Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 476 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wyścig ze śmiercią - Erica Spindler

Mam kłopoty,  Liz. Coś odkryłam... Obserwują mnie... Te słowa, nagrane na automatyczną sekretarkę w mieszkaniu Liz Ames, były ostatnią wiadomością od Rachel, pastor na wyspie Key West na Florydzie. Potem kobieta przepadła bez śladu. Liz postanawia zrobić wszystko, by dociec prawdy o losach swojej siostry. Przenosi się na Florydę i rozpoczyna prywatne śledztwo. Rajska wyspa okazuje się przedsionkiem piekła, gdzie co i rusz dochodzi do tajemniczych, okrutnych morderstw, a groźne sekty zdobywają coraz więcej wyznawców. I zdaje się to mieć jakiś związek z Rachel...

Rick Wells, były policjant, postanawia pomóc Liz, którą poznał w niezwykłych okolicznościach i obdarzył żywym uczuciem. W głębi ducha pragnie również rozliczyć się z poczuciem winy wobec kogoś, kogo przed laty nie zdołał uchronić przed śmiercią.

Opinie o ebooku Wyścig ze śmiercią - Erica Spindler

Fragment ebooka Wyścig ze śmiercią - Erica Spindler

Erica Spindler

Wyścig ze śmiercią

Przełożył Krzysztof

Tę książkę dedykuję wszystkim ofiarom terrorystycznego ataku na Stany Zjednoczone z 11 września 2001 roku. A także wszystkim bohaterom, którzy wsławili się w czasie tych wydarzeń: strażakom, policjantom, ratownikom, wszystkim dobrym samarytanom oraz pasażerom lotu nr 93 samolotu United Airlines.

Niech Was Bóg błogosławi.

Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając, kogo by pochłonąć.

PROLOG

Key West, Floryda

Piątek, 13 lipca 2001 roku

23.00

Pani pastor Rachel Howard wychyliła się przez okno sypialni, próbując dojrzeć coś przez strugi deszczu. Nagła błyskawica rozdarła niebo, a zaraz potem grzmot wstrząsnął studwudziestoletnią plebanią.

Rachel cofnęła się odruchowo w głąb ciemnej, położonej na parterze sypialni. Wolała, żeby ci, którzy ją obserwowali, nie odgadli, co planowała. Wiedziała, że chcą ją dopaść. Nie miała pojęcia, kim są, ale domyślała się, że jest ich wielu.

On był potężniejszy, niż przypuszczała. Przebieglejszy. I bardziej nikczemny.

Nie doceniła jego wpływów. To był błąd. Jak się okazało – fatalny.

Rachel zamknęła oczy i zaczęła powtarzać pełne pociechy słowa dwudziestego trzeciego psalmu:

– Choćbym nawet szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną [1].

Właśnie na tę noc zaplanowała ucieczkę. Gdyby udało jej się dotrzeć do stałego lądu, mogłaby się zastanowić, co dalej robić. Gdyby...

Poczuła, jak powoli spływa na nią spokój. W śmierci znajdzie swoje wybawienie. Niezależnie od tego, co stanie się dzisiejszej nocy, ciemność jej nie pochłonie.

Rachel zbliżyła się do okna i jeszcze mocniej ścisnęła kopertę w dłoni. Jej przyjaciel przypłynie tu mimo burzy. Na pewno jej nie zawiedzie.

Wiedziała, że zrobi wszystko, co w jego mocy.

Żałowała tylko tego, że narażała jego życie, prosząc o pomoc.

Wyobraziła sobie śmiech i drwiny swoich prześladowców. Bezradność Rachel na pewno ich bawiła. Bawił ich jej Bóg.

Znowu rozległ się grzmot, a w świetle błyskawicy zobaczyła przyjaciela, który w mokrym poncho przemykał przez ogród.

Po chwili był już przy oknie. Rachel poczuła niewysłowioną wdzięczność i ze łzami w oczach wychyliła się, nie bacząc na zimne strugi.

– Weź to i koniecznie przekaż mojej siostrze. – A teraz uciekaj.

Przez chwilę się wahał, ale potem odwrócił się i bez słowa zniknął w potokach deszczu.

Nie mogła już tracić czasu. Chwyciła płaszcz oraz parasol i z kluczykami w dłoni wymknęła się na dwór. Na ścieżce pełno było potarganych deszczem i wiatrem kwiatów poinsecji, zwanej też gwiazdą betlejemską, które tworzyły coś w rodzaju krwawego chodnika.

Toyota Rachel stała za plebanią. Ruszyła wolno w jej stronę, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Nie chciała, żeby domyślili się, co planuje.

Deszcz spływał potokami po parasolu, a potem kaskadą do jej stóp. Poruszała ustami, wymawiając kolejne słowa „Składu Apostolskiego”:

– Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa, Syna Jego jedynego, Pana naszego, który...

Za sobą usłyszała jakiś dźwięk. Odwróciła się, czując, jak serce wali jej w piersi.

– Stephen? – szepnęła. – Stephen, to ty?

Deszcz nagle ustał. Wiatr zamarł. Na twarzy poczuła zatęchły powiew śmierci, jakby tuż przed nią otworzył się stary grobowiec.

Z krzykiem rzuciła się przed siebie. Przed nią zamajaczył kształt samochodu, ale potknęła się na nierównym bruku i wypuściła kluczyki z dłoni. Natychmiast padła na kolana, żeby je podnieść.

Zacisnęła na nich palce. Krzaki zaszeleściły i usłyszała cichy śmiech. Spojrzała do tyłu. W świetle odległej błyskawicy dojrzała błysk metalu.

– Nie! – Zerwała się na równe nogi i pomknęła przed siebie. Znowu się potknęła, ale zaraz złapała równowagę.

W końcu dotarła do samochodu i pociągnęła za klamkę. Był otwarty. Za sobą słyszała coraz głośniejsze hałasy. Nie oglądając się, wskoczyła do wozu i zamknęła drzwiczki. Próbowała włożyć kluczyki do stacyjki, ale udało jej się dopiero za trzecim razem.

Wreszcie uruchomiła silnik. Wrzuciła wsteczny bieg, a z jej piersi wydobyło się głuche westchnienie ulgi. Samochodem lekko zarzuciło na mokrym bruku.

Rachel zmieniła bieg i dodała gazu. Wóz skoczył do przodu niczym dźgnięty ostrogą wierzchowiec. Zaczęła odmawiać w myśli modlitwę dziękczynną. A więc jednak się udało!

Dopiero teraz odważyła się zerknąć za siebie, ale ciemność była nieprzenikniona. Odwróciła się więc w stronę drogi. W świetle reflektorów dostrzegła, że coś zagradza jej drogę. Jakaś postać, która nagle wyrosła tuż przed autem.

Rachel krzyknęła i nacisnęła hamulec, szarpiąc kierownicą w prawo. Samochód wpadł w poślizg i obrócił się wokół własnej osi. Próbowała odzyskać panowanie na nim, ale na takiej nawierzchni mogła liczyć tylko na cud.

Niestety bezskutecznie, bo tuż przed nią pojawiło się drzewo. Rachel zdążyła tylko podnieść ręce, żeby zasłonić twarz, a potem poczuła, jak potężna siła wyrywa ją z fotela.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

St. Louis, stan Missouri

Poniedziałek, 16 lipca

8.40

Liz Ames patrzyła, jak kawa wolno spływa do dzbanka ekspresu. Najpierw ziewnęła, a potem zaczęła przeklinać w duchu wszelkie budziki, nocne loty i potwornie wolne domowe urządzenia. Potrzebowała kawy już teraz, a nie za jakieś pięć minut!

Stwierdziła, że z całą pewnością spóźni się do pracy. Co się z nią stało? Przecież zawsze była punktualna, no i pełna życia. Niezależnie od tego, jak długo spała poprzedniej nocy, nieodmiennie świetnie się czuła.

A teraz ledwo udało jej się zwlec z łóżka.

To przez tego oszusta, jej byłego męża. Zmrużyła oczy z powodu słońca, które zdołało przeniknąć poprzez żaluzje. Od kiedy rozstała się z Jaredem, nic już nie było takie samo. Wszystko jakby od niej odpłynęło...

Nawet Rachel, pomyślała z gorzkim uśmiechem. I to dosłownie, gdyż siostra przeniosła się na Key West, gdzie zaproponowano jej posadę pastora. Właśnie wtedy, gdy Liz przechodziła najgorszy kryzys.

Przeniosła wzrok na mrugające światełko automatycznej sekretarki. Jakaś wiadomość. Powinna zadzwonić do siostry i z nią porozmawiać. Zwłaszcza że ich ostatnia rozmowa, którą odbyły przed miesiącem, bardzo ją zaniepokoiła. Również dlatego, że się wtedy pokłóciły.

W tym momencie ekspres wydał ostatnie pomruki, które wskazywały, że kawa jest już prawie gotowa. Jednocześnie zadzwonił telefon. Liz wcisnęła słuchawkę pod brodę i sięgnęła po kubek.

– Tak, słucham?

– Pani Elizabeth Ames?

Głos należał do mężczyzny. Zapewne jakiegoś urzędnika. Liz nauczyła się rozróżniać ten oficjalny ton, gdyż jako pracownik socjalny często musiała załatwiać sprawy pacjentów kliniki, w której pracowała.

– Tak – odparła. – Przepraszam, czy może pan chwilę zaczekać?

Odłożyła słuchawkę, a następnie napełniła kubek kawą i dolała do niej nieco śmietanki. Otworzyła też szafkę, z której wyjęła leki antydepresyjne, zapisane jej przez lekarza. „Odpowiedź nowoczesnej medycyny na gorszy dzień” – jak głosiło hasło. Wytrząsnęła jedną tabletkę na dłoń i popiła gorącą kawą.

Aż syknęła, ale zaraz podniosła słuchawkę.

– Tak, czym mogę służyć?

– Mówi porucznik Valentine Lopez z policji Key West. Czy pani jest siostrą Rachel Howard?

Liz zamarła, a potem, jakby nagle straciła wszystkie siły, ciężko opadła na krzesło.

– Halo, czy pani mnie słyszy? – dopytywał się policjant. – Jest pani siostrą Rachel Howard, która pracowała jako pastor w Kościele Rajskiej Wspólnoty Chrześcijańskiej na Key West. Podała panią jako najbliższą osobę.

O Boże, co się mogło stać? – pomyślała.

– Tak... tak, oczywiście. Czy... czy z Rachel wszystko w porządku?

– Dzwonię w sprawie pani siostry – ciągnął policjant, jakby nie usłyszał pytania. – Kiedy ją pani ostatnio widziała?

Serce skoczyło jej do gardła.

– No... przed jej przeprowadzką na Key West – wydusiła z trudem.

– Czyli mniej więcej pół roku temu?

– Właśnie.

– A kiedy z nią pani ostatnio rozmawiała?

Liz zamknęła oczy, starając się przypomnieć sobie szczegóły tamtej rozmowy. Odniosła wtedy wrażenie, że siostra jest z jakiegoś powodu przygnębiona, ale kiedy spytała ją wprost, czy coś się stało, zaczęła się wykręcać. A potem szybko zakończyła rozmowę, twierdząc, że wzywają ją obowiązki.

– Jakiś miesiąc temu. Pokłóciłyśmy się. Byłam na nią wściekła.

– Czy mogę się dowiedzieć, z jakiego powodu?

– To sprawy osobiste, panie poruczniku.

– To dla mnie bardzo ważne.

– Cóż, właśnie się rozwodziłam – westchnęła z rezygnacją Liz. – Jeden z moich podopiecznych... Ee, po prostu jej potrzebowałam, a ona nie miała dla mnie czasu. – Poczuła, że brzmi to strasznie dziecinnie, i aż się zarumieniła. – Czy... czy coś się stało?

– A później już się pani z nią nie kontaktowała?

– Nie, ale chciałabym wie...

– I nie miała pani od niej żadnych wiadomości w ciągu ostatnich trzech dni? Żadnych telefonów, e-maili lub listów?

– Nie, ale... – Przycisnęła dłoń do piersi, żeby się trochę uspokoić, i spojrzała na automatyczną sekretarkę. – Ale wyjeżdżałam. Od czwartku nie było mnie w domu i jeszcze nie sprawdzałam wszystkiego, co tu dotarło.

– Więc proszę się ze mną skontaktować, kiedy już pani to zrobi.

Krew nagle uderzyła jej do głowy. Liz poczuła, że robi jej się słabo, i zacisnęła dłoń na słuchawce.

– Ale najpierw chciałabym wiedzieć, co się stało, panie poruczniku – rzekła gasnącym głosem. – Czy... czy coś z Rachel...?

– Pani siostra zaginęła. Miałem nadzieję, że dowiem się od pani, gdzie jej szukać.

ROZDZIAŁ DRUGI

Key West, Floryda

Środa, 31 października

13.30

Liz stała przed położonym na starówce sklepem, który wynajęła, by służył jej jako biuro i mieszkanie. Patrzyła, jak jeden z wynajętych robotników przymocowuje obok drzwi tabliczkę z jej nazwiskiem:

Elizabeth Ames. Dyplomowany Doradca Rodzinny

Wciągnęła głęboko powietrze, próbując się uspokoić. Na miłość boską, przecież to Duval Street! O czym myślała, kiedy podpisywała umowę? To miejsce zupełnie nie nadawało się na punkt konsultacyjny, a w dodatku czynsz był niebotycznie wysoki.

Przybywali tutaj turyści, którzy postanowili odwiedzić Key West, i nawet jeśli wśród nich były osoby z problemami rodzinymi, to nie w tym miejscu szukały na nie recepty. Duval Street często określano mianem najdłuższej ulicy Ameryki, ponieważ ciągnęła się od Atlantyku aż do Zatoki Meksykańskiej. Liz rozejrzała się na prawo i lewo. Oczywiście, mnóstwo ludzi w szortach i sandałach, ze skórą tak różowiutką jak świeżo ugotowane krewetki. Jeśli idzie o modę, obowiązywały okulary przeciwsłoneczne, czapeczki bejsbolowe i zabawne plecaczki, a poruszano się głównie na rowerach i skuterach.

Potem spojrzała na ulicę, gdzie poza rowerami i skuterami było też trochę samochodów i nieliczne harleye. Nikomu się nie spieszyło. Wszyscy przyjechali tu, by się odprężyć w słynnych miejscowych restauracjach, barach, galeriach i sklepach.

O dziwo, również przy tej ulicy znajdował się najstarszy kościół na Key West – Rajska Wspólnota Chrześcijan. Kościół Rachel. To właśnie tu widziano ją po raz ostatni.

Liz popatrzyła w prawo. Ze swego miejsca mogła dostrzec białą dzwonnicę kościoła, która wyrastała ponad korony palm i figowców. Między jej biurem a kościołem znajdował się tylko bar pod nazwą „Rick’s Island Hideaway”.

Poczuła, że ma ściśnięte gardło. I pomyśleć, że jakiś czas temu spotkałaby tu Rachel. Pustka, którą czuła w sercu, stawała się coraz bardziej dotkliwa.

– Tak może być?

Dopiero po chwili zorientowała się, że to robotnik pyta ją o tabliczkę. Mężczyzna wyszczerzył do niej białe zęby, kontrastujące z ciemną cerą. Zapewne jego rodzina pochodziła z Kuby, co nie było niczym dziwnym, zważywszy, że Key West znajdowało się bliżej Hawany niż Miami.

– Oczywiście – odparła, przywołując uśmiech na twarz. – Jest doskonale.

– Nasza wyspa jest jak tajemnicza kobieta – powiedział, zszedłszy z drabiny. – Trudno się wyzwolić spod jej uroku. – Znów się uśmiechnął. – No, dla pani jak prawdziwy mężczyzna. Będzie tu pani szczęśliwa.

Raz jeszcze ukazał swoje zadziwiająco białe zęby.

Liz wciągnęła powietrze i skinęła głową, czując się jak oszustka. Już zdążyła znienawidzić Key West. Przecież właśnie tutaj straciła siostrę.

Mężczyzna złożył drabinę i wziął ją pod pachę.

– Życzę miłego dnia.

Liz patrzyła przez chwilę za nim, a potem weszła do środka, by zająć się rozpakowywaniem paczek z książkami oraz innymi rzeczami. Starała się jakoś ogarnąć chaos, który zapanował w tym pomieszczeniu. Nie było to łatwe zadanie. Co rusz przypominała sobie zaginioną siostrę, a wtedy siadała zrezygnowana na jakiejś pace, żeby zaraz potem zabrać się ze zdwojoną energią do roboty.

Jej terapeuta ostrzegał ją przed takimi stanami ducha. Wręcz błagał, żeby się nie przeprowadzała. Twierdził, że po załamaniu nerwowym jest jeszcze zbyt niestabilna emocjonalnie, co może doprowadzić do niekontrolowanych, skrajnych reakcji, od euforii do depresji.

Jednak Liz czuła się zbyt winna z powodu zniknięcia siostry, żeby zrezygnować z jej poszukiwań. Och, gdyby nie pojechała na tamtą konferencję, być może wszystko ułożyłoby się inaczej. Przecież Rachel do niej zadzwoniła i w dodatku zostawiła na sekretarce dziwacznie brzmiącą wiadomość. Mówiła, że wykryła na wyspie jakąś nielegalną organizację, w którą wplątał się ktoś z jej owczarni. Grożono jej. Znajdowała się pod ciągłą obserwacją, tyle że do końca nie wiedziała czyją. Miała zamiar poszukać pomocy. Na koniec błagała siostrę, by się modliła w jej intencji i... trzymała się z daleka od Key West.

Liz zdusiła w sobie poczucie winy. Musi przede wszystkim myśleć o przyszłości. Złożyła już u odpowiednich władz swój dyplom, który uprawniał ją do podjęcia działalności socjalnej, podobnie jak poprzednio w St. Louis, w zakresie doradztwa rodzinnego. Tyle że teraz będzie pracować na własną rękę, a nie w klinice, z której oczywiście się zwolniła. Wynajęła swój dom i spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, w tym całą masę książek. Musiała się tu przeprowadzić. Nigdy by sobie nie darowała, gdyby tego nie zrobiła.

Podeszła do okna swojego nowego biura i spojrzała niewidzącym wzrokiem na ulicę. Myślami wciąż wracała do Rachel.

Gdzie jesteś, siostrzyczko? Co się z tobą stało? – myślała.

I gdzie ja byłam, kiedy mnie potrzebowałaś?

To ostatnie pytanie poruszyło ją do głębi. Liz zaczęła powtarzać w myśli informacje, których jej udzielono. Rachel nie pokazała się w kościele rano 15 lipca. Jeden z zaniepokojonych wiernych wybrał się więc na plebanię. Okazało się, że budynek, choć otwarty, był zupełnie pusty.

Wezwano policję, która nie znalazła żadnych dowodów przestępstwa. Na plebanii nie było śladów krwi czy choćby walki. Co prawda zniknął wóz Rachel, ale jej przybory toaletowe pozostały na miejscu.

Z braku dowodów uznano, że pastor Howard musiała zginąć w jakimś wypadku albo sama uciekła, być może z powodu załamania nerwowego lub choroby psychicznej.

Policja skłaniała się ku drugiemu rozwiązaniu, po pierwsze dlatego, że ostatnio nie zdarzył się żaden śmiertelny wypadek z niezidentyfikowanymi zwłokami, a po drugie... no właśnie, gdzie podział się samochód Rachel? Jego opis oraz numery przesłano do wszystkich posterunków na terenie całego stanu. Jednak bez rezultatu.

Parafianie w swych zeznaniach podkreślali, że pani pastor ostatnio dziwnie się zachowywała. Jej kazania stały się bardziej radykalne, bez śladu zniknął tak do niedawna charakterystyczny duch przebaczenia. Nie była to jakaś niewielka zmiana akcentów, tylko generalne ich odwrócenie. Doszło do tego, że niektóre rodziny z małymi dziećmi w ogóle przestały przychodzić na nabożeństwa.

Ale Liz jakoś nie chciało się w to wierzyć. Siostra należała do najbardziej zrównoważonych osób, jakie znała. Nawet w dzieciństwie niezwykle trudno było ją wyprowadzić z równowagi. Rachel zawsze potrafiła zachować spokój, niezależnie od tego, co działo się w szkole i w domu. Nie załamywały jej ani złe stopnie, ani ciągłe kłótnie rodziców. Co więcej, była niezłomną opoką dla siostry. Potrafiła tak ją wesprzeć, że Liz wychodziła cało z największych domowych katastrof.

Zapytała ją kiedyś, jak to robi. Rachel odpowiedziała, że całkowicie zawierzyła Bogu i zyskała pewność, że przynależy do Jego świata, dlatego niczego się nie obawiała. Wraz z wiarą spłynął na nią całkowity spokój.

Jeśli więc głosiła kazania, o których opowiadali wierni, musiała to robić z jakichś wyjątkowych powodów. Tylko co mogło ją do tego skłonić?

Liz chyba znała odpowiedź na to pytanie. Ta nielegalna organizacja, jakaś sprzeczna z prawem działalność, którą wykryła na wyspie. Po raz pierwszy usłyszała strach w głosie siostry. Rachel ostrzegała ją nawet, że „oni” mogą podsłuchiwać tę rozmowę.

Liz obawiała się, że to właśnie „oni” mogli ją zabić.

Zacisnęła dłonie w pięści. Natychmiast po odsłuchaniu sekretarki zadzwoniła na policję, jednak niewiele to dało. Porucznik Lopez powiedział jej tylko, że ta wiadomość w oczywisty sposób potwierdza tezę o załamaniu nerwowym.

Liz zaśmiała się ponuro do swoich myśli. Kiedy znowu spojrzała na ulicę, zauważyła grupę nastolatków stojącą przed jej nowym biurem. Niektórzy mogli mieć nawet koło dwudziestki, a jedna z dziewczyn trzymała w nosidełku maleńkie dziecko. Wszyscy rozczochrani, w poszarpanych dżinsach i kolorowych koszulach, przypominali dzieci-kwiaty z lat sześćdziesiątych. Z całą pewnością nie wywodzili się z dobrych rodzin.

Nastolatki z Narodu Tęczy, przypomniała sobie nagle Liz. Rachel kiedyś jej o nich opowiadała. W przeciwieństwie do hippisów, Naród Tęczy był wyjątkowo dobrze zorganizowany, miał nawet własną witrynę internetową. Jego członkowie przenosili się z jednego kraju o umiarkowanym klimacie do drugiego, utrzymując się z żebraniny. Twierdzili też, że w tych okolicach należy do nich zalesiona, ale niezamieszkana wysepka Christmas Tree, która znacznie się powiększyła na skutek rzecznego i morskiego mułu osiadającego na jej brzegach. Rachel chciała nieść tym nastolatkom Dobrą Nowinę. Uważała to za jedno ze swoich najważniejszych zadań.

Ciekawe, jak daleko się posunęła? – zastanawiała się Liz, przyglądając się grupie przed budynkiem. I czy właśnie to nie stało się przyczyną kłopotów siostry?

Jej wzrok spoczął na wysokim, młodym mężczyźnie, gdzieś około dwudziestki. Jakby to wyczuł, bo obrócił się w jej stronę i wbił w nią niechętne spojrzenie. Na jego ustach igrał nieprzyjemny uśmieszek.

Liz pomyślała, że najlepiej będzie, jak się roześmieje albo przynajmniej uśmiechnie równie bezczelnie. Nie była jednak w stanie tego zrobić. Stała tylko jak przykuta, a serce biło jej coraz mocniej.

Młody człowiek po chwili machnął ręką i odszedł wraz z przyjaciółmi.

Liz odetchnęła z ulgą i potarła ramiona. Nagle zrobiło jej się zimno. Dlaczego na nią tak patrzył? Co mu się w niej nie spodobało?

Przesunęła się trochę, żeby spojrzeć na swoje odbicie w szybie. Wychudzona, blada twarz, średniej długości kasztanowe włosy, zielone oczy i nieco za duże usta.

Kiedyś była bardzo atrakcyjna. Miała też pewny siebie uśmiech, który jednocześnie dodawał odwagi innym. Ludzie ją lubili. Przychodzili do niej po to, żeby porozmawiać...

Kiedy to się skończyło? – zaczęła się zastanawiać. Kiedy zniknęła pewność siebie, a zaczął się strach?

Nie! Liz uniosła brodę i spojrzała odważnie na swoje odbicie. Niczego się nie boję! Przyjechałam na Key West, żeby sprawdzić, co stało się z Rachel, i dowiem się wszystkiego, nawet jeśli nikt mi w tym nie pomoże.

Nie dbała o siebie. Chodziło jej tylko o siostrę.

ROZDZIAŁ TRZECI

Czwartek, 1 listopada

23.35

Larry Bernhardt sapał z rozkoszy, kochając się z dziewczętami. Dwiema na raz. Obie były chętne i tak młode, że ich obecność przy jego boku wydawała się czymś przeciwnym naturze. Miały aksamitną skórę i mleczną cerę.

Larry wyprężył się, czując zbliżający się orgazm, zaś one nie ustawały w swych wysiłkach. Bez żadnych zahamowań uwijały się wokół niego, pieszcząc go, liżąc i ssąc. Dookoła unosił się ich zapach – zapach seksu. Larry Bernhardt był prawdziwym szczęściarzem. Władcą świata.

Jako jeden z wiceprezesów Island National Bank żył iście po królewsku, nie szczędząc sobie ziemskich rozkoszy. Jego rezydencja stała nad brzegiem morza na Sunset Key – wysepce powstałej z mułu, ale przekształconej przez deweloperów w prawdziwy raj. Z balkonu swojej sypialni mógł obserwować majestatyczne zachody słońca, kiedy to ognista kula pogrążała się w głębinach oceanu.

To był jego widok i jego słońce. Można je było kupić tylko za pieniądze. Za niewyobrażalną sumę, której nigdy nie zdołałby zarobić legalnie.

Orgazm wybuchł nagle z potworną siłą. Ziemia wstrzymała na moment swój bieg. Czas się zatrzymał. W tej chwili wszystko należało do niego.

Cały zadrżał, a potem nastąpił wytrysk. Przez jego głowę przewaliła się jasność, którą zaraz zastąpiły ciemności. A w nich czaiła się Bestia. Larry czuł, że za chwilę go pochłonie.

Krzyknął głośno i usiadł na łóżku. Jego głos odbił się echem od ścian wielkiego pomieszczenia. Dławiąc się strachem, rozejrzał się po sypialni. Był sam. Żadnych dziewczyn. Strząsnął z nóg przykrycie, które wyglądało jak całun.

Następnie złapał dopitą do połowy butelkę szampana stojącą przy łóżku i pobiegł, jakby go coś goniło, do łazienki. Przez chwilę walczył z szufladką ozdobnej szafki, a w końcu wydobył z niej fiolkę z quaalude’em i wytrząsnął z niej parę tabletek, które popił szampanem.

Środek uspokajający niemal natychmiast przyniósł ulgę. Larry z butelką w ręku ruszył na balkon. Gdy tylko otworzył drzwi, poczuł na twarzy morską bryzę. Wciągnął do płuc słone, morskie powietrze. To rozjaśniło mu umysł. Powoli zaczął zapominać o ciemnościach i czyhającej Bestii. Trzy piętra niżej lśniła lazurowa woda w jego basenie. Dalej był solidny mur i ocean. Jednak Larry przeniósł spojrzenie na patio.

Za bardzo w to wsiąkł. Pozwolił, by nałóg przekształcił się w Bestię. Nie potrafił jej niczego odmówić, a ona miała coraz większy apetyt. Poświęcił jej już wszystko, co było dobre i przyzwoite w jego życiu.

Wiedział jednak, że już nigdy się nie uwolni.

Że oni na to nie pozwolą.

W jego oczach pojawiły się łzy, a następnie pociekły po przywiędłych policzkach. Larry litował się nad sobą. Nad żałosną, zagubioną duszą, na którą czekało już tylko piekło.

Ale nawet ono będzie lepsze niż więzienie, które sam sobie stworzył. Lepiej być wolnym w piekle niż całkowicie zniewolonym tu, na ziemi.

Wytarł łzy, czując, że nareszcie wie, co zrobić. Już dawno powinien był z tym skończyć. Nawet chciał, tylko był zbyt słaby, żeby tego dokonać.

Ale teraz koniec, pomyślał. Postawił szampana na balkonie i wyjął z kieszeni fiolkę z proszkami. Wytrząsnął je wszystkie od razu do ust, a potem sięgnął po butelkę, by je popić. Pił wolno, z przyjemnością.

Do licha, tak lubię szampana, pomyślał. Będzie mi go brakować.

Odstawił butelkę i opadł na ciepłe płytki balkonu. Powoli doczołgał się do balustrady, czując, jak mu się pocą dłonie, a serce bije coraz szybciej. Uniósł się nieco, żeby spojrzeć w dół.

Przynajmniej raz się nie podda. Przynajmniej raz będzie silny.

Niech robią to bez niego. Niech sami się z tym męczą. W końcu i tak wszyscy usmażą się w wiecznym ogniu.

Nagle z ciemności przemówiła do niego Bestia. Prosiła go i błagała, a Larry czuł, że jest doprowadzony do ostatecznych granic. „Nie rób tego – mówiła. – Musisz zwyciężyć nieprzyjaciół. Jesteś przecież władcą świata. Zawsze robisz, co chcesz”.

Larry zachichotał wysoko, po dziewczęcemu. Właśnie robił, co chciał.

Miał już tylko dosyć czekania.

Olbrzymim wysiłkiem woli uniósł się przy balustradzie i pochylił w stronę ciemności. Ciężar ciała był na tyle duży, że Larry nie musiał używać siły, żeby spaść. Przez moment wyobrażał sobie, że nauczył się latać. U ramion wyrosły mu skrzydła i pofrunął wprost nad ocean. Daleko od siebie i Bestii, która go prześladowała.

A potem już nie mógł sobie nic wyobrazić.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Sobota, 3 listopada

9.30

Bar Ricka, „Island Hideaway”, stanowił kwintesencję tego typu lokali na Key West. Z głośników sączył się głos Jimmy’ego Buffeta, podawano świetne mrożone margarity, a klienci rzadko nosili coś poza szortami i hawajskimi koszulami. Wystrój wnętrza miał morski charakter, włączając w to wypchaną Istiophorus orientalis oraz zdjęcie z autografem najsłynniejszego rezydenta wyspy, Ernesta Hemingwaya. To samo, które znajdowało się w niemal wszystkich barach przy Duval Street.

Nie należy też pomijać samego barmana, który czarował całe otoczenie.

Rick Wells po prostu taki był. Przychodziło mu to w zupełnie naturalny sposób. Korzystał z tego daru, ale wcale nie był z niego dumny. Doskonale wiedział, że promienny uśmiech też może być ucieczką przed ludźmi.

– Czym mogę służyć? – spytał mężczyznę, który usiadł na wysokim stołku za barem. Jego wykrochmalona i wyprasowana koszula, a także widoczny kac wskazywały, że jest turystą. I to z całą pewnością nie takim, który wpadł tu na poranną kawę.

– Jeden czarny wujek Jack. Bez lodu.

Jack Daniels z czarną etykietą? O tej porze kawa byłaby zdecydowanie bardziej odpowiednia. Ale Rick nie był ani ojcem tego faceta, ani jego pastorem. Nalał więc whiskey do szklaneczki, którą pchnął w jego stronę.

– Dobrze się pan wczoraj bawił?

Mężczyzna skinął głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

– Fajnie tutaj. – Rozejrzał się dookoła. – Nie wie pan, gdzie mógłbym kupić najnowszego „New York Timesa”?

– Na wyspie ciężko go dostać. Sprzedaje się jak świeże bułeczki, a w dodatku parę razy drożej. To ta odległość.

Turysta zaklął pod nosem.

– Wspaniale! Moja żona będzie jeszcze bardziej wściekła. – Potrząsnął głową. – Im starsze te żony, tym mniej mają poczucia humoru.

Rick wzruszył ramionami.

– Trudno mi powiedzieć. Nie mam żadnych doświadczeń w tej dziedzinie.

Klient spojrzał na niego zazdrośnie.

– Kawaler, co?

– Od jakiegoś czasu. – Rick starał się powiedzieć to lekkim tonem, ale coś zaczęło go dusić w piersi.

– Niech pan uwierzy na słowo, że to prawda. – Facet wypił whiskey jednym haustem i postawił szklaneczkę przed Rickiem. – No proszę, nie ma „Timesa”. – Jeszcze raz potrząsnął głową z niedowierzaniem, ale i lekkim rozbawieniem. – Wygląda pan na takiego, co lubi trzymać rękę na pulsie. Jak pan sobie z tym radzi?

– Trzeba coś poświęcić, żeby móc żyć w raju – rzekł Rick z uśmiechem, nalewając mężczyźnie bursztynowego płynu. – Poza tym nic to nie zmieni, jeśli przeczytam o czymś po jakimś czasie. Po prostu później będę wkurwiony. Albo zmartwiony.

– Ma pan rację. Po jedenastym września lepiej niczego nie czytać i nie oglądać telewizji.

– Jeśli idzie o informacje, najlepszy tutaj jest „Miami Herald”.

Turysta wychylił drugą szklaneczkę.

– Ma pan go?

– Jasne. – Rick sięgnął pod bar po swój egzemplarz, który zdążył już przeczytać od deski do deski. – Proszę bardzo.

– Dziękuję, chciałem...

– Marty! – odezwała się karcąco kobieta, która patrzyła z niesmakiem od drzwi na rozpartego przy barze mężczyznę. – Myślałam, że poszedłeś po gazetę dla mnie.

Turysta przewrócił oczami i wstał.

– Już ją mam, dziubeczku. – Położył na ladę dziesięciodolarowy banknot, wziął gazetę i pospieszył do żony.

– Miło mi było pana poznać – rzucił za nim Rick, a potem uśmiechnął się na widok nowego gościa.

Valentine Lopez, czyli po prostu Val, był jego najstarszym kumplem na wyspie.

– Proszę, proszę – cmoknął, przyglądając mu się uważnie. – Dick Tracy z Key West we własnej osobie.

Val posłał mu pełen wyższości uśmiech.

– A ty co, stary? Ciągle marnujesz się za barem?

– Gdzieś muszę. – Rick wzruszył ramionami. – Widocznie mam do tego talent. – Wskazał wysoki stołek. – Klapnij sobie.

Obaj pochodzili z wyspy, chociaż z zupełnie innych środowisk. Rodzina Ricka przeprowadziła się tutaj na jakiś czas przed jego urodzeniem. Ojciec był lekarzem, a matka należała do śmietanki towarzyskiej West Palm Beach. Oboje w czasie wakacji złapali coś, co miejscowi określali mianem „gorączki Key West”. Jeszcze zanim skończył się ich tygodniowy urlop, zdecydowali, że chcą tu zostać. Ojciec sprzedał swój dom i gabinet w Tampie i otworzył nowy na wyspie.

Natomiast rodzina Vala wiele lat temu przeprowadziła się tu z Kuby. Jego przodkowie zajmowali się zarówno wyrobem cygar, jak i połowem gąbek, a nieżyjący już ojciec miał własny stateczek do połowu krewetek. Było to miłe zajęcie, ale niezbyt popłatne.

Gdyby dorastali gdzie indziej, nie mieliby zapewne szans na to, żeby się poznać, nie mówiąc już o tym, by się zaprzyjaźnić. Jednak pomimo różnic majątkowych i innych stali się sobie bliscy niczym bracia. Ich przyjaźń tylko raz stanęła pod znakiem zapytania – kiedy Rick ożenił się z dziewczyną, w której Val był po uszy zakochany.

Val usiadł przy barze.

– Możesz mi zrobić kawę z mlekiem?

– Najlepszą cafècon leche na wyspie!

– Moja mama by się z tym nie zgodziła.

– Dobra, wystarczy mi srebrny medal. Wolę nie sprzeczać się z twoją matką.

Rick zabrał się do przyrządzania kawy po kubańsku z gorącym mlekiem.

– A co u ciebie w pracy? – spytał nieco głośniej, gdyż ekspres zaczął właśnie wypluwać smolisty płyn.

– To mogłaby też być twoja praca, gdybyś odrobinę wydoroślał – rzucił Val.

W skład oddziału policyjnego na Key West wchodziło osiemdziesięciu jeden oficerów i dwadzieścia dwie osoby personelu cywilnego. Val w stopniu porucznika był już samodzielnym śledczym i jako jeden z pięciu podlegał bezpośrednio szefowi całego oddziału.

– Moja praca? To tak już cienko przędziecie, stary?

Val spojrzał na niego poważnie.

– Nie żartuję, Rick. Przecież jesteś gliną. I to jednym z najlepszych, jakich...

Rick pokręcił głową.

– Byłem gliną – poprawił go dobitnie, stawiając cafècon leche przed kumplem. – Dawno, dawno temu.

– Jesteś gliną – powtórzył z naciskiem Val. – Masz to we krwi. Nie tak łatwo z tym skończyć.

– Dość tego – mruknął Rick. – Przestań!

– Przecież to było ponad trzy lata temu. Powinieneś dać sobie spokój...

Rick poczuł nagłe dławienie w gardle.

– Tylko mi nie mów, co powinienem, a czego nie powinienem. Nigdy tego nie zapomnę! Nigdy.

Zamilkli. To prawda, że jeszcze trzy lata temu Rick pracował w policji. Najpierw w Miami-Dade, a potem w Departamencie Policji Key West. Miał opinię faceta od trudnej roboty, takiego, który nie cofa się przed niczym.

Z Miami przygnała go tutaj tragedia. Jego żona miała raka jajników. Choroba była już na tyle zaawansowana, że wszystko trwało zaledwie parę miesięcy. A potem, nieutulony w żalu, postanowił wrócić na Key West, gdzie jego rodzina mogła mu pomóc w wychowywaniu pięcioletniego syna, Sama. Chłopiec bardzo potrzebował przyjaźni i opieki po śmierci matki.

Val szybko znalazł mu miejsce w Departamencie Policji Key West. Rick cieszył się z tego, chociaż zajmował się mniej ważnymi i niezbyt skomplikowanymi sprawami. Polubił też leniwy rytm małego miasteczka.

Jednak jego spokój nie trwał długo. Parę miesięcy później dwóch uzbrojonych mężczyzn wtargnęło do jego domu. Obudzony strzałami i zupełnie zdezorientowany Sam dostał się w krzyżowy ogień. Późniejsza analiza balistyczna wykazała, że zginął od kuli ojca.

Val odsunął niedopitą kawę i wstał.

– Mam już dość – mruknął. – Idę.

– Nie bądź taki. Wypij przynajmniej swoją kawę, bo ci przyłożę.

– Ty mi? – zarechotał, ale sięgnął po filiżankę. – Nie wygłupiaj się, stary. Przecież zupełnie straciłeś formę.

Bardzo różnili się między sobą. Val był niski i kościsty, z zasupłanymi muskułami i oliwkową cerą, a Rick prawie dwumetrowy, z potężnymi barami i jasną cerą oraz blond włosami.

– Tak sądzisz? – Rick spojrzał na swój brzuch. – Popatrz, ani grama tłuszczu.

Val pokręcił głową.

– To kwestia treningu, stary. Moje ciało to zabójcza broń, a twoje... – zawiesił głos i wykonał nieokreślony gest.

Kumpel wybuchnął śmiechem.

– Czy przypadkiem nie mówisz tego samego kobietom? Chciałbym cię ostrzec, że to tani chwyt.

– To ty tak uważasz. Ale dla dziewczyn to prawdziwa ambrozja – stwierdził Val, zaprzysięgły kawaler i miłośnik dam.

– Przepraszam, ale chce mi się rzygać.

– Wiem, że trudno ci się z tym pogodzić, ale to prawda. Dziewczyny ciągną do mnie jak do żłobu...

– Chyba do żłoba – wtrącił Rick.

– Mógłbym ci nawet jakąś znaleźć, gdybyś nie był taki dowcipny – mruknął urażony Val.

– Nie, dzięki. Nie skorzystam.

Policjant nagle spoważniał.

– Minęły przecież już cztery lata od śmierci Jill...

Rick odwrócił wzrok i spojrzał w stronę rozsłonecznionego prostokąta drzwi.

– Ten facet, który przed chwilą wyszedł, zazdrościł mi tego, że jestem wolny. A ja tak chciałbym na nią ponarzekać, tak jak ten gość na swoją żonę...

Val zaklął pod nosem.

– Przepraszam, stary, nie wiedziałem.

– Daj spokój. Przecież to mój problem...

Milczeli przez chwilę, a Val w tym czasie dopił kawę, wcale nie czując jej smaku. Wreszcie się podniósł.

– Muszę już iść. Robota czeka.

– Coś ciekawego?

– Jedna zaginiona.

– Czyli tak naprawdę ktoś gdzieś wyjechał...

– Licho wie. – Val pokręcił głową. – Pracownica zarządzająca siecią komputerową Island National Bank nie pojawiła się wczoraj w pracy. Znajomi i pracownicy próbowali się z nią skontaktować, ale na próżno, dlatego dziś rano złożyli oficjalne zawiadomienie.

Rick zmarszczył brwi.

– Mówisz o Naomi Pearson?

– Mhm. Znasz ją?

– Nie zapominaj, że jestem barmanem. To ktoś więcej niż spowiednik. Znam niemal wszystkich na tej wyspie. – Przymknął oczy, starając się przypomnieć, kiedy po raz pierwszy ją spotkał. – Brałem kredyt w banku na budowę baru. Mam nadzieję, że to nic poważnego.

– Na pewno. Może poznała jakiegoś faceta i postanowiła zrobić sobie urlop? – Val zasalutował. – Zadzwoń do mnie kiedyś. Znasz telefon.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Sobota, 3 listopada

16.30

– Cześć, szefie! – krzyknął w stronę Ricka Mark Morgan, który właśnie wszedł do „Island Hideaway”. – Co tam słychać w wielkim świecie?

Rick stał odwrócony plecami do drzwi i oglądał lokalne wiadomości w przymocowanym do sufitu telewizorze. Teraz spojrzał przez ramię i uśmiechnął się do młodego, ledwie dwudziestoletniego pracownika.

– W Homestead ogłosili alarm w związku z wąglikiem. Ale okazało się, że to zazdrosny mąż wysłał żonie, z którą się właśnie rozwodzi, list z białym proszkiem.

– Mówili, co to było? – spytał Mark.

– Tak, krochmal. Ale i tak zamknęli cały biurowiec, w którym pracowała ta kobieta. – Rick potrząsnął głową. – Sam nie wiem, co się teraz dzieje z ludźmi.

Młody mężczyzna wzruszył ramionami.

– Wszyscy powariowali.

Rick znowu zerknął na ekran.

– Poza tym podali, że znacznie mniej osób wzięło udział w tegorocznym Fantasy Fest. Zresztą wcale się nie dziwię.

Mark nigdy wcześniej nie widział tak dzikiej zabawy w czasie Halloween jak Fantasy Fest. Trwała ona aż dziewięć dni i kończyła się balem przebierańców na Duval Street.

– Jeśli w tym roku było mało ludzi, to co będzie, jak wszystko wróci do normy? – jęknął.

Rick wyłączył telewizor.

– Dzwoniła Libby, że będzie trochę później.

– Nie szkodzi. Mogę zostać dłużej.

Libby, jedna z barmanek i wielce rozrywkowa dziewczyna, bez przerwy się spóźniała, bowiem po wesołych imprezkach musiała dojść do siebie. Mark z uśmiechem podbił raz jeszcze swoją kartę. Wiedział, że mu się to opłaci. Rick potrafił być łagodny, ale też wymagający wobec swoich pracowników, a Mark bardzo lubił pracę w jego barze.

Tak jak wiele osób na Key West, pojawił się tutaj stosunkowo niedawno. Dwa lata temu skończył szkołę w Humble w stanie Teksas i, ku rozczarowaniu rodziców, stwierdził, że na razie ma dosyć nauki i chce poznać świat. Przez jakiś czas wałęsał się po południowo-wschodniej części kraju, a potem zakotwiczył się na trochę na Florydzie, z której przeniósł się na Key West.

Do baru trafił przypadkiem. Przyciągnęła go informacja w oknie, że właściciel szuka pracowników. Rick porozmawiał z nim chwilę, dobrze się mu przyjrzał i z miejsca zatrudnił. Mark nie wiedział, czy dlatego, że dobrze im się rozmawiało, czy też z powodu jego abstynencji, która była czymś rzadkim na wyspie.

– A jak ci minął dzień? – spytał jeszcze Rick, kierując się do wyjścia.

Mark pomyślał o swojej dziewczynie, Tarze. Wydzwaniał do niej przez pół dnia, ale w ogóle się nie odezwała. Czyżby po trzymiesięcznej znajomości już się nim znudziła?

Jednak tylko machnął ręką, udając obojętność.

– Nic specjalnego. A co u ciebie?

– Wszystko w porządku. Sporo klientów, ale bez przesady. Rano wpadł Val.

– Fajnie. – Mark włożył fartuch i stanął za barem.

W stanie Floryda trzeba było skończyć dwadzieścia jeden lat, żeby podawać alkohol, ale Mark zajmował się wszystkim pozostałym, od zmywania aż do uzupełniania zapasów i sprzątania po gościach. Nie była to szczególnie eksponowana praca, ale wiedział, że ma jeszcze czas.

– Czym się najpierw zająć? – spytał jeszcze szefa.

– Pomyj kieliszki przed wieczornym szczytem, a potem przetrzyj stoliki i pozamiataj.

– Tak jest.

Rick wyszedł, żeby trochę rozprostować nogi i zaczerpnąć świeżego powietrza. Mark pracował w skupieniu, wciąż powracając myślami do Tary. Poznali się niedługo po tym, jak znalazł pracę u Ricka. On pracował, a ona przyszła zabawić się z przyjaciółmi. Jednak wystarczyło, że na siebie spojrzeli i natychmiast poczuli owo specyficzne napięcie.

To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Problem polegał na tym, że Tara miała dopiero siedemnaście lat i musiała myśleć o szkole. Co gorsza, należała do zgranej paczki, za którą Mark nie przepadał. Ci młodzi ludzie nie stronili od narkotyków i seksu. Wierzyli tylko w to, co mogli zdobyć, i przeczyli istnieniu Boga oraz innych wyższych wartości. Ich ideologia stanowiła całkowite zaprzeczenie tego, w co sam wierzył.

Kiedy się o tym dowiedział, natychmiast postanowił zerwać z Tarą, ale ona błagała, żeby tego nie robił. Twierdziła, że go kocha i że zmieni zarówno styl życia, jak i środowisko.

Lecz do tej pory jej się to nie udało, a to dlatego, że nie poparła swoich słów czynami. Tak przynajmniej uważał Mark.

Czyżby w końcu zdecydowała się na jakiś poważniejszy krok? – zastanawiał się, odstawiając tace z czystymi kieliszkami na miejsce. A może bawi się w jakimś okolicznym barze? Może jest z innym chłopakiem?

Nagle poczuł, jak narasta w nim gniew. Mark starał się nad nim zapanować. Gniew był jednym z jego wrogów, a poza tym stanowił śmiertelny grzech. To właśnie z jego powodu wpakował się w tarapaty – i to poważne.

Tara na pewno się zmieniła, pocieszał się w duchu. Musi jej wierzyć, musi mieć do niej zaufanie. Przecież ją kocha.

Westchnął ciężko. Dziewczyna zupełnie nie rozumiała jego religijności, a on tego, jak mogła się bez niej obyć. Sam wychował się w tradycyjnej rodzinie baptystów i religia od dzieciństwa odgrywała dużą rolę w jego życiu, tak dużą, że do szkoły średniej szedł z mocnym postanowieniem, iż zostanie pastorem. I dopiero na parę miesięcy przed jej ukończeniem zmienił decyzję.

Nagle poczuł, że powołanie kieruje go gdzie indziej.

Ta zmiana zbulwersowała i zmartwiła całą jego rodzinę. Ojciec prosił go, żeby jeszcze raz rozważył swoje postanowienie, a matka rozmawiała w jego sprawie z miejscowym pastorem. Ale Mark nie zmienił zdania. Twierdził, że musi najpierw poznać, czym jest grzech, by móc go skutecznie zwalczać. Inaczej nie mógłby przecież doradzać innym.

Rick pojawił się z powrotem w towarzystwie pary sympatycznych turystów i znowu stanął za barem.

Mark uśmiechnął się do nich, ale sam zajął się ustawianiem kieliszków na półkach. To szef doradzał małżonkom, gdzie znajdą najlepsze łowiska i gdzie można wynająć solidnego przewodnika. On natomiast miał jeszcze chwilę, by rozważyć swoją sytuację. Jego słowa sprawdziły się co do joty. Rzeczywiście tkwił teraz w grzechu i miał coraz mniej siły, by z nim walczyć.

Kiedy skończył z kieliszkami, zajął się przecieraniem stolików i krzeseł, a zarazem co rusz zerkał niespokojnie na zegar, świadomy tego, że za chwilę zaczną pojawiać się nowi goście. W końcu przyszła Libby, która od razu zaczęła flirtować z dwoma klientami. Mark widział ich tu wcześniej. Zawsze przychodzili razem i nosili te same czapeczki Miami Dolphins.

Gdzie się podziewa Tara? I dlaczego nie odpowiedziała na jego nagrane wiadomości? Te myśli atakowały go coraz natarczywiej.

Ostatnio dziwnie się zachowywała, sprawiała wrażenie bardzo zagubionej i dużo płakała. Sporo też schudła i wyglądała na chronicznie zmęczoną. Pod jej oczami pojawiły się nawet cienie, które w żaden sposób nie chciały zniknąć.

Być może wcale go nie kocha. Może woli swoich przyjaciół oraz łatwe życie.

Ledwie zdołał przetrzeć ostatni stolik, a w barze pojawili się nowi goście. Szybko zabrał się do zamiatania i zdołał na chwilę zapomnieć o swojej dziewczynie. A potem zrobiło się jeszcze tłoczniej.

Dopiero koło szóstej miał trochę czasu, żeby zadzwonić do niej po raz kolejny. Kiedy usłyszał jej głos, najpierw poczuł ulgę, a potem ogromną złość.

– Gdzie byłaś? – zapytał z pretensją.

– Nigdzie – rzuciła obronnie.

– Dzwoniłem do ciebie pięć razy. Nagrałem się na sekretarkę...

– O rany, chyba wysiadła!

Poczuł nagle wyrzuty sumienia, które natychmiast zdławił. Przecież ona też mogła do niego zadzwonić.

– Czy rozmówiłaś się może ze swoimi kumplami? Czy powiedziałaś im, że nie chcesz mieć z nimi nic wspólnego?

– Dlaczego od razu na mnie napadasz? – jęknęła. – Przecież nie zrobiłam nic złego. Z nikim się dzisiaj nie widziałam.

Mark wypuścił ze świstem powietrze z płuc. Miał już tego dość. Żałował, że nie zerwał z Tarą już dawno temu. Powinien był to zrobić, gdy tylko odkrył, w jakim towarzystwie się obraca.

– Przyrzekłaś mi, że to zrobisz, Taro. – Westchnął.

– To nie takie proste! Nic nie rozumiesz...

– A może wcale ci na mnie nie zależy? Może chcesz po prostu, żebym dał ci spokój?

– Nie, nie! Przecież wiesz, że cię kocham, ale... – Głos jej się załamał. – Ale... dzisiaj...

Urwała nagle, a on nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Powoli narastała w nim frustracja, za którą czaiła się rozpacz. Dlaczego, do licha, właśnie w tej dziewczynie musiał się zakochać?!

– Mam już dosyć twoich wykrętów, Taro. Ciągle mówisz, że mnie kochasz, a potem...

– Muszę już kończyć...

– Nie, zaczekaj! Cały dzień się martwiłem, a teraz...

Znowu musiał przerwać. Tym razem przeszkodził mu Rick, który zajrzał na zaplecze.

– Mark, mamy nowych klientów.

Skinął głową i wyciągnął w górę palec, pokazując, że za chwilę kończy. Kiedy został sam, rzucił do słuchawki:

– Porozmawiajmy jeszcze chwilę.

– To może się spotkamy? – W tle usłyszał głosy jej rodziców. – Tam gdzie zawsze.

Mark z trudem przełknął ślinę.

– Jesteś pewna? Ostatnio w ogóle się nie pokazałaś!

– Przyjdę. Ba... – głos jej się znowu załamał – bardzo cię kocham.

Tara odłożyła słuchawkę, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Stał jeszcze przez chwilę przy telefonie, czując, jak narastają w nim sprzeczne uczucia. W końcu jednak obrócił się na pięcie i pospieszył do wnętrza baru. Rick posłał mu pełne niepokoju spojrzenie.

– Wszystko w porządku? – spytał.

Mark wahał się przez chwilę. Rick był inteligentnym facetem, a w dodatku chyba go lubił. Być może zdołałaby mu jakoś pomóc, znaleźć wyjście z tej sytuacji...

Już otworzył usta. Chciał zacząć od Tary i jej przyjaciół, ale przyszło mu do głowy, że Rick może powiadomić o wszystkim jej rodziców, a oni obrócą swoją złość przeciwko chłopakowi córki. Być może nawet oskarżą go o deprawację nieletniej...

Mark do tej pory ich nie widział. Tara wściekała się, kiedy o nich pytał, a ze dwa razy nawet wpadła w histerię, gdy usiłował ją skłonić, by go im przedstawiła. Mówiła tylko, że są bardzo surowi i że na pewno zabronią jej spotykać się z kimś, kto nie pochodzi z wyspy. Bała się, że się czegoś dowiedzą od jej znajomych, dlatego nalegała, by utrzymywali w tajemnicy to, jak głęboko są zaangażowani w swój związek.

Mark chrząknął i uśmiechnął się do szefa.

– Jak najbardziej. Chyba najwyższy czas wracać do pracy.

Niewielki, ale pełen roślin i otoczony murem ogród koło świątyni Rajskiej Wspólnoty chrześcijan stał się od jakiegoś czasu ich prawdziwym rajem. Mimo że zamykano go po zmroku, Tara, która należała do tej kongregacji i oprowadzała po niej turystów, miała klucz do furtki.

Po raz pierwszy kochali się tu na miękkiej trawie, pod jaśminem, który wypełniał ich nozdrza odurzającym zapachem, mieszając się z wonią oliwek i imbiru. Było to tak cudowne doświadczenie, że Mark gotów był nawet zapomnieć, iż popełnił grzech.

Nie zawarli przecież ślubu, a ponadto Tara była niepełnoletnia. W dodatku wdarli się na teren kościoła i grzeszyli tuż pod nosem Pana Boga.

Ale czy to na pewno był grzech? Przecież się kochali i przysięgali sobie, że się nigdy nie rozstaną!

Mark poczuł jednak wyrzuty sumienia, kiedy stanął przy furtce. Spojrzał na zegarek. Dochodziła trzecia nad ranem, wciąż było ciemno, a na ulicy nie było już ludzi. Od razu zauważył, że zamek jest otwarty. Pchnął furtkę i wszedł do środka.

– Taro! – szepnął, starając się przeniknąć mrok.

Zamknął starannie furtkę i ruszył w głąb ogrodu. Jakiś spłoszony ptak krzyknął na znak protestu i przeleciał gdzieś dalej.

Tuż za nim trzasnęła gałąź. Mark podskoczył ze strachu.

– Taro, przestań się ze mną bawić.

Nikt mu nie odpowiedział. Mark zaczął bacznie się rozglądać dookoła, a jego oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Znowu chciał zawołać Tarę, tym razem głośniej, ale właśnie wyszła zza figowca. Niewielka figurka w białej sukience.

Jego radość na jej widok mieszała się z irytacją. Miał wrażenie, że dziewczyna specjalnie się z nim drażni.

– Dlaczego się nie odzywałaś? – spytał, podchodząc bliżej. – Przez chwilę myślałem, że... coś się stało. Że wcale cię tu nie ma.

Coś zalśniło w mdłym świetle księżyca. Dopiero wtedy zauważył, że płakała. Pogładził jej mokry policzek.

– Co się stało?

Tara zakryła twarz dłońmi i potrząsnęła długimi, ciemnymi włosami.

– Musimy porozmawiać – westchnął i przyciągnął ją do siebie. – Mam prawo wiedzieć, o co chodzi.

Jej wielkie, ciemne oczy wypełniły się łzami.

– Byłam dzisiaj u lekarza. Powiedział, że... że... – Wybuchnęła płaczem.

Z Marka natychmiast wyparowała wszelka złość. Poczuł, że coś go dławi. Z trudem wydobył z siebie głos:

– Ale myślałem, że... byliśmy ostrożni.

Tara jeszcze mocniej pociągnęła nosem, a on zganił się w duchu za ten brak taktu. No cóż, byli ostrożni... ale jak widać, niewystarczająco.

– Nie płacz, Taro. Wszystko będzie dobrze. Pamiętaj, że cię kocham.

– Co my teraz zrobimy? – jęczała dziewczyna. – Skąd wezmę pieniądze na aborcję...

– Wykluczone! – przerwał jej. – To w ogóle nie wchodzi w rachubę. – Ścisnął mocno jej ręce. – Przecież to nasze wspólne dziecko, owoc naszej miłości... Pobierzemy się i tyle! – zakończył z całą mocą.

– Ale... jak? – szepnęła, tuląc się do niego. – Bardzo się boję, Mark.

– Zaopiekuję się tobą i... i dzieckiem. Przyrzekam.

Tara uniosła nieco głowę i spojrzała mu w oczy.

– I... będziemy szczęśliwi? Obiecujesz?

Pomyślał, że jest jeszcze bardzo młoda i niedojrzała. Zbyt młoda, żeby zostać żoną i matką.

Zresztą to samo dotyczyło jego. Właśnie znalazł się na życiowym zakręcie i kompletnie nie miał pojęcia, czego tak naprawdę chciał. Przypomniał sobie swoje dawne marzenia i uśmiechnął się gorzko.

Nagle strach przeszył mu serce. Co on najlepszego zrobił? Przecież Tara była bliżej szatana niż Boga! Jaką będzie matką? I jakim wzorem dla jego owieczek, jeślii kiedykolwiek zostanie pastorem?

Już za późno, żeby tym się przejmować, pomyślał natychmiast.

Już niedługo urodzi im się dziecko. Zostanie ojcem...

Nagle zrozumiał, że musi dać ukochanej silne oparcie. Musi wspierać ją zarówno duchowo, jak i własnym przykładem. Być może Tara nie wierzy w Boga, ale na pewno wierzy w niego. Kocha go. I on ją kocha.

To jest coś, z czym można zaczynać wspólne życie.

Przytulił ją raz jeszcze, ale teraz mocniej i pewniej.

– Pamiętasz, jak mówiłem ci, że coś mnie ciągnęło na Key West? Czułem, że Bóg ma tu dla mnie jakieś zadanie...

– Tak, ale co to ma wspólnego...?

Położył palec na jej ustach.

– Myślę, że to było właśnie to. On chciał, żebym założył tu rodzinę.

Dziewczyna westchnęła i spojrzała mu prosto w oczy.

– Naprawdę tak sądzisz? – spytała z radością i nadzieją.

– Tak – odparł, czując, że sam ma coraz mniej wątpliwości. – Niech prowadzi nas Bóg. Musimy wypełnić Jego wolę, a wtedy wszystko będzie dobrze.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Poniedziałek, 5 listopada

8.45

Śledcza Carla Chapman, walcząc ze skurczami żołądka, przykucnęła przy rozkładających się szczątkach Larry’ego Bernhardta. Wyglądało na to, że mężczyzna nago wyskoczył ze znajdującego się na trzecim piętrze balkonu. Spadł twarzą w dół. Domyślała się, że miał wiele złamań, a także krwotok wewnętrzny i ogólne obrażenia. Nie zginął od razu, bo zdołał przeczołgać się z półtora metra, zanim się poddał.

Biedak. To musiała być straszna śmierć.

Carla zauważyła fiolkę po lekarstwach, która wystawała spod lewego ramienia denata. Pochyliła się, by dojrzeć etykietę. Quaalude.

A może jednak nie było tak źle, pomyślała.

Mrużąc oczy, spojrzała w górę. Słońce świeciło jasno. Prognozy zapowiadały bezchmurny dzień i temperaturę powyżej trzydziestu stopni. I tak od trzech dni. Prawdziwe piekło.

To oznaczało, że szczątki Bernhardta prażyły się tu już od jakiegoś czasu. Lekarz sądowy powinien określić przybliżony czas zgonu, jednak Carla wiedziała, że ustalenie dokładnej godziny będzie bardzo trudne. Działanie słońca przyspieszyło rozkład, całkowicie zmieniając dane dotyczące zesztywnienia mięśni, temperatury ciała i stopnia zsinienia.

No nic, trzeba zostawić to lekarzowi, stwierdziła, spoglądając w stronę gospodyni Bernhardta, która kręciła się koło drzwi. Kobieta wyglądała tak, jakby za chwilę miała uciec stąd z krzykiem. Co jakiś czas zerkała w stronę byłego szefa, coraz bardziej blednąc. W rękach trzymała różaniec i szeptała posiniałymi ustami: „Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna, Pan z Tobą...”.

Carla natychmiast przypomniała sobie tę modlitwę, a potem swoje dzieciństwo. Kiedy ostatnio się modliła? Kiedy była na mszy? Kiedy spowiadała się i przystąpiła do komunii?

„Więcej grzechów nie pamiętam. Proszę o rozgrzeszenie i o naznaczenie pokuty...”.

Od czego zacząć? Czy musi spowiadać się ze wszystkich swoich przewin, czy tylko z tych, które pamięta?

– Czy... mogę już iść?

Policjantka zamrugała i znowu spojrzała na gospodynię. Zrobiło jej się żal tej kobiety. Przyszła dziś do pracy i z miejsca natknęła się na oblepione muchami szczątki swojego chlebodawcy. Nie dość, że fatalnie zaczęła dzień, to jeszcze straciła posadę.

– Niech pani lepiej wejdzie do domu. Chciałabym jeszcze zadać pani parę pytań – powiedziała Carla.

Kobieta z ulgą skinęła głową i pospieszyła do środka. Śledcza patrzyła przez chwilę za nią, a potem skierowała wzrok na balkon. Stał na nim Val i patrzył w jej kierunku.

– Coś do mnie, poruczniku?

– Jeśli skończyłaś na dole, chodź tutaj – odkrzyknął. – Trzeba to wszystko przejrzeć.

– Dobra, już idę. – Carla wyprostowała się. – Mam tutaj opakowanie po quaaludzie.

Zwierzchnik skinął głową.

– Zdaje się, że popił proszki butelką Dom Perignona. Przynajmniej miał lżejszą śmierć. Zostaw to wszystko chłopakom z ekipy technicznej. Już tu jadą.

Carla nawet nie obejrzała się za siebie. Przeszła przez patio, weszła do domu i znalazła się w pomieszczeniu, które przypominało oranżerię. Plecione sprzęty. Marmurowa posadzka. Ekskluzywne meble w kwieciste wzory. Lekkie zasłony i wielkie skrzydło wentylatora obracające się pod sufitem. To bardzo w stylu Florydy, pomyślała. W stylu Key West.

Po sześciu latach spędzonych na Południu Carla nieomylnie go rozpoznawała. Lekki, przyjemny, nienarzucający się. Wszystko na wyspie było nim przesiąknięte, poczynając od budynków, a kończąc na muzyce i jedzeniu. Nawet ludzie dostosowywali się do tego stylu, zachowując swobodę i nigdzie się nie spiesząc.

Na początku bardzo jej się to podobało. Key West zdawało się rajem, do którego wpuszczają wszystkich. Sama dorastała w przemysłowych, chłodnych dzielnicach Pittsburga w stanie Pensylwania.

Oranżeria przechodziła w urządzony z przepychem salon z pięknym żyrandolem. Carla weszła na szerokie, prowadzące na górę schody. Dywan w górnym przedpokoju był tak puszysty, że stopy niemal w nim tonęły. Przyjemnie byłoby pochodzić po nim boso, pomyślała.

A jeszcze przyjemniej byłoby tłumaczyć się przed szefem: „Sorry, Val. Po prostu chciałam zobaczyć, jak czują się prawdziwi bogacze”.

Przywołany chyba jej myślami porucznik pokazał się w drzwiach przy końcu korytarza.

– Tutaj! – zawołał.

Sypialnia zaskoczyła ją swoim przepychem, chociaż powinna być na to przygotowana po tym, co zobaczyła na dole. Łoże z baldachimem zrobiono z lekkiego i zapewne egzotycznego drewna. Satynowa pościel miała złoty kolor, podobnie jak zasłony z adamaszku z wielkimi chwostami. Znajdowały się tu jeszcze lustra w rzeźbionych, złotych ramach. Carla uśmiechnęła się, widząc, jak zostały umieszczone – jedno naprzeciwko łóżka i dwa po jego bokach.

Larry Bernhardt żył jak król, no i lubił sobie popatrzeć na to, co mógł kupić.

– Co o tym myślisz? – spytał ją Val.

Zerknęła na szefa. Stał z rękami na biodrach i patrzył na nią, przekrzywiając głowę. W takich chwilach czuła mrowienie na karku, bowiem Valentine Lopez był jednym z najbardziej seksownych mężczyzn, jakich znała.

Szkoda, że zupełnie nie zwracał na nią uwagi.

– Stary świntuch lubił się zabawić i myślał, że wszystko mu wolno.

Val spojrzał na nią ze zdziwieniem, a ona wskazała głową lustra.

– Sprawdź, co w nich widać z łóżka – dodała. – Jestem pewna, że przy takim zapleczu nie spędzał samotnych nocy.

Val doskonale wiedział, co miała na myśli, mówiąc o „zapleczu”.

– Zdaje się, że forsa to międzynarodowy język miłości – mruknął.

Carla skinęła głową, rozumiejąc jego rozgoryczenie, ale to przecież kobiety były w dużo gorszej sytuacji. Mężczyźni, gdy tylko przyszła im na to ochota, je kupowali, a potem wracali do swych rodzin, zaś one zamieniały na dolary swoją młodość, jędrne ciała, piękne biusty i... brak jakichkolwiek zahamowań.

A co z osobowością? – pomyślała smutno. Co z inteligencją i pogodnym usposobieniem? W jednym z luster dostrzegła swoje odbicie – jasne od słońca włosy, zbyt szeroko rozstawione, orzechowe oczy, zadarty nos z piegami, na które „zapracowała” na plaży.

Poczuła nagłe ściśnięcie w gardle. Dopiero teraz dotarło do niej, że się starzeje. Nie jest już tą dwudziestoczterolatką, która zdecydowała się na podróż na Key West z facetem, którego prawie nie znała. Wzięła ze sobą wtedy tylko błyszczyk do ust i bikini.

Sześć lat! Carla sama nie wiedziała, kiedy minęły. Stała się już osobą zasiedziałą na wyspie. No i skończyła trzydzieści lat.

Z trudem przełknęła ślinę, wspominając pierwsze miesiące pobytu na wyspie. Jej romans z tamtym mężczyzną szybko się skończył, ale za to zaczął się inny – z Key West.

To bardzo trwały związek, pomyślała z uśmiechem.

Jak w małżeństwie, początkowe zauroczenie szybko przeszło w chłodną akceptację. Carla z czasem zaczęła dostrzegać coraz to nowe wady wyspy, a teraz doszła jeszcze ta jedna, czyli zniszczona skóra. Powinna zacząć wystrzegać się słońca. Inaczej nie będzie miała co liczyć na męskie towarzystwo... Pomijając już to, że wolni faceci to byli głównie turyści, którzy później wracali do swoich miast.

Potrzebowała stabilizacji. Męża. Dzieci.

Bała się, że umrze samotna, pozbawiona obecności bliskich.

– Carla, jak sądzisz, czy popełniono tutaj przestępstwo?

Spojrzała ze zdziwieniem na szefa.

– Przestępstwo? Wszystko wskazuje na samobójstwo.

– Nie zostawił listu.

– Ci, co wyskakują, często działają pod wpływem impulsu. – Rozejrzała się po sypialni.

Pomijając łóżko, pokój stanowił wzór ładu i elegancji. Wyglądało na to, że Bernhardt się obudził, wyszedł na balkon i skoczył.

Carla potrząsnęła głową.

– Chociaż... czemu miałby się zabijać? Zdaje się, że miał wszystko. – Zerknęła na szefa. – Myślisz, że ktoś mu pomógł?

Val z westchnieniem pokręcił głową.

– Nie, to mało prawdopodobne – odparł. – Chodzi mi o coś innego. Przecież taki dom musiał sporo kosztować. O wiele za dużo, jak na mój gust. Zastanów się, ten facet nie miał własnej firmy, tylko pracował w banku.

– Był jego wiceprezesem. Tacy ludzie pewnie dużo zarabiają.

Val zmrużył oczy.

– Zależy od banku. A Island National nie należy do największych. Chodź, coś ci pokażę.

Zaprowadził ją do łazienki. Aż przymknęła oczy, porażona jasnym światłem, które odbijało się w złoconych kranach, lśniących powierzchniach i lustrach. Wielka wanna mogła pomieścić ze cztery osoby. Na każdym jej rogu stał złoty amorek. Wszystkie trzymały w dłoniach naczynia, z których mogła lać się woda. Podobnie jak w sypialni, w taki sposób rozmieszczono tu lustra, by czerpać jak największą przyjemność z widoków. Znajdował się tu też zawieszony pod sufitem telewizor.

– Trochę kiczowate – westchnęła. – Nie wydaje ci się?

– Nie o to mi chodziło. Popatrz tutaj. – Przycisnął ukryty pod blatem umywalki guzik. Natychmiast otworzył się jeden z paneli w ścianie, ukazując spory zapas narkotyków.

Carla gwizdnęła przeciągle. Ecstasy, kokaina, marihuana oraz wszelkie akcesoria potrzebne do ich zażywania. Wcześniej w sypialni zauważyła płyty Doorsów, Stonsów, Black Sabath...

– Prochy, seks i rock and roll. Nie bardzo to pasuje do szacownego bankiera.

– Właśnie, mam wrażenie, że był kimś jeszcze. Sprawdź te rzeczy. – Otworzył szufladkę, w której znajdowały się poustawiane niczym karni żołnierze fiolki.

Carla włożyła gumowe rękawice i zaczęła przeglądać zawartość szufladki. Zanax. Quaalude. Vicadin. Prozac. Wszystkie te leki wydawano wyłącznie na recepty.

– Chyba był od tego uzależniony – mruknęła.

– Możliwe. – Val zmarszczył brwi. – Wygląda na to, że wypisał je jeden lekarz. Musisz z nim porozmawiać i upewnić się, czy miał podstawy, żeby to wszystko zalecić. Sprawdź też, jak mogły wpłynąć na nastrój Bernhardta, zwłaszcza zmieszane z szampanem.

– Jasne.

– Ktoś dzwonił po Charliego?

Charlie był właścicielem miejscowego zakładu pogrzebowego, w którym przechowywano ciała aż do momentu, kiedy biegły lekarz sądowy, mieszkający na Marathon Key i obsługujący wszystkie okoliczne wyspy, mógł się nimi zająć.

Odparła, że sama to zrobiła, i ruszyła za porucznikiem z powrotem do sypialni. Następnie obserwowała go, jak przeszukiwał kolejne miejsca w pomieszczeniu. Valentine Lopez był jednym z najsprytniejszych policjantów, jakich znała. Uwielbiała patrzeć, jak pracował.

W końcu Val raz jeszcze rozejrzał się dookoła.

– Nie, zupełnie mi to nie pasuje. – Raz jeszcze pokręcił głową. – Na taki dom stać tylko milionera.

– Może dostał spadek albo grał na giełdzie.

– Możliwe – mruknął bez przekonania. – Kiedy skończymy, pojedź do Island National, żeby pogadać z szefem Bernhardta. Dowiedz się, ile zarabiał i czy coś ostatnio odziedziczył. Sprawdź też, czy grał na giełdzie. Ten lekarz może poczekać.

Carla wyjęła notes i wszystko sobie zapisała. Doskonale znała swoje miejsce. Wiedziała, że nie jest supergliną, tylko zwykłym śledczym, który musi wspomagać swojego szefa. Mogła mu zaoferować swoją dokładność i oddanie, a to wcale nie było mało.

Niestety gdy tylko zaczęła pracę w policji, zrozumiała, że sama nie rozwiąże żadnej wielkiej sprawy. Potrafiła pracować w zespole, ale nie w pojedynkę. Cóż, musiała pogodzić się z tym, że jej zdjęcie nigdy nie ukaże się na pierwszej stronie „Key West Citizen”.

Natomiast Valentine Lopez miał na to szanse. Podobnie zresztą jak Rick Wells.

Na myśl o Ricku poczuła nagły skurcz żołądka. Pracowali kiedyś razem i byli przyjaciółmi. A potem ona głupio się w nim zakochała. Głupio, ponieważ Rick nie mógł jej pokochać. Cały czas myślał o swojej zmarłej żonie, a potem o synu...

Już to uczucie samo w sobie było niewybaczalne, a ona jeszcze uznała, że musi go pocieszyć...

I dosłownie rzuciła się na niego. Sama zaproponowała, żeby zostali kochankami, przekonana, że Rick szybko poczuje do niej miłość. Przecież tak bardzo cierpiał. Powinien być jej wdzięczny za tę pociechę. A od wdzięczności tylko krok do głębszego uczucia...

Miłość całkiem ją zaślepiła. Zupełnie przestała myśleć. Kiedy Rick zaczął powoli wracać do dawnej formy, natychmiast doszło w nim do głosu poczucie winy. No cóż, nie kochał jej, a zarazem wiedział, ile dla niej znaczył.

Wszystko skończyło się niemal tak szybko, jak się zaczęło.

Czasami jeszcze bolało. Nawet bardzo.

– I nie zapomnij o gospodyni Bernhardta – dodał Val. – Pewnie czeka w kuchni.

Gdy za oknem usłyszeli odgłosy samochodu, wyjrzeli na dwór. Przybyły posiłki.

– Powiesz im, co i jak? – spytała.

Porucznik spojrzał na zegarek.

– Mhm. A ty wypytaj tę kobietę, w jakiej formie ostatnio był Bernhardt i czy się z kimś spotykał. Musimy też skontaktować się z jego rodziną. Słyszałem, że jest rozwiedziony i ma kilkoro dorosłych dzieci. Może będzie coś wiedziała na ten temat.

– Dobra. – Zamknęła notes. – Idziemy.

Zeszli po schodach do salonu i tam się rozstali. Carla pospieszyła do kuchni, a Val na patio, do kolegów. Gospodyni Bernhardta siedziała przy stole i patrzyła tępo przez okno. Drgnęła, kiedy usłyszała głos Carli.

– Przepraszam, co pani mówiła?

– Pytałam, czy nic pani nie jest.

Kobieta rozłożyła ręce w bezradnym geście.

– Sama nie wiem, co robić. Powinnam zająć się praniem, potem zrobić zakupy, a potem... – urwała nagle.

Carli zrobiło się jej żal.

– Myślę, że będzie pani mogła wrócić do domu – rzekła uspokajającym tonem. – Jednak najpierw chciałabym zadać pani parę pytań.

Gospodyni skinęła głową i przeciągnęła dłonią po twarzy. Carla sięgnęła po notes.

– Jak się pani nazywa?

– Maria Charez.

– Jak długo pani tu pracowała?

– Ponad rok. – Uśmiechnęła się smutno. – Pojutrze będzie dokładnie jeden rok i jeden miesiąc.

– Czy pan Bernhardt nie wyglądał ostatnio tak, jakby się czymś martwił?

Gospodyni pokręciła głową.

– A czy w ogóle bywał w gorszym nastroju?

– Nie, nie. Zawsze był uśmiechnięty i miły. I hojny. Nigdy nie powiedział mi złego słowa.

– Hojny? – podchwyciła Carla.

Kobieta skinęła głową.

– Kiedy moja córka zachorowała, powiedział, że mogę z nią zostać, a potem mi normalnie zapłacił.

– Miły? – ciągnęła policjantka.

– Tak, zawsze mówił „proszę” i „dziękuję”. – Gospodyni przetarła oczy. – A poza tym patrzył na mnie, kiedy coś mówiłam. Większość państwa tego nie robi.

Carla doskonale to rozumiała. Bogacze zwykle traktowali służbę tak, jakby nie istniała. Równie dobrze mogłyby ich obsługiwać roboty.

Maria Charez spojrzała na swoje ręce, a potem znowu na policjantkę.

– Dlaczego, na miłość boską, to zrobił?!

– Właśnie próbujemy to ustalić. Potrzebujemy jednak pani pomocy. – Gospodyni skinęła głową, wobec tego Carla podjęła kolejną kwestię: – O ile wiem, był rozwiedziony. Wie pani coś na ten temat?

Gospodyni pokręciła z dezaprobatą głową.

– To było w zeszłym roku, tuż przed Bożym Narodzeniem – odrzekła. – Ta jego żona była bardzo młoda i zepsuta.

Carla uniosła ze zdziwieniem brwi.

– Myślałam, że to było dawno temu.

– A, chodzi pani o poprzedni rozwód. To rzeczywiście bardzo dawno. Wiem, że pan Bernhardt ma dorosłe dzieci z tego małżeństwa.

Carla zapisywała wszystko w swoim notesie.

– A czy miał jakieś sympatie? Może jakąś narzeczoną?

Kobieta potrząsnęła głową.

– Nie, ale urządzał przyjęcia, na które zapraszał różne... dziewczyny.

Dziewczyny. Carla wyczuła całą gorycz zawartą w tych słowach. Im starszy facet, tym młodsze laski. Dla takiego trzydziestka to już wiek muzealny.

– Była pani na tych przyjęciach?

– Nie, ale...

– Słucham.

– Nic takiego. – Gospodyni pokręciła głową. Carla zauważyła, że nagle zaczęły jej się trząść ręce.

– Proszę mi powiedzieć. To może być ważne.

– Pan Bernhardt...

– Pan Bernhardt nie żyje, a to może nam pomóc w wyjaśnieniu tej sprawy.

Kobieta wahała się jeszcze przez chwilę, ale w końcu skinęła głową.

– Kiedyś natknęłam się na nie rano, jak tylko przyszłam do pracy – powiedziała drżącym ze zdenerwowania głosem. – I raz widziałam... takie okropne zdjęcia.

– Zdjęcia? – powtórzyła czujnie policjantka. – Tych dziewczyn?

Gospodyni aż się skurczyła.

– Tak mi wstyd...

– Gdzie pani widziała te zdjęcia?

Maria Charez wstała, a Carla przestraszyła się, że za mocno ją przycisnęła. Może chciała wyjść do łazienki, a może uciec z tego domu? Nawet by się jej nie dziwiła.

– Ja... ja pokażę – westchnęła, podchodząc do drzwi.

Po chwili znowu znalazły się w sypialni Bernhardta. Gospodyni przykucnęła i otworzyła najniższą szufladę komody, na którą podczas przeszukiwania nie zwrócili z Valem większej uwagi. Wyjęła z niej wyprasowane chusteczki i ułożyła starannie na podłodze.

– Odkryłam to przypadkiem – wyjaśniła. – Kiedy wkładałam tu świeżo uprane chustki...

„To” okazało się drugim dnem szuflady. Jednakskrytka była pusta.

Carla zmarszczyła brwi.

– Czy pan Bernhardt wiedział o pani odkryciu?

– Nie... nic mu nie powiedziałam. Za bardzo się wstydziłam. – Gospodyni aż poczerwieniała. – Modliłam się za niego, żeby Bóg mu... to wybaczył.

Policjantka nie dowiedziała się od niej już nic więcej. Roztrzęsiona pani Charez potwierdziła tylko to, czego i tak Carla się domyśliła – że dziewczyny na zdjęciach były nagie i w różnych pozach. Jednak gospodyni nie wiedziała, czy były nieletnie, i nie była w stanie powiedzieć, czy pan Bernhardt zaangażował się w jakąś nielegalną działalność.

Niektórych grzechów nawet śmierć nie jest w stanie wymazać, pomyślała Carla, czekając na prom, który miał ją zawieźć z powrotem na Key West.