do pracy, a matka, jak zawsze, zareagowała uśmiechem.

A teraz jest nieszczęśliwy? Teraz chce ich opuścić?

Dlaczego? Czy ona się do tego przyczyniła? A może jej bracia?

Dławiła się od łez. Nie chciała, żeby ojciec się wyprowadził. Kochała go ponad wszystko.

– Nie odchodź, tato – odezwała się błagalnym tonem. – Pozostańmy rodziną.

Ojciec spojrzał na nią, potem na chłopców.

– Będziemy rodziną, dzieciaki, zawsze będziemy, niezależnie od tego, gdzie będę mieszkać.

Nie, to wszystko zmieni.

– Obiecuję, że będę więcej pomagać w domu. – Andie desperacko szukała sposobu, żeby go zatrzymać. – Przestaniemy się kłócić z chłopcami. – Spojrzała na nich prosząco. – Prawda?

– Tak – odparli równocześnie, kiwając głowami. – Obiecujemy, że się poprawimy.

– Kochanie, to nie...

– I będę siedzieć w domu – mówiła dalej, by ojciec nie powiedział czegoś więcej. – A wy będziecie mogli częściej wychodzić. Nawet słówkiem się nie pożalę. Dajcie mi tylko szansę, a pokażę wam, że potrafię być dobra.

– Widzisz, Dan? – szepnęła matka, zatapiając się z powrotem w fotelu. Już nie była bojowo nastawiona. – Widzisz, co robisz naszym dzieciom?

Zignorował ją i zbliżył się do Andie.

– Och, żabko. – Objął ją i przytulił do piersi. – To nie twoja wina, ani chłopców. Jesteście wspaniali. – Odsunął się i spojrzał jej w oczy. – Tu chodzi tylko o mnie i mamę.

Andie walczyła ze łzami. Odwróciła głowę ku braciom, patrząc, jak się do siebie tulą. Zawsze tworzyli drużynę. Ona miała Raven i Julie.

Jak ojciec mógł zrobić coś takiego? Powinien ich kochać, choćby nie wiadomo co się działo.

Wyzwoliła się z ramion ojca i podeszła do matki, samotnej i zrozpaczonej. Uklękła obok krzesła i objęła ją, a Marge najpierw zesztywniała, a po chwili miękko osunęła się w ramiona córki, czepiając się jej kurczowo.

– Andie, kochanie – mówił spokojnie ojciec – wiem, że jesteś teraz zdenerwowana, ale po jakimś czasie zrozumiesz.

– Nie, nigdy. – Pokręciła głową, a z jej oczu popłynęły gęste łzy. – Mówiłeś, że rodzina jest najważniejsza. Kłamałeś.

– Nie kłamałem. Po prostu nie wiedziałem pewnych rzeczy. W życiu zdarza się... – Spojrzał na żonę. – Marge, pomóż mi.

– To twoja decyzja, Dan – powiedziała zimno. – Nie każ mi się z niej tłumaczyć.

– Dobra. – Patrzył na córkę i synów. – No więc tak to teraz będzie. Naprawdę mi przykro, dzieciaki, ale... Jak dorośniecie, to...

– Zrozumiemy? – Andie popatrzyła mu w oczy i potrząsnęła głową. – Na mnie nie licz. Nigdy ci tego nie wybaczę. Nigdy.

Przez dłuższą chwilę patrzył na nią, a potem bez słowa odwrócił się i wyszedł.

ROZDZIAŁ TRZECI

Andie leżała na łóżku. Z jej oczu nie płynęły już łzy, była kompletnie wyczerpana. Zaraz po wyjściu ojca usłyszała jego samochód, podbiegła do okna i widziała, jak odjechał. Długo jeszcze patrzyła w ciemną noc, jakby wypatrując tylnych świateł auta, które już dawno rozpłynęły się w mroku.

Odjechał. Tak po prostu.

Przewróciła się na bok. W domu zapanowała nienaturalna, martwa cisza. Bracia poszli spać, matka zamknęła się w swojej sypialni. O tej porze z pokoju rodziców zwykle dobiegały do niej odgłosy telewizyjnych programów albo prowadzone ściszonym głosem rozmowy. Od czasu do czasu tę rutynę przerywał telefon lub miauczenie kota za oknem.

Jednak tej nocy było zupełnie inaczej. Jakby nastąpił koniec świata. Andie została sama ze swoimi dręczącymi myślami.

Ojciec od nich odszedł.

Przestał ich kochać, a w każdym razie kochał ich zbyt mało, żeby pozostali razem.

Ta prawda raniła jak ostry nóż. Andie usiadła. Patrzyła na zamknięte drzwi, myśląc o bliźniakach, rozpamiętując rozpacz widoczną na ich twarzach. Chłopcy załamali się, to było oczywiste. Zeskoczyła z łóżka, ruszyła do ich pokoju i zajrzała do środka.

– W porządku?

– Tak – odparł ze złością Daniel, podnosząc na nią wzrok. – Nie jesteśmy dziećmi.

– Wiem. Ale... pomyślałam, że może macie ochotę pogadać.

– Andie? – Pete odwrócił się do niej. – Nie rozumiem tego. Mama i tato, oni zawsze... Myślałem, że... – Głos zadrżał mu niebezpiecznie.

– Też tak myślałam. – Andie westchnęła. – No cóż, chyba nam się tylko zdawało.

Ściągnął buzię, żeby się nie rozpłakać.

– Zobaczymy jeszcze kiedyś tatę?

– Nie wiem. – Odwróciła głowę. – Tak mówił.

– Ale on kłamie – stwierdził Daniel, siadając. – Jest wstrętnym kłamcą. Wcale nie muszę się z nim spotykać, Pete tak samo.

Ale Pete był innego zdania, Andie była tego pewna. Ukrył swoje zapłakane oczy.

– Zamknij się! – krzyknęła na Daniela. – Nic nie wiesz. Nic!

– Wiem więcej od ciebie.

– Chciałbyś. Jesteś jeszcze dzieckiem.

Podniósł wysoko brodę.

– Wiem o tacie coś, czego ty nie wiesz. To tajemnica.

– Akurat – powiedziała z ironią. – Oczywiście, że to tajemnica, bo nie masz nic do powiedzenia.

– Powiem ci, tylko zamknij drzwi. Nie chcę, żeby mama usłyszała.

Andie burknęła coś pod nosem, ale spełniła jego prośbę. Potem splotła ręce na piersi.

– No więc cóż to za wielka tajemnica?

– Tata ma przyjaciółkę.

Andie gapiła się na brata przez moment, zbyt wstrząśnięta, żeby to skomentować. Później zacisnęła pięści i przesunęła się na środek pokoju.

– Kłamiesz. Odwołaj to, Daniel. W tej chwili to odwołaj!

– Słyszałem, jak z nią rozmawiał przez telefon. Dzisiaj wieczorem. Powiedział jej, że... powiedział jej, że ją kocha, i odwiesił słuchawkę.

– To nieprawda. – Andie prawie nie mogła mówić. – Przyznaj się, wymyśliłeś to.

– Ja też go słyszałem – bąknął załamany Pete. – Mówił... Powiedział, że od jutra...

– Że wreszcie będą razem – dokończył Daniel. Jego złość i opór łagodniały. – Ale najpierw musi zająć się nami.

– Nie, to nieprawda! – Andie wypadła z sypialni braci, z całej siły tłumacząc sobie, że bliźniacy się pomylili. Przecież jej tato nie byłby do tego zdolny, nie należał do takich mężczyzn.

Trzasnęła drzwiami sypialni chłopców, żałując, że wydusiła z Daniela jego podejrzenia. Nie, jej ojciec by tego nie zrobił. Nie on.

I nagle, jakby przywołała Dana swymi myślami, usłyszała jego głos. Z nadzieją pomknęła ku sypialni rodziców. Ojciec zmienił zdanie, wrócił, wcale nie miał zamiaru ich opuszczać.

Biegła co sił w nogach. To jasne, że Pete i Daniel przesłyszeli się, coś pokręcili, jak to oni. Złapała za klamkę, gotowa wpaść do środka bez pukania, lecz powstrzymały ją słowa matki:

– Zabierz wszystko, co chcesz, bo, przysięgam na Boga, więcej nie wpuszczę cię do tego domu bez nakazu sądowego.

– Dobrze, jeśli tak sobie życzysz.

Do uszu Andie dotarł trzask zamykanej walizki. Zakryła dłonią usta. Zrozumiała straszną, ostateczną tym razem prawdę: ojciec wcale nie zamierza tu zostać, tylko się pakuje.

– Naprawdę bardzo mi przykro, Marge. Nie myślałem, że tak się to skończy.

– Oszczędź mi swoich przeprosin – odparła matka głosem pełnym łez. – Oddałam ci dwadzieścia lat życia, a ty mówisz, że ci przykro?

– A ty czemu udajesz zdziwienie? To ciągnie się od miesięcy.

– Masz dzieci – rzekła matka. – A ty zamierzasz ot, tak sobie, po prostu wszystko skończyć? Przysięgałeś mi, Dan.

Andie przycisnęła ucho do drzwi, słyszała szelest wyjmowanych z szuflad ubrań.

– Złożyłeś przysięgę – powtórzyła matka. – Zapomniałeś?

– Wiem – odparł ciężko zmęczonym głosem. Andie nie pamiętała, by ojciec kiedykolwiek był tak wyczerpany, wyzuty z energii. – Przepraszam.

– Przepraszasz? – zezłościła się znów matka. – Jakby ci naprawdę było przykro, tobyś tego nie robił! Oczywiście masz kogoś, prawda?

– Marge, proszę.

– Kochasz ją bardziej ode mnie. Bardziej niż swoją rodzinę.

– Przestań, Marge. Na Boga, dzieci...

– Tak, dzieci. To twoje dzieci, ale one już cię nie obchodzą. Gdybyś przejmował się losem swojej córki i synów, nie zostawiałbyś ich.

– Wiesz, że są dla mnie bardzo ważne.

– Tak, wiem. Kto je zawozi na dodatkowe zajęcia, kto organizuje im wycieczki? Kto porzucił karierę zawodową, aby zająć się wychowaniem naszych dzieci? Wolałbyś, żeby było inaczej, ale to są nasze dzieci, Dan. Nie tylko moje.

Andie zacisnęła powieki. Nie mogła dłużej znieść słów matki, zdawało się jej, że zaraz zemdleje, ale nie potrafiła odejść.

– Zawsze musisz odgrywać męczennicę. Rzucasz mi w twarz tą twoją śmieszną karierą od dwudziestu lat. Byłaś tylko korektorką w gazecie.

– Miałam przed sobą duże perspektywy! – krzyczała. – Nazywano mnie artystką korekty! Kochałam tę pracę i byłam w tym naprawdę dobra!

– No to masz okazję wrócić do zawodu – powiedział, zasuwając szufladę biurka.

– Wiem, że masz kogoś.

– Na Boga...

– No to zaprzecz. Powiedz, że nie masz romansu, że za moimi plecami nie sypiasz od miesięcy z jakąś kobietą.

Andie przycisnęła pięść do ust, dusząc płacz i modląc się, żeby ojciec zaprzeczył wszystkim oskarżeniom.

Nie zaprzeczył. Jego milczenie mówiło samo za siebie.

– Założę się – matka nie ustawała – że kimkolwiek jest ta kobieta, nie ma dzieci ani żadnych obciążeń. Żadnych cieknących nosów do wycierania, dziecięcych sporów do rozstrzygnięcia. Ma za to mnóstwo czasu, żeby zadbać o siebie i czuć się atrakcyjna.

– Już cię nie kocham. Nie podoba mi się już nasz związek! Rozumiesz? Leeza jest sprawą drugorzędną.

– Twoja sekretarka? – Matka podniosła głos. – Mój Boże, ona jest o dwadzieścia lat od ciebie młodsza!

Leeza Martin, sekretarka ojca. Andie jeszcze mocniej zacisnęła powieki, widząc oczyma wyobraźni tę młodą i ładną kobietę w krótkiej spódnicy i z uśmiechem na ustach. Leeza zawsze jej się podobała, Andie pragnęła być do niej podobna.

Piękna Leeza ukradła jej ojca.

Andie poczuła gorzki smak nienawiści. Leeza uśmiechała się do niej przyjaźnie i cały ten czas równocześnie... sypiała z jej ojcem. Łamała serce jej matki. Rozbijała rodzinę swojego szefa.

Matka łkała, natomiast Dan był wyraźnie zniesmaczony. Jego głos stwardniał.

– Jak możesz mnie o to prosić, jeżeli wiesz, że tego nie chcę? Wyobrażasz sobie, że zostanę tylko dla dzieci? Nie na tym polega małżeństwo. To byłoby więzienie.

Andie odrzuciło od drzwi, jakby ogarnął je pożar. Nabrzmiewał w niej ból wprost nie do wytrzymania, z oczu strumieniem płynęły łzy. Chciała rzucić się na ojca, błagać go, płakać i żebrać, tak jak jej matka.

Nie miało to jednak żadnego sensu, bo był ktoś, kogo ojciec obdarzył większą miłością niż swoją rodzinę, ktoś, z kim wolał spędzić resztę życia.

Kłamał. Był kłamcą, zwyczajnym oszustem.

Raven. Tak, przyjaciółka jej pomoże, ona będzie wiedziała, jak to naprawić.

Andie pognała do swojego pokoju, zamknęła się na klucz i otworzyła okno. Rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie, wspięła się na parapet i wyskoczyła w ciemną noc.

Uderzyła ją wszechobecna woń roślin, usłyszała skrzek ropuchy i granie świerszczy, gdzieś w oddali zabrzmiał klakson.

Przebiegła przez podwórko i przeskoczyła żywopłot, który dzielił ich dom od posesji Johnsonów. Samochód wyjechał z bocznej ulicy, oślepiając ją światłem reflektorów. Andie zamarła, bała się, że pani Blum, pielęgniarka z trzeciej zmiany szpitala w Thistledown, zobaczy ją i zawoła Marge.

Ale pani Blum ruszyła przed siebie. To samo zrobiła Andie.

Po kilku sekundach znalazła się pod oknem sypialni Raven. Rzucała w nie kamykami, modląc się w duchu, żeby przyjaciółka wyjrzała. Ileż to razy Raven przychodziła pod jej okno, szukając pociechy! Teraz ona miała problem. Po raz pierwszy jej dom nie był ani bezpiecznym, ani szczęśliwym miejscem. Przestał być doskonały. I po raz pierwszy Andie zapragnęła znaleźć się gdzie indziej.

Zobaczywszy za szybą twarz przyjaciółki, Andie rozbeczała się. Zaniepokojona Raven otworzyła okno.

– Andie? – powiedziała szeptem. – Co się stało?

– Moi rodzice... moi rodzice się rozchodzą.

– Żartujesz. – Raven potrząsnęła głową z niedowierzaniem. – Twoi rodzice?

– Tak... – Andie nie mogła wydobyć z siebie głosu. – Mój tata... opuszcza nas.

Raven wychyliła się.

– Zaczekaj. – Lekki wiatr zwiewał na jej twarz jasne włosy, które odgarnęła gwałtownym ruchem. – Nie odchodź, zaraz zejdę do ciebie.

Po paru minutach Raven wyszła z domu i serdecznie objęła Andie.

– Jak to możliwe? Po prostu nie wierzę.

Andie położyła policzek na jej ramieniu.

– No to lepiej uwierz. Zwołał dzisiaj specjalne zebranie, żeby nas obłudnie zapewnić, jak bardzo nas kocha. – Grzbietem dłoni wytarła nos. – Dopiero później poznałam całą prawdę. Od dawna zdradzał mamę.

Raven osłupiała.

– Twój ojciec?

– Ze swoją sekretarką.

– Z tą durną cizią? Ona jest podobna... do lalki Barbie. Twoja mama wygląda o niebo lepiej.

Andie bezsilnie osunęła się na ziemię i schowała twarz w dłoniach.

– Tak okropnie się czuję. Naprawdę nie wiem, co robić.

Raven przysiadła obok, obejmując przyjaciółkę opiekuńczym gestem.

– Wszystko się ułoży.

– Jak ty sobie dałaś radę, kiedy odeszła twoja mama? Ja chyba umrę.

Raven milczała chwilę, zatopiona we własnych wspomnieniach, potem odchrząknęła i rzekła:

– Wiesz, co myślę? Rodzice są do niczego, zwłaszcza ojcowie.

– A mnie się zawsze zdawało, że mam najlepszą rodzinę na świecie. Do głowy by mi nie przyszło, że tata może zrobić...

– Coś złego – podpowiedziała Raven, a Andie przytaknęła ze smutkiem. – Tak, wiem. Był dla ciebie ideałem, bohaterem, kimś naprawdę ważnym, najważniejszym na całym świecie.

Gdy mówiła, w jej głosie pojawił się dziwny ton, małostkowy, wręcz ohydny. Andie była zaszokowana, nie poznawała swojej przyjaciółki, nie mogła pojąć, do czego zmierza ani o co jej chodzi.

– Rave?

Ich oczy spotkały się.

– A tymczasem to żaden bohater, tylko jeszcze jeden drań, zwykły drań.

Andie odwróciła się. To zbyt straszne, by mogła tak myśleć o swoim ojcu.

– Chodźmy po Julie.

– Julie?

– Czemu nie? – Raven uśmiechnęła się. – Pieprzyć ich wszystkich. Wynośmy się stąd.

– A twoja noga? Już cię nie boli?

Raven spojrzała na zabandażowane kolano i wzruszyła ramionami.

– Boli. No to co? Najwyżej pęknie mi parę szwów.

– Dużo ich masz? – z lękiem zapytała Andie.

– Dwadzieścia, to było jednak głębokie cięcie. Szkoda, że nie widziałaś mojego ojca, całkiem zzieleniał i musiał wyjść z pokoju, jak mi je zakładali. – Potrząsnęła głową. – Mam chyba jakieś ponadludzkie siły. Mój własny ojciec kompletnie zzieleniał! Nie do wiary. – Podniosła się i energiczne wyciągnęła rękę. – Wstawaj.

Andie pokręciła głową.

– Nie chcę, żeby znów coś ci się stało.

– To dla twojego dobra, nie rozumiesz? W takiej sprawie nic innego się nie liczy.

Andie zgodziła się tym razem bez słowa. Wiedziała też z góry, dokąd się udadzą, kiedy wyciągną Julie. Pójdą do opuszczonej szopy na skraju pola Trenta. Odkryły ją dwa lata wcześniej podczas wakacji i natychmiast zawłaszczyły to miejsce na specjalne okazje. Pokochały niedużą, zapuszczoną szopę, w której unosił się słaby zapach oleju, bo należała wyłącznie do nich. Mogły tam spotykać się i bez żadnych zahamowań być sobą, z dala od szpiegujących oczu rodziców i namolnego rodzeństwa.

Julie mieszkała na Mockingbird Lane, trzy przecznice za Andie i Raven, w drugiej części osiedla Happy Hollow. Przyjaciółki bezpiecznie przemierzyły kilka ulic, choć tak naprawdę nie powinny się obawiać, że ktoś je nakryje. Ulice o tej porze były puste, a zamknięte na cztery spusty domy spowijała nieprzenikniona ciemność.

Andie dziwnie zaniepokoiła ta cisza. Objęła spojrzeniem ulicę, przy której mieszkała Julie, rząd domów z nienaturalnie pustymi oknami. Od czasu gdy R.H. Rawlings, właściciel fabryki maszyn i jeden z większych pracodawców w mieście, przed pół rokiem zamknął swój zakład, prawie połowa domów w tej części osiedla gwałtownie opustoszała, oczekując na nowych nabywców lub wynajem.

Tylko trzy domy na Mockingbird Lane były zamieszkane, a większość pozostałych należała wciąż do firmy budowlanej Sadler Construction. Andie słyszała kiedyś, jak ojciec mówił, że dobrze mieć takie głębokie kieszenie jak pan Sadler.

– Wiesz, mam stracha – szepnęła. – Czuję się tak, jakby te wszystkie domy patrzyły na nas.

– Nikt w nich nie mieszka, to kto miałby nam się przyglądać?

Andie zbliżyła się do przyjaciółki.

– Tylko tak się mówi, że nikogo tam nie ma. Przecież łatwo się do nich dostać.

– Po co? Żeby polować na biedne, naiwne nastolatki? Nie sądzę.

Andie nie zgodziła się z cynizmem przyjaciółki.

– Nigdy nie wiadomo. Spójrz na tamte domy przy końcu ulicy. Za nimi są już tylko pola starego Trenta. A ten na lewo graniczy z leśną działką. – Andie zadrżała na samą myśl. – Nie robi to na tobie wrażenia?

– Nie. – Raven pokręciła głową. – Odpowiada mi, że nikogo tu nie ma. Przynajmniej żadne stare plotkary nie wściubiają w nasze sprawy swoich ciekawskich nosów, nie wrzeszczą, że przechodzimy przez ich podwórko, i nie grożą wezwaniem rodziców.

Podeszły od tyłu do piętrowego domu Julie o beżowych ścianach i ciemnobrązowych okiennicach. Na górze znajdował się pokój przyjaciółki, a sypialnia rodziców szczęśliwie usytuowana była od frontu.

Robiły to nie po raz pierwszy, lecz zachowywały ostrożność. Ojciec Julie był najgorszy ze wszystkich rodziców, bo święcie wierzył w kary, stosowane jako codzienny rytuał oczyszczający. Bez przerwy też dawał córce do zrozumienia, że nieustannie go rozczarowuje.

A kiedy już naprawdę go zawiodła, kazał jej pokutować w sposób, który przerażał Andie. Zmuszał Julie, by godzinami klęczała i studiowała Pismo Święte, poniżał ją publicznie i stosował metody kontroli, do których nie posunąłby się żaden inny rodzic.

Nazywały go z Raven „Dobrym Wielebnym Cooperem”. Uważały, że cierpi na obsesję grzechu. Na dodatek jego córka wyglądała jak dziewczyna z rozkładówki „Playboya”, a nie jak normalna piętnastolatka, co tylko pogarszało sprawę. Julie zasługuje na lepszego ojca niż ten szaleniec, myślała Andie. Gdyby tylko jej przyjaciółka potrafiła to zrozumieć...

Raven podniosła kilka kamyków i zaczęła nimi rzucać w okno Julie, która pokazała się po paru chwilach.

– Co tam robicie? – szepnęła, zerkając nerwowo przez ramię.

Raven wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Zejdź, to się dowiesz.

– No, nie wiem. – Julie znowu spojrzała za siebie. – Tato był dzisiaj okropnie podejrzliwy. Kiedy poszłyście, zadawał mi setki pytań. Potem musieliśmy zmówić modlitwę w intencji czystości i przebaczenia. – Podniosła wyżej żaluzję i wychyliła się, mrużąc oczy, bo była bez okularów. – Jak twoja noga?

– Boli. Ale to nic wielkiego.

– Ma dwadzieścia szwów – oznajmiła Andie.

– Dwadzieścia? – Julie wytrzeszczyła oczy. – O rety!

– Już dobra, złaź. – Raven wsadziła ręce do tylnych kieszeni. – Wielebny i tak zleje ci tyłek, bo zawsze znajdzie jakiś powód.

Julie szybko odgarnęła z twarzy miodowe włosy i uśmiechnęła się.

– Jedną sekundkę.

Mniej więcej po minucie Julie znowu pojawiła się w oknie. Dała im znak, że wszystko w porządku i po chwili wyszła z domu, zamykając za sobą drzwi.

– Rodzice Andie rozchodzą się – oświadczyła Raven bez zbędnych wstępów.

– O Boże! – Julie okręciła się, żeby spojrzeć na przyjaciółkę. – To niemożliwe, twoi rodzice?

Z oczu Andie znów polały się łzy.

– Powiadomił nas o tym dziś wieczorem. Tata... zdradza mamę ze swoją sekretarką.

– Nie mów! Z tą małą blondynką?

Andie przytakiwała milcząco.

– Jejku, wierzyć się nie chce. Zawsze mi się zdawało, że twoi rodzice są idealną parą, jak z telewizji. I tak strasznie zazdrościłam ci twojego taty.

Andie rozryczała się na dobre.

– Brawo, Julie, patrz, co narobiłaś.

– Nie chciałam.

– Ale ci się udało. Jezu!

Andie próbowała uśmiechnąć się przez łzy.

– To nie wina Julie, jestem po prostu przygnębiona.

– Chodźmy stąd – rzekła Raven. – Zanim ojciec Julie albo jeden z jej braciszków skarżypytów wstanie się wysikać i nas zobaczy.

Ruszyły przed siebie, trzymając się w cieniu, dopóki nie oddaliły się na bezpieczną odległość.

– Zaczekajcie – odezwała się Andie, kiedy zbliżyły się do końca ślepego zaułka. – Słyszycie?

– Co?

– Muzykę. Cii... tam.

Dziewczyny nadstawiły uszu.

– Gdzie to gra? – spytała Julie.

Stały między czterema opustoszałymi domami. Andie wytężyła słuch, żeby zlokalizować źródło cichej muzyki, która płynęła przez noc i nagle zgasła. Były to dziwne, niepokojące dźwięki, powolny rytm, jakby mozolnie posuwający się naprzód.

– Skąd tu muzyka?

Julie obejrzała się na stojące za nimi domy. W żadnym oknie nie było światła.

– Wszyscy śpią.

– My nie. – Raven zachichotała. – Opanujcie się. To musi być gdzieś dalej. W nocy dźwięki łatwiej się rozchodzą. – Skrzywiła się. – Już ja coś o tym wiem, kłótnie moich rodziców stały się wprost legendarne.

– Fakt – roześmiała się Andie, chociaż czuła, że oddech jej się rwie. – Mam bujną wyobraźnię.

– A jednak skóra mi cierpnie – rzekła Julie. – W takiej ciszy wszystko wydaje się...

Raven parsknęła śmiechem.

– Przestańcie! Ale z was tchórzliwe baby. Za mną!

Lekko kulejąc, ruszyła do przodu, a przyjaciółki za nią. Minęły podwórko ostatniego domu i zanurzyły się w małym zagajniku, który odgradzał Happy Hollow od farmy Trenta. Na otwartej przestrzeni widoczność była lepsza. Ich szopa stała na płaskim, pustym terenie.

Zamiast jednak wejść do środka, gdy już do niej dotarły, wspięły się na metalowy dach, położyły się i patrzyły na czarne aksamitne niebo. Czas płynął, żadna się nie odezwała. Gdzieś w oddali zaszczekał pies.

– Jak pięknie – zamruczała wreszcie Julie.

– I jak spokojnie – dodała Raven.

Andie, głęboko oddychając, splotła ręce pod głową.

– Wydaje się, że nie ma nikogo oprócz nas w całym wszechświecie. Tylko my i gwiazdy.

– A gdyby tak było? – rozmarzyła się Raven. – Żadnych głupich rodziców. Wreszcie nikt nie mówiłby nam, co i jak mamy robić.

– Gdybyśmy były same – mówiła Andie – nie byłabym teraz taka smutna.

– A chłopcy?

Andie i Raven wymieniły spojrzenia i wybuchły niepohamowanym śmiechem.

– Zostawiamy ci ich, Julie.

– Bo ja wiem – mruknęła rozdrażniona. – Powinnyśmy mieć chłopców. Może wy potraficie bez nich się obejść... ale, wiecie, ja nie bardzo.

– Mnie tam bez różnicy – oznajmiła gwałtownie Raven. – Chłopcy wyrastają na mężczyzn i stają się tacy, jak twój ojciec albo jak mój. – Była zdegustowana. – Wielkie dzięki.

Andie spojrzała na nią.

– Przecież mogą być inni.

– Tak? – Raven zmarszczyła brwi. – No to zapytaj o to swoją mamę.

Przyjaciółki zamilkły na dłuższą chwilę, wreszcie Raven wyciągnęła rękę i lekko dotknęła ramienia Andie.

– Przepraszam.

– W porządku.

Raven wsparła się na łokciu.

– Myślałyście kiedyś o przyszłości? Gdzie wtedy będziemy? Co będziemy robić?

– Ja będę w college’u – oznajmiła Andie.

– Razem tam będziemy – dodała Julie.

– Ale potem. Kim chcecie być? Wyobrażacie sobie swoje dorosłe życie?

– To proste – powiedziała Julie. – Ja chcę być popularna, tak na serio. Wcale się tego nie wstydzę. Nie czułabym się winna, gdybym stała się piękną kobietą, mogła się dobrze bawić i wychodzić gdzieś co wieczór.

Raven usiadła i podciągnęła kolana pod brodę.

– A ja chciałabym mówić, jak ma być, i żeby wszyscy mnie słuchali.

– Zostaniesz pierwszą kobietą prezydentem. Twoja podobizna znajdzie się na znaczkach pocztowych.

– Moja twarz? Żeby straszyć dzieci?

– Przestań. – Andie zrobiło się żal przyjaciółki. – Jesteś wspaniała. A chłopcy nazywają cię tak głupio, bo nie jesteś łatwa. Chcieliby wleźć ci do majtek, a ty im nie dajesz.

Zapadła cisza. Raven odchrząknęła.

– Naprawdę tak myślisz?

– Inaczej bym tego nie mówiła.

– To fajnie. – Rozpromieniła się i uniosła dumnie głowę. – Przyjmuję twoją prezydencką nominację, Julie.

Julie przechyliła się w stronę Andie.

– A ty? Czego pragniesz?

Łzy nie pozwalały jej mówić, zniekształcały słowa.

– Chcę mieć z powrotem rodzinę, pełną rodzinę... – mówiła zduszonym głosem. – Kiedyś wyobrażałam sobie, że w przyszłości wyjdę za mąż za kogoś takiego jak mój tata. Myślałam, że... – Przerwała i usiadła, obejmując ramionami podciągnięte kolana. – Słyszałam, że ludziom przytrafiają się różne złe rzeczy, ale nigdy nie przypuszczałam, by miało to dotyczyć mojej rodziny. Zdawało mi się, że... że jesteśmy chronieni, wyjątkowi. – Odwróciła się do przyjaciółek. – Jak tata mógł nam to zrobić? Mnie? Mamie? Pete’owi i Danny’emu? – Głos jej się załamał, stłumiła szloch. – Jak?

Raven objęła ją.

– Będzie dobrze.

Julie zrobiła to samo.

– Zobaczysz, jakoś się ułoży.

– Nie. – Andie zabrakło nadziei. – Czuję, że już nic nie będzie dobrze. Coś się skończyło i nigdy nie wróci. Jakbym znalazła się w innym, złym świecie.

– Masz jeszcze nas. Pamiętaj, to się nie zmieniło.

– No właśnie. – Julie oparła głowę o skroń Andie. – Kochamy cię.

Wyciągnęła rękę, łzy szczypały jej powieki.

– Najlepsze przyjaciółki.

Julie położyła dłoń na ręce Andie.

– Więcej niż rodzina.

– Zawsze razem – dorzuciła Raven, przykrywając ich dłonie swoimi. – Jesteśmy nierozłączną trójką.

– I zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółkami – powtórzyły zgodnym chórem.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kolejne dwa tygodnie upłynęły Andie w zmiennym nastroju. Ataki złości przeplatały się z czarną rozpaczą, paniką i poczuciem zdrady.

Ojciec wyniósł się na dobre. Jego ubrania, książki, kije do golfa i tenisowe rakiety, wszystko to bezpowrotnie znikło. Matka schowała rodzinne fotografie, na których się znajdował, i opróżniła spiżarnię oraz lodówkę z produktów, które tylko on jadał.

Po kilku dniach nie było w domu śladu po ojcu, jakby nigdy tu nie mieszkał.

Pozostał za to w pamięci i sercu Andie. Nie zdawała sobie dotąd sprawy z tego, jak bardzo odciska się obecność człowieka w jakimś miejscu. Bez ojca dom wydawał się zupełnie pusty, cichy i smutny. Zmienił się nawet zapach.

Ten dom przestał być domem.

Andie widywała się z ojcem w czasie weekendów, wiedziała, że zależy mu na dobrych kontaktach z nią i jej braćmi, mimo to nic nie było już takie samo. Tęskniła za nim, za jego bliskością, mimo że tak bardzo ją zranił i rozzłościł. Brakowało jego głosu, którym wieczorami ogłaszał wszem i wobec swój powrót z pracy, jego wybuchów śmiechu, gdy mocował się z bliźniakami, poczucia bezpieczeństwa, które zapewniała sama jego obecność. Dopóki był, nie miała pojęcia, że tyle jej dawał. Odejście ojca spowodowało ogromną wyrwę w jej życiu, pustkę tak bolesną, że chwilami nie pozwalała oddychać.

Danny i Pete czuli się podobnie. Stracili grunt pod nogami, nie byli już tacy jak dawniej. To ponad miarę rozrabiali i robili mnóstwo hałasu, to zachowywali się nienaturalnie cicho. Matkę ogarnęła głęboka apatia. Z rzadka wstawała z łóżka, przestała interesować się dziećmi, przyjaciółmi, jedzeniem, porzuciła wszystkie zajęcia, którym do niedawna oddawała się z taką energią. W ten sposób Andie straciła nie tylko ojca, ale i matkę.

Robiła wszystko, co w jej mocy, żeby pomóc Marge. Nie wspominała o ojcu, nie zdradzała się z własną rozpaczą i strachem. Sprzątała, pomagała w kuchni i zajmowała się braćmi.

Raven i Julie także zabrały się dziarsko do roboty. Piekły ciastka, słały łóżka i odkurzały w domu Andie, biegały do sklepu, kiedy tylko przyjaciółce zabrakło chleba, mleka czy masła orzechowego. Były jej podporą, czymś stałym i niezmiennym. W ich towarzystwie potrafiła się śmiać, mogła dzielić z nimi radości i smutki. Teraz dopiero Andie zrozumiała, jakie spustoszenie w duszy i życiu Raven spowodowało odejście jej matki, po raz pierwszy też naprawdę pojęła, skąd wzięła się jej zawzięta lojalność w przyjaźni.

Raven i Julie stały się teraz jej prawdziwą rodziną.

– Andie? Andie, w porządku?

Spojrzała najpierw na jedną, potem na drugą przyjaciółkę. Siedziały na łóżku Raven, słuchając muzyki i zajadając chipsy, i patrzyły na nią z troską. Andie odwróciła wzrok, żeby ukryć niespodziewane łzy, zdumiona, że dwa tygodnie po odejściu ojca ciągle za nim beczy. Po chwili dzielnie uniosła głowę.

– Mama i ja... Pojechałyśmy wczoraj z mamą do centrum kupić nową pościel. Nie chce spać... w starej.

– Rozumiem ją. – Julie zadygotała. – Też bym nie chciała, to zbyt ponure.

– Chodzi o to – ciągnęła Andie – że kiedy zatrzymałyśmy się na światłach koło McDonalda i ja... my... – Gardło na dobre jej się zacisnęło, musiała odczekać. Złożyła dłonie. – Zobaczyłyśmy go w samochodzie obok. Z nią.

Dziewczynki zapiszczały z niedowierzaniem.

– Coś ty?!

– Oni... ona... siedziała na nim. No wiecie, całowała go i... – Andie nie mogła wykrztusić nic więcej, tylko zakryła oczy dłońmi, żeby wymazać obraz ojca z Leezą. – Jak on może całować jakąś obcą kobietę? To nie w porządku.

– To obrzydliwe! – Julie usiadła oburzona. – Wciąż nie mieści mi się to w głowie.

– To nie jego wina – stwierdziła nagle Raven, mrużąc oczy. – To ta Barbie go wam ukradła.

– Nienawidzę jej – oznajmiła Andie. – Chciałabym, żeby umarła.

Raven popatrzyła na nie.

– To oszustka, złodziejska mała suka. Zasłużyła sobie na karę. Musimy wymyślić jakiś plan.

Julie wychyliła się.

– Ukarać ją? Ale jak?

Andie zdenerwowała się.

– Rave, gdzie ty żyjesz? Mogę sobie fantazjować, że smażę tę dziwkę na gorącym oleju, ale fakt pozostaje faktem. Ojciec zostawił mamę, zostawił mnie i moich braci. Bez jego zgody i udziału nic by się nie stało.

Raven nie mogła się z tym zgodzić.

– Ukradła go, Andie, to się nie dzieje tak sobie. Zaczaiła się na niego i... hyc!

Andie przypomniało się, jak nieraz wstępowała do biura ojca, sama, z mamą lub z braćmi. Leeza, która zawsze nosiła krótkie sukienki i obcisłe bluzki, nieustannie kręciła się wokół szefa, jakby chciała zasłonić go przed jego rodziną. Jakby to ona była żoną, a Marge jakimś natrętnym babsztylem. Andie czuła się dziwnie zażenowana, gdy Leeza patrzyła na ojca spod swoich ciemnych rzęs albo lekko i pieszczotliwie dotykała jego ręki.

W Andie aż się zagotowało. Raven ma rację, pomyślała, Leeza zaplanowała sobie tę kradzież.

– Jak się do niej dobierzemy?

– Możemy zaatakować jej dom – zaproponowała Julie, sięgając po garść chipsów do torebki, która leżała między nimi na łóżku. – Albo obrzucić go jajkami.

– To za mało – oznajmiła Raven.

– Masz lepszy pomysł?

Raven uśmiechnęła się chytrze.

– Możemy walnąć ją w głowę i pogrzebać.

Julie nieomal zadławiła się chipsem. Andie poklepała ją po plecach, wytrzeszczając równocześnie oczy na Raven.

– Bardzo śmieszne.

– Tak tylko sobie pomyślałam. – Raven oparła brodę na pięści. – Muszę się nad tym zastanowić.

– Czekajcie! – Julie wygarnęła kolejną garść chipsów. – Czy ona nie ma takiego małego sportowego wozu?

Kiedyś Andie podziwiała ten samochód i życzyła ojcu, żeby stać go było na taki sam. Teraz pewnie może sobie nim jeździć do woli. Nienawiść rozpalała jej serce.

– To czerwony fiat. Ta suka podnosi dach tylko wtedy, kiedy pada. Szpanuje na ostrą superlalunię.

– Wiesz, gdzie parkuje?

– Przy biurze ojca. Z tyłu, w cieniu pod drzewami.

Julie chichotała, zacierając ręce.

– Wypuśćmy jej powietrze z opon.

– Nie tak szybko – przystopowała ją Raven. – To ma naprawdę dać jej w kość, a co najmniej śmiertelnie ją przestraszyć. W końcu chyba na to zasłużyła, a jak jej zrobimy kichę, to zmieni koło, a jak porysujemy lakier, to sobie zaraz odmaluje.

– Zapomnijmy o tym – poprosiła Andie, bo żołądek rozbolał ją na dobre. – I tak nic nie zrobimy, a takie gadanie... – Nerwowo westchnęła. – Lepiej porozmawiajmy o czymś innym, dobra?

I tak też się stało. Dziewczęta zajęły się najbliższą imprezą, zastanawiały się, w co się ubiorą, pogadały o nowej płycie Michaela Jacksona, obsmarowały też różnych chłopaków, a zwłaszcza Ryana Tolbera. Przyjaciółki tłumaczyły Julie, dlaczego nie powinna do niego dzwonić.

Nagle Julie wyprostowała się.

– O mały włos zapomniałabym wam powiedzieć! Ta muzyka, no wiecie, znowu ją słyszałam.

– Jaka muzyka? – spytała Andie, przewracając się na bok, żeby sprawdzić godzinę na budziku.

– No ta, którą słyszałyśmy tamtej nocy.

Andie stwierdziła, że czas do domu, musiała bowiem sprawdzić, czy bliźniacy położyli się spać. Zaczęła się zbierać.

– Znów ją słyszałam – upierała się Julie. – Wczoraj, kiedy szłam do Toto. Nie sądzicie, że to dziwne?

– Ty sama jesteś dziwna – rzekła Raven, rzucając w nią poduszką. – Muzyka w pustym domu! Nie zdziwiłabym się, gdybyś powiedziała, że uprowadzili cię kosmici! I że świetnie całują.

– To prawda! – Śmiejąc się serdecznie, Julie odrzuciła poduszkę. – Świetnie całują!

W następnej chwili poduszka trafiła w twarz zdezorientowanej Andie, która aż zapiszczała i przysiadła, lecz szybko odzyskała równowagę.

Rozpoczęła się regularna bitwa. Dziewczyny ciskały poduszkami i śmiały się do rozpuku. Raven waliła bez uprzedzenia, a przy ostatnim rzucie jej poduszka rozdarła się i w górę poleciały pióra.

Pół godziny później, uśmiechając się pod nosem, Andie wędrowała do siebie przez podwórko Raven. Kiedy przekradała się przez kawałek wolnej przestrzeni pomiędzy oddzielającymi dwie posesje krzewami oleandrów, ulicą przejechał samochód, a przez jego otwarte okna płynęła muzyka. Andie przystanęła, wsłuchując się w gasnące szybko dźwięki. Pomyślała o Julie, która wspomniała o tajemniczej muzyce rozbrzmiewającej na jej cichej uliczce.

Sama nie wiedząc dlaczego, Andie przestraszyła się. Było w tym coś niedobrego, wręcz złowróżbnego. Poczuła dreszcze, ale zaraz skarciła się za głupotę i ruszyła dalej. Zachowuję się jak skończona idiotka, pomyślała. Ostatecznie cóż w tym dziwnego, że dwukrotnie zabrzmiała ta sama muzyka z niewiadomego źródła? To wcale nie jest niesamowite.

A jeśli jest? Znów poczuła dreszcz niepokoju. Może jednak nie były to zwidy czy też wybryki wyobraźni, tylko ktoś rzeczywiście przebywa w jednym z opuszczonych domów?

ROZDZIAŁ PIĄTY

– Myślałam o tym, co powiedziała Julie. No wiesz, o tej muzyce – rzekła cicho Raven dwa wieczory później, kiedy przyjaciółki siedziały na łóżku Andie z nowym numerem miesięcznika „Cosmopolitan” i sześcioma buteleczkami lakieru do paznokci w różnych odcieniach różu, od bladego do bardzo jaskrawego. – Coś mi się tu nie podoba.

Andie sięgnęła po „Różowy blask”, pomalowała paznokieć kciuka i zaczęła dmuchać, żeby go wysuszyć.

– Zgadzam się. Jeżeli coś pojawia się dwa razy, to musi w tym być coś więcej niż przypadek. – Odsunęła nieco dłoń, by sprawdzić efekt, i zmarszczyła brwi. – Ciekawe, dlaczego uważa się, że dziewczyny powinny malować paznokcie na różowo?

– Tak po prostu jest – stwierdziła Julie, przesuwając okulary na właściwe miejsce na nosie. – Różowy to kolor dziewczyn, a niebieski chłopców.

– Chyba tak. – Andie nie spodobał się wybrany odcień, więc postanowiła zmyć lakier.

– Słuchajcie. – Raven zniecierpliwiła się. – A jeśli ktoś nielegalnie przebywa w jednym z tych domów?

Andie spojrzała na nią.

– Co by tam robił?

– Nie wiem, oto jest pytanie.

Julie przeszyła je piorunującym wzrokiem.

– Chyba chcecie, żebym umarła ze strachu. Zapomniałyście, że mieszkam na tej ulicy?

– No tak. – Raven usiadła prosto. – Powinnyśmy to sprawdzić.

– Teraz? – Julie wyciągnęła dłonie. – Paznokcie mi jeszcze nie wyschły.

– I tak ojciec każe ci je zaraz zmyć. – Raven spojrzała na przyjaciółkę. – Zresztą co innego mamy do roboty?

– Chyba nic. – Andie zwróciła się do Julie. – A ty co myślisz?

Julie wzruszyła ramionami.

– Dobra, i tak muszę być w domu za godzinę.

Powiedziały mamie Andie, że przenoszą się do Julie. Poszły na skróty przez kilka podwórek, omijając pewnego wyjątkowo podłego dobermana oraz odciągając Julie od kilku chłopaków, aż wreszcie znalazły się na Mockingbird Lane.

Dotarły do końca zaułka i wpatrzyły się w cztery puste domy.

– Ale zabawa – szepnęła Andie. – Co zrobimy, jak coś znajdziemy?

Julie zachichotała nerwowo.

– Chyba się posikam.

Andie zerknęła na Raven.

– Jak myślisz, w którym domu grała muzyka?

Dziewczyna skupiła się, przymykając oczy. Wszystkie budynki były pogrążone w ciemności, z ich okien wiało nieziemską pustką, przed każdym z nich stała tablica z napisem: „Na sprzedaż”. Budynki były średniej wielkości, za to oferowały lokatorom nowoczesne wyposażenie, wszelkie możliwe udogodnienia oraz ciekawą kolorystykę. Posesje wokół nich także nie były duże, lecz postarano się zostawić możliwie dużo starych drzew, co stwarzało pozory, że dzielnica jest bogatsza niż w rzeczywistości i bardziej zasiedziała.

– Tam. – Raven wskazała na najbardziej odsunięty dom. – Za nim nic już nie ma. Zobaczcie – dodała – latarnia tam się nie pali. Gdybym miała jakieś złe zamiary, na pewno wybrałabym tamten dom.

Przyjaciółki zgodziły się półgłosem i ruszyły za nią. Rzucając niespokojne spojrzenia, dostały się na tyły domu. Gdy Julie lekko stuknęła Andie palcem w plecy, dziewczyna podskoczyła.

– Rany! – szepnęła. Położyła dłoń na sercu i syknęła: – Przestań, bo ja...

– Ciii... – Raven przywołała je do porządku. – Posłuchajcie.

Serce Andie waliło jak młotem. Po chwili nachyliła się ku Raven.

– Nic nie słyszę.

Julie zbliżyła się do nich.

– Ani ja.

Raven cicho się roześmiała.

– Chodźmy.

Podkradły się pod pierwsze okno i zajrzały do środka. Pokój, przeznaczony najprawdopodobniej na sypialnię, był pusty. Przesunęły się do następnego okna, potem jeszcze do następnego, wszędzie z podobnym rezultatem. Pralnia, jadalnia, kuchnia – wszystko świeciło pustkami.

I nagle spotkała je nagroda. Krzesło. Pojedyncze drewniane krzesło z wysokim oparciem, takie, jakie stoją przy biurku czy przy stole w jadalni. Tyle że nie było tu ani stołu, ani biurka, nie było telewizora ani lampy, zupełnie niczego poza tym krzesłem.

Wyglądało dziwnie nieziemsko, jakby było centrum wszechświata. Andie przechyliła głowę. Nie, nie centrum, teraz skojarzyło jej się to z pustą teatralną widownią. Zadrżała.

– Tak, to ten, założę się.

– Ja też. – Raven odwróciła się do Julie. – Jesteś pewna, że nikt go nie kupił?