Ukarać zbrodnię - Erica Spindler - ebook
Opis

W małym miasteczku Charlotte w Karolinie Północnej następuje seria dziwnych zgonów, jednak nikt nie przypuszcza, że są one dziełem wyrafinowanego zabójcy. Nikt, oprócz Melanie May, policjantki, która dostrzegła pewną prawidłowość: wszyscy zmarli mężczyźni znęcali się nad kobietami i dziećmi, lecz uniknęli kary za swoje przestępstwa. Melanie, ryzykując karierę, namawia do współpracy Connora Parksa, agenta FBI i znakomitego specjalistę w dziedzinie tworzenia portretów psychologicznych przestępców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Erica Spindler

Ukarać zbrodnię

Przełożyła Klaryssa

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Charlotte, Karolina Północna

styczeń 2000

Ciasna, duszna garderoba pogrążona była w mroku, rozświetlała ją jedynie strużka mdłego światła, przedostającego się z sypialni. Śmierć zamarła w bezruchu. Z jej ust nie płynęły słowa skargi, tylko cierpliwie czekała.

Niedługo pojawi się tu pewien mężczyzna, który, jak tylu innych, zapłaci.

Zapłaci za nieukarane zbrodnie przeciwko bezbronnym i słabym. Przeciwko tym, do których świat odwrócił się plecami. Śmierć starannie wszystko zaplanowała, nie pozostawiając nic przypadkowi. Kobieta wyjechała, zabrała ze sobą dzieci. Jest daleko stąd, pod czułą opieką kochającej rodziny.

Gdzieś w głębi domu rozległ się jakiś łoskot, zaraz potem posypały się przekleństwa i głośno trzasnęły drzwi. Śmierć patrzyła przez wąską szparę. Widziała rozbebeszone łóżko, stertę brudnej bielizny do prania, śmieci na podłodze.

Do pokoju wtoczył się pijany mężczyzna i niepewnym krokiem ruszył w stronę łóżka. Bił od niego ohydny smród niedomytego ciała, papierosów i alkoholu, który wlewał w siebie przez cały wieczór w towarzystwie podobnych sobie kumpli. Pili i zanosili się śmiechem, rechotliwie kpiąc ze sprawiedliwości.

Mężczyzna stracił równowagę i przewrócił się na małą szafkę. Na podłogę z hukiem spadła lampka nocna i doszczętnie się rozbiła, lecz on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, bowiem otępiałe od alkoholu zmysły niewiele były w stanie zarejestrować. Jak kłoda zwalił się na łóżko twarzą w poduszkę. Nie miał siły wciągnąć nóg, ręka bezwładnie zawisła nad podłogą.

Mijały minuty. Pijak zasnął, jego oddech stał się ciężki i chrapliwy. Mężczyzna wypił tyle alkoholu, że prawie nie sposób byłoby go teraz obudzić.

A kiedy wreszcie się ocknie i rozejrzy wokół siebie, będzie już za późno.

Śmierć bezszelestnie wyszła z garderoby, stanęła koło łóżka i utkwiła w swej ofierze pełen obrzydzenia wzrok. Tak, nie należy palić w łóżku, to głupie i bardzo niebezpieczne.

Człowiek nie powinien igrać z losem, lecz ten mężczyzna okazał się durniem. Niczego się nie nauczył z własnych błędów, niczego nie przemyślał, nie wyciągnął żadnych wniosków. Należy do tych, bez których świat byłby lepszym miejscem.

Koniuszkiem buta Śmierć podsunęła kosz na śmieci pod rękę pijaka.

Papieros ulubionego przez niego gatunku. Zapałki z klubu, w którym spędził dzisiejszy wieczór. Wszystko musi się zgadzać, nie ma mowy o żadnym niedopatrzeniu.

Zapałka zapaliła się przy pierwszym potarciu, koniuszek papierosa rozjarzył się małym, czerwonym krążkiem.

Z leciutkim, pełnym satysfakcji uśmiechem, Śmierć wrzuciła dymiącego papierosa do kosza pełnego papierów, po czym odwróciła się i powoli wyszła z sypialni.

ROZDZIAŁ DRUGI

Charlotte, Karolina Północna

środa, 1 marca 2000

Porucznik Melanie May stała w drzwiach motelowego pokoju i spoglądała na ofiarę przywiązaną za nogi i ręce do łóżka.

Dziewczyna była naga. Leżała na plecach, oczy miała otwarte. Jej usta czyjaś dłoń zalepiła srebrną taśmą. Krew spływająca z twarzy zakrzepła w duże, rdzawe plamy. Najwyraźniej zaczął się już rigor mortis [1], co oznaczało, że młoda kobieta nie żyła przynajmniej od ośmiu godzin.

Melanie niepewnie postąpiła krok w stronę wejścia. Brała akurat poranny prysznic, kiedy zadzwonił jej szef, Greer. Z ręcznikiem przyciśniętym do piersi prosiła go trzy razy, by powtórzył, o co chodzi.

Od kiedy pracowała w Whistlestop, czyli od trzech lat, nie zetknęła się z ani jednym przypadkiem morderstwa. O ile wiedziała, w tym małym, spokojnym miasteczku, leżącym na obrzeżach Charlotte, nigdy dotąd nie zdarzyła się ani jedna zbrodnia.

Szef polecił jej stawić się w „Sweet Dreams Motel”. Natychmiast.

Najpierw musiała jednak zorganizować opiekę dla swojego czteroletniego synka, Caseya. Kiedy już to załatwiła, wbiła się w mundur, przypięła pas z pistoletem, mokre włosy związała w węzeł. Była prawie gotowa, gdy odezwał się dzwonek przy drzwiach. Przyszła sąsiadka, która zgodziła się zająć Caseyem.

Teraz, po niecałych dwudziestu minutach, spoglądała z przerażeniem na pierwszą ofiarę morderstwa, z jaką się zetknęła, i modliła się w duchu, by nie zwymiotować.

Oderwała wzrok od ciała i rozejrzała się po pokoju. Wnosząc z liczby mrowiących się tu ludzi, musiała przyjechać na miejsce zbrodni ostatnia. Jej partner, Bobby Taggerty – kościsty, wysoki rudzielec przypominający zapałkę – robił dokumentację fotograficzną miejsca zbrodni. Szef stał w kącie i prowadził ożywioną rozmowę z dwoma detektywami z wydziału zabójstw w Charlotte.

Na zewnątrz stało dwóch mundurowych z posterunku w Whistlestop i dwóch innych z Charlotte. Jakiś człowiek, którego nie znała, nachylał się nad ciałem.

Co robią tutaj ci wszyscy ludzie z policji w Charlotte? – zastanawiała się. Dlaczego przyjechało iż aż tylu? Niewielki, słabo obsadzony posterunek w Whistlestop był podporządkowany departamentowi policji hrabstwa Mecklenburg w Charlotte, który zatrudniał w sumie tysiąc czterystu policjantów, dysponował najnowocześniejszym sprzętem oraz specjalistycznymi laboratoriami do badań kryminalistycznych. Nic dziwnego, że na miejscu zbrodni pojawili się ludzie z Charlotte, chociaż zgodnie z wszelkimi zasadami wstępne dochodzenie należało do Whistlestop. Ci z Charlotte powinni wkroczyć dopiero wtedy, gdy posterunek zwróciłby się o pomoc do wyższej instancji.

To nie było zwykłe morderstwo. Chodziło o coś naprawdę poważnego.

Melanie postanowiła, że za nic nie da się odsunąć od sprawy tym ważniakom z Charlotte.

Chcąc zaakcentować swoją decyzję, energicznie wkroczyła do pokoju – i natychmiast uderzył ją przykry fetor. Nie rozkładu, bo ten jeszcze się nie zaczął, ale kału i uryny, jak to czasami zdarza się przy gwałtownej śmierci.

Odruchowo zatkała nos, przymknęła oczy i przełknęła ślinę, walcząc z nudnościami. Nie może zwymiotować, nie w obecności facetów z Charlotte. I tak już mieli wystarczająco lekceważącą opinię na temat posterunku w Whistlestop. Uważali, że pracują tu sami prowincjonalni partacze i frustraci, którym nie udało się zaczepić gdzie indziej. Nie zamierzała utwierdzać ich w tym przekonaniu, nawet jeśli w jakimś stopniu zgadzała się z nimi.

– Ej ty, Cukiereczku? – Melanie otworzyła oczy. Facet stojący koło łóżka mierzył ją pogardliwym spojrzeniem i przywoływał skinieniem dłoni. – Masz zamiar rozkleić się, czy też ruszysz dupę i zabierzesz się do roboty? Potrzebna mi twoja pomoc.

Kątem oka dostrzegła, że szef i dwóch dochodzeniowców z Charlotte przyglądają się jej uważnie. Rozzłoszczona podeszła do łóżka.

– Nazywam się May. Porucznik May. Żadne „Ej ty” i żadne „Cukiereczku”.

– Wszystko jedno. – Mężczyzna machnął dłonią i podał jej lateksowe rękawiczki. – Nałóż je i pomóż mi.

Wyszarpnęła mu rękawiczki, naciągnęła i przyklękła koło ciała.

– Pan się jakoś nazywa?

– Parks.

Zionął alkoholem. Nieświeży oddech i wymięta twarz wskazywały, że poprzedniego wieczoru musiał sporo wypić.

– Jak rozumiem, z departamentu policji hrabstwa Mecklenburg w Charlotte?

– FBI – prychnął ze zniecierpliwieniem. – Mogłabyś wreszcie zabrać się do roboty, Cukiereczku? Trup ci stygnie.

Melanie spojrzała na Parksa ze zdumieniem i nieukrywaną niechęcią, ale najwyraźniej było mu wszystko jedno, co sobie o nim pomyśli.

– Co mam robić?

– Widzisz to? Pod tyłkiem? – Wskazał na koniuszek jakiegoś błyszczącego przedmiotu wystający spod ciała. – Ja ją uniosę, a ty to wyciągnij.

Skinęła głową. Dziewczyna była co prawda drobna, ale śmierć sprawiła, że Parksowi, który do ułomków nie należał, wcale nie było łatwo ją ruszyć. Posapując, dźwignął w górę biodra denatki i Melanie wyciągnęła spod nich błyszczące opakowanie na prezerwatywy. Było otwarte i puste.

Parks wyjął z jej ręki opakowanie i przyglądał się mu przez chwilę, ściągnąwszy brwi w głębokim namyśle. Melanie obserwowała go, zastanawiając się, z jakiego powodu sprowadzono go na miejsce zbrodni. Dlaczego akurat to morderstwo zwróciło uwagę nie tylko departamentu policji hrabstwa Mecklenburg w Charlotte, ale i FBI?

Parks podniósł przekrwione oczy na Melanie.

– Wiesz, co się tu mogło zdarzyć, May? Masz już jakąś błyskotliwą teorię?

– Wnosząc z sinego zabarwienia skóry i braku ran, prawdopodobnie została uduszona. Pewnie poduszką. Poza tym nic nie potrafię powiedzieć. W każdym razie jeszcze nie teraz.

– Rozejrzyj się uważnie, czytaj ze śladów. Wszystkie potrzebne dane znajdują się w tym pokoju. – Parks wskazał głową skąpą bieliznę rzuconą na fotel i pustą butelkę po szampanie stojącą na podłodze. – Widzisz te rzeczy? Dziewczyna przyjechała tutaj z własnej woli. Na dymanko. Nikt nie zaciągnął jej siłą do tego pokoju ani do tego łóżka.

– A to, że została przywiązana? To też część, jak to pan ładnie nazwał, dymanka?

– Według mnie tak. Zastanów się. Na ciele nie ma żadnych widocznych obrażeń, a gdyby ktoś ją przywiązał przemocą, z całą pewnością by były. Nie jest łatwo skrępować dorosłego człowieka wbrew jego woli. Nawet bardzo silny mężczyzna miałby z tym problemy. Przyjrzyj się jej nadgarstkom i kostkom. Najmniejszych otarć. A musiałyby być, gdyby się szarpała.

Melanie nachyliła się nad ciałem. Parks rzeczywiście miał rację. Żadnych otarć, tylko niewielkie sine pręgi od zaciśniętych sznurków.

– Facet może mieć dwadzieścia kilka, góra trzydzieści lat. Przystojny. Nawet jeśli nie jest dobrze sytuowany, sprawia wrażenie kogoś, komu się powiodło. Jeździ dobrym, drogim wozem, najpewniej europejskim. Ma bmw albo jaguara.

Melanie słuchała z niedowierzaniem.

– Skąd możesz to wszystko wiedzieć? – zapytała, podobnie jak Parks bezceremonialnie przechodząc na ty.

– Stąd, że ta dziewczyna nie wygląda na dziwkę z ulicy. Jest zadbana, wręcz wychuchana. Młoda, efektowna, z dobrej rodziny, z dobrymi...

– Chwileczkę – gwałtownie przerwała Parksowi. – Kto to jest?

– Joli Andersen. Najmłodsza córka Cleve’a Andersena.

– O żesz... – mruknęła Melanie.

Teraz już rozumiała. Andersenowie byli jedną z najstarszych i najbardziej wpływowych rodzin w Charlotte. Byli bankierami i politykami, zasiadali w rozmaitych komitetach obywatelskich, radach nadzorczych, przewodniczyli organizacjom społecznym i dobroczynnym. Cleve Andersen musiał dobrze znać zarówno burmistrza Charlotte, jak i gubernatora stanu.

– Dlatego się tu pojawiłeś. Ty i chłopcy z FBI – powiedziała. – Bo to Andersenówna.

– Bingo. Media tylko czekają na podobne sensacje. Gdy ginie ktoś znany, wiadomość roznosi się piorunem. Dziewczynę znalazła pokojówka i natychmiast poleciała z wrzaskiem do szefa motelu. Pierwsze co zrobił, to sprawdził tożsamość panienki, no i wtedy zaczęło się dziać naprawdę ciekawie. Gość wpadł w panikę, zadzwonił do FBI i zgłosił dyżurnemu gliniarzowi nie tylko to, co się stało, ale również kim jest ofiara. Wtedy ciupasem ściągnęli mnie tu za dupę, żebym spojrzał fachowym okiem.

Melanie słuchała uważnie jego relacji.

– Rodzina już wie?

– A jakże. Dowiedzieli się szybciej niż ty i twój szef, Cukiereczku. – Parks wrócił do swoich hipotez: – Musiało być mniej więcej tak, jak ci to opisałem. Dziewczyna była przyzwyczajona do luksusu i cholernie rozpieszczona. Taka by się nie zadała z byle dupkiem ze stacji benzynowej.

– Mogła się zerwać starym ze złotego łańcucha – powiedziała Melanie. – Mogła przyćpać.

– Nic nie wskazuje, żeby brała narkotyki. A co do zerwania? Popatrz na jej ciuchy. Popatrz, jakim wozem tu przyjechała. Nie, to nie ten trop.

Melanie zmarszczyła czoło, usiłując przypomnieć sobie plotki na temat najmłodszej córki Andersena, które wyczytała w różnych gazetach. Parks miał rację, to nie ten trop.

– Więc dlaczego przyjechała do motelu z jakimś obcym facetem?

– A kto mówi, że z obcym?

Melanie spojrzała na jeszcze niedawno piękną, teraz zdeformowaną przez śmierć twarz Joli Andersen o szeroko otwartych oczach, w których zastygło przerażenie.

– I potem ją zabił.

– Tak, chociaż początkowo nie miał takiego zamiaru. Jestem prawie pewien, że zaczęła protestować, kiedy seks zrobił się zbyt ostry... albo mu nie stanął i dziewczyna go wyśmiała, poniżyła? Facet stracił panowanie nad sobą. Zakleił jej usta, żeby ją uciszyć, i wtedy się przeraziła, zaczęła się szarpać. Musiała zupełnie wyprowadzić go z równowagi. Inaczej sobie zaplanował tę noc, był urażony i wściekły. Przycisnął poduszkę do twarzy dziewczyny, żeby dać jej nauczkę, żeby się wreszcie uspokoiła.

– Skoro nie zamierzał jej zabijać, dlaczego miał ze sobą taśmę, którą zakleił jej usta? – Melanie sceptycznie pokręciła głową. – Według mnie wszystko zaplanował.

– Nie mówię, że nie odgrywał wcześniej podobnych scen. Mógł się tak zabawiać wiele razy z wynajętymi panienkami. Zrozum, on realizował scenariusz, który miał w głowie, który ciągle udoskonalał, wprowadzał subtelne poprawki. Piękna dziewczyna. Sznur. Uległość. Taśma. A dzisiejszej nocy morderstwo. Pogadaj z miejscowymi dziwkami, któraś musiała się na niego natknąć. Postawię ci butelkę burbona, gdyby było inaczej.

Melanie słuchała Parksa z nabożnym zdumieniem, lecz zarazem nie dowierzała mu. Co prawda jego hipotezy brzmiały sensownie, ale to wszystko mógłby wiedzieć tylko jasnowidz.

– Nie sądzisz, że uprawiasz niebezpieczną grę? To tylko przypuszczenia, a traktujesz je jak prawdę. W ten sposób na samym wstępie niepotrzebnie zawężasz pole działania. Bawisz się w zgadywanie, choć nie masz ku temu żadnych przesłanek.

– A na czym, jak nie na zgadywaniu, polega twoim zdaniem praca policji? Snujemy przypuszczenia, kierujemy się instynktem. Liczymy na szczęście. Poza tym jestem naprawdę dobry w zgadywankach. – Rozejrzał się wokół i uniósł puste opakowanie ze srebrnej folii. – Znalazł może który zużytą gumkę?

Nikt nie znalazł. Do Melanie i Parksa podszedł jeden z gliniarzy z Charlotte, wziął do ręki opakowanie, przeczytał nadruk i skrzywił się z niesmakiem.

– Jagnięcy kondom. Czy ci ciemni ludzie jeszcze nie wiedzą, że naprawdę zabezpieczają tylko lateksowe?

Parks zachmurzył się.

– Nie sądzę, żeby ten facio ją wydymał. W każdym razie nie przypuszczam, żeby była mu potrzebna guma.

– Nie? To dlaczego opakowanie jest puste? Gdzie prezerwatywa? – Gliniarz z Charlotte wrzucił dowód do plastykowej torebki, zapieczętował ją i oznakował. – Pewnie zabrał ją ze sobą albo wrzucił do klopa.

Parks pokręcił głową.

– To ona przywiozła prezerwatywy, nie on.

Dochodzeniowiec uniósł brwi.

– A niby skąd to wiesz?

– Facet nie myślał o zabezpieczeniu. To akurat najmniej go obchodziło. Rozejrzyj się, człowieku. Nawet nie próbował tu posprzątać. Na butelce od szampana zostały odciski palców.

– I co z tego?

– A to – ciągnął Parks – że ten sfiksowany amoroso nie topiłby gumy w sraczu, zostawiając jednocześnie odciski na butelce. Idę o zakład, że w tym pokoju jest aż nadto rozmaitych śladów.

Kiedy Parks wykładał swoją teorię detektywowi z FBI, Melanie zaczęła powoli obchodzić łóżko. Jeśli Parks miał rację, to Joli sama przywiozła prezerwatywę, lecz morderca jej nie użył. Powinna więc leżeć gdzieś w pobliżu. Przeczucie okazało się trafne. Melanie wysoko podniosła nierozwiniętą gumkę.

– Tego szukaliście? – uśmiechnęła się szeroko, widząc zdziwione spojrzenia obu mężczyzn. – Między materacem a ramą łóżka. Następnym razem rozglądajcie się uważniej.

Parks odpowiedział uśmiechem. Czerwony ze złości detektyw wyrwał jej prezerwatywę z dłoni.

– Cholera, ten pieprznięty sukinsyn nawet nie próbował jej dymać.

– Owszem, zrobił to. – Parks ściągnął rękawiczki. – Ale nie fiutem. Sprawdźcie, co dziewczyna ma w sobie. Założę się, że ten popapraniec coś tam zostawił. Szczotkę. Grzebień. Dezodorant. Kluczyki od samochodu.

Melanie patrzyła na niego z przerażeniem w oczach. Powoli docierało do niej znaczenie słów Parksa. Przez kilka ostatnich minut, zajęta swoją pracą, nie myślała o zbrodni. Niemal zapomniała, że leżąca na łóżku dziewczyna jeszcze kilka godzin temu była żywą istotą, człowiekiem, który miał swoje marzenia, nadzieje, obawy, jak każdy inny.

Dłużej nie mogła udawać.

Zasłaniając dłonią usta, wypadła z pokoju na zewnątrz. Zdążyła dobiec do miejsca, gdzie parkował biały ford explorer. Oparła się o maskę, nachyliła i zaczęła wymiotować.

Za jej plecami stanął Parks z długą wstęgą papieru toaletowego.

– Już lepiej?

– Tak. – Wzięła od niego papier i, śmiertelnie upokorzona, wytarła usta. – Dzięki.

– To twój pierwszy sztywniak?

Przytaknęła, nie patrząc Parksowi w oczy.

– Miałaś cholernego pecha. Gdyby zatrzymali się kilka kilometrów dalej, ominęłyby cię te przeżycia.

Spojrzała na niego.

– Zawsze jesteś taki wredny?

– Prawie zawsze. – Ledwie widoczny uśmieszek zaigrał na jego ustach i zaraz znikł. – Nie masz się czego wstydzić. Niektórzy ludzie po prostu nie nadają się do tego typu roboty.

– Chciałeś powiedzieć, tacy jak ja? Jak cała reszta glin z Whistlestop?

– Tego nie powiedziałem.

– Nie musiałeś. – Wyprostowała się. Była tak wściekła, że zapomniała o męczących ją nudnościach. – Nic o mnie nie wiesz. Nie masz pojęcia, do czego się nadaję, a do czego nie.

– Masz rację, nie mam pojęcia. I niech tak zostanie, zgoda?

Wsiadł do forda, zapalił silnik i odjechał.

ROZDZIAŁ TRZECI

Aż do trzeciej po południu Melanie funkcjonowała wyłącznie dzięki kofeinie. Po zwymiotowaniu przepłukała usta colą, którą kupiła w motelowym automacie, i wróciła do pracy.

Pojawił się lekarz policyjny i ekipa techniczna, zaczęto zabezpieczać ślady i zbierać dowody. Kiedy wreszcie zabrano ciało do kostnicy, Melanie i Bobby wrócili na posterunek w Whistlestop.

Melanie wypiła kolejny kubek kawy. Nie mogła pozwolić sobie na zmęczenie, choćby na chwilę odpoczynku. Sprawa dopiero się rozkręcała. Ofiara była młoda i bogata, wywodziła się z najznaczniejszej rodziny w Charlotte, i zginęła w co najmniej dziwnych okolicznościach.

Łakomy kąsek dla mediów.

– May! – W drzwiach swojego gabinetu pojawił się Greer. – Taggerty! Oboje do mnie. Natychmiast!

Melanie zerknęła na Bobby’ego, który tylko wzniósł oczy do nieba.

Szef był najwyraźniej wściekły, a w takich sytuacjach należało mieć się na baczności. Wysoki, potężny niczym byk, o skórze koloru czekolady, budził u podwładnych respekt i strach. Ten wielkolud rzadko tracił panowanie nad sobą, ale jeśli już tracił, wszyscy drżeli.

Prawdę mówiąc, Melanie widziała go wściekłego tylko raz: kiedy odkrył, że jeden z jego chłopaków, który patrolował ulice, pozwala spokojnie pracować dziewczynom w zamian za darmowe usługi.

Melanie chwyciła notes i zerwała się zza biurka. Bobby poszedł w jej ślady.

Greer kazał im siadać naprzeciwko swojego biurka.

– Miałem przed chwilą telefon od Lyonsa z FBI. Sukinsyn grzecznie zasugerował, żebyśmy przekazali im dochodzenie. Ze względu na dobro wszystkich zainteresowanych, jak to ujął.

– Co?! – Melanie zerwała się z krzesła. – Chyba się pan nie zgodził...

– Cholera, pewnie, że nie. Powiedziałem mu, żeby mnie pocałował w moją czarną dupę. – Zaśmiał się. – Stary Jack musiał wyhamować.

Melanie uśmiechnęła się. Jej szef pracował kiedyś w wydziale zabójstw FBI i otrzymał wiele odznaczeń oraz medali. Przed czterema laty został postrzelony w czasie służby, czego omal nie przypłacił życiem. Kiedy się wylizał, żona postawiła mu ultimatum: albo praca, albo małżeństwo. Zaledwie czterdziestosześcioletni, za młody, by iść na zieloną trawkę, wybrał małżeństwo i spokojną służbę w Whistlestop. Z pozoru zdawał się zadowolony, Melanie podejrzewała jednak, że Greer, podobnie jak ona, tęsknił za prawdziwymi sprawami, za prawdziwym dochodzeniem.

– Nie damy się wyślizgać – ciągnął, rozluźniając krawat. – Tego morderstwa dokonano na naszym terenie i muszę dbać o bezpieczeństwo naszych mieszkańców. Czy się to komu podoba, czy nie, odpowiadamy za nich. – Zacisnął na moment usta. – To duża sprawa. Wszyscy będą nam patrzeć na ręce, popędzać i naciskać, domagać się wyników dochodzenia. Prasa już się szykuje, a Andersen uruchamia wszystkie swoje kontakty. Musicie zachować zimną krew i robić swoje. Jednak nie da się ukryć, że ci z FBI są bardziej doświadczeni, mają znacznie więcej ludzi i lepsze zaplecze techniczne. W porządku, niech nam pomagają, ale nic więcej. Jakieś pytania?

– Owszem – odezwała się Melanie. – Ten gość z FBI, Parks, co to za jeden?

– Zastanawiałem się, kiedy wreszcie zapytasz o niego. – Szef uśmiechnął się po raz pierwszy tego popołudnia. – Trochę przykry, co?

– Trochę? – zaśmiał się kwaśno Taggerty. – To kawał drania.

– I lubi zaglądać do butelki – dodała Melanie.

Szef zmarszczył czoło, spoglądając to na Bobby’ego, to na Melanie.

– Golnął sobie?

– Golnął? – powtórzyła Melanie. – Nie. To słowo oznacza umiar, a Parks cuchnął i wyglądał tak, jakby ciurkiem chlał przez ostatni rok.

Greer milczał przez chwilę, wyraźnie zastanawiając się nad czymś.

– Connor Parks jest specjalistą od ustalania psychologicznego profilu przestępcy, tak zwanym „profilerem”. Do zeszłego roku pracował w szkole FBI w Quantico. Prowadził tam coś, co się nazywało zespołem badań behawioralnych. Nie znam szczegółów, ale chodziły pogłoski, że naraził Biuro na jakąś publiczną kompromitację i wyleciał z Quantico.

Profiler. Nic dziwnego, pomyślała Melanie. Mniej więcej przed rokiem sama brała udział w prowadzonym przez FBI kursie na temat profilingu. Zafascynowała ją ta metoda. Prowadzący kurs agent tłumaczył, że każdy przestępca mimo woli pozostawia na miejscu zbrodni ślady, które trzeba umieć odczytać, wnikając w psychikę mordercy i jego ofiary. W ten sposób można zrekonstruować zdarzenia prowadzące do zbrodni, przede wszystkim zaś „profil” mordercy.

Właśnie tę metodę zademonstrował Parks rano w motelu.

– Skąd się wziął w Charlotte? – zapytał Bobby.

– Gdy wyleciał na kopach z Quantico, karnie go tu przenieśli. Nawet jeśli pije, jest naprawdę dobry. Nie lekceważcie go, niech wam pomaga.

– Mam nadzieję, że jest dobry, inaczej byłby zupełnie nie do zniesienia – mruknęła Melanie i zapisała w notesie, że ma zadzwonić do Parksa. – Co jeszcze, szefie? – zapytała, podnosząc wzrok.

– Pogadajcie z przyjaciółmi ofiary, z rodziną, z kolegami ze studiów. Ustalcie, z kim się spotykała, gdzie bywała, w jakim towarzystwie się obracała. Najpierw jednak upewnijcie się, czy ci z FBI nie zaczęli już dochodzenia na własną rękę. Jeśli tak, dowiedzcie się, kogo posłali w teren i nawiążcie z nim kontakt. Dla ludzi z zewnątrz musimy sprawiać wrażenie, że działamy razem. Andersen nie może się dowiedzieć, że istnieje między nami jakaś konkurencja, bo wtedy burmistrz dobierze mi się do dupy.

To byłby dopiero widok. Melanie z trudem powściągnęła uśmiech.

– Coś jeszcze? – zapytał Bobby.

– Owszem – warknął Greer. – Do roboty!

Zerwali się z krzeseł i wynieśli się pospiesznie z gabinetu szefa. Melanie zadzwoniła natychmiast do swojej siostry bliźniaczki, Mii. Tamta podniosła słuchawkę po pierwszym sygnale.

– Mia, tu Mel.

– Chryste, Melanie! Właśnie oglądam wiadomości na kanale szóstym. Biedna dziewczyna! – Zniżyła głos. – Okropnie było?

– Gorzej niż okropnie – mruknęła Melanie ponurym głosem. – Dlatego dzwonię. Mam do ciebie wielką prośbę.

– Mów.

– Rozpętało się prawdziwe piekło i szybko się nie uspokoi. Nie zdążę odebrać Caseya z przedszkola. Mogłabyś pojechać po niego? – Melanie spojrzała na zdjęcie synka, które stało na biurku, i uśmiechnęła się mimo woli. – Poprosiłabym Stana, ale nie mam czasu wysłuchiwać kolejnego wykładu, dlaczego powinnam rzucić pracę w policji i jak fatalnie odbija się na Caseyu fakt, że ma matkę glinę.

– Stan to worek gówna – zawyrokowała dosadnie Mia. – Jasne. Bardzo chętnie pojadę po Caseya. Skoro już będę w okolicy, to może wpadnę do pralni i odbiorę twój mundur?

– Ratujesz mi życie.

Kątem oka zobaczyła, że gotów do wyjścia Bobby czeka już przy drzwiach.

– Tylko cię proszę, kiedy pojedziesz po Caseya, nie udawaj znowu, że jesteś mną. Ostatnim razem porządnie wystraszyłaś wychowawczynię.

Mia zaniosła się śmiechem.

– Po co mieć bliźniaczkę, jeśli nie po to, żeby czasami wykorzystać to do zabawy? Poza tym Casey uwielbia takie żarty.

Melanie pokręciła głową. Rzeczywiście ona i Mia były identyczne. Jednojajowe bliźniaczki, a właściwie trojaczki, bo z drugiego jajeczka powstała jeszcze Ashley, zresztą bardzo do nich podobna. Kiedy Melanie mówiła o tym ludziom, myśleli, że żartuje, tymczasem była to najprawdziwsza prawda.

Wszystkie trzy, jasnowłose i niebieskookie, tak bardzo były nie do odróżnienia, że nawet przyjaciele mylili je ze sobą, a przechodnie na ulicy oglądali się z nieukrywanym zaciekawieniem.

– Pamiętasz, jak oszukiwałyśmy nauczycieli? – zagadnęła rozbawiona Mia.

– Mam trzydzieści dwa lata, nie dziewięćdziesiąt dwa. Pewnie, że pamiętam. Ty zawsze mnie podjudzałaś, ale potem to ja obrywałam po głowie.

– Spróbuj to odmienić, droga siostrzyczko.

Bobby chrząknął, postukał w zegarek i wskazał na gabinet szefa. Melanie skinęła głową.

– Zrobię to, jeśli tylko znajdę trochę czasu, Mia. Tymczasem muszę rozwiązać zagadkę morderstwa.

– No to zabieraj się do roboty, Sherlocku – rzuciła na pożegnanie siostra.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Biuro prokuratora okręgowego hrabstwa Mecklenburg znajdowało się w centrum Charlotte, przy Government Plaza, w budynku dawnego sądu, którego wnętrza podzielono na jednakowe, ciasne boksy.

Weronika Ford, zastępca prokuratora okręgowego, nazywała biuro, ze względu na jego nieludzką ciasnotę, królikarnią. Bo też istotnie był to pomnik dehumanizacji i depersonalizacji współczesnego życia. Ale cóż, w takich warunkach przyszło jej pracować i nie zamierzała z tego powodu nieustannie lamentować.

Bo Weronika żarliwie kochała prawo, kochała swój udział w jego egzekwowaniu, lubiła też myśleć, że bez jej uczestnictwa w wielkim mechanizmie władzy świat byłby jednak odrobinę gorszym miejscem. Może odznaczała się naiwnością, ale tak właśnie uważała.

W przeciwnym razie jaki sens miałaby praca w biurze prokuratora?

Przecież nie narażając się na stresy, mogłaby zarobić znacznie więcej jako specjalistka od prawa handlowego, doradzając wielkim korporacjom.

– Cześć, Jen! – zawołała do recepcjonistki.

Młoda dziewczyna, która oczekiwała swojego pierwszego dziecka, promieniała szczęściem.

– Cześć! – Jen uśmiechnęła się radośnie do Weroniki.

– Są dla mnie jakieś wiadomości?

– Kilka. – Dziewczyna wskazała na plik różowych karteczek. – Nic pilnego.

Weronika podeszła do biurka, postawiła na blacie kubek od Starbuck’sa i podała dziewczynie torbę z lunchem.

– Przyniosłam coś dla twojego malucha.

– Czyżby lody poziomkowe? Maleństwo je uwielbia.

– A jakże, lody poziomkowe.

Recepcjonistka pisnęła zachwycona i otworzyła torbę.

– Jesteś niesamowita, Weroniko Ford. Maleństwo i ja bardzo ci dziękujemy.

Weronika zaśmiała się i zaczęła przeglądać kartki z wiadomościami. Rzeczywiście żadna z nich nie była pilna i wszystkie sprawy mogły poczekać, aż skończy się zebranie, w którym za chwilę miała wziąć udział.

– Spóźniłam się? – zapytała. – Rick już jest?

Rick Zanders prowadził tak zwany „Person’s Team”, w którym pracowała także Weronika. Zespół zajmował się ciężkimi przestępstwami przeciwko bezpieczeństwu osobistemu, z wyjątkiem zabójstw i spraw dotyczących dzieci.

Gwałty, pobicia, akty przemocy, porwania, to był zakres kompetencji zespołu, który spotykał się w każdą środę po południu, by omówić aktualnie rozpatrywane sprawy, ustalić tryb postępowania i strategię oraz tam, gdzie było to konieczne, służyć natychmiastową pomocą.

– Przyszedł dosłownie przed chwilą i przed zebraniem zamierzał załatwić jeszcze kilka pilnych telefonów. – Dziewczyna zerknęła na zegarek. – Masz przynajmniej dziesięć minut dla siebie. – Zniżyła głos. – Rick chyba osobiście zna Andersenów. Na pewno słyszałaś o tym morderstwie?

– Słyszałam. – Weronika spoważniała. – Co ludzie mówią? Oczywiście poza tym, co podają media. Są jacyś podejrzani?

– Nic nie wiem, ale założę się, że Rick zna wszystkie detale. – Wzdrygnęła się. – Straszne. Taka miła dziewczyna. I taka ładna.

Weronika natychmiast przypomniała sobie atrakcyjną blondynkę, której zdjęcia widziała rano w telewizji. Mieszkała za krótko w Charlotte, by zetknąć się z Andersenami osobiście, ale dużo słyszała o Joli i o tym, jak świetna przyszłość czekała tę dziewczynę.

– W telewizji mówili, że została uduszona sznurem – ciągnęła Jen szeptem.

– Poduszką – poprawiła ją Weronika.

– Myślisz, że złapią tego faceta? – Jen czułym gestem położyła dłoń na swoim wydatnym brzuchu. – Jak sobie pomyślę, że ktoś taki chodzi po ulicach Charlotte, to przechodzą mnie ciarki. Jeśli nawet Joli Andersen nie była bezpieczna, to nikt nie jest bezpieczny.

Weronika świetnie zdawała sobie sprawę, że Jen nie jest osamotniona w swoich obawach. Zapewne podobne słowa padały od kilku godzin prawie w każdym domu w Charlotte. Morderstwo dokonane na Joli Andersen po raz kolejny uświadomiło ludziom, jak bardzo niebezpieczny potrafi być świat, w którym żyją. I jak niepewny bywa los.

– Mogę cię zapewnić, Jen, że zostanie wszczęte dochodzenie, jakiego w Charlotte jeszcze nie było. – Weronika wsunęła kartki z wiadomościami do kieszeni, wzięła kawę i teczkę. – Kiedy już policja go dopadnie, my zrobimy resztę.

Jen uśmiechnęła się, nieco uspokojona.

– Dzięki Bogu tak już jest, że sprawiedliwość zawsze w końcu musi zwyciężyć.

Weronika skinęła głową i ruszyła w stronę sali konferencyjnej, gdzie już zebrali się wszyscy członkowie zespołu i czekano tylko na Ricka. Tak jak przypuszczała, rozmawiano o jednym, czyli o śmierci Joli Andersen. Rzuciła swoją teczkę na pusty fotel i podeszła do kolegów. Ci przywitali ją, przekrzykując się nawzajem w podnieceniu.

– Nie do wiary, prawda?

– Podobno Rick przez jakiś czas spotykał się z Joli. To musi być dla niego prawdziwy wstrząs.

– Naprawdę? Jest przecież starszy niż...

– Podobno FBI zajęło się sprawą.

– Tak. Wezwali najlepszego speca od profilingu. Mówią, że...

– Podobno w grę wchodził jakiś niezbyt normalny seks.

Weronika zastrzygła uszami, bo była to pierwsza naprawdę interesująca informacja.

– Skąd wiesz? W wiadomościach telewizyjnych nic nie było na ten temat.

– Od faceta z wydziału zabójstw – powiedział kolega. – Nie wdawał się w szczegóły, ale widok był podobno... mało przyjemny.

Do sali wszedł szary na twarzy Rick i rozmowy natychmiast umilkły, a członkowie zespołu szybko zajęli miejsca za stołem. Rick odchrząknął.

– Zanim zaczniecie zadawać pytania, chcę was uprzedzić, że wiem mniej więcej tyle co wy. Morderstwa dokonano w Whistlestop. W motelu. Joli została uduszona. Nie mają jeszcze żadnych podejrzanych, ale agent FBI pracuje nad profilem sprawcy. Morderca pozostawił na miejscu zbrodni ślady biologiczne, ale jakie, nie wiem. Przez wzgląd na rodzinę Andersenów policja nie chce ujawniać żadnych drastycznych szczegółów.

Przesunął drżącą dłonią po czole. Był wyraźnie wstrząśnięty. Patrząc na jego twarz, Weronika pomyślała, że pogłoski na temat związków łączących Ricka i Joli musiały być prawdziwe. Zastanawiała się, czy Rick z tej racji znajdzie się wśród podejrzanych. Prawdopodobnie tak, odpowiedziała sobie na własne pytanie. Zapowiadało się bardzo szczegółowe, dogłębne i zakrojone na wielką skalę dochodzenie.

– Zabierajmy się do pracy – mruknął Rick. – Mamy coś nowego?

Pierwsza odezwała się Laurie Carter.

– Trafiła do mnie sprawa napaści z bronią w ręku. Dwie sąsiadki pokłóciły się o szklankę pożyczonego cukru. Tak się zacietrzewiły, że jedna drugiej przyłożyła żeliwną patelnią.

Wszyscy parsknęli śmiechem. Ned House uniósł lekko brew.

– Żeliwna patelnia miała być tą śmiercionośną bronią?

– A miałeś kiedyś taką patelnię w ręku? – wtrąciła jedna z kobiet. – Są cholernie ciężkie.

– Owszem – przytaknęła Laurie cierpko. – Zaatakowana kobieta trafiła do szpitala. Wstrząśnienie mózgu, szwy na głowie, złamany nos. Chyba wystarczy.

Rick pokręcił głową.

– Kpisz sobie.

– Ani myślę. Dopiero teraz zacznie się śmiesznie. Otóż okazuje się, że jedna pani od drugiej pani pożyczała nie tylko cukier, ale i męża. Takie ciche bara-bara w podmiejskim osiedlu domków jednorodzinnych.

Ned cmoknął głośno.

– A ludzie mówią, że na przedmieściach żyje się bezpiecznie.

– Wnieś sprawę – mruknęła Weronika. – Ale bierz pod uwagę, że ława przysięgłych będzie po stronie zdradzanej żony.

– Chyba że większość ławników stanowić będą mężczyźni – wtrącił Ned.

Weronika pokręciła głową.

– Wszystko jedno. To purytanie zakładali ten kraj i przysięgli, nieważne, mężczyźni czy kobiety, potępią puszczalską, a usprawiedliwią zdradzaną napastniczkę.

– Wnieś sprawę o czynną napaść i uszkodzenie ciała. To wszystko, co możesz zrobić – zdecydował ostatecznie Rick.

Przeszli do następnych spraw i za każdym razem zebrani spoglądali na Weronikę, oczekując jej opinii. Co prawda dopiero od dziewięciu miesięcy była zastępcą prokuratora, ale w biurze pracowała od trzech lat i zdążyła wyrobić sobie opinię rozważnego oskarżyciela, który każdą sprawę rozpatruje niezwykle wnikliwie i obiektywnie.

Owszem, była obiektywna i rozważna, ale nie miała litości dla drani, którzy grasowali po ulicach, dla tchórzliwych łajdaków, którzy napadali na słabszych od siebie, czyli kobiety, dzieci i starszych ludzi. Wobec takich była absolutnie bezwzględna.

Ujmując sprawę statystycznie, dość powiedzieć, że prawie we wszystkich sprawach, w których występowała jako oskarżyciel, uzyskiwała wyroki skazujące. Dokładnie dziewięćdziesiąt siedem procent podejrzanych, których dotąd oskarżała, trafiło za kratki.

Inni prokuratorzy przyjmowali te dane z nabożnym podziwem, ale Weronika nie widziała w tym niczego nadzwyczajnego. Jeśli angażowała się w jakąś sprawę, robiła to z głęboką wiarą, że odniesie sukces. I pewnie dlatego zazwyczaj wygrywała.

Teraz dyskutowali nad doniesieniem o próbie gwałtu. Cały zespół czekał na opinię Weroniki. Rick uważał, że sprawa z góry skazana jest na porażkę. Sąd zazwyczaj nie dawał wiary dziewczynie, szczególnie wtedy, gdy niedoszłym gwałcicielem był jej własny chłopak, a tak właśnie było w tym przypadku.

Co gorsza dziewczyna miała złą opinię, a chłopak pochodził ze znanej rodziny, był zwycięzcą kilku ogólnokrajowych szkolnych olimpiad i kapitanem licealnej drużyny futbolowej.

Weronika twardo obstawała za wniesieniem oskarżenia. Widziała siniaki na ciele Angie Alvarez. Rozmawiała z dziewczyną, ujrzała niekłamane przerażenie w jej oczach.

– Przecież żyjemy w Ameryce – przekonywała Ricka. – To, że chłopak potrafi kopać piłkę, a jego stary ma pieniądze, jeszcze nie oznacza, że smarkacz stoi ponad prawem. „Nie” znaczy „nie”, jednakowo dla każdego.

Przysięgła sobie, że doprowadzi do sprawy. I w końcu Rick uległ.

Uśmiechnęła się z satysfakcją, wspominając pierwsze spotkanie z aroganckim, pewnym siebie chłopakiem i jego lekceważące, pełne buty odpowiedzi.

Teraz cię dostanę, gówniarzu! – pomyślała.

– Jest jeszcze jedna dziewczyna – poinformowała Ricka.

Rick wyprostował się w fotelu.

– Zgodzi się zeznawać?

– Owszem, jest gotowa stanąć przed sądem jako świadek.

– Dlaczego sama nie złożyła doniesienia?

– Przestraszyła się. Matka przekonała ją, że jeśli będzie dochodziła sprawiedliwości, zrujnuje sobie opinię i żaden porządny chłopak już się nią nie zainteresuje. Mamuśka błagała, żeby mała zapomniała o wszystkim i udawała, że nic się nie stało.

– Dlaczego zmieniła zdanie?

– Bo pomimo dobrych rad rodzicielki nie potrafiła zapomnieć. – Weronika schowała dłonie pod stół. Nie chciała, by koledzy zobaczyli, jak wyłamuje palce i jak bardzo poruszyła ją ta sprawa. – Poza tym teraz nie jest sama, więc poczuła się pewniej. A chłoptyś, jak się zdaje, ma więcej na sumieniu.

– Dotarłaś do innych dziewcząt? – Laurie pokręciła głową, wyraźnie zniesmaczona.

– Znajdę je. Moje dwie asystentki mi pomogą, bo słyszały rozmaite pogłoski.

– Załatw tego fiuta – mruknęła Laurie.

– Masz to u mnie – uśmiechnęła się Weronika.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dochodziła już siódma, kiedy Melanie mogła wreszcie wyjść z pracy i pojechać do siostry po Caseya. Miała za sobą wyczerpujący i zwariowany, ale również bardzo pouczający dzień. W ciągu ostatnich dwunastu godzin dowiedziała się więcej niż przez cały okres studiów w akademii policyjnej czy z fachowych książek, do których sięgała w każdej wolnej chwili.

Przekonała się, że w przypadku morderstwa dochodzenie jest niezwykle żmudnym procesem. Wymaga cierpliwości, logiki i uporu, czyli tych cech, które wprawdzie można w sobie doskonalić, ale nie sposób się ich nauczyć. Trzeba też okazywać wiele delikatności i zręczności w rozmowach z rodziną ofiary, a jednocześnie mieć grubą skórę i nieomylny refleks.

Bliscy Joli nakreślili portret szczęśliwej, zadowolonej z życia dziewczyny, która lubiła towarzystwo mężczyzn i dobrą zabawę. Melanie udało się sporządzić listę klubów, w których bywała młoda Andersen. Zdobyła też nazwiska mężczyzn, z którymi Joli spotykała się w ostatnich miesiącach życia. Obydwie listy prezentowały się całkiem pokaźnie.

Wszyscy, z którymi Melanie rozmawiała, byli wstrząśnięci i zrozpaczeni. Ich smutek był w jakimś sensie trudniejszy do zniesienia niż poranny widok w motelu. Nie sposób pozostać obojętnym, kiedy spogląda się w oczy cierpiących, pogrążonych w żałobie ludzi.

W pewnym momencie Melanie przyłapała się na tym, że zaczyna unikać wzroku rozmówców.

Zaparkowała przed obszernym, zbudowanym w kolonialnym stylu domem siostry. Podobnie jak były mąż Melanie, Mia mieszkała w południowo-wschodniej części Charlotte, w ekskluzywnej dzielnicy luksusowych, dobrze strzeżonych rezydencji. Melanie ta okolica zupełnie nie odpowiadała, bo przytłaczała ją swoim ostentacyjnym bogactwem.

Wysiadła z samochodu i ruszyła w stronę ganku, gdzie bawił się Casey. Obok na bujaku siedziała Mia i obserwowała z uśmiechem swojego siostrzeńca. Melanie zatrzymała się na moment, chłonąc rodzinną scenę. Lekki wiatr igrał we włosach Mii, a Casey paplał coś wesoło. Ciepły domowy obrazek, jakby żywcem wyjęty z płócien Andrew Wyetha.

Melanie przechyliła głowę. Zazwyczaj gdy patrzyła na Mię, widziała po prostu swoją siostrę bliźniaczkę. Czasami jednak, jak w tej chwili, ogarniało ją dziwne d?j? vu, poczucie, że spogląda na samą siebie, jaką była w poprzednim życiu, czyli przed rozwodem.

Casey podniósł wzrok, zobaczył matkę i rzucił się w jej stronę z radosnym krzykiem.

– Mama!

Melanie otworzyła szeroko ramiona, a kiedy mały mocno się do niej przytulił, w jednej chwili zapomniała o przykrym, ciężkim dniu, który miała za sobą. Wszystkie zmartwienia natychmiast się ulotniły, nie zostawiając po sobie śladu.

Kochała synka aż do bólu. Zanim się urodził, nie wierzyła, że coś takiego jest możliwe. Bo czy miłość może boleć?

Kiedy położnik podał jej Caseya, kiedy przytuliła go do serca, zrozumiała. Natychmiast, na zawsze, nieodwołalnie.

– Dobrze się bawiłeś? – zapytała, wypuszczając synka z objęć i spoglądając mu w oczy tak samo błękitne, jak jej i Mii.

Potaknął energicznie głową.

– Byliśmy z ciocią Mią na lodach, a potem poszliśmy do parku i huśtałem się na huśtawce i zjeżdżałem z takiej wielkiej zjeżdżalni!

– Z wielkiej zjeżdżalni? – Melanie szeroko otworzyła oczy na znak niedowierzania i podziwu. Casey od kilku tygodni przymierzał się do zjechania z tej zjeżdżalni, ale ilekroć zaczynał wspinać się po drabince, oblatywał go tchórz i niechlubnie rejterował.

– Strasznie się bałem, ale ciocia Mia obiecała, że zjedzie razem ze mną i zjechała!

Melanie pocałowała małego w policzek.

– Mój duży, dzielny chłopiec. Musisz być bardzo dumny z siebie.

Casey odchylił głowę i uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Trzeba uważać, żeby sobie nie zrobić krzywdy, bo można upaść. Ciocia Mia upadła i uderzyła się w oko.

Melanie spojrzała w stronę ganku, gdzie na stopniach stała Mia. Skrzywiła się z niesmakiem. Mia miała imponującego błękitno-czarnego siniaka pod okiem i spuchnięte pół twarzy.

– Spadłaś ze zjeżdżalni?

– Oczywiście, że nie. – Mia uśmiechnęła się do Caseya. – Ale ta twoja matka niemądra. Potknęłam się o but i wyłożyłam jak długa.

– Ciocia potknęła się o but wujka Boyda. Głupi but – oznajmił Casey.

– Nie mówi się „głupi” – pouczyła syna Melanie i zwróciła się do siostry: – To do ciebie niepodobne, potykać się i przewracać. Nigdy nie byłaś przecież niezdarą.

Mia puściła uwagę mimo uszu.

– Masz chwilę czasu? Napijesz się wina? Boyd pojechał na zebranie, więc jestem wolna jak ptak.

Kiedy rozmawiały po południu przez telefon, Melanie zaniepokoiło coś w głosie siostry.

– Po takim upiornym dniu? Z rozkoszą – odparła lekkim tonem.

Zmierzwiła jasną czuprynę synka i pociągnęła go w stronę ganku. We trójkę zebrali rozrzucone zabawki, po czym weszli do domu. Melanie nastawiła telewizor na Cartoon Network i dołączyła do Mii, która otwierała w kuchni butelkę chardonnay.

Usiadła na wysokim chromowanym stołku przy kuchennym barku.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytała.

– O czym? – Mia napełniła kieliszek schłodzonym winem i podsunęła go siostrze, a potem nalała sobie.

Melanie wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Coś cię musi trapić. Słyszę to w twoim głosie.

Mia przyglądała się jej przez chwilę, po czym odwróciła się i wyjęła z szafki paczkę papierosów. Wyciągnęła jednego drżącą dłonią i zapaliła. Rzadko to robiła. Wracała do znienawidzonego przez siostrę nałogu tylko wtedy, kiedy była bardzo zdenerwowana.

– Musi być naprawdę źle. Od miesięcy nie widziałam cię z papierosem w ustach – mruknęła Melanie.

Mia zaciągnęła się głęboko i dopiero po chwili wypuściła dym.

– Boyd mnie okłamuje.

– Och, Mia. – Melanie położyła dłoń na dłoni siostry. – Jesteś pewna?

– Zupełnie pewna. Często wychodzi wieczorami i wraca późno. Zawsze znajduje jakąś przekonującą wymówkę. A to spotkanie z dyrektorem administracyjnym szpitala, to zebranie rady lekarzy albo któregoś z towarzystw medycznych. – Skrzywiła się. – Zawsze ma jakieś usprawiedliwienie.

– Myślisz, że to tylko preteksty?

– Tak uważam. Kiedy wraca do domu po tych swoich wieczornych spotkaniach... dziwnie się zachowuje... inaczej pachnie... – Mia odwróciła się i podeszła do zlewozmywaka. – Tanimi perfumami i... seksem.

Melanie mimo woli zacisnęła gniewnie dłonie. W swoim czasie była zdecydowanie przeciwna małżeństwu Mii. Usiłowała odwieść siostrę od ślubu z Boydem Donaldsonem. Owszem, był przystojny i miał opinię świetnego lekarza, ale było w nim coś, co budziło nieufność. Nie lubiła go, nie podobało jej się również to, że wymusił na Mii spisanie intercyzy.

Teraz żałowała, że tak otwarcie krytykowała siostrę. Gdyby zachowała swoje opinie dla siebie, być może Mia wcześniej zwierzyłaby się jej ze swoich problemów.

– Sprawdzałaś go? Wynajęłaś kogoś, żeby go śledził? Próbowałaś dzwonić do szpitala? Zrobiłaś coś? – dopytywała się.

– Nie. – Mia odkręciła wodę, zgasiła pod nią niedopałek i wrzuciła go do kosza. – Bałam się. W głębi duszy wolę... nie wiedzieć na pewno.

Mając dowody, Mia musiałaby zareagować, podjąć decyzję i zacząć działać, a to nie była najmocniejsza strona siostrzyczki.

– Rozumiem cię, Mia, wierz mi, że rozumiem. Nie możesz jednak chować głowy w piasek. Jeśli cię oszukuje, musisz to wiedzieć. Choćby tylko z uwagi na własne zdrowie...

– Oszczędź sobie kazań, Melanie, już i tak wystarczająco podle się czuję. – Mia przesunęła dłonią po twarzy. – To moje życie, moje małżeństwo i w końcu znajdę jakiś sposób, żeby wybrnąć z tego bagna.

– Mam się odpieprzyć? – W głosie Melanie zabrzmiała uraza. – W porządku. Tylko mi się nie zwierzaj, bo nie potrafię siedzieć z założonymi rękami, kiedy dzieje się coś nie tak. Nie umiem godzić się z draństwem.

– A ja umiem, tak?

– Tego nie powiedziałam.

– Może nie musiałaś.

Mierzyły się przez chwilę złym wzrokiem. Mia ustąpiła pierwsza.

– Prawdę mówiąc, posłuchałam twojej rady. Zapytałam go wprost, co się dzieje. Zgadnij, jak zareagował?

Melanie poczuła suchość w ustach.

– Mów.

– Wściekł się. – Mia dotknęła siniaka pod okiem. – Widzisz efekty.

– Uderzył cię? – W głosie Melanie zabrzmiało absolutne niedowierzanie. Wzbraniała się przyjąć do wiadomości to, co właśnie usłyszała.

– Owszem.

– Sukinsyn! – Melanie zerwała się ze stołka. – Zabiję drania. Przysięgam... Ja...

Z trudem powściągnęła gniew. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech, policzyła do dziesięciu. Jako nastolatka była szaloną dziewczyną i nieustannie z tego powodu wpadała w tarapaty. W końcu omal nie wylądowała w poprawczaku i gdyby nie mądra kuratorka, która się nią zajęła, zapewne tam właśnie by skończyła.

Z latami, już jako dorosła kobieta, nauczyła się panować nad swoim wybuchowym temperamentem. Najpierw pomyśleć, potem działać. Przewidywać konsekwencje swojego postępowania.

Ale stare nawyki nie dawały się łatwo wykorzenić. Wobec swoich sióstr, szczególnie wobec Mii, była zawsze ślepo i bezrozumnie nadopiekuńcza.

– Co zamierzasz zrobić? – syknęła przez zaciśnięte zęby.

Mia westchnęła smutno. Mimo swoich trzydziestu dwóch lat wydawała się bezradna i bezbronna jak małe dziecko.

– Co mogę zrobić?

– Co możesz zrobić... – Melanie spojrzała zdumiona na siostrę. – Zawiadomić policję. Niech go wezmą za dupę i zamkną w areszcie. Wnieś sprawę. Odejdź od niego, na litość boską!

– Myślisz, że to takie proste?

– Owszem. Zostaw go.

– Jak ty zostawiłaś Stana?

– Tak. – Melanie podeszła do siostry, wzięła ją za ręce i spojrzała w oczy. – To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu, ale zarazem najlepsza. Wiedziałam, że muszę tak postąpić. Nadal uważam, że inaczej nie mogłam się zachować.

Mia rozpłakała się.

– Ja jestem inna, Melanie. Nie mam twojej odwagi. Zawsze byłam tchórzem.

Ścisnęła dłonie Mii.

– Potrafisz być odważna. Spróbuj. Ja ci pomogę. Możesz na mnie liczyć.

Mia pokręciła głową.

– Nie jesteś w stanie. Jestem tylko głupią, mażącą się...

– Przestań! Nasz ojciec ci to wmówił. I ten cholerny Boyd. Ale to nieprawda. Myślisz, że nie bałam się, kiedy odchodziłam od Stana? Bałam się jak wszyscy diabli. Nigdy wcześniej nie musiałam sama troszczyć się o siebie, o dziecku nie wspomniawszy. Nie wiedziałam, czy damy sobie radę, czy potrafię utrzymać dom. Bałam się, że Stan będzie chciał odebrać mi Caseya.

Melanie wzdrygnęła się na wspomnienie tamtych chwil, pełnych strachu i niepewności. Jej mąż był znanym prawnikiem, partnerem w jednej w najbardziej szanowanych kancelarii w Charlotte. Z łatwością mógł uzyskać w sądzie opiekę nad synem, zresztą nadal mógł to uczynić. Nie zrobił tego, ale dzięki swoim wpływom uniemożliwił Melanie dalsze studia na akademii policyjnej przy FBI. Jej podanie zostało odrzucone.

Mimo wszystko, przez wzgląd na siebie i Caseya, odeszła od niego.

Nie była kobietą dla Stana, chociaż długo usiłowała dostosować się do jego oczekiwań. Stan potrzebował żony, która szukałaby w nim oparcia, siedziała w domu i czekała na jego powrót z pracy. Melanie nie potrafiła odnaleźć się w tej roli, coraz mniej lubiła samą siebie, coraz bardziej była niezadowolona.

Małżeństwo zamieniło się w wieczny spór, a w takiej atmosferze trudno było wychowywać dziecko.

– Wiem, że potrafisz – przekonywała siostrę zażarcie. – Wiem, że dasz sobie radę, Mia – powtórzyła z mocą.

Mia po raz kolejny pokręciła bezradnie głową.

– Bardzo chciałabym być taka jak ty, ale mam inną naturę.

Melanie objęła siostrę i mocno przytuliła do siebie.

– Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy jakieś wyjście. Ja znajdę wyjście. Obiecuję ci.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kiedy półtorej godziny później Melanie i Casey dotarli do domu, zatrzymując się po drodze w restauracji fast food, czekała już na nich Ashley. Jej widok nie zdziwił Melanie. Ashley była przedstawicielką dużej firmy farmaceutycznej, podróżowała po całej Karolinie i wracając do miasta, zazwyczaj zaglądała do siostry.

– Popatrz, Casey, kto do nas przyjechał – powiedziała Melanie, zatrzymując samochód na podjeździe. – Ciocia Ashley.

Casey natychmiast zapomniał o specjalnym zestawie z McDonald’sa i wyskoczył z samochodu, ledwie matka zgasiła silnik.

– Ciociu Ashley, zobacz, co dostałem od cioci Mii! Megamana!

Melanie z uśmiechem patrzyła, jak jej syn rzuca się w objęcia Ashley. Siostry były najważniejszymi osobami w jej życiu i kiedy widziała, jak bardzo kochają Caseya, robiło się jej ciepło na sercu.

Wzięła swoją torebkę, torbę od McDonald’sa i podeszła do Ashley.

– Miałaś udaną podróż?

Ashley uniosła Caseya, oparła go o biodro i uśmiechnęła się do siostry.

– Czysta rutyna. Modne lekarstwa idą jak woda. Zawsze wracam ze stertą zamówień.

Melanie parsknęła śmiechem. Jej siostra była chodzącym paradoksem. Z powodzeniem handlowała lekami, ale sama wierzyła w medycynę naturalną i terapię holistyczną [2]. Gdy ktoś w rodzinie chorował, natychmiast proponowała zioła, wywary korzenne i herbatki owocowe zamiast cudownych pigułek, z których sprzedaży żyła.

Cała trójka weszła na ganek.

– Mogłaś poczekać na nas w domu.

– Wiem, ale wieczór taki piękny, że wolałam zostać na zewnątrz.

Melanie otworzyła drzwi, zapaliła światło w holu i ruszyła w stronę kuchni. Dom był niewielki, tak naprawdę był to domek: dwie sypialnie, pokój dzienny, kuchnia i łazienka. Liczył mniej metrów kwadratowych niż wielka sypialnia w rezydencji Stana, ale Melanie go uwielbiała. Był ciasny, ale za to przytulny i pełen swoistego czaru. Położony w jednej z najstarszych dzielnic Whistlestop, miał mnóstwo okien, piękne drewniane podłogi i wysokie sklepienia.

Co najważniejsze, spłaciła go sama, bez pomocy Stana. Bez czyjejkolwiek pomocy.

– Jadłaś coś? – zapytała siostrę, usadziwszy Caseya przy blacie śniadaniowym. – Zamierzałam zrobić sałatkę. Starczy dla nas obu.

– Dzięki, nie jestem głodna. – Ashley zdjęła żakiet i powiesiła go na oparciu krzesła. – Jadłam późny lunch z lekarzem, od którego brałam zamówienie.

Melanie spojrzała z troską na siostrę. Ashley ostatnio bardzo zeszczuplała. Trochę wyższa od Melanie i Mii, zawsze była bardziej krągła niż one. Dzisiaj doskonale skrojone spodnie zdawały się na niej dosłownie wisieć.

– Chorowałaś ostatnio?

– Nie. Dlaczego pytasz?

– Jesteś chuda.

Ashley uniosła brwi.

– Chuda? W porównaniu z moją normalną wagą?

– Nie, głuptasie. W ogóle za chuda.

– To niemożliwe. – Ashley podeszła do lodówki. – Masz zimne piwo?

– Chyba tak. Poszukaj. – Melanie rozpakowała cheeseburgera, położyła go na talerzu obok frytek i podsunęła jedzenie synkowi.

– Poproszę o sok, mamo.

– Mleko – oznajmiła stanowczo. – Potem możesz napić się soku.

Casey mruknął coś pod nosem i zaczął jeść swojego cheeseburgera. Doskonale wiedział, że z matką nie ma dyskusji. Melanie podała mu mleko i zaczęła wyjmować z lodówki składniki potrzebne do przyrządzenia lekkiej sałatki.

– Słyszałaś o Joli Andersen?

– Tak, w radiu. – Ashley nalała sobie piwa do kufla, upiła solidny łyk i przymknęła oczy, rozkoszując się smakiem pełnego jasnego. – Nie ma to jak szklanica dobrze schłodzonego piwa po długim, pracowicie spędzonym dniu.

Melanie uśmiechnęła się.

– Jakbym słuchała reklamy.

– Prawda? Może minęłam się z powołaniem. – Ashley upiła kolejny łyk i odstawiła piwo na blat. – Opowiedz mi, co się dzisiaj działo.

Melanie opłukała sałatę, osuszyła i zaczęła rwać liście na drobne kawałki.

– Co chcesz wiedzieć?

– To, co najważniejsze. Straszna historia. Powiedz, upaprałaś sobie buty? Puściłaś pawia? – Zaczęła się śmiać, ale widząc minę Melanie, natychmiast podniosła dłoń do ust i spoważniała. – Mel, przepraszam. Wygłupiałam się. Chyba nie...

– Owszem. Zupełnie się skompromitowałam. Wyrzygałam się na oczach facetów z FBI.

– Współczuję serdecznie, siostrzyczko. Nie gniewaj się.

– W porządku. – Melanie poczuła bolesny ucisk w gardle. – To był najgorszy widok, jaki widziałam w życiu, Ash. Reszta zachowywała się... jak gdyby nigdy nic. Normalna rzecz. Rutyna. – Zaczęła obierać ogórek. Straciła co prawda ochotę na jedzenie, ale musiała czymś zająć ręce. – Bez emocji rozmawiali o tym, co się mogło zdarzyć, jak doszło do śmierci. Zupełnie ich to nie ruszało. W końcu nie wytrzymałam.

Ashley uścisnęła serdecznie Melanie.

– To nic, że puściłaś pawia. Wiem, że i tak byłaś wspaniała. Moja siostrzyczka superglina.

Melanie uśmiechnęła się i pokręciła głową. To Ashley przede wszystkim popierała jej decyzję o wyborze zawodu. Ona jedna naprawdę rozumiała, co Melanie powinna robić w życiu i jakie to dla niej ważne, żeby zostać policjantką. Tylko tak mogła się zrealizować.

– Powiem ci, że było strasznie, ale to fascynująca robota. Przyjechał facet z FBI, specjalista od sporządzania profilu przestępcy. Patrzyłam, jak pracuje, i byłam zaczaro...

– Mamo, co to jest FBI?

Melanie spojrzała na syna, który słuchał jej słów jak bajki.

– To taka bardzo ważna policja, skarbie.

– Tak myślałem. – Casey włożył do buzi kolejną frytkę. – Opowiadasz o tej pani?

Melanie zmarszczyła brwi.

– O jakiej pani?

– O tej, co ją zamordowali.

Zamordowali.

– Słyszałeś o tym?

– Słyszałem, jak ciocia Mia rozmawiała z moją wychowawczynią.

Ashley skrzywiła się, wyraźnie oburzona lekkomyślnością Mii. Melanie spojrzała na talerz syna. Był wymieciony do czysta, zostały tylko ogórki, które wyjął z cheeseburgera, i kawałeczek bułki.

– Skończyłeś, kochanie?

Casey pokiwał głową i ziewnął szeroko.

– Mogę pooglądać telewizję?

Melanie nachyliła się i wytarła synkowi buzię serwetką. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia, że jeszcze nie położyła małego.

– Nie, skarbie. Pora do łóżka. Już pół godziny temu powinieneś iść spać.

– Ale ja wcale nie jestem zmęczony, mamusiu. – W głosie Caseya zabrzmiała płaczliwa prośba.

– Być może, ale i tak pora się kłaść. – Melanie pomogła mu zejść ze stołka i popchnęła lekko w stronę drzwi. – Powiedz dobranoc cioci Ashley.

Casey pożegnał się serdecznie z ciotką i ruszył do sypialni, targując się jeszcze po drodze o liczbę bajek do poduszki.

Melanie posłała Ashley przepraszający uśmiech.

– Poczekaj chwilę.

Kiedy wróciła do kuchni, Ashley stała przy oknie i wpatrywała się w wieczorne niebo ze smutnym, nieobecnym wyrazem twarzy.

– Co ci jest, Ash? – zapytała z troską.

Ashley odwróciła się gwałtownie i otrząsnęła z zamyślenia.

– Nic. Nasz mały tygrys usnął?

– Jeszcze nie. Jest okropnie podniecony. – Zasępiła się. – Jestem zupełnie bezmyślna. Nie powinnam była opowiadać przy nim o dzisiejszym dniu. Łykał każde słowo. Muszę uważać, on coraz więcej rozumie.

– Nasza siostrzyczka i pani wychowawczyni też powinny być ostrożniejsze. – Ashley wyciągnęła z sałatki kawałek ogórka i włożyła do ust. – Powiedz mi coś więcej o tym facecie z FBI.

– Jest niesamowity w swoim fachu, to wszystko. Obejrzał miejsce zbrodni, zanalizował to, co zobaczył, a potem wyciągnął wnioski i starał się zrekonstruować wydarzenia. Jego metoda zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Ashley uśmiechnęła się.

– Koniec z psimi patrolami. Witamy w wydziale zabójstw – podsumowała.

Melanie pomyślała o ciągłych telefonach od poirytowanych mieszkańców Whistlestop, uskarżających się na psy sąsiadów, które robiły kupy na ich trawnikach, deptały kwiaty i przeganiały ukochane koty. Dzwonili na policję i domagali się interwencji. Pomyślała o wszystkich wystawionych mandatach i o swojej tęsknocie za prawdziwą policyjną robotą. Wreszcie miała szansę prowadzić poważne dochodzenie.

Ale za jaką cenę?

Spojrzała na siostrę i ogarnęły ją wyrzuty sumienia.

– Jestem chyba potworem, ale cieszę się z tego morderstwa. Rozumiesz, co mam na myśli?

– Nie bądź idiotką. – Ashley wyłowiła z misy małą marchewkę. – Nie miałaś nic wspólnego ze śmiercią Joli Andersen.

– Tak, ale... – Melanie z westchnieniem sięgnęła po pieprz. – Wiem jedno. Kiedy dochodzenie się skończy i sprawa trafi do sądu, nie będzie mi łatwo wrócić do poprzednich zajęć. No cóż, śmierć tej dziewczyny jest dla mnie wielką szansą.

Ashley wydęła usta.

– Nie trafiłabyś do tego cholernego, zapomnianego od Boga Whistlestop, gdyby nie twój drogi mąż. Ktoś powinien dać gadowi nauczkę.

– Ashley! – Melanie zerknęła w stronę sypialni. – Po pierwsze hamuj się, bo Casey może usłyszeć. Po drugie Stan jest ojcem Caseya.

– I tylko dlatego ten łobuz jeszcze chodzi po tym świecie.

– Bardzo śmieszne. – Melanie posypała sałatkę tartym serem i podała torebkę siostrze.

Ashley zaczęła wyjadać resztki cheddaru.

– Nic na to nie poradzę, Mel. Nienawidzę go za to, że uniemożliwił ci studia na akademii policyjnej przy FBI. Marzyłaś o tym, od kiedy pamiętam, a ten drań zrobił wszystko, żebyś się tam nie dostała.

– Posterunek w Whistlestop to nie FBI, ale jednak pracuję w policji. – Melanie wyjęła z lodówki dressing do sałatki. Uśmiech igrał w kącikach jej ust. – Stan nie może się z tym pogodzić. Była żona wielkiego pana Maya jest gliną. Co za wstyd. Dostaje szału na myśl, że chodzę w mundurze. Mam niezłą zabawę, kiedy na służbie spotykam którąś z żon jego kolegów. – Zaśmiała się. – Te ich zgorszone miny.

Prawdę mówiąc, nie znosiła munduru prawie tak samo jak Stan. Nie dlatego, że był mało kobiecy, ale dlatego, że był świadectwem jej statusu małomiasteczkowej, prowincjonalnej, nic nieznaczącej policjantki. W policji miejskiej, inaczej niż w FBI, żaden gliniarz nie chodził po cywilnemu. Szef chciał, żeby jego ludzie byli łatwo rozpoznawalni dla mieszkańców miasteczka i stale widoczni na ulicach.

Polała sałatkę dressingiem.

– Kto wie, jak się potoczy moja kariera? Jeśli będę naprawdę dobra, może przejdę do FBI, do Charlotte. Wpływy Stana nie sięgają chyba aż tak daleko, żeby mógł mi w tym przeszkodzić. Dlatego dochodzenie w sprawie morderstwa Andersen jest dla mnie takie ważne. Może zupełnie odmienić moje zawodowe losy.

– Wygląda na to, że wszystko sobie przemyślałaś – mruknęła Ashley. – Zawsze byłaś twarda i stanowcza.

Melanie zmarszczyła brwi, słysząc lekkie drżenie w głosie siostry.

– Podobnie jak ty, Ash. Też zawsze wiedziałaś, czego chcesz, i konsekwentnie dążyłaś do celu. Jeśli wierzyłaś w coś sercem i duszą, osiągałaś to. Tylko Mia... – Melanie zamilkła na myśl o kłopotach bliźniaczki. – Nie widziałaś się z nią ostatnio, prawda?

– Przynajmniej od tygodnia – przyznała Ashley. – Stało się coś? – spytała zaniepokojona.

Sałatka, która jeszcze przed chwilą wyglądała tak apetycznie, przestała nagle kusić. Melanie odłożyła łyżkę i odsunęła misę.

– Boyd ją uderzył – powiedziała z dramatyczną emfazą, po czym zrelacjonowała słowo po słowie rozmowę z Mią.

Ashley słuchała z wypiekami na twarzy.

– Sukinsyn! Co Mia ma zamiar zrobić?

– Zgadnij.

– Nic, tak? Boi się.

– Trafiłaś – przytaknęła Melanie przygnębionym głosem i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na nocne niebo, po czym odwróciła się do siostry. – W takim razie co my z tym zrobimy?

– A co my możemy? – Ashley bezradnie uniosła ramiona. – To jej małżeństwo, Mel.

– Nie możemy przecież pozwolić, żeby ten drań ją bił!

– Skoro ona na to pozwala...

– Jak możesz tak mówić? – Zaskoczona postawą Ashley, Melanie gniewnie pokręciła głową. – Doskonale wiesz, jakie to dla niej niebezpieczne. Dla każdej z nas, jeśli pomyśleć o naszej przeszłości. Wszystkie trzy stanowimy znakomity materiał do badań dla wiktymologa, bo mamy mentalność ofiar. Kogoś takiego łatwo można zastraszyć i bezkarnie się nad nim znęcać.

– Mów za siebie. – Ashley wyciągnęła z sałatki kolejny kawałek ogórka. – Nasz ojciec był potworem, ale leży już w grobie. Mnie udało się uwolnić od niego i od wspomnień.

– A jakże. Dlatego zawsze szerokim łukiem omijasz wszystkich mężczyzn.

Ashley zmrużyła oczy.

– Nie mówimy teraz o mnie i o moim stosunku do facetów.

– To prawda, bo mówimy o tym, jak pomóc naszej siostrze. Ale ciebie to najwyraźniej nie interesuje.

Ashley zamarła na moment, po czym wstała ze stołka. Drżała na całym ciele.

– Kocham Mię tak samo jak ty, Melanie, ale nie próbuj mnie namawiać, żebyśmy...

– Nie zamierzałam...

– Owszem, zamierzałaś. Na swój sposób. – Ashley spojrzała jej prosto w oczy. – Chcesz usłyszeć prawdę? Uzależniłaś Mię od siebie. Opiekujesz się nią, chuchasz na nią i dmuchasz. Tak było, od kiedy sięgam pamięcią. Czego tym razem oczekuje od ciebie? Że ją rozwiedziesz? Aresztujesz Boyda? Zastrzelisz go? A potem znajdziesz jej nowego, tym razem czułego i opiekuńczego męża?

– Bardzo śmieszne, Ash.

– Wcale nie żartuję. Pozwól jej wreszcie stać się dorosłym człowiekiem.

Melanie z trudem panowała nad wzbierającą w niej wściekłością.

– Uważasz, że powinnam stać z boku i patrzeć, jak ten bydlak się nad nią znęca?! Uroczo, Ash. Prawdziwie siostrzana postawa.

– Żebyś wiedziała. Mia sama musi podjąć decyzję, sama musi zacząć się bronić. Tak, stój z boku. Służ radą, kiedy poprosi, ale nie próbuj ratować jej na siłę, bo to bez sensu.

– Może ty tak potrafisz, ale ja nie.

Ashley wciągnęła gwałtownie powietrze.

– Skończ z tą świętoszkowatością. Jesteś wobec niej taka opiekuńcza, bo czujesz się winna.

– Winna? – Melanie uniosła brwi w przesadnym niedowierzaniu. – Niby dlaczego miałabym czuć się winna?

– Głupie pytanie, Mel. Czujesz się winna, bo Mia była dla naszego tatusia dziewczynką do bicia.

– Opowiadasz straszne bzdury. Z jakiej racji miałabym...

– Mimo że byłyście identyczne, on zawsze znęcał się nad nią.

Melanie mimo woli cofnęła się o krok, jakby ktoś zdzielił ją pięścią między oczy. Odwróciła się plecami do Ashley, podeszła do drzwi na uginających się nogach, chwilę nasłuchiwała, czy z pokoju Caseya nie dochodzą żadne odgłosy, wreszcie przymknęła drzwi, pozostawiając niewielką szparę.

– To nie była moja wina. Nie mogę odpowiadać za bestialstwo ojca. Nie mam powodów czuć się winna.

– Ale się czujesz. Ciągle usiłujesz zadośćuczynić jej to, że sama byłaś złotym dzieckiem, a ona katowaną i poniżaną ofiarą.

– Nic nie rozumiesz. Nigdy nie rozumiałaś.

Ashley zacisnęła usta.

– Ponieważ nigdy nie należałam do waszego klubu, tak? Ashley wykluczamy, bo jest trochę inna niż my dwie, siostrzyczki bliźniaczki.

– Ja i Mia nigdy nie tworzyłyśmy żadnego klubu i nigdy cię nie wykluczałyśmy, Ash.

– Daj spokój – żachnęła się. – Zawsze byłam trzecią siostrą. Piątym kołem u wozu. Nadal jestem.

Melanie pokiwała z politowaniem głową.

– Kiedy zaczynasz tak gadać, doprowadzasz mnie do szału.

Ashley postąpiła kilka kroków i zatrzymała się.

– Czy przyszło ci kiedyś do głowy, że ponieważ jestem inna, widzę jaśniej i wyraźniej? Ciebie, Mię, ojca... wszystko, co się działo między nami?

– Mia mnie potrzebuje. Jest wrażliwsza niż ty i ja, a przez to bardziej bezbronna. Z tego powodu właśnie ją ojciec sobie upatrzył. Wiedział, że nie będzie walczyła. Dlatego musiałam go wreszcie powstrzymać.

Ashley otworzyła usta, chciała coś powiedzieć, ale w tej samej chwili zadzwonił telefon. Melanie podniosła słuchawkę.

– Dobry wieczór, Stan.

Ashley skrzywiła się i sięgnęła po torebkę.

– Muszę już iść.

– Stan, możesz poczekać chwilę? – Melanie zasłoniła słuchawkę dłonią. – Zostań, proszę.

Ashley pokręciła głową, a na jej twarzy na krótki moment odmalowało się wahanie i nerwowa niepewność.

– Zadzwonię.

Melanie wyciągnęła rękę na pożegnanie. Teraz bardzo żałowała, że wywołała kłótnię.

– Umówimy się na kawę w piątek?

– Może. Nie obiecuję.

– Kocham cię.

Ashley uśmiechnęła się.

– I ja, i ja ciebie, dzieciaku. – Zatrzymała się jeszcze w drzwiach ze złośliwym uśmieszkiem na ustach. – Powiedz temu fiutowi, że go pozdrawiam i żeby smażył się w piekle.

Melanie odprowadziła siostrę wzrokiem, po czym wróciła do rozmowy z byłym mężem.

– Słucham, Stan?

– Która z twoich sióstr jest u ciebie? – zapytał ostrym tonem. – Beksa czy zdzira?

Melanie puściła mimo uszu epitety.

– Ashley. Właśnie wyszła. Prosiła, żebym cię od niej pozdrowiła.

– Aha, na pewno. Prędzej życzyła mi, żebym się smażył w piekle.

Melanie z trudem pohamowała się, żeby nie parsknąć śmiechem.

– Masz do mnie jakąś sprawę?

– Mam. Chodzi o to morderstwo. Jesteś w nie zaangażowana?

– Zaangażowana w morderstwo? – powtórzyła Melanie, udając idiotkę.

Stan prychnął, wyraźnie zniecierpliwiony.

– Nie wygłupiaj się. Bierzesz udział w dochodzeniu?

– Zbrodni dokonano w Whistlestop. Owszem, biorę udział w dochodzeniu. – Uśmiechnęła się do siebie, doskonale wyczuwając poirytowanie Stana. – Oczywiście rozumiesz, że nie mogę rozmawiać z tobą na ten temat. Żadnych informacji, żadnych szczegółów.

Stan zaklął.

– A co mnie obchodzą szczegóły! Nie chcę, żeby moja żona miała cokolwiek wspólnego z...

– Była żona – sprostowała Melanie. – Teraz Shelley ma cię na głowie, dzięki Bogu. Czyżbyś przypadkiem o niej zapomniał?

– Nie wysilaj się na złośliwości, Melanie. Ma się rozumieć, że nie zapomniałem o Shelley.

– Jako mój były mąż – ciągnęła Melanie – nie masz nic do gadania w moich sprawach. Nic a nic. Sama decyduję o tym, co robię i dlaczego. Czy wyraziłam się wystarczająco jasno?

– Nie, jeśli twoje decyzje mogą źle się odbić na naszym synu.

– Nasz syn ma się świetnie. Jest szczęśliwy, zdrowy, otoczony miłością. To, że jestem zaangażowana w dochodzenie dotyczące morderstwa, nie jest dla niego bardziej szkodliwe niż twoje adwokackie potyczki w sądzie.

– I w tej kwestii nasze opinie się różnią.

Melanie zaśmiała się sucho.

– Nasze opinie różnią sie w każdej kwestii, Stan. Jeśli nie masz do mnie innych spraw, kończmy. Jest późno, miałam ciężki dzień, jestem głodna i zmęczona.

– Owszem, mam. Musimy porozmawiać o przyszłości, Melanie. O przyszłości Caseya. – Zamilkł na moment, po czym podjął na nowo: – W przyszłym roku pójdzie do szkoły.

Melanie zerknęła na zegarek, potem popatrzyła tęsknie na sałatkę.

– Wiem o tym, Stan.

– Wiesz też zatem, że mieszkam w dzielnicy, w której znajduje się najlepsza szkoła w mieście?

Znaczenie słów Stana dotarło do Melanie dopiero po chwili. Ogarnęło ją przerażenie. Nie, to niemożliwe, próbowała uspokajać samą siebie. Stan nie mógł mieć na myśli tego, co sobie wyobraziła. Jest przewrażliwiona. Wyciąga pochopne wnioski. W końcu są rozwiedzeni od trzech lat i przez cały ten czas Stanowi w zupełności wystarczały spotkania z synem co drugi weekend.

– Najlepsza? – zapytała. – Według jakich kryteriów? Szkoły w mojej okolicy są wysoko oceniane w lokalnych rankingach. Może nie tak ekskluzywne, niemniej...

– Daj spokój, Melanie. – Mówił spokojnie i cierpliwie, jakby przemawiał do krnąbrnego dziecka. – Chyba już pora, żebyśmy odsunęli na bok nasze osobiste interesy i pomyśleli o tym, co będzie najlepsze dla Caseya.

– Przyznaj, że tobie nie chodzi wcale o „co”, tylko „kto”.

– Być może masz rację.

Melanie zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu. Spełniał się koszmar, który prześladował ją przez pierwszy rok po rozwodzie: że Stan będzie chciał odebrać jej opiekę nad synem.

Ściskała słuchawkę tak mocno, aż zdrętwiały jej palce.

– Wiem, kto jest dla niego najlepszy. Ja. Jestem jego matką, Stan.

– A ja, dla odmiany, jestem jego ojcem. Mogę dać mu stabilny dom z dwojgiem rodziców w jednej z najbardziej szacownych dzielnic Charlotte, bezpiecznej, strzeżonej dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Nie zapominaj o basenie, lekcjach tenisa i lunchach w klubie – powiedziała z sarkazmem w głosie. – Może dla dopełnienia obrazu powinieneś dorzucić coroczne podróże do Europy?

– To są ważne rzeczy.

– Co może być ważniejsze niż miłość, Stan? Miłość i poczucie bezpieczeństwa. Casey jest ze mną od urodzenia. Każda zmiana wprowadzała tylko zamieszanie w jego życie. Poza tym wszyscy jego koledzy z przedszkola...

– Dzieci łatwo się przystosowują.

Powiedział to tak lekko, tak beztrosko. A przecież rozmawiali o życiu Caseya. O jego uczuciach, jego przyszłości i potrzebach. Krew w niej zawrzała na myśl, że mąż mógłby wszystko zniszczyć jedną nieodpowiedzialną decyzją. Wiedziała jednak, że był do tego zdolny.

– Ty sukinsynu – wyszeptała drżącym głosem. – Myślisz wyłącznie o sobie.

– To twoja opinia.

– Nie pozwolę ci zabrać Caseya. Nie oddam ci go za żadne skarby.

– Nie powstrzymasz mnie.

– Mamo?

Obejrzała się. Casey stał w progu i wystraszony patrzył na matkę wielkimi oczami. Dzwonek telefonu musiał go obudzić, jeśli w ogóle zdołał wcześniej zasnąć. Melanie opanowała się natychmiast i uśmiechnęła czule do synka.

– Uciekaj do łóżka, skarbie. Zaraz do ciebie przyjdę, dobrze?

Casey wahał się chwilę, wreszcie zniknął. Melanie wróciła do rozmowy.

– Nie czas teraz prowadzić dyskusje. Odezwę się do ciebie.

– Uprzedzam cię, Melanie: w najbliższym czasie zamierzam wnieść sprawę o przejęcie opieki nad Caseyem. I wygram ją. Taki już jestem, że zawsze wygrywam.