Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Co może zmienić jeden stary, zniszczony pamiętnik?
Julia, młoda bydgoszczanka, przeżywa trudny moment w życiu. Kryzys w związku, napięte relacje z matką i poczucie, że grunt usuwa jej się spod nóg, sprawiają, że coraz bardziej gubi się we własnej codzienności. Wszystko zmienia się w chwili, gdy przypadkiem trafia na tajemniczy zeszyt ukryty wśród rodzinnych pamiątek. Na pierwszej stronie widnieje dedykacja dla Debory, a na kolejnych przejmujące wspomnienia Klary, prowadzące czytelnika w sam środek wojennej Bydgoszczy.
Z każdą przeczytaną stroną Julia coraz mocniej zanurza się w historię, która miała zostać zapomniana. Losy Klary odsłaniają nie tylko dramat okupacyjnej codzienności, ale także bolesne sekrety skrywane przez kolejne pokolenia kobiet. Przeszłość zaczyna splatać się z teraźniejszością, a odpowiedzi, których szuka bohaterka, okazują się bardziej poruszające, niż mogła przypuszczać.
„Z pamiętnika Klary” to poruszająca opowieść o pamięci, stracie, miłości i rodzinnych ranach, które nie znikają mimo upływu lat. To również literacki hołd dla dawnej Bydgoszczy i kobiet, które musiały odnaleźć w sobie siłę, by przetrwać najtrudniejsze chwile. Pełna emocji, tajemnicy i wzruszeń powieść, która udowadnia, że czasem, aby zrozumieć siebie, trzeba najpierw wsłuchać się w głos tych, którzy odeszli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 273
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojemu Mężowi Wiktorowi,
bez którego wsparcia ta książka
z pewnością by nie powstała
Prolog
Deszcz monotonnie stukał o rynny. Zrozpaczona kobieta siedziała na krześle i pustym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń za oknem. Gdyby nie delikatnie poruszająca się klatka piersiowa, można by przypuszczać, że jest woskową figurką. Intensywnie o czymś myślała, gładząc spracowanymi dłońmi zielony sweter. Nagle drzwi pokoju cicho się otworzyły, a do środka wszedł wysoki mężczyzna. Nerwowo przełknęła ślinę, całe jej ciało zadrżało. Odruchowo przycisnęła sweter mocno do serca. Nie mogła się odwrócić, nie potrafiła. Pragnęła, by ta chwila nigdy nie nadeszła. Nie była na nią gotowa. Nigdy nie będzie. Przeczuwała najgorsze. Jej mąż podszedł i delikatnie pogłaskał ją po plecach. Zamknęła oczy, by nie widzieć wyrazu jego twarzy. Najchętniej pozbawiłaby się słuchu.
– Kochanie… – zaczął zachrypniętym, zbolałym głosem.
– Kiedy wróci do domu? Kiedy wypiszą ją ze szpitala? Upiekłam ciasto. Truskawkowe. Uwielbia je – wydusiła z siebie jednym tchem, chcąc w ten sposób wszystko opóźnić.
– Kochanie… – wyszeptał mężczyzna i nachylił się na wysokość jej wzroku. Miał spuchnięte, czerwone oczy. – Ona odeszła… – wyrzucił z bólem, a łzy płynęły mu po policzkach.
Na te słowa kobieta gwałtownie wtuliła twarz w miękką zieleń wełnianego swetra i zaczęła przerażająco szlochać.
– To wszystko moja wina!! – krzyczała jak w gorączce.
– Nie możesz się obwiniać. Nie możesz, rozumiesz? Ona była już pełnoletnia, decydowała za…
– Nie! Ona… Ona przyszła do mnie i chciała się poradzić, czy powinna jechać. To ja… To ja ją do tego namówiłam… Ja…
Ledwie mogła złapać oddech. Wkrótce ulubiony sweter zmarłej córki był mokry od łez. Córki, która już nigdy go nie założy, nie pójdzie w nim na długi spacer. Nieopisany żal rozerwał jej serce na miliony drobnych kawałków.
– Boże! Dlaczego? Dlaczego mi ją zabrałeś? Przecież nie dajesz doświadczeń ponad siły! A to jest ponad moje! Dlaczego?!! – krzyczała z wyrzutem.
W swej rozpaczy nie zauważyła, że właśnie ze szkoły wróciła ich druga, dziewięcioletnia córeczka. Stała w progu i z przerażeniem zaciskała palce na jasnych warkoczykach. Jej niebieskie oczy z każdym słowem matki robiły się coraz większe. Nikt nie przypuszczał, że małe dziecięce uszy słyszą to, czego słyszeć nigdy nie powinny.
Właśnie dotarło do niej, że straciła ukochaną siostrę, przewodniczkę życia. Starszą przyjaciółkę, z którą już nie porozmawia, do której się nie przytuli. Nie przyjdzie w bezsenną noc. Nie mieściło jej się to w głowie. Z rozdzierającym serce płaczem pobiegła do swojego pokoiku. Z tą chwilą stała się zupełnie inną osobą.
Rozdział 1Julia
Tomek czekał na parkingu. Julia założyła szybko czarną marynarkę i niewiele myśląc, pobiegła schodami przed blok.
– Długo już tu jesteś? – zapytała, wsiadając do srebrnego volksvagena.
– Dopiero przyjechałem, nie chciałem cię pośpieszać – odpowiedział i pocałował Julię na przywitanie.
– Miałem dziś koszmarny dzień w pracy. Wyobraź sobie, że dyrektorka dała mi zastępstwo za Benka i muszę iść do szkoły w piątek na pięć godzin. Próbowałem się wymigać, ale wiesz jak to jest.
– Czyli nasz wyjazd nad jezioro odwołany?!
– Jula… No raczej. Przecież mówię ci, że nie mogłem się wymigać – odpowiedział z wyrzutem.
– Jasne... Po prostu już dawno nie spędzaliśmy wspólnie czasu i bardzo nastawiłam się na ten wyjazd.
– Jeszcze będziemy wyjeżdżać. Całe lato przed nami.
– Yhym… – potwierdziła, chociaż w rzeczywistości nie była tego taka pewna.
– Ale co yhym? Nie wierzysz mi, czy jak?
– Nie o to chodzi. Po prostu nie spędzamy ze sobą tyle czasu, co kiedyś. I ta cała Gośka… – wyznała, chociaż nie była pewna czy zrobiła to w odpowiednim momencie.
– Jula, Jula. Ty i te twoje teorie spiskowe. Jesteśmy ze sobą siedem lat, więc wiadomo, że nie będzie ciągle tak jak na początku związku. Są lepsze i gorsze momenty, chyba rozumiesz? I co ty się tak uczepiłaś tej Gośki, co?
– Ja się uczepiłam? A jak ona uwieszała ci się ostatnio na szyi?! Uważasz, że to normalne? Bo ja nie! – podniosła głos.
– No ona już taka jest. Zwariowana. Ile razy będziemy to przerabiać, co? – westchnął zdegustowany.
– Czuję, że stoję w miejscu. Mam 26 lat i chciałabym stworzyć z tobą rodzinę, razem zamieszkać, ustabilizować się. Tymczasem spotykamy się od wielkiego dzwonu, jak dwójka nastolatków. Nie mamy żadnych planów na przyszłość – wyrzuciła z siebie.
– Jula! Co ty za bzdury wygadujesz? Jak nie mamy planów? A wyjazd do Anglii? Nie pamiętasz już?
– Taa… Planujemy go już trzeci rok, ale nie ma ani daty, ani niczego, wszystko w zawieszeniu.
– Co cię ugryzło? Gdzie ci się tak śpieszy? Jesteśmy jeszcze młodzi, a ty chciałabyś ślub, wspólne mieszkanie, może jeszcze dziecko? Czasy się zmieniły, nawet nie wiesz jak bardzo – zakończył wyraźnie zaniepokojony tymi wizjami.
– To może powiedz mi od razu, że nie chcesz ze mną być! – wykrzyczała rozżalona.
– Chwila – odpowiedział, po czym zatrzymał się na jakimś sklepowym parkingu. – Jula, popatrz na mnie – rzekł tak czule, że serce Julii aż zmiękło. Spojrzała w jego niebieskie, przejęte oczy. Chłopak dotknął zimną dłonią jej spoconą z nerwów rękę.
– Chcę z tobą być, rozumiesz? Zależy mi na naszej wspólnej przyszłości. Tylko jeszcze nie teraz, nie w tym momencie. Daj mi trochę czasu, dobrze? Zaufaj mi, proszę. Wyjedziemy do Anglii, z daleka od rodziny. Stworzymy własny dom. Taki, w którym będziemy czuli się bezpieczni. Ale musisz jeszcze poczekać, Jula…
Julia siedziała jak zahipnotyzowana. Znów zobaczyła mężczyznę, którego tak bardzo kochała. Bała się, że tamten Tomek już dawno umarł, odszedł na zawsze. Tymczasem on wrócił i patrzy na nią w taki sam przenikliwy sposób, jak na początku, gdy się poznali. Czuła, że za chwilę się rozklei, jednak chłopak delikatnie ją objął i czule pocałował. Cała złość natychmiast przeszła, a jej miejsce zajęło poczucie winy. Dlaczego wątpiła w ich związek? Dlaczego była taka samolubna? Aż serce zakłuło ją z rozpaczy.
W końcu dotarli na miejsce. Nie zdążyli wejść do środka, gdy w drzwiach powitała ich wysoka, zgrabna szatynka w czerwonej, kusej sukience i z wylewającym się biustem.
– Chodźcie! Zajęłam miejsca! – krzyknęła i wróciła natychmiast do baru. Poszli za nią.
W środku stały dość spore, okrągłe stoliki, otoczone ciemnymi, pojemnymi kanapami.
– Tutaaaj! – próbowała przebić się przez muzykę ta sama wysoka dziewczyna, która wcześniej po nich wyszła.
– Gośka! Przy samym głośniku? Przecież ogłuchniemy – odpowiedział równie głośno Tomek, gdy podeszli nieco bliżej.
– Nie narzekaj, Tomciu, tylko siadajcie – puściła do niego oczko.
Zabawa trwała w najlepsze. Oprócz Julii, Gośki i Tomka był jeszcze Szymon filozof z dziewczyną Renatą. Wszyscy świetnie znali się z uczelni. Wszyscy, z wyjątkiem Julii. Czuła jak odstaje od towarzystwa. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że siedzi w tym miejscu i z tymi ludźmi po raz ostatni w życiu.
Rozdział 2Julia
Julia czuła mocny ból głowy. Gdy odkryła kołdrę, zobaczyła, że zamiast w piżamie, leży w brudnej sukience. Powoli podniosła się z łóżka i podeszła do lustra. Czarujące fale, które wczoraj miała, zamieniły się w potężne, trudne do rozczesania kołtuny. Oczy były podpuchnięte i rozmazane od tuszu.
– I po co to zrobiłaś? – pytała bezradnie odbicia. Nie lubiła siebie w tym wydaniu, a jednocześnie brakowało jej sił, by cokolwiek zmienić. Wczoraj wypiła zdecydowanie za dużo, zresztą jak na każdym podobnym wypadzie. Dlaczego? Może robiła się wtedy bardziej odważna, a przez to atrakcyjniejsza? Atrakcyjniejsza od Gośki? Teraz z politowaniem patrzyła na odbicie. Brzydziła się nim. Przecież to nie ona, nie taką siebie sobie wyobrażała jako dziecko.
Matka na szczęście pojechała do pracy, dlatego Julia mogła uniknąć jej uszczypliwych komentarzy. Chwiejnym krokiem weszła do łazienki. Czuła przerażający odór spoconego ciała. Swojego ciała. Dopiero zimny prysznic podziałał orzeźwiająco. Wiedziała, że ma mało czasu. W ekspresowym tempie upięła włosy, ubrała się, nakarmiła Pioruna i nawet nie jedząc śniadania, z prędkością błyskawicy, znalazła się na przystanku.
Po pięciu minutach nadjechał autobus. Przedostała się nim na Zbożowy Rynek. Stamtąd spacerem powędrowała na Gdańską 33d. Mieścił się tam Pluszowy Miś – mały, przytulny sklep z zabawkami, w którym pracowała. Z ulgą spojrzała na zegarek. Do otwarcia zostało 20 minut. Odetchnęła, ale nie na długo. Nie zabrała kluczy. Dopiero teraz przypomniała sobie, że nie przełożyła ich z plecaka. Usiadła zrezygnowana na małym schodku i czuła jak z każdą sekundą narasta w niej potężny gniew i ma ochotę wyważyć sklepowe drzwi.
– Dżulietta? Dlaczego nie wchodzisz do środka? – usłyszała znajomy głos.
– Luiza! To naprawdę ty? – podniosła się natychmiast, widząc szefową. – Zapomniałam kluczy i myślałam, że będę musiała wracać na Solskiego.
– Wchodź, zrobię ci dobrą, mocną kawę – zakomunikowała kobieta i zniknęła za sklepową ladą.
Julia odetchnęła. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo potrzebuje kofeiny.
– Wyglądasz tragicznie, Dżuliett, co ci jest? I dlaczego nie odbierasz telefonów?
– Dzwoniłaś?! – zapytała zdumiona, wyciągając telefon z czeluści torby. Faktycznie. Dwa nieodebrane połączenia i kilka smsów.
– W ogóle nie zauważyłam – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Byłaś z Tomkiem i jego bandą w klubie? – prowadziła dalszy wywiad Luiza.
– Tak – potwierdziła.
– I co? Znowu ta wywłoka tam była? – ciągnęła za język kobieta, stawiając na stole aromatyczną kawę.
Julia natychmiast wzięła do ręki gorący kubek i zaczęła siorbać małe łyki.
– Była, była, jak zawsze zresztą…
Luizie najwyraźniej starczyła taka odpowiedź, bo nie ciągnęła tematu. Napiła się kawy i swoim starym zwyczajem wyjęła z lodówki ciasto orzechowe, które kupiła u Sowy na Starym Rynku.
– A tak w ogóle, to co tu robisz o tej porze? Miałaś przyjść dopiero o 14:00 – przypomniała sobie Julia.
– No właśnie. Dobijałam się do ciebie w tej sprawie, Dżuliett. Mój Krzysiu ma jutro wycieczkę klasową do Krakowa. Wczoraj wieczorem dzwoniła jego wychowawczyni. Pytała, czy mogłabym zastąpić jedną matkę, która w ostatniej chwili się rozchorowała. Dlatego dzwoniłam, czy jutro nie zastąpiłabyś mnie w sklepie.
– Nie ma problemu, jasne – potwierdziła.
– Chciałam to wczoraj z tobą skonsultować, ale do ciebie trudniej się dodzwonić niż do prezydenta. Dzisiaj za to miałabyś wolne. Pasuje?
– Jasne, że pasuje! – Dziewczyna ucieszyła się na samą myśl, że zaraz wróci do domu. Niczego bardziej nie pragnęła.
***
Powietrze na zewnątrz było orzeźwiające i przyjemne, dlatego Julia postanowiła, że wróci piechotą do domu. Minęła kościół Piotra i Pawła na Placu Wolności, a trzy minuty później znalazła się na Moście Sulimy–Kamińskiego. Uwielbiała to miejsce. Szczególne wrażenie robiła na niej rzeźba Przechodzącego przez rzekę. Zdumiewało ją, jak olbrzymi kamienny posąg może utrzymywać się na tak cienkiej linie. Po półgodzinnym spacerze dotarła na Szwederowo. Myślała, że wypluje płuca. Ledwie wczołgała się do mieszkania.
Gdy tylko przekroczyła próg, natychmiast poczuła się nieswojo. W pierwszej chwili nie wiedziała, czym to uczucie jest spowodowane. Miała wrażenie, że korytarz wygląda inaczej, niż dwie godziny temu, kiedy stąd wychodziła. Zrobił się jaśniejszy. A może wyobraźnia płatała jej figle? Rozejrzała się raz jeszcze i dotarło do niej, że drzwi do pokoju matki są otwarte. To stamtąd strumień światła słonecznego padał na przedpokój.
– Mamo? – zapytała niepewnie. Odpowiedziała jej głucha cisza. Na pewno nikt nie mógł się włamać, bo przecież drzwi wejściowe były zamknięte i musiała je otworzyć. Tysiące myśli przebiegało przez głowę Julii. Próbowała znaleźć wytłumaczenie dla tej dziwnej sytuacji, ale nie potrafiła.
– A może mama musiała szybko wrócić po coś do domu i nie zdążyła…. Nie, to absolutnie nie w jej stylu. Poza tym ona zawsze zamykała pokój na pięć spustów – odrzuciła natychmiast kolejny scenariusz.
Niepewnym krokiem weszła do pomieszczenia. Ku swemu zdziwieniu na biurku, przy oknie, zobaczyła swoje zdjęcie z dzieciństwa. Miała na nim może osiem lat? Dziwiła się, że Ewa nadal je tam trzyma. Ona już dawno schowała zdjęcia z matczyną podobizną do albumu. Rozejrzała się po pokoju, jednak nie dostrzegła niczego, co wzbudziłoby niepokój. Zerknęła jeszcze w stronę łóżka. Idealnie pościelone, bez ani jednego zagięcia.
– Nic tu po mnie – pomyślała, jednak w tym samym momencie zauważyła czarną skrzynkę wystającą spod kanapy. Przez chwilę toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą. W końcu to osobiste rzeczy matki. Sama nie byłaby zadowolona, gdyby Ewa naruszała jej prywatną sferę. Niestety, ciekawość zwyciężyła i w następnej chwili Julia klęczała przy znalezisku.
Na samej górze leżały luźno porozrzucane zdjęcia szczęśliwych rodziców. Widziała ich młodzieńczą radość. Miłość, która jak na złość musiała bezpowrotnie odejść. Wiedziała, że nie jest to najlepszy moment na rozklejanie się. Schowała jedną z fotografii do torebki. Na pamiątkę.
Pod fotografiami zauważyła też kilka zeszytów, ale jeden z nich zwrócił jej szczególną uwagę. Miał błękitną, twardą oprawę i pożółkłe, pozgniatane kartki. Wyglądało na to, że ktoś usilnie pragnął zniszczyć zawarte w nim zapiski. Niektóre strony zostały przedarte na pół i posklejane przezroczystą taśmą klejącą. Musiała uważać, bo wystarczył jeden niewłaściwy ruch, żeby zeszyt się rozpadł. Na pierwszej stronie widniała odręczna dedykacja: Dla kochanej Debory. Nie było ani daty, ani żadnego nazwiska. Niczego.
Julia nie potrafiła zrozumieć, o jaką Deborę chodzi. Nie znała żadnej osoby o tym imieniu. Żadnej. Doszła do wniosku, że kobieta, o której mowa, nie może być w żaden sposób spokrewniona z jej rodziną. Inaczej na pewno musiałaby coś o niej słyszeć. A jeśli tak, to dlaczego ten dziwny zeszyt leży pod łóżkiem matki? Może dla kogoś go przechowuje? A jeśli tak, to z jakiego powodu?
Nagle głuchą ciszę przerwał dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Serce Julii zabiło trzy razy szybciej. Matka nie mogła zobaczyć jej w swoim pokoju. Natychmiast schowała rozpadający się zeszyt do torebki, tak jak uczyniła to wcześniej ze zdjęciem. Czarną skrzynkę wsunęła pod kanapę. Żywiła cichą nadzieję, że Ewa wejdzie do kuchni albo do łazienki. Wtedy miałaby czas na szybkie przeteleportowanie się do pokoju. Okazało się, że matka nie jest sama, przyszła z jakimś obcym mężczyzną. Dopadł ją atak gorąca. Myślała, że zemdleje. Po co tu wchodziła? Dlaczego zaglądała do tej skrzynki pod łóżkiem? W jej głowie pojawiało się tysiące pytań, a grzywka, która zawsze pięknie się prezentowała, w tej chwili była wilgotna od potu.
– Jesteś wyjątkową kobietą, Ewciu – usłyszała męski głos, a serce prawie podskoczyło jej do gardła.
– Dziękuję, kochanie – odezwała się czule matka. Julia nigdy nie słyszała, by do kogokolwiek się w ten sposób zwracała. Brzmiało to jakoś tak sztucznie, nienaturalnie. Jak gdyby Ewa dla podtrzymania wyjątkowej atmosfery zmuszała się do słów, których w rzeczywistości nie czuła.
Do przerażonej dziewczyny docierały namiętne pocałunki i kroki zmierzające w stronę uchylonych drzwi sypialni. Julii przemknęło przez myśl, żeby schować się pod łóżkiem albo do szafy. Na szczęście zdrowy rozsądek wrócił w odpowiednim momencie. Stwierdziła, że nie powinna się kryć. Stała jak wystraszona kura, która lada chwila miała zostać pożarta przez bestialskiego lisa. Sekundę później, zgodnie z przeczuciami, weszli kochankowie. W pierwszej chwili nie zauważyli intruza, jednak Julia, nie czekając aż ją zobaczą, postanowiła natychmiast się odezwać.
– Tu jesteś mamo! Szukałam cię właśnie – zaczęła niepewnym głosem.
– Co ty tu robisz?! – krzyknęła zdezorientowana Ewa. Właśnie dochodziło do niej, że córka widzi, jak jej matka składa pocałunki na ustach obcego mężczyzny.
– Przyszłam wcześniej z pracy i widziałam otwarte drzwi do pokoju... Zaniepokoiłam się, dlatego weszłam – tłumaczyła jak dziecko, kierując się w stronę drzwi. Widziała, jak matka z każdą sekundą wpada w coraz większą złość. Ewa zacisnęła pięści, a jej policzki zdobiły intensywne wypieki.
– W tym mieszkaniu nie mam żadnej prywatności! Żadnej! – wybuchła matka i natychmiast wybiegła z pomieszczenia. Mężczyzna spojrzał na Julię i bezradnie rozłożył ręce, jakby szukając wsparcia. Nie otrzymał go. Minęła nieznajomego i poszła do swojego pokoju.
Rozdział 3Julia
Od niemiłego zdarzenia upłynęło parę godzin. Dziewczyna nie potrafiła znaleźć sobie zajęcia. Gapiła się w ścianę, analizując całą tę nietypową sytuację. Nagle usłyszała ciche pukanie.
– Porozmawiamy? – zapytała spokojnym już głosem Ewa.
– Jasne – odparła, po czym wstała, żeby otworzyć drzwi.
Matka weszła do pokoju. Wzrokiem szukała miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Wbrew pozorom nie było to takie proste. Wszędzie leżała sierść Pioruna. W końcu usadowiła się na małej, kremowej pufie. Kot na widok kobiety natychmiast uciekł pod łóżko. Z ciemności wystawały jedynie dwa zielone punkciki.
– Musimy coś omówić… – zaczęła poważnym tonem. Czarne okulary, które nosiła, dodawały jej surowości.
– Słucham – odpowiedziała niedbale Julia.
– Czy nie uważasz, że najwyższy czas, żebyś coś zmieniła w swoim życiu? – rzuciła niespodziewanie.
– Zmieniła? Przecież zbieram na wyjazd do Anglii, mamo! Niedługo wyjedziemy tam z Tomkiem.
– Ile lat już to planujecie?
– Jak ile lat? Czy ty myślisz, że to jest takie proste i szybkie? – zdenerwowała się. Matka wymierzyła działo w jej najczulszy punkt.
– Wyjazd do Anglii to jedno, ale czy ty myślisz, że on traktuje cię poważnie? Tyle lat jesteście razem i ani oświadczyn, ani daty ślubu. Mam wrażenie, że mydli ci oczy, nic więcej – strzelała słowami jak pociskami z karabinu.
– Co ty możesz o nim wiedzieć? Nie przebywasz z nim tak dużo czasu jak ja! – broniła się Julia.
– Na szczęście nie, ale stoję obok i widzę wszystko wyraźnie. Ty też powinnaś zacząć zdejmować klapki z oczu.
– I po to tu przyszłaś? Tak?
– Nie. Nie po to…
– A więc po co?
– Chciałam porozmawiać o mieszkaniu… – zaczęła niepewnie Ewa.
– Aaa! Mogłaś tak od razu! Mam się wyprowadzić? O to ci chodzi? – wkurzyła się.
– Nie, wcale tego nie powiedziałam! – zaprotestowała, po chwili dodając: – Po prostu mam dla ciebie pewną propozycję.
– Słucham…
– Ten mężczyzna, który tutaj był… On… Od pewnego czasu jesteśmy razem…
– I co w związku z tym?
– Chcielibyśmy wspólnie zamieszkać… – wyjaśniła.
– Tutaj, tak? – Oczy Julii robiły się coraz większe ze zdumienia.
– Niekoniecznie… On ma dom i podjęliśmy decyzję, że przeprowadzę się do niego, do Fordonu.
– Czyli ja mogę zostać w mieszkaniu? – dopytywała, chociaż czuła, że kryje się za tym drugie dno.
– Widzisz… Ja muszę sprzedać to mieszkanie, bo przyda nam się zastrzyk gotówki na start… – tłumaczyła Ewa, ściskając nerwowo frędzel od szala.
– Ty chyba zwariowałaś?! Chcesz się przeprowadzić do obcego mężczyzny i w dodatku stracić wszystko, co masz? Mówisz, że Tomek mydli mi oczy, a ty jak się zachowujesz?! A jak cię oszuka? Zostaniesz z…
– Nie oszuka… Znamy się dobrze. Nawet bardzo dobrze – przerwała kobieta.
– Po tym, co dzisiaj widziałam, nie wątpię. Szkoda, że mnie z nim wcześniej nie zapoznałaś, skoro tak dobrze się znacie… – wypaliła z wyrzutem.
– Nie chcę zostawić cię na lodzie… Znajdę ci mieszkanie na wynajem i wesprę finansowo – próbowała nadrobić Ewa.
– Poradzę sobie sama, jestem dorosła.
– Ale ja mówię poważnie. Przemyśl to jeszcze, bo w dzisiejszych czasach trudno poradzić sobie samemu – powiedziała, powoli wstając z kremowej pufy. Poprawiła jeszcze czarną, jedwabną sukienkę i rozejrzała się po pokoju córki.
– Z tego raczej trudno będzie ci zarobić na chleb w przyszłości – dodała, patrząc na porozstawiane akrylowe obrazy.
– Wyjdź stąd!
– Idę, ale pamiętaj o mojej propozycji – rzekła na odchodne Ewa, zamykając za sobą drzwi.
Tego wieczoru Julia nie mogła zmrużyć oka. Siedziała załamana na fotelu, a przez jej głowę przechodziło tysiące różnych myśli. Próbowała dodzwonić się do Tomka, ale nie odbierał. Pewnie spał albo robił coś ważnego i ma wyciszone dzwonki. Jak zwykle zresztą… Nie wiedziała, co począć. Wcale nie chciała się stąd wyprowadzać. Poza tym znalezienie kawalerki, i to za przyzwoite pieniądze, graniczyło z cudem. Tutaj przynajmniej dokładała się do rachunków i nie musiała płacić horrendalnych sum za wynajem. W końcu wpadła na pewien szalony pomysł…
Rozdział 4Julia
Jadwiga Sosnowska siedziała na bujanym fotelu i krztusząc się cygarem, rozmawiała przez telefon.
– Oczywiście kochana, oczywiście najdroższa – powtarzała co chwilę z takim przekonaniem, że trudno byłoby wątpić, że jest inaczej. Gdy jej rozmówczyni długo o czymś rozprawiała, Jadwiga przytrzymując słuchawkę ramieniem, potrafiła w tym czasie piłować paznokcie, czyścić okulary, a nawet układać włosy.
Teraz z rozkoszą zaciągała się cygarem i rozmyślała, czy nie zainwestować w nową kreację. Zbliżał się w końcu bal seniora i nie mogła pozwolić sobie na byle jaki strój. Zbyt wielu wrogów pojawi się na tym wydarzeniu. Zbyt wielu… Musi wyglądać obłędnie.
– To przynieść te wiersze Haliny Poświatowskiej, czy nie?! – ze słuchawki wydobywał się niecierpliwy, wyraźnie zirytowany głosik.
– Oczywiście, że tak, Florentynko! Jak najbardziej! Wspaniały pomysł! – odpowiedziała Jadwiga, której w rzeczywistości było obojętne, czy to wiersze Poświatowskiej, Mickiewicza czy Szekspira. Ważne, żeby jakieś się pojawiły.
W tym momencie w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka.
– Kochana, muszę kończyć, to chyba listonosz.
– Listonosz? Dzisiaj? Przecież ty emeryturę dostajesz dziesiątego, kochana – błyskawicznie zauważyła koleżanka.
– Masz rację, ale i tak muszę kończyć, bo ktoś się do mnie dobija – oznajmiła, gasząc cygaro.
– Dobrze, w takim razie do zo… – Jadwiga nie czekała na ciąg dalszy. Odłożyła słuchawkę i poszła energicznie w stronę drzwi. Założyła panterkowe paletko, zdążyła jeszcze pomalować usta krwistoczerwoną szminką, a następnie, nie patrząc nawet w wizjer, otworzyła zamek. W jednej chwili jej twarz zmieniła się nie do poznania. W ciężkim szoku patrzyła na postać, stojącą na korytarzu.
– Julia! – zawołała z nieudawanym zdumieniem, widząc wnuczkę z dwiema ogromnymi walizami, czarnym kotem i przerażającym nieładem na głowie.
– Babciu… Czy ja mogłabym się u ciebie zatrzymać na trochę? – zapytała niepewnie dziewczyna.
– Ależ oczywiście, że możesz! Ile tylko chcesz. Wchodź zaraz. Podam ci obiad i opowiesz mi wszystko – rzekła, wpuszczając wnuczkę do środka.
Gdy Julia poczuła zapach babcinego rosołu, uświadomiła sobie, jak bardzo ssie ją w żołądku. Od rana zdążyła wypić jedynie kawę od Luizy i zjeść parę kęsów ciasta. Kiedy Jadwiga postawiła przed nią talerz zupy, dziewczyna pochłonęła ją w mgnieniu oka. Nawet surówka z kapusty smakowała obłędnie. Piorun w przeciwieństwie do swojej pani, nie czuł głodu. Kręcił się nieufnie po mieszkaniu, wąchając każdy kąt.
Po kilku minutach talerz stał pusty. Teraz musiała wytłumaczyć babci powód swego nagłego przybycia. Opowiedziała o wszystkich wydarzeniach, jakie miały miejsce. Prawie wszystkich. Pominęła informację o tajemniczym pamiętniku, który ze sobą zabrała z pokoju Ewy. Nie chciała, by babcia o nim wiedziała. Kobieta przysłuchiwała się wypowiadanym przez Julię słowom i dość intensywnie analizowała je w głowie.
– Dobrze, że przyszłaś, dziecko. Dobrze, że przyszłaś i mi o tym wszystkim powiedziałaś. Pamiętaj, tu zawsze jest dla ciebie miejsce.
Po tych słowach w Julii coś pękło.
– Przecież nie mogę mieszkać u ciebie w nieskończoność! A ta Anglia… Chciałabym już tam wyjechać…
– Spokojnie. Teraz jesteś wzburzona nową sytuacją, ale poradzimy sobie. Matka ma pewnie menopauzę. Niektórzy ludzie tak wariują – pocieszała nieskutecznie i nie czekając na reakcję wnuczki, natychmiast wstała od stołu i poszła w stronę masywnych, okutych skórą drzwi. Chwilę później obie stały w przytulnym, przestronnym pomieszczeniu. Julia znała je doskonale, bo często nocowała tu podczas wakacji.
– Czuj się jak u siebie, drogie dziecko. Jedna z szaf jest pusta, możesz do niej włożyć ubrania. Ręczniki znajdziesz w łazience, w niebieskiej szafce. Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, śmiało pytaj. Jutro dostaniesz zapasowe klucze do mieszkania – wystrzeliła jak z karabinu Jadwiga.
Gdy tylko babcia wyszła, Julia nieprzytomnie rzuciła się na łóżko. Nie przeszkadzała jej nawet gruba warstwa kurzu. Zamknęła przekrwione oczy i zasnęła.
Rozdział 5Julia
Obudziła się o północy. Przez maleńkie okienka wpadało słabe światło latarń ulicznych. Dziewczyna dopiero teraz poczuła duszący zapach stęchlizny, połączony ze smrodem kocich odchodów. Sama też nie pachniała fiołkami. W dodatku z pokoju babci dochodziły głośne śmiechy. Raz jeszcze zerknęła na zegarek, by upewnić się co do godziny. Nie myliła się. Północ. Zdezorientowana wstała i po cichu wyszła z pokoju. Chciała niezauważalnie przemknąć do łazienki, jednak nie udała jej się ta sztuka.
– Jej, Jadzieńko, jaką ty masz już dużą wnuczkę! – rzekła jedna z siedzących tam kobiet, zwracając się w stronę Julii.
– Dzień dobry – odpowiedziała zdumiona dziewczyna. W salonie panował półmrok. Z gęstej chmury dymu papierosowego wyłaniały się rozmyte sylwetki trzech staruszek. Siedziały na fotelach przy okrągłym stole i rozmawiały w najlepsze. Silna woń alkoholu przenikała się z zapachem machorki i duszącymi perfumami. Panie zdawały się nie czuć tej zabójczej mieszanki, za to Julia omal nie zwymiotowała.
– Może do nas dołączysz? Jadzieńko, postaw jakieś krzesełko – zachęcała jedna z nich.
– Ona ma co robić, jutro idzie do pracy i musi się wyspać – broniła wnuczki Jadwiga.
– To chociaż się przedstawimy. Ja mam na imię Stanisława, a to moja koleżanka Florentyna. A ty skarbeńko jesteś Julia, tak?
– Miło mi panie poznać. Tak, mam na imię Julia – odpowiedziała, chcąc jak najszybciej się ewakuować.
– Jakie tam panie? Mów nam po imieniu, skarbeńko. Będzie nam bardzo przyjemnie – rzekła znów Stanisława.
Dziewczyna chciała sprawdzić, czy dziwne spotkanie, i to w dodatku po północy, jest jawą, czy może jednak snem? Uszczypnęła się boleśnie w rękę, ale wciąż stała w tym samym miejscu. Przez głowę przeszła jej niepokojąca myśl, że być może ma urojenia? Przeprowadzka do babci, przewlekłe zmęczenie. Tak się to wszystko niepozornie zaczyna.
– Muszę iść – zakomunikowała natychmiast.
Dopiero teraz zobaczyła na stole stos porozrzucanych kartek. Na jednej z nich zauważyła spisany wiersz Poświatowskiej. Co on tu robił? Nie rozumiała. I prawdę mówiąc, nawet nie próbowała zrozumieć. Wiedziała, że babcia, która teraz pochrapywała na trzeszczącym fotelu, kiedyś zapisała się do jakiegoś koła literackiego. Jednak od dłuższego czasu przestała o nim całkowicie wspominać. Florentyna zauważyła, że Julia wodzi wzrokiem po zapisanym tekście, bo natychmiast zaczęła:
– Twoja babcia jest prawdziwą bohaterką. Gdyby nie ona, nasz talent recytatorski nigdy w życiu by się tak nie rozwinął.
– Nie tylko recytatorski – pomyślała z przekąsem Julia, patrząc na opróżnione butelki po alkoholu.
– Tak. Jadzieńka to anioł w ludzkim ciele… Musisz poznać tę historię i być świadoma, kto jest twoją babcią! – oznajmiła Stanisława, prostując się dumnie.
– Wyobraź sobie, że przez kilka lat należałyśmy do Koła Literackiego Zaczytani Emeryci. Nie opuściłyśmy ani jednego spotkania! Ani jednego! Byłyśmy szanowanymi bywalczyniami i nikt nam nie podskoczył, proszę ciebie – rozpoczęła z dumą Florentyna.
– Niestety. Pojawiły się doświadczenia.
– Dołączyła do nas ta przeklęta Józefina.
– Od samego początku wiedziałyśmy, że będą z nią problemy – kiwała głową Stanisława.
– W końcu czara goryczy się przelała. Przelała się z chwilą, gdy powiedziała na forum, iż Jadzieńka ma skrzekliwy głos i nie nadaje się do naszego koła! – zakończyła wyraźnie pobudzona Florentyna. Julia zaniepokoiła się nie na żarty. Znała babcię od dziecka i wiedziała doskonale, że ta historia nie miała prawa skończyć się dobrze.
– I co się stało dalej? – zapytała, przygryzając wargi.
– Jak to co? Jadzieńka, jako szanująca się kobieta, nie mogła pozwolić sobie na podobną obelgę! Złapała to paskudne babsko za włosy i pokazała na co ją stać. Niestety ta krowa skrzywdziła twoją babcię. Pięścią rozcięła jej wargę i uszkodziła nowiutką protezę! – kontynuowała Florentyna. Z każdym zdaniem oczy Julii robiły się coraz większe. Jadwiga, nieświadoma toczących się rozmów, chrapała w najlepsze.
– Ale to nie koniec, kochanieńka. To nie koniec… Wyobraź sobie, że Jadzieńka została dyscyplinarnie wyrzucona z koła Zaczytanych Emerytów, i to bez możliwości powrotu. Pomimo naszych interwencji i tłumaczeń, uznano ją za winną. Odeszłyśmy razem z nią. Wystawiłyśmy w internecie opinię pseudostowarzyszeniu i od tego czasu spotykamy się każdego tygodnia u Jadzieńki – zakończyła dumnie Stanisława.
– Właśnie! Tu przynajmniej mamy swobodę twórczą, proszę ciebie. Możemy siedzieć i robić, co tylko chcemy – dodała Florentyna.
Dopiero teraz Julia przypomniała sobie sytuację sprzed kilku miesięcy. Gdy zobaczyła babcię całą poharataną, ta tłumaczyła jej, że potknęła się na chodniku. Stąd niby miała te siniaki, zadrapania i złamaną protezę. A jednak prawda była inna. Wiedziała, że Jadwiga ma w sobie wojowniczą krew, ale nie spodziewała się, że do tego stopnia. W dodatku jeszcze te dziwne koleżanki…
Wybiła północ trzydzieści. Jadwiga obudziła się, a wkrótce potem jej przyjaciółki zamówiły bolta i odjechały. Julia nie mogła już zasnąć, zresztą była całkowicie wyspana. Szybko wzięła prysznic, a następnie posprzątała niespodzianki, które Piorun zostawił w pokoju. Zdała sobie sprawę, że jutro po pracy musi tu porządnie posprzątać. Wszędzie leżały grube warstwy kurzu. Aby pozbyć się duszącego zapachu, otworzyła małe okienko, przez które przedostawało się rześkie powietrze. Kot chodził obok, miauczał i łasił się do nóg. Wzięła go na kolana i wtedy przypomniała sobie o tajemniczym, błękitnym pamiętniku.
Rozdział 6Klara
Tamtego popołudnia poszłam w odwiedziny do pani Więcek. Starowinka mieszkała przy Słowackiego, a właściwie przy Bismarck Straße. Chociaż wojna trwała już piąty rok, nadal miałam problem z zapamiętaniem niektórych niemieckich nazw ulic. Brzmiały zbyt twardo, zbyt skomplikowanie. Zresztą skrycie wierzyłam, że wojna wkrótce się skończy i wszystko będzie takie, jak dawniej. Gdy dotarłam na miejsce, w drzwiach stała już poczciwa staruszka. Jej głowę zdobiła czerwona chusta w białe kwiaty. Uśmiechała się do mnie swymi bezzębnymi dziąsłami.
– Witaj, dziecko – wyszeptała, wskazując, bym weszła do środka.
– Dzień dobry – odpowiedziałam równie cicho i po chwili obie znalazłyśmy się w maleńkiej, przytulnej izbie.
– Napijesz się kawy? – zapytała słabym głosem. Skinęłam twierdząco głową i usiadłam na wiekowym brązowym fotelu obok okna. Staruszka postawiła na stole duży przezroczysty dzbanek ze starymi fusami, a następnie dosypała do nich łyżkę świeżej kawy. Całość zalała wrzątkiem.
– Jak twoja matka? Nadal pracuje na Osowej Górze? – zaczęła z wyraźnym zatroskaniem.
– Niestety tak…
– Wykończą ją tam, wykończą te nazisty… – lamentowała, podając mi kubek z gorącą zbożówką.
– A jak zdrowie? Czy czegoś pani potrzebuje? – zapytałam, chcąc za wszelką cenę zmienić temat. Spojrzała na mnie swymi maleńkimi, przekrwionymi oczkami.
– Ja? Cóż ja mogę potrzebować? Mój czas w tym piekle się kończy. Niczego nie potrzebuję… Niczego… oprócz niego… – odpowiedziała, wskazując na obraz.
Na brudnej popękanej ścianie wisiał sporych rozmiarów portret przystojnego mężczyzny. Patrzył wprost na nas i uśmiechał się zawadiacko. Pani Więcek również wpatrywała się w niego przez dłuższy czas.
– Mój Adaś. Mój najdroższy, jedyny syn… – mówiła bardziej do siebie niż do mnie. – Miał 38 lat, życie przed sobą, karierę. To ja powinnam leżeć w piachu, a nie on… Zabrali mi go… – zaczęła płakać, zasłaniając twarz kościstymi dłońmi. Było mi jej tak bardzo żal. Wiedziałam, że żadne słowa nie są w stanie pocieszyć biednej staruszki. Głaskałam ją czule po plecach.
– Ten obraz to wszystko, co mi po nim pozostało – szlochała. Tymczasem Adaś nie przestawał się do nas uśmiechać.
– Ach, wybacz mi te chwile słabości. Wypłakałam oceany łez i nadal nie mogę się opanować. Zbyt boli...
– Takie chwile są potrzebne, pani Władziu – rzekłam i przytuliłam ją mocniej do siebie.
– Dziękuję, że jesteś... To wiele dla mnie znaczy, drogie dziecko… – wyznała, ocierając łzy z pomarszczonych policzków.
Pani Więcek była kiedyś naszą sąsiadką. Mieszkała razem z synem na pierwszym piętrze kamienicy. Po wybuchu wojny, staruszka została przesiedlona na ulicę Słowackiego. Adam nie doczekał się nowego lokum. Zamordowano go w pierwszych dniach okupacji.
– Zaraz przyjdę – oznajmiła nagle i poszła w stronę kuchni. Chwilę później przyczłapała z małym pindelkiem, owiniętym szarym papierem.
– Proszę, to mendel1 jaj dla ciebie i mamy – rzekła, podając mi podarek.
– Ale pani Władziu, tak nie można. Musi pani coś jeść.
– Można, można. Weź je i schowaj głęboko do torby – przekonywała.
Nie dyskutowałam. Zrobiłam jak kazała. Potem siedziałyśmy jeszcze chwilę i rozmawiałyśmy o starych, dobrych czasach. Pokazywała mi fotografie Adasia. Wyraz jej twarzy wyraźnie się zmienił, rozpogodził się. W tym momencie miałam do czynienia z panią Władzią, którą pamiętałam z czasów przedwojennych. Uśmiechała się szczerze do każdego zdjęcia, jakby na chwilę zapomniała o bólu wywołanym wojenną zawieruchą.
Nie chciałam wracać, ale w końcu musiałam iść. Pożegnałyśmy się serdecznie i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Jeszcze z oddali widziałam chustkę pani Więcek, a raczej czerwony punkcik, który z każdym moim krokiem stawał się coraz mniejszy i mniejszy, aż wreszcie zniknął zupełnie.
1 Mendel – 15 sztuk.
Rozdział 7Klara
Maj 1944 roku był dość upalny. Na błękitnym niebie płynęły leniwie białe obłoczki, a z parku Kazimierza Wielkiego dochodził przyjemny śpiew ptaków. Stwierdziłam, że nie chcę wracać jeszcze do domu, a raczej do tej ciasnej, ciemnej klitki, którą nam przydzielono. Pragnęłam rozkoszować się pozorną wolnością. Od pani Więcek ruszyłam w stronę Starego Rynku. Wyglądał jakoś tak przygnębiająco i pusto bez kościoła2 i Muzeum Miejskiego. Nie mogłam też przyzwyczaić się do pomnika Fryderyka II, który bezczelnie gapił się na przechodniów. Jego obecność sprawiała, że miejsce, dawniej uwielbiane, stało się zupełnie obce. Chętnie przyszłabym tu nocą i stopiła posąg tego uzurpatora, ale moja mama powtarzała, żebym powstrzymała swoją wyobraźnię, bo źle skończę. Miała trochę racji.
Zdrowy rozsądek kazał mi wracać do domu, ale nogi nie chciały współpracować. Skręciłam w Herman Göring Strasse, czyli dawną ulicę Jagiellońską. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby tam iść. Minęłam Klaryski, pocztę i powędrowałam w stronę Rzeźni Miejskiej3. Cała jezdnia rozpływała się w złocistych promieniach zachodzącego słońca.
Gdy tak szłam, w pewnym momencie zauważyłam esesmanów. A przynajmniej tak mi się wydawało. Szybko wywnioskowałam, że mają na sobie ciemnozielone, polowe mundury i charakterystyczny czarny otok na czapce. Zdrętwiałam. Chciałam uciekać. Zapaść się pod ziemię. Skręcić w ślepą uliczkę, której jak na złość nie było. Przeklinałam, że zapuściłam się aż tak daleko, zamiast wracać do domu. Co robić? – W mojej głowie rozbrzmiewało pytanie bez odpowiedzi. W dodatku te jajka w torbie. A jeśli zechcą zobaczyć, co niosę? Wtedy kula w łeb i koniec. Na pewno zorientują się, że przemycam je nielegalnie, tym bardziej, że brakowało ich chwilowo w sklepach! A co z biedną matką? Jak zareaguje na moją bezsensowną, wczesną śmierć? Załamie się biedaczka. Umrze z żalu. Pochowają nas w jednej mogile i tak skończy się ta przykra historia.
Z każdym krokiem czułam, że uginają się pode mną kolana. Im bardziej starałam się zachować spokój, tym mocniej trzęsłam się jak galareta. Serce waliło niemiłosiernie. Powoli traciłam kontrolę nad ciałem. Oczyma wyobraźni widziałam siebie leżącą w kałuży krwi. Albo gorzej. Esesmani katują mnie w tajemniczych lochach na Poniatowskiego i próbują dowiedzieć się, skąd dostałam jajka. Nie zdradzę pani Więcek! Nie wyjawię jej nazwiska, choćbym miała zginąć! W tej chwili poczułam jak osuwam się na ziemię i tracę kontakt z rzeczywistością.
2 Chodzi o kościół św. Ignacego Loyoli, który został wyburzony wraz z Muzeum Miejskim na początku okupacji.
3 Rzeźnia Miejska – obecnie w miejscu tym jest Centrum Handlowe Focus.
Rozdział 8Klara
Gdy się ocknęłam, leżałam na łóżku. Obok siedziała jakaś dziewczyna. Patrzyła na mnie swymi brązowymi oczami i czule się uśmiechała.
– Gdzie ja jestem? – zapytałam zdezorientowana. Próbowałam rozejrzeć się czy aby na pewno nie ma esesmanów, ale gdy tylko podniosłam głowę, poczułam przerażający, piekący ból. Zawyłam i wylądowałam z powrotem na poduszce.
– W moim mieszkaniu na Jagiellońskiej. Zemdlałaś na ulicy i uderzyłaś się o kamień. Nie wiedziałam, gdzie mieszkasz, dlatego razem z bratem zabraliśmy cię do nas – wytłumaczyła nieznajoma.
– A czy oni tu są? Czy są tutaj? Powiedz mi, proszę! – zaczęłam histeryzować jak w gorączce.
– Ale kto? – pytała zdezorientowana.
– No… yy… ese.. esesmani – wydusiłam.
– Jacy esesmani? Nie było żadnych esesmanów. Mijało nas trzech mężczyzn. Pewnie wracali z popołudniowej zmiany.
– Mówisz prawdę? – niedowierzałam.
– Mówię prawdę – rzekła poważniejszym już tonem.
– Szliśmy z moim bratem cały czas za tobą, dlatego gdy się przewróciłaś, podbiegliśmy sprawdzić, co się stało.
– I tyle? – nie mogłam uwierzyć.
– Tyle – odpowiedziała nieznajoma.
– Czy mieszkasz w Bydgoszczy? – zapytała.
– Tak… Mieszkam z mamą i muszę wracać, bo martwi się o mnie.
